- Opowiadanie: drakaina - Zima

Zima

Za zgodą wydawcy “przedrukowuję” tu mój tekst z tomu “Sny Umarłych. Polski rocznik weird fiction 2019”. Opowiadanie wcześniej zajęło II miejsce w VIII Konkursie im. Krystyny Kwiatkowskiej (2018).

Aha, to jest też moje “złamane złote piórko”, bo CM zdecydował się wziąć ten tekst do NF, jak już przyjęły go “Sny umarłych”.

 

PS. Dziękuję wszystkim osobom, które na portalu i poza nim przeczytały betowo ten tekst. Niestety nie mam już bety w plikach, a było to dwa lata temu, więc nie jestem w stanie przedstawić tu listy, ale możecie – jak Chrościsko – przypominać się w komentarzach :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Zima

Styczeń 1813

 

– Panienko, panienko!

Wołanie oderwało Mariannę od lektury, więc z westchnieniem odłożyła tomik. Zmierzchało już, a chciała przed snem skończyć czytać powieść, ponieważ następnego dnia skoro świt zjawi się zapewne ciotka Klementyna i zażąda zwrotu książki.

Otuliła się odziedziczonym po matce płaszczem, podbitym lekko wyleniałym futrem, i wyszła na ganek.

– Co się stało, Piotrze?

Stajenny wskazał poza rosnące wokół podjazdu krzewy róż, pokryte śnieżnym puchem. W półmroku Marianna dostrzegła między drzewami sadu głębszy cień i serce zabiło jej mocniej. Od kilku miesięcy czekała na wieści – od ojca, brata, narzeczonego. Ten człowiek, bo rozpoznała ludzką sylwetkę, jest zapewne którymś z nich…

Chwyciła latarnię, którą Piotr postawił na ganku, i zeszła ostrożnie po oblodzonych schodkach. Stajenny chwycił ją za rękaw.

– Niech panienka tam nie idzie – szepnął.

Wyrwała się, czując, jak zmrożone kudły baraniego kubraka szorują po delikatnej skórze dłoni. Zerknęła w stronę domu: rękawiczki leżały na komodzie, ale nie miała czasu po nie wracać, skoro tam, w sadzie, mógł czekać ktoś z jej bliskich.

– Sam mnie przecież zawołałeś, Piotrze – burknęła.

– Bo żem pomyślał w pierwszej chwili, że to panicz powraca. – Służący odruchowo zdjął czapkę i miętosił ją w rękach. – Ale teraz widzi mi się, że to może upiór jaki…

Marianna nie słuchała. W bucikach o cienkiej podeszwie z trudem poruszała się nawet po ścieżce prowadzącej do sadu. Widziała to, co zapewne sprawiło, że stajenny wziął skulonego pod drzewem człowieka za widmo: błękitno-szarą poświatę, mgiełkę unoszącą się wokół cienia, ciemniejszego niż otaczający go mrok.

„Mój oddech tworzy podobny obłok w powietrzu”, powtarzała w myślach. „To tylko brednie zabobonnego chłopa”.

– Tam oczekuje pomocy ktoś, kogo kocham – szepnęła.

Kiedy dobrnęła do miejsca, gdzie oparty o pień drzewa kulił się młody mężczyzna, wiedziała już, że się pomyliła: nigdy wcześniej go nie widziała, był jej całkowicie obcy.

…ktoś, kogo kochasz… – powtórzył ledwie dosłyszalnie śnieg, który znów zaczął padać, przesłaniając kształty i barwy niczym koronkowa zasłona.

Młody mężczyzna wyciągnął przed siebie rękę: okutana w potargany mundur i resztki kożucha wydawała się urwanym kikutem. Marianna omal nie krzyknęła, kiedy ta dłoń czy nie dłoń musnęła jej spódnicę.

Mademoiselle – wyszeptał młody żołnierz. – J’ai froid, si froid.

 

Listopad 1812

 

Płatki śniegu przesłaniały wizję. Alexandre Meunier, niedawno mianowany porucznik huzarów, z rozpaczą spoglądał na niedobitki oddziału, wyglądające jak widma we mgle. Mało który z kawalerzystów miał jeszcze konia, za to kilka dni wcześniej widział piechura niosącego na ramionach pułkowego psa, co w tym śniegu i mrozie wymagało nieludzkiego oddania i wysiłku. Żołnierze porzucali plecaki, a nawet broń, byle marsz był lżejszy. Zdarzały się niewidziane wcześniej sytuacje, kiedy nie chcieli dzielić się strawą z towarzyszami. Patrząc na swoich kompanów i podwładnych kręcących się przy marnych ogniskach w oczekiwaniu na znak do wymarszu, Meunier wolał nie wyobrażać sobie, co będą jedli.

Przebijające przez śniegowe chmury pojedyncze promienie słońca odbijały się od lśniącej powierzchni. Porucznik nie łudził się, że to, co mieli przed sobą, okaże się skutą lodem taflą jeziora, po której ludzie i zwierzęta przejdą bezpiecznie – na pospiesznej odprawie kilka godzin wcześniej widział mapę i meandry rzeki. Słyszał nawet jej nazwę – Berezyna. Słyszał też szepty starszych oficerów o spodziewanych problemach z przeprawą: o braku pontonów, opóźnieniu w budowie mostów i Kozakach krążących niczym sępy wokół francuskich obozowisk, niedostatecznie chronionych przez zdziesiątkowaną kawalerię.

Otulił się tak szczelnie, jak potrafił, ciepłym płaszczem z baraniej skóry. Nabył go w pierwszych dniach pobytu w Moskwie od żydowskiego kupca, który służył Francuzom za przewodnika, kiedy usiłowali powstrzymać pożary wzniecane wśród drewnianej zabudowy miasta. Stary Żyd miał rację: podczas rosyjskiej zimy tylko takie okrycie było w stanie zapewnić znośne ciepło. Alexandre obracał w palcach krążek popękanego metalu z ledwie widocznym numerem pułku. Na ciałach tych, którzy zostali w śniegach, widział rozchełstane mundurowe kurtki i płaszcze, których nie były w stanie utrzymać rozpadające się na mrozie guziki.

Na twarzy poczuł cieplejszy podmuch, ale nie powitał go z radością, podobnie jak słońca, które nieco odważniej wyjrzało zza chmur. Ta zmiana pogody mogła oznaczać tylko jedno: jeśli na rzece był lód, nie utrzyma się dość długo, by umożliwić przeprawę.

– Poruczniku. – Meunier podniósł wzrok i ujrzał nad sobą jednego z wiarusów, trzymającego w rękach cynową miskę. – Niech pan coś zje.

Nie zapytał, co jest w zupie, ale uśmiechem podziękował żołnierzowi.

Chmura przesłoniła na moment słońce i Alexandre poczuł znów dojmujące zimno, przenikające aż do kości, zdające się emanować z ziemi i pochłaniać wszystko dookoła. W oddali rozległ się dźwięk bębenka dobosza – na posiłek zostało raptem kilka minut.

 

Styczeń 1813

 

Marianna Kruszewska siedziała od kilku godzin przy łóżku, na którym leżał francuski oficer. Stajenny z trudem dał się namówić, żeby przenieść niespodziewanego przybysza do pokoju gościnnego, gdzie służąca szybko nagotowała pierzynę i balię z wodą. Piotr pomrukiwał pod nosem i kręcił głową, aż Marianna musiała go zbesztać za niegościnność.

Francuz był tak przemarznięty, że kontakt z ledwie letnią wodą okazał się zbyt bolesny, toteż ułożyli go jedynie pod ciepłym okryciem i dali mu się wyspać do rana.

Marianna uparła się, że będzie przy nim czuwać. Odkąd zarówno starszy brat, jak i narzeczony wyjechali z wojskiem, a ojciec po Nowym Roku udał się do dalekiej Warszawy, to ona zarządzała domem. Matka zmarła cztery lata temu po urodzeniu ostatniego z dzieci, które pożyło zaledwie kilka dni. Młodszy brat, dwunastolatek, uczył się w Krakowie. Marianna była więc obecnie we dworku sama z dwójką służących; odwiedzała ją co najwyżej ciotka, jeśli przyszła jej ochota wsiąść do sań i zajechać do siostrzenicy.

Musiała przysnąć podczas czuwania, ponieważ kiedy otworzyła oczy, za oknem ujrzała słabe zimowe światło poranka, a z ganku dochodził niedający się z niczym pomylić głos Klementyny Góreckiej.

Zerknęła na śpiącego chłopaka. Jego twarz była nienaturalnie wręcz blada, ale pierś unosiła się lekko z każdym oddechem, co upewniało Mariannę, że podopieczny żyje. Niechętnie odeszła od łóżka i wyjrzała do sieni.

– No, moja panno! – Starszawa dama spoglądała krytycznie na Jadwisię, czterdziestoletnią służącą, która otrzepywała jej płaszcz ze śniegu. Okrzyk jednak najwyraźniej skierowany był do Marianny. – Co to ja słyszę? Przyjmujesz po nocy pod dach nieznajomych mężczyzn?

Panna Kruszewska dostrzegła w oczach krewnej cień rozbawienia, ale na wszelki wypadek odparła szybko:

– To ranny żołnierz, ciociu. Potrzebował pomocy.

Klementyna spojrzała na nią z zainteresowaniem i lekkim niedowierzaniem.

– Żołnierz? – zapytała. – Skąd wziął się tu ranny żołnierz?

Marianna pokręciła głową.

– Jest nieprzytomny – odpowiedziała. – Wczoraj zdołał powiedzieć tylko, że mu zimno, po czym zemdlał.

Ciotka zmierzała już ku gościnnemu pokojowi, skąd chwilę później dotarły do Marianny mamrotane pod nosem uwagi.

– Doktora tu trzeba, ani chybi – oznajmiła w końcu głośno pani Górecka, zanim jeszcze jej siostrzenica, która po drodze wydała polecenia Jadwisi, zdążyła wrócić do rannego. – Bo ja nic z tego nie rozumiem.

Marianna stanęła w drzwiach. Żołnierz leżał nieruchomo na łóżku, jak przed chwilą, a ciotka siedziała na krześle, trzymając nieprzytomnemu chłopakowi dłoń na czole.

– Nie ma gorączki – zawyrokowała. – A teraz odwróć się, moja panno.

Marianna, choć posłusznie wykonała polecenie, kątem oka dostrzegła, że ciotka bezceremonialnie rozpina mundur, odsłaniając zabrudzoną koszulę.

– No właśnie – oznajmiła Klementyna – nie widzę krwi, nie widzę ran. Jadę po doktora.

Nakryła żołnierza pierzyną i pozwoliła Mariannie wejść z powrotem do pokoju.

– Może ciocia przynajmniej zje coś ciepłego?

– A, chętnie – mruknęła starsza dama. – Mróz dziś większy niż wczoraj, a w tym śniegu to do Miechowa pół dnia pojadę. Dobrze, że od kiedy owdowiałam – mrugnęła do siostrzenicy – utrzymuję stały kontakt z doktorem Kunickim.

Marianna nie okazała zdziwienia. Romans ciotki z lekarzem był stałym tematem ojcowskich kpin, od których Ignacy Kruszewski powstrzymywał się wyłącznie w obecności małoletniego syna, ale już nie przy osiemnastoletniej córce. Prawda, Marianna miała tej zimy wychodzić za mąż, była już najwyższa na to pora, ale narzeczony wraz ze starszym bratem…

Otrząsnęła się z ponurych myśli. Może jakaś panna w innym dworku albo choćby chłopka w chałupie opatruje któregoś z nich, tak jak ona stara się pomóc temu nieszczęśnikowi. Może gdzieś we Francji narzeczona drży teraz o jego los.

…ktoś, kogo kochasz… – zaszumiał wiatr za oknem i Marianna wzdrygnęła się, jakby przez pokój przebiegł lodowaty podmuch. Zerknęła na drewno w kominku. Miała wrażenie, że ogień przygasa; trzeba będzie powiedzieć Piotrowi, żeby przyniósł więcej opału z drewutni, skoro mają dodatkowe pomieszczenie do ogrzania.

Nie zauważyła, kiedy ciotka wyszła, i dopiero dobiegające od strony kuchni gniewne głosy sprawiły, że pobiegła w tamtym kierunku.

– No, nie chce się zapalić – mówiła Jadwisia, rozkładając ręce. – Jakby drewno zamokło.

– Nie mogło – odparł Piotr od drzwi wiodących na podwórze za kuchnią. – Leżało cały dzień przy piecu.

– Latem z dachu kapało. – Jadwisia wskazała na sufit w miejscu, gdzie istotnie nad kuchnią nie było innych pomieszczeń, jedynie niski stryszek upchnięty starymi gratami.

– Na dachu lód taki, że nic nie przecieknie – oznajmił Piotr, zapalając fajkę. – Za to tytoń mi zawilgł, niech go diabli! – parsknął, po czym się zreflektował. – Za przeproszeniem pani dobrodziejki – dodał – i panienki.

Lód na dachu mógł się topić od pieca, pomyślała Marianna, ale nie powiedziała tego na głos. Wpatrywała się w stertę drewna opałowego, które nie wyglądało jak zamoknięte. Na suficie nie było też widać charakterystycznej plamy.

– Rozpal tylko pod głównym paleniskiem – zakomenderowała ciotka, zwracając się do Jadwisi. – Na podgrzanie zupy wystarczy.

Ogień był marny, ale w końcu na stole stanął garnek pachnącego żuru z żeberkami. Ciotka zjadła z apetytem całą miskę, Marianna zmusiła się do tego samego, po czym napełniła kubek samą zupą i poszła do gościnnego pokoju. Wcześniej zdołała wlać żołnierzowi nieco wody do gardła – przełykał, jakby nie był całkiem nieprzytomny, miała więc nadzieję, że podobnie będzie z rozgrzewającym żurem.

Niemniej, kiedy tylko zbliżyła naczynie do ust swojego pacjenta, chłopak wzdrygnął się i cofnął, jakby go oparzyło. Marianna odstawiła zupę na nocny stoliczek i przyjrzała się twarzy żołnierza. Była tak samo biała, jak kiedy go tu przyniesiono, ale nie tak bardzo wychudła. Jakby nie miał za sobą długiej drogi przez śniegi, bez jedzenia.

 

Listopad 1812

 

Końskie kopyto poślizgnęło się na pokrytych zamarzającą wodą deskach naprędce skleconego mostu. Wierzchowiec runął na lód, którego cienka tafla – znacznie cieńsza, niż Alexandre się spodziewał – załamała się z trzaskiem. Zwierzę próbowało się ratować, ale Meunier czuł, że koń szybko traci siły i wolę walki. W końcu jeźdźcowi pozostało tylko jedno: wyplątać nogi ze strzemion i dobrnąć czy dopłynąć do drugiego mostu, którym w tej chwili przeprawiała się piechota. Nurt uniósł go ku drewnianym palom, ale zimna woda dostała się do ust; Alexandre zrozumiał, że jego ostatnia chwila nadeszła, kiedy poczuł uścisk mocnej dłoni na ramieniu. Zobaczył nad sobą brodate oblicze sapera, potem kolejne ręce pomogły mu wydostać się na most i pociągnęły na drugi brzeg.

Tam rozpalano już ogniska, mimo że płomienie chwiały się w podmuchach wiatru. Saper, który jako pierwszy podał Alexandrowi rękę, poprowadził go teraz ku towarzyszom.

– Niech się pan zagrzeje, poruczniku – powiedział. A kiedy Meunier podniósł na niego pytająco wzrok, dodał: – Pan tego pewnie nie pamięta, ale jeszcze w Moskwie uratował mi pan życie, a przynajmniej zdrowie, kiedy na nasz oddział zwiadowczy walił się dach. No to teraz się odwdzięczyłem.

Meunier jak przez mgłę przypomniał sobie zasadzkę w jednym z moskiewskich domów. Ludzie byli z różnych oddziałów, nie znał wszystkich z nazwiska, a brodaci saperzy zawsze wydawali mu się podobni jeden do drugiego. Uśmiechnął się do tego człowieka, dając mu do zrozumienia, że pamięta i dziękuje, choć otępiały po lodowatej kąpieli miałby pewnie problem z rozpoznaniem własnego dowódcy.

 

Styczeń 1813

 

Doktor Kunicki pokręcił głową.

– Nigdy nie widziałem takiego przypadku – powiedział. – On zdradza objawy skrajnego wyziębienia, ale… brak odmrożeń, brak, po prawdzie, jakichkolwiek obrażeń. Nie mam pojęcia, jak przeżył, bo możemy chyba założyć, że dotarł tu z Rosji?

Marianna patrzyła na leżący na komodzie niewyprany mundur. Podeszła i dotknęła popękanych metalowych guzików – i wzdrygnęła się. Były zimne jak bryłki lodu. Przyjrzała się bliżej: sukno zdawał się pokrywać delikatny, ledwie zauważalny kurz. „Albo szron”, pomyślała.

Doktor z ciotką wyjechali kilka godzin później. Kunicki uznał, że skoro pacjent nie gorączkuje i śpi, to jest tylko bardzo wyczerpany i należy dać mu odpocząć.

– Niech go panna próbuje poić, choćby i wodą – powiedział na odjezdnym – a jak się obudzi, niech mu da rosołu z rozdrobnionym mięsem.

Marianna wróciła do czuwania przy nieprzytomnym. Kazała Piotrowi wstawić do pokoiku duży fotel z gabinetu ojca i drzemała teraz, od czasu do czasu unosząc powieki i obserwując, jak w kominku dogasają polana, jak za oknem księżyc wędruje po niebie, jak mróz maluje obrazki na szybie.

Musiało być niedługo przed świtem, kiedy podczas jednego z takich przebudzeń poczuła na sobie czyjś wzrok. Spoglądały na nią oczy niebieskie jak lód skuwający głębokie jezioro. Zamrugała powiekami i zobaczyła znów szarozielone oczy żołnierza.

– Obudził się pan! – Już chciała poderwać się i zawołać Jadwisię, żeby zagotowała bulion, kiedy on chwycił ją za rękę. Delikatnie, jakby nie chciał jej przestraszyć.

Mademoiselle – wyszeptał, a Marianna uświadomiła sobie, że przecież on nie rozumie po polsku.

– Przepraszam – odrzekła po francusku, mając nadzieję, że lekcje, jakich udzielała jej od lat ciotka Klementyna, na coś się zdadzą. – Czy czuje się pan lepiej?

– Zimno, jest mi tak zimno…

Te same słowa wypowiedział, kiedy go znalazła. Jakby nie pamiętał innych. Marianna przywołała na twarz łagodny uśmiech – taki, jakim matka starała się pocieszać ją, kiedy płakała jako małe dziecko.

– Według doktora to ważne, że się pan obudził – powiedziała. – Jeszcze trochę, a zacznie pan chodzić, wyzdrowieje pan i zatańczy na moim weselu.

Pokręcił głową.

– Zimno… – powtórzył.

 

Listopad 1812

 

Porucznik Meunier wpatrywał się w dogasający powoli ogień. Po ostatniej potyczce z jego ludzi pozostała zaledwie garstka, która połączyła się z innymi, podobnie zdziesiątkowanymi oddziałami, żeby zachować tak ważną dla morale dyscyplinę. Do Niemna i położonego za nim Księstwa Warszawskiego nie było już daleko, ale wszyscy wiedzieli, że Rosjanie nie zatrzymają się na granicy.

Alexandre poruszył skostniałymi palcami. Zdobyte w Moskwie grube futrzane rękawice ledwie chroniły przed zimnem, widział jednak poodmrażane dłonie żołnierzy, którym zabrakło dobrej osłony. Spojrzał na swoje kawaleryjskie buty: błogosławił wysokie cholewki, choć zastanawiał się, jak zdoła przebyć dalszą drogę piechotą. Odkąd wstąpił do armii, był niemalże zrośnięty z końskim grzbietem. Dopiero w Moskwie nauczył się prowadzić zwiad również pieszo, w warunkach zupełnie odmiennych od tych, do których nawykł podczas wcześniejszych kampanii.

Musiała to sprawić poświata bijąca od żarzących się kawałków drewna, ale przez moment wydało mu się, że patrzy w kominek w domu państwa Girard, tego wieczora, kiedy przyszedł pożegnać się z narzeczoną. Julie miała łzy w oczach, ale przekonał ją, że wyruszy z armią jeszcze ten jeden raz, po czym poprosi o zwolnienie albo przynajmniej kilkuletni urlop, a wtedy ożeni się i ustatkuje. Zresztą przecież po tej wyprawie nastąpi znów okres pokoju, zapewniał jej ojca.

– Poruczniku?

Tym razem pochylał się nad nim jeden z jego ludzi, Jacques Schmitt.

– Niech pan zje cokolwiek ciepłego – powiedział Alzatczyk. – I niech pan nie siedzi tak nieruchomo na śniegu, bo pan zamarznie. A poza tym kapitan pana wzywa, jak już sam skończy odprawę.

Meunier skinął głową i pozwolił Schmittowi wsunąć sobie do ręki kubek z rosołem, który zdążył już trochę wystygnąć, ale wciąż roztaczał przyjemne ciepło.

Spojrzał ku miejscu, gdzie kilku wyższych oficerów obradowało nad mapą rozłożoną na zmrożonym śniegu. Jego bezpośredni przełożony, Neapolitańczyk, stał opatulony w futro, zapewne należące niegdyś do bogatej moskiewskiej damy, ale i tak trząsł się z zimna, nienawykły do takiej pogody bardziej niż inni.

Alexandre zerknął raz jeszcze na przygasające węgle, które nie były kominkiem państwa Girard. Twarz Julie zacierała się w jego pamięci, toteż zdjął rękawicę i zgrabiałymi palcami sięgnął do szabeltasa, by wyciągnąć portrecik. Na początku kampanii zerkał na niego codziennie, potem zdarzało mu się zapominać o tym, a od wymarszu z Moskwy coraz rzadziej miał czas i siły, żeby rozpatrywać minione dni lub tym bardziej niepewną przyszłość.

Wymacał kawałek suchego chleba, jakieś papiery, kilka drobnych monet, ale miniatury nie znalazł. Nie potrafił przypomnieć sobie, czy na pewno miał ją w Moskwie… Tak, stała przecież koło łóżka na kwaterze, ale może potem w pośpiechu nie wrzucił obrazka do torby? Czy też portrecik wysunął się z niej, kiedy Alexandre wpadł do lodowatej rzeki?

– Kapitan wzywa – powiedział Schmitt i porucznik Meunier przerwał poszukiwania.

 

Styczeń 1813

 

Marianna przesuwała dłońmi po wełnie munduru, dawniej zapewne miękkiej i przyjemnej w dotyku, ale teraz wyglądającej tak, jakby pokryła ją cieniuteńka tafla lodu, której nie zdołałby stopić nawet ogień w kominku. Przyblakłe szamerunki, niegdyś połyskujące złotą nitką, kłuły w palce.

Żołnierz wodził za nią wzrokiem. Czuła na sobie spojrzenie jego oczu, pytające, niepewne. Była przekonana, że chłopak nie wie, gdzie się znajduje, ani kim jest gospodyni.

– Nazywam się Marianna Kruszewska – wymawiała te słowa powoli, uśmiechając się łagodnie. – Jest pan niedaleko Krakowa, na samym krańcu Księstwa Warszawskiego.

Odniosła wrażenie, że zrozumiał, bo na jego twarzy odmalowało się zdumienie.

– Tak daleko – odpowiedział. – Nie wiem, jak…

– Ważne, że pan przeżył.

Położyła mu dłoń na czole, które było zaskakująco chłodne. Podobnie jak ciotka i doktor, Marianna spodziewała się gorączki.

– Jak panu na imię? – zapytała, dotykając lekko palcami jego policzka i ze zdumieniem konstatując, że chłopak nie wygląda jak ktoś, kto od tygodni nie mył się i nie golił. Czyżby choroba dopadła go dopiero w ostatnich dniach albo i godzinach wędrówki?

– Zimno – odpowiedział ze wzrokiem utkwionym na lewo od Marianny.

Odwróciła się w tamtą stronę. Na krześle leżała nieduża kawaleryjska torba, podobna do tej, którą z dumą pokazywał jej brat, zanim wyruszył na wojnę.

– Podać ją panu?

Przymknął powieki, więc uznała to za potaknięcie.

Rzemienny pas był twardy, jakby mróz wniknął w skórę. Kiedy Marianna przypadkiem dotknęła złotych nitek, którymi wyszyto cesarskiego orła i numer pułku, haft niemalże przymarzł jej do palców.

Podała szabeltas podopiecznemu, ale on nawet nie otworzył oczu. Niepewnie otwarła torbę i zajrzała do środka. Zabrzęczały pojedyncze monety, zaszeleścił papier. Marianna wyjęła dokument, w którym znalazła nazwisko: Alexandre Meunier. Porucznik huzarów, doczytała. Kawalerzysta, jak jej bliscy. Koń pewnie padł po drodze, uświadomiła sobie. Jej myśli powędrowały znów ku narzeczonemu i bratu, a palce wymacały jeszcze jeden przedmiot, nieduży, owalny. Wiedziała, co to musi być i nie pomyliła się – z metalowej ramki spoglądały na nią ciemne oczy ładniutkiej dziewczyny o gładko zaczesanych, jasnobrązowych włosach, ubranej w prostą białą sukienkę. Podobna do mnie, pomyślała Marianna, tylko ja mam niebieskie oczy.

– Julie.

Szept był ledwie słyszalny i Marianna przez chwilę myślała, że to wiatr szumi w kominie. Żołnierz – Alexandre – miał jednak oczy otwarte i patrzył na nią z cieniem uśmiechu na ustach.

– Pańska narzeczona, poruczniku – powiedziała, podając mu miniaturę. – A może żona?

– Julie – powtórzył, wpatrując się w napięciu w Mariannę.

On sądzi, że dotarł do domu, przemknęło jej przez myśl. Bierze mnie za osobę, którą zna. „Jak ja, kiedy zobaczyłam go w sadzie” – na to wspomnienie przeszedł ją dreszcz.

Dostrzegła w jego oczach łzy. Uniósł się nieznacznie na poduszkach, więc wyciągnęła ku niemu rękę z portrecikiem. Po czym omal nie krzyknęła, bo kiedy palce oficera dotknęły ramki, metal pokrył się cieniutką warstewką szronu. Alexandre wyciągnął do Marianny rękę i dziewczyna zmartwiała. Z obrazka spoglądały na nią oczy błękitne od pokrywającego je lodu. Jej własne oczy.

 

Grudzień 1812

 

Alexandre Meunier stracił nadzieję, że zdoła iść dalej. Nie nawykł do pieszych marszów, a nawet moskiewskie futra nie potrafiły odgonić przenikliwego zimna. Jakby jego mundur nigdy nie wysechł po kąpieli w Berezynie.

Słyszał, że kapitan coś do niego mówi, przez chwilę mignęła mu przed oczami potężna postać alzackiego podwładnego, poczuł słaby zapach zupy, ale wszystko zasypywał śnieg.

Wśród wirujących płatków dostrzegł kobiecą twarz i zwidziało mu się, że to Julie przyjechała tu z Francji. Weźmiemy ślub – powiedziała – i wtedy nie umrzesz. Wiatr rozwiewał jej lekką sukienkę, taką jak na portrecie, ale jakby utkaną z płatków śniegu, i białe włosy. „Julie nie ma białych włosów”, pomyślał, ale wtedy ona pocałowała go i wszystko przestało mieć znaczenie.

Kiedy przebudził się po tym pocałunku, nie czuł już wcześniejszej słabości. Zimne powietrze otulało go niczym najcieplejsze futro. Rozejrzał się dookoła: z oddziału nie było już widać nawet maruderów. Ślady towarzyszy dawno przysypał śnieg. Alexandre wstał i mimo przejmującego zimna ruszył przez zaspy przed siebie, do domu.

