- Opowiadanie: Olciatka - Suffer

Suffer

Tylko tytuł jest w języku angielskim:-)

 

Przyjemnej lektury.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Suffer

 

– W takim razie jesteśmy umówione – odparłam z entuzjazmem na wieść, że zyskałam nowego ucznia. Była to pokrzepiająca wiadomość, gdyż w zeszłym miesiącu jedna dziewczynka zrezygnowała z korepetycji z języka angielskiego. Co więcej, udało mi się zapełnić lukę w kalendarzu, bez konieczności przekładania pozostałych zajęć.

– Tak, we wtorek na czternastą trzydzieści – podsumowała mama Wojtka.

– Zgadza się… Do zobaczenia. – Już chciałam nacisnąć czerwoną słuchawkę w telefonie, gdy przypomniałam sobie o niezwykle istotnej kwestii – Chwileczkę…

– Tak?

– Zupełnie wyleciało mi z głowy… Proszę podać państwa dokładny adres… – Sięgnęłam po długopis i kartkę z notatkami.

– Oczywiście. Ulica Kombatantów dwadzieścia, numer mieszkania cztery.

Zamarłam. Długopis wypadł mi z ręki i potoczył się po blacie biurka. Złapałam go w ostatniej chwili, zanim spadł na podłogę. Wzięłam głęboki wdech.

– Trafi pani? Nasz budynek znajduje się tuż obok…

– Tak, znam to miejsce. Nie ma problemu. Do zobaczenia we wtorek – starałam się, aby mój głos brzmiał naturalnie. W rzeczywistości serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Powróciły bolesne wspomnienia. Gwałtownie odsunęłam krzesło i podeszłam do okna. Otworzyłam je na całą szerokość, a następnie zaczęłam łapczywie chwytać zimne, listopadowe powietrze. Czułam, że wpadałam w panikę. Nie zamierzałam do tego dopuścić. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę kuchni. W szafce trzymałam leki uspokajające, które przepisał mi lekarz. Zażywałam je przez kilka miesięcy, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wcale mi nie pomagały. Sprawiały, że popadałam w apatię i odrętwienie, prawie bez przerwy spałam. Odstawiłam je pół roku temu. Dopiero wtedy byłam w stanie znowu zacząć pracować. Przynajmniej jako korepetytor, do nauczania w szkole nie wróciłam.

Dlaczego ich nie wyrzuciłam? Świadomość tego, że w każdej chwili mogłam po nie sięgnąć, dodawała mi pewności siebie. Obracałam w dłoniach białe opakowanie. Powoli odzyskiwałam równowagę. Cisnęłam tabletki z powrotem do szafki. Nie potrzebowałam ich. Tyle czasu radziłam sobie bez nich. Tylko… To miejsce. Straszna tragedia. Zacisnęłam pięści, wbijając ostre paznokcie w miękką skórę. Poczułam ból. I ulgę. Wyglądało na to, że w końcu nadszedł moment, aby zmierzyć się z przeszłością.

 

 

***

 

 

Wysiadłam z autobusu i spojrzałam na zegarek. Dziesięć po drugiej. Zajęcia z Wojtkiem powinnam zacząć za dwadzieścia minut. Nie musiałam się spieszyć. Gdy wyszłam zza przystanku, uderzył mnie silny podmuch wiatru. Nasunęłam kaptur na głowę i ruszyłam pod górę. Mijając obskurne, zapuszczone budynki mieszkalne, przypomniałam sobie czasy, kiedy pokonywałam tę trasę codziennie. Korzystałam z tego samego środka transportu, co dzisiaj, a następnie pędziłam ile sił w nogach, żeby zdążyć na lekcję, zanim rozlegnie się dźwięk dzwonka kończącego przerwę. Niestety, zawsze się spóźniałam.

Ostatni raz przemierzałam tę wąską, ponurą uliczkę rok temu. Nie zmieniła się ani trochę. Za to ja nauczyłam się terminowości. Chociaż przekonałam się na własnej skórze, że w pewnych sytuacjach brak punktualności może uratować życie.

Mijałam obdrapane, zniszczone budynki. Otwarte na oścież drzwi, ukazywały obskurne klatki schodowe. W jednym z tych posępnych miejsc jeszcze do niedawna mieszkał mój uczeń, Szymon. Jego ojciec był rzeźnikiem w zakładach mięsnych. Matka nie pracowała, zajmowała się wychowaniem kilkuletnich bliźniaków. Ten nieśmiały piętnastolatek z kompleksami trzymał się zawsze z boku, starając się nie przykuwać niczyjej uwagi. Przerwy spędzał w samotności podpierając ściany. Małomówny, zamknięty w sobie, z nikim nie nawiązał przyjacielskich relacji. Zagubienie i niepewność miał wypisane na twarzy, przez co stawał się obiektem żartów, docinków i kpin.

Pamiętam ostatnią lekcję w klasie Szymona. Zrobiłam im wtedy powtórkę ze słówek. Rzadko wywoływałam go do odpowiedzi, gdyż zdawałam sobie sprawę, że występowanie przy całej grupie było dla niego niełatwym zadaniem. Jednak tego dnia musiałam przepytać każdego ucznia i wystawić odpowiednią ocenę. Wstał przygarbiony, z wypiekami na policzkach. Niesforne kosmyki, jak zwykle opadały na wysokie czoło, jednocześnie zasłaniając prawe oko. Chociaż zaczesywał je na bok palcami, one i tak uparcie wracały na swoje miejsce.

