- Opowiadanie: Kelin - Tam, gdzie diabeł mówi

Tam, gdzie diabeł mówi

Dzię­ku­ję ser­decz­nie użyt­kow­ni­kom pa­we­lek i Wik­tor Or­łow­ski za pomoc przy tek­ście. Wy­bacz­cie mi krnąbr­ność i że nie wszyst­kich rad po­słu­cha­łem.

 

Krót­ki słow­ni­czek ła­ci­ny:

Pra­emo­ni­tus pra­emu­ni­tus – Prze­zor­ny za­wsze ubez­pie­czo­ny

Quod verum tutum – Co praw­da, to praw­da

Re vera – W rze­czy samej

Vale – Do wi­dze­nia, do zo­ba­cze­nia

Ver­bum no­bi­le, debet esse sta­bi­le – Przy­się­ga; słowo szla­chec­kie musi być do­trzy­ma­ne

Vade retro – Wra­caj skądś przy­szedł; zmy­kaj

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Tam, gdzie diabeł mówi

Długo dia­beł za­cho­dził w głowę, jak Twar­dow­ską ścią­gnąć do pie­kła. Głupi uwie­rzył jej, że gdy przyj­dzie czas, pój­dzie za cy­ro­gra­fem, a on wraz z nią w cze­luść po­wie­dzie ty­siąc wier­nych jej dusz.

Głu­piś ty, Me­fi­sto­fe­le­sie, żeś tak łatwo dał się zwieść. Czło­wie­ko­wi! Mar­ne­mu two­ro­wi, któ­re­go Bóg ra­czył stwo­rzyć do­pie­ro po tobie! Co tu po­cząć? Za­rze­ka się, że do Włoch nie po­je­dzie – jak tu ją na ma­now­ce ścią­gnąć?

 

***

 

Wieść to była nie­sły­cha­na, że ciem­ną nocą ktoś gra­su­je na cmen­ta­rzu. Sie­dem za­pa­lo­nych świec, zro­bio­nych z tru­pie­go tłusz­czu, stało do­oko­ła przy­kry­te­go młodą trawą grobu. Nie­boszcz­ka zo­sta­ła po­cho­wa­na prze­szło trzy lata temu, w nocy, pod­czas nowiu. Mimo bez­kre­snych ciem­no­ści, o po­grze­bie mówił cały Kra­ków.

Przez trzy lata, sie­dem mie­się­cy i sie­dem dni wier­ny Ma­ciek co noc czu­wał przy gro­bie mi­strzy­ni. Ba­czył, aby żadni zbój­co­wie ni zwierz jaki nie zbesz­cze­ści­li bie­dacz­ki, tak bez­bron­nej w obec­nym sta­nie.

Wresz­cie nad­szedł mo­ment, kiedy to ciało znów miało spo­tkać się z po­wie­trzem. Chło­piec, roz­pa­liw­szy ogni­ki, roz­po­czął swój trud przy ło­pa­cie.

Trum­nę dla bez­pie­czeń­stwa za­ko­pa­no głę­bo­ko. Go­spo­dy­ni tego miej­sca nie po­trze­bo­wa­ła już od­dy­chać, zresz­tą pra­emo­ni­tus pra­emu­ni­tus, metr czy dwa róż­ni­cy jej nie zrobi.

Ma­ciek, dziel­nie ko­piąc i prze­sy­pu­jąc uświę­co­ną zie­mię, do­stu­kał się wresz­cie ło­pa­tą do drew­na. Trum­na zo­sta­ła wy­ko­na­na z cisu, tak jak pier­wej przy­ka­za­ła mu mi­strzy­ni. Wieko za­bi­to  sied­mio­ma gwoź­dzia­mi dłu­gi­mi na dłoń, a gru­by­mi na palec. Oj, na­tru­dził się Ma­ciek, pró­bu­jąc je wy­szarp­nąć. Kiedy wy­rwał już ostat­ni, uniósł po­kry­wę, a widok, jaki uj­rzał, za­sko­czył go bar­dzo. Za­miast ciała doj­rza­łej ko­bie­ty za­stał ga­wo­rzą­ce roz­kosz­nie nie­mow­lę. Spoj­rza­ło się na niego nad po­dziw ro­zum­nie, a Ma­ciek nagle wie­dział już, co ma robić.

Od­ciął nożem ka­wa­łek płót­na, w które wcze­śniej za­wi­nię­te było ciało, otu­lił nim dziec­ko, a po za­sy­pa­niu dołu zie­mią – za­niósł do domu.

 

***

 

Dziew­czyn­ka rosła szyb­ko. Na­stęp­ne­go dnia za­czę­ła już sia­dać i sta­wać, a po ty­go­dniu przy­bra­ła wy­gląd kwit­ną­ce­go pod­lot­ka. Lecz nie to dzi­wi­ło Maćka naj­bar­dziej. Naj­więk­szy szok prze­żył, od­kryw­szy, że głos mi­strzy­ni się nie zmie­nił, a wraz z młod­szym cia­łem wró­cił cały ogrom ro­zu­mu i wszyst­kie wspo­mnie­nia.

Nie mi­nę­ły dwa ty­go­dnie, a z dziew­czyn­ki stała się młodą ko­bie­tą. Urodą – zda­niem sługi – zda­wa­ła się prze­ra­stać wszyst­kie kra­kow­skie mieszcz­ki i szlach­cian­ki. Ma­ciek do­sta­wał ru­mień­ców, kiedy pro­si­ła go o pomoc przy ką­pie­li, i z wy­raź­nym za­kło­po­ta­niem po­ma­gał jej przy co­dzien­nych czyn­no­ściach.

Wresz­cie nad­szedł czas, by ulice Kra­ko­wa uj­rza­ły dziew­czę. Na swój strój nie szczę­dzi­ła sre­bra. Suk­nia zo­sta­ła uszy­ta na wło­ską modłę, nieco spłasz­cza­jąc wy­dat­ną mimo tego pierś. Sil­nie wy­cię­ty de­kolt miał kształt kwa­dra­tu, co mod­nie po­sze­rza­ło tors. Niżej prze­cho­dził w fał­do­wa­ną spód­ni­cę po­far­bo­wa­ną in­dy­go, która tylko pod­kre­śla­ła błę­kit oczu ko­bie­ty.

Do­szy­wa­ne rę­ka­wy sukni miały barwę smo­li­stej czer­ni, a roz­cię­cie w nich się­ga­ło łok­cia. Z oko­lic sta­ni­ka  wy­sta­wa­ły białe je­dwab­ne fałdy, przy­ozdo­bio­ne ele­ganc­ki­mi zło­to-czar­ny­mi ście­ga­mi, które nawet kró­lo­wą Bonę wpę­dzi­ły­by w za­zdrość.

Kom­po­zy­cja zo­sta­ła jed­nak za­bu­rzo­na, bo­wiem miast zło­tej siat­ki, dziew­czy­na na od­kry­te włosy na­ło­ży­ła wąski, ak­sa­mit­ny ka­pe­lusz w ko­lo­rze sukni, przy­ozdo­bio­ny cza­pli­mi go­do­wy­mi pió­ra­mi, a wąską kibić spię­ła pasem, za który we­tknę­ła szla­chec­ką sza­blę. Dość po­wie­dzieć, że ca­łość pre­zen­to­wa­ła się ra­czej cu­dacz­nie i przy­cią­ga­ła wzrok prze­chod­niów.

Pew­ne­go razu, kiedy mi­strzy­ni prze­cha­dza­ła się mię­dzy Bramą Flo­riań­ską a Bar­ba­ka­nem, usły­sza­ła zna­jo­my głos. Wołał ją Włoch, słyn­ny pro­fe­sor uni­wer­sy­te­tu.

– Twar­dow­ska! – wy­krzy­czał z nie­do­wie­rza­niem. – Bez mała trzy lata jej­mo­ści nie wi­dzia­łem!

