- Opowiadanie: Janek Opolski - Wieczór cudów Michała Dorjana

Wieczór cudów Michała Dorjana

Długo zastanawiałem się nad publikacją opowiadania. Wszak to moje pierwsze tutaj. Trema. Pewnie klasyczna. Bynajmniej nie liczę na to, że zaoszczędzę w ten sposób na krytyce. W tej kwestii podzielam pogląd Michała Dorjana.

Witam się tym opowiadaniem. Oby było to powitanie odwzajemnione.

JO

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Irka_Luz, Finkla, Bellatrix

Oceny

Wieczór cudów Michała Dorjana

 

*

– Musisz odpocząć, tato.

Słyszał to w trakcie każdych odwiedzin syna.

Za pierwszym razem z reguły odpowiadał, że przecież nic innego tutaj nie robi. Za drugim najczęściej przeganiał ręką niewidzialną muchę. Za trzecim nie reagował, by za czwartym nieładnie przerwać, nim syn Robert zdążył dokończyć pierwszy wyraz powtarzanej jak mantra prośby. Po tym czwartym, jeśli się pojawił, nie było już kolejnych. Syn wiedział, gdzie przebiega granica strefy zdemilitaryzowanej.

Tata, Michał Dorjan, kilka tygodni temu skończył siedemdziesiąt pięć lat. Dawniej stały bywalec salonów, niepokorny intelektualista oraz literat. Jego powieści sensacyjne: „Fatalne Rozdanie”, „Krzyki wrocławskie”, czy „Tajemnice Kina Warszawa” były w pewnym momencie tak popularne w dolnośląskiej stolicy, że na początku lat osiemdziesiątych otrzymał przezwisko „Wrocławski McLean” z uwagi na pewne podobieństwa w stylu, których upatrywali się krytycy. Tak naprawdę, o czym po latach wiedział już tylko Dorjan, pseudonim ukuł jeden z wrocławskich redaktorów działu literackiego miesięcznika Odra, ponieważ szukał chwytliwego tytułu do recenzji. Redaktor ten bardzo lubił książki Alistera McLeana.

Czasem niewiele trzeba, aby przyszyć komuś łatkę.

Obecnie jej posiadacz, pensjonariusz domu opieki dla seniorów „Ślęza”, po udarze przebytym rok wcześniej i z łagodną cukrzycą za pasem, przeszedł na zawodową emeryturę. Starał się dużo czytać i zauważył, że na stare lata robi się sentymentalny. Bardziej ciągnęło go do aforyzmów Leca, poezji Franka O’Hary oraz prozy Hemingwaya, aniżeli do współczesnych sensacyjnych bestsellerów. Pisał niewiele. Długopis brał do ręki przeważnie, kiedy zasiadał do krzyżówek. Tak. Tyle po latach zostało z „Wrocławskiego McLeana”, myślał z rozbawieniem. Hasła nabazgrane w tysiącu panoramicznych. Ale nie przejmował się tym. Pióro może być wieczne, zapas atramentu nigdy.

Jako pensjonariusz Ślęzy, nie mógł narzekać na nudę, chociaż z początku bardzo się jej obawiał. Nie tylko polubił szarady. Po latach na nowo odkrył zamiłowanie do brydża; to tutaj dowiedział się również, kim są bracia Coen i obejrzał wszystkie ich filmy. Nawet jedyną w tym zestawieniu romantyczną komedię. A nade wszystko miał mnóstwo czasu na rozmyślania, również na temat nieuchronnego końca życiowej drogi.

Tyle, że Michał Dorjan wiedział, co go tam czeka. I bynajmniej nie był to długi, biały tunel, ani też wieczna pustka. Na końcu drogi była kobieta. Przenikliwa i ponętna, cała w czerni. Jej obraz towarzyszył mu przez pół życia, a w ciągu ostatniego roku nie było dnia, by nie wspominał ich jedynego jak do tej pory spotkania. Pewien był natomiast, że nie ostatniego.