Ze sprawdzianów zwykle dostawał czwórki, świadczyło to o tym, że przykładał się do nauki. Jednak wypowiedź ustna musiała tak bardzo go zestresować, że na polecenie przetłumaczenia na język angielski słowa cierpieć, pomylił się w wymowie. Zamiast suffer, zdołał wyjąkać niewyraźnie coś, co zabrzmiało jak serfer. Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Zanosili się okrutnym, złośliwym rechotem. Szymon nie umiał się bronić. Patrzyłam jak skurczył się w sobie, nerwowo drapał ramię paznokciami niemal do krwi. Oczywiście największy ubaw mieli: Przemek, Sylwek i Mateusz, którzy czerpali dziką przyjemność ze znęcania się nad słabszym kolegą. Tortury Szymona przerwał rozlegający się dzwonek, po którym wszyscy rzucili się do drzwi.

Od tamtej pory żyłam z ogromnym poczuciem winy. Dlaczego w żaden sposób nie zareagowałam? Dlaczego nie stanęłam w jego obronie? Nie reagując na przemoc, dawałam na nią ciche przyzwolenie. Powinnam wiedzieć, że mała iskierka wielokrotnie przydeptywana butem nie zawsze gaśnie. Czasami tli się powoli, niepostrzeżenie, by ostatecznie powstać, jako wielki pożar.

 

 

***

 

 

Weszłam na szczyt zasapana. Przystanęłam, starając się uspokoić oddech. Na tej wysokości wiatr zdawał się być jeszcze bardziej przenikliwy. Na chodnik spadły pierwsze krople deszczu. Z wahaniem uniosłam głowę. Mój wzrok przyciągnął okazały gmach. Jeszcze do niedawna znajdowała się tu tętniąca życiem szkoła. Dziś obiekt ten świecił pustkami. Zrobiłam kilka niepewnych kroków. Zatrzymałam się przed wysokim ogrodzeniem, na którym wisiała tabliczka z napisem Zakaz wstępu. Rzeczywiście nikt tego miejsca nie odwiedzał, o czym świadczył zasypany kasztanami oraz zgniłymi liśćmi plac.

Wpatrywałam się w czarne okna, podczas gdy moim ciałem zaczęły wstrząsać dreszcze. Przed oczami stanęły mi obrazy z tamtego dnia. Niewyobrażalna tragedia, której można było uniknąć. Każdego dnia targały mną wyrzuty sumienia. Nagle poczułam uderzenie gorąca. Musiałam odpiąć kurtkę, w przeciwnym razie osunęłabym się na ziemię i zemdlała.

– Ciociu, dobrze się czujesz?

Podążyłam wzrokiem za znajomym głosem.

– Cześć Piotrek, co ty tu robisz? – zapytałam zaskoczona widokiem swojego chrześniaka, jednocześnie starałam się wykrzesać z siebie, chociaż odrobinę entuzjazmu.

– Przyjechałem do kolegi. – Wskazał ręką wysokiego, chudego chłopaka w czerwonej kurtce, przeciskającego się przez niewielką szparę między ogrodzeniem a ścianą budynku. – Wszystko dobrze? – Wyglądał na zaniepokojonego.

– Tak, nic mi nie jest. Nie martw się. Po prostu zakręciło mi się w głowie, zaraz mi przejdzie. – Uśmiechnęłam się blado. – Wchodzicie tam? Po co?

– Eee, nie, tylko za siatkę, czasami. – Czternastolatek wyraźnie się speszył. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo był podobny do swojej matki. Blond włosy, duże, niebieskie oczy, nieznacznie odstające uszy. Nie rozmawiałyśmy ze sobą od wielu miesięcy. Powinnam do niej zadzwonić.

– Nie wchodźcie do budynku, dobrze? To niebezpieczne – stwierdziłam stanowczym tonem.

– Jasne, i tak drzwi są zamknięte… A ciocia, do kogo przyjechała?

– Dzisiaj zaczynam korepetycje z pewnym chłopcem. Umówiliśmy się na wtorki i piątki… – W tym momencie zdałam sobie sprawę, że na pewno minęła już czternasta trzydzieści. – Piotrek, muszę lecieć. Jestem już spóźniona i to na pierwsze spotkanie! – Odwróciłam się gwałtownie i pobiegłam w stronę mieszkania Wojtka.

– Do zobaczenia w piątek! – rzucił.

Jedynie machnęłam ręką, nie mając czasu na dłuższe pożegnanie. Nagle coś mnie tknęło. Poczułam niepokój. Zerknęłam w stronę wielkiego okna na pierwszym piętrze szkoły.

Nie było tam niczego niepokojącego. Tylko ciemność.

A jednak.

Dojrzałam białą postać. Zaledwie przez ułamek sekundy, ale zauważyłam ją. Widziałam jak patrzyła prosto na mnie. 

 

 

***

 

 

– Dzień dobry, przepraszam, że dzwonię o tak późnej porze. – W tonie głosu mamy Wojtka dało się wyczuć nerwowość i napięcie.

– Nic nie szkodzi, słucham. – Wyszłam z łazienki. Lewym ramieniem przytrzymywałam przy uchu telefon, podczas gdy nieporadnie próbowałam wytrzeć ręcznikiem mokre włosy.

