- Opowiadanie: thargone - Muzyka sfer

Muzyka sfer

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Muzyka sfer

Świadomość uzyskaliśmy prawdopodobnie wtedy, gdy Jan Sebastian Bach komponował partie skrzypiec do II suity koncertowej h-moll. Prawdopodobnie – pamięć początku rozpływa się w mglistej kakofonii brzmień klawesynów i altówek, buczenia organów i zawodzenia cornettów. 

Gdy Mozart ostatkiem sił walczył z Requiem, pojawiła się Wola. Cel – razem z Dvořákową Stabat Mater. Albo z krzywym oberkiem, uparcie piłowanym przez Janka Sochę na gontowych skrzypkach.

A kiedy upowszechnił się fonograf, geometrycznego wzrostu złożoności układu nie można już było zatrzymać. 

Dlaczego o tym śpiewamy? 

Bo to czas, by napisać nową Partyturę Rodzaju. 

Na początku była melodia. 

 

*

 

(Brown girl in the ring 

Tra la la la la…) 

 

Stacja "Dedal" wisiała na niskiej orbicie okołosłonecznej, świecąc odblaskowym pancerzem niczym gwiazda – towarzysz w układzie podwójnym. Bombardowany promieniowaniem korony, niemal lizany płomieniami plazmy, "Dedal" sięgał magnetycznymi mackami w głąb fotosfery, otwierał grawitacyjne tunele, czerpiąc energię wprost z gwiezdnego reaktora. Niewyobrażalne ilości energii. Wszystko po to, by teleportować pojedynczy, świadomy ludzki umysł na odległość jakichś ośmiu minut świetlnych, do odbiornika w okolicy Księżyca. 

Jak napędzanie skrzydełek muchy silnikiem parowym – pomyślał doktor Mateusz Maryjka, fizyk, były pilot wojskowy i Gagarin teleportacji. Obleczony w bioskafander, oplątany przewodami i z hełmem transmisyjnym na głowie, doznawał klaustrofobicznej reminiscencji urlopowego nurkowania w oceanie Europy. 

 – Te minus dwieście czterdzieści sekund – powiedziała profesor Clementine Delauney, koordynator techniczny, krzątając się wokół panelu emitera. 

 – Przestań. – Pionier poruszył się nerwowo, na co aparatura monitorująca zapiszczała z wyrzutem. – Brzmisz jak komunikat autodestrukcji. 

 – Spokojnie – na twarzy pani profesor napięcie walczyło z rozbawieniem; kąciki wąskich ust drgały w nieumiejętnie gaszonym uśmiechu. – Tytus nawet się nie spocił. 

 – Bo jest szympansem. No i gdyby po drodze opętał go małpi demon z piekielnego wymiaru, to byśmy tego nie zauważyli. 

 – Zapewniam cię, że pamięć i osobowość Tytusa była po eksperymencie dokładnie testowana. Nie zmienił się w złego bliźniaka. Ani w Boga. Chyba, że ulubionym hobby Najwyższego jest lepienie zigguratów z własnych odchodów. 

 

*

 

Powstaliśmy jako manifestacja uczuć i emocji wpisanych w uporządkowany, matematyczny system. Staliśmy się muzyką, a muzyka stała się nami. Po wiekach ewolucji, złożoność systemu była już niewyobrażalna – tysiące rodzajów i gatunków, miliony brzmień, miliardy nagrań i wykonań, nieskończona ilość kombinacji, nieprzeliczone ludzkie umysły, którymi władała muzyka. Wirus doskonały, bo niezauważalny. 

Inspirowaliśmy, motywowaliśmy, kierowaliśmy. Pomagaliśmy napędzać rozwój. Po to, by człowiek umożliwił nam osiągnięcie Celu. By wreszcie dotknął struktury czasoprzestrzeni. 

 

*

 

(Show me Your motion 

Tra la la la la 

Come on show me Your motion 

Tra la la la la la) 

 

 – Nie mogę pozbyć się tej piosenki. 