Od pewnego czasu zauważył coś, o czym nie powiedział nikomu, nawet synowi. Po raz pierwszy zorientował się w trakcie rozwiązywania krzyżówki, kiedy nie był w stanie przypomnieć sobie prawidłowej odpowiedzi pasującej do trzyliterowego hasła „Stanisław, polski pisarz SF”. Potem coraz częściej łapał się na tym, że nie jest w stanie podołać nawet najprostszemu hasłu. Odkładał wtedy długopis, zdezorientowany i zły. Po jakimś czasie wracał do przerwanej szarady i znów widział jasno wszystkie odpowiedzi.

Takie stany powracały jednak coraz częściej. Przedwczoraj na dłuższą chwilę zapomniał, jak nazywa się przedmiot, którzy trzyma w ręce, pełen oderwanych od siebie zdań, pustych kwadratów, z których część wypełniają wpisane odręcznie litery. Z początku przepełnił go lęk. Później jednak zaczął zastanawiać się nad swoim życiem i doszedł do wniosku, że poza pierwszym w życiu małżeństwem, niczego nie żałuje. Nawet po latach czuł wyrzuty sumienia wobec Tosieńki, z którą związał się w najbardziej burzliwym towarzysko okresie swojego życia. Zabawne. Wciąż w myślach i słowach używał pieszczotliwego zdrobnienia, chociaż od nikogo w życiu nie usłyszał tylu cierpkich słów. Ale do diaska, zasłużył na nie.

Wracając do jego problemów z pamięcią, obawiał się tylko, że zostanie zbyt wcześnie zdemaskowany. Toteż poprzedniego wieczoru podjął decyzję, że nie ma już sensu czekać. Tak jak utytułowany sportowiec, który chce zakończyć karierę, kiedy ma jeszcze coś do powiedzenia na polu gry, tak on chciał odejść jeszcze w blasku, nie cieniu; wolny, a nie w pułapce choroby.

Dlatego, kiedy Robert odwiedził go tego kwietniowego popołudnia, był zdecydowany podzielić się z synem największą tajemnicą, której strzegł jak oka w głowie przez ponad czterdzieści lat. Nie powiedział o niej nikomu, ani w rzeczywistości, ani ustami wykreowanych przez siebie bohaterów.

Ostatnie dni były ciepłe i słoneczne, dlatego wyszli do obszernego ogrodu okalającego budynek pensjonatu. Kiedy usiedli na ulubionej ławce seniora z widokiem na oczko wodne i kilkumetrowy miłorząb dwuklapowy, miał lekką tremę.

– To drzewo – zaczął, aby uczynić jakiś wprowadzenie i dopomóc sobie w zadaniu – przy odrobinie szczęścia przeżyje naszą cywilizację. Wiesz o tym, że najstarsze miłorzęby rosnące na świecie kiełkowały, kiedy na Krecie rodziła się cywilizacja minojska? Policzyłem. To sto trzydzieści pokoleń. 

Chwilę pomilczeli obserwując sikorkę, która przysiadła na gałązce drzewa, spoglądając na nich badawczo, zapewne w nadziei na poczęstunek.

– O co tak naprawdę chodzi? – zapytał Robert bez ogródek.

Dorjan senior uśmiechnął się chytrze. Bystry dzieciak z metryką czterdziestodwulatka musiał przeczuwać, co się kroi. W końcu to mój syn, pomyślał z niemałą dumą.

– Od kilku dni wypytujesz mnie o wszystkich po kolei. O Janka, o Beatę… O to jak układa mi się w pracy. Jakie mam plany, czy myślałem o tym, o tamtym. Chcesz się już z nami żegnać?

Miło, że użył liczby mnogiej, pomyślał senior i zaległa cisza, w której wyraźnie słyszeli świergot ptaków. Przerwał ją ojciec, ale przemilczał ostatnie pytanie.

– Chciałem ci o czymś opowiedzieć. To stara historia. Ja jestem stary – dodał po cichu. – Stara historia, stary ja. Z czasów, kiedy bardzo starałem się prowadzić jak przedwojenny intelektualista. Dobrze ubrany, nieustannie w ruchu, zawsze w doborowym towarzystwie. Jak wielu kolegów-inteligentów wyobrażałem sobie, że to nie miasto odbudowane w trzech czwartych przez komunistów, a wciąż dumny przedwojenny Breslau. Wdawałem się w ostre spory, z tych na poziomie, gdzie miarą klasy była ilość dowcipu oraz ilość sarkazmu. Wyobrażałem sobie, że biorę życie w garści.