 

Luty 1813

 

Marianna zgrabiałymi rękami ułożyła drewno w piecu, a następnie z trudem zdołała rozniecić marny ogień. Ostatnio wszystko musiała robić sama: przez kilka dni napadało tyle śniegu, że nikt nie był w stanie dojechać do dworu. Nawet Piotr, którego wcześniej wysłała do ciotki i po doktora, nie wrócił – zapewne został w Miechowie. Jadwisia słabowała, jakby ją dopadła gorączka, więc zajmowanie się całym gospodarstwem spadło na barki panny Kruszewskiej.

Alexandre Meunier leżał nadal w pokoju gościnnym, unosząc się niekiedy nieznacznie na posłaniu i wpatrując w Mariannę. Z początku wzdrygała się, ilekroć wołał ją imieniem narzeczonej, ale w końcu przywykła do tego. Julie zaś spoglądała na nią z pokrytego szronem portreciku jej własnymi błękitnymi oczami. Marianna miała wrażenie, że obraz wodzi za nią wzrokiem.

Opału w koszu było mało. Wystarczy najwyżej na jeden dzień, uświadomiła sobie nagle. Trzeba będzie posłać Jadwisię do drewutni albo choćby chrustu nazbierać… Jak nazbierać, skoro wszędzie zaspy takie, że człowieka z głową nakryją?

Wyszła na ganek i spojrzała w to miejsce, gdzie – kiedy? tydzień? dwa tygodnie temu? – znalazła francuskiego żołnierza. Krótki zimowy dzień umykał już przed nadchodzącą wraz ze śniegowymi chmurami ciemnością, a pod drzewami zdawała się ciągnąć droga wiodąca aż do dalekiej Rosji.

Marianna wzdrygnęła się i szybko wróciła do domu, gdzie dogasający piec dawał jeszcze odrobinę ciepła. Zajrzała do izby przy kuchni, w której leżała Jadwisia, i zobaczyła, że służąca nie oddycha. Upadła na kolana, nie wiedząc, co teraz począć, jak zająć się zmarłą, skoro nie ma kogo poprosić o pomoc. Ukryła twarz w rękach i płakała, ale łzy zamieniały się na policzkach w kryształki lodu, pokrywające połyskliwym kobiercem podłogę u jej stóp.

Nie wiedziała, jak długo tkwiła w tym otępieniu, ale kiedy ocknęła się, ciało Jadwisi było przezroczyste jak lodowa rzeźba i zdawało się rozpływać w powietrzu. Ściany izdebki pokrywała cieniuteńka warstwa szronu, powoli pełznąca w stronę kuchni. Marianna patrzyła na to z przerażeniem, a jednocześnie czuła, że wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie tygodnie, układa się w upiorną całość. Domyśliła się, jak może powstrzymać zimę. Zacisnęła powieki, usiłując przywołać wspomnienie narzeczonego, ale przed oczami miała jedynie twarz Alexandre’a.

Wyszła z powrotem na ganek, wpatrując się w widmową drogę wiodącą na północ, jakby spodziewała się stamtąd odpowiedzi. I zobaczyła: brata i narzeczonego tonących w zaspach, kolumny wojska zasypywane przez śnieg, smukłą postać w sukni ze śnieżnych płatków, pochylającą się nad żołnierzami. Wreszcie lodowa pani zatrzymała się przy jednym z nich, ujęła go za rękę i uniosła głowę, rozglądając się dookoła, aż jej wzrok powędrował ku tonącemu w śniegach dworkowi i drobnej postaci skulonej przy kolumience…

W tym samym momencie Marianna poczuła, że obejmuje ją czyjeś ramię. Alexandre Meunier stał koło niej, wpatrując się w mrok. Jego usta poruszały się, jakby coś szeptał, a Marianna usłyszała w tym szepcie i w padającym śniegu swoje imię.

– Weźmiemy ślub – powiedział stojący obok niej mężczyzna – a wtedy nie umrzesz.

Ujęła lodowato zimną dłoń, ale nie poczuła bólu. Podniosła oczy i napotkała jego wzrok.

…ktoś, kogo kochasz… – zaszeptał wiatr.

…ktoś, kogo kochasz… – zawtórował mu śnieg.

Płatki opadały na ciemną sukienkę, malując ją na biało. Alexandre uniósł dłoń Marianny do ust, a potem nachylił się i złożył pocałunek na jej wargach. Śnieżynki zawirowały, zamykając w zamieci ich dwoje, dwór i sad. Na zmrożoną ziemię pod krzewem róży upadł z brzękiem niewielki przedmiot.

 

Marzec 1813

 

Stajenny pochylił się nad przemarzniętym krzakiem. Roztopy przyszły w tym roku wyjątkowo późno: dopiero ostatniej nocy śnieg stajał na tyle, żeby drogi stały się przejezdne, ale tu, na tym małym skrawku ziemi mróz nadal nie chciał ustąpić.

Nie to jednak niepokoiło Piotra. Zdarzało mu się, owszem, wypić, ale nie aż tak, żeby nie znaleźć drogi do dworu państwa Kruszewskich. Dziś też byłby przysiągł, że szedł właściwą ścieżką, ale domu nie było i sadu też nie było. Tylko ta kępa zmarzniętych róż.

Na ziemi coś rozbłysło w promieniach słońca. Służący schylił się i zobaczył pod krzewem nieduży lśniący przedmiot. Taki mały portrecik, jakie widywał czasem u różnych państwa. Sięgnął ręką i natychmiast ją cofnął – metalowa ramka była lodowato zimna, aż parzyła. Nachylił się i przez lodową mgiełkę przyjrzał obrazkowi. Spoglądała z niego dziewczyna, która w pierwszej chwili wydała mu się panienką Marianną. Kiedy jednak przyjrzał się bliżej, zobaczył piękną kobietę o białych jak śnieg włosach i oczach przypominających kryształki lodu. W szkiełku przez moment zamigotał cień dworu i dwóch stojących na ganku postaci.

Piotr splunął na wszelki wypadek przez ramię, po czym ruszył z powrotem w stronę Miechowa, by poszukać nowej pracy.

Koniec

Komentarze

Betowałem ten tekst, więc moją opinię już znasz. 

Z wszystkich Twoich tekstów, jak dotychczas, ten przypadł mi do gustu najbardziej.

Czy w oryginale on nie był czasem dużo dłuższy?

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dzięki, Chrościsko :)

 

Nie, on zawsze był krótki, a nie pamiętam, żebym pod konkurs Kwiatkowskiej bardzo cięła – tam jest mały limit, a już chyba beta była z myślą o konkursie. Dodałam podziękowania za betę, ale niestety nie przypomnę sobie listy betujących :(

http://altronapoleone.home.blog

Jestem kiepska w merytorycznych komentarzach, bo literaturę odbieram głownie emocjami, więc napiszę tylko: czytałam w zbiorze i zrobiło na mnie wrażenie niesamowitym nastrojem. Jedno z moich ulubionych w SU.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Ja też czytałam wcześniej i bardzo ten tekst cenię, za nastrój i umiejętność wykreowania czegoś, co bardzo płynnie łączy historyczność i fantastykę.

Interesujący pomysł, upiorna przypadłość. Brrr! Trochę jak Królowa Śniegu.

Jak zwykle, umiejętnie wykorzystujesz znajomość realiów historycznych.

Babska logika rządzi!

Coś, co uwielbiam – połączenie historii z fantastyką. Na dodatek XIX wiek, którego nastrój zawsze mi się podobał. Samo opowiadanie najbardziej ujęło mnie spokojem, który płynie spod lodu, mimo grozy. Tekst przypomina mi nieco takie stare radzieckie bajki, które kiedyś puszczali w telewizorze. Świetne czytanie.

Jesteśmy wybrańcami. Sami się wybraliśmy!

Dzięki wszystkim za miłe opinie. Przyznam, że sama też lubię ten tekst :)

 

Caernie – w drugim zdaniu idealnie ująłeś to, co chciałam w tym opowiadaniu osiągnąć, a więc chyba wyszło. Zresztą uzasadnienie werdyktu jury Kwiatkowskiej szło w podobną stronę, a i kilka recenzji SU :)

http://altronapoleone.home.blog

Przeczytałem. Z komentarzem wrócę w dogodniejszej chwili.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Bardzo smutna opowieść o umieraniu i braku nadziei (tak ją odczytałam). Temat trudny, ale przedstawiony w oryginalny sposób. Śnieg – jako rodzaj piekła, miałam wrażenie, że chwilami przewijał się motyw królowej śniegu.

Podobało mi się pokazanie wojny od innej strony: nie zwycięstw, ale trudów marszu i ciężkiej sytuacji żołnierzy. Zauważyłam dużo “smaczków”, szczegółów z epoki, które uwiarygadniają tę opowieść. O walorach historycznych wspoinali już przedpiścy, więc nie będę powtarzać.

“Podobało się” to złe słowo, zmroziło mnie to opowiadanie, ale lektura okazała się bardzo satysakcjonująca.

 

Edit.

Wracam dopisać więcej, żeby nie było wątpliwości, że powaliło na kolana, zwłaszcza pod względem emocjonalnym. Czytając to opowiadanie, dostajemy “coś poza” klimatem i emocjami: dopracowaną konstrukcję ze sceną wprowadzającą i dwutorową narracją, realia historyczne, niesamowity klimat, pomysłowe połączenie wątku romantycznego ze śmiercią, pokazanie wojny od strony codzienności. Jednak poruszające dla mnie było przede wszystkim stopniowe zamarzanie świata wokół, nawet łez. To tekst, który prowokuje do myślenia.

zmrożone kudły baraniego kubraka szorują

Dziwne zdanie.

Bo żem pomyślał w pierwszej chwili, że to panicz powraca.

Stylizacja wypowiedzi służącego wypada dość nieudolnie.

Służący odruchowo zdjął czapkę i miętosił ją w rękach.

Okrutnie wytarta klisza… Nie wiem, po co przedstawiać tak służących.

wokół cienia, ciemniejszego niż otaczający go mrok.

Nie za bardzo ten cień ciemniejszy od mroku.

okutana w potargany mundur i resztki kożucha wydawała się urwanym kikutem. Marianna omal nie krzyknęła, kiedy ta dłoń czy nie dłoń musnęła jej spódnicę.

Okutana ręka to tak niezbyt. Cały człowiek może być okutany… Może sylwetka. A część ciała? Raczej dziwnie to brzmi.

Czemu z poszarpanego ubrania wynika, że ręka wygląda jak kikut? Nie rozumiem.

Płatki śniegu przesłaniały wizję.

Na pewno wizję? Nie widok?

kilka dni wcześniej widział piechura niosącego na ramionach pułkowego psa, co w tym śniegu i mrozie wymagało nieludzkiego oddania i wysiłku.

No, to rzeczywiście wzruszające. Ciekawe, czy coś podobnego zachowało się w pamiętnikach? Może czytałaś?

Przebijające przez śniegowe chmury pojedyncze promienie słońca odbijały

Na ciałach tych, którzy zostali w śniegach, widział rozchełstane mundurowe kurtki i płaszcze, których nie były w stanie utrzymać rozpadające się na mrozie guziki.

To fajna ciekawostka – szkoda, że nie opisałaś jej bardziej szczegółowo, dla tych, którzy nie wiedzą, w czym rzecz.

które nieco odważniej wyjrzało zza chmur.

Odważniej, odważniej ;D Po co “nieco”.

Na twarzy poczuł cieplejszy podmuch, ale nie powitał go z radością, podobnie jak słońca, które nieco odważniej wyjrzało zza chmur. Ta zmiana pogody mogła oznaczać tylko jedno: jeśli na rzece był lód, nie utrzyma się dość długo, by umożliwić przeprawę.

Chmura przesłoniła na moment słońce i Alexandre poczuł znów dojmujące zimno, przenikające aż do kości, zdające się emanować z ziemi i pochłaniać wszystko dookoła.

Ten cały opis odwrotu jest fajny i bardzo mi się podoba. Natomiast podwójna zmiana pogody nie ma wielkiego sensu, bo w efekcie nic się nie zmieniło, i jest to tylko próżne przelewanie wody.

nagotowała pierzynę i balię z wodą

Nagotowała pierzynę? To nagotowanie pobrzmiewa ekwiwokacją, nie wiem, może celowo.

a w tym śniegu to do Miechowa pół dnia pojadę

Zabawna i nietuzinkowa forma.

Romans ciotki z lekarzem był stałym tematem ojcowskich kpin, od których Ignacy Kruszewski powstrzymywał się wyłącznie w obecności małoletniego syna, ale już nie przy osiemnastoletniej córce. Prawda, Marianna miała tej zimy wychodzić za mąż, była już najwyższa na to pora, ale narzeczony wraz ze starszym bratem…

Takie zestawienie zdań stwarza wrażenie opozycji z poprzednim stwierdzeniem i jest to, jak sądzę, niezamierzone.

Otrząsnęła się z ponurych myśli. Może jakaś panna w innym dworku albo choćby chłopka w chałupie opatruje któregoś z nich, tak jak ona stara się pomóc temu nieszczęśnikowi. Może gdzieś we Francji narzeczona drży teraz o jego los.

Ciekawa motywacja dla poczynań bohaterki. Ładne, fajne.

stryszek upchnięty starymi gratami.

Stryszek nie był upchnięty, najwyżej zapchany. Sądzę, że problemem byłoby upchnąć gdzieś stryszek.

przełykał, jakby nie był całkiem nieprzytomny, miała więc nadzieję, że podobnie będzie z rozgrzewającym żurem.

Nieprzytomni też przełykają, no ale niech będzie, że Marianna jest znawcą przełykania i umie poznać. Boję się, że go poparzy.

Końskie kopyto poślizgnęło się na pokrytych zamarzającą wodą

Ten lód bardzo wygodny do poślizgnięcia. Skąd zamarzająca woda na deskach? Ktoś ją świeżo wylał na most? Chyba nie padał śnieg z deszczem, skoro jest tak zimno? Lód jest ewidentnie po to, że był potrzebny autorowi, żeby koń się poślizgnął.

dobrnąć czy dopłynąć do drugiego mostu, którym w tej chwili przeprawiała się piechota. Nurt uniósł go ku drewnianym palom

Ta rzeka była przed chwilą zamarznięta, więc powinna być dalej zamarznięta, oprócz jednego miejsca, gdzie wpadł koń i przebił lód.

kiedy na nasz oddział zwiadowczy walił się dach.

Czemu saper był w oddziale zwiadowczym? Może ma to jakieś napoleońskie uzasadnienie.

Musiało być niedługo przed świtem,

Dziwne zdanie.

Spoglądały na nią oczy niebieskie jak lód skuwający głębokie jezioro.

Hm?…

szabeltas

Hej, nie znałem tego słowa!

 

Nastrojowy tekst. Przystępnie i ciekawie oddane realia. Czytało się fajnie. W pewnym momencie narracja uciekła w sentymentalność, która rozminęła się z moją wrażliwością, ale może komuś innemu się spodoba. Najsłabszym elementem jest w sumie puenta – oczekiwana i nieszczególnie dobitna.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Wisielcze, dziękuję za wizytę, jednakowoż mógłbyś darować sobie protekcjonalny ton w czepialstwie, zwłaszcza kiedy czepiasz się rzeczy, których nie sprawdziłeś.

 

może komuś innemu się spodoba

Jak nadmieniłam w przedmowie, już się spodobało: jury nagrody im. Krystyny Kwiatkowskiej dwa lata temu oraz Wojtkowi Guni, który umieścił je w “Snach Umarłych 2019”, więc w sumie jestem usatysfakcjonowana.

 

Sorry, że nie po kolei:

 

No, to rzeczywiście wzruszające. Ciekawe, czy coś podobnego zachowało się w pamiętnikach? Może czytałaś?

Wiesz, tu prawie wszystko jest oparte na pamiętnikach. O tej scenie to nawet napisałam w artykule naukowym o psach w armii napoleońskiej.

 

Czemu saper był w oddziale zwiadowczym?

A kto w płonącej Moskwie najlepiej miał szanse radzić sobie z pożarami, hę? Saper w tamtych czasach to bardzo wszechstronna formacja, to głównie saperzy budowali mosty itp. Była teoretycznie odrębna formacja génie czyli właśnie jednostki inżynierskie, ale w praktyce były połączone z saperami.

 

Ta rzeka była przed chwilą zamarznięta

Wspomniałam o ociepleniu. Lód był cienki, lód szybko pęka. Niestety wiem z prawie że autopsji – bliski mi człowiek zmarł z wyziębienia po wypadku na Wiśle, kiedy ratował swojego psa.

To fajna ciekawostka – szkoda, że nie opisałaś jej bardziej szczegółowo, dla tych, którzy nie wiedzą, w czym rzecz.

Konkurs miał limit. Dla “SU 2019” zostało to lekko rozwinięte, z redaktorem uznaliśmy, że zbytnie tłumaczenia w nastrojowym tekście są bez sensu.

 

Skąd zamarzająca woda na deskach? Ktoś ją świeżo wylał na most?

To naprędce sklecony most, który częściowo zalewa rzeka, a poza tym jeśli jeździsz samochodem, to zapewne wiesz, że od porządnego lodu znacznie groźniejszy i bardziej śliski jest taki ledwie zamarzajacy na jezdni, a na to wystarczy mżawka czy solidna mgła. Poza tym znowu: scena z pamiętników.

służący odruchowo zdjął czapkę i miętosił ją w rękach.

Okrutnie wytarta klisza… Nie wiem, po co przedstawiać tak służących.

To jest opowiadanie historyczne i chłopi tak się w pamiętnikach zachowują. Po prostu.

 

Okutana ręka to tak niezbyt. Cały człowiek może być okutany… Może sylwetka. A część ciała? Raczej dziwnie to brzmi.

Niestety, słownik PWN się z Tobą nie zgadza.

https://sjp.pwn.pl/slowniki/okutany.html

 Takoż kwestia upchniętego stryszku:

https://sjp.pwn.pl/slowniki/upchn%C4%85%C4%87.html

Na pewno wizję? Nie widok?

Nie.

 

Zabawna i nietuzinkowa forma.

“pół dnia” czy “pojadę”? Bo ja tu nie widzę nic nietypowego, ninedin, którą spytałam, też nie.

 

Co do innych kwestii językowych pozwalam sobie mieć zdanie odrębne, a że nikt z jury i redakcji się nie czepił, to przy nim pozostanę.

 

http://altronapoleone.home.blog

Zdaje się, że czytałem przedpremierowo :)

Dobry tekst!

Częścią tolerancji jest uwolnienie się od kompulsywnej potrzeby słuszności - JeRzy

Wisielcze, dziękuję za wizytę, jednakowoż mógłbyś darować sobie protekcjonalny ton w czepialstwie, zwłaszcza kiedy czepiasz się rzeczy, których nie sprawdziłeś.

Czytam życzliwie teksty, do których się zabiorę, więc to co wypisałem, z różnych powodów mi zgrzytało. W uwagach językowych nie powołuję się na słownik, bo nie wydają mi się niepoprawne, tylko może miejscami nieporadne. Chociaż “upchnięty stryszek” brzmi wyjątkowo dziwacznie.

To jest opowiadanie historyczne i chłopi tak się w pamiętnikach zachowują. Po prostu.

Uważam, że ta stylizacja jest zrobiona po taniości.

To naprędce sklecony most, który częściowo zalewa rzeka,

Ale rzeka była zamarznięta, a ocieplenie zwodnicze… Bez sensu jest opisywanie ocieplenia, do którego niby doszło, ale nie doszło. Można się zresztą tych niezgodności pozbyć bez żadnej szkody dla tekstu, więc zupełnie nie potrzeba ich bronić. Koń może się potknąć na czymkolwiek, rzeka może być po bożemu zamarznięta i nic złego się nie stanie, a epilepsja pogodowa zniknie.

A kto w płonącej Moskwie najlepiej miał szanse radzić sobie z pożarami, hę? Saper w tamtych czasach to bardzo wszechstronna formacja, to głównie saperzy budowali mosty itp. Była teoretycznie odrębna formacja génie czyli właśnie jednostki inżynierskie, ale w praktyce były połączone z saperami.

Ok, to ma sens.

“pół dnia” czy “pojadę”?

Pół dnia pojadę – nie spotkałem tego nigdy. Ciekawie to brzmi, może regionalizm.

Niestety, słownik PWN się z Tobą nie zgadza.

https://sjp.pwn.pl/slowniki/okutany.html

 Takoż kwestia upchniętego stryszku:

https://sjp.pwn.pl/slowniki/upchn%C4%85%C4%87.html

Te definicje nie dowodzą braku słuszności moich uwag, zwłaszcza, że nie odnoszą się zupełnie do kolokacji.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Ładny tekst, nie dziwię się, że się tylu osobom spodobał :-). Podobało mi się, jak prowadzisz dwie narracje (tak pod względem czasu, jak i miejsca) ku sobie, żeby połączyć je w finale. Rozprzestrzenianie się zimna i to, że zostawiłaś Mariannę sam na sam z Aleksandrem, uśmiercając służącą wypadło przekonująco i nadało tekstowi pewnej surowości i przydało historii fatalizmu. W ogóle udanie balansujesz między światem rzeczywistym a pewnym surrealizmem przedstawianych wydarzeń – te przejścia są bardzo gładkie. Spodobało mi się też powtórzone czy raczej zwrócone “narzeczonej” zdanie “Weźmiemy ślub, a nie umrzesz”. Kompozycyjnie też ładnie, ja bym pewnie darowała sobie ostatnią część ze służącym, ale to już kwestia moich preferencji, widać, że tekst jest pod tym kątem przemyślany i dopracowany.

 

Co mi się nie podobało – scena z topiącym się koniem; zabrakło w niej dynamizmu, jest boleśnie statyczna, przez co zupełnie nie poczułam dramatu topiącego się żołnierza (”dramatu” czy raczej reakcji konia walczącego o życie zresztą też).

 

Alexandre czuł, że jego ostatnia chwila nadeszła, kiedy poczuł uścisk mocnej dłoni na ramieniu – zgrzytnęło mi to powtórzenie

 

Wołanie oderwało Mariannę od lektury, więc z westchnieniem odłożyła tomik. Zmierzchało już, a chciała przed snem skończyć czytać powieść, ponieważ następnego dnia skoro świt zjawi się zapewne ciotka Klementyna i zażąda zwrotu książki. – a tu miałam wrażenie, że aż za bardzo chcesz uniknąć powtórzenia; szczególnie, że tomik i powieść to przynajmniej dla mnie trochę naciągane synonimy; pomyślałabym, czy któregoś słowa nie da się zastąpić zaimkiem

Dream big.

Ładne, klimatyczne. Siłą Twoich tekstów jest doskonała znajomość realiów. Czuje się, że to nie są tylko wiadomości z Wikipedii, ale rzeczywiście doskonale wiesz, o czym piszesz. Przy opisie odwrotu z Rosji wybrałaś mocno zdystansowany styl narracji. Nawet kąpiel w lodowatej przecież rzece jest opisana bardzo oszczędnie. Miałam wrażenie, że obserwuję raczej marsz duchów niż żywych ludzi, że oni już nic nie czują, są bardziej martwi niż żywi. Nie wiem, czy było to Twoim zamiarem, ale efekt jest klimatyczny.

Czy to wpadnięcie Marianny w ramiona Francuza i skuwający ich lód jest metaforą ówczesnych zdarzeń w Księstwie? Zniknęło, jak dworek Marianny ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dzięki, Irko :)

 

Miałam wrażenie, że obserwuję raczej marsz duchów niż żywych ludzi, że oni już nic nie czują, są bardziej martwi niż żywi.

Z punktu widzenia umierającego Alexandre’a to w sumie tak wygląda… Ładnie to ujęłaś.

 

Czy to wpadnięcie Marianny w ramiona Francuza i skuwający ich lód jest metaforą ówczesnych zdarzeń w Księstwie? Zniknęło, jak dworek Marianny ;)

To mi nie przyszło do głowy, bo na kolejnych studiach raczej oduczano mnie od szukania tego rodzaju alegorii, ale podoba mi się taka interpretacja :)

http://altronapoleone.home.blog

Ależ mi się Twój tekst dobrze czytało, chociaż za bardzo chyba się wczułam w klimat i aż mi się zimno zrobiło :) Piękne, nastrojowe opowiadanie. Chyba moje ulubione z Twoich, które miałam przyjemność przeczytać. Jak zwykle jestem pod wrażeniem przedstawienia historycznych realiów. I tym razem udało Ci świetnie połączyć historię z fantastyką, a raczej w moim odczuciu, z niesamowitą, mroczną, lodowatą magią… 

Gratuluję publikacji w “Snach umarłych”, a ze swojej strony za dwa dni oddam malutki głosik na piórkową nominację :)

Dzięki za wyjątkowo satysfakcjonującą lekturę.

Nastrój rzeczywiście zaczarowany i trochę mroczny, przypomina mi nieco ten z dziewiętnastowiecznych opowieści niesamowitych. Bardzo udany “kostium” historyczny, nieinwazyjny, ale cały czas wyczuwalny. Najbardziej chyba urzekły mnie smakowite detale – tu romans ciotki z doktorem, tu szorstki pod palcami szamerunek, tu kwiaty z mrozu na oknie, tu brodaty saper, który uratował kiedyś Alexandrowi życie. Takie szczegóły sprawiają, że tekst jest naprawdę plastyczny i żywy. Piękny styl, udana “przeplatana” narracja. 

Marianna zdecydowanie wzbudza sympatię. Tak sobie myślę, że te dziewczyny kiedyś to naprawdę musiały być bardzo zaradne – zostawały zupełnie same, zarządzały całym majątkiem, nie traciły zimnej krwi. Oczywiście pewnie nie wszystkie, ale wciąż, myślę, że to bardzo imponujące. 

Zakończenie baśniowo-mroczne, a przy tym nieco sentymentalne. Mocny klimat Królowej Śniegu. Słowem (czy raczej kilkoma), bardzo przyjemna lektura :)

Mam mieszane uczucia co do tego tekstu 

Bez wątpienia jest dobrze napisany stylem przywodzącym na myśl – przynajmniej mnie – polskich klasyków (z Orzeszkową mi się skojarzył, może ze względu na setting), usterek nie dostrzegłem – może poza tym migoczącym cieniem – ale też żaden ze mnie ekspert. 

Podobało mi się umiejscowienie w historii i sposób prowadzenia fabuły w dwóch różnych czasach, które na koniec się zbiegają, tylko…

…no właśnie. Zaskoczenia nie było. Skąd bierze się zimno wiadomo w zasadzie od razu, może dlatego element budowanej grozy na mnie nie zadziałał. Twist na koniec, ten ze znikającym dworem, to była raczej taka kropka nad i niż coś, co postawiłoby fabułę w innym świetle, albo zakończyło tekst jakąś puentą. Fantastyka jest w tym tekście bardzo subtelna, nie poczytuję tego za wadę, bardzo taką fantastykę lubię, tylko druga, obyczajowa warstwa opowiadania – tragiczny los żołnierza i cierpienie opuszczonej dziewczyny– zbyt słabo została wyeksponowana. 

W efekcie dostaliśmy historię człowieka, co zamarzł i niesie zimno szlachciance, która (przypadkiem?) przypomina jego ukochaną. Wystarczająco na opowiadanie, ale dla mnie tekst był nieco za długi względem niesionej treści (a jeszcze z tyłu głowy miałem "Lód" Dukaja) i stąd mój odbiór jest taki, a nie inny.

Oczywiście to nie zmienia faktu, że obiektywnie jest to dobre opowiadanie, ale przywiedziony zostałem tutaj przez dwa głosy na najlepsze opowiadanie czerwca i, niestety, trochę się rozczarowałem – jednak wychodzi na to, że tylko ja, więc nie przejmuj się moim narzekaniem. :) 

Pozdrawiam. 

Dziękuję za odwiedziny, Gekikaro, ale jedyne, co mogę odpisać na “zaskoczenia nie było” to coś takiego: w tym tekście nie chodzi o zaskoczenie. W literaturze nie zawsze chodzi o zaskoczenie. Jeśli ten tekst wpisuje się w jakieś “trendy” w fantastyce związanej z zimową scenerią, to nie w “winter is coming” ani nawet “Lód”, ale prędzej w “Lewą rękę ciemności”, gdzie też nie o zaskoczenie czymkolwiek, ale o relacje międzyludzkie chodzi…

http://altronapoleone.home.blog

No i proszę. Niezły przykład na to, że horror nie musi zawierać scen gore, czy potworów biegających miedzy postaciami.