Do tej pory nikt nie roz­po­znał od­młod­nia­łej cza­row­ni­cy, a gdy na­zwi­sko wresz­cie padło, cały świat – prze­chod­nie, prze­kup­ki, spie­szą­cy ze­wsząd żacy, nawet zwie­rzę­ta – zda­wał się brać to za oczy­wi­stość. Pełna go­dzi­na wy­bi­ła, za­czę­ły bić dzwo­ny. Nawet ich dźwięk po­twier­dzał za­mie­sza­nie: Twar­dow­ska po­wró­ci­ła!, biły zło­wiesz­czo, Twar­dow­ska znów jest w Kra­ko­wie!

Od­wró­ci­ła się na ob­ca­sie i po­chwy­ci­ła wzrok uczo­ne­go.

– Tedy, wasz­mo­ści, może po­win­ni­ście le­piej oczy swe wy­tę­żać.

Quod verum tutum – od­po­wie­dział. – Pierw­szy raz jej­mość w sukni widzę, nie w stro­ju szlach­ci­ca.

– Szlach­cian­ce przy­stoi suk­nia, nie żupan.

– A sza­bla? – za­py­tał za­czep­nie.

– Do obro­ny swego ho­no­ru, zwłasz­cza żem z rodu ostat­nia.

Re vera. Widzę, że jej­mość, jak daw­niej, rów­nie cel­nym i cię­tym sło­wem rzu­casz. Nie będę tedy wa­szej myśli zaj­mo­wał. Vale.

Vale, wasz­mo­ści.

A serca dzwo­nów biły dalej, oznaj­mia­jąc, że oto Twar­dow­ska wró­ci­ła na Kra­ków.

 

***

 

Wieść ro­ze­szła się szyb­ko. Na­za­jutrz pod izbą Twar­dow­skiej ze­bra­ły się tłumy, pro­sząc o radę: tego boli noga, tam­te­go drę­czy katar, a tam­te­mu dziew­czę­ciu zo­sta­ły ślady na twa­rzy po ze­szło­rocz­nej ospie i już żaden ka­wa­ler się o jej rękę nie stara. Tej sta­ro­win­ce włosy wy­pa­da­ją, ten miesz­cza­nin na­rze­ka, że jego syn nie do bitki, a do sztu­ki się rwie, a temu zno­wuż wo­je­wo­dzie dia­bli jakie na stry­chu ha­ła­su­ją. Co praw­da ry­chło oka­za­ło się, iż to żadne dia­bli na wo­je­wo­do­wym pod­da­szu gra­su­ją, tylko jego młoda żonka co noc no­we­go sobie gacha spro­wa­dza.

I tak też Twar­dow­ska, miast cie­szyć się swą po­wtór­ną mło­do­ścią, cier­pli­wie słu­cha­ła pro­ble­mów po­spól­stwa, po­wo­li do­cho­dząc do wnio­sku, że w tej cia­snej sta­rej iz­deb­ce wszyst­kich in­te­re­san­tów za dia­bła nie po­mie­ści. Na gwałt trze­ba jej no­we­go lokum, prze­strzen­ne­go i ele­ganc­kie­go, by w gust szla­chec­ki się wpa­so­wać.

Jakby wy­prze­dza­jąc jej słowa, z cie­nia w kącie po­ko­ju wy­ło­nił się czort. Cicho po­stu­ku­jąc ko­py­ta­mi o po­sadz­kę, pod­szedł do Twar­dow­skiej i rzekł:

– Zdaje się, że my­śla­łaś o mnie.

– Me­fi­sto­fe­le­sie – od­par­ła wy­nio­śle, uda­jąc, że jej nie za­sko­czył. – Tak, przy­dasz mi się. Przy­nieś mi no tro­chę sre­bra z Ol­ku­sza.

Dia­beł skło­nił się i po chwi­li po­wró­cił z wia­drem peł­nym wciąż mo­kre­go krusz­cu, wy­cią­gnię­te­go wprost z za­to­pio­nej ko­pal­ni.

W tym też mo­men­cie do izby wkro­czył Ma­ciek, pe­wien, że jego mi­strzy­ni już śpi. Co w swoim sercu po­czuł? Nie spo­sób tego opi­sać! Była to prze­dziw­na mie­sza­ni­na stra­chu, za­zdro­ści i chci­wo­ści, kiedy to na­krył Twar­dow­ską na sza­tań­skim pak­cie.

Twar­dow­ska, do­strze­gł­szy wyraz jego twa­rzy spoj­rza­ła su­ro­wo, po czym po­de­szła i wska­zu­ją­cym pal­cem do­tknę­ła chło­pię­ce­go czoła.

– Zbyt dużo już moich ta­jem­nic znasz, Maćku, byś mógł trwać w obec­nej for­mie.

Kiedy usły­szał ostat­nie słowa, spró­bo­wał uciec, lecz zo­rien­to­wał się, iż miast dwóch nóg, stąpa wła­śnie na ośmiu.

Pająk po­biegł w róg po­ko­ju, wspiął się po ścia­nie i, czu­jąc nagle nie­zaspokojony głód, po­czął wić swą sieć.

 

***

 

Za dia­bel­skie sre­bro Twar­dow­ska po­sta­no­wi­ła nająć przed­niej­sze lokum. Wybór padł na ka­mie­ni­cę przy rynku, gdzie wprzó­dy za­trud­ni­ła służ­bę, a potem bu­dy­nek bo­gac­twa­mi przy­ozdo­bić za­mie­rza­ła. Pięk­ne per­skie dy­wa­ny, czer­wie­nią obite fo­te­le, a na­czy­nia wszel­kie ze złota. Staj­nię za­peł­ni­ła naj­szyb­szy­mi i naj­wy­tr­wal­szy­mi końmi, a piw­nicz­kę naj­droż­szy­mi wi­na­mi.

I tak też swych gości po­dej­mo­wa­ła, nie ba­cząc, czy miesz­cza­nin, czy szlach­cic, czy nawet nie­raz że­brak – a wszyst­ko to wśród wy­twor­no­ści.  Sława jej rosła dalej i dalej, mówić o niej po­czę­to nawet na samym Wzgó­rzu Wa­wel­skim, gdzie szlach­ta zno­si­ła do króla co śwież­sze plot­ki.

Tak też i pew­ne­go wie­czo­ru, kiedy Twar­dow­ska do­stoj­ne to­wa­rzy­stwo ba­wi­ła, za­anon­so­wa­ny zo­stał kró­lew­ski wy­sła­niec. Dał ręką znak, że roz­mo­wa wy­ma­ga po­uf­no­ści, więc prze­nie­śli się do ga­bi­ne­tu mi­strzy­ni.

– Spo­dzie­wa­łam się cie­bie – rze­kła Twar­dow­ska pierw­sza, wy­wo­łu­jąc tym samym zdzi­wie­nie przy­by­sza.

– Mnie? Ale jakże to, wasz­mo­ści, spo­dzie­wa­ła się mnie, kiedy moja roz­mo­wa z kró­lem w ta­jem­ni­cy prze­bie­ga­ła? Nikt jeden nawet nie po­wa­żył­by się ucha do drzwi przy­ło­żyć, a nawet jeśli, to pod groź­bą ry­chłej stra­ty bałby się wy­ga­dać. Jeno sam dia­beł mógł­by wasz­mo­ści zdra­dzić ten se­kret.

– Może i dia­beł, a może nie. – Twar­dow­ska uśmiech­nę­ła się, a po­sła­niec zbladł; na zamku sły­sza­no o jej pie­kiel­nych kon­szach­tach. – Mówże, z czym przy­by­wasz, bo i tego się do­my­ślam, ale utwier­dzić się wolę.

– Nie wiem, czy wasz­mość sły­sza­ła – za­czął – w końcu nie było wasz­mo­ści bez mała ze trzy lata w sto­li­cy. Rok temu bę­dzie, jak świat opu­ści­ła żona kró­lew­ska, kró­lo­wa Bar­ba­ra, świeć Panie nad jej duszą.

– Świeć Panie – prych­nę­ła Twar­dow­ska, wy­raź­nie znu­dzo­na tymi kon­we­nan­sa­mi. – Do rze­czy. Cze­góż to król ode mnie żąda?