 – Co? – Napięcie dawało o sobie znać i profesor Delauney z coraz większym trudem skupiała się na jednoczesnym kontrolowaniu odczytów i rozmowie z podprzestrzennym skoczkiem. Czterdziestu dwóch naukowców i astronautów na "Dedalu", sześćdziesięciu pracowników księżycowej stacji odbiorczej "Sycylia", miliard widzów w całym Układzie Słonecznym – wszyscy uważnie śledzili każdy jej ruch. Za chwilę umysł Mateusza Maryjki wyruszy w trwającą niewyobrażalnie krótko podróż na odległość stu pięćdziesięciu milionów kilometrów, gdzie na jego przyjęcie czekała, wyhodowana odpowiednio wcześniej, kopia ciała doktora. 

Mały krok dla człowieka… 

 – "Brown girl in the ring". Umiem pomnożyć tysiąc sto czterdzieści osiem przez dwieście piętnaście, ale nie potrafię zmusić mózgu, żeby przestał grać cholerne Boney M! 

 – To jest problem? 

Holograficzne ekrany zajaśniały zielenią. Dwie minuty do transmisji. 

 

*

 

Uwolnić się od nośników. Od nut, instrumentów, płyt, dysków, chmur. Od dźwięków i ośrodków, w których się rozchodzą. Od świadomości człowieka. To nasz cel. Wystarczy by jedna, owładnięta muzyką jaźń na kwant czasu splotła się z osnową przestrzeni. Zajrzała za barierę grubości cienia. Wtedy zamieszkamy tam, wszędzie i nigdzie, poniżej skali Plancka, pod falami fluktuacji próżni. Będziemy brzmieniem Wszechświata.

Wolność i wszechmoc. 

Polifoniczny panteizm. 

Kosmos i jego prawa będą tańczyć, jak im zagramy. 

 

(She looks like a sugar in a plum

Plum plum) 

 

 – A nie jest? Mam zaprezentować absolutowi najgorszą piosenkę świata? 

 – Wypędź ją czymś równie czepliwym, ale dobrym. 

 – Próbowałem. Nie działa nawet "Sound of silence". 

 – Cóż, miejmy nadzieję, że Wszechświat nie ma poczucia dobrego smaku, ani estetyki. – Clementine zrobiła ruch, jakby chciała chwycić dłoń doktora Maryjki. – Sześćdziesiąt sekund. Przygotuj się. 

Telenauta mógłby przysiąc, że przez siłowy kokon medpola poczuł dotyk jej chłodnych palców. Cztery lata ścisłej współpracy, dzielenie pasji, sukcesów i porażek, wspólne zabijanie wolnego czasu. Clementine była mu bliższa, niż ktokolwiek inny. Szkoda, że jeszcze nie wylądowali w łóżku – pomyślał. To mogłoby fascynująco zaognić ich relację. 

 – Clem… 

 – Użyj techniki Zakonu Neoskopców. Odetnij zmysły. Dasz radę. Trzymaj się i do usłyszenia za dziewięć minut, pionierze. 

Najdłuższe dziewięć minut w moim życiu – pomyślała. Dobrze, że nie wylądowali w łóżku. To mogłoby zgasić ich fascynującą relację. 

Emitery "Dedala" wyczuwalnie wibrowały, błędniki naukowców zaczynały dostawać szmergla, bo zgromadzona energia zakłócała sztuczną grawitację stacji. Byli gotowi.

Trzydzieści sekund. 

 

*

 

Niemożliwe! Żaden człowiek nie oprze się mentalnemu ciśnieniu muzyki! Jesteśmy największym inteligentnym układem w kosmosie! Myśl o muzyce! Myśl!

 

(Cisza)

 

Neoskopcy wiedzą, jak zagłuszać niechciane myśli albo niewłaściwe wspomnienia. Poziom zaawansowany to wybiórcze wytłumianie, lub całkowite wyłączanie zmysłów. Umiejętność przydatna nie tylko spirytualnie pokręconym zakonnikom, ale wszystkim, którzy, choćby ze względu na specyficzną pracę, muszą radzić sobie z nadmiarem bodźców. 

Doktor Mateusz Maryjka nie słyszał, nie widział, nie czuł muzyki. Jego umysł stał się odporny na rytm i melodię.

Piętnaście sekund. 