Jest nastój, jest wrażenie stopniowego zamarzania, jest tytułowa zima i czająca się tajemnica. Technicznie dobre i pasujące do epoki. Także w stylu pisania wpada ta epoka. Nie moja szuflada, ale w tym kierunku. Dla precyzji: idzie w tym kierunku gdzieś w końcowej ćwierci opowiadania.

Czego jednak brakło… Coś z tempem tego finału. I nawet nie mogę jasno odpowiedzieć co konkretnie. Z jednej strony za wolno, by odczuć przyspieszenie tego zamarzania. Z drugiej przecież nadmierna dynamika kompletnie rozbiłaby nastrój wykreowany we wcześniejszej części tekstu, a to istotny element tego opowiadania. To chyba jakiś nieuchwytny element, który kojarzy mi się z finalnymi scenami starej wersji “Coś” (choć tam komponowało się to z dynamiką, więc porównanie nieadekwatne), czy w chrościskowym “I’ll be seeing you, Oppy” (tu akurat nie zamarzanie, ale jednak takie wygaszanie, choć to tez nie do końca adekwatne). Trudno mi więc jasno wskazać jakiej zmiany bym jako czytelnik oczekiwał (i czy przypadkiem nie doprowadziłaby do zepsucia tekstu), ale jednak coś kompozycyjnie… hm, nie zgrzyta, bo zgrzytów tu nie ma, działa poprawnie, ale mam poważne wrażenie, że coś jednak da się tu zmienić z dobrego na bardzo dobre. Może o proporcje końcówki do wczesniejszego tekstu chodzi?

Za to epilog dobrze wpasowany. Takie proste wyparcie nieznanego i przejście do porządku dziennego.

"szarozielone oczy"

Yyyy… Zielone mają już trochę domieszki pigmentu odpowiedzialnego za ciemną barwę oczu. Szare przeciwnie – mają mniej barwnika niż niebieskie.

 

 

Dzięki, Wilku :)

 

Tempo nie rośnie, bo i zamarzanie nie przyspiesza… Tylko po prostu zamarza powoli do końca.

http://altronapoleone.home.blog

Nie chodzi nawet o tempo, tylko o satysfakcjonującą kulminację. Ta może być albo konceptowa, albo interpersonalna.

Nie bardzo widzę, co tu się wydarzyło na gruncie interpersonalnym, żeby domknąć historię. Mariana tęskniła za narzeczonym i opiekowała się przygarniętym odmrożeńcem. Narzeczony nie wrócił, a odmrożeniec ją zaczarował. Nie widzę, żeby relacje między postaciami jakoś się rozwijały.

Stąd opowiadanie funkcjonuje jako obrazek rodzajowy, ale trudno w nim znaleźć nić jakiejś historii. Marzli, marzli, aż zamarzli.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Czy ja wiem? Strasznie pretensjonalne. Zupełnie o niczym. Ani przesłania, ani akcji, ani nowatorstwa. Ani to impresja, ani klasyka. Ani barok, ani romantyzm. Panienka z dobrego domu napisała dla mamusi opowiadanko, żeby pokazać, jaka jest zdolna. Ma różowe kokardki, różowego lizaka i jest bardzo, bardzo poprawna. Jeśli chcesz dostać piątkę w konkursie na opowiadania w liceum, to się śmiało możesz zgłosić, ale świata tym nie zawojujesz. Netlfix tego nie kupi. A propos: widziałaś Altered Carbon? A może czytałaś? Jeśli nie: polecam. Chodzi o to “coś”, o ten “sos”, sens, masło, gęstość, duszę, życie. Ty tego wszystkiego nie masz. Zresztą… może mam za duże wymagania. Szczecińskiej orkiestry tez nie słucham, jeżdżę do Berlina. Wina z Biedronki nie lubię i muszę pić kawę starannie skomponowaną. Ostatecznie nie pretenduje się tutaj do Nagrody Nobla, nie? Zresztą ta, po ostatniej nominacji najgorszej polskiej pisarki w dziejach, też straciła smak. A może to te czasy? Przebrzmiałe, zgrane motywy powtarzane do znudzenia przez spuchniętych od ego oportunistów. Żadnych idei, żadnych rewolucji, żadnych trendów, żadnych pomysłów. Twoje opowiadanie doskonale wpisuje się w tą nudę i nicość początku XXI wieku. Komentarze wydają mi się nieszczere, jak oklaski dla Pierwszego Sekretarza na którymś -tam zjeździe PZPR. Jedynie Wisielec pokazał pazur. Ech… fantastyka w Polsce też zdycha, staje się poprawna i grzeczna, jak oddział harcerek przed pierwszą miesiączką. Ale zawsze można wrócić do Altered Carbon :)

O, kurde! Ale klimacik! Właśnie tego mi trzeba było, na taki właśnie miałem ochotę tekst. Się czyta, się płynie, się… ;-)

Absolutnie nie zgadzam się z Trukszynem w kwestii Tokarczuk (chociaż rozumiem, czemu jej twórczość przypadła mu do gustu). Jednak, mimo że ostro i niepotrzebnie popłynął w tym komentarzu (Netflix nie kupuje też wielu DOBRYCH rzeczy, ale co z tego?), muszę mu przyznać rację odnośnie do samego opowiadania. To jest oczywiście napisany poprawnie, ale jednak pociachaniec, z którego nie da się wyłuskać żadnej myśli przewodniej. Z drugiej strony nie można tego przeczytać z marszu, bo tekst jest zbyt ciężki, rzekłbym, iż pretensjonalny.

 

“Żadnych idei, żadnych rewolucji, żadnych trendów, żadnych pomysłów”

 

Pod tym niestety muszę się podpisać. Jednakowoż nie w kontekście całej polskiej literatury, tylko tego opowiadania, które porzuciłem, przeczytawszy może 1/3, bo mnie znużyło.

Trukszyn – atak personalny na autorkę to nie jest ocena opowiadania. Komentuj tak, by nie obrażać innych. Ostrzegam Cię.

 

Zanais – a Ty nie jesteś tutaj od wymierzania sprawiedliwości poprzez obelgi. Jeszcze jeden komentarz, w którym przeczytam, że w Twojej opinii ktoś popisuje się głupotą i ma zaćmienie umysłu i usunę Twoje konto.

 

Nie musicie odpisywać.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

EDIT, bo się rozpędziłem, a nie chciałbym zostać bez konta, tutaj :-)

Edytuję jeszcze raz, jak doczytam opko do końca.

Aha, jeszcze jedno. Wino z Biedronki jest spoczi i nie pozwolę go obrażać. :-) 

Pierwsza nominowałam opowiadanie do piórka, więc włączę się do dyskusji.

Myślę, że tego opowiadania nie powinno się interpretować zbyt dosłownie. Słowa o ślubie nie oznaczają prostego wątku romantycznego, żołnierz nie jest tylko żołnierzem, dworek i dziewczyna też mają głębsze znaczenie.

Wyżej napisałam, jak ja zinterpretowałam to opowiadanie. Myślę, że przed komentowaniem tego tekstu warto zapoznać się z motywem białego piekła, który wydaje się tutaj kluczowy. Jak to u Drakainy bywa, IMO, duże znaczenie ma też historia opisywanego okresu. Śnieg i mróz nie zawsze oznaczają dosłownie zimę, mogą być np. śmiercią.

Chyba podobna historia była w opowiadaniu świątecznym – niby lekka opowieść o Śnieżynce i milicjancie, ale ile kontekstu nabudowanego wokoło. Łańcuch na choinkę z łusek po nabojach, wspomnienia ze stanu wojennego w tle. Myślę, że nie zawsze chodzi o to, żeby powiedzieć coś wprost, sztuką jest napisanie opowiadania wnoszącego coś poza przedstawionymi wydarzeniami.

 

Zaczęło się rewelacyjnie. Ale im dalej w las, tym w tekście więcej drzew. Ostatnia ćwiartka opowiadania wg mnie po prostu nie udżwignęła bardzo dobrego początku i niezłego rozwinięcia. Tak jakby się zapadła pod ciężarem oczekiwań czytelników ;).

Nie wiem – za duże skróty myślowe, zbyt szybkie i gwałtowne przeskoki, lecz co najgorsze – trudno powiedzieć, że między punktami kluczowymi fabuły widać wyraźne powiązania. Wkradł się – też zaznaczam, że moim zdaniem – pewien kompozycyjny chaos.

No i w efekcie – jak to mawiali kiedyś redaktorzy w prasie – “Lead zagrzebany”.

Czyli super podłoże , bardzo mocny początek, potem widać niezłe kiełki ładnych kwiatów, ale… finał faktycznie (mnie przynajmniej) nie zachwyca.

Były tu już znacznie lepsze opowiadania Drakainy, zachwycałem się nawet nimi publicznie, więc wiem, że Autorkę stać na zdecydowanie więcej.

Zatem Piórko? Jednak… wg mnie… skromnie sądząc… nie tym razem.

 

Zwrócić piórko Sowom i Skowronkom z Keplera!

Przyznaję się do betowania. Po ponownej lekturze podoba mi się tak samo jak wtedy, czyli bardzo :)

Płatki śniegu przesłaniały wizję

Hmm. Jesteś pewna?

 Mało który z kawalerzystów miał jeszcze konia, za to kilka dni wcześniej widział piechura

Niejasność składniowa. Kto jest podmiotem?

 Zdarzały się niewidziane wcześniej sytuacje, kiedy nie chcieli dzielić się strawą

Zrozumiałe, ale coś mi tu zgrzyta fonetycznie.

 znośne ciepło

Brzmi to trochę tak, jakbyś je przeciwstawiała nieznośnemu ciepłu.

 których nie były w stanie utrzymać rozpadające się na mrozie guziki.

Dygresja: czyli z tą zarazą cynową to prawda?

 nie powitał go z radością, podobnie jak słońca, które nieco odważniej wyjrzało zza chmur

Hmm.

słabe zimowe światło poranka

Jesteś pewna tej grupy rzeczownikowej? To znaczy, jej budowy?

 powstrzymywał się wyłącznie w obecności małoletniego syna, ale już nie przy osiemnastoletniej córce

"Wyłącznie" bym wycięła. "Letnie" się powtarza, ale nie bardzo widzę, jak tego uniknąć.

poślizgnęło się na pokrytych

Aliteracja.

 Zwierzę próbowało się ratować, ale Meunier czuł, że koń szybko traci siły i wolę walki.

Zdążyłby pomyśleć?

 wydostać się

Przestawiłabym.

 miałby pewnie problem z rozpoznaniem

Coś jakby współczesne.

 niewyprany mundur

A czemu miałby być wyprany?

 lekcje, jakich

Chyba jednak "których".

 Zdobyte w Moskwie grube futrzane rękawice ledwie chroniły przed zimnem, widział jednak poodmrażane dłonie żołnierzy, którym zabrakło dobrej osłony.

Hmm.

 nienawykły do takiej pogody bardziej niż inni.

Hmm.

 cieniuteńka tafla lodu

Tylko tafla to ciągła, płaska powierzchnia, taka lustrzana – nie bardzo umiem ją dopasować do zmrożonej tkaniny.

wrażenie, że zrozumiał, bo na jego twarzy odmalowało się zdumienie

Rym.

 Bierze mnie za osobę, którą zna. „Jak ja, kiedy zobaczyłam go w sadzie”

Ładna symetria.

 ułożyła drewno w piecu, a następnie z trudem zdołała rozniecić

Nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby to łączyć.

 niekiedy nieznacznie

Aliteracja.

 pokrywające połyskliwym

Jak wyżej.

ocknęła się

Zdecydowanie bym przestawiła.

 Domyśliła się, jak może powstrzymać zimę.

Wycięłabym, less is more.

 

Uuu, mocne. Bardzo porządnie skonstruowane i nieźle straszące (weź poprawkę na to, że mnie w ogóle trudno przestraszyć, literaturą w każdym razie) – to nie są cechy niezgodne, nie tak naprawdę, ale nie każdy umie je zgrabnie pożenić: naprawdę straszne jest to, co nieznane, niezbadane, obce – nawet nie wrogie, ale niebezpieczne w sposób niewytłumaczalny (królowa śniegu), kiedy dobra konstrukcja wymaga jednak trochę objaśnień. A u Ciebie jest wyjaśnień akurat dość, i ani krzty więcej. Miejscami nie gra mi stylizacja – ale to są drobiazgi.

Brr.

 Podobało mi się, jak prowadzisz dwie narracje (tak pod względem czasu, jak i miejsca) ku sobie, żeby połączyć je w finale.

Tak, to właśnie jest dobra, podbudowująca fabułę konstrukcja. Wiadomo, dokąd idziemy – ale pytamy siebie sami, którędy.

 scena z topiącym się koniem; zabrakło w niej dynamizmu, jest boleśnie statyczna, przez co zupełnie nie poczułam dramatu topiącego się żołnierza

Mhm, tu też się zgodzę.

 Yyyy… Zielone mają już trochę domieszki pigmentu odpowiedzialnego za ciemną barwę oczu. Szare przeciwnie – mają mniej barwnika niż niebieskie.

Posłałabym Ci zdjęcie moich :P ale nie będę się wygłupiać.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Bardzo porządnie skonstruowane

Podejmiesz się wskazania tej konstrukcji? Mam dwa główne pytania:

  1. Co jest tematem opowiadania? Nie, co się dzieje w tekście, tylko o czym jest tekst?
  2. Co stanowi kulminację historii? Do czego zmierzają wydarzenia i co oznacza puenta?

Moje odczucia są zupełnie odwrotne: uważam, że “Zima” to barwny i umiejętnie osadzony w realiach obrazek rodzajowy, ale przedstawia sekwencję wydarzeń, z których nic nie wynika.

Dziewczyna czeka i jej czekanie nie jest w żaden sposób zwieńczone. Żołnierz zamraża rzeczy no i tyle. Na koniec wszystko zamarza, przychodzi chłop, który olewa sprawą i idzie żyć własnym życiem.

Bardzo podobała mi się motywacja, która skłoniła Mariannę, by zajęła się odmrożeńcem – to wypadło wiarygodnie i rozbudziło duże nadzieje, że ta relacja dokądś zmierza. Niestety zawiodłem się w tej kwestii.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Podejmiesz się wskazania tej konstrukcji?

Służę (co tam, że mam swoje do pisania :P)

 

Mamy tu dwa splatające się wątki, nazwijmy je A – wątek Marianny i B – wątek Meuniera.

 

Ekspozycja/Wstęp:

A: Marianna zbiera rannego z sadu, bo "tam oczekuje pomocy ktoś, kogo kocham"

B: Meunier marznie nad Berezyną

 

Rozwinięcie – pierwsze kłopoty, na razie do rozwiązania:

A: pierwsze kłopoty z ogniem, który nie chce się palić (zimno prawie zwycięża, ale na razie jeszcze ie całkiem)

B: Meunier wpada do wody, ale tym razem jeszcze przeżywa

 

Rozwinięcie – kłopoty się pogłębiają:

A: lekarz w kropce, pierwszy raz pojawiają się niebieskie oczy, "zatańczy pan na moim weselu" (zapowiedź zakończenia)

B: Meunier marznie, stwierdza, że zgubił portrecik narzeczonej (więź z domem!) i że zapomina, jak ona wygląda

A/B (powiązanie wątków): Marianna przegląda jego papiery, znajduje portrecik (!) stwierdza, że jest bardzo podobna do narzeczonej Meuniera – tak podobna, że można je pomylić

 

Kulminacja:

B: Meunier umiera z zimna (pocałunek antropomorfizowanego mrozu) – "Weźmiemy ślub i wtedy nie umrzesz"

A: wizja Marianny – pani mróz stoi nad żołnierzami; Marianna doznaje olśnienia, jej “ślub” z Meunierem

 

Rozwiązanie/epilog:

Piotr znajduje portret Julie/pani mrozu, ale nie znajduje dworku (który pani mrozu sobie zabrała)

 

Widzisz więc, że sama konstrukcja fabuły jest jasna, wyraźna, bardzo klasyczna, żeby nie powiedzieć konwencjonalna. Wszystko prostą drogą zmierza do celu – ślubu Meuniera z Marianną, czyli zabrania Marianny przez zimę, która nieco wcześniej zabrała już sobie Meuniera.

 

Opowiadanie jest bowiem horrorem – pewien stopień niedopowiedzenia jest niezbędny, żeby przestraszyć czytelnika. I to horrorem typu "kosmicznego", lovecraftowskiego, opartego na tezie, że istnieją na tym świecie siły, przeciwko którym nic nie możemy zrobić, i które traktują nas (w najlepszym razie) jak zabawki.

 

Mam więc odpowiedź na Twoje drugie pytanie: kulminacją historii jest "ślub", czyli moment, w którym pani mróz zabiera sobie głównych bohaterów. Do tego właśnie zmierzają wydarzenia. Puenta służy głównie pokazaniu, że świat się od tego nie zawalił, że zniknęli oni dwoje i dworek, a reszta ludzkości (w osobie Piotra) na razie jeszcze żyje.

 

Teraz kwestie tematu i przesłania.

 

Autorka stale naprowadza nas na ciepło, zimno i ich kontrast ("może ciocia przynajmniej zje coś ciepłego", "niech pan nie siedzi tak nieruchomo na śniegu, bo pan zamarznie"), oraz na kogoś kochanego (oboje bohaterowie są zaręczeni, przypominają sobie nawzajem ukochane osoby). Te motywy przewijają się przez cały tekst, nadając mu spójność. Jaki jest ich sens?

 

Nie może tu chodzić o miłość silniejszą od śmierci – bo Marianna i Meunier przecież się nie kochają (poza miłością chrześcijańską, którą okazuje Marianna, ale która jest bezstronna – więc to nie to). Ale na pewno przewija się tu motyw śmierci: trwa wojna, trwa zima (kiedy wszystko jest umarłe).

 

Jak już powiedziałam, to jest horror kosmiczny. Vanitas vanitatum et omnia vanitas – tyle, że Meunier albo się zimie przeciwstawia, albo robi dokładnie to, czego ona chce, znajdując następną ofiarę. Ale następną ofiarą mógłby równie dobrze być ktokolwiek, dlaczego wlecze się aż do dziewczyny, która przypomina mu narzeczoną? Meunier chce, co zrozumiałe, wrócić do domu. Biorąc Mariannę za Julie sądzi, że wrócił. Że wypełnił swój cel. Jako, nazwijmy to, zimowe zombie, ma ten jeden cel, który go animuje. Skoro go wypełnił, może odejść – i to chyba właśnie zrozumiała Marianna.

 

Oczywiście, to wszystko tylko moja interpretacja, poruszam się tu po dość cienkim lodzie i właściwie rozpracowuję tekst w trakcie pisania tego, co tu piszę.

 

Reasumując, moja odpowiedź na pytanie pierwsze: tematem opowiadania jest ludzka marność, a zarazem ludzka siła (gdyby Marianna, powiedzmy, uciekła, zimowe zombie dotelepałoby się zapewne aż do Francji – więc powstrzymała go, poddając się, co czasem trzeba zrobić).

 

Czy jesteś usatysfakcjonowany?

 

ETA: Bo l’espirit d’escalier. Zapomniałam się odnieść do tego oczekiwania “nie wiadomo, na co”. To musisz rozpatrzyć z dwóch punktów widzenia: watsonowskiego (postaci w opowiadaniu, czyli tutaj: Marianny) i doylowskiego (celów autora).

Watson: Marianna czeka na powrót ukochanych z wojny. Z wojnami już tak jest, że ludzie nie zawsze z nich wracają – czy to znaczy, że nie trzeba na nich czekać?

Doyle: Marianna czeka i się nie doczekuje. Ale czy celem autorki jest danie Mariannie tego, czego ona chce? Nie sądzę. Na moje oko, oczekiwanie Marianny służy umieszczeniu jej na pozycji (fizycznej i emocjonalnej), z której może startować do fabuły, jeśli wybaczysz tak sportową metaforę (zwykle ich nie używam, ale pogoda i kurz lasują mi mózg). W opowiadaniu dziejącym się współcześnie nie marudziłbyś na przykład na to, że bohaterka łapie autostop (czy tego się już nie robi? To, powiedzmy, w latach dziewięćdziesiątych) – prawda? Zajrzyj, proszę, tutaj, a zrozumiesz, co mam na myśli.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czy jesteś usatysfakcjonowany?

Szczerze mówiąc – nie.

Napisałem na ten temat bardzo długi komentarz, ale go skasowałem, bo uznałem, że dla autorki będzie bolesny, a nic dobrego nie przyniesie.

 

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

No, cóż, trudno. Chyba nic na to nie poradzę.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino – dzięki za absolutnie w punkt analizę tego tekstu :) Pewnych rzeczy nie zamierzyłam świadomie (podobnie jak np. tego, co w nim dostrzegły ANDO i Irka), niemniej doskonale pasują do tego, co tu chciałam przedstawić.

Dla mnie najważniejszy w tym tekście jest nastrój i to powolne zamarzanie, a zarazem godzenie się z losem przez oboje bohaterów. Ja to widziałam tak, że Alexandre w swojej historii jest umierający i pocałunek królowej zimy daje mu jakieś tam życie, podczas gdy Marianna utraciła wszystkich, których kochała, więc związek z zimowym zombim jest jedynym, co jej pozostaje. Zarazem ona świadomie ponosi ofiarę, żeby powstrzymać to, co on ze sobą przynosi. W moim uniwersum, gdzie jest miejsce na gorzkie happy endy, oni jakoś tam trwają, a może ich decyzje, ich historia, łagodzi samą Zimę?

 

Wisielcze – nasza wizja fantastyki i literatury jest najwyraźniej tak skrajnie różna, że nie sądzę, żebyś był w stanie sprawić mi przykrość, ponieważ zapewne w równym stopniu jak Tobie nie podoba się moje pisanie, mnie nie podoba się Twoje, bo nie lubię nawalanki w stylu Fabryki Słów. Ty z kolei najwyraźniej nie lubisz literatury, w której nie ma dynamicznej, linearnej akcji. Szkoda tylko, że uważasz wyłącznie swój sposób pisania literatury za dobry i słuszny w fantastyce.

http://altronapoleone.home.blog

Śmierć autora? :D

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ty z kolei najwyraźniej nie lubisz literatury, w której nie ma dynamicznej, linearnej akcji.

Nie mam nic przeciwko akcji nielinearnej – to co zrobiłaś w “Zimie”, czyli podwójna narracja z retrospekcją, albo przełamany tandem, jest bardzo dobrym rozwiązaniem. Gryzie mnie coś innego i masz rację, że niezgodność naszych opinii wynika z fundamentalnych przekonań.

Wg mnie dobra historia powinna mieć silną linię akcji, która nie pozostawia wątpliwości co do tego, co się wydarzyło. Linię akcji powinna obrastać wynikająca z niej linia relacji, która wyznacza trajektorię rozwoju charakterologicznego bohatera/bohaterów. I to też powinno mieć jakiś wyraźnie poprowadzony kierunek, w rodzaju: naiwność – zawód – wyrachowanie; nadzieja – rozgoryczenie – rozpacz; miłość – miłość poddana próbie – miłość wzmocniona przez próbę; nienawiść – niechętny szacunek – braterska przyjaźń. Nie musi to być jednoznaczne, ale fajnie, jakby było wyraziste.

Dopiero na tym, jak lukier na torcie, powinna się w moim przekonaniu znaleźć symbolika, w naturalny sposób wyrastając z dwóch niższych warstw. Bowiem charakter bohaterów nie może rozwijać się w próżni, a symbole zawieszone na kołku niewiele znaczą.

Uważam zatem, że niedopowiedzenia w tekście powinny być jak dziury w serze i trzeba je rozmieścić strategicznie. Kiedy dziur jest więcej, niż sera, robi się to irytujące. Poszedłem do sklepu po ser. Nie po dziury.

Do “Zimy” odnosi się to tak, że uważam opowiadanie za chaotyczne w sferze wydarzeń (niewyjaśniona “magia” sprawia, że nie wiadomo, co z czego wynika; postać ciotki nagle znika z historii; nie wiadomo, cóż takiego oznacza “ślub”, więc trudno powiedzieć, czy cieszyć się z tego, czy smucić). Linia relacji jest w związku z tym pozrywana dla Mariany (zaczyna się ciekawie, a potem gubi), a dla lodowego zombie nieistniejąca. Wobec tego symbolika całej opowieści jest dla mnie mętna i kwituję ją wzruszeniem ramion.

Te mankamenty konstrukcyjne są zamaskowane dobrym warsztatem i ciekawym osadzeniem historii w realiach. Poza tym nie wiedzieć czemu wśród krytyki NF panuje kult niejasności – jak coś jest niejasne, to znaczy, że na pewno jest ambitne i liryczne. Otóż niekoniecznie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć niejasność to nieporozumienie komunikacyjne. “Mętne” nie równa się “tajemnicze”.

Bohater musi mieć zrozumiały dla czytelnika problem i aktywnie dążyć do jego rozwiązania – inaczej wszystko… Powoli… Zamarza…

 

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

No, Wisielcze, z tym kultem niejasności to nie przesadzaj. Może i niektórzy lubią takie rzeczy, ale na pewno nie wszyscy.

Babska logika rządzi!

Przepraszam! Wiem, że Ty nie lubisz. ;D

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Bowiem charakter bohaterów nie może rozwijać się w próżni, a symbole zawieszone na kołku niewiele znaczą.

A, tak. Owszem. Ale ani Marianna, ani Meunier nie są postaciami dynamicznymi. Oni tu nie są po to, żeby się uczyć. Nie każda historia jest o dojrzewaniu. Zwłaszcza krótka.

postać ciotki nagle znika z historii

Była, kiedy była potrzebna. Spełniła swoje zadanie (sprowadzenie lekarza), potem odjechała i nie mogła wrócić przez zaspy. Nie widzę tu problemu.

nie wiadomo, cóż takiego oznacza “ślub”, więc trudno powiedzieć, czy cieszyć się z tego, czy smucić

Hmm, czy na pewno nie wiadomo?

 Poza tym nie wiedzieć czemu wśród krytyki NF panuje kult niejasności – jak coś jest niejasne, to znaczy, że na pewno jest ambitne i liryczne. Otóż niekoniecznie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć niejasność to nieporozumienie komunikacyjne.

Nie, niekoniecznie. Ale (i tak, wiem, ze zwykle mówię coś, co brzmi zupełnie inaczej – ale wcale nie jestem tu niekonsekwentna) czasami banan – to tylko banan. Nie symbol kolonializmu. Zajrzałeś pod link, który wkleiłam?

Tak czy siak, dla mnie tekst jest zupełnie jasny. Nie każdy problem da się rozwiązać mieczem. Also:

Tak, podpieram się komiksem. Ktoś ma problem? :)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Wg mnie dobra historia powinna mieć silną linię akcji, która nie pozostawia wątpliwości co do tego, co się wydarzyło.

Słowo-klucz: według Ciebie. Problem w tym, że usiłujesz to stosować do wszystkiego, narzucasz i tę normę, bo TY tak lubisz albo wierzysz, że istnieje jeden przepis na literaturę, z którego wszyscy powinni korzystać. Dalszy ciąg z trajektoriami wywołuje we mnie upiorne skojarzenia pracy na polonistyce, w katedrze zapatrzonej w postmodernistyczny bełkot terminologiczny, więc pozwolisz, że nie skomentuję.

 

I nie, nie uważam, że wszystko musi być do bólu wyraziste i wyłożone. Może dlatego wolę Kaya od “Kulawego szermierza” (choć inne powody też mogłabym wyliczyć). Co do symbolizmu – zważ, że dopisali go “Zimie” komentatorzy, ja go tam nie wpisywałam. Natomiast cieszy mnie, że ludzie tam widzą dodatkowe warstwy, bo to znaczy, że jest w tym jakiś uniwersalny przekaz. No i może jury Kwiatkowskiej, redakcja “Snów Umarłych” i MC docenili nie tylko warstwę językową czy nastrój. Choć mnie by to wystarczyło.