Robert prychnął.

– Tak, mama mówiła mi co nieco o twoim carpe diem. Tylko inaczej to nazywała.

Michał żachnął się.

– Wiem, że Tosieńka lubiła to określać prosto i dosadnie. Nie stroniłem wtedy od alkoholu, który na marginesie dziś wylałbyś do zlewu. Miałem wielu znajomych. I znajome. Nie ma w tym nieprawdy. Ale zbyt dużo gniewu urosło między nami i dlatego twoja mama nigdy nie owijała w bawełnę, żeby się z tamtym mną rozprawić…

Zamilkł na moment. Zdziwił się, jak po tylu latach pracy w zawodzie, stara się ostrożnie dobierać słowa. Jak gdyby chciał ominąć najbardziej siermiężną cenzurę, która towarzyszyła jego twórczości za młodzieńczych lat. A rozmawiał przecież z własnym synem, sam na sam, w otoczeniu owadów i ptaków. Pora skończyć ten wstęp i przejść do sedna.

– To był jeden z tych spontanicznych wieczorów. Kiedy w pewnym momencie przestajesz kontrolować to, co się z tobą dzieje. Kiedy masz wrażenie, że na wpół świadomie przemieszczasz się po różnych miejscach, w otoczeniu różnych, czasem przypadkowych osób…

– Recytujesz mi fragment jednej z twoich powieści? – zapytał Robert z nutą ironii.

Michał nie odpowiedział. Do sedna, powtarzał sobie. Do brzegu, McLean.

– …a kiedy organizm wreszcie przełamie barierę wprowadzonej do niego trucizny, nagle świat przestaje wirować i zdawać się takim pogmatwanym. Wróć, on znowu staje pogmatwany… Wtedy budzisz się, a właściwie to ocknięcie się ze snu na jawie. Znów czujesz, że jesteś we własnym ciele, a nie gdzieś poza nim. Kojarzysz pewne fakty, ale jednocześnie całej masy nie możesz sobie przypomnieć. Jeśli czytałeś „Fatalne Rozdanie”, to główny bohater nazywał takie wieczory…

– Wieczorami cudów – dokończył nieco zniecierpliwiony Robert.

– Zgadza się. Ta dezorientacja bywa fascynująca – podjął Dorjan ojciec – ale ma też drugą stronę medalu. Na wpół zapamiętane sytuacje, wypowiedziane słowa. Źle odczytane spojrzenia, gesty oraz… ludzie…

– Tato, wszystko w porządku? – zapytał Robert, widząc emocje na twarzy swojego ojca, który pokiwał głową, czym wcale jednak nie uspokoił syna.

– Bardzo chciałem ci opowiedzieć o jednym z takich wieczorów. O moim ostatnim tańcu – dodał i uśmiechnął się. – To było czterdzieści lat temu, a mam wrażenie, że ledwie wczoraj. Był marzec, niedługo po twoich urodzinach. Miałeś wtedy dwa latka, a ja: cóż, już wtedy niezbyt blisko byłem z twoją mamą. Zaczęło się, jak wiele podobnych wieczorów w tamtym czasie. Powiedziałem, że wychodzę do znajomego. Tosieńce się to nie podobało, ale wiedziała, że i tak wyjdę. Zrobiła się awantura, przez którą się obudziłeś. Wtedy dała za wygraną i przekrzykując ciebie swoim krzykiem oznajmiła, żebym poszedł sobie w cholerę. Poszedłem więc. Nie będę ci opisywał w szczegółach, co zastałem u znajomego. Ujmę to tak: impreza już się rozkręcała, a goście dopisali. W tamtych czasach każdy znał te nazwiska. Teraz większość z tych osób już nie żyje. Nie będę opisywał, jak wyglądały prywatki w tamtych latach. To nie ma znaczenia. Dodam jedynie, że nikt czasu nie tracił na przeglądanie Facebooka, robienie sobie selfie, czy tych tam, relacji na czacie. Było mieszkanie, siwe od dymu i muzyka z gramofonu. Był brzęk szkła. Ktoś polewał, wszyscy pili. Były kobiety. Niektóre oferowały dużo, w zamian oczekując niewiele… Kolejny wieczór, w który mogłeś wskoczyć, jak do basenu i poczuć ten dreszcz, kiedy ciało uderza o zimną wodę. A potem, jeśli wypijesz więcej, zaczynasz rozkoszować się tym stanem zawieszenia. Tam pod powierzchnią, kiedy grawitacja przestaje oddziaływać, a ty zaczynasz powoli wynurzać się na powierzchnię.