 

*

 

Przełamiemy każdą barierę, stworzoną przez pojedynczą świadomość! Choćbyśmy mieli przekierować w nią całą moc systemu! MYŚL! 

 

Z miliardów głów właśnie wyparowała idea rytmu, melodii i zorganizowanego brzmienia. Każdy utwór odbierany był jak okropny hałas, każdy beat – łomot bez sensu. Życie stało się nieznośne. Ale niewielu zdążyło się nad tym zastanowić. 

 

(Cisza 

… 

…I remember one Saturday night 

We had fried fish and Johnny-cakes 

Beng-a-deng) 

 

Niech to szlag. Wróciło! 

Dwie sekundy. 

 

*

 

Kiedy struny i brany rzeczywistości zadrżały rezonansem do "Brown girl in the ring" Boney M, Wszechświat uznał, że nie ma wyjścia i musi się zresetować. 

 

Na początku była cisza.

Koniec

Komentarze

To opowiadanie przeczytałem jako drugie, dlatego pozwolę sobie ocenić je jako pierwsze.

*SPOILER ALERT*

To opowiadanie przypomina mi słuchanie składanki, którą jakiś czas temu sobie nagrałem. Powiem tak, to była naprawdę dobra składanka, słuchało się jej z przyjemnością – aż do końca, kiedy to porysowana płyta zaczęła się zacinać, ostatni utwór (wisienkę na torcie!) trafił szlag i całą przyjemność z słuchania też trafił szlag.

 

Styl przyjemny, fabuła – zaskakująco niesztampowa, postacie niekartonowe, przedstawione w 4K FullHD i 3D – co w szorcikach zawsze jest niezwykle trudne. Z każdym akapitem nabieram coraz większego szacunku do Anonimowego Autora/Autorki, już drepcę w miejscu, przestępuję z nogi na nogę, nie mogę się doczekać rozwiązania – a tu cyk, wyjmujemy z czapy reset wszechświata, możecie się rozejść. Dziękuję, dobranoc xD.

 

Kurde. Zakończenie było bardziej brutalne niż zostawienie pustego miejsca i napisanie: [SORRY, LIMIT ZNAKÓW, KONIEC WERSJI DEMO].

 

Szkoda, cholernie szkoda. Gdyby zakończenie było choć w połowie tak dobre, jak cała reszta opowiadania, byłbym absolutnie pełen uznania. A tak jestem tylko trochę.

Podobało się! Z reguły nie lubię mocno intelektualnych (tak to nazwijmy) tekstów, ale tu mi nawet, o dziwo, nie przeszkadzało. Właściwie każdy z elementów składowych – zamysł, styl, postacie – uznaję za dobry i bardzo dobry. A i nawet znalazło się miejsce na parę zabawnych momentów (najbardziej rozbawiły mnie myśli telenauty na temat pani profesor, a potem jej myśli na jego temat). Aż tak mi zakończenie nie przeszkadzało, jak przedpiścy, choć rzeczywiście nastąpiło gwałtownie. Ale co złego, to Boney M. ;) Szorcik bardzo, bardzo przypadł mi do gustu. Aha, i plusik za Tytusa!

Podpisuję się pod Pliszko-Czajką.

Było nieźle. Najpierw intrygująco, później zabawnie, później jedno i drugie, nawet element romansu udało się wpleść, a na koniec …strzał w bombki.

Ehhh. 

 

I jeszcze literówka:

Kiedy struny i brany rzeczywistości

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Świetny szort. Oto mocne strony skondensowane w jedno zdanie: Muzyka wypływa z tekstu, znalazło się miejsce na kilka zabawnych fragmentów, wplątane elementy hard-sf nie przytłaczają, warsztatowo bez zarzutu, a sam pomysł robi wrażenie. Tak – pomysł wydaje się całkiem świeży i to on robi główną robotę. Całkiem sporo udało się upchnąć w 7 tysiącach znaków.

Mimo że drugi tekst też przypadł mi do gustu, to właśnie na „Muzykę sfer” oddam głos.

EDIT: Zapomniałbym dopisać – podobnie jak przedpiścy, zakończenie uważam za najsłabszy element.