– Ni­cze­go. Król zwra­ca się do was z proś­bą, coby mógł raz jesz­cze swą młodą żonę uj­rzeć. Obie­cał na­gro­dę – po­wie­dział po­sła­niec wy­cią­ga­jąc spod płasz­cza pę­ka­ty mie­szek. – A bę­dzie tego wię­cej.

Twar­dow­ska mil­cza­ła przez chwi­lę, aż wresz­cie rze­kła:

– Muszę to prze­my­śleć. Złoto za­cho­wam, przyjdź za trzy dni, a wtedy udzie­lę od­po­wie­dzi kró­lo­wi. Kró­lo­wa dokąd uciec już nie ma, więc i nam nie spiesz­no.

 

***

 

Trzy noce i trzy dni spę­dzi­ła Twar­dow­ska w swej kuźni, to­piąc kró­lew­skie złoto oraz sre­bro z Ol­ku­sza, aby w jedną masę po­łą­czyć. Od­la­ła z niej lu­stro o wy­jąt­ko­wo gład­kiej po­wierzch­ni, coby sam duch mógł się w nim przej­rzeć. Kiedy wy­sty­gło, rzu­ci­ła nań całe mnó­stwo sza­tań­skich za­klęć, ażeby król mógł utę­sk­nio­ną żonę zo­ba­czyć.

Trze­cie­go dnia wie­czo­rem znów do jej drzwi za­stu­kał kró­lew­ski go­niec. Tym razem mi­strzy­ni zgo­dzi­ła się do­po­móc wład­cy, lecz wprzó­dy przy­ka­za­ła, by przy­go­to­wa­no dla niej po­miesz­cze­nie bez żad­ne­go świa­tła, osło­nio­ne ze wszyst­kich stron płót­nem, ale – przede wszyst­kim – by król, kiedy żonę swoją ujrzy, nie wy­po­wie­dział do niej ani jed­ne­go słowa.

Po­sła­niec wró­cił na zamek i jesz­cze tej samej nocy przy­był z za­pro­sze­niem. Twar­dow­ska za­wie­si­ła na ra­mie­niu torbę, a pod rękę chwy­ci­ła za­wi­nię­te w ma­te­riał lu­stro, któ­re­go ni­ko­mu nie po­zwo­li­ła do­tknąć.

Szli w mil­cze­niu, ukry­ci pod płasz­czem ciem­no­ści. Dwo­rza­nin miał wła­sny klucz do furty po­bocz­nej, którą wcho­dzi­ło się na od­osob­nio­ny po­dwó­rzec. Tam­tę­dy, mi­ja­jąc go­tyc­kie słupy i ga­le­rie, można było cich­cem do­stać się do kró­lew­skich kom­nat.

Wspię­li się więc po scho­dach, a pokój, do któ­re­go we­szli, zda­wał się wy­bru­ko­wa­ny ludz­ki­mi ciałami. Na ka­mien­nej po­sadz­ce spo­czy­wa­li ko­mor­ni­cy i na­jem­ni­cy – jedni owi­nię­ci w opoń­cze, dru­dzy roz­cią­gnię­ci na skó­rach, a i ta­kich, co na kupce słomy le­że­li, można było uj­rzeć. Spali twar­do, lecz przy każ­dym le­ża­ła go­to­wa do uży­cia sza­bla. Drzwi pil­no­wał ko­mor­nik kró­lew­ski, który, opar­ty o ścia­nę, wal­czył nie tyle oręż­nie, co z wła­snym snem.

– Kto tam? Kto idzie? – za­py­tał, po­bu­dzo­ny dźwię­kiem skrzy­pią­cych drzwi. Kilka głów pod­nio­sło się znad po­słań.

– Swój – od­rzekł po­sła­niec i wkro­czył do kom­na­ty, pro­wa­dząc za sobą Twar­dow­ską.

Po­sa­dzo­no ją na ławie i na­ka­za­no po­cze­kać na we­zwa­nie króla. Co bar­dziej cie­kaw­scy szlach­ci­ce przy­glą­da­li się jej, lecz, nie roz­po­znaw­szy twa­rzy, uzna­li naj­pew­niej, że oto ko­lej­na nocna to­wa­rzysz­ka, która ostu­dzić miała kró­lew­skie tę­sk­no­ty.

Po­sła­niec przy­wo­łał mi­strzy­nię i prze­pro­wa­dził ją przez ko­lej­ne dwie kom­na­ty, aż zna­leź­li się w tej, któ­rej drzwi przy­kry­te zo­sta­ły przez płót­no. Twar­dow­ska, przy­zwy­cza­jo­na do ciem­no­ści, uj­rza­ła syl­wet­kę wład­cy, sie­dzą­ce­go pod ścia­ną na pro­stym krze­śle.

– Wasza kró­lew­ska mi­łość mnie we­zwa­li­ście, bym ducha wa­szej żony nie­boszcz­ki uka­za­ła. Czy prze­ka­za­no wam moje wa­run­ki?

– Co do jed­ne­go i na wszyst­kie się zga­dzam – po­wie­dział wy­raź­nie znie­cier­pli­wio­ny Au­gust.

Twar­dow­ska w mil­cze­niu za­bra­ła się do dzia­ła­nia. Opar­ła lu­stro o prze­ciw­le­głą do króla ścia­nę, a po­mię­dzy nim a zwier­cia­dłem po­sta­wi­ła świe­cę z tru­piej tłu­sto­ści. W po­do­bie do dia­błów po­tar­ła pal­cem o nogę, a on za­pło­nął, roz­świe­tla­jąc lekko kom­na­tę. Pod­pa­li­ła knot i wy­co­fa­ła się do drzwi.

– Teraz, wasza mi­łość, za­cho­waj­cie sku­pie­nie i wej­rzyj­cie w zwier­cia­dło.

Zyg­munt Au­gust za­pa­trzył się w jego po­wierzch­nię. Po chwi­li jako żywa uka­za­ła się uko­cha­na jego, kró­lo­wa Bar­ba­ra: z ru­mień­cem na twa­rzy, jakby nigdy pal­cem śmier­ci nie­tknię­ta, a oczy miała świe­cą­ce, wpa­trzo­ne w króla z tę­sk­no­tą.

– To ty! To ty, Bar­ba­ro!

Lecz po tych sło­wach obraz na tafli po­ru­szył się, a skóra kró­lo­wej zmie­ni­ła swój kolor na zie­leń. Włosy w jed­nej chwi­li prze­rze­dzi­ły się, a twarz – z peł­nej życia – stała się twa­rzą upio­ra.

Na zamku nigdy dotąd nie sły­sza­no tak smut­ne­go, tak prze­ra­ża­ją­ce­go krzy­ku. To Zyg­munt Au­gust, prze­stra­szo­ny tru­pim ob­ra­zem, wrza­snął.

W kom­na­cie szyb­ko zna­leź­li się naj­bliż­si pod­da­ni z sza­bla­mi w rę­kach. Na ich oczach król, do tej pory ciem­no­wło­sy, szyb­ko na­brał szpa­ko­wa­to­ści.

Roz­glą­da­li się po po­miesz­cze­niu, cóż tak mogło wy­stra­szyć ich wład­cę, lecz Twar­dow­ska znik­nę­ła, za­bie­ra­jąc ze sobą swoje ma­gicz­ne lu­stro.

 

***

 

Plot­ki bar­dzo szyb­ko roz­cho­dzą się po Kra­ko­wie. Kiedy dwór usły­szał szloch Zyg­mun­ta Au­gu­sta, opo­wie­dział o tym oko­licz­nej szlach­cie. Kiedy ta się do­wie­dzia­ła, wie­dzia­ło już całe mia­sto, a ci, któ­rzy do­pie­ro mieli się do­wie­dzieć, sły­sze­li, jak pod ich okna­mi że­bra­cy śpie­wa­ją o królu, któ­re­go tę­sk­no­ta w sza­leń­stwo po­wio­dła.