 

Uważam zatem, że niedopowiedzenia w tekście powinny być jak dziury w serze i trzeba je rozmieścić strategicznie.

Wybacz, ale to brzmi jak mądrość z kursów creative writing. Podobnie jak brednie w rodzaju “linii relacji” (sorry, ale nie będę się z tym patyczkować). Nie zgadzam się. Literatury nie powinno się pisać od sztancy, to zabija literaturę.

 

cóż takiego oznacza “ślub”, więc trudno powiedzieć, czy cieszyć się z tego, czy smucić

To na serio? Bo mam wrażenie (nadzieję?), że pisząc akurat to – jednak trollujesz. Naprawdę aż tak simplicystycznie traktujesz fabuły?

 

A wracając do silnej linii akcji i tego, co się wydarzyło – powieść europejska zaczyna się od “Don Kichota”, w którym bohaterowie się włóczą i nic z tego nie wynika. A epika – od “Iliady”, gdzie nie masz ani linii akcji ani relacji ani innych bzdur, Bryzeida pojawia się jako punkt zawiązania i znika, inne postacie pojawiają się na jeden epizod i tak dalej. W ogóle fetysz “wystrzelającej strzelby” jest szkodliwy, jeśli stosuje się go zbyt rygorystycznie.

Potem weź choćby “Lalkę” Prusa, największe arcydzieło polskiej powieści realistycznej – nawet tam masz wątpliwości co do tego, co naprawdę się na końcu wydarzyło – przeżył ten Wokulski, czy nie przeżył? Zaaranżował swoją śmierć, udał samobójstwo? Jasno i prosto jest u Sienkiewicza, którego Gombrowicz słusznie nazwał “pierwszorzędnym pisarzem drugorzędnym” (aczkolwiek i tu nie do końca, bo nie wiemy, co z Bohunem).

U wspomnianego Kaya – jego cudowne powieści to jest, jeśli zastosować Twoje kryteria, snucie się bez celu. Postacie się pojawiają, znikają, na koniec masz niedopowiedzenia. U Kańtoch, nagradzanej czym się da – masz oczywiste zakończenia, wyjaśnienia, spójne fabuły? Nie, i jakkolwiek ja sama mam czasem do niej pretensje o jedno czy drugie rozwiązanie, uważam ją za bezwzględnie jedną z najciekawszych autorek fantastyki w Polsce.

Spójrz też na innych wybitnych polskich fantastów: w “Solaris” czy “Niezwyciężonym” masz jasne wyjaśnienia, co się wydarzyło? Nie. W “Innych pieśniach” Dukaja? Nie. W “Gnieździe światów” Huberatha? Nie. A to wszystko jest naprawdę świetna fantastyka.

 

Bohater musi mieć zrozumiały dla czytelnika problem i aktywnie dążyć do jego rozwiązania – inaczej wszystko… Powoli… Zamarza…

Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE!!! Może, ale nie musi. Musi wyłącznie, jeśli chcesz pisać proste jak budowa cepa powieści gatunków, w których niewyrobiony czytelnik będzie się czuł bezpiecznie w strefie komfortu. To jest dopiero jakiś fetysz, zrodzony z hollywoodzkiego kina i kursów pisania – ta aktywność bohatera (a weź np. Watsona i nawet głównego bohatera, Holmesa…) i zrozumiałość problemu. Jeśli to lubisz – Twoja sprawa, masz do tego prawo. W swoich komentarzach jednakowoż sugerujesz, że powinnam pisać według tego samego schematu. A ja tymczasem takiej literatury nie lubię i nie cenię. Dlaczego więc miałabym ją pisać?

 

I tu skądinąd dochodzimy do najważniejszego: nie piszesz “mnie się nie podoba”. Piszesz: jest źle, bo nie jest tak, jak być powinno. Narzucasz mi, jak powinno być zrobione opowiadanie, które NIE JEST taką literaturą, o jakiej piszesz. Jednym słowem: sonet powinien być epopeją, bo wszyscy powinni pisać epopeje. Nie, nie, nie i jeszcze raz nie.

 

Naprawdę, nie wszyscy muszą pisać proste fabuły, z których każdy zrozumie to samo: co się wydarzyło. I nie, nie obraziłeś mnie, zdumiałeś mnie raczej, że naprawdę można tak myśleć o literaturze.

http://altronapoleone.home.blog

Co do symbolizmu – zważ, że dopisali go “Zimie” komentatorzy, ja go tam nie wpisywałam.

Tak, i to mnie rozbawiło, bo Tarnina napisała, że opowiadanie jest o “marności i sile człowieka”. To samo można powiedzieć o każdym dziele fikcji, o Małym Księciu, Hamlecie i przygodach Mikołajka. Interpretacja, że tekst dotyczy “marności i siły człowieka”, czyli odpowiedź możliwie najbardziej uniwersalna i asekuracyjna, upewniła mnie, że można w to miejsce wpisać w sumie cokolwiek.

Słowo-klucz: według Ciebie. Problem w tym, że usiłujesz to stosować do wszystkiego, narzucasz i tę normę, bo TY tak lubisz albo wierzysz, że istnieje jeden przepis na literaturę, z którego wszyscy powinni korzystać.

Ależ ja niczego nie narzucam, wyrażam swoją opinię, co jak sądzę zawiera się implicite w nazwie tej rubryczki, w której wstukuję zdania: “twój komentarz”.

Iliada i Odyseja mają pięknie poprowadzone fabuły, jeśli je tylko rozłożyć – tym, co może ten obraz zamydlić, jest mnogość równolegle rozwijanych wątków w Iliadzie i retrospekcyjna struktura Odysei. Tych akurat tytułów nie da się wprząc w służbę argumentacji na rzecz proponowanej przez Ciebie wizji literatury.

Nie, nie, nie i jeszcze raz NIE!!! Może, ale nie musi. Musi wyłącznie, jeśli chcesz pisać proste jak budowa cepa powieści gatunków, w których niewyrobiony czytelnik będzie się czuł bezpiecznie w strefie komfortu.

Im bardziej fabuła misterna i złożona, tym bardziej klarowne i przejrzyste muszą być jej elementy składowe, żeby zachować spójność. Solidna struktura nie musi wiązać się z powieleniem schematu ani nie jest domeną “niewyrobionych czytelników”.

Uważam odwrotnie – że rozmydlenie wątków w rozmaitych niejasnościach jest próbą przeskoczenia nad fundamentami rzemiosła pisarskiego. Po prostu zamknięciem oczu na podstawy.

Wybacz, ale to brzmi jak mądrość z kursów creative writing. Podobnie jak brednie w rodzaju “linii relacji” (sorry, ale nie będę się z tym patyczkować). Nie zgadzam się. Literatury nie powinno się pisać od sztancy, to zabija literaturę.

Według mnie nie ma być od sztancy – ma być o czymś. To “coś” ma być wyrażone w sposób niebanalny, lecz czytelny. Wydarzenia muszą wywierać wpływ na bohatera w sposób, który jest wymierny i możliwie nietuzinkowy.

“Linię relacji” można nazwać inaczej, jeśli nie podoba Ci się termin. Chodzi zwyczajnie o to, że sens wydarzeniom nadaje to, jak wpłynęły na bohaterów. W “Zimie” Mariana znika, zombie znika, Klementyna znika, zostaje chłop, który wzrusza na to ramionami. Z konstrukcyjnego punktu widzenia rozwiązanie kulminacji jest abominacją.

Niektóre starsze powieści są skonstruowane mniej “gęsto” niż współczesne narracje, ale u Hemingway’a, Dostojewskiego, Balzaca wydarzenia nie są umieszczone bez przyczyny. I choć wiele z nich posiada znaczenie symboliczne, to w warstwie akcji zawsze pozostaje jasne, co się stało.

“Zgubiony wątek” nie zawsze jest zły, czasem ma swoje uzasadnienie, ale Klementyna była jedyną postacią bliską Marianie, więc liczyłem, że rzucisz światło na jej los. Wydała mi się szczerze mówiąc barwniejszą protagonistką niż sentymentalna i pasywna Mariana.

Naprawdę, nie wszyscy muszą pisać proste fabuły, z których każdy zrozumie to samo: co się wydarzyło. I nie, nie obraziłeś mnie, zdumiałeś mnie raczej, że naprawdę można tak myśleć o literaturze.

Cenię na przykład Balzaca, którego trudno posądzić o prostotę w budowaniu fabuł. Nie w tym rzecz. Uważam, że jest określona doza spekulacji, którą może znieść dowolne dzieło fikcji. I uważam, że przedmiotem spekulacji powinny być pytania takie jak:

“I co zrobi dalej, skoro morderstwo uszło mu na sucho”?

“Czy bohaterowie kochali się, czy to była tylko chora obsesja”?

“Kto miał słuszność w tym sporze”?

“Jak postąpiłbym na miejscu bohatera”?

A nie:

“Co tu się właściwie wydarzyło”?

Żeby zrobić w tekście miejsce na jedną, kluczową, dającą do myślenia niejasność, trzeba uprzątnąć całą resztę opowieści ze wszystkich mętnych elementów.

To moje zdanie. Na samym początku zastrzegłem, że różnimy się na poziomie aksjomatów. Nie oznacza to, że nie cenię innych aspektów Twojej twórczości – języka, świata, bohaterów. Ba, w niektórych Twoich opowiadaniach zachowana jest klasyczna struktura trzyaktowa, co jest o tyle interesujące, że wnosząc z wyłożonej przez Ciebie filozofii literackiej, wcale nie planowałaś jej tam umieścić. Sama się tam pojawiła. Intuicyjnie.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Bohater musi mieć zrozumiały dla czytelnika problem i aktywnie dążyć do jego rozwiązania

 

Obiektywnie, na dużym poziomie ogólności – tak. W praktyce możliwości rozumienia, co znaczy “zrozumiały dla czytelnika problem” i “aktywne działanie” jest ogromna ilość, od prostego “bohater ma przesiedzieć noc przy grobowcu strzygi i rozwiązać problem jej ewentualnego ożywienia” po znacznie mniej oczywiste i wymagające mniej stricte aktywnego działania ze strony bohatera – patrz dość dowolne opowiadanie Lovecrafta (przy czym celowo wybieram oba przykłady z puli tekstów, które cenię). 

Ja w ogóle lubię, przyznam, ozdobniki – jak sobie cenię konsekwencję w prowadzeniu historii, tak uwielbiam dostać, nawet w opowiadaniu, dodatkowe smaczki, z których nic kompletnie nie wynika dla samej fabuły, ale które budują klimat, pomagają charakteryzować bohaterów, dodają postaciom i fabule odrobiny – nieprzewidywalności.

Potwornie mnie od jakiegoś czasu męczy rygorystyczne i literalne trzymanie się zasady, że jak w pierwszym akcie jest strzelba, to w ostatnim musi wystrzelić. Zabija mi to oczekiwania, czytanie zamienia się wyłącznie w układankę, dobieranie puzzli i czekanie na twist, co, paradoksalnie, przestaje zaskakiwać.  

 

BTW, Wisielcze, nie masz ochoty napisać w pięciu-sześciu zdaniach, jak Ty byś ułożył fabułę “Zimy”, mając wyjściowo tych samych bohaterów? Bo bym chętnie zobaczyła.

 

 

Tarnino:

A, tak. Owszem. Ale ani Marianna, ani Meunier nie są postaciami dynamicznymi. Oni tu nie są po to, żeby się uczyć. Nie każda historia jest o dojrzewaniu. Zwłaszcza krótka.

Może być o upadku, o rozczarowaniu, o porzuceniu marzeń/misji/oczekiwań, o zerwaniu relacji, nawiązaniu relacji, zmianie statusu relacji, może być o wszystkim, byle o czymś. Wcale nie oczekuję historii z morałem, nie musi być dydaktycznie.

Moim zdaniem w Zimie dostrzegasz rzeczy, których tam nie ma; co więcej, moim zdaniem wydajesz się oceniać ten tekst według innych standardów, niż pozostałe opowiadania na forum – trudno mi powiedzieć, czemu tak jest.

Dzięki za artykuł, jak wszystkie Twoje artykuły, na pewno przeczytam z przyjemnością ;)

Ninedin:

Potwornie mnie od jakiegoś czasu męczy rygorystyczne i literalne trzymanie się zasady, że jak w pierwszym akcie jest strzelba, to w ostatnim musi wystrzelić. Zabija mi to oczekiwania, czytanie zamienia się wyłącznie w układankę, dobieranie puzzli i czekanie na twist, co, paradoksalnie, przestaje zaskakiwać.  

O tak, coś w tym jest.

BTW, Wisielcze, nie masz ochoty napisać w pięciu-sześciu zdaniach, jak Ty byś ułożył fabułę “Zimy”, mając wyjściowo tych samych bohaterów? Bo bym chętnie zobaczyła.

Nie znam na dobrą sprawę zamysłu autorskiego. Chciałbym na pewno wiedzieć:

– jak działa klątwa – bo od jej działania zależne jest zagrożenie i stawki w fabule. Jeśli bohaterka się jej poddaje, to chcę wiedzieć, jaką ofiarę ponosi. Jeśli walczy z klątwą, to chcę wiedzieć, przed czym próbuje się ocalić.

– na czym polega upodobnienie Mariany i narzeczonej lodowego zombie? Czy on pomylił dziewczyny? Czy wszystko jedno? Czy chce przemienić jedną w drugą? To jest mi potrzebne, żeby zrozumieć, co czuje zombie do Mariany, jaką relację zawiązują. Czy oficer jest obłąkany? Czy się pomylił?

Wiedząc to zdecydowałbym się na jakiś łuk charakterologiczny dla Mariany. Punktem wyjścia jest troska o człowieka, który przypomina jej narzeczonego. Co powinno być następnym krokiem?

Zombie mógłby dostać jakiś własny kierunek w tej relacji.

Trudno mi zaproponować alternatywny układ wydarzeń, bo nie bardzo wiem, co tu się właściwie stało. Jeśli chciałbym dostać opowieść z zagadką, to umieściłbym jeden znak zapytania w wybranym miejscu, a uprzątnął wszystkie inne, tak, żeby skoncentrować pytania czytelnika wokół elementu, na którym mi zależy.

Obawiam się też, że historia wymyślona przez Drakainę jest utrzymana w takim tonie i pochodzi z takiego miejsca, do którego ja nie potrafię się zbliżyć emocjonalnie, więc grzebiąc przy jej fabule mógłbym ją po prostu zepsuć.

 

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

To jest dopiero jakiś fetysz, zrodzony z hollywoodzkiego kina i kursów pisania – ta aktywność bohatera (a weź np. Watsona i nawet głównego bohatera, Holmesa…) i zrozumiałość problemu.

Ano, niestety trochę tak.

 Tarnina napisała, że opowiadanie jest o “marności i sile człowieka”

… bo tak zrozumiała? To nie znaczy, że autorka o tym explicite myślała. I – dawno czytałam Mikołajka, ale siły człowieka raczej tam nie ma, to jest komedia.

 tekst dotyczy “marności i siły człowieka”, czyli odpowiedź możliwie najbardziej uniwersalna i asekuracyjna

Mmm, niekoniecznie. O czym jest, na przykład, Kim? Albo Lato leśnych ludzi? Albo Młyn nad Flossą? Bo tylko ten ostatni zdołałabym podciągnąć pod motyw marności i siły, a i to z trudem (i jest to, niestety, siła płynąca z marności, w tym przypadku głupoty).

Im bardziej fabuła misterna i złożona, tym bardziej klarowne i przejrzyste muszą być jej elementy składowe, żeby zachować spójność.

Naturalnie. Ta akurat jest prosta, a jej elementy dość jasne, poza tymi, które właśnie jasne być nie powinny. Bo nie wszystko można i należy wyłożyć kawa na ławę.

 Uważam odwrotnie – że rozmydlenie wątków w rozmaitych niejasnościach jest próbą przeskoczenia nad fundamentami rzemiosła pisarskiego.

<z trudem powstrzymuje złośliwy komentarz :P>

 Wydarzenia muszą wywierać wpływ na bohatera w sposób, który jest wymierny i możliwie nietuzinkowy.

Zdefiniuj?

 Z konstrukcyjnego punktu widzenia rozwiązanie kulminacji jest abominacją.

Matko, dlaczego? Ciotka, jako się rzekło, zrobiła swoje – ciotka może odejść. Marianna i Meunier odchodzą w nicość w kulminacji. A chłop – chłopa już zinterpretowałam.

 Hemingway’a, Dostojewskiego, Balzaca wydarzenia nie są umieszczone bez przyczyny.

Akurat u Hemingwaya nie zawsze tę przyczynę widzę. Nie wykluczam, że nasza dyskusja obraca się wokół podziału według płci – męskie pisanie Hemingwaya przeciwstawiasz raczej kobiecemu (choć też nie przesadnie) stylowi drakainy. Ale nie będę przy tym obstawać.

 “I co zrobi dalej, skoro morderstwo uszło mu na sucho”?

Wyjedzie na Karaiby, jak oni wszyscy. Nie wydaje mi się, żeby to akurat miało kogokolwiek interesować (chyba, że z fabuły wynika, że coś ciekawego zrobi).

 “Czy bohaterowie kochali się, czy to była tylko chora obsesja”?

W jaki sposób chciałbyś odpowiedzieć na takie pytanie?

 “Kto miał słuszność w tym sporze”?

Nie każdy spór można rozstrzygnąć.

 “Jak postąpiłbym na miejscu bohatera”?

To rozpracował już Lewis: https://www.fadedpage.com/showbook.php?pid=20140725

 W praktyce możliwości rozumienia, co znaczy “zrozumiały dla czytelnika problem” i “aktywne działanie” jest ogromna ilość

Właśnie.

 Potwornie mnie od jakiegoś czasu męczy rygorystyczne i literalne trzymanie się zasady, że jak w pierwszym akcie jest strzelba, to w ostatnim musi wystrzelić. Zabija mi to oczekiwania, czytanie zamienia się wyłącznie w układankę, dobieranie puzzli i czekanie na twist, co, paradoksalnie, przestaje zaskakiwać.  

Przejadło Ci się po prostu. Ile można czytać to samo? Czy każda historia musi być zagadką?

 Może być o upadku, o rozczarowaniu, o porzuceniu marzeń/misji/oczekiwań, o zerwaniu relacji, nawiązaniu relacji, zmianie statusu relacji

Wszystko to jest dojrzewaniem, to jest, zmianą w postaci. A, powtarzam, nie każda postać się zmienia, zwłaszcza w krótkim tekście.

 Moim zdaniem w Zimie dostrzegasz rzeczy, których tam nie ma

Możliwe. Ale nie mogę spojrzeć na świat Twoimi oczami, tylko własnymi. A moje widzą to.

 co więcej, moim zdaniem wydajesz się oceniać ten tekst według innych standardów, niż pozostałe opowiadania na forum – trudno mi powiedzieć, czemu tak jest.

Bo zwykle tłukę autora po głowie źle użytymi słowami? A tutaj nie musiałam. Błędy semantyczne i ich wyłuskiwanie trochę jednak przeszkadzają w odbiorze tekstu. Trudniej dojść do warstwy kompozycyjnej, kiedy się to robi.

Poza tym – oczywiście, nie mogę wykluczyć, że sympatia wobec autorki przeszkadza mi być obiektywną, ale chyba jednak nie do tego stopnia.

 

ETA: bo wstałam i mnie olśniło. Rozwiązanie naszej kontrowersji jest proste jak makaron świderki. Po prostu, Wisielcze, pomyliłeś środki z celem. Cel – to napisanie dobrej historii, która coś odbiorcy mówi (często coś, czego nie da się powiedzieć wprost).

A konstrukcja, język, bohaterowie i wszystko, co zwiemy warsztatem – to są środki. Narzędzia. I tak, istnieją konwencjonalne sposoby ich użycia, i najczęściej są to sposoby najlepsze. Czasami jednak używa się narzędzi inaczej, niż ich twórca przykazał – może to być zły pomysł, jak wbijanie gwoździ śrubokrętem, ale może też być dobry. Niekonwencjonalne użycie narzędzi może pozwolić osiągnąć cele normalnie niedostępne.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Wisielcze, mogę powiedzieć jedno: napisałam zupełnie inne opowiadanie, niż chciałbyś przeczytać. I nie zamierzam pisać takiego, które chciałbyś przeczytać, bo byłoby to wbrew moim preferencjom literackim.

Ty byś chciał realistycznej historii o jakimś trójkącie, czworokącie czy innym wieloboku, a dla mnie to, co wynika z Twoich pytań, byłoby niemiłosiernie wręcz sztampowe i nudne. Nie miałabym ochoty tego czytać. Śmiem zaryzykować stwierdzenie, że za tekst napisany wg tych wskazówek nie dostałabym nagrody, nie zostałby on opublikowany akurat w “Snach umarłych” (bo wiesz, weird to taka literatura niedopowiedzeń i niejasności, znacznie zazwyczaj większych niż w tym opowiadaniu), nie wiem, czy spodobałby się MC, raczej nie dostałby piórkowej nominacji od Katii, której zdanie cenię sobie wyjątkowo wysoko.

Chciałam mieć oniryczną opowieść o baśniowej zimie (pamiętam dokładnie ten moment, kiedy to zobaczyłam: zimę i lód pełznące od tej Berezyny gdzieś pod Kraków) i mam. Nie chciałam mieć obyczajówki z elementem fantastycznym.

Ergo, w moim opowiadaniu nie jest istotne, “czym jest klątwa”, bo nie ma “klątwy”. Jest siła – Tarnina nazwała ją “kosmiczną”, która ma moc przemieniania ludzi w myślące sople lodu, które, jeśli się wyrwą z jej własnych objęć, niosą tę “zarazę” dalej, co uczynił Alexandre, myśląc, że nadal żyje i pragnąc wrócić do domu. Nie ma klątwy. Jest bogini i jej moc. Są zaślubiny z boginią i powrót do niej dzięki ofierze Marianny. Alexandre nikogo z nikim nie “myli”, nie wiemy, co on myśli w scenach w dworku, to jedynie Marianna sobie interpretuje jego zachowanie i półsłówka. Może on wszystkie trzy kobiety widzi jako jedną? Dla niej kluczowe jest to, że na początku mówi, ze tam jest ktoś, kogo kocha – to jedyne “zaklęcie” w tym tekscie, ona to sobie wywróżyła poniekąd.

Tu jest struktura i logika baśni, a nie kryminału czy przygodówki – może tego nie jesteś w stanie zaakceptować?

http://altronapoleone.home.blog

 “Czy bohaterowie kochali się, czy to była tylko chora obsesja”?

W jaki sposób chciałbyś odpowiedzieć na takie pytanie?

Nie chcę odpowiadać na to pytanie; to przykład pytania, z jakim może zostać czytelnik po zakończeniu czytania.

 Z konstrukcyjnego punktu widzenia rozwiązanie kulminacji jest abominacją.

Matko, dlaczego? Ciotka, jako się rzekło, zrobiła swoje – ciotka może odejść. Marianna i Meunier odchodzą w nicość w kulminacji. A chłop – chłopa już zinterpretowałam.

Bo ciężar kulminacji wynika z decyzji bohatera, z zagrożenia porażką, z tego, że czytelnik nie jest pewny zakończenia, albo przeczuwa nieuniknioną klęskę i czeka na upadek bohatera.

Jeśli protagonista ponosi klęskę, to po kulminacji musimy albo zobaczyć konsekwencje tej klęski, żeby odczuć wagę zakończenia, albo skutki porażki muszą być tak oczywiste, że nie trzeba ich pokazywać i wystarczy zasugerować (np. zjedzenie Czerwonego Kapturka przez wilka).

W “Zimie” postacie znikają. Znikają wszystkie. Nie jest powiedziane, co to znaczy. Czy to smutne? Czy wesołe? Opis sugeruje wydarzenie romantyczne i sentymentalne. Nie ma żadnej sugestii tego, że Mariana żałuje, że z narzeczonym się już nie zobaczy – co na początku wydawało się istotne. Gdzie zniknęła ta motywacja? Dlaczego zniknęła? Dlaczego dziewczyny nie opłakuje choćby ciotka Klementyna? Dostajemy tylko obojętnego chłopa, który ma to wszystko gdzieś, co jest zamknięciem prawie parodystycznym.

U Lovecrafta, chociaż opisuje różnego autoramentu kosmiczne siły, groza zawsze ma ciężar, a bohater pozostaje aktywny – albo przez strach, albo przez ciekawość.

**

Dziewczyny, nie ustawiajcie mnie proszę w takiej pozycji, którą łatwo zaatakować. To nie tak, że nie rozumiem konwencji oniryzmu i tajemnicy. Moim zdaniem te elementy trzeba rozmieścić strategicznie na solidnym planie wydarzeń i motywacji bohaterów. Niekoniecznie interesuje mnie realizm.

Chciałam mieć oniryczną opowieść o baśniowej zimie (pamiętam dokładnie ten moment, kiedy to zobaczyłam: zimę i lód pełznące od tej Berezyny gdzieś pod Kraków) i mam. Nie chciałam mieć obyczajówki z elementem fantastycznym.

Akurat obrazowość dobrze funkcjonuje w tym tekście, nie mam zarzutu do opisów ani nastroju.

Celowo występuję w niewdzięcznej roli, bo krytykowanie niejasnej prozy to trudne zadanie – człowiek z miejsca naraża się na zarzuty “a bo ty nie rozumiesz” albo “ty byś chciał mieć wszystko na wprost podane”, tudzież “nie doceniasz subtelności” i “dobra literatura powinna skłaniać do myślenia”. Nie wypada powiedzieć “nie rozumiem o co tu chodzi”.

Podczas gdy niejasność jest w moim przekonaniu łatwą drogą ucieczki od kiczu. Zamiast stworzyć nietuzinkową sytuację i naturalny dialog, łatwiej jest napisać coś niezrozumiałego i można ze sporą dozą prawdopodobieństwa liczyć, że duża grupa odbiorców się przed tym pokłoni w myśl zasady, że jak coś jest zamotane, to na pewno ma wielką wartość literacką.

Gdyby niniejszy opis, stanowiący kulminację linii wydarzeń opowiadania, był zwieńczeniem szczęśliwej historii miłosnej, prezentowałby się ckliwie:

…ktoś, kogo kochasz… – zaszeptał wiatr.

…ktoś, kogo kochasz… – zawtórował mu śnieg.

Płatki opadały na ciemną sukienkę, malując ją na biało. Alexandre uniósł dłoń Marianny do ust, a potem nachylił się i złożył pocałunek na jej wargach. Śnieżynki zawirowały, zamykając w zamieci ich dwoje, dwór i sad. Na zmrożoną ziemię pod krzewem róży upadł z brzękiem niewielki przedmiot.

Ale bach bach bałabuch, ponieważ fabuła jest oniryczna i nie wiadomo o co chodzi, to ten sam akapit ozdobiła szacowna patyna liryzmu.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

czytelnik nie jest pewny zakończenia, albo przeczuwa nieuniknioną klęskę i czeka na upadek bohatera.

Mów o sobie, a nie o ogólnym “czytelniku” i skończą się kłopoty. Jak widać z komentarzy (i nie tylko), czytelnicy dzielą się na tych, którym ta forma opowieści odpowiada, i tych, którym nie odpowiada. Podobnie jak Twój model. Czemu chcesz urawniłowki, że wszyscy mają myśleć tak samo (oczywiście jak Ty)? Czemu uważasz swój model lektury za jedyny słuszny i uprawniający do tak daleko idących generalizacji?

Nie masz obowiązku lubić tego tekstu. Nie masz obowiązku lubić takiego pisania. Ale ja też nie mam obowiązku przestrzegać Twoich wymyślonych przez kogoś “reguł”, które służą do produkowania sztampowych, rzemieślniczych powieści czy opowiadań.