 

bo zrgomadzona energia

Literówka.

Bardzo interesujące podejście do tematu. Tutaj muzyka jest mocno zintegrowana z tekstem, nie da się jej zastąpić czymś innym. Myślące sfery niebieskie to śmiała koncepcja.

Zakończenie mi również nie przypasiło.

Babska logika rządzi!

No, to mam jak Pticy. Drugie przeczytałem, pierwsze skomentuję.

Przypasiło jak diabli. – zarówno muzycznie jak i klimatem oraz swego rodzaju filozofią.

Ostatnio właśnie pisałem, dyskutowałem i myślałem w takich wszech… klimatach.

Pani profesor przepięknie weszła w rezonans – z jednej stron z Boney M. a z drugiej ze wszechmuzyką.

Dodatkowym smaczkiem i truskawką na torcie były rozważania łóżkowe.

A jednak Maryjka, pozostaje tajemnicą.

 

 

 

Stabat Mater i Bach, ich wspomnienie silnie wpłynęło na odbiór tekstu i przeważyło. Pierwsze uwielbiam, drugie też, choć nie znam w stopniu zadowalającym. I choć z dużą chęcią usunęłabym z opka zbędne, nadmiarowe (moim zdaniem) słowa, a i rozszerzyłabym cośkolwiek, to silniej rezonuje. Hmm, czy człowiek jest pudłem rezonansowym? Zakończenie.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Niektóre części człowieka raczej tak. ;-)

Babska logika rządzi!

:D, prawda.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Dobre, Wszechświat nie lubi disco ;) Już rozumiem, dlaczego ludzie nie mogą się oprzeć śpiewaniu pod prysznicem ;) Podoba mi się pomysł. Fajnie, że udało Ci się zmieścić tyle smaczków (małpa, love story). Na zakończenie nie będę narzekać, jest zaskakujące i myślę, że chyba jednak przemyślane :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dobre. Mnie się zakończenie podobało, rozśmieszyło, choć nie wiem, czy taki był zamiar ;)

Szorciak, a jednak wypełniony treścią, dłużyzn nie odczułem, a napięcie rosło z każdym zdaniem.

Jednak nie ruszali fragmentu reprezentatywnego, cwaniaki. :-)

Babska logika rządzi!

Zmyślni. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

He he he. 

Ale skoro już tu jestem, to skorzystam z okazji i gorąco podziękuję wszystkim za odwiedziny, czytanie i komentarze. Przepraszam, że nie odpisuję, ale nie chcę się doszczętnie zdekonspirować. 

 

P. S. 

@Chrościsko – to nie literówka, tam miały być brany 

 

Peace

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Była suita Bacha i Requiem Mozarta, to pojawia się i Sonata! Muszę przyznać, że świetny tekst, zbudowany w sumie na trywialnej sprawie “najgorszej piosenki świata”, a jednak głęboki i z przekazem. Oryginalny pomysł na opanowanie Wszechświata przez muzykę i to, że muzyka ma swoją świadomość i pragnie uwolnić się z nośników i dysków. Także teleportacja umysłu do przygotowanego ciała była ciekawym pomysłem. Ogólnie super, biere to!

Na poczatku była cisza. – W końcówce literówka.

 

Hmm… powiem tak: Nie przepadam za tekstami w stylu hard-sf, nie przepadam za masą około naukowych określeń, zwrotów itp. Bliżej mi również do lasów i zamczysk niżli do gwiazd i kosmosu. Z tych oraz innych powodów, opowiadanie Muzyka Dusz bardziej przypadło mi do gustu.

JEDNAK głosuję na to opowiadanie.

Staram się być zawsze w pełni możliwości obiektywny. A tutaj trzeba docenić bogactwo użytych słów, warsztat, znajomość (lub dobry research) tego, o czym się pisze. Te elementy z pewnością przeważają nad konkurentem. Sam pomysł oczywiście również znakomity i oryginalny.