W swej ka­mie­ni­cy Twar­dow­ska zja­wi­ła się tylko na chwi­lę. Cały do­by­tek po­zo­sta­wi­ła na miej­scu, łącz­nie ze wszyst­ki­mi końmi, choć nie­któ­rzy mo­gli­by przy­siąc, że wi­dzie­li, jak na jed­nym z nich od­jeż­dża.

 

***

 

W Byd­gosz­czy Twar­dow­ska zja­wi­ła się nad ranem. Do­sia­da­ła ko­gu­ta, zna­le­zio­ne­go gdzieś w przy­droż­nej wsi na śmie­ci­sku, któ­re­go cza­ra­mi dia­bel­ski­mi po­więk­szy­ła do roz­mia­rów wierz­chow­ca. O świ­cie dało się usły­szeć prze­okrut­ne, dud­nią­ce pia­nie, które wraz po­sta­wi­ło na nogi całe mia­sto.

Po­rzu­ciw­szy wiel­kie­go ptaka, ostat­nie łok­cie Twar­dow­ska po­ko­na­ła pie­szo, kie­ru­jąc się ku naj­bliż­szej go­spo­dzie, by udać się na spo­czy­nek. Wieść to była prze­dziw­na, bo za łóżko i pokój pła­ci­ła czy­stym sre­brem, co nie­po­dob­ne było w tych stro­nach.

Gdy tylko szyn­karz po­wiódł ją scho­da­mi na górę, od­wi­nę­ła z płót­na swój cenny pa­ku­nek i po­sta­wi­ła lu­stro na ko­mo­dzie, bę­dą­cej – poza łóż­kiem, sto­łem i sta­rym krze­słem – jed­nym z nie­wie­lu mebli w po­miesz­cze­niu. Z rę­ka­wa zdję­ła pa­ją­ka.

– Już tylko ty jeden mi zo­sta­łeś, Maćku. Nie myśl sobie, że tak łatwo się ode mnie uwol­nisz.

 

***

 

Mi­ja­ły ty­go­dnie, a Twar­dow­ską wciąż od­wie­dza­ły tłumy, bo po wy­da­rze­niach na Wa­we­lu wieść po kraju roz­nio­sła się bar­dzo szyb­ko. Jed­nak by uni­kać pie­kiel­nych sztu­czek, po­ma­ga­ła samym sło­wem lub radą, wy­raź­nie ża­łu­jąc swego wcze­śniej­sze­go po­stęp­ku.

Dia­beł, ob­ser­wu­jąc ją bacz­nie, prze­czu­wał już, że to mogą być ostat­nie dobre chwi­le na po­rwa­nie do pie­kła, kiedy to jej dusza wciąż tak prze­peł­nio­na była złem. Po­dej­rze­wał, że krót­ko wy­trzy­ma, nim zwró­ci swe bła­ga­nia do Boga, coby jej duszę zba­wił i do Kró­le­stwa Nie­bie­skie­go na życie wiecz­ne przy­jął. Po­sta­no­wił więc dzia­łać.

– No, Twar­dow­ska. Skoro Kra­ków już nie dla cie­bie, może czas udać się do innej sto­li­cy?

– O czym­że ty mó­wisz, dia­ble?

– O Rzy­mie, tako jak żeśmy usta­la­li.

Mó­wiąc to wy­cią­gnął cy­ro­graf spi­sa­ny na per­ga­mi­nie. Sam per­ga­min wy­ko­na­ny zo­stał ze skóry wi­siel­ca, któ­re­go wprzó­dy ki­ja­mi ob­ło­żo­no, co przy­słu­ży­ło jej zmięk­cze­niu. Zo­stał ob­ro­bio­ny tech­ni­ką wło­ską, za­pi­sa­ny tylko po miz­dro­wej stro­nie.

Na samym dole wid­niał pod­pis Twar­dow­skiej: po­par­ty jej ro­do­wą pie­czę­cią od­ci­śnię­tą w czar­nym laku prze­zna­czo­nym dla bła­znów. I takie też uczu­cie za­wład­nę­ło jej ser­cem –po­czu­ła się ni­czym bła­zen, który wy­ko­ny­wał sztucz­ki i żon­glo­wał ku ucie­sze ca­łe­go pie­kła.

– Przy­kro mi, dia­ble, lecz nie wy­bie­ram się w tamte stro­ny.

– Nie?

– Nie.

– Lecz prze­cież ver­bum no­bi­le, debet esse sta­bi­le – od­parł Me­fi­sto­fe­les.

– A jakąż to ja ko­rzyść z dia­bel­skie­go paktu mam? Uciecz­ka? Zła sława?

– I twa wie­dza i uroda, o którą tak bar­dzo wszyst­kie dia­bły pro­si­łaś.

Umil­kła, lecz w po­wie­trzu można było wy­czuć jej upór.

Vade retro – wy­du­si­ła wresz­cie.

Dia­beł się ode­zwał:

– Do­bra­noc zatem.

Od­wró­cił się, uśmie­cha­jąc przy tym tak pa­skud­nie i zło­śli­wie, jak tylko mógł­by się uśmiech­nąć wy­słan­nik pie­kieł.

Po ple­cach Twar­dow­skiej prze­biegł dreszcz stra­chu.

 

***

 

I tak do tego do­szło, że się dia­beł gło­wił, i gło­wił.

Gdyby w cy­ro­gra­fie stało Roma Ita­liae… Ale nie stoi! Roma Ita­liae, vivat! Trza bę­dzie in­ne­go Rzymu po­szu­kać albo Roma Po­lo­no­rum. Gdyby wpa­dła na do­pi­sek „Ita­liae”, sądzę, że mógł­bym nie dać jej rady.

I kiedy tak ze sobą ga­wę­dził, przy­brał po­stać ka­ra­lu­cha, po czym za­siadł na belce pod su­fi­tem w po­ko­ju Twar­dow­skiej. Przy­pa­try­wał się długo, aż zo­ba­czył, że mi­strzy­ni czę­sto zerka w lu­stro, jakby ob­ser­wu­jąc, czy jej uroda po­now­nie nie prze­mi­ja.

I miał już dia­beł po­mysł.

 

***

 

Razu pew­ne­go, gdy Twar­dow­ska wró­ci­ła do swej izby, chci­wie przy­po­mnia­ła sobie o lu­strze, w któ­rym za­tra­ca­ła ostat­nie dni swej urody.

Za moją urodą na pewno tę­sk­ni cała sto­li­ca!, my­śla­ła, nie wie­dząc, że to sam dia­beł pod­su­wał jej te myśli. Och, jakże bym chcia­ła tam po­wró­cić! Zer­k­nę tylko raz jesz­cze…

I zer­k­nę­ła.

A przy­glą­da­jąc się swo­jej uro­dzie i po­dzi­wia­jąc białe lico, w któ­rym błę­kit­ne oczy tkwi­ły ni­czym klej­no­ty sza­fi­ru, doj­rza­ła wtedy na ramie wy­skro­ba­ny po­śpiesz­nie napis: Roma. Prze­stra­szy­ła się wtedy, od­wró­ci­ła i zo­ba­czy­ła Me­fi­sto­fe­le­sa opar­te­go o ścia­nę. Długo zga­dy­wać nie mu­sia­ła, kto za­sta­wił na nią pu­łap­kę. Drob­ną ręką roz­bi­ła zwier­cia­dło.

– A więc je­steś w Rzy­mie – rzekł dia­beł. – Teraz, jak stoi w cy­ro­gra­fie, pój­dziesz ze mną do pie­kła.

Mó­wiąc to zła­pał Twar­dow­ską za rękę i, tup­nąw­szy do­no­śnie, wybił się pod same nie­bio­sa. Mi­strzy­ni mając kilka se­kund, zła­pa­ła jeden z frag­men­tów lu­stra. Na jej ra­mie­niu go­to­wy do drogi sie­dział Ma­ciek. Gdy tak le­cie­li do pie­kła, za­czę­li za­ta­czać łuk, by w pie­kle z im­pe­tem wy­lą­do­wać.