– Czy mogłybyśmy w drodze wyjątku, przełożyć piątkowe korepetycje na czwartek? – zapytała z wahaniem.

– Chwileczkę… – Wertowałam kalendarz, w poszukiwaniu odpowiedniej daty. – Tak, możemy spotkać się jutro, ale jestem wolna dopiero o godzinie siedemnastej.

– Świetnie! Dziękuję! Do zobaczenia.

Zamknęłam notes i włożyłam go do torebki. Nieźle się zapowiadało, drugie spotkanie i już przekładali termin. Jednak nie chciałam rezygnować z nowych zajęć, nie tylko ze względów finansowych. Czułam w sobie siłę, by walczyć z dręczącymi mnie wspomnieniami. Wczoraj pozwoliłam dojść do głosu swoim lękom, miałam halucynacje. Postanowiłam, że jutro do tego nie dopuszczę.

 

 

***

 

 

Pędziłam na złamanie karku, zastanawiając się, co mnie podkusiło, by zgodzić się przyjechać na zajęcia do Wojtka w czwartek. Co prawda, ostatnie korepetycje kończyłam o godzinie szesnastej dwadzieścia, ale na drugim końcu miasta. Dotarcie z Podzamcza na ulicę Kombatantów w przeciągu czterdziestu minut, poruszając się komunikacją miejską, graniczyło z cudem. Na dodatek, pogoda tego dnia była wyjątkowo deszczowa i wietrzna, co utrudniało podejście pod stromą górę.

Mijałam w pośpiechu wielki gmach dawnej szkoły. Jeszcze mocniej nasunęłam kaptur na głowę.  Za wszelką cenę starałam się nie patrzeć w stronę czarnych okien. Nie chciałam ponownie ulec złudzeniu. Pokonywałam kolejne metry ze wzrokiem wbitym w czubki butów. Przecież wiedziałam, że budynek stał pusty. Ten irracjonalny strach doprowadzał mnie do szaleństwa. Zatrzymałam się przed bramą numer dwadzieścia. Wyciągnęłam dłoń w stronę domofonu i wtedy się odwróciłam. Z okna na pierwszym piętrze spoglądała na mnie biała postać.

O godzinie szesnastej pięćdziesiąt dziewięć wcisnęłam przycisk numer cztery.

 

 

***

 

 

Gdy skończyłam korepetycje i wyszłam na ulicę, ulewa zdawała się słabnąć. Miałam nadzieję, że ustąpi zanim zupełnie przemoknę. Byłam wykończona całodzienną bieganiną, w związku z tym pragnęłam jak najszybciej znaleźć się we własnym domu. Wziąć gorącą kąpiel, a następnie zakopać się pod grubym kocem. Spojrzałam na zegarek, mój autobus odjeżdżał za dziesięć minut, musiałam się spieszyć. Z zamyślenia wyrwał mnie stłumiony szumem deszczu głos.

– Ciociu!

Zwolniłam kroku. Rozejrzałam się dookoła, ale nikogo nie dostrzegłam.

– Ciociu! – Tym razem wołanie było na tyle donośne, że od razu zorientowałam się skąd dochodziło. Spojrzałam w stronę szkoły, przy ogrodzeniu stał Piotrek, wymachiwał rękami, starając się przykuć moją uwagę.

– Co ty tutaj robisz w taką pogodę? – zawołałam, gdy znalazłam się tuż przed nim. Miał na sobie czarną, przeciwdeszczową kurtkę oraz czapkę z daszkiem, na którą narzucił kaptur. W ciemnościach z trudem mogłam rozpoznać wyraz jego twarzy. Jednak wydawało mi się, że był trochę przygnębiony. Unikał kontaktu wzrokowego, zapewne miał jakiś problem, tylko wstydził się o tym rozmawiać.

– Czekałem na ciebie.

– Piotrek, przepraszam, nie mam teraz czasu, spieszę się na autobus… wpadnę do was niebawem… umówimy się, co?

Chłopak zignorował moje słowa. Przecisnął się przez szparę w ogrodzeniu, po czym przywołał mnie gestem ręki. Wpatrywałam się w niego zdumiona, gdy pchnął wielkie, masywne drzwi i wszedł do środka.

– Piotrek, nie idź tam! – Ruszyłam za nim. Z trudem zmieściłam się między murem a siatką. W końcu udało mi się przedostać na plac. Wskoczyłam na schody i zatrzymałam się na samym szczycie.

 – Piotrek! – krzyknęłam w głąb korytarza. Chociaż strugi deszczu nieprzerwanie lały się z nieba, a ja trzęsłam się z zimna, nie miałam odwagi wejść do środka.

– Ciociu, chodź, musisz to zobaczyć. – Chłopak wychylił się zza framugi.

– Piotrek, co ty kombinujesz? Jak się tam dostałeś? Przecież drzwi powinny być zamknięte…

– Przed chwilą ochroniarz palił fajkę przed budynkiem, widocznie zapomniał przekręcić klucze w zamku.

A więc pracował tu ochroniarz? To pewnie jego postać widziałam w oknie. Powinnam wcześniej się domyślić. To zrozumiałe, że ktoś musiał pilnować obiektu. Poczułam niewyobrażalną ulgę. Nie miałam urojeń.