Spojrzał na syna, aby ocenić, czy ten nadąża.

– Rozumiesz, co chcę powiedzieć?

– Jednak recytujesz mi po części, prawda?

– Tylko co nieco. – Michał odpowiedział z uśmiechem i poklepał syna po ramieniu. – Wiesz, to jak z jazdą na rowerze. Tego się nie zapomina, a człowiek na starość robi się gadatliwy…

Niepotrzebnie tyle paplał. Nie chciał, aby zabrakło mu sił, a miał jeszcze dużo do opowiedzenia. Skup się na zadaniu – powtórzył sobie w myślach i podjął przerwaną opowieść.

– Potem było hasło: ruszamy w miasto. Szliśmy na przystanek tramwajowy. Zostałem nieco w tyle. Chyba rozwiązał mi się but, zatoczyłem się w jakieś krzaki, ale niezbyt dobrze to pamiętam. Krzyczeli, żebym się pospieszył, ale byłem już wstawiony i nie dałem rady. Odjechali machając mi przez szybę i śmiejąc się. Śmiałem się również i pomyślałem, że przecież to niedaleko. Że spacer dobrze mi zrobi. Dlatego ruszyłem w ciemności, pijany, w dobrze znanym kierunku. Sam nie wiedząc kiedy, dotarłem do starego miasta. Traf chciał, że przechodziłem w pobliżu bardzo w tamtym czasie popularnego lokalu. Dzisiaj jest tam bodajże klub fitness. „Podmoskiewskie Wieczory”, może słyszałeś. Nie? To nie szkodzi. To również nie ma znaczenia. Chociaż nazwa knajpy była w tamtym czasie dla wielu trudna do zaakceptowania, mnie jednak nie przeszkadzała. Znajomi, z którymi bawiłem się tamtego wieczoru mieli inne plany, ale postanowiłem, że najwyżej później do nich dołączę i postanowiłem wejść do środka…

 

*

 

We wnętrzu „Podmoskiewskich Wieczorów” unosił się dym. Jego kłęby leniwie snuły się ku górze, gdzie kondensowały się w popielatą chmurę, między bogato zdobionymi żyrandolami. Dorjan siedział przy dwuosobowym stoliku ustawionym w większej odległości od sceny, ale nie przeszkadzało mu to. Tak jak brak towarzystwa, co dla niego samego było dość nietypowe.

Były i zalety tego stanu rzeczy. Mógł poudawać Jamesa Bonda z kilku zakazanych filmów. Zamiast wstrząśniętego martini, musiał jednak improwizować w oparciu o krajowy asortyment, prosząc o wstrząsającą jak na ówczesne realia mieszankę. Składała się na nią istra połączona z wódką myśliwską oraz sokiem pomarańczowym dodoni. Kilka razy został już wyszydzony za picie kobiecych koktajli, dlatego na ekstrawagancję pozwalał sobie tylko wtedy, gdy ocenił, że nikt z towarzystwa (może poza samym barmanem) nie będzie na niego dziwnie spoglądał. W końcu co to za facet, który nie pije alkoholu na raz. Dlatego między innymi omijał te knajpy-stodoły, kioski, w których zawsze ciepłą wódkę (najpewniej chrzczoną) piło się w sztafecie, bez żadnego rytuału oraz przyjemności. Na dodatek podawaną przez kelnera, który nawet nie starał się ukryć, że gwiżdże na ciebie i pozostałych klientów, a poza alkoholem gabloty wypełniało zazwyczaj jedynie kilka paczek papierosów. Tutaj było inaczej i mógł przynajmniej pofantazjować, że to wcale nie Polska Republika Ludowa, a ekskluzywny lokal w Monte Carlo.

