- Opowiadanie: Koimeoda - Dopóki nie nauczą się kochać

Dopóki nie nauczą się kochać

Razem z Herą zapraszam na Tasmanię w 1642r.

 

Silva, Sagitt – dziękuję Wam bardzo za betę i wszystkie rozmowy, które się przy niej wywiązały :)

 

 

Spis wykorzystanych obrazów:

1.Peter Mungkuri “Ngura-country”

2.Damien Marks Tjangala and Yilpi Marks Atira Kuntjana “Kuntjanu”

3.Wallace Nungari “Dreamtime Sisters”

4.Alma Nunngarayi "Seven Sisters Dreaming"

5.Malowidło z jaskini Wandjina + Jack Dale “Arbi Wandjinas”

6. Lola Nampijinpa Brown “Ngapa Jukurrpa”

7.Tammy Matthews noname

8.Alma Nungarrayi Granites “Seven Sisters Dreaming”

9.Gabriella Possum Nungurrayi  “Grandmother's Country”

10.Mavies Darki  “Minna Minna”

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dopóki nie nauczą się kochać

– Jesteś z siebie zadowolony?

Hera stanęła w wejściu do jaskini. W środku panował półmrok, ciemna sylwetka kobiety odcinała się wyraźnie na tle pomarańczowego nieba. Zeus westchnął ciężko. Nie musiał widzieć wyrazu jej twarzy żeby doskonale wiedzieć, o co chodzi żonie. Po pierwsze – mówiła tym pretensjonalnym tonem, niezmiennie irytującym od setek lat. Po drugie – czuł wyraźnie zapach krwi.

 

 

Chciał móc ją zignorować. Nie podniósł się z posłania tylko dłonią przesłonił oczy, chroniąc je przed wpadającymi promieniami zachodzącego słońca. Znowu mu przeszkadzała, a przecież po całym dniu spędzonym na polowaniu z beznadziejnie słabymi ludźmi z ich plemienia, odpoczynek mu się chyba należał. Odkąd przybyli na znajdującą się na końcu świata wyspę, którą za lokalnymi nazywali Lutruwitą, Zeus zmieniał śmiertelne ciało już kilkukrotnie. Aktualne, młode i jurne, należało do najlepszego łowcy wśród ludów Palawa. Był najlepszy, nikt mu nie dorównywał i żadna zwierzyna nie miała z nim szans. Żadna. Niewiele więcej mógł tu osiągnąć.

Niegdysiejszy władca Olimpu, w zamierzchłych czasach piastujący tytuł Pana Nieba i Ziemi, dawno przestał być ojcem wszystkich bogów, a już na pewno ludzi. Gromowładny był koszmarnie znudzony Lutruwitą, czarnym ciałem i wszystkimi Palawa.

– Zeusie, naprawdę musisz mi to robić?

I żoną.

Kobieta, nie doczekawszy się żadnej reakcji, podeszła bliżej i położyła zakrwawiony przedmiot zaraz obok jego twarzy.

– Coś ci ostatnio nie wychodzą herosi.

Kiedyś byłoby jej to obojętne, może nawet by się ucieszyła. Jednak po tysiącach lat patrzenia na cierpienie niewinnych, zrozumiała na kogo powinna kierować swój gniew. 

Zeus obrócił się niechętnie. Na zimnej skale leżało maleńkie i czarne jak sam węgiel ciałko. Nie do końca uformowane, za wcześnie wyplute przez łono matki.

Odwrócił wzrok. Mało go to obchodziło.

– Jej brzuch nie wytrzymał twojego boskiego daru – Hera wysyczała przez zaciśnięte zęby. – Kolejne dziecko skazałeś na śmierć, a tę dziewczynę na wielkie cierpienie. O mnie, odbierającej porody twoich bękartów, już nie wspomnę.

– Sama chciałaś bawić się w ich szamankę. To nie moja wina, że ciała tych ludzi są tak słabe – spojrzał z obrzydzeniem na martwego noworodka – i paskudne.

– Traktujesz ich jak zabawki! Zużywasz i wyrzucasz, za nic mając ludzkie życie!

Szturchnęła mocno w umięśnione ramię zmuszając męża do ruchu. Wstał, górował nad nią. Wbiła w niego spojrzenie pełne łez i gniewu.

– Dlaczego tak ich nienawidzisz?

– Bo się nudzę – odpowiedział Zeus obojętnym tonem, a jego pusty wzrok potwierdzał te słowa. – To ty uparłaś się, żeby tu zostać.

– Tu jest teraz nasz dom, a ci ludzie są naszym klanem. Należymy do plemienia, współtworzymy ich tożsamość i jesteśmy odpowiedzialni za tę ziemię!

Zeus prychnął głośno, jasno dając do zrozumienia co myśli o słowach małżonki.

– Nasz klan, nasza ziemia?! Co ty tu widzisz? W tym miejscu, gdzie nie liczy się nic więcej, niż drewniana dzida i ohydne mięso kangurze! Jaki masz tu dom zamiast marmurowych świątyń pełnych rzeźb i piękna? Śmierdzący szałas z kijów i pełzający robactwem busz! Nie ma prawdziwej sztuki, tylko te prymitywne… mazy w jaskiniach, a nasze historie zamiast wybrzmiewać w poematach zapisuje się tępym ostrzem na skórze! – mówiąc to dotknął blizn rytualnych pokrywających ramiona Hery. – To ty wybrałaś nam takie wstrętne miejsce. Z tych wszystkich wspaniałych krain, gdzie byliśmy od upadku Ellady…

– …wyganiała nas obca religia i ludzka niewiara – dokończyła za niego.

Poirytowany bóg skończył rozmowę. Odepchnął kobietę i skierował się w stronę wyjścia z jaskini. Hera zatrzymała go tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– Posprzątaj to, co narobiłeś.

Ledwie skinął dłonią w stronę zwłok niemowlęcia, a ciałko zajęło się błękitnym ogniem. Dawny ojciec bogów i ludzi nawet nie spojrzał za siebie.

– Chyba naprawdę wraz z każdym kolejnym wcieleniem zatracasz cząstkę swojej boskości – powiedziała smutno Hera. Dogasający blask niebiańskiego ognia zamigotał w jej oczach.

– Może. – Wzruszył ramionami.

Bogini schyliła się nad prochami i wymruczała kilka słów w ojczystym, śpiewnym języku. Pod jej palcami popiół ukształtował się w maleńką figurkę papugi. Totem. Przyda się matce. Wzięła go i wyszła za mężem.

Twarze mieli skierowane w stronę słońca, im znanego pod imieniem Helios, tutaj nazywanego Buga Nubrana, które powoli chowało się za horyzont wyznaczony równą linią oceanu. Promienie muskały ciepłem ich skórę w kolorze mokrej ziemi wymieszanej ze świeżym popiołem.

 Zeus przebiegł spojrzeniem po ciele bogini, oceniając co widzi.

Szerokie biodra, masywne nogi, duże piersi, zaokrąglony brzuch, umięśnione ramiona. Kłębowisko czarnych, matowych i poskręcanych włosów. Twarz okrągła, wargi pełne, nos szeroki. Skóra pokryta zabliźnionymi cięciami, zaczynająca się marszczyć i przebarwiać.

 Skrzywił się.

– Ty też stajesz się coraz bardziej ludzka. Starzejesz się, zbrzydłaś. Powinnaś zmienić to ciało.

– Porzucając je, tak jak ty kilka poprzednich? – obróciła się ku niemu.

Teraz Zeus patrzył prosto w jej wielkie, brązowe oczy z długimi rzęsami. Ostatnia rzecz, która przypominała mu dawną Herę.

– I zabrać komuś córkę, tylko po to żebyś ty miał świeżą kochankę u boku, którą zaraz będziesz zdradzał? Nie, mężu. Skoro przyjęłam to ciało, nadając mu tożsamość i ważną rolę w klanie, nie porzucę go tylko dlatego, że tobie obrzydło.

Zeus uśmiechnął się kpiąco, pokręcił głową.

– Rób jak uważasz. Ja nie zamierzam przejmować się takimi błahostkami. Będę zmieniał ciała, jak mi się podoba. Zarówno swoje, jak i te które zechcę posiąść.

– Zawsze możesz wrócić do swojej pierwotnej postaci. Ciekawe, jak szybko znudzi ci się bycie piorunem…

Przerwał jej dzwon.

Dzwon?

Jak to… dzwon?!

Dźwięk, który wprawdzie znali, ale którego dawno, bardzo dawno nie słyszeli.

Boski mąż i boska żona spojrzeli na siebie. Oboje zaskoczeni, każdy inaczej. W oczach Hery momentalnie pojawił się niepokój, a wzrok Zeusa zaświecił podnieceniem.

 

*

– Erathipa, szybko!

– Wielki Nama Burag, co o tym myślisz?

Podekscytowane głosy współplemieńców przywitały ich gdy tylko zeszli z góry pokrytej szarą trawą, która falując na wietrze nadawała zboczu miękki wygląd.

Wszyscy członkowie klanu zebrali się na polanie służącej im od ostatniej pełni za obozowisko. Z tej strony, gdzie teren wznosił się ku szczytowi łąka otoczona była wielkimi głazami przypominającymi głowy ostrodziobych ptaków. Dalej zaczynał się gęsty las, a w nim znajdowało się niewielkie, ale bardzo głębokie jeziorko z ciemną wodą. Za dnia czerpali z niego, ale nikt o zdrowych zmysłach nie śmiał się tam zbliżać po zmroku. Wszystko wskazywało na to, że zamieszkuje je złośliwy bunyip – demon niewidzialny w świetle słońca, ale zabójczy w nocy. Tu, gdzie grzbiet wzgórza opadał łagodnie w stronę oceanu, przestrzeń polany pozostawała otwarta. Stąd właśnie rozpościerał się najlepszy widok i w tym kierunku obracały się teraz wszystkie głowy.