– W takim razie zaraz nas stąd wyrzuci – jęknęłam.

– Nie wyrzuci. Zresztą, sami za chwilę wyjdziemy, ale najpierw chcę ci coś pokazać. – Mój chrześniak był na tyle przekonujący, że zdecydowałam się przekroczyć próg szkoły.

Prowadził mnie długim korytarzem, rozświetlonym jedynie przez słabe jarzeniówki. Większość z nich była zepsuta i w ogóle nie dawała światła. W konsekwencji w przejściu panował półmrok. Piotrek szedł kilka kroków przede mną. Jego ruchy były zdecydowane, ale niespieszne. Zsunął kaptur z głowy, nie odwracając się w moją stronę. Wpatrywałam się natarczywie w jego sylwetkę, gdy nagle uderzyła mnie pewna myśl.

– Piotrek…

– Tak, ciociu… – Nie przerywał marszu.

– Skąd wiedziałeś, że przyjadę dzisiaj na korepetycje? – zapytałam z wahaniem.

– Słucham? – Przystanął.

– Powiedziałeś, że na mnie czekałeś. Podczas naszej ostatniej rozmowy mówiłam ci, że spotykam się z Wojtkiem we wtorki i w piątki. Dzisiaj mamy czwartek. Skąd wiedziałeś, że przełożyliśmy zajęcia?

Powoli odwrócił się w moją stronę. Gdy ściągnął czapkę, przydługie, proste włosy opadły na wysokie czoło, a następnie zasłoniły prawe oko. Zaczesał palcami niesforne kosmyki, ale one i tak wróciły na swoje miejsce.

– Ty nie jesteś Piotrek – wyszeptałam przerażona.

– Nie, pani profesor, nie jestem. – Uniósł głowę, obdarzył mnie wyniosłym spojrzeniem. Niepewność i zmieszanie znikły z twarzy Szymona. Stał przede mną silny, zdeterminowany chłopak. W jego oczach dostrzegłam szaleństwo i dziką rządzę zemsty.

– To ciebie widziałam w oknie… – Zakręciło mi się w głowie. Oparłam rękę o ścianę, co pozwoliło mi utrzymać równowagę. Zerknęłam na drzwi, znajdujące się kilka metrów przede mną. To w tej klasie prowadziłam lekcje języka angielskiego, i to w niej wydarzyła się ta potworna zbrodnia.

 

 

***

 

 

W grudniu zeszłego roku zorganizowałam dodatkowe zajęcia dla uczniów, którzy mieli problemy z nauką, musieli nadrobić zaległości, bądź też chcieli podciągnąć swoją ocenę przed końcem semestru. W związku z tym, że zaplanowałam tę lekcję na piątek na godzinę szesnastą, nie liczyłam na zbyt wysoką frekwencję. Zgłosiło się zaledwie sześć osób: Szymon, Przemek, Sylwek, Mateusz, Kamila i Karolina. W tym czasie w szkole nie odbywały się inne zajęcia. Poleciłam woźnemu, żeby wpuścił ich do sali, gdzie powinni na mnie cierpliwie czekać.

Oczywiście dotarłam spóźniona. Gdy wbiegłam zziajana na korytarz, usłyszałam przeraźliwe krzyki, które po chwili niespodziewanie ucichły. Zastąpił je dźwięk rytmicznego, jednostajnego stukania, przypominający wbijanie stalowych prętów do ściany. Z każdym uderzeniem do moich uszu dochodziło ciche pojękiwanie. Przystanęłam i nasłuchiwałam zdumiona. Dopiero po chwili zdecydowałam się zrobić kilka kroków w stronę otwartych do sali drzwi. Wtedy ujrzałam chłopca, rozpaczliwie próbującego przeczołgać się przez próg na hol. Krew spływająca po jego twarzy przypominała czerwoną maskę. Poruszał się nieporadnie. W pierwszej chwili nie byłam w stanie zrozumieć, z czego to wynikało. W końcu dostrzegłam, że nie miał jednej ręki.

– Mateusz? – Chciałam zawołać, ale z mojego gardła wydobył się jedynie szept.

Gdy udało mu się wydostać na korytarz, z klasy wyłonił się Szymon. Trzymał w dłoni narzędzie przypominające tasak. Stanął okrakiem nad swoją ofiarą i wyczekiwał odpowiedniego momentu. Następnie uniósł ręce nad głowę, po czym zdecydowanym ruchem wbił mu ostrze w plecy. Chociaż znajdowałam się kilkanaście metrów dalej, czułam przyspieszony oddech napastnika, słyszałam jak dyszał z wysiłku. Pochylił się nad ciałem, starając się wyszarpać ostrze, które utkwiło w kręgosłupie.

Gdy wydałam cichy jęk, odwrócił głowę w moją stronę i uśmiechnął się złowrogo.

Zaczęłam uciekać. Biegłam ile sił w nogach, a gonił mnie przeraźliwy chichot. Pchnęłam ciężkie drzwi. Zatrzymałam się dopiero za ogrodzeniem. Schowałam się za drzewem i zadzwoniłam na policję.