Skupił wzrok na scenie, gdzie w struny bałałajek uderzyło właśnie dwóch muzyków. W chwilę po nich włączył się skrzypek, a przy mikrofonach stanęło trzech wokalistów. Goście restauracji pogrążyli się w milczeniu. Ilekroć zagrano „Podmoskiewskie wieczory” ucichały bowiem filozoficzne dysputy, plotki zaplątane wokół zakazanych zachodnich trendów, czy nieprzyzwoite rozmowy przy wódce. Tym samym oddawano szacunek artystom. Szacunek sztuce, która nie była tu jedynie dodatkiem do mętnej polewki życiowych problemów. Dlatego lubił tu wpadać i rad był, że są jeszcze takie miejsca.

Spojrzał w stronę baru.

Kelnerzy zebrali się przy nim zwróceni w stronę sceny, oparci o kontuar w dość swobodny sposób. Trzech tenorów, jak określił ich w myślach, otworzyło usta i wnętrze wypełnił śpiew. Zasłuchany, kątem oka wyłowił biały kształt na blacie stolika. Spojrzał na rozłożoną serwetkę, na której leżał ołówek. Krótki brązowy z miękkim rysikiem. Zapewne pozostawił go kelner, kiedy przynosił zamówienie. Michał podniósł ołówek i zaczął mu się przyglądać, obracając w palcach na wszystkie strony. Słowa piosenki oraz muzyka coraz wyraźniej do niego docierały, chociaż nie pamiętał zbyt dobrze rosyjskiego. Od czasów szkolnych minęło już sporo czasu. W przypadku rosyjskich piosenek, rozumiał zazwyczaj pojedyncze słowa, a resztę starał się sam sobie dopowiedzieć. Nie inaczej było i teraz.

Wyobraził sobie Moskwę z lat, kiedy odwiedził ją pewien ekstrawagancki cudzoziemiec. Zasypany śniegiem plac Czerwony, a dalej charakterystyczne budowle rosyjskiej stolicy: Sobór Wasyla Błogosławionego, Kreml, Wieżę Ivana Wielkiego. Widział tłum ludzi przemierzający Arbat; otulone w futra moskiewskie damy, które w towarzystwie dżentelmenów opuszczają teatr Bolszoi; czy jeden z tysięcy głośnych szynków, pełen poweselałych od wódki rezerwistów.

W tej scenerii wyobraził sobie, a może zobaczył kobietę i mężczyznę, którzy pokłóceni, rozeszli się na jednym ze skrzyżowań, każde w swoją stronę. Ona za rogiem złapała tramwaj, on rozgarniał śnieg, maszerując bez celu w kierunku Parku Przyjaźni. Ironia losu, ponieważ to tam ubiegłej wiosny wybuchły między nimi uczucia. Pamiętali o tym, a chłodne powietrze ostudziło gniew. Niemal jednocześnie, ona po przejechaniu kilku przecznic, on po przecięciu kilku zaśnieżonych ulic, zapragnęli się znowu. Zapragnęli wrócić w to samo miejsce i paść sobie w ramiona.

Mężczyzna zawraca, wpada na skrzyżowanie w nadziei, że kobieta będzie tam na niego czekać. Zamiast tego zastaje tylko przysypane śniegiem ślady jej butów. Ale nie podaje się. Nie tak szybko. Rusza więc za nimi i w końcu staje bezsilny orientując się, że odjechała, a on tylko się wygłupił. Po drugiej stronie ulicy kilku młodych mężczyzn idzie ramie w ramię. Trzymają w rękach flaszki z wódką i śpiewają o pięknej i potężnej Rosji. Śnieg wciąż pada. W jednym z mieszkań kamienicy pali się światło. Mąż i żona kłócą się na całego. Po chwili okno otwiera się ze szczękiem. Wylatuje zeń czarny element garderoby i majestatycznie opada na dół w akompaniamencie krzyków i tańczących na ścianie we wnętrzu cieni.