– Czy to prawda, że to Przodkowie? – powiedziała młoda kobieta o pięknie brzmiącym imieniu Arramaida. Hera ujęła wyciągniętą ku niej dłoń.

– Słyszeliśmy… – bogini przerwała szukając słowa, którym mogłaby zastąpić nieznaną Palawa nazwę dzwonu –  dźwięk, jak dziwny bęben. Co widzieliście?

– Dwa… wielkie, unoszą się na wodzie, jak kory do łowienia ryb, ale kształt mają koszyków z wodorostów, co w nich muszle nosimy i ogromne są jak góry! – dziewczyna ewidentnie miała problem z wyjaśnieniem, co widziała. – Całe pokryte prostymi, łysymi drzewami i gęstą mgłą. Z tym uderzeniem głośnym wyłoniły się z oceanu i zatrzymały przy foczym brzegu. Sama zobacz, szybko, zanim ciemność wszystko schowa…

Arramaida pociągnęła za sobą Herę, tak aby ta miała lepszy widok.

– Co nas czeka?!

– Przodkowie wrócili!

Kobiety przepychały się przez tłum. Ze wszystkich stron dochodziły rozgorączkowane głosy. Niepewne, chaotyczne, pełne emocji, głównie strachu.

– Znów nastanie Czas Snu!

– To nie Przodkowie, to Maian Ginja! To zło i wielka zguba!

Ktoś krzyczał.

– To naprawdę Stworzyciele Moinee i Droemerdene?

– To kara! Za złamanie kierunku Ścieżki, ostrzegałem, żeby tam nie iść!

Ktoś zapłakał.

– Ludzie, opamiętajcie się, ludzie!

– Tam są ludzie?!

– Parlevar powrócił! Chwała Palawa!

Ktoś się śmiał.

Zatrzymały się. Hera nabrała głęboko powietrza i zamarła.

Statki.

Dwa wielkie statki.

Dobrze wiedziała, że statkami były tylko dla niej i Zeusa. Dla Palawa były to majestatyczne olbrzymy, które pojawiły się znikąd i nagle zastygły nieruchome u bram do ich świata. Czekały? Spały? Czego chciały? Wytężyła wzrok. Nagie, przypominające bezlistne szkielety drzew maszty zdawały się piąć w niebiosa. Na jednym dało się jeszcze dostrzec fragment znikającego szybko materiału w kolorze kości. Właśnie zwijali żagle.

Oni.

Obcy.

– Erathipa, co z nami będzie?

 

 

*

– Spal je.

Zeus podniósł na nią wzrok, nie przestając żuć słonego liścia truganini, w którym pokładał dużą nadzieję na zabicie smaku przełkniętej przed chwilą tłustej larwy. Płomienie ogniska, wokół którego siedzieli, zatańczyły złowrogo w jego oczach. 

– Spal je – powtórzyła Hera.

Eumarrah, jeden ze Starszych okrążał zgromadzonych wokół ognia Palawa okadzając wszystkich sinym dymem tlącej się w jego dłoniach wiązki liści. Intensywny zapach świeżego eukaliptusa i cierpkiego mirtu wdzierał się świdrująco w nozdrza. Hera zniżyła głos, bo mężczyzna mijał ich właśnie płynnym krokiem zgranym z rytmicznymi uderzeniami bębnów. Pogrążony w transie raczej by jej nie usłyszał, ale wolała nie ryzykować.

– Nie wiem kim są, nie rozpoznaję statków ani flagi, ale mam przeczucie, że stanowią zagrożenie. Ty też je masz. Więc spal je, spal, zanim wydarzy się coś złego.

Pomalowany czerwoną ochrą w pasiaste wzory chłopak rozpalił kilka węgielków oplecionych korą, powiększając całkiem już duże palenisko. Głodny ogień wspiął się w górę, zachłannie wylizując ciemność z nocy. Ludzie, jakby w odpowiedzi na wezwanie żywiołu, mocniej uderzyli w dłonie. Tłum zafalował, kolejne głosy dołączały do wspólnej pieśni. Zaszeleściły grzechotki, w tle nieustająco wirowały drewniane czuryngi.

– Nie. – Głos Zeusa wybrzmiał fałszywą nutą w spójnej melodii rytuału.

Hera wbiła w niego ostre spojrzenie.

– Przecież możesz to zrobić.

– Mogę – uśmiechnął się okrutnie – ale nie zrobię.

Nie wierzyła, że Zeus tak zobojętniał na ludzki los. Albo nadal nie chciała w to uwierzyć.

– Dlaczego?

– Mówiłem ci. Nudzę się. A statki… zwiastują zabawę. Szczególnie takie.

Równocześnie wzrastały w niej wściekłość, strach i ciekawość. Chwilowo to ostatnie wzięło górę.

– Co masz na myśli?

– To biali, to Europejczycy. Ładownie mają wypchane śmiercią, a głowy pychą. To – wskazał na pogrążonych w tańcu Palawa i nawet ten prosty gest był w stanie wypełnić pogardą – nie ma szans.

– Jak możesz?! – Ciekawość została szybko wyparta przez gniew, który zapłonął w bogini z całą mocą. – Jak możesz tak mówić?! To nasi ludzie!

– Tamci są nasi. I właśnie prosiłaś, żebym ich zabił.

– Są tu obcy, to najeźdźcy! Przyniosą zgubę, kolejny świat upadnie jak Ellada! Lutruwita należy do Palawa!

– Chyba już niedługo.

Hera poczuła, jak lęk kradnie jej oddech, jakby niewidzialna ręka wydłubywała z niej resztki powietrza, robiąc miejsce dławiącym dymom ceremonialnych ziół.

– Głupia – parsknął paskudnie Zeus – naprawdę myślisz, że zniszczenie dwóch statków coś da? Zaraz przybędą następne. To koniec.

– Skąd wiesz?! – drżały jej wargi, prawie płakała.

Roześmiał się.

– Jak to powiedziałaś przed chwilą? Przeczucie. – Chwycił ją za podbródek, przyciągnął blisko do swojej twarzy i przewiercił przerażającym spojrzeniem. – Hero, ja nie mam przeczuć. Ja wiem.

Po tych słowach Zeus wstał i zniknął w ciemności.

Taniec ludzi z nocą nabierał tempa. Wszystko przyspieszało, muzyka była coraz głośniejsza, a nawoływania przyzywające Przodków coraz donioślejsze. Bogini miała wrażenie, że obserwuje modlących się Palawa zza szczelnej zasłony. Bała się.

Zadzierali głowy śpiewając do mieszkających wśród gwiazd Siedmiu Sióstr Karatgurk, by podarowały im światło mądrości. Ramiona przystrojone w czarne pióra prosiły kruczego Waa o poradę. Dłonie z rozczapierzonymi palcami wyciągali do Balayanga o błoniastych skrzydłach prosząc o wiedzę.

Przybądźcie, Wielcy Przodkowie!

O Moinee, Wielki Stwórco i ty gibki Parlevarze, ojcze wszystkich Palawa!

Śniący Przodkowie! Usłyszcie nas i odpowiedzcie: co z nami będzie?

*

– Hypnosie, co z nimi będzie?

Hera skończyła układać okrąg z kości oposa, białych muszli oraz igliwia sosny. Dookoła rozsypała oleiste listki, którym kazała stale płonąć, ale powoli, tak by nie zgasły dopóki bogini się nie zbudzi. Do tego czasu miały okrywać ją bezpieczną kołdrą swojego mistycznego zapachu. Specjalnie wybrała to miejsce – nagą skałę naznaczoną śladem Śnienia. W szerokim, podłużnym wgłębieniu Palawa rozpoznali odcisk stopy Przodka. Nie pytała którego, wystarczyło jej wiedzieć, że to miejsce święte będące tropem prowadzącym na Ścieżkę Snu.

Położyła się w środku okręgu. Zanim zamknęła oczy, spojrzała w gwiazdy migoczące pomiędzy poskręcanymi, jakby zastygłymi w bólu gałęziami eukaliptusa. Schodząca z drzewa szarawa kora zwisała długimi płatami nad głową bogini, jak węże wijące się żwawo by czym prędzej zrzucić skórę. A może to naprawdę były węże?

– Hypnosie, proszę, ześlij mi sen. Pokaż prawdę.

Wciągnęła głęboko powietrze, zachłysnęła się wonią gęstniejących oparów.

– Przodkowie, wpuście mnie na Ścieżkę, otwórzcie drogę Duchom, Które Nadejdą.

Nie była pewna, którzy bogowie ją lepiej usłyszą. Mogła mieć tylko nadzieję, że jeszcze nie wszyscy opuścili tę wyspę. Że nie została całkiem sama.

 

*

– Witaj, Hero.

Zadrżała. Ten głos nie należał do melancholijnego Hypnosa, ale nie był też obcy. Była zbyt doświadczoną boginią, żeby nie rozpoznać Thanatosa i wiedziała, że brat władcy snu może zwiastować tylko jedno.