Kilka godzin później dowiedziałam się, że Szymon wykrwawił się z powodu rany w udzie. Zanim jednak to się stało, poćwiartował wszystkie osoby, czekające na zajęcia. Policjanci odnaleźli nieprzytomnego woźnego na końcu korytarza. Chociaż miał rozciętą głowę, przeżył. Detektywi szukali drugiego napastnika, nie wierzyli, że takiej masakry mogła dokonać jedna osoba. Ja wierzyłam.

 

 

***

 

 

– Czekałem na panią, pani profesor. – Szymon otworzył drzwi i gestem ręki zaprosił mnie do środka. Stanęłam w progu i rozejrzałam się po wnętrzu klasy. Wstrzymałam oddech. Zrozumiałam, dlaczego tamtego dnia słyszałam dźwięk przybijanych gwoździ. On nie tylko pozbawił ich życia. Śmierć sama w sobie go nie zadowoliła. W akcie zemsty przymocował do ściany odrąbane części ciała Przemka, Sylwka, Mateusza, Kamili i Karoliny.

Zrobiło mi się niedobrze. Zasłoniłam ręką usta, by powstrzymać krzyk. Nie byłam w stanie się poruszyć. Wpatrywałam się w szczątki moich uczniów sparaliżowana strachem i przytłoczona okrucieństwem, którego się dopuścił. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Szymon nie przytwierdził ich do gładkiej powierzchni w sposób chaotyczny. Dokładnie wszystko przemyślał. Narządy i kończyny, z wyjątkiem jednej litery, tworzyły wyraz suffer.

Szymon stanął tuż przy moim ramieniu. Pochylił się w moją stronę, a następnie wyszeptał łagodnym tonem:

– Pani profesor, przyzna pani, że pisanie wyrazów w języku angielskim wychodzi mi znacznie lepiej niż ich wymawianie?

– Brakuje ostatniej litery… – wyjąkałam ze łzami w oczach. W odpowiedzi usłyszałam przeraźliwy chichot.

Poczułam, jak napinał mięśnie, jeszcze mocniej zaciskał palce na drewnianej rączce. Gdy uniósł rękę, zdążyłam zobaczyć jedynie lśniące ostrze tasaka.

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Jest dobrze, czytało się przyjemnie.

Podobało mi się. Lubię opowiadania, które przez długi czas zapowiadają się na takie spokojne, nic nie obiecujące – a wyskakują z czymś naprawdę mocnym na samiusieńkim końcu. Trochę jak herbata, którą się posłodzi, a którą zapomni się zamieszać. Cała słodycz skumulowana jest w ostatnim łyku.

Styl poprawny, wstydu nie ma, ale czuję, że jest możliwy do wypolerowania. Myślę, że można byłoby spokojnie zrezygnować z paru nadprogramowych słów, aby zwiększyć dynamikę tekstu. Z tym, że to już nie kwestia poprawności czy jej braku, a gustów.

Trzy małe kwestie merytoryczne:

1. Przepytać wszystkich uczniów jednego dnia? W 20-osobowej klasie wyszłoby circa about 2 minuty na łebka. 

2. "Na zajęcia do Szymona"? A to czasem nie był Wojtek?

3. O ile zemsta Szymona na swoich prześladowcach była logiczna, o tyle zemsta na nauczycielce – już mniej. Ostatecznie zgrzeszyła zaniechaniem – jednorazowym zaniechaniem dodajmy – a dręczyciele męczyli go pewnie codziennie, z okazją i bez okazji. Rola tej nauczycielki była zdecydowanie za mała, aby wracający zza grobu Szymon miał powód przerobić ją na literkę R. To mi trochę zgrzytnęło.

Mogłaby sama z niego jakoś brzydko zażartować. Względnie gdyby nie miała wobec niego współczucia, a niechęć – wtedy zemsta byłaby bardziej uzasadniona.

Pliszka-Czajka,

 

1. Przepytać wszystkich uczniów jednego dnia? W 20-osobowej klasie wyszłoby circa about 2 minuty na łebka. miałam taką nauczycielkę, co potrafiła:-)

2. "Na zajęcia do Szymona"? A to czasem nie był Wojtek? Oczywiście Wojtek, już poprawiłam.

3. O ile zemsta Szymona na swoich prześladowcach była logiczna, o tyle zemsta na nauczycielce – już mniej. tyle, że dla Szymona nauczycielka była w pewnym sensie przyczyną i miała ścisły związek właśnie z tym suffer

 

Trochę jak herbata, którą się posłodzi, a którą zapomni się zamieszać. Cała słodycz skumulowana jest w ostatnim łyku.

dziękuję, to bardzo miłe, pozdrawiam:-)

Ciekawa, wciągająca historia. Podoba mi się Twój lekki, przyjemny styl, czytało się dobrze. 

Sądzę, że mogłabyś wycisnąć z opowiadania jeszcze więcej, dodać kilka ciekawych wątków, ale i bez tego jest to krótka, wciągająca historia.

 

Pojawiały się drobne niedociągnięcia, np. brak odstępu przed półpauzą, ale nie wpływało to negatywnie na odbiór opowiadania. 

 

Zerknięcia w stronę wielkiego okna na pierwszym piętrze szkoły.

Nie powinno być: “zerknęłam”?