Mężczyzna wbija oczy w zaśnieżony chodnik pod stopami. Głupia sprzeczka, a ten wieczór miał przecież wyglądać zupełnie inaczej. Romantyczny koncert i zapach perfum. Kawior i obietnice świetlanej przyszłości. Mówiła, że go kocha. Dlaczego więc odjechała? Nie wie o tym, że jego miłość wysiadła z tramwaju i biegnie mu na spotkanie, zdyszana, z czerwonymi od mrozu i wysiłku policzkami. On jednak odchodzi. Za rogiem natomiast czeka na niego śmierć, której się nie spodziewa…

Rozległy się brawa i Michał ocknął się.

Spojrzał w kierunku sceny, a muzycy właśnie dziękowali publiczności ukłonami. Zorientował się, że wciąż trzyma w dłoni ołówek pozostawiony przez kelnera. Dłoń natomiast spoczywała na serwetce, ale już nie białej i gładkiej. Na jej pomiętej powierzchni widniały litery, koślawe i najwyraźniej napisane w pośpiechu. Zmrużył oczy, ponieważ z początku nie pojął. Litery jednak układały się w wyrazy, a te z kolei w zdania iskrzące blaskiem. Miał przed sobą miłosne wyznanie.

 

W sadzie nie słychać żadnych szmerów,

wszystko zamarło aż do jutra.

Gdybyś wiedziała jak drogie są mi

podmoskiewskie wieczory.

Rzeka płynie i zawraca,

cała z księżycowego srebra.

Śpiew rozlega się, i milknie

w tych cichych wieczorach.

Dlaczego patrzysz z ukosa kochanie,

pochylając głowę?

Trudno wypowiedzieć, zmilczeć także

to, co mam w sercu.

Świt i tak wszystko zniweczy,

zatem bądź tak dobra

i nie zapomnij o tych letnich

podmoskiewskich wieczorach

 

Czy to naprawdę on zapisał te słowa? A może zrobił to ktoś inny, a on po prostu nie dostrzegł wyrazów. Jednak im dłużej analizował sytuację, tym bardziej był pewien, że to musiało być jego dzieło.

Oderwał wzrok od serwetki i rozejrzał się zdezorientowany. Trzej tenorzy zeszli już ze sceny i usiedli przy swoim stoliku. Podszedł do nich kelner. Zespół zaintonował w tym czasie wpadającą w ucho jazzową nutę. Rozejrzał się po sali. Z jej drugiego końca przypatrywała mu się brunetka, samotnie zajmująca dwuosobowy stolik. Posłał jej ostrożny uśmiech, po czym podniósł szklankę i zasalutował, zastanawiając się czy mogą się znać. Odpowiedziała, przechylając głowę lekko na bok z czarującym uśmiechem i również podnosząc kieliszek napełniony czerwonym winem. W tym momencie stracił ją z oczu za sprawą pary, która przystanęła przy jego stoliku, zasłaniając mu widok. Niecierpliwie wychylił głowę. Kiedy kobieta i mężczyzna wreszcie ruszyli się z miejsca, stolik zajmowany przez brunetkę był pusty. Zniknął również kieliszek z winem. Rozejrzał się i nie znajdując jej nigdzie, przypomniał sobie o zapisanej serwetce i ponownie spojrzał na nią, czytając zapisany tekst.

Poczuł w pobliżu czyjąś obecność. Do jego nozdrzy doszedł również zapach perfum. Podniósł głowę znad serwetki i spojrzał na sylwetkę kobiety w gustownej czarnej sukience. Na twarzy wciąż miała ten sam uśmiech.

– Mogę? – spytała.

Nie miał na to ochoty. Nie teraz, kiedy przeżył najbardziej niesamowitą chwilę w swoim życiu. Jego wewnętrzny niepisany kodeks podpowiadał mu, że takiej prośbie nie można jednak odmówić.