– Chciałaś zobaczyć, co czeka ludzi Palawa. Chronos wzruszony twoją empatią pozwolił nam zajrzeć do komnat przyszłości tego lądu, lecz… nawet ja nie patrzę na to z przyjemnością. Dalej chcesz wiedzieć?

– Tak.

Szarpnęło.

Bez ostrzeżenia Thanatos pociągnął ją za sobą głębiej w śnienie. Czuła jak szybko i chaotycznie opada w dół, osuwa się, niżej i niżej, przedzierając się przez kolejne warstwy bezkształtnej ciemności. Gdy tylko jej senna świadomość rozpaczliwie próbowała się zatrzymać na jakimkolwiek zdającym się stabilnym poziomie, silna obecność Thanatosa natychmiast rozrywała ów grunt na strzępy i popychała ją w głąb otchłani czasu.

Nagle – cisza.

Ciemność ustępuje szarej mgle, a mgła pustce. Rozbłysk jaskrawego światła i próżnię zaczynają zalewać obrazy, wypełniać głosy.

Niesiemy cywilizacje.

Białe ręce. Czarne głowy. Oczy walczące. Usta z bólu krzywe. Jeszcze żywe? Może.

Nauczymy was. Zaufajcie nam.

Przeszywający ból upodlenia i zmiażdżonej dumy. Strach paraliżujący najsilniejszych i dławiący posmak oszukanej nadziei.

Jesteśmy przyszłością.

Statki, coraz więcej statków. Nowi ludzie, zwierzęta, słowa, wszystko nowe i wszystko pozbawione znaczenia. Skrzyżowana biel, granat i karmazyn łopoczą łagodnie nad ugiętymi czarnymi karkami.

Zaufajcie.

Swoje Ścieżki malują krwią, huk wystrzału wyśpiewuje ich Pieśni.

To jest nasze, to wasze, a to płot. Nie, nie – wy po naszej stronie. Wy też jesteście nasi. W imię Boga i Króla.

Boga?

Głowy w łańcuchach. Ręce w łańcuchach. Nogi, szyje, brzuchy, dzieci, Pieśni, Przodkowie i Sny – wszystko w łańcuchach.

Jeść. Jesteśmy głodni.

Torsje i konwulsje, choroby i ból, na które nie działają sine dymy eukaliptusa. Umieramy. Nawet nie wiemy na co.

Jeść. Pić.

Zabrali. Biali Bogowie swoich kobiet nie mają. A chcą, więc biorą.

Nie mamy gdzie żyć, nie mamy jak żyć. Nie mamy żyć.

Podnosimy więc kamienie.

Białe ręce żegnają się śmiertelnie – w imię Boga, i Syna, i Króla – i pociągają za spusty.

Wasze ataki sztuczną błyskawicą rozpruwają noc, nasze tłuczonym szkłem budzą was o świcie.

Dzida na krzyż, kamień na strzelbę, łowiecka nulla rozłupuje czaszkę.

Tubylcy wypowiedzieli nam wojnę eksterminacji…

My?

… wojnę eksterminacji białym osadnikom.

Wam?

Powietrze jeszcze niedawno pachniało lawendą, teraz śmierdzi prochem, czarną krwią i białym tryumfem.

Ci żałośni ludzie…

Dwa funty za dziecko, pięć funtów za dorosłego.

…to nie są ludzie.

Czarny samiec wisi na powykręcanych gałęziach, czarne łono rozszarpane, czarne młode zabrane. Z ostrych klifów czarne ciała lecą prosto w ryczącą otchłań.

Ścieżki Snu zagrodzono płotem. Drutem zasznurowano słowa Pieśni. Skruszono święte kamienie, zasypano święte strumienie, wymazano ślady Przodków. Pewnie przez to nie mogą nas znaleźć. Tak, to na pewno dlatego jesteśmy sami. Przecież by nas nie zostawili.

Prawda?

Skrzyżowana biel, granat i karmazyn na wietrze łopoczą łagodnie.

Białe ręce. Czarne głowy.

Czerwieni krwi jest wszystko jedno.

 

 

*

Hery nawet nie zdziwiło, gdy następnego dnia znalazła ciało jeszcze niedawno noszące boskiego Zeusa martwe nad brzegiem stawu. Zostawił ją. Wiedział, co czeka wyspę i nie oglądając się ani na Palawa, ani na żonę odszedł. Była teraz całkiem sama. Była?

Z tym pytaniem ciągle pobrzmiewającym w głowie bez większego żalu wepchnęła ciało do wody. Niech bunyip zabierze je z powrotem do trzewi ziemi i odda Przodkom.

Cały dzień wraz z plemieniem obserwowała białych – zeszli na ląd, zbierali rośliny, badali teren – i w milczeniu słuchała jak Palawa się kłócą. Jedni w krążących nad statkami jastrzębiach widzieli przestrogę od duchów opiekuńczych. Inni, powołując się na te same znaki, uważali przybycie białych za dobrą wróżbę. Bogini nie zamierzała czekać na wynik tego sporu. Wiedziała, że cokolwiek zdecydują, nie mają szans.

Podjęła decyzję. Nie pozwoli Lutruwicie upaść.

I nie była sama.

Uśmiechnęła się do tej myśli. Nie raz zastanawiała się czy aby na pewno wybrała dobrego brata.

 

*

Świat powoli układał się do snu, gdy Hera znalazła się nad brzegiem oceanu. Dzień niespiesznie ustępował miejsca nocy, wszystko zdawało się leniwie rozpływać w pastelowych barwach zapadającego zmierzchu. Całe kamienne wybrzeże pokrywały ogniście czerwone porosty, co wyglądało jakby sam Buga Nubrana musnął je dłonią przed zaśnięciem w odmętach oceanu i zostawił na lądzie rdzawy ślad.

Bogini zrzuciła z siebie trawiastą spódnicę i okrycie ze skóry młodej walabii. Nie licząc naszyjnika z opalizujących muszelek i białych smug gliny, którymi wymalowała wijące się wzory na skórze, była naga. Wbiła stopy w mokry piasek, rozłożyła szeroko ręce i krzyknęła, tak głośno, jak tylko potrafiła:

– Oceanie! Usłysz mnie! Posejdonie!

Wiatr połknął jej słowa. Wobec potęgi żywiołów były ledwie słyszalnym szeptem.

A jednak – fale zaczęły mruczeć. Jeszcze nie wyrazy, jeszcze nie odpowiedź, ale zdradzały obecność.

Słuchał.

Wokół stóp kobiety delikatnie zapieniła się woda, łaskocząc ją przyjemnie. Hera zachłysnęła się powietrzem niosącym mroźny oddech dalekich, skutych lodem krain i zawołała ponownie:

– Posejdonie! – spojrzała zalotnie na coraz mocniej buzującą taflę i dotknęła swoich piersi. – Pragniesz mnie jeszcze? W tym ciele?

Natychmiast w odpowiedzi poziom wody podniósł się nienaturalnie i o skałę rozbiła się wysoka fala. W ostatnich promieniach słońca zamigotały miliony drobnych kropli – drobnych pocałunków, rozkosznie zimnych na ciepłej skórze bogini. Jej ponętne usta wygięły się w szerokim uśmiechu.

– A czego ty pragniesz, droga Hero?

Głos Posejdona otulił ją łagodnością ciepłych mórz.

– Chcę ochronić to miejsce. Grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo, biali…

– Wiem – bóg zaszumiał niespokojnie – wody są tłoczne, a wojny liczne.

– Pomóż mi. Razem możemy ich jeszcze powstrzymać i uratować ten świat.

Ocean odetchnął pulsującą falą. Wdech, odpływ, wydech, przypływ. 

– Aż tak ukochałaś to miejsce? Dlaczego akurat ci ludzie i ten skrawek ziemi, Hero?

– Zawsze lubiliśmy wyspy.

Wyczuła spokojny uśmiech.

– Nadal tęsknisz.

– I nadal wierzę, że jeszcze gdzieś można zatrzymać ten dobry, dziewiczy świat. Że nie wszystko jest stracone… – Jej głos się załamał na wspomnienie migoczącego złotą miką piasku ojczystych plaż. – Posejdonie, tylko ty jesteś w stanie ją odwiedzać. Co dziś z Elladą?

Głęboka czerń oceanu zawirowała groźnie kłębiącym się gniewem.

– Wciąż uciemiężona pod rozdwojonym ostrzem Zulfikaru.

Dłonie Hery same zacisnęły się w pięści. Z każdą chwilą była coraz bardziej zdeterminowana, żeby bronić Lutruwity. Nie da jej umrzeć. 

– Pomożesz mi?

Piasek wysunął się spod jej stóp delikatnie kładąc boginię na plecach. Poczuła dreszcz przyjemności, gdy spieniona fala obmyła ją całą, a słony pocałunek musnął wargi.

– Pomogę. – Szept prześlizgnął się po ciele Hery pieszczącym strumieniem. – Dam ci wielką siłę, dzięki której będziesz sprawować władzę nad tymi wodami. A gdy ta moc będzie w tobie dojrzewać przez najbliższe dziewięć pełni, sam będę was pilnował i nie pozwolę żadnemu statkowi zbliżyć się ku tym lądom. Obiecuję.

Spłynęło na nią błogie uczucie ulgi.

– Dziękuję, Posejdonie.

Bogini westchnęła głęboko czując, jak ocean bierze ją w objęcia i wypełnia jej ciało potęgą wszystkich mórz świata.