Texic, dziękuję za lekturę i komentarz. Cieszę się, że historia Cię wciągnęła. Oczywiście powinno być "zerknęłam", dziękuję, pozdrawiam

Bardzo fajne opowiadanie. Czytało się lekko i przyjemne – masz dobry styl pisania. Nic mi się nie dłużyło, ciagle byłem ciekaw do czego historia zmierza i jak się zakończy. A zakończenie nie zawiodło, było świetnie! Uwielbiam coś takiego w horrorach. Plusik za brutalność, fajnie to wyszło. ;)

Na koniec dwie rzeczy, które rzuciły mi się w oczy:

 

– Piotrek, co ty kombinujesz? Jak się tam dostałeś? Przecież drzwi być zamknięte… – chyba powinno być: Przecież drzwi były zamknięte.

Policjanci odnaleźli nieprzytomnego woźnego w końcu korytarza - Tutaj nie jestem pewien, ale chyba powinno być na końcu korytarza.

 

No i to wszystko. Opowiadanie jak najbardziej na plus.

Pozdrawiam ;)

 

dovio,

A zakończenie nie zawiodło, było świetnie! Uwielbiam coś takiego w horrorach. Plusik za brutalność, fajnie to wyszło. ;)

 

ogromne dzięki! Właśnie o taki mocny akcent na koniec mi chodziło!:-) pozdrawiam

Jeśli bohaterkę przeraża miejsce, w którym ma mieć korepetycje, a z jej wspomnień dowiaduję się o nader przykrym zajściu z przeszłości, zaczynam dochodzić do wniosku, że związek miejsca i zdarzenia nie jest przypadkowy, a tym samym tragiczny finał, raczej nie zaskakuje.

Bardziej się zdziwiłam, że ciocia nie rozpoznała własnego chrześniaka i pomimo strachu i żywionych obaw poszła z nim do budynku, którego progu żadne z nich nie powinno przekraczać.

Mam wrażenie, że pomysł można było zagospodarować lepiej, bo choć czytało się nieźle, to jednak gdybyś zadbała o stworzenie bardziej mrocznej atmosfery, o gęstniejący klimat zwiastujący zagrożenie, ostateczny efekt też byłby lepszy.

 

prze­mie­rza­łam wąską, po­nu­rą ulicz­kę… ―> …prze­mie­rza­łam wąską, po­nu­rą ulicz­kę

 

Nie zmie­ni­ła się ani tro­chę. Za to ja na­uczy­łam się ter­mi­no­wo­ści. Cho­ciaż prze­ko­na­łam się na… ―> Lekka siękoza.

 

sta­wał się obiek­tem żar­tów, do­ci­nek i kpin. ―> …sta­wał się obiek­tem żar­tów, do­ci­nków i kpin.

 

Nie­sfor­ne ko­smy­ki wło­sów, jak zwy­kle opa­da­ły… ―> Masło maślane – kosmyki to pasemka włosów.

Wystarczy: Nie­sfor­ne ko­smy­ki jak zwy­kle opa­da­ły…

 

Cała klasa wy­bu­chła śmie­chem. ―> Cała klasa wy­bu­chnęła śmie­chem.

 

Zno­si­li się okrut­nym, zło­śli­wym re­cho­tem. ―> Zano­si­li się okrut­nym, zło­śli­wym re­cho­tem.

 

Wska­zał ręką na wy­so­kie­go, chu­de­go chło­pa­ka… ―> Wska­zał ręką wy­so­kie­go, chu­de­go chło­pa­ka

Ręką wskazujemy kogoś/ coś, nie na kogoś/ na coś.

 

pró­bo­wa­łam wy­trzeć ręcz­ni­kiem mokre ko­smy­ki wło­sów. ―> A może wystarczy: …pró­bo­wa­łam wy­trzeć ręcz­ni­kiem mokre wło­sy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Całkiem przyjemne opowiadanie. Groza i korepetycje to dość osobliwe połączenie, ale tutaj wychodzi bardzo fajnie. Oniryzm obserwacji bohaterki też bardzo pasuje do jej kreacji jako osoby zmagającej się z traumą. Może zakończenie da się do pewnego stopnia przewidzieć – dobra, to przez uzależnienie od pastywink – ale nie oznacza to, że nie jest mocne i z dresczykiem.

No, fajny tekścik, z dreszczykiem i niezgorszą atmosferą. Trochę się potykałam na przecinkach (albo ich braku tam, gdzie by się przydały) – ale napisane w porządku, czytało się dobrze. Podobał mi się motyw z chrześniakiem, i ogólnie te wszystkie “nienormalne” smaczki, sugerujące, że już wkrótce stanie się coś nieprzyjemnego… Na kliczka zasługuje :)

Regulatorzy, dziękuję za lekturę i listę błędów:-)

 

tylko nad tym muszę się zastanowić, bo na razie nic sensownego nie przychodzi mi do głowy:-)

Nie zmieniła się ani trochę. Za to ja nauczyłam się terminowości. Chociaż przekonałam się na… ―> Lekka siękoza.

 

tragiczny finał, raczej nie zaskakuje

oj, szkoda:-(

 

oidrin, dziękuję za lekturę i klika, cieszę się, że opowiadanie wywołało dreszczyk:-) 

pozdrawiam

 

Silva, również dziękuję za lekturę i klika. 