Ten jeden mo­ment wy­ko­rzy­sta­ła Twar­dow­ska, by świa­tło lu­nar­ne od­bi­te od lu­stra w dia­bel­skie oczy skie­ro­wać, ażeby ten, po­ra­żo­ny nie­sa­mo­wi­tym bla­skiem, wy­pu­ścił ją. Dłuż­szą chwi­lę tak le­cia­ła, by wresz­cie na­po­tkać coś twar­de­go.

Tym spo­so­bem Twar­dow­ska stała się pierw­szym se­le­ni­tą, miesz­kań­cem księ­ży­ca. Jej wiecz­ną urodę za­cho­wa­ła próż­nia, a wie­dzę za­pew­nił wier­ny sługa Ma­ciek, co noc spusz­cza­ją­cy się po swej sieci na zie­mię, by pod­słu­chać u ludzi, co też no­we­go dzie­je się w sto­li­cy.

A dia­bły, choć­by nie wiem jak ska­ka­ły, tak wy­so­ko nie mogą jej po­chwy­cić.

Koniec

Komentarze

Pssst… Komentarz się ostał.

– Mefistofelesie – odparła [przysłówek, jeśli chcesz, np. jakieś wyniośle, rozkazująco, z ulgą, dunno].

PanKratzek, dzięki, nie ten plik wybrałem. Muszę zacząć je bardziej intuicyjnie nazywać.

Porzuciwszy wielkiego drobiu, ostatnie łokcie Twardowska pokonała pieszo, kierując się ku najbliższej gospodzie, by udać się na spoczynek.

Zgrzytnęło jak diabli ;)

Dobrze się czytało, fajna stylizacja. Mam tylko wątpliwości, czy Twardowska rzeczywiście taka zła była, skoro ludziom pomagała.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ciekawy tekst i ładnie napisany. Wciągnęło mnie :) Nie znam dobrze legendy, ale tam trochę na końcu zgrzytnęło: to wystarczy napisać na obiekcie “Roma”, żeby stał się Rzymem? Niektóre opisy trochę dziwnie, wybijały mnie z rytmu, lecz ogólnie na plus, idę polecać do Biblioteki.

czując nagle nieprzenikniony głód, począł wić swą sieć.

Głód raczej nie może być nieprzenikniony, bo nie jest rzeczą materialną.

Wspięli się więc po schodach, a pokój, do którego weszli, zdawał się wybrukowany ludzkimi szablami.

Nie słyszałam o takim określeniu: ludzkie szable. Trochę się zatrzymałam na tym akapicie, bo myślałam najpierw, że ci ludzie nie żyją, przez użycie słowa “spoczywali” i powiedzenie o tym, że spali, dopiero w trzecim zdaniu.

Ależ to jest dobre, Kelinie! Język, zdaje się, utrzymałeś w ryzach do ostatniej kropki – baaardzo podobały mi się nienachalne, łacińskie wstawki; słów niepasujących do epoki także nie wyłapałem. Brawo.

Szalenie satysfakcjonująco potraktowałeś historię Twardowskiego, poczynając od wyboru czasu i miejsca akcji, na przewrotnym finale kończąc. Sam tytuł jest już przyciągający, zaś po lekturze na jaw wychodzi zabawa słowna jaka tu zaszła – przez co satysfakcję miałem przednią.

Bardzo mi się podobało. To opowiadanie zasługuje na uwagę i aż szkoda, że jest takie krótkie. ;)

 

Edytka: nad tymi “ludzkimi szablami” też się na moment zatrzymałem, nie pasowało mi to. Ale stwierdziłem, że tak dobrze mi się to czyta, że to nieistotne i pognałem dalej. :p

Cześć! Dzięki, że zajrzeliście i dzięki wielkie za kliki. :D

 

Irka_luz, czy Twardowska była zła, to w sumie ciężko stwierdzić. Niby pomagała, ale jednak podpisała pakt z diabłem i używa do tego diabelskich sztuczek.

 

Zgrzytnęło jak diabli ;)

Przemyślę tę konstrukcję. :D

 

to wystarczy napisać na obiekcie “Roma”, żeby stał się Rzymem?

Karczma też się Rzym zwała, więc nie chciałem aż tak oddalać się od bazowej historii. A jednak wydaje mi się, że prędzej by wpadła przez przeglądanie się w lustrze niż samą hulankę w karczmie. Na to jest za sprytna. :)

Głód raczej nie może być nieprzenikniony, bo nie jest rzeczą materialną.

Przemyślę jak to ładnie rozwiązać i wprowadzę poprawkę.

 

Wspięli się więc po schodach, a pokój, do którego weszli, zdawał się wybrukowany ludzkimi szablami.

MrBrightside też się zaciął, więc z tym już muszę coś zrobić.

 

MrBrightside, a propos Ciebie!

Dzięki. To moja pierwsza walka ze stylizacją. Przyznam, że moje konie zahamowała Wiktor, bo w pierwszej wersji nieco za bardzo odleciałem. Ale finalny efekt również mnie zadowala. :D

Z tytułami ogólnie lubię się bawić i rzucać nawiązaniami na prawo i lewo. Chyba tylko w “Jałowym Traktacie” dałem wprost, cała reszta jest grą i mrugnięciem.

Może kiedyś nadarzy się okazja, to napiszę jeszcze coś innego w stylizacji. Tutaj, co prawda, limitu mi nie zbrakło, ale nie chciałem ciągnąć. :D

 

Dziękuję Wam raz jeszcze!

Cześć Kelin, czekałam! :D 

 

Bardzo ładnie wyszła stylizacja, serio nie ma się czego czepić, brawo! :) 

 

Wprawdzie mnie taki wzniosły język zawsze trochę dystansuje do samych bohaterów, ale wydaje mi się, że w Twojej opowieści to właśnie ten styl jest głównym bohaterem… Nie wiem czy taki miałeś zamysł, ale ja tak to czuję :D Przeczytałam Twoje opowiadanie, odłożyłam je na chwilę, i w sumie pierwsze co mi się nasuwa na myśl to właśnie język i historyczny klimat, bardziej niż fabuła, więc uznałam, że to jest jego najsilniejsza strona. 

 

Samo ogranie legendy – nie pozmieniałeś za dużo, może z wyjątkiem końcówki z lustrem, chyba też twistem jest fakt, że przepędzają Twardowską z Krakowa. Wiem, że ślady Twardowskiego były w Bydgoszczy, ale nie pamiętam czy jest jakiś ślad skąd tam się wziął – Ty to fajnie ująłeś. 

Nie do końca kupuję samą kreację bohaterki – jakaś taka nieprzyjemna mi się wydała… Bardziej niż Twardowski w wersji męskiej – przecie on te piekielne moce do czynienia dobra używał! Oczywiście, Twoja postać – Twoje prawa. Ale nie podobało mi się, jak traktuje Maćka i że jest taka próżno-wyniosła. 

 

Wspięli się więc po schodach, a pokój, do którego weszli, zdawał się wybrukowany ludzkimi ciałami.

→ nie chcesz wiedzieć, jaki obraz mi wyrysowałeś tym zdaniem w głowie :D Już myślałam, że na Wawelu nagle jakaś ostra jatka się odbyła. Widzę, że wcześniej były ludzkie szable i też bym się tu zacięła jak poprzedni czytelnicy. Już lepiej te ciała, ale właściwie to… czemu oni tak tam śpią na ziemi? 

 

Natomiast najbardziej obrazowo i jak dla mnie najciekawiej jest opisany początek na cmentarzu. Gdy Maciek otwiera wieko trumny i pojawia się tam niemowlę– kupiłeś mnie. Szkoda, że nie wiem co się stało, że wcześniej umarła i czemu po 3 latach się reaktywowała. Bo mnie zaintrygowało, fajne bardzo to było! 

 

– A jakąż to ja korzyść z diabelskiego paktu mam? Ucieczka? Zła sława?

→ “a kto Cię wskrzesił, Waćpanno?” tu bym z Twoją Twardowską dyskutowała, zadziera nosa strasznie :D 

– Vade retro – wydusiła wreszcie.

Diabeł się odezwał:

– Dobranoc zatem.