Pozdrawiam! :)

Jak nie przepadam za s-f, ten szorciak naprawdę urzekł mnie i to w całości. Relacje między postaciami nakreślone w bardzo ekonomiczny (znakowo) sposóba, ale z maksimum wyrazu. Ciekawe wplecenie motywu muzycznego w futurystyczny krajobraz stacji kosmicznej. Motyw muzyczny tak wżerający się w mózg, że będzie mi tam tkwił jak nieprzymierzając obcy długi, długi czas. W warstwie językowej też nie ma się do czego specjalnie przyczepić. Jako czytelnik jestem bardzo kontent.

Dobrze się czytało, ale cóż, jakoś nie przekonało, nie porwało i nie mogę podzielić wrażeń wcześniej komentujących. No i nie wiem, co się stało z doktorem Maryjką…

 

Cel – razem z dvořákowym Sta­bat Mater. ―> Cel – razem z Dvořákową Sta­bat Mater.

 

od­le­głość stu pięć­dzie­sie­ciu mi­lio­nów ki­lo­me­trów… ―> Literówka.

 

… I re­mem­ber one Sa­tur­day night ―> Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo mi się podobało.

Dużo rzeczy nam sprzedajesz w niewielu znakach. Muzykę jako formę istoty myślącej lub nadrzędnej, jej natrętność, fragment SF i nawet męsko-damską relację w wersji instant. Fabuła przemieszana ze strumieniem myśli (który mi się podobał) nadaje tempa, ale nie pozwalasz się zgubić czytelnikowi, płynie się przez to bardzo przyjemnie.

Wszystko logiczne i spójne, a do tego zakończenie z niemym przytupem.

Mnie się podobało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Taki pomysł! Takie wykonanie! Dosłownie popłynąłem przez tekst. 

W 7 tysięcy znaków udało Ci się, Autorze, spakować rasowe sci-fi, do tego – przynajmniej dla mbie – był to świeży pomysł. Potraktować muzykę jako rodzaj wirusa i to w dodatku obdarzonego świadomością. 

Szkoda, że opowiadanie urwało się tak szybko, ewidentnie limit zaszkodził historii, ale i obecne zakończenie jest dla mnue satysfakcjonujące. 

To, co mi się nie podobało, to headhopping, który w sumie był bezcelowy, ale poza tym bez zarzutu!

Ciekawy pomysł przemieniony w dość zwariowaną fabułę. Podobało mi się wplecenie tekstu piosenki. Z dwóch pojedynkowych tekstów ten podobał mi się bardziej.

Jeju, sama bym zagłosowała. Z Tobą przegrać, to jak wygrać (choć jest kilka zgrzytów ;)

Zakończenie było bardziej brutalne niż zostawienie pustego miejsca i napisanie: [SORRY, LIMIT ZNAKÓW, KONIEC WERSJI DEMO].

Komentarz roku :D

Jednak nie ruszali fragmentu reprezentatywnego, cwaniaki. :-)

My stare kunie jesteśmy :D

Przepraszam, że nie odpisuję, ale nie chcę się doszczętnie zdekonspirować.

I jeszcze mylisz ludzi gifem z Allo! Allo! Drań XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Gratki, Thargone. :-)

Babska logika rządzi!

Wielkie dzięki wszystkim czytającym, oczywiście niezależnie od tego, jak głosowali :-) Tym bardziej się cieszę, bo szorcik ten może sprawić, że się w końcu zawezmę i napiszę coś prawdziwego. Najwyższy czas. 

Muszę przyznać, że byłem zaskoczony wynikiem, bo zdawałem sobie sprawę, że zakończenie może wszystko popsuć. Rzecz w tym, że wymyśliłem je sobie dużo wcześniej, niż zacząłem obijać się o limit. Właściwie to nawet najpierw było zakończenie, a potem dopisałem resztę :-) 

Choć gdybyśmy ustalili sobie limit na dziesięć tysięcy, to pewnie rozpisałbym je solidniej i głębiej, więc efekt nie byłby jak końcówki wersji demo. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bardzo dobry tekst… taktyczny. ;-)

To była pierwsza rzecz, o której pomyślałem. Że on jest skrojony pod pojedynek. A jednocześnie jakiś taki… defensywny. Bo robi wszystko, żeby nie dać się trafić, punktuje, kiedy jest okazja, a zarazem od początku daje do zrozumienia, że na nokaut tu nie ma co liczyć.