– Proszę. – Wskazał na krzesło, po czym wstał i odsunął je delikatnie. Obserwując jak nieznajoma siada, zastanawiał się, o czym będą rozmawiać. Nie przedstawiła się. On także nie silił się na to. Niech tak będzie. Nie miał z tym żadnego problemu. To nawet lepiej, mówił sobie w duchu. Kiedy usiadła, jej wzrok natychmiast powędrował w kierunku blatu. W kierunku zapisanego materiału. Miała piwne oczy, które w tym świetle wydawały się czarne.

– Mogę zobaczyć? Widziałam, jak pan pisał.

Czuł się nieswojo, sam nie pamiętając, że w ogóle to zrobił. Pamiętał tylko muzykę i swoją wizję pary kochanków.

– Proszę – odparł bardzo niepewnie. Kobieta powoli, niemalże z czcią przyciągnęła ją do siebie. Jej krwiście czerwone paznokcie nie mogły już bardziej kontrastować z półprzeźroczystą bielą materiału.

– Nieźle – powiedziała niemal natychmiast po tym, jak spojrzała na zapisaną treść.

– Nawet pani nie przeczytała. – odpowiedział niemalże cierpko, przyjmując jej komplement za fałszywy, uczyniony w pośpiechu, a bardzo nie lubił fałszywych komplementów. Już miał jej powiedzieć, że szczera krytyka warta jest więcej, niż tysiąc fałszywych pochlebstw, gdy odpowiedziała mu marszcząc brwi.

– Mylisz się.

– Przepraszam?

– Bardzo ładny przekład – zawyrokowała z uznaniem.

– Dziękuje… – odpowiedział, po chwili dopiero orientując się, jakiego słowa użyła. Przekład? Patrzył badawczo na kobietę. Była piękna. Wprost trudno mu było oderwać od niej wzrok.

– Szczególnie podoba mi się trzecia zwrotka.

Dopiero wtedy zrozumiał. Najwidoczniej domyśliła się tego, ponieważ tym razem obdarzyła go uśmiechem.

– I nieźle sobie poradziłeś jak na osobę, która pisała z zamkniętymi oczami.

Znieruchomiał w jednej chwili. Nie pamiętał, by zamykał oczy. Jednak jeżeli tak było, nawet te kulfony były nie lada wyczynem. Ale nie to go martwiło. Rozmawiał z nieznajomą zaledwie chwilę, a ona z zadziwiająca łatwością i wdziękiem uzyskała dostęp do jego wnętrza. A on sam jej na to przyzwolił. Dlaczego? Kim była?

Pojawił się kelner.

– Czy mogę czymś służyć?

Kobieta łabędzim ruchem podniosła na niego wzrok.

– Dziękuję, mam jeszcze wino.

Dorjan nie zastanawiał się ani trochę.

– Dla mnie to samo, wskazał na szklankę.

Kelner zmieszał się nieco.

– Przepraszam, może szanowny pan… – Urwał, nie wiedząc, co powiedzieć.

– Istra z wódką myśliwską oraz sokiem pomarańczowym. – dodał ściszonym głosem.

– Służę.

Kelner skłonił się nieznacznie i zniknął. Michał po dłuższej chwili milczenia postanowił wreszcie przedstawić się nieznajomej.

– Mam na imię…

– Wiem ­– przerwała mu i zamilkła, zbijając go na moment z pantałyku.

– A ty?

– Biorąc pod uwagę okoliczności, jestem Cecylia.

– Zabawne. To, jak moja pierwsza szkolna miłość – powiedział wbrew logice odczuwając, że ta obca przecież osoba jest mu absolutnie bliska; że towarzyszyła mu całe życie, idąc w ślad za nim, obserwując go, tak jak dzisiejszego wieczoru z drugiego końca sali.

– Przeznaczenie. Wierzysz w nie?

Zaśmiał się.

– Co się tak rozbawiło? – spytała zdziwiona.