→ czytałeś opowiadanie Sapkowskiego, to z Torque (silvanem, i proszę nie mówmy o wersji Netflixowej :P)? Totalnie mi się skojarzyło! :) Ale pozytywnie, nie posądzam cię o za mocną inspirację. 

 

Dobrze się czytało, dziękuję! 

[i wreszcie mogę zaoferować klika! :D]

Cześć Koimeodo!

Szkoda, że jednak nie wystartowałaś ze swoim pomysłem. :D

 

Dzięki za pochwały! Zdecydowałem się na stylizację jako moje warsztatowe wyzwanie, a dużo nie zmieniłem, bo i uważam, że finał jest wystarczającą zmianą. Kobiety też są silne, a z mojej (dosyć kosmopolitycznej perspektywy) w większości historii nie zmieniłoby się nic. Więc z tym miałem problem i boję się, że głównie przez to nie polubię się z samym tematem konkursu.

 

nie chcesz wiedzieć

Nie? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

 

zadziera nosa strasznie

Jest pełna pychy, która też skróciła jej okres umowy diabelskiej. Taka wada. :D

 

czytałeś opowiadanie Sapkowskiego, to z Torque (silvanem, i proszę nie mówmy o wersji Netflixowej :P)?

Oczywiście! Jedno z najlepszych! Acz tutaj inspiracja poszła nieco bokiem, bo nie myślałem o samym Sapkowskim w trakcie pisania i kreacji tytułu – dopiero po fakcie sobie przypomniałem. :D

 

Dzięki za klika!

Szkoda, że jednak nie wystartowałaś ze swoim pomysłem. :D

→ nie wystartowałam do konkursu, ale moja Twardowska istnieje i ma się nieźle, tylko zagapiła się na termin, wpadnie przywitać się z Twoją, obiecuję ;) 

 

Kobiety też są silne, a z mojej (dosyć kosmopolitycznej perspektywy) w większości historii nie zmieniłoby się nic.

→ no ba że są :) Niekoniecznie chodziło mi o zmianę wywołaną zmianą płci, tylko po prostu większe wariacje na temat legendy – co w ogóle nie jest wymogiem konkursu, może i lepiej że zostałeś blisko oryginału? 

 

Nie? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

→ no ekhm, to jak wpadniesz do Krakowa, to idziemy na Wawel i spróbuje Ci zwizualizować te trupy walające się po posadzkach, rozbryzgane na ścianach itd itp… Ty mi to głowy wsadziłeś! :P 

nie wystartowałam do konkursu, ale moja Twardowska istnieje i ma się nieźle, tylko zagapiła się na termin, wpadnie przywitać się z Twoją, obiecuję ;) 

To tym bardziej czekam, bo byłoby to już drugie opowiadanie, gdzie mniej lub bardziej piszemy o tym samym. Fajnie tak znać inną interpretację. :D

 

no ba że są :) Niekoniecznie chodziło mi o zmianę wywołaną zmianą płci, tylko po prostu większe wariacje na temat legendy – co w ogóle nie jest wymogiem konkursu, może i lepiej że zostałeś blisko oryginału? 

Oby lepiej. Chyba…

 

no ekhm, to jak wpadniesz do Krakowa, to idziemy na Wawel i spróbuje Ci zwizualizować te trupy walające się po posadzkach, rozbryzgane na ścianach itd itp… Ty mi to głowy wsadziłeś! :P 

Przypomnę się, wierz mi. :D

To tym bardziej czekam, bo byłoby to już drugie opowiadanie, gdzie mniej lub bardziej piszemy o tym samym. Fajnie tak znać inną interpretację. :D

→ #teamaustralia! :D A wiesz, że Twardowska już jedna jest? Też dobra, leć jeszcze wersję poznać :)

 

Szlag. Jak to już wisiało na becie, to było kilka opowiadań na krzyż. :D

Nie szlaguj, jest dobrze! :) Też mnie spięło jak zobaczyłam, że kolejna Twardowska haha ale Ty i MTF macie zupełnie inny klimat, każde opko fajne i kładzie nacisk na coś innego.

W ogóle powiem Ci, że jak wymyśliłam ho ho ho temu, że sięgnę po tę legendę to miałam 3 tropy gdzie ją osadzić: 1) w czasach oryginalnych (jak u Ciebie) 2) w czasach współczesnych (jak u MTF) 3) w inszych :D – na co się w końcu zdecydowałam i och jak ja się cieszę, że tak wyszło!

O, czyli będą trzy zupełnie odmienne wersje. Super! Fajnie, jeśli wszystkie trafią do antologii by były po sobie. :D

Ja to na razie myślę o tym, jak ten tekst dokończyć/skrócić/doszlifować, bo zaczyna żyć własnym życiem, a nie o jakiś antologiach :D Ale tak, fajnie jakby ktoś to czytał, to wszystko na raz żeby mieć takie wesołe porównanie. 

Naprawdę ładnie Ci to wyszło :) 

A, zajrzałam sobie tutaj przy kawie, mimo że konkursu nie śledzę.

Dobry tekst. Ładnie przedstawiłeś historię i bohaterów, wszystko do siebie pasuje, a postacie są barwne, a nawet sympatyczne. ;) 

Zawsze szanuję za stylistykę w klimacie innej epoki (ja bym się nie podjęła). Czasem takie teksty źle mi się czyta, ale tutaj poszło płynnie.

Zakończenie fantastyczne, nawet uśmiechnęło. 

Podobało się. :)

 

Koimeodo, w takim razie nie pozostało mi nic jak czekać. I jeszcze raz – dzięki. :)

 

Saro! Dzięki, że zajrzałaś. Cieszę się, że stylizacja językowa przypadła Ci do gustu. Jak wspominałem, to moje pierwsze starcie, choć nie wiem, kiedy przymierzę się do kolejnego. Cieszę się też, że spodobały Ci się zmiany, które wprowadziłem do oryginału. Dzięki za klika. :D

Ok, widzę tedy opowieść o Twardowskim, różniącą się od oryginału głównie zamianą płci oraz karczmy na lustro.

Ładnie napisane, pomysł fajny, zabrakło mi jednak, aby taka zamiana pełną się stała… męża owej, czyli zdziadziałego Pana Twardowskiego, co dzień zamieniającego Pani Twardowskiej życie w pasmo nerwów i ciągłych utrapień. Wrednego, chciwego, próżnego i leniwego. Oraz robiącego Pani Twardowskiej wieczne piekiełko na ziemi… ;) 

Wtedy byłbym kontent!

 

1. Życie jest za krótkie na niechlujne researche. 2. W przypadkach wątpliwych - wolę pantofelka. 3. Piórko dla "Sów i Skowronków z Keplera"!

Cześć rrybaku! Dzięki że jesteś!

Tym razem utrzymałem wyobraźnię na wodzy, bo i też nie czułem się mega komfortowo pisząc:

  1. stylizacją,
  2. w czasach quasi-historycznych,
  3. ruszając cudzą opowieść przerabiając na swoją wizję.

Obiecuję, że jeśli następnym razem będę robił retelling, to będzie więcej tego samego co wyszło i poprawa tego, co prezentuje się gorzej!

Cześć, Kelinie!

 

Niby to nie pierwsza pani Twardowska w tym konkursie, ale podoba mi się Twoja historia. Niby niewiele zmieniasz w stosunku do oryginału, lecz historia płynie sprawnie, stylizacja jest bardzo gładka i dopieszczona, a bohaterka charakterystyczna. Podbijam jednak za rrybakiem, że brak męża-węża jest tutaj lekkim brakiem. Co w ogóle nie znaczy, że psuje mi przyjemność z lektury!wink Pozdrawiam!

Cześć, oidrin! Dzięki za ocenę. :)

 

Myślę, że Twardowska (raczej odmłodniała) nie pozostawiłaby swojej urody w garści jednego kawalera, bo zbyt pysznie się z nią czuła i dalej chciała okazywać wdzięki innym. Cieszę się, że stylizacja jest mocnym punktem, bo czuję jak mój warsztat robi brrr. :D

Świetnie napisane, postacie fajnie stworzone smiley, zwłaszcza pani Twardowska i Maciek. Mroczne szczegóły jak trupi wosk itp. robią klimat. Niestety spóźniłam się z biblioteką.