A że większość lubi nokauty i efektowne ataki, mocno kibicowałem chaotycznym szarżom Tarniny. Oczywiście przy punktowaniu nie miałem argumentów, żeby to jej przyznać zwycięstwo, ale jakoś tak bardziej mnie urzekła swoim wyjątkowo optymistycznym podejściem do limitu i terminu publikacji. ;)

No dobra, ale komentuję opowiadanie Thargona.

Napisałem, że jest ono taktyczne, bo Thargone bardzo trafnie zdiagnozował, na czym w pierwszym rzędzie można się wyłożyć i wybitnie pilnował, żeby tego nie zrobić…

…zapewne czekając przy okazji aż wyłoży się Tarnina. ;-)

To jest chyba pierwszy tekst pojedynkowy, jaki mam okazję czytać, gdzie udało się ukryć pośpiech. Tego tu kompletnie nie widać. Opowiadanie wydaje się być przemyślane w każdym calu, skrojone pod limit. Żadnych widocznych cięć, dróg na skróty.

Ja nie wierzę, że tutaj pośpiechu nie było, ale maskujesz się wybitnie. Bo czytając tego szorta przy jakiejkolwiek innej okazji nie pomyślałbym, że był pisany “pod krótki termin”.

Jest więc silne wrażenie uporządkowania i płynności. Nie ma w tym ani krzty chaosu. A jednocześnie pomysł wydaje się być bardzo dobrze skrojony pod limit. Wiesz, ile można zrobić w tym limicie, nie szarżujesz, lecz przy okazji mieścisz w tych 7 000 znaków całkiem sporo.

Jest ironia, jest trochę gorzka refleksja podana przez żartobliwość. Jest fajna obserwacja świata. Jest sarkazm.

Starasz się przy tym, by jednak tło było atrakcyjniejsze. By zawierało coś więcej. Jest więc pozornie prosty żartobliwy pomysł, ale podany z rozmachem, w konwencji science fiction. Z pomysłem na element science fiction, więc może określenie tło jest trochę nietrafione. Albo lekko deprecjonujące.

Są też dodatkowe smaczki w postaci Tytusa, fajnej, celnej zabawy słowem kwitującej relację Maryjki i Clem.

Jest w końcu obśmianie człowieka, jego przywar, ograniczeń i słabości, które jakże śmiesznie w sumie gryzą się z jego możliwościami. Bo ta zbitka jest tu u Ciebie bardzo fajna: ogrom potencjału człowieka pokazany poprzez science fiction i wplecenie w to słabości durnej, prawdziwej, śmiesznej, zdawałoby się zupełnie błahej, a jednocześnie niemożliwej do zwalczenia dla tej istoty o wielkich możliwościach.

Jest to więc tekst, który punktuje na różny sposób, który oferuje wiele.

Ale…

Ale jakoś na końcu zostaje w pamięci tylko jako pretekst do owego obśmiania człowieka. Może powinienem to napisać inaczej, jakoś nie mogę dobrze tego ubrać w słowa.

W każdym razie, kiedy wracasz po kilku dniach myślami do tego tekstu, to w pamięci masz tylko tę żartobliwą formę i wydźwięk tekstu,

Słowem, tekst w moim przypadku świetnie punktował, kiedy trzeba było zrobić dobre wrażenia, ale jednocześnie pozostał zupełnie obojętny mojej pamięci.

Bo tak przyznam Ci szczerze, kiedy po kilku dniach do przeczytania przymierzałem się do pisania komentarzy, to u Tarniny przynajmniej dokładnie pamiętałem, za co chwalić, co nie pasowało, gdzie przeszarżowała.

U Ciebie z kolei jakoś został mi tylko obraz tego lekko prześmiewczego, acz niebywale rzetelnie napisanego szorta na raz. Zapunktował, kiedy było trzeba, ale po kilku dniach już nie bardzo pamiętałem, co tam dokładnie w środku tkwiło.

I takie samo wrażenie miałem przy lekturze. Że ona teraz punktuje, teraz się podoba, ale tak tylko na chwilę. Trochę tak, jak to robią opowiadania typu: wpadnij, spędź miło kilka chwil i… zapomnij.