W XVII czy XVIII w. w szkołach jezuickich i innych uczono pisać wiersze łacińskie. Wg reguł. Metrum, zbiór metafor, toposy, tematy. Czy to oznacza, że byle szlachciura był poetą? Nie, on co najwyżej umiał złożyć poprawny rzemieślniczo utwór. Ale to nie wszystko. Tak samo opowieść złożona według Twoich zasad niekoniecznie będzie literaturą. Co więcej, najlepsze dzieła najczęściej wyłamują się z norm. Czasem bardzo subtelnie, czasem rewolucyjnie.

 

Dziewczyny, nie ustawiajcie mnie proszę w takiej pozycji, którą łatwo zaatakować.

Sam się w niej ustawiasz. Bo usiłujesz narzucać całej literaturze jakiś model wypracowany na potrzeby uczenia rzemiosła, a to po prostu tak nie działa. Takoż nie jesteś żadną wyrocznią, wiec Twoje ex cathedra stwierdzenia nie mają mocy większej niż stwierdzenia Katii czy kogokolwiek innego, komu się podoba takie, jakie jest i dlatego, że jest takie, jakie jest.

 

I jeszcze jedno: jesteś jedną z nielicznych osób, które tu widzą zamotanie, a jedyną, która w tym widzi jakieś ukrywanie “wad warsztatowych”. Ergo, nie generalizuj, nie narzucaj subiektywnego oglądu wszystkim dookoła.

 

PS. Bo nie zdzierżę.

 

Dlaczego dziewczyny nie opłakuje choćby ciotka Klementyna?

A skąd wiesz? To, że tego nie ma w tekście, nie znaczy, że nie istnieje. Nie wiemy, co myśli Julie i nie wiemy, co w tym czasie robi prezydent USA. Też źle?

 

Dostajemy tylko obojętnego chłopa, który ma to wszystko gdzieś, co jest zamknięciem prawie parodystycznym.

A to akurat jest “cytat” z kody “Don Giovanniego” Mozarta. Tam Leporello, któremu pan wpadł do piekła, też szuka nowego pana. Taki literacki żarcik. Z epoki. Poza tym, co on ma zrobić? Popełnić samobójstwo?

http://altronapoleone.home.blog

Nie zrozumiałam :(

Ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość :)

Tak samo opowieść złożona według Twoich zasad niekoniecznie będzie literaturą. Co więcej, najlepsze dzieła najczęściej wyłamują się z norm. Czasem bardzo subtelnie, czasem rewolucyjnie.

To, o czym mówię, to nie jest jakaś norma społeczna, spisek masonów czy fetysz polonistów. Po prostu ma sens, dlatego się to praktykuje. Solidna linia wydarzeń, stanowiąca oparcie dla ewolucji postaw i przekonań bohaterów to jest po prostu coś, co uważam za racjonalną podstawę fikcji, nie za wyssany z księżyca dogmat.

Moje wrażenie było takie, że trudno mi śledzić Marianę, bo nie wiem, co jej zagraża, na co ma nadzieję i jak się zmienia jej duchowy krajobraz w toku opowieści. W końcu dziewczyna godzi się na coś w tonie romantyczno-sentymentalnym, ale na co? Trudno powiedzieć, jest to coś oderwanego od rzeczywistości i zupełnie baśniowego, więc co z tego zakończenia wynika – zupełnie nie wiem.

A to akurat jest “cytat” z kody “Don Giovanniego” Mozarta. Tam Leporello, któremu pan wpadł do piekła, też szuka nowego pana. Taki literacki żarcik. Z epoki. Poza tym, co on ma zrobić? Popełnić samobójstwo?

Ok. I jest to opera komediowa. Takie zakończenie doskonale do komedii pasuje. Stąd zwróciłem uwagę, że gryzie się z tonem reszty tekstu.

A skąd wiesz? To, że tego nie ma w tekście, nie znaczy, że nie istnieje. Nie wiemy, co myśli Julie i nie wiemy, co w tym czasie robi prezydent USA. Też źle?

Prezydent USA nie jest bohaterem opowiadania. A ciotka Klementyna, poszukująca zaginionej Mariany, dużo lepiej sprawdziłaby się w epilogu, niż chłop Piotr, bo jej rozpacz, zmartwienie czy też bezradność wobec nadnaturalnej “siły” stanowiłaby lepsze zamknięcie historii utrzymanej w tonie straty i tajemnicy.

I jeszcze jedno: jesteś jedną z nielicznych osób, które tu widzą zamotanie, a jedyną, która w tym widzi jakieś ukrywanie “wad warsztatowych”.

Subiektywnie uważam, że Twoim największym wrogiem jako twórcy jest, paradoksalnie, doświadczenie i dobry warsztat, który maskuje problemy konstrukcyjne, ujawniające się wyraźnie w mniej wyrobionej prozie.

Nie zrozumiałam :(

Ale nie czytało się źle ;)

Anet trafiła w sedno xD

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

@Wisielec

Ponieważ to ja zadałam wcześniej pytanie o to, jakbyś ty złożył taką fabułę, to wrócę do niego na moment i powiem, że wyszłyby wam dwa radykalnie różne od siebie teksty: różne w fabule, treści, koncepcji postaci, nawet, jak podejrzewam, gatunkowo by się rozminęły (twoje by pewnie nie do końca miało elementy cosmic horroru, który IMHO trafnie zauważyła Tarnina u Drakainy). Może po prostu pora podpisać protokół rozbieżności między wami?

BTW założyłabym na HydeParku wątek “Jakie opowiadania fantastyczne (ogólnie, nie z forum) uważasz za najlepsze i dlaczego”, to by nam może coś powiedziało o preferencjach i ocenach na bardzo konkretnych przykładach, ale czy komuś się będzie chciało o tym – między deadline’ami konkursów a upałem – dyskutować? 

Anet trafiła w sedno xD

Anet ma podobne ogólne odczucia jak Ty. I wyraziła je jako swoje odczucia, a nie krytykę “tak się nie pisze”. Widzisz subtelną różnicę?

 

Co do moich wrogów jako twórcy, to oni istnieją, ale moim skromnym zdaniem są zupełnie inni. Powtórzę: jednym się spodobało, innym tak sobie, innym nie. Nie mam potrzeby ani ambicji pisać dla absolutnie wszystkich, zwłaszcza że jest to niemożliwe. Biorę na klatę, że komuś nie pasuje. Nie biorę na klatę ubranych w pretensjonalne terminy prób zmuszania mnie czy przekonywania do pisania inaczej, bo ktoś wierzy w reguły literackie.

 

A nawiasem mówiąc, zanalizuj gdzieś “Iliadę” wg tego, co tu prezentujesz. “Iliadę”, nie opowieść o wojnie trojańskiej.

 

A ciotka Klementyna, poszukująca zaginionej Mariany, dużo lepiej sprawdziłaby się w epilogu, niż chłop Piotr, bo jej rozpacz, zmartwienie czy też bezradność wobec nadnaturalnej “siły” stanowiłaby lepsze zamknięcie historii utrzymanej w tonie straty i tajemnicy.

No widzisz, moim zdaniem absolutnie NIE. Byłaby banalna. Niestety, większość Twoich rozwiązań odnośnie do tej fabuły wydaje mi się banalna.

 

Ba, w niektórych Twoich opowiadaniach zachowana jest klasyczna struktura trzyaktowa, co jest o tyle interesujące, że wnosząc z wyłożonej przez Ciebie filozofii literackiej, wcale nie planowałaś jej tam umieścić. Sama się tam pojawiła. Intuicyjnie.

Nie. Po prostu każdą opowieść konstruuję tak, jak mi pasuje do fabuły. A fabuły są różne – jedne wymagają klasycznych ram konstrukcyjnych, inne nie. Nie uznaję jednej reguły dla wszystkich tekstów. Jak chcę pisać oniryczną baśń, to nie będę jej rozpisywać na akty, bo to zabije nastrój. Nie wiem, jak jaśniej wytłumaczyć moją “filozofię literacką”? Nie ma reguł. Tyle. Reguły zabijają literaturę.

http://altronapoleone.home.blog

No widzisz, moim zdaniem absolutnie NIE. Byłaby banalna. Niestety, większość Twoich rozwiązań odnośnie do tej fabuły wydaje mi się banalna.

Na pewno rozpacz ciotki jest trudniejszym tematem niż obojętność chłopa. Przy silnych emocjach łatwo popaść w banał. Może mogliby pojawić się razem? Klementyna mogłaby też skończyć w przytułku dla chorych ciotek, a jej pokręconą relację spisałby lekarz, którego notatka zamknęłaby opowiadanie. Można różnie.

Niestety, większość Twoich rozwiązań odnośnie do tej fabuły wydaje mi się banalna.

Masz rację. Nie czuję tej historii – w sensie czuję nastrój, jak czytam, ale moja wyobraźnia nigdy niczego podobnego nie wyprodukuje.

A nawiasem mówiąc, zanalizuj gdzieś “Iliadę” wg tego, co tu prezentujesz. “Iliadę”, nie opowieść o wojnie trojańskiej.

Trzeba ją po prostu rozłożyć na wątki i epizody. Achilles ma najwyraźniej zarysowaną linię fabularną, która znajduje kulminację w rozmowie z Priamem i kończy się na pogrzebie Patrokla. Hektor ma własną, chociaż krótszą. Dużym łukiem spinającym jest rywalizacja bogów, która dotyka motywów porządku społecznego. A każda mała rywalizacja, pojedynek, epizod to malutka historia z własną puentą. Na różne sposoby podbijają wiodące tematy wojny, zemsty, przebaczenia, hierarchii społecznej, szacunku dla starszych, odwagi w obliczu śmierci, akceptacji nieuniknionego losu i wiele innych. Kiedy czytam Iliadę, widzę wielką wojenną panoramę, która unika jednoznacznych rozstrzygnięć, morałów, pouczeń.

Ponieważ to ja zadałam wcześniej pytanie o to, jakbyś ty złożył taką fabułę, to wrócę do niego na moment i powiem, że wyszłyby wam dwa radykalnie różne od siebie teksty: różne w fabule, treści, koncepcji postaci, nawet, jak podejrzewam, gatunkowo by się rozminęły (twoje by pewnie nie do końca miało elementy cosmic horroru, który IMHO trafnie zauważyła Tarnina u Drakainy).

Jeśli miał być cosmic horror, to całkiem mi umknęło – widzę nastrojowy film kostiumowy z baśniowym motywem, ale nic strasznego się tu nie dzieje w moich oczach.

Sam zresztą przyznałem, że nie podejmuję się tego ułożyć, bo bym to zepsuł, a poza tym nie rozumiem, co miało się wydarzyć. Gdybym miał naprawiać latający spodek, czułbym się podobnie.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Nie chcę odpowiadać na to pytanie; to przykład pytania, z jakim może zostać czytelnik po zakończeniu czytania.

Aaa, chyba, że tak. Ale nie wiem, czy tę konkretną kwestię można postawić jako pytanie rozstrzygnięcia – nie twierdzę, że ono byłoby nierozwiązywalne, ale raczej, że jeśli dwie możliwości są aż tak wyraźne, to łatwo odróżnić, która z nich zachodzi.

W “Zimie” postacie znikają.

"Kto popełnia samobójstwo, zabija nie jednego człowieka, ale całą ludzkość."

Dlaczego dziewczyny nie opłakuje choćby ciotka Klementyna?

To akurat wpisuje mi się w motyw zimy i chłodu – obojętny chłop.

Dziewczyny, nie ustawiajcie mnie proszę w takiej pozycji, którą łatwo zaatakować.

My Cię ustawiamy, hmm? Czy po prostu wykorzystujemy Twoje otwarcia?

Podczas gdy niejasność jest w moim przekonaniu łatwą drogą ucieczki od kiczu.

A widzisz, w moim jest drogą prowadzącą prosto do kiczu. Ale musimy odróżnić niejasność – mętność od niedopowiedzenia. Tutaj mamy do czynienia z tym drugim. Naprawdę, nie widzę w tekście Drakainy zamotania.

Gdyby niniejszy opis, stanowiący kulminację linii wydarzeń opowiadania, był zwieńczeniem szczęśliwej historii miłosnej, prezentowałby się ckliwie:

Ale nie jest – jego oddziaływanie wynika z tego, co go poprzedza. Nie możesz wypreparować z tekstu kilku linijek i rozpatrywać ich w oderwaniu od całości, to tak nie działa.

Ale ja też nie mam obowiązku przestrzegać Twoich wymyślonych przez kogoś “reguł”, które służą do produkowania sztampowych, rzemieślniczych powieści czy opowiadań.

Drakaino, jak powiedziałam wyżej: Wisielec ma swoją skrzynkę z narzędziami, które dobrze mu leżą w ręku, i które zapewne wziął z zachodnich źródeł ("łuk postaci" to przecież dosłowne, googlowe tłumaczenie "character arc" – nie wydaje mi się, żeby to było tłumaczenie poprawne, ale nie mam tu słownika terminów literackich – może jednak jest). Ja też przez jakiś czas wierzyłam w te poradniki i przepisy. Przestałam, może paradoksalnie, po przeczytaniu większej liczby poradników i zauważeniu primo, że każdy z nich opisuje tylko jeden (czasem bardzo wąski) typ historii, a secundo – że większość z nich promuje podejście tak analityczne, że fabuła po prostu rozpada się na atomy. Ponieważ ja i tak mam kłopot z połączeniem wydarzeń przyczynowo, poradniki wywołały u mnie długotrwałą blokadę.

Analogia z życia – czy któreś z Was malowało kiedyś na tkaninie? Cienkim pędzelkiem i farbą? W takim razie wiecie, jak trudno zrobić kółka, łuki i w ogóle linie krzywe. Pędzelek czepia się podłoża, farba nierówno się kładzie, człowiek musi cały czas uważać, malować króciutkimi pociągnięciami, a i tak wychodzi nierówno. Ostatnio kupiłam sobie flamaster – ludzie, jak to dobrze leży w ręku! Jakie te linie równe, czyste, gładziusieńkie!

Flamaster jest lepszym narzędziem do pisania i rysowania kółek – o ile chcesz, żeby Twoje kółka miały czyste linie. Ale nie musisz tego chcieć. Więcej, gdybym zechciała na koszulce wymalować enso wzięłabym farby. Enso nie ma być gładkie. Gładkość odebrałaby mu cały sens. Litery pisane latynką powinny być gładkie (flamastrem mogę nawet zrobić fajne liternictwo!), ale enso – nie.

Chodzi o dostosowanie narzędzi, środków – do celów. Inna metafora: Ty chcesz zbudować fotel bujany, Wisielec – stół. Pewnymi narzędziami i technikami posłużycie się oboje. Ale rysunek techniczny stołu będzie Ci zupełnie, ale to zupełnie nieprzydatny, bo Ty budujesz co innego. Nie jest Ci wcale potrzebny klucz imbusowy (czyli narzędzie, które zaleca Wisielec), a za to sięgniesz po laubzegę.

Nie wiem natomiast, czy istotą sporu jest niechęć Wisielca do bujanych foteli.

To, o czym mówię, to nie jest jakaś norma społeczna, spisek masonów czy fetysz polonistów. Po prostu ma sens, dlatego się to praktykuje.

Jak już wyżej powiedziałam – ma sens. Jako środek (zespół środków) do pewnego celu. Ale cel Drakainy, mam wrażenie, był nieco inny od tego, którego Ty tu szukasz. Żeby wrócić do poprzedniej metafory – ona zbudowała fotel, a Ty chcesz stół. I nie możesz zrozumieć, dlaczego blat taki mały, skąd te gięte fiu-bździu po bokach. Po prostu. To nie jest stół.

czy komuś się będzie chciało o tym – między deadline’ami konkursów a upałem – dyskutować?

Wyznaję ze skruchą – mnie nie bardzo. Może w zimie.

A fabuły są różne – jedne wymagają klasycznych ram konstrukcyjnych, inne nie.

Co powiedziałam wyżej, acz bardziej rozwlekle (bo musiałam się pochwalić, jaki mam fajny nowy mazak :D)

Na pewno rozpacz ciotki jest trudniejszym tematem niż obojętność chłopa.

Niekoniecznie.

Klementyna mogłaby też skończyć w przytułku dla chorych ciotek,

Że gruszka? Wisielcze, postacie w opowiadaniu są rzucone w jakiś świat, który powinien się trzymać kupy – z tym się chyba zgodzisz. Kupę tę ustala autor. Ale jak ją już ustali, to nie powinien od niej odchodzić tylko dlatego, że coś mu się nagle odwidziało – wtedy będzie mętlik. Jeżeli autor oparł się na realiach historycznych, jak tutaj, to oczekujemy, że będzie się ich trzymał, a odstępstwa uzasadni. Otóż – nie jestem historykiem, ale wsadzenie ciotki Klementyny do czubków wydaje mi się skrajnie niewiarygodne. To zamożna, zdrowa fizycznie i psychicznie dama (ona wyraźnie nie z tych, co wariują z rozpaczy), która nie daje sobie w kaszę dmuchać i zapewne ciężkie życie mają ci, którzy się jej narażają.

Jeśli miał być cosmic horror, to całkiem mi umknęło – widzę nastrojowy film kostiumowy z baśniowym motywem, ale nic strasznego się tu nie dzieje w moich oczach.

Mówiłam, że na to trzeba być kobietą?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Jeśli miał być cosmic horror, to całkiem mi umknęło – widzę nastrojowy film kostiumowy z baśniowym motywem, ale nic strasznego się tu nie dzieje w moich oczach.

Mówiłam, że na to trzeba być kobietą?

Yyyy… No ja też nie widzę horroru :/

Przynoszę radość :)

Na pewno rozpacz ciotki jest trudniejszym tematem niż obojętność chłopa.

Wręcz przeciwnie. Rozpacz jest oczywista, spodziewana, w związku z czym ba-nal-na. Na dodatek ma milion modeli, więc napisanie jej to bułka z masłem, tyle że dosyć czerstwa. Przeszedłbyś nad nią do porządku dziennego, bo w twoim wyobrażeniu byłaby na swoim miejscu. Obojętność chłopa Ciebie rusza negatywnie, ale przynajmniej rusza, przynajmniej ją zauważasz.

 

Drakaino, jak powiedziałam wyżej: Wisielec ma swoją skrzynkę z narzędziami, które dobrze mu leżą w ręku, i które zapewne wziął z zachodnich źródeł

Tak i nawet już wiem z jakich. Zaintrygowało mnie, że na polonistyce nigdy nie słyszałam tych wszystkich terminów, więc poguglałam. I jest to albo bezpośrednio, albo pośrednio, ale z książki niejakiej Lindy Aronson (anglo-australijskiej scenopisarki bez większych sukcesów, o której istnieniu nie dowiedziałabym się, gdyby nie śledztwo w kwestii tych linii tego i owego) albo też kursu pisania prowadzonego w Polsce przez tłumaczkę książki Aronson, która na stronie swoich kursów pisania jest wykreowana na Tokarczuk z białymi włosami.

I teraz najciekawsze: zarówno książka Aronson jak i kursy pani Kruk na tej książce oparte skierowane są do osób piszących czy zamierzających pisać scenariusze, głównie seriali. Przy okazji kursy są również polecane m.in. powieściopisarzom, a zatem mogą być przydatne, jeśli chcesz być Remigiuszem Mrozem albo Iloną Łepkowską, ale absolutnie nie mają szans nauczyć wrażliwości literackiej. Uczą rzemiosła, sprofilowanego pod konkretny typ fabuł, w których (seriale) rzeczywiście obowiązuje pewien schemat.

I w sumie nie byłoby połowy problemu, gdyby wisielec napisał, że opiera swoje przekonania i tezy na tej konkretnej książce, bo protokół rozbieżności byłby od początku jasny: ja nie zamierzam pisać tak, jak się pisze formularne scenariusze czy nawet formularne powieści, dziękuję. Podawanie tego wszystkiego jako ostatecznej literackiej wyroczni i jedynego sposobu na zaspokojenie czytelniczych potrzeb uważam za po prostu nie okej.

 

Screen ze strony storylab.pro

 

http://altronapoleone.home.blog

My Cię ustawiamy, hmm? Czy po prostu wykorzystujemy Twoje otwarcia?

Tak, bo atakujecie strukturalizm, formularne fabuły, rzemieślnicze powielanie schematu, to wszystko co krępuje twórczą wolność, podczas gdy ja chciałbym zwrócić uwagę na rzeczy proste. Nie chcę nikomu narzucać modelu Smileya-Thomsona, nie zwracam uwagi na jakieś tam punkty zwrotne. Jestem doskonale świadom, że nie wszyscy podchodzą do pisania z mentalnością architekta – ba, ja sam zwykle nie sporządzam planu wydarzeń przed rozpoczęciem pracy, a spojrzenie strukturalne służy mi głównie do wykrywania problemów w gotowej fabule.

Używam terminologii zaproponowanej przez Voglera i Aronson, bo wydaje mi się trafna, ale to samo można powiedzieć w innych słowach – bo to nie dogmat, to po prostu ma sens i składa się na kompletną fabułę. Da się to ująć tak:

– Niech wydarzenia wynikają z siebie w sposób, który można śledzić.

– Niech wywierają wymierny wpływ na bohaterów i zmienią ich w czytelny sposób; to nadaje wydarzeniom sens.

– Niech bohaterowie działają według swoich motywacji. Z akcentem na działają.

I uważam, że pisząc w myśl tych zasad można byłoby Zimę poprawić, nie tracąc nic z nastrojowości. Pewna doza niejasności jest w porządku, jeśli stanowi przyprawę do tekstu.

Książkę Lindy Aronson, nawiasem mówiąc, serdecznie polecam.

Chodzi o dostosowanie narzędzi, środków – do celów. Inna metafora: Ty chcesz zbudować fotel bujany, Wisielec – stół. Pewnymi narzędziami i technikami posłużycie się oboje. Ale rysunek techniczny stołu będzie Ci zupełnie, ale to zupełnie nieprzydatny, bo Ty budujesz co innego. Nie jest Ci wcale potrzebny klucz imbusowy (czyli narzędzie, które zaleca Wisielec), a za to sięgniesz po laubzegę.

Nie wiem natomiast, czy istotą sporu jest niechęć Wisielca do bujanych foteli.

Nie no, ja nie próbuję zrobić z tego opowiadania filmu akcji ani zagadki kryminalnej. Sedno mojego komentarza jest takie, że ten sam tekst byłby lepszy, gdyby:

– Skupić się na relacji zombie i Mariany.

– Zdefiniować motywacje przynajmniej jednej ze stron (zombie może być tajemniczy, ale niech Mariana do czegoś aspiruje).

– Określić stawki w kulminacji – żeby nadać jej ciężar.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

“Multiprotagonista”, my God. Toć to gwałt na polszczyźnie. Mówiłam, że to jest przetłumaczone maszynowo? Wyniki Twoich badań potwierdzają moje domysły.

Z innych wiadomości – chcesz fotel bujany? Mam na zbyciu (yes, really).

 

ETA: Argh, musicie odpowiadać, kiedy ja odpowiadam?

 Tak, bo atakujecie strukturalizm, formularne fabuły, rzemieślnicze powielanie schematu, to wszystko co krępuje twórczą wolność,

Nie krępuje. A przynajmniej nie powinno – powtarzam raz jeszcze, to są narzędzia. Narzędzi się nie czci, tylko się ich używa, żeby uzyskać określone efekty. Wracając do przykładu z flamastrem i farbą: malowanie farbą daje pewną teksturę, uwidocznia pociągnięcia pędzla. Flamaster daje precyzję. Jeden rysunek lepiej będzie zrobić farbą, drugi flamastrem, i tyle. Czasem warto je połączyć. Czasem absolutnie nie. Czasem w ogóle lepsze będą kredki.

Tak czy siak, konwencja jest narzędziem. Zbytnie zapatrzenie się w narzędzie jest niebezpieczne, zob. C. S. Lewis, Podział ostateczny.

 Używam terminologii zaproponowanej przez Voglera i Aronson, bo wydaje mi się trafna

Akurat terminologia jest sprawą konwencji – dla kogoś, kto się uczył w innej szkole, ta konkretna może być zupełnie niezrozumiała. Ciekawostka – terminologia szydełkowa w Stanach i Wielkiej Brytanii jest różna. Ktoś, kto zna tylko amerykańską, a próbuje przerabiać wzór brytyjski, otrzyma jeden wielki bałagan, i vice versa. A to jest różnica tylko w samej terminologii! Sposoby, na przykład, rozbioru mięsa w Brazylii i Polsce są różne. Z tej samej krowy otrzymujesz zupełnie inne półprodukty.

 Niech wydarzenia wynikają z siebie w sposób, który można śledzić.

Ano, niech. Ale co jest takiego skomplikowanego w tym, że facet się błąka, błąka i natrafia na przyjazne domostwo? Albo w tym, że to domostwo zostało nam z góry przedstawione? Gdyby nie miało znaczenia w całej historii, po co autorka miałaby o nim opowiadać?

 Niech wywierają wymierny wpływ na bohaterów i zmienią ich w czytelny sposób; to nadaje wydarzeniom sens.

A nie wywierają?

 Niech bohaterowie działają według swoich motywacji. Z akcentem na działają.

A ja położyłabym akcent raczej na motywacje. Nie zawsze można działać (pomińmy tu fakt, że niedziałanie jest formą działania, bo zabrniemy w zen).

 Zdefiniować motywacje przynajmniej jednej ze stron (zombie może być tajemniczy, ale niech Mariana do czegoś aspiruje).

Ale do czego miałaby aspirować? Powtarzam, Marianna jest córką swoich czasów, jest osadzona w swoim świecie i jako taka wydaje mi się wiarygodna (powtarzam, nie znam się na tym – wydaje się wiarygodna mojemu amatorskiemu oku). Jej aspiracje są proste – ona na coś czeka. Chce tego doczekać. Motywacja Meuniera jest czytelna – wrócić do domu.

 Określić stawki w kulminacji – żeby nadać jej ciężar.

Te stawki są mocno sportową (i częstą w poradnikach) metaforą. Ale konfrontacja Marianny z panią mrozu to nie sport. Szanse są zbyt nierówne.

 

Jeszcze raz ETA:

Sznurek do komiksu. Bo tak.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Hi, hi, Drakaino, a może ogłoś szybki konkurs na retelling Twojego opka ;)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko heart

 

Wisielcze, akurat strukturalizm wyjątkowo lubię. Ale 1) w wykonaniu np. Barthesa (czy wcześniejszych analiz, jeszcze sprzed powstania samego strukturalizmu, jak Propp), a nie zwulgaryzowanych popłuczyn po nim tworzonych na potrzeby rynku pulpy. 2) Jako narzędzie opisu, a nie normę.

Poza tym sensownie rozumiany strukturalizm dopuszcza wariacje, warianty, inwersje i wszelką zabawę z cegiełkami, a nie tylko układ taki właśnie jak dla krojonego pod miarę i format serialu.

 

I jeszcze jedno: jeśli ktoś lubi pracować z planem, w którym sobie określa stawki, droga wolna. Ty niestety chciałbyś, żeby to robili wszyscy i tu zaczyna się problem, ponieważ są ludzie i ja do nich należę, którzy w ogóle tak nie potrafią pracować i robienie planu z kulminacjami, stawkami i wykresami nic by mi nie pomogło, wręcz przeciwnie. Poza tym po raz n+1 powtarzam Ci, że nie lubię również czytać tak krojonej literatury. Nie bawi mnie ona, nie zaskakuje. Przyjrzyj się moim konsekwentnym ocenom tekstów na tym portalu pisanych przez osoby nierzadko bardzo sprawne warsztatowo, które przestrzegają tych zasad. Są to oceny, które sprowadzają się: świetne warsztatowo, mnie znudziło, znużyło, było przewidywalne, uszyte z wysokiej klasy, ale jednak prefabrykatów. To nie jest moja literatura, więc czy do diabła ciężkiego możesz mi wreszcie pozwolić być sobą i pisać tak, jak chcę i tak, jak chciałabym czytać?