 

 

*

Kapitan Abel Tasman z samego rana zarządził podniesienie kotwicy. Wiedział, że jeśli tego nie zrobi, w końcu sama wyrwie się z dna morza. Dawno nie widział takiego sztormu, a w swoim marynarskim życiu przeszedł już naprawdę wiele.

– Odpływamy! Dajcie znać załodze Zeehaen, że nie czekamy dłużej.

– Kapitanie, a flaga? Wczoraj jej nie wbiliśmy, oficjalnie nie zajęliśmy ziemi…

Statkiem zarzuciło potężnie. Poirytowany Tasman spojrzał na szczyt chyboczącego się masztu. Flaga. Symbol. Naprawdę w tej chwili miał ważniejsze zmartwienia. Jednak symbol jest ważny – dla marynarzy, dla gubernatora, dla potomnych i dla jego kariery.

– Kapitanie – z tłumu wystąpił cieśla okrętowy o imieniu Peter – ja popłynę.

Szalejące niebo z hukiem przecięła błyskawica.

– Wpław, w ten sztorm?!

Mężczyzna już stał na nadburciu, gotowy do skoku, ze zwiniętą flagą w ręce i szaleńczym uśmiechem na twarzy. 

– Nie boję się burzy. Ani piorunów.

 

*

Stojąca na szczycie klifu Hera obserwowała ze złością, jak holenderski cieśla Peter Jacobson walczy z przykrywającymi go falami i mimo wściekłości morza udaje mu się dopłynąć do lądu. Wbił trójkolorową flagę w ziemię Lutruwity z dumą godną kochanka rozdziewiczającego młodą pannę. Bogini syknęła.

– Twoje niedoczekanie, mężu. 

 

 

*

Skurcz był tak silny, że upadła. Hera zawyła i zaczęła się czołgać szurając kolanami i dłońmi po suchej ziemi.

Jeszcze trochę. Wytrzymaj.

Przez ten cały czas nie pojawił się żaden statek. Posejdon dotrzymał obietnicy. Teraz jej kolej.

Droga stawała się coraz trudniejsza. Nocne niebo, jeszcze przed chwilą czyste i dające wiele światła, teraz gwałtowanie ciemniało. Gęste, ciężkie chmury zbierały się w nienaturalnie szybkim tempie, jakby wszystkie burze świata ściągały właśnie nad wyspę. Kolejny skurcz i potężny ból wycisnęły z niej łzy. Niecierpliwy zbawiciel rwał się na świat. W końcu po omacku Hera trafiła na plażę. Wzywana przez huk oceanu nie zatrzymała się, dopóki nie poczuła na sobie niosących ulgę lodowatych fal.

Chodź, Synu. Już czas.

Ledwie łapała oddech, zmuszając ciało do wysiłku zdecydowanie wykraczającego poza jego możliwości. Zbyt słabe, zbyt ludzkie, zbyt śmiertelne. Skłębione chmury zawrzały. Zacisnęła powieki, ale mimo to widziała jak co chwilę boleśnie jaskrawa biel piorunów przerywa mrok nocy.

Jest tu. Jest wściekły. Patrzy.

I dobrze, niech patrzy.

Choć krzyczała głośno, jej głos ginął w mieszaninie dźwięków rozsierdzonych żywiołów. Sztorm siłował się z huraganem znad lądu, pioruny atakujące ocean znikały łykane przez potężne gejzery wystrzeliwujące w górę z oszalałego morza.

Bracia walczą. Bóg się rodzi. A świat zachłannie wyciąga po niego ręce.

Jej ciało pękło i w tym samym momencie otworzyło się niebo. Wiszące nad Herą chmury rozerwały się uwalniając całą zgromadzoną w nich wściekłość. Bogini wydała z siebie krótki, przeraźliwie donośny wrzask bólu i nagle ponad wszechobecny chaos wzniosło się kwilenie. Płacz życia i zagłady.

– Synu!!! Tajfunie! – Hera zawyła, wiedząc, że zużywa ostatnie tchnienia, jakie w niej pozostały. – Nie wpuszczaj tu ich, nigdy, nikogo! Niech ten świat przetrwa!

Wypchnięte prosto w objęcia ojca czarne niemowlę otworzyło brązowe oczy i spojrzało mądrze na Herę.

– Nigdy, matko?

– Dopóki nie nauczą się kochać.

Dziecko skinęło głową i zanim wypłynęło z krwawej piany, przemieniło się w węża o kolorowej skórze.

– Idź, Tęczowy Wężu i wyznacz własną Ścieżkę Snu, chroń nas!

Po tych słowach bogini opuściła umęczone ciało, które przemieniło się w świętą skałę płodności, od tej pory znaną wszystkim Palawa pod nazwą Erathipa. W tej samej chwili, po drugiej stronie wyspy młoda matka powiła córkę o wielkich oczach i długich rzęsach.

Hera nie zamierzała opuszczać Lutruwity. 

 

 

*

Mijały lata.

Hera błogosławiła domy Palawa, rozrastające się bujnie wśród pachnących eukaliptusem dolin, gdy deszcze przyniosły wieści o pierwszych białych osadach na Wielkim Czerwonym Lądzie.

Mijały lata, ciało za ciałem. 

Hera mała dziewczynka wydłubywała tłuste larwy atnyematye spośród korzeni drzewa akis, gdy od wędrownych ptaków usłyszała o żelaznych łańcuchach i ogniu spychającym czarnych na rozżarzone pustkowia. 

Mijały Sny, Pieśni i ciała.

Hera zrywała zioła, gdy wzburzone fale morskie opowiedziały jej o tysiącach rozbitych rodzin i porwanych kobiet. Bogini zapłakała, a srebrzyste listki truganini wchłonęły sól.

Hera Starsza klanu śpiewała wraz z innymi Pieśń Śnienia, gdy wplótł się w nią smutny głos i zawył, że Wielki Ląd, mimo swojego ogromu, okazał się za ciasny by pomieścić całą chciwość tego świata.

Mijały lata.

Hera w chylącym się ku ziemi ciele starej kobiety z obwisłymi piersiami i siwymi włosami chwytała delikatnie miodowe mrówki yerrampe, gdy poczuła wiatr niosący rozgrzany piasek znad świętej Uluru pędzący schłodzić się do krainy Wiecznej Zimy. Próbowała go złapać zaplątanego w gęstwinie mulgi, zapytać o wieści, lecz wiatr milczał uparcie i uciekał od niej zawstydzony. 

Mijały lata.

Mijają lata.

 

Koniec

Komentarze

To opowiadanie ma wszystkie elementy potencjalnie kuszące dla czepialskiego odbiorcy, więc oto jestem.smiley

 

Pochwalę bardzo opisy ładne, oddające atmosferę plemiennego życia na Tasmanii i przyrodę w nienachalny, trafiający do czytelnika sposób. Równowaga pomiędzy narracją w stylu lektora z National Geographic i kreatywnym wykorzystaniem elementów świata przedstawionego jest zachowana śpiewająco.

 

Co do samego motywu swój-obcy/najeźdźca-tubylcy, mamy tu podręcznikowe, przewidywalne postawy od strachu i niepokoju, poprzez radość z przybycia boskich wysłanników i niejako kumulację powyższych w finalnym starciu człowiek-ocean. Ten motyw urzeka zdecydowanie mniej, zwłaszcza we fragmencie o proroczej wizji ze względu na przyciężki patos. Z drugiej strony, Hera to grecka bogini, więc bez tego straciłaby na autentyczności, bo ach ta ich skłonność do dramy.smiley

 

Wreszcie doturlaliśmy się do tego, czym tekst stoi– mianowicie do kreacji bohaterki. Kłótnie z Zeusem, niezwykła więź z mieszkańcami Tasmanii i otwartość na ich odmienność, siła potrzebna, by sprzeciwić się "nieuchronnemu" końcowi ukochanego przez nią świata… Hera, chociaż w mitologii na ogół wydawała mi się dość antypatyczna i wyniosła, jest w tym tekście nie tylko interesującą siłą sprawczą w przełomie akcji, ale też kobietą z krwi i kości, a nie tylko jakąś tam marmurową boginią. I to się chwali.

 

Tyle z mojej strony i oby wystarczyło na polecenie do biblioteki. Pozdrawiam.

Hejka!

 

– Może. – wzruszył ramionami. 

→ Z dużej litery.

 

Twarze mieli skierowane w stronę słońca, im znanego pod imieniem Helios, tutaj nazywanego Buga Nubrana,

→ Może nic wielkiego, ale zamieniłbym kolejność, bo brzmi trochę dziwnie.

 

Gdy tylko jej senna świadomość rozpaczliwie próbowała się zatrzymać na jakimkolwiek zdającym się stabilnym poziomie, silna obecność Thanatosa natychmiast rozrywała ów grunt na strzępy i popychała ją w głąb niekończącej się otchłani czasu.

→ Jedno zdanie, trzy “się” ;p 

 

Całe kamiennie wybrzeże pokrywały ogniście czerwone porosty…

→ kamienne wybrzeże

 

 

Ogólnie pomysł całkiem ciekawy. Jak na osobę, która kompletnie nie interesuje się mitologią, przyznam, że nawet mi się podobało. 

Bardzo wiele słów w tekście jest napisanych wielką literą ( z konkursowych, to chyba padł rekord) i tak wiem, nazwy tego wymagają, ale niekiedy piszesz:

otwórzcie drogę Duchom, Które Nadejdą.