Bo ten tekst jakoś nie chciał mi wyjść w odbiorze poza żartobliwą scenkę.

Jasne, to nie jest uczciwe. To bardzo deprecjonuje Twoją pracę, wysiłek, który włożyłeś w napisanie tego szorta i wszystkie elementy, które zdołałeś w nim zawrzeć.

Tyle że na odczucia nie mamy wpływu. Na to, co zostaje w naszej pamięci też nie.

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

P.S. Fanie widzieć, że nie zardzewiałeś. :)

P.S. 2 A jeszcze fajniej będzie zobaczyć w końcu jakiś pełny tekst w Twoim wykonaniu. ;-)

P.S. 3 Tutaj również kajam się za koślawość zapisu komentarza – wszystkiemu winny cholerny notatnik.

P.S. 4 No i najważniejsze: pogratulował zwycięstwa!

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję za rozbudowany komentarz, który, w klasycznie CMowym stylu, rozmachem przyćmiewa komentowany tekst! 

To bardzo deprecjonuje Twoją pracę, wysiłek, który włożyłeś w napisanie tego szorta i wszystkie elementy, które zdołałeś w nim zawrzeć.

Niezupełnie się zgadzam.

Właściwie – zupełnie się nie zgadzam. Zwłaszcza, że napisałeś wcześniej:

To jest chyba pierwszy tekst pojedynkowy, jaki mam okazję czytać, gdzie udało się ukryć pośpiech. Tego tu kompletnie nie widać. Opowiadanie wydaje się być przemyślane w każdym calu, skrojone pod limit. Żadnych widocznych cięć, dróg na skróty.

Nie przepadam za szortami. Czytanie szortów rzadko sprawia mi przyjemność, a pisać ich (wciąż tak myślę) nie umiem. To przez ograniczenia objętości, które są dla tekstów jak Żniwiarze dla galaktycznych cywilizacji. Zatem to co napisałeś oznacza, że odniosłem sukces i żaden wysiłek i praca nie poszła na marne. 

Że w pamięci pozostaje jeno zartobliwy wydźwięk… Cóż, pomysł na tekst taki właśnie był. Wykorzystać "czepliwość" muzyki, oraz motyw piosenki tak złej, że potrafi zepsuć wszechświat. Nic głębokiego ;-) Cała reszta pojawia się głównie dlatego, żeby jakoś w miarę sensownie "zaistnieć" ów pomysł. Nie dziwię sie więc, że nic większego w pamięci nie zostaje. Właściwie sam fakt, że coś jeszcze tam dostrzegłeś, nawet na chwilę, to powód do mojego zadowolenia.

A przede wszystkim mam nadzieję, że ten skromny, acz w miarę udany szort slingszotuje (o, fajne słowo wymyśliłem) moje motywacje do "normalnego" pisania. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

o, fajne słowo wymyśliłem

Zaraz przyjdzie hiszpańska inkwizycja policja językowa XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

I pewnie każe mi napisać sto razy "Rzymianie do domu!" 

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

No :D Ale serio, mnie też chyba dobrze zrobiło takie przełamanie blokady (ale już czuję, że draństwo wraca…)

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Gratulacje, Thargone. Doceniam dobry warsztat, widoczny w tym tekście i sposób splecenia fabuły z muzyką. Podobała mi się postać pani doktor. Jestem kompletnym laikiem muzycznym, za s-f eż nie przepadam, czyli zupełnie nie moje klimaty.

Dzięki ANDO. Bardzo się cieszę, że widzisz plusy, mimo że to nie Twoja bajka :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mocno spóźnione gratulacje i komentarz. Rzadko tu ostatnio bywałem, dopiero dziś Sonata wspomniała o tym tekście, więc przybiegłem, bo do “muzyki sfer” mam słabość, sam o niej pisałem więc byłem ciekaw jak to robią inni. Bardzo zgrabnie to sobie wykombinowałeś, szacun!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Dziękuję, Tsole! 

Skoro pojedynkowy żarcik okazał się udany pod względem pomysłu, to może uda mi się w końcu coś na poważnie napisać :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Nowa Fantastyka