Na marginesie taki drobiazg: twierdzenie, że mój model (czy #team) jest modelem niezrozumiałości, a Twój klarownej fabuły, co zrobiłeś na SB, jest manipulacją i nadużyciem. Realna różnica jest taka, że Ty przyjąłeś nauki pani Aronson lub jej akolitów, a ja nie. Uważam, że książki takie jak ta jej książka są dobre dla osób, które chcą być sprawnymi rzemieślnikami, ale nie dla tych, którzy chcą pisać literaturę. Dla jednych i drugich jest miejsce na rynku literackim, więc live and let live. Nikt nie atakował Twoich wyborów literackich, to Ty zaatakowałeś mój, w związku z czym musiałam się bronić przeciwko atakowaniu mnie w sposób nieuczciwy, bo za pomocą twierdzenia, że mój tekst jest niedobry dlatego, że nie podoba się osobie o skrajnie różnym podejściu do literatury.

http://altronapoleone.home.blog

a nie zwulgaryzowanych popłuczyn po nim tworzonych na potrzeby rynku pulpy.

Sama mówiłaś, że nie znasz tych teorii – a teraz je wartościujesz.

Poza tym sensownie rozumiany strukturalizm dopuszcza wariacje, warianty, inwersje i wszelką zabawę z cegiełkami, a nie tylko układ taki właśnie jak dla krojonego pod miarę i format serialu.

Dlatego nie przykładam do Twojego opowiadania szczegółowego planu wydarzeń (którego sam bym się nie trzymał) tylko ogólny zbiór dobrych praktyk.

I jeszcze jedno: jeśli ktoś lubi pracować z planem, w którym sobie określa stawki, droga wolna. Ty niestety chciałbyś, żeby to robili wszyscy i tu zaczyna się problem, ponieważ są ludzie i ja do nich należę, którzy w ogóle tak nie potrafią pracować i robienie planu z kulminacjami, stawkami i wykresami nic by mi nie pomogło, wręcz przeciwnie.

Ależ ja nie reprezentuję tego stanowiska! Nikomu nie narzucam żadnych modeli, a sam, jak już wcześniej zaznaczyłem, zwykle piszę bez planu.

Chcę po prostu rozumieć, o co toczy się gra w finale fabuły. Co leży na szali. W przeciwnym wypadku wydarzenia pozostają bez znaczenia. “Stawki” to coś co w naturalny sposób wynika z wydarzeń w każdej historii zawierającej konflikt, ryzyko lub zagrożenie. “Stawki” nie są artefaktem terminologicznym, opisują coś realnego, co samo wyrasta z opowiedzianych okoliczności.

Na marginesie taki drobiazg: twierdzenie, że mój model (czy #team) jest modelem niezrozumiałości, a Twój klarownej fabuły, co zrobiłeś na SB, jest manipulacją i nadużyciem. Realna różnica jest taka, że Ty przyjąłeś nauki pani Aronson lub jej akolitów, a ja nie. Uważam, że książki takie jak ta jej książka są dobre dla osób, które chcą być sprawnymi rzemieślnikami, ale nie dla tych, którzy chcą pisać literaturę.

Ale nie znasz tej książki, więc skąd wiesz? xD A teraz jeszcze zostałem akolitą na dokładkę.

Literatura teoretyczna, którą z lekceważeniem nazywasz “poradnikami”, zawiera wiele zdroworozsądkowych i przenikliwych uwag ogólnych. Dyskredytowanie nowoczesnych teorii jako “rzemieślniczych” to dobrowolne zawężanie swojego horyzontu. Warto zapoznać się z nimi i wyrobić sobie opinię. Dziwi mnie, że krytykujesz w ciemno coś, czego nie znasz. Bo źle się kojarzy? Autor autorowi nierówny i z każdej teorii literackiej można wyciągnąć coś dla siebie.

Weźmy takie zdanie:

Freumrezony fibryzują terweł, ale czy ukrylofilują gnypa?

Moja odpowiedź brzmi: no i co z tego? Podobnie zareagowałem na zakończenie “Zimy”. Bo nie rozumiałem, do czego tam doszło.

Masz pełne prawo zignorować moje komentarze – warto tylko zwrócić uwagę, że nie jestem jedynym czytelnikiem, który uważa, że opowiadanie jest niezrozumiałe. Ja poszedłem tylko o krok dalej, chcąc wyjaśnić, czego moim zdaniem zabrakło.

Tarnino:

“Multiprotagonista”, my God. Toć to gwałt na polszczyźnie. Mówiłam, że to jest przetłumaczone maszynowo? Wyniki Twoich badań potwierdzają moje domysły.

Funkcjonuje multimilioner, więc czemu nie multiprotagonista? Łuk postaci to też figurujące w literaturze tłumaczenie i mówiąc szczerze, uważam że jest w porządku. W tym przekładzie nie zachodzi żaden dysonans znaczeniowy: wersja polska i angielska korzystają z tej samej wizualnej metafory “łuku” jako trajektorii przemiany charakteru. Tłumaczone na wprost, sens zachowany, wszyscy wiedzą, o co chodzi – czego tu się czepiać.

ko co krępuje twórczą wolność,

Nie krępuje. A przynajmniej nie powinno – powtarzam raz jeszcze, to są narzędzia. Narzędzi się nie czci, tylko się ich używa, żeby uzyskać określone efekty. Wracając do przykładu z flamastrem i farbą: malowanie farbą daje pewną teksturę, uwidocznia pociągnięcia pędzla. Flamaster daje precyzję. Jeden rysunek lepiej będzie zrobić farbą, drugi flamastrem, i tyle. Czasem warto je połączyć. Czasem absolutnie nie. Czasem w ogóle lepsze będą kredki.

Tak czy siak, konwencja jest narzędziem. Zbytnie zapatrzenie się w narzędzie jest niebezpieczne, zob. C. S. Lewis, Podział ostateczny.

Do krytyki Zimy nie używałem żadnego modelu struktury, tylko ogólnych kryteriów budowy historii. W idealnej sytuacji te pryncypia zostają spełnione spontanicznie, bez myślenia o nich na poziomie teoretycznym.

Jeśli nie rozumiem, co przeżywa Mariana i co chce osiągnąć w sytuacji, w której się znalazła – jeśli nie rozumiem, na czym ta sytuacja w ogóle polega, co dziewczynie zagraża – to nie rozumiem też, czemu mam się tą sytuacją przejąć.

Jeśli dodatkowo bohaterka biernie poddaje się wydarzeniom, to już zupełnie nie chcę jej śledzić. Skoro Mariana NIC NIE ROBI, a ja NIE WIEM, CO MYŚLI, to naprawdę trudno mi się w jej historię zaangażować.

Akurat terminologia jest sprawą konwencji – dla kogoś, kto się uczył w innej szkole, ta konkretna może być zupełnie niezrozumiała.

Pewnie.

Ano, niech. Ale co jest takiego skomplikowanego w tym, że facet się błąka, błąka i natrafia na przyjazne domostwo? Albo w tym, że to domostwo zostało nam z góry przedstawione? Gdyby nie miało znaczenia w całej historii, po co autorka miałaby o nim opowiadać?

Z góry przedstawione domostwo i przygarnięty odmrożeniec to bardzo dobre otwarcie. Z tym nie mam żadnego problemu. Widzę inne problemy w układzie wydarzeń.

 Niech wywierają wymierny wpływ na bohaterów i zmienią ich w czytelny sposób; to nadaje wydarzeniom sens.

A nie wywierają?

A w jaki sposób wpłynęło na Marianę spotkanie zombie? W punkcie wyjścia zaopiekowała się nim, bo przypominał narzeczonego. I co dalej? Zawiązała się między nimi przyjaźń? Nieprzyjaźń? Zakochała się w nim? Pogodziła się z faktem, że ukochany do niej nie wróci? Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że na koniec zombie proponuje “ślub” i znikają w magicznej zamieci. Co jest bajkową i malowniczą sceną, ale co to oznacza? Na co się bohaterka zdecydowała? Czy miała coś w tej sprawie do powiedzenia? Cały ciężar dramatyczny opowiadania skupia się w momencie, którego okoliczności są najbardziej niejasne.

Te stawki są mocno sportową (i częstą w poradnikach) metaforą. Ale konfrontacja Marianny z panią mrozu to nie sport. Szanse są zbyt nierówne.

Raczej hazardową ;D Stawki występują równie dobrze w fabułach z dysproporcją sił (np horror, stawką jest przetrwanie) i w sekwencjach bez antagonisty (np Król Edyp – stawką jest ciężar wyboru lub poznanie prawdy).

Jeszcze raz ETA:

Sznurek do komiksu. Bo tak.

Fajny ten komiks. Używam go jako argumentu.

 Niech bohaterowie działają według swoich motywacji. Z akcentem na działają.

A ja położyłabym akcent raczej na motywacje. Nie zawsze można działać (pomińmy tu fakt, że niedziałanie jest formą działania, bo zabrniemy w zen).

Historia może znieść bohatera, który działa według nieznanych motywacji przez pewien czas – czasami to nawet fajnie, bo buduje wokół niego aurę tajemniczości, a odkrycie motywacji służy zbudowaniu jakiegoś punktu zwrotnego albo kulminacji. Ale bohater, który nic nie robi… Nic nie robi.

Nie znaczy to, że nie da się opowiedzieć historii o postaci, która siedzi w jednym miejscu i nie może działać – po prostu trzeba się trochę pogimnastykować.

Np jeśli bohater jest zamknięty w więzieniu, możemy:

– Nadać jego życiu wewnętrznemu cechy konfrontacji i śledzić je jako właściwą fabułę;

– Wykorzystać uwięzienie do wprowadzenia retrospekcji wyjaśniających, jak do niego doszło;

– Wprowadzić wątek kogoś, kto działa, by uwięzionego uwolnić; w tym wypadku ten ktoś staje się właściwym bohaterem, a uwięziony – czymś w rodzaju stawki

– Zbudować fabułę wokół niewielkiego pola działania dostępnego bohaterowi – buduje relację z sąsiadem z celi obok; ze strażnikiem; przechodzi chorobę; leczy chorego szczura; odcyfrowuje napisy na ścianie. Jak pokazuje genialny “Płaszcz” Gogola, do zbudowania porywającej fabuły nie trzeba wcale doniosłych wydarzeń. Wystarczy zaangażowany i aktywny protagonista oraz pomysłowe przeciwności. Skala problemu może być trywialna.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Doskonałym przykładem tego ostatniego jest Metamorfoza Kafki. Opowiadanie jest makabrycznie wciągające, bo śledzimy, jak kolejne epizody życia karalucha wpływają na relacje wewnątrz rodziny i emocje poszczególnych postaci. Zatem chociaż Gregor Samsa pozostaje zamknięty w sypialni przez całą fabułę, to każde niewielkie wydarzenie w ramach teatru jego możliwości odbija się silnym echem w jego życiu wewnętrznym i w postawach innych członków rodziny; a w dodatku interakcje te mają określony kierunek, nie następują po sobie przypadkowo, lecz dążą w kierunku postępującej rozpaczy Gregora i obrzydzenia rodziny, znużonej opieką nad wstrętnym stworzeniem.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Funkcjonuje multimilioner, więc czemu nie multiprotagonista?

Multimilioner to taki facet, co ma dużo milionów. Multiwitamina – taka tabletka, co ma dużo witamin. Czym w takim razie ma być multiprotagonista? Subtelne rozróżnienia, Wisielcze. Subtelne rozróżnienia.

Łuk postaci to też figurujące w literaturze tłumaczenie

Nie widziałam, przywiążesz jakiś link? Bo, doprawdy, nie wydaje mi się to naturalne (analogia: opisując po angielsku ulewę napiszesz "sheets of water", ale dosłowne tłumaczenie tego na polski będzie bardzo dziwaczne. Metafora jako taka jest w porządku, ale po polsku nie gra, i tyle).

Skoro Mariana NIC NIE ROBI, a ja NIE WIEM, CO MYŚLI, to naprawdę trudno mi się w jej historię zaangażować.

No, właśnie. Coraz mocniej mi się wydaje, że walimy o ścianę różnicy między płciami (nie wiem, co w takim razie zrobić z Anet, być może jest Władcą Czasu XD). Postępowanie Marianny jest zrozumiałe dla nas, dziewczyn, dla Ciebie, faceta – nie. Mam na warsztacie (chwilowo odłożyłam) tekst, co do którego się obawiam, że tak samo przeleci nad głowami (dosłownie przetłumaczona metafora – czujesz?) chłopaków i co bardziej męskich pań – jak go skończę, zapraszam. Po prostu dla potwierdzenia hipotezy.

Pogodziła się z faktem, że ukochany do niej nie wróci?

Ale masz napisane explicite "Domyśliła się, jak może powstrzymać zimę." Tu jest i motywacja (ratujmy świat, a co) i decyzja bohaterki. A na co się zdecydowała, to widzisz później.

Czy miała coś w tej sprawie do powiedzenia?

Czasami istotą wyboru jest iść na śmierć z podniesioną głową, zamiast się miotać.

Raczej hazardową ;D

Ano, racja. Miałam na myśli pokera, który ponoć jest sportem.

Stawki występują równie dobrze w fabułach z dysproporcją sił (np horror, stawką jest przetrwanie) i w sekwencjach bez antagonisty (np Król Edyp – stawką jest ciężar wyboru lub poznanie prawdy).

Tak, wiem, ale nie o to mi chodziło. Mówiłam konkretnie o starciu śmiertelniczki z wielką przedwieczną.

bohatera, który działa według nieznanych motywacji

Znowu – motywacje Marianny są a) wynikiem jej miejsca w świecie, w którym żyje i b) "babskie".

Skala problemu może być trywialna.

Zgoda. Czasem nawet lepiej, żeby taka była – po ilu finałach Doktora Who przestał Cię obchodzić los wszechświata? Takie: ojeju, on znowu ratuje całą rzeczywistość z przyległościami, zieeeew?

Ale schodzimy z tematu – przypominam, że osią tej dyskusji są narzędzia i pytanie: czy trzeba używać tylko jednego przybornika, czy lepiej je dobierać indywidualnie?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Postępowanie Marianny jest zrozumiałe dla nas, dziewczyn, dla Ciebie, faceta – nie.

Co w takim razie, Tarnino, z np. Michałem Cetnarowskim, Wojciechem Gunią oraz całym męskim jury nagrody im. Kwiatkowskiej?

 

Marianna i jej motywacja: jak dla mnie w fantastyce, zwłaszcza takiej lekko lovecraftowskiej, motywacja, że chce się powstrzymać katastrofę, jest absolutnie wystarczająca.

Poza wszystkim, wisielcze, czy naprawdę ludzie w życiu robią wyłącznie rzeczy, które mają jasne, wewnętrznie spójne i nadające się do prześledzenia motywacje? Tak w XXI wieku postępują jedynie bohaterowie prostackich scenariuszy (bo dawniej robili to bohaterowie np. komedii charakterów). Znacznie ciekawsi od bohaterów mających jasne motywacje są bohaterowie, którzy robią coś przeciwko sobie, swoim przyzwyczajeniom, temu, czego się po nich spodziewamy. Skądinąd rewolucyjność “Cierpień młodego Wertera” nie polegała jedynie na tym, że młodzi ludzie zaczęli na potęgę popełniać samobójstwa z miłości, ale również na wprowadzeniu bohatera, który miał skomplikowane, niejednoznaczne motywacje. To ta fala samobójstw sprawiła, że widzi się tylko jedną z motywacji, a ich jest więcej. I klasycyści mieli z tym problem, bo to nie pasowało do modelu.

 

Weźmy moją Mariannę. Spodziewałbyś się po niej, że albo będzie wierna narzeczonemu, albo zakocha się w sensie erotycznym w swoim podopiecznym i zanim zdecyduje się “wziąć z nim ślub” (cokolwiek to znaczy), pójdzie z nim do łóżka. Otóż dla mnie oba te rozwiązania są banalne, bo przewidywalne. Ciekawie robi się wtedy, kiedy bohater nie robi tego, czego się spodziewamy. I ona może kochać narzeczonego, może nawet mieć jeszcze iskierkę nadziei, że on żyje – ale postanawia, że powstrzyma zimę, wiążąc się z jej ofiarą, poprzez swoją ofiarę zatrzymując katastrofę. Tu oczywiście nadal jest miejsce na scenę erotyczną, ale jej umieszczenie również byłoby banalne. Tu jest Thanatos, a niekoniecznie Eros, choć od niepamiętnych czasów te dwie rzeczywistości splatają się z sobą bardzo mocno w kulturze. A może jest Eros, ale bardzo subtelny – właśnie od początku przefiltrowany przez Thanatosa? Zauważ zmysłowość tego, jak ona dotyka kolejnych przedmiotów należących do Alexandre’a – erotyka w literaturze to nie tylko dosłowność. Jest taka scena w “Silniejszej” Strindberga, kiedy jedna z bohaterek wsuwa dłoń do pantofla mężczyzny, o którym mowa w dialogu. Strindberga chyba nie posądzisz o brak erotyki, a tam właśnie ten gest wobec drugiej kobiety mówi wszystko o relacjach z tym mężczyzną. Ona nie musi mówić “poszedł ze mną do łóżka”. I moja Marianna nie musi się przespać z Alexandre’em, żeby zrobić to, co robi.

Bo widzisz, mnie bardziej interesują takie sprawy niż wartka akcja i przewidywalni bohaterowie.

 

A czy miała w tej sprawie coś do powiedzenia – tak, mogła uciec, mogła wpaść w rozpacz. To by pasowało do kobiety epoki – tak zapewne (jakże błędnie) pomyślałoby wiele osób. A ona właśnie działa – bierze los we własne ręce, za cenę własnego życia. Jak to nie jest coś do powiedzenia, to ja dziękuję.

 

A tytuł tego konkretnego Kafki po polsku to od zawsze znakomicie pasująca “Przemiana” i nie ma sensu go kaleczyć.

http://altronapoleone.home.blog

Co w takim razie, Tarnino, z np. Michałem Cetnarowskim, Wojciechem Gunią oraz całym męskim jury nagrody im. Kwiatkowskiej?

Słuchają żeńskiego pierwiastka w swoich duszach? :)

jak dla mnie w fantastyce, zwłaszcza takiej lekko lovecraftowskiej, motywacja, że chce się powstrzymać katastrofę, jest absolutnie wystarczająca.

Dla mnie też.

bohatera, który miał skomplikowane, niejednoznaczne motywacje

Albo był skończonym samolubem i egocentrykiem, i żadnym wzorem do naśladowania. Tak mi się zdaje.

 Ciekawie robi się wtedy, kiedy bohater nie robi tego, czego się spodziewamy.

Tak, tak, i jedno ale: to nie powinno być to, czego się spodziewamy, ale powinno pasować do bohatera i jego miejsca w świecie. Na przykład (daruj, że ciągnę torturowanie Marianny), gdyby Marianna chwyciła siekierkę i ruszyła rąbać zimowe zombie, to by było niespodziewane – ale zupełnie bez sensu. Bez sensu nie jest ciekawe.

 postanawia, że powstrzyma zimę, wiążąc się z jej ofiarą, poprzez swoją ofiarę zatrzymując katastrofę

I to właśnie jest explicite powiedziane.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

to nie powinno być to, czego się spodziewamy, ale powinno pasować do bohatera i jego miejsca w świecie

Całkowicie się z Tobą zgadzam :)

http://altronapoleone.home.blog

Multimilioner to taki facet, co ma dużo milionów. Multiwitamina – taka tabletka, co ma dużo witamin. Czym w takim razie ma być multiprotagonista? Subtelne rozróżnienia, Wisielcze. Subtelne rozróżnienia.

A multiplikacja to taka plikacja, która ma wiele krotności? Nie wszystkie rzeczowniki z tym przedrostkiem konstruowane są według jednakowego modelu. Im głębiej w tę debatę, tym bardziej odnoszę wrażenie, że opozycjonujesz się dla zasady gdzie popadnie.

Nie widziałam, przywiążesz jakiś link? Bo, doprawdy, nie wydaje mi się to naturalne (analogia: opisując po angielsku ulewę napiszesz "sheets of water", ale dosłowne tłumaczenie tego na polski będzie bardzo dziwaczne. Metafora jako taka jest w porządku, ale po polsku nie gra, i tyle).

U Lindy jest tak przetłumaczone ;D

Tu jest i motywacja (ratujmy świat, a co) i decyzja bohaterki. A na co się zdecydowała, to widzisz później.

Właśnie nie widzę; więcej o tym zaraz.

Czasami istotą wyboru jest iść na śmierć z podniesioną głową, zamiast się miotać.

Pewnie, ale z tekstu nie wiem, czy ona idzie na śmierć, czy np powstrzymuje zimę pocałunkiem prawdziwej miłości (bo ostatni akapit wskazuje na super sentymentalną scenę).

Tak, wiem, ale nie o to mi chodziło. Mówiłam konkretnie o starciu śmiertelniczki z wielką przedwieczną.

Zupełnie nie widzę elementów kosmicznego horroru… Czuję, jakbym czytał całkiem inny tekst, niż Ty. Nie, że gorszy – po prostu inny w treści, formie, tonie.

Ale schodzimy z tematu – przypominam, że osią tej dyskusji są narzędzia i pytanie: czy trzeba używać tylko jednego przybornika, czy lepiej je dobierać indywidualnie?

To jest spin, który Ty chciałabyś nadać dyskusji, żeby ustawić mnie w pozycji dogmatyka.

 

Drakaino:

Podoba mi się Twoje podejście i cenię subtelność, której sam nie byłbym w stanie użyć z równie dobrym efektem. Mam przy tym wrażenie, że panicznie uciekając od banału, popadasz w nadmierną intertekstualność i gubisz (w tym konkretnym tekście) przyczynowy ciąg wydarzeń oraz kompozycyjną równowagę opowiadana (więcej jest o malowniczym odwrocie z Rosji niż o relacji Mariany i zombie; a pani zimy, którą w komentarzach wyinterpretowaliśmy na antagonistę, jest prawie nieobecna w treści).

To co mówisz o niejednoznacznych motywacjach jak najbardziej do mnie przemawia; dodam tylko, że w takim wypadku trzeba ten konflikt wewnętrzny zbudować i narysować, żeby czytelnik rozumiał, czemu bohater jest rozdarty – i między jakimi decyzjami się miota. Nie trzeba młotkiem, można tylko zasugerować – a jeśli było to zasugerowane w Zimie, to ja tego zupełnie nie zauważyłem.

Pierwsze prawo magii Sandersona mówi:

“An author's ability to solve conflict with magic is directly proportional to how well the reader understands said magic.”

I jest to mądre prawo. W Zimie nie rozumiem, czemu akurat “ślub” miałby zatrzymać lodową zagładę. Czy to pocałunek prawdziwej miłości? Czy bezinteresowna ofiara? Czemu akurat te dwie postacie? Czy są w jakiś sposób szczególne? W jaki? Skąd Mariana wie, na co się decyduje? Dlaczego zrozumiała, jak powstrzymać Zimę? Czemu w ogóle chce powstrzymać Zimę, a nie, na przykład, ratować życie? Skąd u niej skłonność do poświęcenia (wcześniej nic nie było o tym, że rozumie zagrożenie i chce mu zapobiegać)?

W tej wersji którą czytałem to jest kolaż obrazów. Czyta się w porządku, ale trudno mi odczuć efekt dramatyczny kulminacji, bo nie dałaś mi informacji, żebym zrozumiał, co się tam rozstrzyga i dlaczego akurat takie rozwiązanie, jakie wymyślili, zadziała.

Jak mówi Sanderson: żeby rozwiązać sytuację za pomocą magii, trzeba najpierw zadbać o to, żeby czytelnik zrozumiał, jak ta magia działa. U Tolkiena magia jest mętna i niewyjaśnialna, ale warto zauważyć, że Tolkien nie używa czarów do rozstrzygania sytuacji, na których spoczywa ciężar dramatyczny.

W sytuacji, kiedy to jednak robi, upewnia się, że okoliczności są jasne. O czarnoksiężniku z Angmaru ze słów Glorfindela wiemy, że:

"He will not return to these lands. Far off yet is his doom, and not by the hand of man shall he fall."

I dlatego ta sekwencja jest satysfakcjonująca:

https://www.youtube.com/watch?v=aNL9oljAFqM

spełnia bowiem zadane kryterium działania “magii” oraz zamyka wątek Eowiny.

To oczywiście bardzo prosty przykład, można budować bardzo skomplikowane systemy i rozwiązania fabularne, ale muszą się zasadzać na informacjach przekazanych uprzednio czytelnikowi. Niechże będą przekazane subtelnie i inteligentnie, ale trzeba to zawrzeć w historii.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

multiplikacja to taka plikacja, która ma wiele krotności

Multiplikacja jest zapożyczona w całości. I, jak już, to powinno być coś, co ma wiele plikacji.

Im głębiej w tę debatę, tym bardziej odnoszę wrażenie, że opozycjonujesz się dla zasady gdzie popadnie.

Jestem trzecią stroną, która z samej natury rzeczy musi wdzięcznie symulować niechęć wobec obu oponentów.

 U Lindy jest tak przetłumaczone ;D

I nie dzwonią Ci dzwonki alarmowe? Mnie dzwonią już przy "multiprotagoniście". Jakby napisanie "wielu protagonistów" było takie trudne, uch.

 ale z tekstu nie wiem, czy ona idzie na śmierć, czy np powstrzymuje zimę pocałunkiem prawdziwej miłości (bo ostatni akapit wskazuje na super sentymentalną scenę)

Ale na pewno przeczytałeś cały tekst?

 To jest spin, który Ty chciałabyś nadać dyskusji, żeby ustawić mnie w pozycji dogmatyka.

Ciekawa interpretacja.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino:

 To jest spin, który Ty chciałabyś nadać dyskusji, żeby ustawić mnie w pozycji dogmatyka.

Ciekawa interpretacja.

Jako dyskutant reprezentujesz mentalność grapplera ;D Spójrz proszę na swoją tezę:

Ale schodzimy z tematu – przypominam, że osią tej dyskusji są narzędzia i pytanie: czy trzeba używać tylko jednego przybornika, czy lepiej je dobierać indywidualnie?

Z czego jasno wynika, że jedna strona uważa, że do narzędzi trzeba podchodzić krytycznie i selektywnie, a druga bezrefleksyjnie używa jednego ich zestawu w każdej sytuacji. W tak postawionej dychotomii oczywistym jest, że druga strona nie może mieć racji – i tam właśnie próbujesz mnie popchnąć.

Ekwiwalentem z mojej strony byłoby, gdybym powiedział tak:

Osią dyskusji jest to, czy wydarzenia w narracji mają układać się w przyczynowy sens, czy mają być bez sensu.

sugerując implicite, że bronicie tej drugiej opcji, która także jest stanowiskiem nie do utrzymania.

I nie dzwonią Ci dzwonki alarmowe? Mnie dzwonią już przy "multiprotagoniście". Jakby napisanie "wielu protagonistów" było takie trudne, uch.

To jest tłumaczenie do dupy, ale nie skupiam się na tym, bo nie dotyka sedna tematu. Tak naprawdę “multiprotagonista” to nie “wielu protagonistów” tylko “bohater zbiorowy”, więc jeszcze trochę coś innego.

Ale na pewno przeczytałeś cały tekst?

Eerm… Może jest wersja reżyserska na DVD?

Dopuszczam też ewentualność, że jestem gamoniem, nie przeczytałem z dostateczną pieczołowitością albo zabrakło mi wrażliwości. Może Drakaina ma rację, że rzuciłem się, żeby jej to naprawiać, podczas gdy moje uwagi zepsułyby efekt, który sobie zaplanowała. Bądź co bądź czytanie utrzymało mnie w nastroju, a to już sukces.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

W tak postawionej dychotomii oczywistym jest, że druga strona nie może mieć racji – i tam właśnie próbujesz mnie popchnąć.

Ja próbuję Cię popchnąć, czy sam się wepchałeś i idziesz w zaparte?