 

Powodzenia w konkursie :)

Cześć, Monique.M!

Dzięki za opinię. Cieszę się, że przypadło do gustu bo bałem się, że przejdzie bokiem z efektem “meh”. Z każdym komentarzem nadzieja rośnie. :D

Cześć!

Niezła bajka o Twardowskiej. Jak jego karczmą, to ją lustrem. Ale i tak skończyło się na księżycu. Dobrze się czytało, plus za łacińskie sentencje i za słowniczek. Dodaje klimatu polski szlacheckiej, trochę plebsu, trochę szlachty i diabeł na dokładkę.

Pozdrawiam!

"Nie, żebym nie chciał! Wręcz zazdroszczę Tym, co potrafią ujść zatraty I łączą swe talenty owcze W stada wzajemnej aprobaty." J.Kaczmarski

Cześć, krar!

Dzięki za komentarz. Historia z wylądowaniem na Księżycu ma w sobie tyle uroku, że nie mogła wylądować gdzie indziej. Jak jeszcze pracowałem za barem to późnym wieczorem rozpoczynały się dziwne rozmowy i jak gadaliśmy o podoboju kosmosu, to zawsze mogłem obcokrajowcom wygarnąć, ze to Polacy byli pierwsi na srebrnym globie. :D

Kelin, podziwiam Twój styl! Bogate słownictwo, piękne zdania. Tekst naprawdę świetnie przygotowany :). Chapeau bas za stylizację!

Końcówka wręcz magiczna, przywodząca na myśl Legendy z Allegro. 

Opowiadanie przeczytałam z przyjemnością, ale mimo to trochę ponarzekam ;).

Fabularnie miałam nadzieję na więcej emocji, lepsze poznanie i zrozumienie Twardowskiej. Podobnie jak Maciej, nie wzbudziła we mnie ani sympatii ani antypatii. Jakbym po przeczytaniu opowiadania wciąż niewiele o niej wiedziała. Nie kumałam jej motywacji, czy chciała za wszelką cenę żyć w luksusie; zachować urodę, to na pewno; czy pomagać ludziom; schować się czy też być sławną i rozpoznawaną(?) Skąd ten psikus sprawiony królowi?

Przeczytałam historię pana Twardowskiego, tyle że zamiast legendarnego bohatera wystąpiła niewiasta o tym samym tym nazwisku, a reszta opowieści niewiele różni się od tej o mistrzu Twardowskim. No, ale takie są założenia konkursu i nie mam tu nic do gadania. Mogę tylko powiedzieć, że czytało się nieźle, a byłoby jeszcze lepiej, gdybym nie potykała się o błędy i usterki.

 

ni zwierz jaki nie zbesz­cze­ści­li bie­dacz­ki… ―> …ni zwierz jaki nie zbez­cze­ści­li bie­dacz­ki

 

spód­ni­cę po­far­bo­wa­ną in­dy­go, która tylko pod­kre­śla­ła błę­kit oczu ko­bie­ty. ―> Raczej: …spód­ni­cę po­far­bo­wa­ną in­dy­go, która jeszcze pod­kre­śla­ła błę­kit oczu ko­bie­ty.

 

na­ło­ży­ła wąski, ak­sa­mit­ny ka­pe­lusz w ko­lo­rze sukni, przy­ozdo­bio­ny cza­pli­mi go­do­wy­mi pió­ra­mi, a wąską kibić… ―> Nie brzmi to najlepiej. Na czym polega wąskość kapelusza?

 

Pełna go­dzi­na wy­bi­ła, za­czę­ły bić dzwo­ny. Nawet ich dźwięk po­twier­dzał za­mie­sza­nie: Twar­dow­ska po­wró­ci­ła!, biły zło­wiesz­czo… ―> Czy to celowe powtórzenia?

Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

 

Od­wró­ci­ła się na ob­ca­sie i po­chwy­ci­ła wzrok uczo­ne­go. ―> Od­wró­ci­ła się na pięcie i po­chwy­ci­ła wzrok uczo­ne­go.

Odwrócić się na pięcie jest związkiem frazeologicznym, czyli formą ustabilizowaną, utrwaloną zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

oto Twar­dow­ska wró­ci­ła na Kra­ków. ―> Chyba: …oto Twar­dow­ska wró­ci­ła do Krakowa.

 

po­czął wić swą sieć. ―> Pająki, o ile mi wiadomo, tkają sieci, a wiciem (gniazda) zajmują się ptaki. Wić można też wianki.

 

– Mnie? Ale jakże to, waszmości, spodziewała się mnie… ―> Czy tu aby nie powinno być: – Mnie? Ale jakże to, waszmość pani spodziewała się mnie

Za SJP PWN: waszmość daw. «zwrot grzecznościowy używany między szlachtą, zwykle w wyrażeniach: waszmość pan, waszmość pani, waszmość panna»

 

a nawet jeśli, to pod groź­bą ry­chłej stra­ty bałby się wy­ga­dać. ―> Czy tu aby nie miało być: …a nawet jeśli, to pod groź­bą ry­chłej stra­ty głowy bałby się wy­ga­dać.

 

osło­nio­ne ze wszyst­kich stron płót­nem, ale przede wszyst­kim by król… ―> Czy to celowe powtórzenie?

 

któ­re­go wprzó­dy ki­ja­mi ob­ło­żo­no, co przy­słu­ży­ło jej zmięk­cze­niu. ―> …któ­re­go wprzó­dy ki­ja­mi obito, co przy­słu­ży­ło się jej zmięk­cze­niu. Lub: …co posłużyło jej zmięk­cze­niu.

Można kogoś kijami okładać, ale chyba nie obkładać.

 

jej ser­cem –po­czu­ła się ni­czym bła­zen… ―> Brak spacji po półpauzie.

 

Za moją urodą na pewno tę­sk­ni cała sto­li­ca!, my­śla­ła… ―> Po wykrzykniku nie stawia się przecinka.

Czy krzyczała w myślach, czy może wykrzyknik jest zbędny?

 

chci­wie przy­po­mnia­ła sobie o lu­strze… ―> Na czym polega chciwość przypomnienia?

 

Twar­dow­ska stała się pierw­szym se­le­ni­tą, miesz­kań­cem księ­ży­ca. ―> Czy, skoro mowa o kobiecie, nie powinno być: Twar­dow­ska stała się pierw­szą se­le­ni­tką, miesz­kanką księ­ży­ca.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fascynujący tekst. Podobieństwo do staropolskiej baśni uderzające, ale jednak kilka rzeczy troszkę mi nie pasuje (chociaż zaznaczam, że nie jestem znawcą historii):

 

Silnie wycięty dekolt miał kształt kwadratu, co modnie poszerzało tors. – O ile się wywiedziałem, dekolty pojawiły się w zasadzie dopiero w XVII wieku, czyli w następnym stuleciu w stosunku do Twardowskiego i Zygmunta Augusta.

 

jego młoda żonka co noc nowego sobie gacha sprowadza. – Tu śmiechłem, ale jednak słowo „gach” zupełnie mi nie pasuje do takiej opowieści, chociaż przyznaję, że nie wiem, z jakich czasów się wywodzi :D

 

Złośliwości inne:

 

W podobie do diabłów potarła palcem o nogę, a on zapłonął, rozświetlając lekko komnatę. – Co to ta podoba/ten podób nie wiem, nie wiem też, co zapłonęło, palec?

 

Na ich oczach król, do tej pory ciemnowłosy, szybko nabrał szpakowatości. – Skoro to odbyło się „na ich oczach”, to raczej wiadomo, że szybko :)

 

Gdy tak lecieli do piekła, zaczęli zataczać łuk, by w piekle z impetem wylądować. – powtórzenie

 

Szczerze, nie podoba mi się też zakończenie. W oryginale diabeł musiał się trochę natrudzić z tym Rzymem, a tu poszedł na „łatwiznę” – jeśli mógł wydrapać na lustrze „Roma”, to mógł to zrobić też na framudze izby, i wtedy byłoby jeszcze prościej.