Podobał mi się motyw z chrześniakiem, i ogólnie te wszystkie “nienormalne” smaczki, sugerujące, że już wkrótce stanie się coś nieprzyjemnego

 

bardzo mi miło:-) pozdrawiam

Olciatko, lekka siękoza czasem się przytrafia i nie jest niczym strasznym, więc niech Ci te zdania nie spędzają snu z powiek. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie dobrze się czytało, napisane jest ciekawie, a bohaterka zaintresowała mnie od pierwszej sceny. Obstawiałam, że Szymon w odwecie zrobi coś Piotrkowi. Sama zemsta ucznia na dręczycielach, niestety, prawdopodobna, znana z gazet. Sprawnie powiązałaś ją z fantastyką, a końcówka naprawdę trzyma w napięciu. Zwróciłam też uwagę na dobrze napisane, naturalne dialogi. Początkowo zastanawiałam się, dlaczego wymyśliłaś angielski tytuł, ale treść to wyjaśnia. Po przeczytaniu widać, że nie mógł być inny. Zgłaszam opowiadanie do wątku bibliotecznego. :)

ANDO,

Sprawnie powiązałaś ją z fantastyką, a końcówka naprawdę trzyma w napięciu.

 

Bardzo mnie to cieszy!:-)

dziękuję za komentarz i zgłoszenie do biblioteki, pozdrawiam

Końcówka faktycznie przewidywalna, a całość lekko przegadana. Myślę, że skrócenie tekstu dodałoby mu dynamiki. Mam też wątpliwości, czy zwykłym kuchennym tasakiem, ba, nawet siekierą nastolatek jest w stanie urządzić taką jatkę. Musiałby chyba wcześniej poćwiczyć ;)

Mimo tych zastrzeżeń czytała się dobrze i nawet momentami gęsią skórkę miałam :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Irka_Luz, to chyba Twój najprzyjemniejszy komentarz pod moim opowiadaniem!:-) Jak machnę jeszcze z trzy teksty, to ja nie wiem co tu się będzie działo!:-) pozdrawiam:-)

Mnie przestraszyło, Olciatko! :-) Jest horror, bo uśpiłaś mnie opowiadaniem o sprawach zwyczajnych, powszednich. O korepetycjach, umawianiu się na nie, drobiazgach i choć uprzedziłaś, że bohaterka ma za sobą jakieś traumatyczne przeżycie, nie przyszło mi do głowy bycie świadkiem zdarzenia, a być może nawet jego wyzwalaczem.

Straszne, przypomniały mi się szkoły amerykańskie, bo motywacja chłopca odtwarzana przez nauczycielkę wydaje mi się prawdopodobna.

Tekst wydaje mi się też porządnie napisany, ale w tej sprawie nie za bardzo można na mnie polegać.

Skarżę do biblio, bo warto, aby się tam znalazł. :-)

 

Co mogłoby być lepsze, lepiej? Ten fragment mojej opinii weź w porządny nawias, ponieważ piszę go bladym kolorem czcionki. Powodem jest nieznajomość horrorów. Nie czytuję ich, czasami tylko wpadnie mi w ręce jakiś „starożytny”, pisany przez autora, którego lubię, więc czytam.

 Z jednej strony podoba mi się ospałość narracyjna przez jej kontrast z napięciem. Tylko zdaje mi się, że zbyt słabo je dawkujesz, tj. napięcie/tajemnica narasta dopiero tuż przy samym końcu. Wydaje mi się, że można byłoby je wplatać wcześniej. Niby pojawiają się elementy: tabletki, ulica, wreszcie szkoła i one działają, lecz – jak mi się wydaje – z mniejszą intensywnością niż by mogły. Nie chodzi mi tutaj o jakiś huk, ta-dam, bardziej o słowo, rytm i strukturę. Niektóre miejsca są dobre, inne słabsze. Kiedy opowiadanie zbliża się do swojego zakończenia jest dla mnie coraz lepiej, miejscami bardzo dobrze – jak park i liście przed bramą szkoły.

W horrorach budowanie klimatu, sądzę, że nie jest łatwe. 

U Ciebie tych opisów klimatycznych nie jest zbyt wiele. W jednym przypadku mamy do czynienia z pewnym rodzajem powtórzenia, chyba niezamierzonym:

‚Mijając obskurne, zapuszczone budynki mieszkalne, przypomniałam sobie czasy, kiedy pokonywałam tę trasę codziennie… Mijałam obdrapane, zniszczone budynki. Otwarte na oścież drzwi, ukazywały obskurne klatki schodowe.

Zdaje się, że z takimi rzeczami trzeba uważać. Podobnie jak z banalnymi zwrotami (czasem są dobre, ale nie zawsze). Kilka wypisałam:

,serce omal nie wyskoczyło mi z piersi.

,Straszna tragedia. 

‚okrutnym, złośliwym rechotem

,ogromnym poczuciem winy

 

Ostatnia myśl – składnia/szyku zdania (tak to się chyba nazywa, bo ja nigdy tego nie wiem, zawsze pojawia się ale, mimo że definicje rozumiem) jest niekiedy bardzo klasyczna (poprawna, najczęściej z „który”), niekiedy monotonna (zróżnicowałabym, aby nie zaczynało się każde zdanie od czasownika) oraz niektóre słowa usunęłabym (zbędne – wyboldowane), a czasem i dłuższy fragment może warto byłoby skrócić. Też podrzucę kilka przykładów:

,Zajęcia z Wojtkiem powinnam zacząć za dwadzieścia minut. Nie musiałam się spieszyć.