→ Ale dlaczego “Które Nadejdą” z dużej? To ich nazwa? A jakby nadeszły, to też by tak na te duchy wołali? ;D

A np:

 

świętej Uluru 

→ To tu już świętej z małej… no może czegoś nie łapię, ale po prostu niekiedy dziwnie mi to wyglądało ;p 

 

Fanem bogatych opisów to nie jestem… tutaj co prawda nie ma ich dostatecznie tyle, abym wyłączył przeglądarkę, więc potraktuj to jako plus. 

Ale z obrazkami to poszalałaś… to też rekord, przynajmniej z tych tekstów, które miałem okazję tutaj czytać xD 

No cóż… napisane całkiem ładnie, fabularnie też okej, hasło konkursowe wydaje się być fajnie zrealizowane.

Ode mnie również wkrótce będzie klik. 

Niezły debiucik. 

 

 

 

 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

oidrin, NearDeath – bardzo dziękuję za odwiedziny, Waszą uwagę, poświęcony czas i komentarze :)

 

oidrin:

Pochwalę bardzo opisy ładne, oddające atmosferę plemiennego życia na Tasmanii i przyrodę w nienachalny, trafiający do czytelnika sposób. Równowaga pomiędzy narracją w stylu lektora z National Geographic i kreatywnym wykorzystaniem elementów świata przedstawionego jest zachowana śpiewająco.

 

dziękuję, bardzo miło mi to słyszeć.

 

Co do samego motywu swój-obcy/najeźdźca-tubylcy, mamy tu podręcznikowe, przewidywalne postawy od strachu i niepokoju, poprzez radość z przybycia boskich wysłanników i niejako kumulację powyższych w finalnym starciu człowiek-ocean. 

→ tak, zgadzam się, motywy strachu podręcznikowe uważam za wystarczająco straszne wiec ich nie udziwniałam dodatkowo :D A mówiąc finalne starcie człowiek-ocean, masz na myśli jedyną scenę z perspektywy białych czy końcówkę z porodem? 

 

Ten motyw urzeka zdecydowanie mniej, zwłaszcza we fragmencie o proroczej wizji ze względu na przyciężki patos. Z drugiej strony, Hera to grecka bogini, więc bez tego straciłaby na autentyczności, bo ach ta ich skłonność do dramy.smiley

→ przyjmuję :) scena celowo jest patetyczna, ale akceptuję, że dla Ciebie to jest przyciężkawe. 

 

Wreszcie doturlaliśmy się do tego, czym tekst stoi– mianowicie do kreacji bohaterki. Kłótnie z Zeusem, niezwykła więź z mieszkańcami Tasmanii i otwartość na ich odmienność, siła potrzebna, by sprzeciwić się "nieuchronnemu" końcowi ukochanego przez nią świata… Hera, chociaż w mitologii na ogół wydawała mi się dość antypatyczna i wyniosła, jest w tym tekście nie tylko interesującą siłą sprawczą w przełomie akcji, ale też kobietą z krwi i kości, a nie tylko jakąś tam marmurową boginią. I to się chwali.

→ bardzo dziękuję za ten komentarz i ciesze się niezmiernie, że tak odebrałaś postać. Wiem, jak kojarzy się klasycznie mitologiczna Hera, celowo skupiłam się na innych, mam wrażenie przez wszystkich zapomnianych, rolach (opiekunka ogniska domowego, bogini płodności, macierzyństwa, rodziny) niż tylko najbardziej popularna wersja zazdrosnej żony. Jestem w pełni świadoma, że nie każdemu to siądzie, tym bardziej się cieszę, że odebrałaś to jako interesującą kreację. 

(a Twoje opowiadanie o Cu Culhainn czeka na mnie właśnie pierwsze w kolejce, bo przestałam czytać opka mitologiczne zajęta edycją swojego, zaraz nadrobię :D) 

 

 

NearDeath:

 

No hejka! :) 

 

Potknięcia już poprawiam, dziękuję za wskazanie.

 

Ogólnie pomysł całkiem ciekawy. Jak na osobę, która kompletnie nie interesuje się mitologią, przyznam, że nawet mi się podobało. 

→ ciesze się :) 

 

Bardzo wiele słów w tekście jest napisanych wielką literą ( z konkursowych, to chyba padł rekord) i tak wiem, nazwy tego wymagają, ale niekiedy piszesz:

otwórzcie drogę Duchom, Które Nadejdą.

→ Ale dlaczego “Które Nadejdą” z dużej? To ich nazwa? A jakby nadeszły, to też by tak na te duchy wołali? ;D A np:

świętej Uluru 

→ To tu już świętej z małej… no może czegoś nie łapię, ale po prostu niekiedy dziwnie mi to wyglądało ;p 

 

→ tak, z Duchami chodziło o pełną nazwę własną, ale rozumiem, że to może brzmieć niejasno, może poprawię. A w przypadku Uluru tylko Uluru jest nazwą własną, “święta” jest tylko określeniem. 

 

Fanem bogatych opisów to nie jestem… tutaj co prawda nie ma ich dostatecznie tyle, abym wyłączył przeglądarkę, więc potraktuj to jako plus. 

→ hahaha zapisuję na przyszłość: “po napisaniu opisu przyrody sprawdzić czy NearDeath wyłączył przeglądarkę” ;) 

Ale z obrazkami to poszalałaś… to też rekord, przynajmniej z tych tekstów, które miałem okazję tutaj czytać xD 

→ przypuszczam, że to kwestia preferencji, wiadomo, że obrazki są tylko ilustracją, ja lubię ilustracje więc je chciałam dać. Rozumiem, że dla kogoś jest to zbędne. I nie bardzo mam odniesienie do innych tekstów, czytam ostatnio sporo nowych, ale to jest kropla w morzu, wiec nie wiem serio jaka jest norma.

 

No cóż… napisane całkiem ładnie, fabularnie też okej, hasło konkursowe wydaje się być fajnie zrealizowane. Ode mnie również wkrótce będzie klik. Niezły debiucik. 

→ dziękuję! Mnie z tego najbardziej cieszy, że się dobrze czytało.

mówiąc finalne starcie człowiek-ocean, masz na myśli jedyną scenę z perspektywy białych czy końcówkę z porodem? 

Chodziło mi o to i o to, bo fajne powiązanie. Grecka bogini w sumie pochodzi z kraju związanych mistycznie z morzem żeglarzy, a potem znajduje schronienie u innego ludu żyjącego z wodą za pan brat. Sporo ciekawych analogii i parafraz dało by tu radę pociągnąć. 

Dziękuję :) Chciałam pokazać powiązanie Hery z morzem i umiłowaniem wysp, fajnie, że to wybrzmiało. 

Opowiadanie tak barwne jak dołączone do niego obrazki :) Podoba mi się :) Przede wszystkim właśnie za wyjątkowo plastyczne opisy Tasmanii i porządną kreację głównej bohaterki. Z pewnością nie jest to “typowa” Hera, ale przez to tekst dodatkowo nabiera na oryginalności. 

I mimo zdaniem mimo tej modyfikacji postaci mitologicznej, bardzo dobrze poradziłaś sobie z wybranym hasłem. Powodzenia w konkursie, a ode mnie kolejny biblioteczny kliczek :)

katia72 – dziękuję bardzo! :))) Miło mi, że wyszło plastycznie. Cieszy mnie taki odbiór Hery i co najważniejsze – że się podobało :) To Twoje opowiadanie zainspirowało mnie do dodania ilustracji, także kłaniam się z wdzięcznością. 

Ogólnie Twoje opowiadanie jest bardzo dobre. Jest to dobrze poprowadzona, przemyślana historia. Zabieg pokazania losów Hery w egzotycznym dla niej miejscu uważam za udany i podoba mi się to, że nie wzięła się ona tam znikąd. :P Dobrze zarysowane postacie i klimat miejsca, co chyba szczególnie cenię. Ponadto kilka scen szczególnie mi się podobało i zapadło w pamięć – opis statku w ustach tubylców, spotkanie Hery z Posejdonem czy też scena finałowa.

 

Z racji, że moje betowanie miało charakter czysto szlifierski i nie ma dużej różnicy pomiędzy wersją beta a 1.0, to daję klik do biblioteki. :)

Sagitt – dziękuję za Twoje słowa, bardzo doceniam poświęcony czas, szlify betowe i zaangażowanie w moje pierwsze opko! :)

Kurczę, mi nie przypadło do gustu.

Jako pisarka nie masz się czego wstydzić – styl sympatyczny, żadnych zacięć, żadnych rażących niezręczności. Pomysł na opowiadanie niesztampowy.

Ale jakoś nie czerpałem przyjemności z czytania.

Myślę, że to przez moje zamiłowanie do mitologii greckiej. Obraz Hery i Zeusa, jaki trzymam w swojej głowie, zupełnie nie korespondował z charakterami stworzonych przez Ciebie bohaterów. Mitologiczny Zeus to była potęga, a jednocześnie wobec swojej żony był niezłym pantoflem. Na pewno nie pasowało do niego afiszowanie się z kochankami. Czyż nie zamienił swojej kochanki Io w krowę, aby Hera się nie dowiedziała o zdradzie? On się z tym krył! To nie był cynik, który mówił do żony: “Hej, idę cię zdradzić, elo!”. Jego zainteresowanie kobietami miało w sobie coś impulsywnego, były wadą, a nie powodem do dumy, jego romanse kwitły powodowane niepowstrzymanym, zwierzęcym wręcz pożądaniem, zauroczeniem – a nie podejściem: “kurde, czas znaleźć se jakąś kochankę!”. 