 

Niemniej, czytało się dobrze. Po prostu lubię się przyczepiać. I'm sorry…

 

Pozdrawiam!

Precz z sygnaturkami.

Niebieski Kosmito, też się potknęłam na rzeczonej podobie, ale zostawiłam, bo w Poradni SJP PWN znalazłam:

W podobie znaczy 'podobny' lub 'podobnie do'. Zwrot ten pochodzi od dawnego słowa podoba 'podobieństwo, podobizna', używanego między XV a XVII wiekiem, dłużej zachowanego w gwarach.

Z gwarowego zwrot ten stał się potoczny, o czym świadczy liczba ok. 20000 jego wystąpień na polskojęzycznych stronach w Internecie. Bliższe przyjrzenie się cytatom pokazuje, że prawie zawsze mamy dziś do czynienia z konstrukcją coś w podobie, która stała się elementem potocznej frazeologii, np. „No więc to jest piesek terierek, najprawdopodobniej coś w podobie yorka”.

Mirosław Bańko, PWN

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/cos-w-podobie;9025.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

– Może i diabeł, a może nie. – Twardowska uśmiechnęła się, a posłaniec zbladł; na zamku słyszano o jej piekielnych konszachtach. – Mówże, z czym przybywasz, bo i tego się domyślam, ale utwierdzić się wolę.

Czyli w sumie nie była to wielka tajemnica. 

 

Jednak by unikać piekielnych sztuczek, pomagała samym słowem lub radą, wyraźnie żałując swego wcześniejszego postępku.

Diabeł, obserwując ją bacznie, przeczuwał już, że to mogą być ostatnie dobre chwile na porwanie do piekła, kiedy to jej dusza wciąż tak przepełniona była złem. Podejrzewał, że krótko wytrzyma, nim zwróci swe błagania do Boga, coby jej duszę zbawił i do Królestwa Niebieskiego na życie wieczne przyjął. Postanowił więc działać.

Headhopping się tu przytrafił. 

 

Opowiadanie oczarowalo mnie w pierwszym kontakcie, ta stylizacja, te łacińskie wstawki, klimat polskiej baśni. Wszystko to było takie przemyślane i smaczne. 

Jednak gdzieś tak pod koniec odszedłeś od stylizacji – rozumiem, wartka akcja może ponieść.

Nie kupuję też dwóch fabularnych rozwiązań: po pierwsze wyryte na ramie lustra "Roma". Myślę, że to zbyt duże nagiecię zasad podpisanej umowy. Po drugie: czemu diabły nie mogą dosięgnąć Twardowskiej na księżycu, skoro diabeł leciał z nią do piekła tak blisko ksiezyca, że tam spadła? Bardziej spójna byłaby werska, w której nje mogą jej znaleźć. 

 

Poza tym świetnie napisane opowiadanie! 

 „Marnemu tworowi, którego Bóg raczył stworzyć dopiero po tobie!” – Może się mylę, ale odnoszę wrażenie, że to właściwą formą będzie „który”, a nie „którego”, bo to forma osobowa.

 

„Mimo bezkresnych ciemności, o pogrzebie mówił cały Kraków.” – To zdanie nie ma sensu. Jeśli nieboszczka była znana, to nic dziwnego, że o niej mówiono. A jeśli jeszcze pogrzeb odbył się w nietypowych okolicznościach, to tym bardziej.

 

„Baczył, aby żadni zbójcowie ni zwierz…” – zbójcy, nie ma takiej formy jak „zbójcowie”.

 

„Suknia została uszyta na włoską modłę, nieco spłaszczając wydatną mimo tego pierś. Silnie wycięty dekolt miał kształt kwadratu, co modnie poszerzało tors.” – Hm… raz, że tors jest określeniem niefortunnym w odniesieniu do kobity. Dwa, że trudno mi sobie wyobrazić suknię, która jednocześnie ma wycięty dekolt i spłaszcza pierś. To tak jakby jest sprzeczne.

No i dekolt nie może przejść w spódnicę, chyba że sięgał pępka?

 

„Odwróciła się na obcasie” – Utartym zwrotem jest „obrócić się na pięcie”, nie odwrócić.

 

„Twardowska wróciła na Kraków.” – Na?

 

„W tym też momencie do izby wkroczył Maciek, pewien, że jego mistrzyni już śpi.” – A czego on szukał u śpiącej mistrzyni? Czy to miało zabrzmieć nieprzyzwoicie?

 

„…gdzie wprzódy zatrudniła służbę, a potem budynek bogactwami przyozdobić zamierzała. Piękne perskie dywany, czerwienią obite fotele, a naczynia wszelkie ze złota. Stajnię zapełniła najszybszymi i najwytrwalszymi końmi, a piwniczkę najdroższymi winami.

I tak też swych gości podejmowała, nie bacząc, czy mieszczanin, czy szlachcic, czy nawet nieraz żebrak – a wszystko to wśród wytworności.”

 

„Kiedy ta się dowiedziaławiedziało już całe miasto, a ci, którzy dopiero mieli się dowiedzieć, słyszeli…”

 

„Mistrzyni[+,] mając kilka sekund, złapała jeden z fragmentów lustra.”

 

 

Przeczytałam opowiadanie wczoraj. Jakkolwiek bardzo podoba mi się tematyka, język (poza jakimiś tam potknięciami), sceneria i klimat, tak jakoś sama treść i rozwiązanie fabuły nie przypadły mi do gustu. Czegoś tu zabrakło, coś poszło nie tak – mam za dużo niedosytu po lekturze. Trudno mi nawet wyjaśnić dlaczego, ale tak jest i już. Szkoda. Może następnym razem wejdzie lepiej ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Vale!

 

Och, lekcje łaciny się przypominają, już od samego czytania przedmowy. Vale magistra! :D

Dawne czasy:)

 

Ciekawa historia. Dobry pomysł z lustrem, zaskoczył mnie :) Do języka (stylizacji?) bym się przyczepił, co i rusz mi to przeszkadzało. Gdyby nie to, byłoby bardzo dobrze, a tak tylko dobrze ;)

 

Uwagi do tekstu:

 

że gdy przyjdzie czas, pójdzie za cyrografem

Średnio mi to brzmi :/ A co to, cyrograf ma mundur, żeby panny za nim sznurem?

 

Wieść to była niesłychana, że ciemną nocą ktoś grasuje na cmentarzu

Pani zabiła Pana? No ładne nawiązanie, smaczek taki ;)

 

Wreszcie nadszedł moment, kiedy to ciało znów miało spotkać się z powietrzem. Chłopiec, rozpaliwszy ogniki, rozpoczął swój trud przy łopacie.

Mi to zgrzyta, jak, nie przymierzając, łopata o wieko trumny ;)

 

powoli dochodząc do wniosku, że w tej ciasnej starej izdebce wszystkich interesantów za diabła nie pomieści.

Hehe, dobre :)

 

kiedy to nakrył Twardowską na szatańskim pakcie.

Prawie, jakby ją w toalecie nakrył. No nie mogę, znowu te zgrzyty ;)

 

wytworności.  Sława

Podwójna spacja.

 

walczył nie tyle orężnie, co z własnym snem.

Mężnie, ale orężnie, aż szabla zgrzyta o bruk czaszkami wybrukowany.

 

uznali najpewniej, że oto kolejna nocna towarzyszka, która ostudzić miała królewskie tęsknoty.

No to ładnie ten król za żoną tęskni :/

 

 

 

ostatnie łokcie Twardowska pokonała pieszo

Hehe, łokcie pieszo, a to dobre jest :)

 

Jej wieczną urodę zachowała próżnia, a wiedzę zapewnił wierny sługa Maciek, co noc spuszczający się po swej sieci na ziemię, by podsłuchać u ludzi, co też nowego dzieje się w stolicy.

Prawie jak w dowcipie o pajączku wiszącym nad szklanką z wodą ;)

 

A diabły, choćby nie wiem jak skakały, tak wysoko nie mogą jej pochwycić.

Wysoko chwytać? A to co za dziwy?

 

 

Exit light

Nowa Fantastyka