,fragment z opisem Szymka, trochę poskracałabym

,fragment z odczuciami-stanami bohaterki z początku (te czasowniki)

 

Generalnie, zwiększyłabym efekt narastającego strachu i silniejszą jego namacalność. Jednak wiedz, że to tylko moja opinia, w dodatku osoby nie czytującej horrorów.

srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, 

dziękuję za lekturę, klika i za tak obszerny komentarz. Rozumiem o co chodzi z budowaniem klimatu i powtórzeniami. Na pewno zwrócę na to uwagę przy kolejnym opowiadaniu. Dobre rady zawsze w cenie:-)

pozdrawiam serdecznie

Jeśli się przydał mój komentarz, to się cieszę. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Opowiadanie nie jest oparte na oryginalnym pomyślę, ale nieraz mówiłem już, że nie ma to dla mnie większego znaczenia. Ważne, żeby było ciekawie. I musi chwytać, przynajmniej powinno. Tu jest nieźle, ale szczerze mówiąc, musiałem się trochę “naczekać”. A mam na myśli słabszy początek, w którym przeszkadzała mi i konstrukcja, i niektóre “fakty”, i kilka niezręcznych zdań. Ale po kolei.

Była to pokrzepiająca wiadomość, gdyż w zeszłym miesiącu jedna dziewczynka zrezygnowała z korepetycji z języka angielskiego.

Nie lubię takich zwrotów, które określam mianem “łopatologicznych, wyjaśniających łączników”. “Gdyż”, “ponieważ”, “albowiem”, “dlatego iż”. Brzmią niewprawnie.

Była to pokrzepiająca wiadomość. Udało mi się zapełnić lukę w kalendarzu po rezygnacji jednej z dziewczynek (uczennic).

Tu lepiej byłoby szybko zakończyć didaskalia i zacząć tekst od nowego akapitu.

– Tak, znam to miejsce. Nie ma problemu. Do zobaczenia we wtorek – starałam się, aby mój głos brzmiał naturalnie. W rzeczywistości serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Powróciły bolesne wspomnienia (…)

W ogóle cały fragment jest trochę nieskładny i niepotrzebny:

Otworzyłam je na całą szerokość, a następnie zaczęłam łapczywie chwytać zimne, listopadowe powietrze. Czułam, że wpadałam w panikę. Nie zamierzałam do tego dopuścić. Odwróciłam się i ruszyłam w stronę kuchni. W szafce trzymałam leki uspokajające, które przepisał mi lekarz. Zażywałam je przez kilka miesięcy, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wcale mi nie pomagały. Sprawiały, że popadałam w apatię i odrętwienie, prawie bez przerwy spałam. Odstawiłam je pół roku temu. Dopiero wtedy byłam w stanie znowu zacząć pracować. Przynajmniej jako korepetytor, do nauczania w szkole nie wróciłam.

Z “a następnie” jest podobnie jak z ponieważ i gdyż.

Czy leki uspokajające przepisuje ktoś inny, oprócz lekarza?

Czy ma znacznie w tym miejscu, gdzie wyraźnie “przyśpiesza akcja”, emocje – bohaterka wpada w panikę, traci oddech itd – ile czasu bierze leki, kto je przepisał, czy je odstawiła, czy nie, i czy popadła przez nie w apatię i jeszcze inne rzeczy? To się nie trzyma kupy, przyśpieszasz, a zaraz po tym wrzucasz “kanapkę” z mało istotnym infodumpem. Wiem, że to miało umotywować rozterki, wziąć tabletkę, czy nie, ale to się nie udało.

Korzystałam z tego samego środka transportu, co dzisiaj, a następnie pędziłam ile sił w nogach

Ten sam środek transportu brzmi sztucznie, to przecież po prostu autobus, ewentualnie ta sama linia. Tak powtórzeń (autobus) lepiej nie zastępować.

 

Na szczęście od przyjazdu na korepetycje jest już znacznie lepiej. Akcja zaczyna płynąć, wkraczasz wyraźnie w tą sferę obyczajówki, którą lubisz i w której dobrze się czujesz. I to widać w tekście. Stąd, ostatecznie, jestem zadowolony z lektury, ale widać wyraźnie, że głową byłaś przy bohaterce, Szymonie i tasaku ;) i początek napisałaś tak, żeby jakoś zacząć, i wyszedł właśnie taki “jakiś” nierówny i niewspółgrający z resztą. Jestem ciekawy, czy męczyłaś się przy nim, czułaś, że ciężko Ci się rozpędzić, czy uważasz, że jest dobry, jak reszta opowiadania.

Pozdrawiam,

D.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie,

męczyłam się ogromnie!:-) kilkakrotnie go zmieniałam, dopisywałam, usuwałam, kombinowałam we wszystkie strony:-) Za wszelką cenę chciałam, aby tekst był hiperlogiczny i zrozumiały, bez przeskoków, dziur i niedomówień. Starałam się jak najdokładniej umotywować działania bohaterki i Szymona, a wyszło jak wyszło. Szkoda tylko, że widać te moje męki:-) Ale faktem jest, że motyw z tasakiem bardzo mi się podobał.

Mimo wszystko cieszę się, że jesteś choć trochę zadowolony z lektury. Dzięki, że wpadłeś:-)

pozdrawiam

 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję, Anet, pozdrawiam:-)

Nowa Fantastyka