Ekwiwalentem z mojej strony byłoby, gdybym powiedział tak: Osią dyskusji jest to, czy wydarzenia w narracji mają układać się w przyczynowy sens, czy mają być bez sensu. sugerując implicite, że bronicie tej drugiej opcji, która także jest stanowiskiem nie do utrzymania.

Nie, nie byłoby. Bo my cały czas powtarzamy, że wydarzenia w tym opowiadaniu mają sens i wynikają jedno z drugiego.

Tak naprawdę “multiprotagonista” to nie “wielu protagonistów” tylko “bohater zbiorowy”, więc jeszcze trochę coś innego.

… znaczy się co, zastęp SZHP?

Może Drakaina ma rację, że rzuciłem się, żeby jej to naprawiać, podczas gdy moje uwagi zepsułyby efekt, który sobie zaplanowała.

No.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Nie, nie byłoby. Bo my cały czas powtarzamy, że wydarzenia w tym opowiadaniu mają sens i wynikają jedno z drugiego.

Z czego wynika, że ślub Mariany i zombie powstrzyma lodowe czary?

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Lodowe czary są wyraźnie związane z jego uczuciem do narzeczonej (jednej lub drugiej):

kiedy palce oficera dotknęły ramki, metal pokrył się cieniutką warstewką szronu

Ponadto:

Weźmiemy ślub – powiedziała – i wtedy nie umrzesz

czyli ślub nie pozwala umrzeć. Błąkający się zombie jest martwy. Ożyć facet może już tylko w królestwie niebieskim czy innych tam zaświatach, gdzie się zapewne udali. Ale nie będzie się już pałętał po świecie jako trup.

 

Dziewczyny są do siebie podobne – różnią się tylko kolorem oczu:

Podobna do mnie, pomyślała Marianna, tylko ja mam niebieskie oczy.

Z obrazka spoglądały na nią oczy błękitne od pokrywającego je lodu. Jej własne oczy.

Julie zaś spoglądała na nią z pokrytego szronem portreciku jej własnymi błękitnymi oczami.

A zatem jedna zastępuje drugą – można polemizować, czy to jest możliwe i moralne (chociaż nie przypisywałabym moralności pani mrozu), ale jest czytelne.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Z tego wynika, że miłość jest sprawcą tej lodowej zarazy, a nie, że ją odczynia.

Rozumiem, że się nasycił tą zastępczą wersją narzeczonej i dał ludziom spokój. Nie wpadłbym na to bez tej iście talmudycznej egzegezy. I jeśli takie jest rozwiązanie, to w moim przekonaniu mniej wynika z tekstu, a bardziej z aureolicznych rozmyślań na jego kanwie.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Lodowe czary są wyraźnie związane z jego uczuciem do narzeczonej (jednej lub drugiej):

kiedy palce oficera dotknęły ramki, metal pokrył się cieniutką warstewką szronu

W ogóle tego nie kupuję. Guziki też miał zmarznięte, czy to znaczy, że wystarczyłoby, żeby je oderwał? 

Weźmiemy ślub – powiedziała – i wtedy nie umrzesz

I tego też nie. Równie dobrze mogłaby powiedzieć: podskocz dwa razy i wtedy nie umrzesz. Chodzi o to, że to z niczego nie wynika i można podstawić cokolwiek.

Przynoszę radość :)

Z tego wynika, że miłość jest sprawcą tej lodowej zarazy, a nie, że ją odczynia.

Nie, bo facet już jest zarazą tknięty, a ostatnia jego własna myśl i motywacja to ukochana. Cytat:

Wśród wirujących płatków dostrzegł kobiecą twarz i zwidziało mu się, że to Julie przyjechała tu z Francji. Weźmiemy ślub – powiedziała – i wtedy nie umrzesz. Wiatr rozwiewał jej lekką sukienkę, taką jak na portrecie, ale jakby utkaną z płatków śniegu, i białe włosy. „Julie nie ma białych włosów”, pomyślał, ale wtedy ona pocałowała go i wszystko przestało mieć znaczenie.

Kiedy przebudził się po tym pocałunku, nie czuł już wcześniejszej słabości. Zimne powietrze otulało go niczym najcieplejsze futro.

Pocałunek zimy to jego śmierć i przemiana w mroźne zombie.

Rozumiem, że się nasycił tą zastępczą wersją narzeczonej i dał ludziom spokój.

Albo sam zyskał spokój i nie musi się już błąkać.

Nie wpadłbym na to bez tej iście talmudycznej egzegezy.

 

Ponieważ z trudem powstrzymuję się od napisania “pocałuj mnie w krąg hermeneutyczny”, można przypuszczać, że jestem już zmęczona. Tymczasem więc odpadam.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Wisielcze. Zaczynam mieć wrażenie, że trollujesz, ponieważ argumenty, których używasz świadczą o tym, że odmawiasz najzwyczajniej pod słońcem, istnienia czegoś takiego jak logika i świat baśni, w którym niekoniecznie działają takie elementy jak “nasycił tą zastępczą wersją narzeczonej i dał ludziom spokój”. To sformułowanie jest nacechowane złą wolą komentującego w stopniu jeszcze większym niż wcześniejsze Twoje wypowiedzi. Myślę, że doskonale zdajesz sobie sprawę, tylko uparłeś się tego nie zauważać, że tu wypadki działają na poziomie magicznym. “Ślub” (co niekoniecznie oznacza ceremonię w kościele czy urzędzie, bo w 1813 w Księstwie Warszawskim obowiązują śluby cywilne zgodnie z Kodeksem Napoleona, ale tu akurat symboliczne zaślubiny, zjednoczenie z bóstwem, siłą kosmiczną czy jakkolwiek to nazwać!) to jeden z najpotężniejszych rytuałów i rytów przejścia i o to tu chodzi. Człowiek zaślubiony bóstwu staje poniekąd poza światem ludzi (przecież między innymi o to chodzi w idei monastycyzmu, zwłaszcza żeńskiego, ten mit i rytuał jest tam wpisany). To, że on Mariannie mówi to samo, co mu powiedziała lodowa pani, jest kluczowe, a zarazem heroiczne: on resztką ludzkiej świadomości wie, że tylkopoprzez kolejne zaślubiny, kolejną ofiarę wrócą do lodowej pani i to, co on poniósł w świat, choć miało należeć tylko do niego (bo jego wybrała Zima), wróci tam, gdzie jego miejsce. A zarazem w ziemskim wymiarze oboje umierają, odchodzą, bo stracili nadzieję i mają już tylko siebie. Naprawdę, wpisywanie w to prostackich motywacji w rodzaju “znudziło mi się czekanie na narzeczonego” czy “postanowiłem dać ludziom spokój” (zwłaszcza że on nigdy nie miał złej woli! po prostu pierwiastek ludzki nie umarł w nim do końca!) jest nie fair wobec tekstu i świadczy o złej woli. Możesz tego nie kupować, bo Twój odbiór literatury działa inaczej i nie lubisz takich rozwiązań, wolisz proste historie, gdzie wszystko jest wyłożone kawa na ławę, ale uparte umniejszanie moich świadomych literackich decyzji poprzez wyśmiewanie i wykpiwanie elementów, które Ci nie pasują, a są przemyślane i logiczne w moim zamyśle literackim, zaczynam czytać jako coś więcej niż zwykłe czepialstwo. Nie chciałam tego wyciągać, ale na fejsbukowej grupie PF bardzo nieładnie punktowałeś moje wypowiedzi krytyczne wobec swojej powieści (skądinąd na marginesie niezbyt pochlebnej recenzji vlogowej), uderzając ad personam w sensie ironiczno-protekcjonalnego “Agnieszka tak zawsze krytykancko podchodzi, nie przejmujcie się jej opiniami” i podważając otwarcie i nieelegancko moje kompetencje (wątek został zlikwidowany przez adminów między innymi za to, jak być może pamiętasz). Niedawno na shoutboxie niezbyt uczciwie ustawiłeś team wisielec vs team drakaina, sugerując, że ja lubię niezrozumiały bełkot, a Ty składne i zrozumiałe fabuły (zauważ, że jest to również odwołanie się do stereotypów męskie-kobiece i wpychanie mnie w ten z nich, do którego żywcem nie pasuję). Wiesz doskonale, że to nieprawda, ale się sprzedało, zarobiłeś parę punktów, podważyłeś moje zdanie, zdeprecjonowałeś kompetencje, autorytet, pokazałeś mnie jako nawiedzoną pannicę od bełkotliwych historyjek. Zaczynam mieć wrażenie, że od początku chodziło o to także tutaj, tylko tu mogłeś bezpiecznie, bo pozornie obiektywnie, zaatakować i wyszydzić mój tekst – na zasadzie mówmy, mówmy, to się przyklei i zdekonstruujemy te wszystkie pochwały.

Powtarzam: rozumiem i akceptuję, że nie podoba Ci się tekst. Nie masz obowiązku rozumienia i akceptowania tego symbolizmu czy mitycznej struktury, które ja w niego świadomie wpisałam, nie masz też obowiązku przyjmować interpretacji Irki czy ANDO (które mi się podobają, bo wnoszą coś w odczytanie metafory, choć nie są wyjściowo moje). Możesz nie lubić takich tekstów, nie mieć ochoty ich czytać poprzez interpretacje baśniowo-mityczne, twoje prawo – i mógłbyś po prostu dać spokój, przyjmując do wiadomości i sygnalizując, że to nie Twoja bajka. Niemniej nieustająco usiłujesz ze swojej niechęci (do tekstu czy może jednak do mnie?) zrobić argument, że tekst jest obiektywnie niedobry. Nie cofasz się przy tym przed intelektualnymi nadużyciami, jak chociażby uparte ignorowanie argumentów (nie tylko moich!!!), że opisujesz inny tekst niż czytasz, że odmawiasz interpretacji innej niż dosłowna, że uparcie i namolnie żądasz ode mnie napisania czegoś, czego nie miałam ochoty ani pisać, ani czytać – bo wedle Twojego dogmatu tak byłoby lepiej. Wedle Twojego gustu lepsza byłaby zwykła opowieść o tym, że dziewczyna zakochuje się w przybyszu, idzie z nim do łóżka albo nie idzie, ale w każdym razie rozważa to otwarcie, najlepiej w kontekście wierności narzeczonemu, a następnie albo ona, albo narrator jasno wykłada, co postanowiła zrobić, tłumaczy wszystkim, jak działa magia, po czym bohaterka popełnia samobójstwo dając się pożreć zombie, wszystko jasno wyłożone, a na koniec zostaje opłakana przez rodzinę, najlepiej, żeby jeszcze okazało się, że narzeczony przeżył i wrócił i też się zabija. Powtórzę: dla mnie nuda.

Celowo odwołuję się do Twojej wcześniejszej wypowiedzi o dogmatyzmie, bo nikt Cię w niego nie wpycha, sam się w niego wepchnąłeś pisząc nieustająco, że tekst, fabuła czy bohater coś “musi” albo “powinien” i broniąc tej pozycji z zapałem neofity albo fanatyka. A jeżeli to nie było zamiarem, jeżeli to nie są Twoje przekonania, to tym bardziej znaczy, że tych argumentów używałeś w celu innym niż wyrażenie swojej opinii o samym tekście. Następnie sprytnie przeszedłeś na pozycje fałszywej skromności (”może to ja jestem zbyt głupi, żeby zrozumieć” – klasyczny chwyt retoryczny z repertuaru captatio benevolentiae), ale też nie dałeś spokoju, tylko wyciągnąłeś następnie działo sarkazmu wobec mojej obrończyni.

Powtórzę raz jeszcze: nie mam najmniejszego problemu z tym, że komuś się mój tekst nie podoba. Mam problem z próbą wmanipulowania mnie w wyznaczone przez Ciebie fikcyjne opozycje i “drużyny”. Mam problem z próbą zmuszenia mnie do przyznania, że tekst byłby lepszy, gdyby był innym tekstem. Sęk w tym, że wtedy nie byłby sobą, więc kategoria lepszości się tu nie stosuje i cały ten wywód jest całkowicie bezsensowny na gruncie literackim. Można historię wracającego z wojny żołnierza i panny z dworku napisać na milion różnych sposobów – można jak Żeromski w “Wiernej rzece” (tak, świadomie do tego nawiązywałam, jednocześnie świadomie negując rozwiązania fabularne tej powieści, po części ze względu na obecność wątku fantastycznego, ale nie tylko – bo również ze względu na to, że jego opowieść jest zbudowana na tych najbardziej oczywistych cegiełkach, które dziś już są banalne), można zupełnie inaczej. Ja wybrałam inaczej, zrobiłam to świadomie, do mnóstwa osób trafiłam, w tym takich, których zdanie szczególnie cenię (jak Gunia czy Katia). Jestem zadowolona z odbioru opowiadania, nie przeszkadza mi, że do paru osób nie trafiło lub też trafiło, ale bez zachwytów, Ty jednak uparłeś się, że będziesz pokazywał światu, że tekst jest zły, a ludzie, którym się podoba, głupi i dali się nabrać na bełkot. To ostatnie jest wyjątkowo nie fair. Powtórzę: masz prawo woleć “Fabrykę słów” od “Snów umarłych”, ale daj ludziom mieć inny gust. Chyba że nie o gusta ani nawet ten tekst tu chodzi.

http://altronapoleone.home.blog

 

Przykro mi, że poczułaś się dotknięta. Traktuję tego rodzaju dyskusje jako sposób na zdefiniowanie i dookreślenie własnego podejścia do pisania. Niekoniecznie chcę Was przekonać, że mam rację – drążę w poszukiwaniu czegoś, co zmieni moje stanowisko.

Nie było moim zamiarem lekceważyć Twojej pracy ani umniejszać wartości literackiej opowiadania. Moje lakoniczne podsumowania różnych zagadnień (ślub, zombie, lodowe czary etc.) wynikają z potrzeb dyskusji (żeby wyrazić się zwięźle) i z mojej osobistej filozofii, która podpowiada, że analizując fabułę należy odrzeć ją ze wszelkich ozdobników i dopiero wtedy, na nagich kościach, przekonać się, czy szkielet trzyma się kupy.

Uważam bowiem, że czasami autor, zaczarowany własną biegłością w opowiadaniu, traci z oczu fakt, że w historii niewiele się dzieje, albo nie wiadomo co się dzieje.

Przyjmuję do wiadomości logikę baśni, natomiast zaznaczam, że w taką logikę trzeba czytelnika wprowadzić.

The fair breeze blew, the white foam flew, The furrow followed free: We were the first that ever burst Into that silent sea.

Zacznę od drobnych uwag, czy też miejsc, które zatrzymały mnie podczas lektury.

Zmierzchało już, a chciała przed snem skończyć czytać powieść, ponieważ następnego dnia skoro świt zjawi się zapewne ciotka Klementyna i zażąda zwrotu książki.

Twardo to brzmi, myślę, że czasami można pominąć pewne kwestie, a zauważyłem, że czasami dokładnie wyjaśniasz. Skoro trzymała tomik w ręku, więc wystarczy “skończyć powieść”, czytelnik się domyśli, że czytać, a nie pisać.

Takie samo dokładne wyjaśnienie mamy tutaj:

Otuliła się odziedziczonym po matce płaszczem, podbitym lekko wyleniałym futrem, i wyszła na ganek.

Gdzie informacje o matce i wyleniałym futrze okazały się nieistotne. A zasugerowałem się, że to ma znaczenie.

Czy też w pierwszym, cytowanym przeze mnie zdaniu. Gdzie pada informacja o ciotce, która pojawi się zapewne skoro świt. I dokładnie tak się pojawiła, przez co odarłaś drugoplanową bohaterkę z charakteru. Bo już się tego spodziewałem. Gdybyś pominęła wcześniej “skoro świt”, te właśnie najście skoro świt wywołało by zapewne uśmiech na twarzy, a na pewno lepiej określiło charakterną ciotkę.

 

W półmroku Marianna dostrzegła między drzewami sadu głębszy cień i serce zabiło jej mocniej. Od kilku miesięcy czekała na wieści – od ojca, brata, narzeczonego. Ten człowiek, bo rozpoznała ludzką sylwetkę, jest zapewne którymś z nich…

Chwyciła latarnię, którą Piotr postawił na ganku, i zeszła ostrożnie po oblodzonych schodkach. Stajenny chwycił ją za rękaw.

– Niech panienka tam nie idzie – szepnął.

Wyrwała się, czując, jak zmrożone kudły baraniego kubraka szorują po delikatnej skórze dłoni. Zerknęła w stronę domu: rękawiczki leżały na komodzie, ale nie miała czasu po nie wracać, skoro tam, w sadzie, mógł czekać ktoś z jej bliskich.

To słabszy fragment opowiadania, najmniej mi się podobał. Bo dlaczego ktoś z domowników miałby wracając stać w cieniu? I czekać, zamiast wejść do domu? To nie ma logicznego uzasadnienia. Przynajmniej na tym etapie lektury. Ranny wołałby o pomoc, skoro tak daleko dotarł. Zaś przed samym progiem padają zawsze wszyscy wędrowcy we wszystkich opowieściach.

Otulił się tak szczelnie, jak potrafił, ciepłym płaszczem z baraniej skóry.

I tu znowu. Takie zdania tracą płynność. “Otulił się szczelnie płaszczem z baraniej skóry.” Wszystko. Wiadomo, że ciepły i wiadomo, że najlepiej jak umiał, czy też dokładnie. Pisz opowieść, ponieś nią czytelnika, nie zbaczaj w kierunku dokładnej relacji.

Matka zmarła cztery lata temu po urodzeniu ostatniego z dzieci, które pożyło zaledwie kilka dni.

Młodszy brat, dwunastolatek, uczył się w Krakowie.

Jeśli to myśli Marianny, to raczej: po urodzeniu ostatniego z rodzeństwa, (…) Młodszy brat, dwunastoletni Janek, uczył się w Krakowie. – Brzmi to cieplej i rodzinnie, a nie jak suche fakty, z relacji. ;)

 

Ale ogólnie rzecz biorąc, to są w sumie drobiazgi. Aż tak bardzo na jakość lektury nie wpływają, choć można by tu i ówdzie coś poprawić, dla lepszej płynności, lekkości historii i mrocznej tajemnicy.

Za szybko się skończyło. Tu wyraźnie brakuje połowy tekstu, jak nie więcej. Patrząc przez pryzmat, kto to napisał, uznaję to za małe lenistwo, albo niezamierzoną wtopę.

Ogólnie tekst dobry, wciągający, ale za krótki.

 

Nie dało się nie zauważyć dyskusji z Wisielcem, ale wystarczyło przeczytać jego pierwszy komentarz i Twoją odpowiedź, aby się domyślić, co było dalej i nie tracić, jakże cennego, czasu.

Komentarz Wisielca mi pomógł, bo z większością jego uwag się zgadzam i nie musiałem ich powtarzać. Zatrzymywałem się na tych samych fragmentach.

Ok, opowiadanie spodobało się jury, trafiło do Snów, ok. Ale to nie jest Twoje najlepsze opowiadanie, Drakaino, co Ci będę ściemniał? W niczym to nie pomoże. Nie znaczy, że jest złe. Powtarzam, dobre i wciągające, ale za krótkie. I ma kilka potknięć, owszem, mało istotnych, które jednak u Drakainy są zazwyczaj w mniejszych ilościach.

Co do komentarza Wisielca, protekcjonalny i przez to chu… z tego, że dobry. Też by mnie taki podkurwił pod moim opowiadaniem.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

@wisielec

 

Przykro mi, że poczułaś się dotknięta.

Znowu usiłujesz mnie wepchnąć w jakąś ustaloną przez siebie formę (by rzec nieco po dukajowsku) czy też po gombrowiczowsku przyprawić gębę… Nie, ani przez moment nie napisałam ani nawet nie zasugerowałam, że czuję się “dotknięta” (zauważ, jakie konotacje ma to słowo – sugeruje, że jestem obrażalska i nie umiem dyskutować, czyli znów: stawia Ciebie w pozycji cierpliwego mędrca, który poucza histeryczną babę). Natomiast, owszem, nie pasuje mi ton, jakim prowadzisz tę dyskusję (na co zwrócił uwagę też Darcon): na zmianę protekcjonalny i pouczający. Bo tak się nie dyskutuje – jeśli jedna strona ciągle ustawia drugą w pozycji defensywnej, mając na dodatek po swojej stronie podwójne standardy (jako mężczyzna), a także pozycję – jako atakujący (to niestety działa jak w szachach).

 

Nie było moim zamiarem lekceważyć Twojej pracy

Tylko że ostatnio robiłeś to w różnych miejscach niemalże systemowo. Po prostu miarka się przebrała. Jeśli istotnie nie było to Twoim zamiarem, może powinieneś przyjrzeć się retoryce i stylistyce swoich wypowiedzi i przemyśleć ją.

 

 

@Darcon

Ale to nie jest Twoje najlepsze opowiadanie

A ja je uważam za jedno ze zdecydowanie najlepszych… De gustibus ;)

Skądinąd jestem bardzo ciekawa, które uważasz za najlepsze. Naprawdę ciekawa.

http://altronapoleone.home.blog

A to nietrudno zgadnąć. Te same, które docenili, też inni na forum.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ech, a to są te, które ja uważam za najbardziej “zwyczajne” i może nie, że najsłabsze, ale najmniej ciekawe literacko :(

http://altronapoleone.home.blog

Gdyby nie urwany koniec, który zresztą zauważyło kilka osób (dla mnie wręcz okrutnie), całkiem możliwe, że opowiadanie mogłoby być jednym z najlepszych.

Chyba wiem, co masz na myśli pisząc “ciekawe literacko”, ale wolę wyjaśnienie usłyszeć od Ciebie.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Poukładane ;) “Jeśli wykluczysz możliwe” (które wygrało konkurs Sherlockonowy, ale tam bardziej liczyło się wykorzystanie postaci) wrzuciłam, jak mnie zezłościł uwagami o pokrętnej fabule Cień Burzy. To był eksperyment, czy coś, co jest prosto od A do Z, dostanie piórko i bingo, dostało.

A ja wolę przemieszania planów chronologicznych (”Noir”, “Fundament imperium”, “Mysterium cosmographicum”, “Kroki Komandora”, ostatnio “Los caprichos”), bo tam poza opowiadaniem historyjki również piszę formę, wzajemne powiązania kawałków itd. Do najlepszych, oprócz “Zimy”, sama zaliczyłabym pewnie “Mysterium…” (wygrało Retrowizje, do nominacji piórkowej brakło mu jednego głosu, o co pieklił się Staruch, ale wrzucałam w ostatnim dniu miesiąca, bo inaczej nie dałam rady – pisałam je w rekordowym tempie tuż po wyjściu ze szpitala) oraz niepublikowane tu jeszcze “Antonia chce spać” z zeszłorocznej Creatio Fantastica – jest link na mojej stronie, a jak minie roczna karencja, to wrzucę i tu.

http://altronapoleone.home.blog

Nie, myślałem o czymś innym, researchu, skomplikowaniu fabuły itd. Lubię retrospekcję, mieszanie planów itp. W moim przypadku to nie miało wpływu. Zresztą opowiadanie jest dobre, ciężko mówić u Ciebie, że któreś jest słabsze. Powyższe to dobry początek powieści, i pewnie taką bym przeczytał.

Jeśli chodzi o “Jeśli”, to tak, najchętniej przeczytałbym zbiór opowiadań z detektywem. Cały czas powtarzam, po kimś zresztą, że sztuką jest pisać prosto o rzeczach ciekawych, ważnych i emocjonalnych. Jak widać, to nadal się sprawdza: czy coś, co jest prosto od A do Z, dostanie piórko i bingo, dostało.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Jeśli chodzi o “Jeśli”, to tak, najchętniej przeczytałbym zbiór opowiadań z detektywem.

Się robi :) Miał wyjść w Fantazmatach już w tym roku, ale mamy opóźnienie przez moje zeszłoroczne problemy medyczne.

http://altronapoleone.home.blog

A dlaczego nie jako książka, na papierze? Czy taka publikacja nie “spali” opowiadań do takiego wydania?

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Z niestety dość prostego powodu: w tej chwili nikt “papierowy” (solidny, poważny) nie wyda zbioru opowiadań osoby, która nie ma pozycji Piekary, Dukaja czy Brzezińskiej, by wziąć różnorodne przykłady. Opowiadania się słabo sprzedają, nawet jeśli masz nazwisko. Fantazmaty dają rzecz niezwykle ważną: porządną redakcję i wysoki poziom wydania, a obecnie też całkiem sporo promocji. Na papierze pewnie by wydała Alegoria, bo sami mi proponowali, ale wolę Fantazmaty. Mój wydawca (Galeria Książki) powieść weźmie, ale opowiadań to już nie bardzo. Może za jakiś czas. W Fantazmatach możesz zamówić papier, a to będzie tom autorski, nie kolejne rzeczy w antologiach.

http://altronapoleone.home.blog

Twoje opowiadania są inne. Pojawiają się w nich coraz to nowe koncepty i ujęcia tematów. Cały czas testujesz, eksperymentujesz z konstrukcją i sposobem opowiadania.

Z wypiekami na twarzy śledziłam dyskusję wokół opowiadania na weird i teraz, z większymi plackami, wokół „Zimy”. 

Komentarz na weird leży, gdyż nie chciałam dokładać do rozmowy swojego komentarza. Tu, zyskałam już chyba coś w rodzaju mojej pewności, znaczy czytelniczej. Podążaj swoją drogą. A ja będę bardzo mocno zaciskała kciuki. xd

Zrozumiałam koncept/ideę po przeczytaniu, lecz silniej wybrzmiała przez wyjaśnienia Twoje wespół z Tarniną (wspaniale, że się włączyła, gdyż ja – chichrają się ze mnie czasami – patrzę i nie widzę, gdy się zafiksuję). Opowieść jest bardzo silna w klimacie i przekazie, niesztampowa. 

Nie umiem jej przyporządkować do gatunku, rodzaju. Trochę realizm magiczny, ale bardziej realizm, przez wierność detalu, w każdym szczególe i hołd oddany historii, do czego już przywykłam i czego się spodziewam po każdym Twoim opowiadaniu. A opisane jest magicznie, tekst jest magiczny, główny wątek jest taki. 

Tekst zdecydowanie papierowy, drukowalny i warty zamieszczenia w zbiorze opowiadań. Myślę o zbiorze tylko Twoich opowiadań.

Też zgłaszam do piórka, bo już bardzo czas – muszę poczekać jeszcze dwa dni.

Cały czas zastanawiałam się, czy czegoś mi brakuje i nie myślę tu o piórku, bo ono bezdyskusyjnie – tak, lecz z czytelniczego punktu widzenia. Jednak dochodzę do wniosku, że nic. Pewnie, że chciałabym dłuższej historii, ponieważ bardzo mnie wciągnęła, ale po drugim przeczytaniu nic bym w niej nie zmieniła, dodała. Stało się, wysyciło. Jest w punkt, reszta to – moim zdaniem – preferencje, gusta i głównie przyzwyczajenie do fabuł prowadzonych w najbardziej preferowany przez creative writing sposób.

Pozostań sobą, Drakaino.

 

PS. Dotyczy dyskusji, gdybym miała rekomendować jakieś wykłady, przemyślenia dotyczące pisania, pewnie byłyby to przemyślenia niekoniecznie współczesnych pisarzy Llosa, Borges (Rzemiosło poezji: Wykłady fundacji Charlesa Eliota Nortona, 1967-1968), skoncentrowane na pięknie i odczuwaniu, a nie na warsztacie linearnym. Dla mnie to w gruncie rzeczy hałas, warsztat jest podstawą, ale nie zawiera w sobie przepisu na dobre opowiadanie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Realizm magiczny… Tak! Za rzadko używam tego określenia, a w sumie do części tego, co piszę, pasuje lepiej od każdego innego :)

 

skoncentrowane na pięknie i odczuwaniu, a nie na warsztacie linearnym

Tak, właśnie, tak :)

http://altronapoleone.home.blog

Rzeczywiście mamy tutaj opowiadanie baśniowe, nastrojowe, w którym Autorka zdecydowanie postawiła na klimat i ledwo uchwytną grozę. Trudno doszukiwać się w takim tekście dynamicznej akcji, rozwoju postaci, zaskakujących zwrotów czy jakieś zagadki do rozwiązania. Bohaterowie są bierni i raczej ulegają wydarzeniom, niż na nie wpływają. Domyślam się, że ta ich bierność wynika poniekąd z bezsilności wobec nieznanej siły/mocy Zimna/Zimy/"Królowej Śniegu”, ale trochę to kłuje w oczy. Także czytelnik równie biernie przygląda się opowiadanej historii, która pojawia/zaczyna się wśród mrozów, przesuwa przed jego oczami i wreszcie znika w zaspach lub jak miraż razem z domem Marianny.