Także Hera – siostra, żona, prawa ręka Zeusa – była tutaj zupełnie niewyraźna. Zeus był głową bogów, Hera – szyją. Poważną, dominującą, łaskawą (do czasu aż się wnerwi), mądrą… tymczasem Twoja Hera była pozbawiona tego majestatu, pozbawiona tych wszystkich “herowych” cech, które czyniły ją wyjątkową boginią i kobietą. 

Także całe typowe dla mitologii greckiej intryganctwo, spryt, kapryśność losu i bogów – to wszystko pasowało mi do dzikich plemion jak pięść do nosa. 

I przez te wszystkie moje wyobrażenia nie byłem w stanie czerpać przyjemności z tego opowiadania. A szkoda, bo czytając komentarze wyżej widzę, że można było odebrać je zupełnie pozytywnie – i żadnemu z moich przedmówców w ogóle się nie dziwię.

 

Niemniej, mam Cię na oku, z zaciekawieniem przeczytam Twoje kolejne opowiadania :)

Pliszko-Czajko! Bardzo dziękuję za odwiedziny, przeczytanie opowiadania i komentarz. 

Powiedziałabym – wzorowy przykład tego, jak można powiedzieć, że coś się nie podoba, nie sprawiając przy tym żadnej przykrości :) Przyjmuję w pełni Twoje zdanie, nie widzę potrzeby, ani powodu żebym miała Cię namawiać do mojej wizji. Powołujesz się na zamiłowanie do mitologii greckiej, co szanuję bardzo i wiem, że dla takiego miłośnika moje przedstawienie Hery i Zeusa może być nieprzekonywujące, nudne, czy irytujące. Także jak najbardziej akceptuję brak akceptacji mojej wersji :D

 

Powiem tylko, jak to się w mojej głowie wydarzyło: mitologie od zawsze były odzwierciedleniem zmieniającego się świata i ewoluowały wraz ze zmianami społecznymi, politycznymi, gospodarczymi. Idąc tym tropem przyjęłam sobie, że nie przenoszę dosłownie postaci z mitów, takimi jakimi były w czasach starożytnych, nie przetransportowałam ich magicznie nagle do innej czasoprzestrzeni w niezmienionej formie. Założyłam ciągłość czasu – mijały wieki, dawny świat upadł, zmieniała się rzeczywistość, więc zmienić się musieli i sami bogowie. W mojej wersji lata tułaczki i uciekania przed światem zdominowanym przez inne religie, tak odbiły się na charakterach Zeusa (tu głównie frustracja i poczucie utraconej władzy) i Hery (tu lekka fiksacja na punkcie znalezienia nowego domu ;)). 

Jako pisarka nie masz się czego wstydzić – styl sympatyczny, żadnych zacięć, żadnych rażących niezręczności. Pomysł na opowiadanie niesztampowy.

(…)

Niemniej, mam Cię na oku, z zaciekawieniem przeczytam Twoje kolejne opowiadania :)

→ bardzo dziękuję! To dla mnie najważniejsze :) 

Nie jestem ekspertem od Tasmanii, więc dla mnie to opowiadanie było jak krajoznawcza wycieczka i wszelkie wstawki o Aborygenach Tasmańskich bardzo mi się podobały. Podobnie sama fabuła, konflikt tubylcy-najeźdźcy i zakończenie: Hera wiedziała, że nie wygra tej walki, ale chciała dać tym ludziom jak najwięcej czasu. To było fajne.

Zastanawia mnie tylko czemu akurat Hera i Zeus musieli tak uciekać po świecie, bo inni bogowie nie wypadali tak żałośnie.

Samo wykorzystanie postaci mitologicznych… nie pasuje mi. To znaczy mało było w tej Herze z Hery i mało Zeusa w Zeusie < na tyle mało, że równie dobrze można byłoby ich podmienić na jakiekolwiek inne boskie małżeństwo i historia nic a nic by się nie zmieniła. 

Sympatycznie opisałaś boskie małżeństwo. Może aż za sympatycznie, ale w sumie czemu przez millenia nie mieliby się trochę zmienić?

Chociaż z Zeusa jest kawał sukinkota.

Obrazki ładnie dopełniają opowieść.

W ogóle jestem pod wrażeniem tasmańskiej strony historii.

O mnie, odbierającej porody twoich bękartów, już nie wspomnę.

No to się dużo pozmieniało. Czy od odbierania porodów nie była Artemida? BTW, zmuszona do błyskawicznego opanowania sztuki położnictwa po tym, jak właśnie Hera zrobiła wszystko, żeby utrudnić poród jej matce…

Babska logika rządzi!

Gekikara, Finkla – bardzo dziękuję za odwiedziny, Wasze słowa i poświęcony czas :)

 

Gekikara:

Nie jestem ekspertem od Tasmanii, więc dla mnie to opowiadanie było jak krajoznawcza wycieczka i wszelkie wstawki o Aborygenach Tasmańskich bardzo mi się podobały. Podobnie sama fabuła, konflikt tubylcy-najeźdźcy i zakończenie: Hera wiedziała, że nie wygra tej walki, ale chciała dać tym ludziom jak najwięcej czasu. To było fajne.

→ bardzo mi miło! Ciesze się, że udało mi się wykreować ten świat na tyle namacalnie i plastycznie, że wycieczka krajoznawcza się podobała. Usłyszałam już od jednego czytelnika, że zrobiłam klimat trochę pomieszanego Apocalypto z Pocahontas i choć nie miałam takich intencji, muszę przyznać, że coś w tym jest :D 

Zastanawia mnie tylko czemu akurat Hera i Zeus musieli tak uciekać po świecie, bo inni bogowie nie wypadali tak żałośnie.

→ daj mi więcej znaków to Ci chętnie opowiem ;D

 

Samo wykorzystanie postaci mitologicznych… nie pasuje mi. To znaczy mało było w tej Herze z Hery i mało Zeusa w Zeusie < na tyle mało, że równie dobrze można byłoby ich podmienić na jakiekolwiek inne boskie małżeństwo i historia nic a nic by się nie zmieniła. 

→ przyjmuję w pełni i rozumiem, chyba się już oswoiłam z takim odbiorem :) 

 

 

Finkla:

Sympatycznie opisałaś boskie małżeństwo. Może aż za sympatycznie, ale w sumie czemu przez millenia nie mieliby się trochę zmienić?

→ dokładnie takie samo pytanie sobie zadałam i szukając odpowiedzi na nie doszłam do tego punktu, w którym ich Wam przedstawiam. 

 

Chociaż z Zeusa jest kawał sukinkota.

→ no wiem. Usłyszałam już, że “fajny zły”, ale i “brzmi jakbyś nienawidziła mężczyzn” [od razu odpowiadam: absolutnie nie]. Więc… tak, ciesze się, że budzi emocje. Choć jak już ustaliliśmy – za bardzo mu się pozmieniało przez lata ;)

Obrazki ładnie dopełniają opowieść.

W ogóle jestem pod wrażeniem tasmańskiej strony historii.

→ bardzo dziękuję! Wiem, że obrazki to dodatek, ale ciesze się, że niektórym nie tylko nie przeszkadzają, ale są przyjemnym uzupełnieniem wizualnym. Zanurzając się w świat mitologii aborygeńskiej znalazłam takie piękne cuda, że przynajmniej kilka chciałam tu wpleść. 

 

O mnie, odbierającej porody twoich bękartów, już nie wspomnę.

No to się dużo pozmieniało. Czy od odbierania porodów nie była Artemida? BTW, zmuszona do błyskawicznego opanowania sztuki położnictwa po tym, jak właśnie Hera zrobiła wszystko, żeby utrudnić poród jej matce…

→ Hera musiała opanować szybki multi-tasking, gdyż Artemida była zajęta po drugiej stronie świata, – jak donoszą moi informatorzy – przygotowywała się w tym czasie do odebrania, jakże ważnego z naszej perspektywy, porodu angielskiego dzieciaczka o imieniu Isaac Newton :D 

A tak serio – inaczej tego nie wybronię :D 

 

Dziękuję Wam jeszcze raz, bardzo mi miło, że przeczytaliście i podzieliliście się swoimi wrażeniami! 

(Finkla: dziękuję za ostatni kliczek do biblioteki!!!) 

No, skoro Artemida była zajęta z Isaakiem, to faktycznie Hera nie miała innego wyjścia… ;-)

Babska logika rządzi!

Tym bardziej, że to poród przedwczesny :( więc ciężko było przewidzieć termin. 

Na plus zdecydowanie klimat. Czuć tą pierwotną, nienaruszoną kolonizacją, dziką cywilizację. Warsztatowo, (biorąc pod uwagę, że słaby w tym jestem) czytało mi się lekko i dobrze, wszystko logiczne i jakichś zgrzytów nie było. Scena z porodem super.

 Tak jak wspomniano, zachowanie Zeusa też mnie dziwiło. Mity czytałem dawno, ale tu był jakiś taki nie-zeusowaty. Nie przeszkadzało to jednak w odbiorze tekstu.

O ile zawsze nie cierpiałem Hery, to tutaj naprawdę można ją było polubić.

Dla mnie bardzo dobre opowiadanie.

Zanais – bardzo dziękuję za odwiedziny, przeczytanie i komentarz! :) 

Dziękuję za miłe słowa, naprawdę ciesze się, że Ci się podobało i że czuć klimat! Zależało mi na tym, żeby tekst działał na wyobraźnie i emocje. “Scena z porodem super” → też ją lubię, dzięki! :D 

Zeus, Hera – wiem ;) nie będę powtarzać tego, co już pisałam wcześniej, ale w sumie fajnie się obserwuje, jak każdy czytelnik taką zmianę inaczej odbiera. Ciesze się, że Tobie ta odmienność nie przeszkadzała, a w przypadku Hery nawet przekonała Cię do samej bohaterki.