Dlatego, mimo że rozumiem punkt widzenia Autorki i jej linię „obrony”, to muszę zarazem przyznać, że jednak trochę racji ma Wisielec, kiedy marudzi m.in. (chyba) na brak wyraźnej motywacji postaci, brak solidnego „kręgosłupa fabularnego” i wyraźniejszej odpowiedzi/puenty w finale (od razu zaznaczę jednak, że samo zakończenie jest moim zdaniem udane i pomysłowe. Niczym miasteczko Silent Hill dworek znika z naszego świata. Być może przysypany śniegiem, ale raczej wchłonięty przez tajemniczą siłę, porwany poza naszą rzeczywistość). Oczywiście zdaję sobie zarazem sprawę, że odbiór „Zimy” to kwestia gustu i upodobań literackich oraz oczekiwań wobec lektury.

Wiem, Drakaino, że uważasz ten tekst za jeden ze swoich najlepszych i napisałaś go dokładnie tak, jak chciałaś napisać. Jest zatem ulotnie, niespiesznie, bez wyjaśnień, tajemniczo, ze stylizacją na opowieść z epoki. To Ci się udało. Ale zarazem opowiadanie pozostaje jakby ledwie obrazkiem (a raczej dwoma dosyć standardowo zaprezentowanymi obrazkami: dworek i wojenna Rosja), krótką i prostą opowieścią, której bohaterowie nie działają, tylko ulegają, a mróz studzi nie tylko akcję, ale i w dużym stopniu emocje (co w tekście o tragicznych miłościach i poniekąd damsko-męskich uczuciach jest jednak wadą). Dlaczego nazywam historię prostą? Otóż pomijając zabiegi z dwutorową narracją, z której jedna jest bezpośrednią retrospekcją wcześniejszych wydarzeń, prowadzących do „śmierci” Alexandre, to jednak mamy tutaj przede wszystkim spotkanie dwójki bohaterów, z których każde szuka/wyczekuje kogoś innego, krótkie próby doprowadzenia porucznika do lepszego stanu (oczywiście nieskuteczne), wizytę ciotki i zakończenie, w którym Zima ogarnia okolicę i serca bohaterów (być może to wpływ obecności mroźnego zombie), łączących się ze sobą niejako w zastępstwie prawdziwych ukochanych, którzy są nieosiągalni (Julie gdzieś daleko, narzeczony prawdopodobnie nie żyje). Jeśli więc dobrze zrozumiałem, Marianna (właściwie skazana na śmierć z zimna i samotna w odciętym od świata dworku) dosyć bezwolnie decyduje się na symboliczne „poślubienie” Alexandre i poddanie mocy mroźnej siły, która podtrzymuje swoje „ofiary” w stanie magicznego „nieżycia” i finalnie „porywa” wraz z całym domem w nieznane. Dla niej (Marianny) to swoiste “ocalenie”, a dla ich obojga to pewne “zastępstwo”, zbawienna ale oszukańcza namiastka niespełnionych miłości rozdartych przez wojnę i zimę. 

Przyznaję, że jak zwykle bardzo zręcznie splatasz opowieść historyczną (umiejętnie posiłkując się pamiętnikami z epoki) z… realizmem magicznym (niech Wam będzie), baśnią dla dorosłych i tym swoim czymś Niesamowitym. Kiedy jednak dostajemy Tajemnicę zamiast Zagadki, bierne ofiary nieznanej mocy w miejsce bohaterów przeciwstawiających się tej sile, a zamiast wielkich wzruszeń (brrr) i rozrywającej serce miłości, wzdychającą z tęsknoty za nieznanym czytelnikowi narzeczonym klasyczną panienkę z dworku oraz zamrożonego porucznika, który niewiele czuje poza zimnem, to pozostaje nam tylko podziwianie opisów zimy, docenianie wierności historycznej i niepokojącej, chłodnej atmosfery. Trudno się zaangażować w losy postaci i historię opowiadaną jakby zza tumanów śniegu i z takim chłodnym dystansem i z tak wyrachowanym spokojem.

Mam przy tym jednak wrażenie, że wcale nie chciałaś nam opowiedzieć żadnej złożonej fabuły, nie chciałaś nas niczym zaskoczyć (bo same scenki i lokalizacje są dosyć klasyczne, podobnie jak klasyczna jest obsada tej opowieści), ani przestraszyć i wzruszyć, tylko pokazać nieco filmowy obrazek z epoki, zanurzony w baśniowym klimacie i doprawiony szczyptą grozy. Fajnie, że czujemy tę tajemnicę, że zastanawiamy się co się stało z bohaterami w finale i dlaczego, że pod koniec odczuwamy wyraźnie i zimne liźnięcie śmierci, albo raczej obcej, obojętnej siły, która zabiera bez słowa i bez litości. Ale jednocześnie trochę nas to omija i ziębi, bo za bardzo się do nich nie przywiązaliśmy, jakby nie byli zbyt żywi już na początku tej historii. Być może z powodu swojego braku wyrazistości i poniekąd oryginalności? Albo zwyczajnie z powodu małej objętości tekstu? Bo tam, gdzie mogłaś pogłębić nasze relacje z Alexandre wolałaś opisy historyczne, a tam, gdzie mogła do nas mocniej przemówić Marianna, czytamy o ciotce i dwunastoletnim bracie w Krakowie. Bo w tej kameralnej opowieści, rozgrywającej się między dwójką bohaterów jest jakby za mało ich wzajemnej interakcji. Ona klasycznie wzdycha do nieobecnego narzeczonego, on głównie marznie, coś tam wspomina własną narzeczoną i zupełnie nie rozumie co się z nim stało. Oboje łączy specyficzna więź nieopatrznie lub celowo wywołana prawdopodobnie przez mroźną siłę, ale tej więzi za bardzo nie widać w fabule.

Dodam jeszcze, że podczas lektury miałem odległe skojarzenia nie tylko z „Wierną rzeką” Żeromskiego czy baśniami i starymi filmami (np. o zimowej klęsce Napoleona w Rosji, tytułu nie pamiętam), ale też z horrorem „Inni". Tam również mieliśmy dom odcięty (w filmie zaświatową mgłą, u Ciebie śniegiem) od świata (przynajmniej dla jego ……. lokatorów, żeby nie spoilerować), w którym mieszkała ze służbą kobieta, wyczekująca męża (u Ciebie narzeczonego, zamiast którego pojawia się inny mężczyzna). A i ów mąż zagubiony (i martwy) na wojnie, nieco mi przypominał Twojego mroźnego i zagubionego w półżyciu „zombie” porucznika, który zabłąkał się pod niewłaściwy adres.

Od strony technicznej niewiele można opowiadaniu zarzucić. Tekst dopracowany, redagowany, publikowany, doceniany, nagradzany itd. Ja mam tylko kilka subiektywnych uwag, których zupełnie nie musisz brać sobie do serca. Otóż w mojej opinii niektóre zdania są niezbyt gładki i płynne. Jakbyś ponad melodyjność (nazwijmy to tak umownie) i płynność tekstu przedkładała dbałość o detale (np. historyczne) i informacyjny charakter opisu. Niektóre z tych zdań można by „oczyścić” z niepotrzebnych słów zapychaczy (np. zapewne, skoro, wręcz itp.). Poza tym, jak na tak krótki tekst podajesz za wiele zupełnie zbędnych czytelnikowi informacji, typu wiek rodzeństwa, wiek Jadwisi itp. A jeśli już koniecznie chcesz zaznaczyć, że służka miała lat czterdzieści, bo na przykład chciałaś w ten sposób podkreślić, że jej późniejsza śmierć nie wynikała z wieku tylko z zimna, to zawsze lepiej ten wiek podać opisowo niż bezpośrednio (jeszcze nie stara twarz, kobieta już nie młoda, w średnim wieku itp.).

Podsumowując, jestem na NIE. Tekst jest bardzo sprawnie napisany, nastrojowy. Spodobał się, ale żadnym z elementów składowych mnie nie ZACHWYCIŁ. Nie mówię nawet o owym efekcie WOW tylko o zwykłym zachwycie. Wszystko jest dobre lub bardzo dobre, ale… Nie emocjonuje mnie dosyć prosta (nieco romansowa) fabuła, nie zdumiewa i nie porywa swoim konceptem i oryginalnością pomysł, nie ciągną tekstu jacyś pełnokrwiści i wyraziści bohaterowie, nie ma tu wstrząsającej puenty, jakiegoś dramatu chwytającego za gardło. Klimat oczywiście jest, głównie smutku, tęsknoty i nostalgii, ale też nie ma w nim niestety wielkiego niepokoju, malowniczości opisów, rozpasanej wyobraźni, grozy, czegoś, czego jeszcze nie poczułem jako czytelnik gdzie indziej.

Oczywiście możesz na to odpowiedzieć, że właśnie taki miał być Twój tekst, pozbawiony wielu wymienionych wcześniej elementów, i ja to zrozumiem. Ale to, co zostało i znalazło się w tekście akurat w przypadku tego czytelnika najwidoczniej nie zadziałało wystarczająco. Dla mnie osobiście TAK należał się „Los Caprichos”, gdzie stworzyłaś naprawdę gęsty i odczuwalny klimat oraz świat przepełniony symboliką. W przypadku „Zimy” papier jest zasłużony i niepodlegający dyskusji, ale nie wszystko, co na papierze z miejsca zasługuje imo na piórko. Co potwierdzają na przykład moje niedawne NIE dla drukowanych tekstów Funa czy Naz.

 

Kilka drobnych przykładów ilustrujących moje insynuacje ;) techniczne:

 

Zerknęła w stronę domu: rękawiczki leżały na komodzie, ale nie miała czasu po nie wracać, skoro tam, w sadzie, mógł czekać ktoś z jej bliskich.

 

Zerknęła w stronę domu: rękawiczki leżały na komodzie, ale nie miała czasu po nie wracać. Tam, w sadzie, mógł czekać ktoś z jej bliskich.

 

Jego twarz była nienaturalnie wręcz blada, ale pierś unosiła się lekko z każdym oddechem, co upewniało Mariannę, że podopieczny żyje.

 

Jego twarz była nienaturalnie blada, ale pierś unosiła się lekko, co upewniało Mariannę, że podopieczny żyje.

 

Odkąd zarówno starszy brat, jak i narzeczony wyjechali z wojskiem, a ojciec po Nowym Roku udał się do dalekiej Warszawy, to ona zarządzała domem. Matka zmarła cztery lata temu po urodzeniu ostatniego z dzieci, które pożyło zaledwie kilka dni. Młodszy brat, dwunastolatek, uczył się w Krakowie.

– po co nam te wszystkie szczegółowe informacje w tak krótkim tekście? 

 

– No, moja panno! – Starszawa dama spoglądała krytycznie na Jadwisię, czterdziestoletnią służącą, która otrzepywała jej płaszcz ze śniegu.

– po co nam tutaj wiek służącej?

 

Przyjmujesz po nocy pod dach nieznajomych mężczyzn?

– po nocy pod dach, jakby nieco zbyt wiele w tym zdaniu.

 

– Doktora tu trzeba, ani chybi – oznajmiła w końcu głośno pani Górecka, zanim jeszcze jej siostrzenica, która po drodze wydała polecenia Jadwisi, zdążyła wrócić do rannego. – Bo ja nic z tego nie rozumiem.

– zdanie przeciągnięte imo niepotrzebnie przez tę wstawkę o poleceniach dla Jadwisi. Może:

 

– Doktora tu trzeba, ani chybi – oznajmiła w końcu głośno pani Górecka, zanim jeszcze jej siostrzenica zdążyła wrócić do rannego. – Bo ja nic z tego nie rozumiem. 

 

Miała wrażenie, że ogień przygasa; trzeba będzie powiedzieć Piotrowi, żeby przyniósł więcej opału z drewutni, skoro mają dodatkowe pomieszczenie do ogrzania.

– nadmiar informacji rozbudowuje zdanie niepotrzebnie. Po co ta drewutnia (żeby dla efektu użyć słowa z epoki?)? Po co to dodatkowe pomieszczenie do ogrzania, przecież to wynika z lektury.

 

W bucikach o cienkiej podeszwie z trudem poruszała się nawet po ścieżce prowadzącej do sadu. Widziała to, co zapewne sprawiło, że stajenny wziął skulonego pod drzewem człowieka za widmo: błękitno-szarą poświatę, mgiełkę unoszącą się wokół cienia, ciemniejszego niż otaczający go mrok. – wywaliłbym i to nawet i zapewne. 

 

W bucikach o cienkiej podeszwie z trudem poruszała się po ścieżce prowadzącej do sadu. Domyślała się już, co sprawiło, że stajenny wziął skulonego pod drzewem człowieka za widmo: błękitno-szara poświata, mgiełka unoszącą się wokół cienia, ciemniejszego niż otaczający go mrok.

 

 

Nabył go w pierwszych dniach pobytu w Moskwie od żydowskiego kupca, który służył Francuzom za przewodnika, kiedy usiłowali powstrzymać pożary wzniecane wśród drewnianej zabudowy miasta.

– nadmiar informacji, pal licho te pierwsze dni pobytu, ale po co to: który służył Francuzom za przewodnika i jeszcze drewnianej zabudowy? To nie ma żadnego znaczenia dla fabuły. Zamiast takich detali wolałbym więcej poczytać o jego miłości do Julie, bo to przecież motywuje Alexandre i jest bardziej istotne w tej historii.

 

Musiała przysnąć podczas czuwania, ponieważ kiedy otworzyła oczy, za oknem ujrzała słabe zimowe światło poranka, a z ganku dochodził niedający się z niczym pomylić głos Klementyny Góreckiej.

– kolejne przeciągnięte zdanie. Słabe zimowe światło poranka, niedający się z niczym pomylić głos. Tak na marginesie pytanie – z czym niby możnaby pomylić ten głos? Z ujadaniem psa czy rąbaniem drewna? 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Witaj, Marasie.

 

napisałaś go dokładnie tak, jak chciałaś napisać

Tak, to jeden z tych tekstów, gdzie wszystko jest przemyślane i jakkolwiek z częścią uwag stylistyczno-technicznych mogę się zgodzić (tekst redakcji aż takiej jak w Fantazmatach nie przeszedł), tak z argumentami natury ogólniejszej nadal zgadzać się nie będę, ponieważ w tym tekście nie chodzi ani o fabułę, ani tak naprawdę o relację między bohaterami (choć zarazem w tym, jak Marianna dotyka przedmiotów związanych z Alexandre’em starałam się ująć pewien dziwaczny rodzaj zmysłowości). Zastanawia mnie natomiast, do kogo ten tekst, jaki jest, trafia, a do kogo nie, bo nie znajduję prostego wspólnego mianownika dla żadnej z grup. Jakkolwiek tu na portalu wśród osób usatysfakcjonowanych zdecydowanie przeważają panie, tak we wszystkich jurach byli wyłącznie panowie…

Najbardziej fundamentalnie nie zgadzam się zaś z kwestią motywacji, ponieważ jak dla mnie jest ona absolutnie wystarczająca, choć może nie stereotypowa, nie dramatyczna, nie “męska”.

 

W sumie jednakowoż zrozumiałeś z tekstu bardzo dużo, może nawet więcej z autorskich intencji niż ktokolwiek inny. Niemniej jakkolwiek zwróciłeś (chyba jako jedyny) uwagę na jeden dość istotny element (aczkolwiek niekonieczny do odbioru), też poległeś w konfrontacji z nim, co pewnie jest moją winą ;) Mianowicie ta kwestia szczegółów: że dowiadujemy się, ile lat ma braciszek, co robił Alexandre w Moskwie itd., to, co Cię uwiera jako niepotrzebne. A to jest zaplanowane: “na zewnątrz” są szczegóły, jest prawdziwe życie, w którym takie właśnie rzeczy są ważne. Chwilowo nawet ważniejsze niż relacja z zostawioną daleko narzeczoną (ja osobiście nie widzę potrzeby pogłębiania relacji A. z Julie) – dlatego on nie może znaleźć jej portreciku, kiedy zaczyna zamarzać, choć ma go w torbie. A w miarę jak “zimno” postępuje, szczegóły się zamazują, ludzie znikają, wszystko przestaje się liczyć. Kontrast między szczegółowością tego, co “przed pocałunkiem lodowej pani” i zanikaniem szczegółów później (choć jest to rozrzucone po tekście) jest zamierzony.

 

I jeszcze jedna rzecz, którą sobie uświadomiłam dopiero teraz. Czytelnicy tutaj biorą powszechnie lodową panią za jakąś Białą Czarownicę z Narnii czy Królową Śniegu z Andersena, podczas gdy ona nie jest zła. Ona jest poza dobrem i złem, ratuje swoich wybranych w równym stopniu, co ich gubi. Alexandre przeniósł jej pocałunek dalej, bo się wyrwał z jej uścisku – ale zima zaczęła się od niego rozchodzić dopiero kiedy trafił na swoją “drugą połówkę” i zatrzymał się.

 

Klimat oczywiście jest, głównie smutku, tęsknoty i nostalgii, ale też nie ma w nim niestety wielkiego niepokoju, malowniczości opisów, rozpasanej wyobraźni, grozy

Bo tu miał być klimat smutku i nostalgii, a nie to wszystko inne. Osobiście uważam, że gdyby to się tu znalazło, tekst straciłby wszystko, czym stoi, a ponieważ dostatecznie wielu recenzentów doceniało właśnie ten klimat, zakładam, że do jakiejś części czytelników to właśnie trafiło – i gdyby była groza, niepokój czy rozbuchane opisy – być może oni poczuliby się zawiedzeni. Tekst miał być wyciszony, pozbawiony kolorów, skupiony głównie tak naprawdę na zmyśle dotyku, tak jakby wszystko było za śnieżną mgiełką – śnieg jest przecież bezszelestny. Trafnie to ująłeś: “historię opowiadaną jakby zza tumanów śniegu i z takim chłodnym dystansem i z tak wyrachowanym spokojem”. To jest dokładnie ten efekt, który chciałam mieć, bo z tym kojarzy mi się martwota zimy.

 

Jeśli więc dobrze zrozumiałem, Marianna (…) dosyć bezwolnie decyduje się na symboliczne „poślubienie” Alexandre i poddanie mocy mroźnej siły

Nie, ona to robi całkowicie świadomie :) Mogłaby próbować uciekać, mogłaby po prostu umrzeć, jak służąca, ale decyduje się coś zrobić. Czy decyzja o poddaniu się tej niezrozumiałej sile po to, by ją powstrzymać, naprawdę jest mniej dramatyczna niż próba walki? Która nic by nie dała?

 

Dla mnie osobiście TAK należał się „Los Caprichos”,

Mam wrażenie, że w tamtym konkursie przeczytaliśmy wzajemnie swoje opowiadania za późno :(

http://altronapoleone.home.blog

No to jeszcze raz :)

Zacznę od tego, że dla mnie to nie jest horror. Przy horrorze czuję, jak mi ciarki po plecach przechodzą, mam ochotę rzucić tekstem w diabła, a jednocześnie nie mogę przestać. Tu takiego wrażenia nie miałam. Mam też wątpliwości, czy jest to weird, jak dla mnie za mało zakręcone. Najbardziej przypomina mi mocno pesymistyczny realizm magiczny, taki w stylu Marqueza.

Masz tu dwa splecione ze sobą motywy, a właściwie trzy, wliczając w to ten, o którym pisałam w poprzednim komentarzu. Choć zdaję sobie sprawę, że on to tu jest akurat najmniej ważny.

Pierwszy to motyw Mariann i jej magiczno-życzeniowego myślenia. Magiczne, bo gdzieś u podstaw jej zachowania jest takie przekonanie, że jeśli ona pomoże nieznajomemu, to gdzieś tam jakaś obca kobieta pomoże jej mężczyznom, a życzeniowe, bo za tym idzie przekonanie, że kobiety wzajemnie sobie pomogą, że jeśli jej Jasiek będzie ranny i znajdzie go jakaś kobieta (bez względu na to, z której strony konfliktu), to nie wpakuje mu noża w bebechy, a opatrzy. To taka bardzo kobieca forma targowania się z Bogiem, czy z losem jeśli ktoś woli. No, bo przecież jeśli zrobię coś dobrego, to powinno to w jakiś sposób do mnie wrócić.

Patrząc z takiego punktu widzenia zachowanie Marianny jest logiczne, a jej motywacja zrozumiała. I – odnosząc się do Twojej dyskusji z Wisielcem – ciotka na zakończenie odpada, bo mogłaby jedynie przyjechać, pokiwać głową i smutno pomyśleć: A więc tak się to skończyło. Bo, biorąc pod uwagę, że jesteśmy w świecie realizmu magicznego, ciotka wiedziała, że takie targowanie się z losem dobrze się skończyć nie może. W końcu Marianna nie była ani pierwsza, ani ostatnia. A pomóc ciotka nie mogła, bo to zawsze jest przeznaczenie konkretnej kobiety.

Historia Alexandra przypomina mi baśń o Królowej śniegu. Tyle że Ty zerwałaś jej te moralizatorskie łaszki, w które ubrał ją Andersen. U ciebie ona po prostu jest, jaka jest. Robi to, co robi nie dlatego, że jest zła, ale dlatego, że taka jej natura. Kto wie, może potrzebuje ciepła ludzkich ciał do przeżycie, ale to jest z punktu widzenia tej opowieści nieistotne. Nawet próbuje w jakiś wypaczony sposób dać swoim wybrańcom iluzję szczęścia. Stąd Alexander dostaje z powrotem portret narzeczonej, a nawet dziewczynę do kompletu.

Swoją drogą portrecik wydaje mi się kobiecym elementem w męskiej części historii. Królowa śniegu dopadła Alexandra, kiedy zorientował się, że go nie ma. Tak, jakby ten portret go chronił. Magiczno-życzeniowe myślenie tym razem Julii nie mogło mu uratować życia, ale mogło chronić go przed Zimą. To, IMO, pokazuje, że w Twoim świecie w tym myśleniu jest siła.

I właśnie to sprawiło, że trochę poczułam się zawiedziona zakończeniem, a ściślej mówiąc zakończeniem historii tej dwójki nie opka. Bo Marianna pod koniec jest straszliwie bierna. O ile rozumiem bierność Alexandra, on już swoją walkę przegrał. Nie jestem do końca pewna, czy proponując Mariannie ślub, widzi w niej Julię, czy też przemawia przez niego Królowa śniegu, ale na pewno nie jest sobą. Natomiast Marianna wciąż tkwi w rzeczywistości i widzi obcego mężczyznę, a przynajmniej wie, że to nie jej narzeczony. Wizję i szepty, które słyszy można interpretować w różny sposób: ktoś, kogo kochasz ocaleje, albo ktoś, kogo kochasz i tak już nie żyje. W tym drugim przypadku może jej być egal. Jednak skoro w tym kobiecym sposobie myślenia i działania jest siła, to trochę mi tu brakuje jakiejś próby targowania się z Zimą, albo choćby iskierki buntu. Marianna przypomina mi cielątko, idące potulnie na rzeź. I powiem szczerze, że takich cielątek w literaturze nie lubię. Mam wrażenie, że w zakończeniu wygrała baśń o Królowej śniegu, a kobiecy wątek trochę poszedł w odstawkę.

Reasumując, podobało mi się. Pięknie splotłaś te dwa główne motywy. Wyszła Ci niezwykle klimatyczna historia z niezwykłymi opisami powrotu żołnierzy z Rosji. I tu widać, słychać i czuć, że wiesz, o czym piszesz. Niewątpliwie jest to opko z Twojej wymarzonej wyższej półki bibliotecznej. Czy piórkowe? Mam tak pół na pół, a w takich sytuacjach w ostatecznym rachunku zawsze decyduje to, co komu w duszy gra. To jest bardzo dobry tekst, ale, psiakostka, to cielątko na koniec…

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Ech, chyba muszę nauczyć się pisać bardziej łopatologicznie (tylko, kurczę, nie chcę, mimo że za dwie najbardziej prosto opowiedziane historyjki piórka dostałam) ;) Marianna świadomie i czynnie rzuca Zimie wyzwanie, choć zarazem postanawia sama odejść, bo nie ma już nic dla niej w tym realnym świecie. Nie ma w niej nic z cielątkowatości: jest świadoma decyzja o ratowaniu świata i zarazem zmianie własnego życia, choć ona chyba nie do końca rozumie, co się z nimi stanie (założenie jest takie, że nikt nie rozumie). Oraz: jak już pisałam Marasowi, nikt chyba nie zauważył, choć to akurat jest dość łopatologiczne, że lodowa pani nie jest Królową Śniegu ani Białą Czarownicą. Ona nie ma złych intencji wobec ludzi, jest poniekąd poza takimi kategoriami, a w sumie wręcz przeciwnie: na swój sposób ratuje tych, których wybrała (powtarzająca się fraza “nie umrzesz“). Tylko Alexandre ucieka i dlatego zanosi ten pocałunek dalej – to nie jest plan Zimy podboju świata.

Co do portreciku – trochę tak, jak piszesz, dla mnie to, że on go nie znajduje, to jednak raczej symbol tego, że dawne życie już nie wróci, bo on jest umierający. I oczywiście wtedy przychodzi ratunek od lodowej pani.

 

Zacznę od tego, że dla mnie to nie jest horror.

Z tak mocnym otwarciem komentarza poczułam się jednak trochę nie tego, ponieważ nigdy i nigdzie nie twierdziłam, że to horror (są tagi “inne” i “realizm magiczny” – ten ostatni zresztą pod wpływem komentarzy). Horrorem nazwał tekst wyłącznie Wilk, więc polemizować można z nim w tym względzie, a “metafizyczny horror” Tarniny (z którym mogę się zgodzić) to nie “horror” gatunkowy, tylko kategoria wewnątrztekstowa i być może to metaphysical horror należałoby przełożyć jako “metafizyczną grozę”?

http://altronapoleone.home.blog

być może to metaphysical horror należałoby przełożyć jako “metafizyczną grozę”?

W sumie można by.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Kiedy Alexandre pojawił się w domu Marianny i ciepło pomieszczeń tudzież łóżka i pierzyn nie poprawiło mu samopoczucia, pomyślałam, że żywy to on raczej nie jest. A kiedy nijak i niczym nie można było go ogrzać, ani nawet żurem rozgrzać, upewniłam się w tym mniemaniu, zwłaszcza że jego „dolegliwość” zaczęła udzielać się pozostałym postaciom opowiadania.

Wszystko to ładnie opowiedziane, z nader umiejętnym wykorzystaniem epizodów z odwrotu wojsk francuskich spod Moskwy i wpleceniem pierwiastka, powiedziałabym, baśniowego, za sprawą którego chłód ciągle potężnieje, staje się wręcz namacalny, mąci zmysły jeszcze żyjących i zmienia rzeczywistość.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za przywrócenie mi wiary w to, że da się odczytać autorskie intencje w tym opowiadaniu :)

http://altronapoleone.home.blog

Ależ, Drakaino, aż mi się nie chce wierzyć, że coś mogło zachwiać Twoją wiarą we własne zamierzenia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Słusznie mi poleciłaś ten tekst, @drakaina, bardzo mi przypadł do gustu. Czytałem go niestety na raty, ze względu na brak czasu, więc całe to subtelne budowanie emocji mi się gdzieś rozbijało i musiałem do klimatu wracać – ale jednak i tak mnie trafiło. Cóż tu dużo mówić: piękne opowiadanie.

Nowa Fantastyka