Fanem klimatów egzotycznych nie jestem, może dlatego opowieść mi się trochę dłużyła. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo ładnie i obrazowo opisałaś mi Tasmanię. Podobał mi się też sposób przedstawienia Hery (którą, w przeciwieństwie do Zanaisa, uwielbiam) i stosunku do ludzi, z którymi przyszło jej żyć. A Zeus to… no każdy chyba wie, jaki jest ;)

Kasjopejatales! Bardzo dziękuję za odwiedziny, Twój czas i opinię :) Bardzo mi miło!

 

Myślę, że z klimatem tak to już jest – kwestia preferencji, w wakacje też nie wszyscy jeżdżą w to samo miejsce :D (i dobrze, uf!). Fakt, że przy tekście tej długości lepiej zanurzyć się w atmosferze, w której czujemy się dobrze, bo inaczej taka wycieczka może trochę zmęczyć. Tym bardziej doceniam, że doczytałaś do końca i uważasz moje przedstawienie Tasmanii za ładne :) W ogóle kolejna osoba zwraca uwagę na tę kreację miejsca – i bardzo mnie to cieszy! Wygląda na to, że udało mi się wymalować odpowiedni obraz w wyobraźni czytelników, nie przeginając przy tym ilością opisów przyrody (a mam fiksia na punkcie przyrody więc istniało takie ryzyko;)).

Hera, moja Hera – dobrze, że budzi emocje, nawet jeśli sprzeczne ;) 

Zeus – no tu już nie ma miejsca na wątpliwości, tu sprawa jest prosta ;D

 

Dziękuję jeszcze raz! 

Ładne.

Zacznę od obrazów. Ja lubię inwencję, pewną niekonwencjonalność w tekście, więc bardzo mi się ten element w opowiadaniu spodobał.

Połączenie bóstw z plemionami zawsze ma duży potencjał, więc to bezwzględnie na plus. Zwłaszcza, że dzięki temu w tekście możemy się zetknąć zarówno z fantastyką jak i z obcą dla nas kulturą, więc to trochę taka oferta dwa w jednym.

Tekst ciekawy. Przy tworzeniu bohaterów grasz takimi jednoznacznymi kontrastami. Jedno jest ewidentnie dobre, drugie wręcz przeciwnie. Trochę to czarno-białe, wolałbym więcej kolorów. Mniej takiej zero-jedynkowości.

Natomiast, mimo czarno-białości, ogólnie pomysł na bohaterów bardzo fajny. Taka wariacja na temat możliwych reakcji i zachowań bogów, znajdujących się poza swoim światem. Nie ma jednego wspólnego, narzuconego przez Autorkę spojrzenia. Każde patrzy na ten świat ze swojej perspektywy, w oparciu o swoje oczekiwania i pragnienia. Jest w porządku.

Plemienia w tym tekście trochę mało. A może lepiej napisać, że nienachalnie narzuca się czytelnikowi? Ono jest jakby w tle. To nie jest bezpośredni zarzut do opowiadania. Ja w pełni zdaję sobie sprawę, że musisz to realizować konkretne założenia związane z warunkami konkursu. Piszę to więc raczej na marginesie, żebyś miała świadomość, że to fajny element, który warto jak najszerzej wykorzystywać w opowiadaniach, jeśli pojawi się taka sposobność.

Na plus też fakt, że nie wymagasz od czytelnika dogłębnej znajomości bogów. Tutaj co prawda mamy bogów powszechnie znanych, tym nie mniej nie jest dobrze, przynajmniej w mojej opinii, jeśli opowiadanie próbuje czegoś od czytelnika wymagać.

To czytający są od wymagań.

Słowem, dobre opowiadanie. Sporo elementów na plus, pewne elementy mogły jeszcze podnieść wartość tego tekstu (mniej czarno-białości, więcej Palawa na pierwszym planie, nie tylko w tle), ale tak czy inaczej z lektury jestem kontent.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

ninedin – dziękuję za odwiedziny! Mam nadzieję, że ta piękna, klasyczna Hera nie ciska w moją soczystymi przekleństwami widząc, jak bardzo przez lata pozmieniało się jej alter-ego :D 

 

CM – bardzo dziękuję za poświęcony czas, zarówno na czytanie i komentarz :) Jest mi niezmiernie miło, że się podobało i ogólnie odbiór na plus!

 

Ładne.

→ heart Jak opinia zaczyna się od takiego pierwszego słowa, to serce rośnie :))) 

Zacznę od obrazów. Ja lubię inwencję, pewną niekonwencjonalność w tekście, więc bardzo mi się ten element w opowiadaniu spodobał.

→ ciesze się! Widzę, że to mało popularny motyw, niewiele opowiadań ma ilustracje, wiec zastanawiało mnie czy to będzie się podobać, czy nie. Fajnie, że są osoby, które zwracają na to większą uwagę. Skorzystałam też z okazji żeby przemycić sztukę aborygeńską. Ich mitologia i historia są bardzo mało znane, a mnie kręcą, więc wykorzystuję każdą możliwość do popularyzacji ;) 

 

Połączenie bóstw z plemionami zawsze ma duży potencjał, więc to bezwzględnie na plus. Zwłaszcza, że dzięki temu w tekście możemy się zetknąć zarówno z fantastyką jak i z obcą dla nas kulturą, więc to trochę taka oferta dwa w jednym.

→ w gruncie rzeczy o to mi chodziło, skoro gryzę jabłko konkursowe z dwóch stron, to chcę pokazać i jedną, i drugą. Dobrze, że dwupak wyszedł :) 

 

Tekst ciekawy. Przy tworzeniu bohaterów grasz takimi jednoznacznymi kontrastami. Jedno jest ewidentnie dobre, drugie wręcz przeciwnie. Trochę to czarno-białe, wolałbym więcej kolorów. Mniej takiej zero-jedynkowości. Natomiast, mimo czarno-białości, ogólnie pomysł na bohaterów bardzo fajny. Taka wariacja na temat możliwych reakcji i zachowań bogów, znajdujących się poza swoim światem. Nie ma jednego wspólnego, narzuconego przez Autorkę spojrzenia. Każde patrzy na ten świat ze swojej perspektywy, w oparciu o swoje oczekiwania i pragnienia. Jest w porządku.

→ a tak, wiem o co chodzi, to prawda, że przedstawiam tu dobrą bohaterkę i złego bohatera. Rozumiem i przyjmuję jak najbardziej, że wolałbyś bardziej kolorowe postacie, ba, sama bardzo lubię złożonych i skonfliktowanych bohaterów! :) Przy czym powiem, że tutaj celowo zdecydowałam się na takie podejście: czarno-białość kojarzy mi się z baśniami, czy mitami, gdzie często-gęsto stosuje się takie uproszczenia, a postacie są symbolem, pewnym archetypem. 

Na marginesie, cieszy mnie, że tak jak piszesz dalej, mimo tej zero-jedynkowości, ich zachowania można interpretować na wiele sposób, w zależności od przyjętej perspektywy. Ku własnemu zaskoczeniu słuchałam jak niektórzy czytający interpretują poszczególne wybory bohaterów czy przedstawione sceny. Jest to ciekawa obserwacja, mówiąca dużo o odbiorcach, o tym jak wpływa na nich ich własny kapitał doświadczeń i wyobraźnia, wrażliwość, kultura, z którą są związani itd. 

 

Plemienia w tym tekście trochę mało. A może lepiej napisać, że nienachalnie narzuca się czytelnikowi? Ono jest jakby w tle. To nie jest bezpośredni zarzut do opowiadania. Ja w pełni zdaję sobie sprawę, że musisz to realizować konkretne założenia związane z warunkami konkursu. Piszę to więc raczej na marginesie, żebyś miała świadomość, że to fajny element, który warto jak najszerzej wykorzystywać w opowiadaniach, jeśli pojawi się taka sposobność.

→ samych Palawa może faktycznie, ale wydaje mi się, że właśnie mocny akcent kładę na stronę tasmańską, wręcz bałam się, żeby to nie zdominowało reszty. Owszem, bohaterowie to bezsprzecznie Zeus i Hera, jednak Tasmania i problemy plemienia są tam osią, wokół której się wszystko kręci. Zależało mi, żeby Tasmania nie była przypadkowym settingiem, tylko lokalne wydarzenia dyktowały fabułę. 

 

Na plus też fakt, że nie wymagasz od czytelnika dogłębnej znajomości bogów. Tutaj co prawda mamy bogów powszechnie znanych, tym nie mniej nie jest dobrze, przynajmniej w mojej opinii, jeśli opowiadanie próbuje czegoś od czytelnika wymagać. To czytający są od wymagań.

→ zgadzam się ;) Sama jak czytam opowiadania, to mam z tym różnie. Ciesze się, że nie przytłoczyłam. 

 

Słowem, dobre opowiadanie. Sporo elementów na plus, pewne elementy mogły jeszcze podnieść wartość tego tekstu (mniej czarno-białości, więcej Palawa na pierwszym planie, nie tylko w tle), ale tak czy inaczej z lektury jestem kontent.

→ Bardzo dziękuję! Za opinię, za sugestie, co poprawić (wierzcie lub nie, wszystko zapisuję! :D) i za dobre słowo. 

 

Pozdrawiam i idę! :) 

 

 

 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

 Ładny warsztat, mocny ładunek emocjonalny. Szczególnie tasmańskie wątki pięknie opisane, może dlatego, że takie egzotyczna ;) Fajnie połączyłaś miejscowe legendy z europejską mitologią. Jedyny czep – jakoś mi Hera w tej roli nie pasuje. Zbyt mocno odbiega od oryginału. To prawda mogła się zmienić, ale do takiej zmiany o 180 stopni czegoś potrzeba, a tego czegoś tu nie ma.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

 Anet: bardzo dziękuję za odwiedziny, przeczytanie i miłe słowo :) 

 

Irka_Luz: dziękuję za poświęcony czas i pozytywną opinię! 

 Ładny warsztat, mocny ładunek emocjonalny.

→ dziękuję bardzo! Nie ukrywam, że jedno i drugie jest dla mnie bardzo ważne. 

Jedyny czep – jakoś mi Hera w tej roli nie pasuje.

→ przyjmuję pokornie ten czep, przyzwyczajam się już do niego, to taki mój czep-rzep u psiego ogona ;)

Szczególnie tasmańskie wątki pięknie opisane, może dlatego, że takie egzotyczna ;) 

→ super mi miło, że to wyszło ładnie! Mam słabość do wszystkich kultur rodzimych i autochtonów, wylała mi się tu ta miłość dość obficie i taki efekt ;) 

 

Dziękuję! 

Opowiadanie warte biblioteki. Począwszy od pomysłowego połączenia losów Hery z aborygenami (tak, że byłam ciekawa co będzie dalej), poprzez po prostu świetnie opowiedzianą historię (bardzo podobała mi się scena snu, rozmowy z Posejdonem, oraz walki braci – bardzo plastyczne opisy), skończywszy na niesamowitych obrazach pomagających jeszcze lepiej wczuć się w klimat Tasmanii. Do tego poruszasz ważne kwestie. Owszem, może są już wyeksploatowane i widać tu pewne klisze, lecz nie da się ukryć, że po prostu opisałaś prawdę – właśnie tak okrutnie postępuje człowiek (nie tylko biały).

Jedynie na początku obraz Hery rzeczywiście trochę mi się kłócił z pierwowzorem, lecz szybko to zniknęło. No i myślałam, że Hera i Zeus staną na przeciwko siebie bardziej dosłownie.

Czy te wszystkie nazwy i bogowie są zaczerpnięci z rzeczywistości? Bogactwo opisów sprawiło, że próbowałam na szybko poczytać o nich, lecz nie znalazłam nic wyczerpującego.

 

Ulubione zdanie (choć podobało mi się kilka):

W ostatnich promieniach słońca zamigotały miliony drobnych kropli – drobnych pocałunków, rozkosznie zimnych na ciepłej skórze bogini.

Monique M. heart Dziękuję za tak ładny komentarz! Bardzo miło mi się zrobiło :) Ciesze się, że dobrze czytało Ci się mój tekst i odebrałaś go właśnie w ten sposób.

Co do typowego przedstawienia kolonializmu – tak, zrobiłam to celowo. Opisane tragedie są dla współczesnego czytelnika oczywiste, łatwo domyślić się, jak to wyglądało, bo – na szczęście! – jesteśmy coraz bardziej świadomi prawdy historycznej. Niezależnie od tego, czy mówimy o Azji, Afryce czy Australii, wyglądało to podobnie (oczywiście masz rację, nie mówimy tylko o “białych” zbrodniach). Równocześnie, obserwując współczesny świat, wydaje mi się, że warto sobie, od czasu do czasu, przypominać dokąd prowadzi dyskryminacja i pogarda. Ot, choćby prostym opowiadankiem. 

Ze smutkiem mogę tylko dodać, że mało co z opisu snu zmyśliłam :( Ceny za ludzi są prawdzie, sposoby egzekucji też, większość cytatów itd. Moja fantazja włączyła się na końcu – że udało im się tego uniknąć. W rzeczywistości się nie udało, Palawa wycięto w pień (dziś próbuje się odtworzyć ich język oraz kulturę, szacuje się, że mieszanych potomków istnieje kilka tysięcy). Odsyłam do historii ludobójstwa na Tasmanii, znanego pod nazwą “Czarnej Wojny” (1820-1832). Przerażająca, ale ciekawa historia, warto przeczytać, jak ktoś ma siłę.

 

Uf, wracając do przyjemniejszych tematów: 

Czy te wszystkie nazwy i bogowie są zaczerpnięci z rzeczywistości?

→ tak! :))) Aborygeńska mitologia jest oparta głównie na motywie Śnienia (znanego jako Czas Snu/Alchera/i wiele innych nazw) i astronomii, wszystkie słowa są prawdziwe. Bóstwa różnią się mocno imionami i historiami, w zależności od regionu. Stricte Tasmańskich mitów nie przetrwało tak dużo [z przyczyn: patrz wyżej], więc opierałam się na panaustralijskich legendach lub takich pochodzących z poszczególnych rejonów. Np. motyw Tęczowego Węża jest jednym z popularniejszych, pojawia się na malowidłach i w pieśniach w całej Australii :) 

Co do źródeł, przyznaję, że jest kiepskawo, głównie odsyłam do stron po angielsku, choćby sama wikipedia ma tutaj ciekawe wpisy (tu jest lista) .

Polecam też zanurkować w pinteresta ;) Głównym nośnikiem kultury aborygenów jest ich malarstwo, języki przetrwały szczątkowo, a w obrazach udało im się zatrzymać najważniejsze dla nich motywy. Choćby jeden z popularniejszych – Siedem Sióstr przedstawianych jako gwiazdy pojawia się na co drugim obrazie (są i w wybranych przeze mnie ilustracjach). 

Naprawdę polecam zgłębić temat, jak ktoś lubi kultury związane mocno z przyrodą i bardzo pierwotnym mistycyzmem, to można się zakochać :))) A kultura Aborygenów jest u nas (i nie tylko u nas) nadal mało znana. 

Mnie za młodu bardziej wciągnął Egipt i Chiny (choć przy pisaniu mojego opowiadania na ten konkurs mój zachwyt znacznie osłabł z przyczyn okrucieństwa i głupoty ludzkiej). Czuję natomiast, że dla Ciebie jest to bardzo ważny temat, który udało Ci się ładnie i przekonująco zawrzeć w tekście (zwłaszcza napomknienia o ich wierzeniach i kulturze:). Niestety mój angielski nie jest na tyle dobry bym wszystko odpowiednio zrozumiała, natomiast po Twoim opowiadaniu natknęłam się właśnie na ich przerażającą historię.

Powiedz mi jeszcze, czy te obrazy są malowane przez współczesnych artystów inspirowanych malowidłami? Z braku czasu niestety nie posprawdzałam tego, a ty możesz mi szybko odpowiedzieć:).

Tak, to współczesne obrazy (i jedno malowidło z jaskini), w opisie opka podałam artystów – nie wiem czy inspirowali się malowidłami, niekoniecznie, bardziej to ich interpretacja mitów :) I styl jest charakterystyczny dla sztuki aborygeńskiej: zdecydowanie więcej abstrakcji i symboli, niż przedstawień figuratywnych, metoda “dot-painting” czyli tego malowania kropkami itd.

Co do tematyki, poza mitologią w obrazach bardzo często występuje przedstawienie “jedzenia buszu” – np. ja mam zakładkę z obrazem, na której są wymalowane wspomniane przeze mnie w końcówce opka larwy i miodowe mrówki :) Oczywiście wszystko jest takie symboliczne, fajnie się dopatrywać tych drobiazgów pomiędzy kropkami i kreskami, którymi są wymalowane.

 

Niestety mój angielski nie jest na tyle dobry bym wszystko odpowiednio zrozumiała, natomiast po Twoim opowiadaniu natknęłam się właśnie na ich przerażającą historię. → znajdę coś po polsku, to Ci podrzucę :) 

 

Mnie za młodu bardziej wciągnął Egipt i Chiny → do Egiptu muszę się jakoś przekonać, ale wszystko przede mną :D A o Chinach wiem mało, ale ciągnie mnie w tę stronę, pewnie z racji fiksacji, którą mam na Japonię (która, jak wiemy, przekopiowała z Chin masę rzeczy). 

 

Czuję natomiast, że dla Ciebie jest to bardzo ważny temat, który udało Ci się ładnie i przekonująco zawrzeć w tekście (zwłaszcza napomknienia o ich wierzeniach i kulturze:) → tak jest! I bardzo się cieszę, że to wybrzmiało. Fakt, że wzbudziło to Twoje zainteresowanie aborygeńską kulturą, odbieram za sukces :) 

 

Dziękuję jeszcze raz! 

Ja również dziękuję smiley

 

http://altronapoleone.home.blog

Witajcie, Drakaino i Hero! :)

O – i to jest bardzo udane. Nie dość, że bardzo ciekawe żonglowanie przemijającymi bogami, to jeszcze wkradło się nawiązanie do Tęczowego Węża. Poczatkowo bałem się, że trafię na kolejną opowieść-legendę, jednak właściwa opowieść gdy się już zaczęła, okazała się mocna i nieźle kopiąca po micie cywilizacji.

Wilku! :) Bardzo dziękuję, ogromnie się ciesze, że opowiadanie czuć, tak jak trzeba. A Tęczowy Wąż musiał być, lubię ich mitologię, no i lubię tęczę ;)

Nowa Fantastyka