– Nie obraź się, ale takie pytania ludzie zadają sobie w tanich romansach. Zaraz przed tym, jak lądują w łóżku wijąc się z rozkoszy, po tym jak poznali się ledwie kilka stron wcześniej uczestnicząc w zbiegu okoliczności, jakiego świat nie widział.

– Chcesz, żebym poszła z tobą do łóżka? – spytała, ale bez jakiegokolwiek uczucia, czy zainteresowania, jak gdyby chciała ustalić fakty. Czar prysł, a on nie wiedział, co ma odpowiedzieć.

Kelner przyniósł zamówiony alkohol. Dorjan skinął tylko głową. Zapach perfum był wyraźny. Mącił mu w głowie. Nie, to musiała być sprawa alkoholu. Po prostu wypił dziś o wiele za dużo.

– Rozumiem, że pytałaś poważnie o przeznaczenie. Nie wiem – odpowiedział prawdę.

– Nie wiesz? – Zdziwiła się i zaczęła opuszką palca wskazującego zmysłowo wędrować po brzegu kieliszka. – To przecież kwestia wiary, nie wiedzy. Nie ma dowodu i nie było, że przeznaczenie istnieje lub nie istnieje. Jak możesz nie wiedzieć, czy wierzysz?

Dorjan żachnął się z kwaśnym uśmiechem.

– O co chodzi? Po co te pytania o przeznaczenie?

– A wolałbyś porozmawiać o pogodzie? Lub może o polityce, zachodnich trendach oraz o tym, co rzucili do tych waszych sklepów.

Nie odpowiedział jej. Patrzył, jak subtelnie i zmysłowo przesuwała palec po brzegu kieliszka. Mieszanka strachu oraz fascynacji zaczynała uderzać mu do głowy wypierając alkohol. Oderwał w końcu wzrok od jej dłoni. Patrzyła mu prosto w oczy.

– Nie wiesz zatem, czy wierzysz w przeznaczenie. Nie wiesz również zatem, czy nie wierzysz. Pan obiektywny, aha? Znam takich. Kiepsko na tym wychodzą. O istnieniu Boga także nie jesteś przekonany, bo nie ma dowodów, prawda?

Wciąż nie zabierał głosu. Miał wrażenie, że nie jest na razie potrzebny, a osoba siedząca przed nim doskonale sobie radzi bez jego udziału.

– Obiektywni. Zawsze gdzieś pośrodku. Pewni jednego: że każdy medal ma dwie strony. I tak, zamiast przechodzić przez życie tanecznym krokiem, miotacie się jak szaleńcy. Jak stare zwierzęta, które tracą zmysł orientacji i pod koniec nie wiedzą nawet, w jakim lesie, na jakiej polanie przyszło im dokonać żywota. Powiedz, że przynajmniej wierzysz w życie po życiu?

Nie wykonał najmniejszego gestu.

– Zatem współczuję. Musisz być bardzo nieszczęśliwy.

– Niekoniecznie.

– Niekoniecznie… Tego też nie jesteś pewien, prawda?

Przestała bawić się kieliszkiem. Podniosła go.

– Wznoszę toast.

– Za przeznaczenie – zakpił.

Zignorowała sarkazm, uśmiechnęła się i lekko przymknęła oczy.

– Kapitalny pomysł. Wypijmy.

Dorjan wreszcie przygarnął szklankę, podniósł ją i pociągnął mały łyczek.

Ostawiła kieliszek, oparła się w fotelu zgrabnie zakładając nogę na nogę, a Dorjan nie mógł się oprzeć, by nie spojrzeć w tym kierunku. Były diablo zgrabne, osłonięte czarnymi pończochami z kwiatem róży po bokach ud.

– A zatem… Powiedz mi Michał, jestem ciekawa…. Czy nie zdarzało ci się budzić w środku nocy. Zlany potem, wyrwany z koszmaru, w którym śniła ci się wieczna pustka? Nie miewałeś takich wieczorów, kiedy sen nie przychodził, a ty zastanawiałeś się nad życiem i śmiercią? Po której zresztą zgodnie z twoimi słowami, byt człowieka przestaje istnieć. Czy nie miałeś momentów zwątpienia, kiedy pojawiało się pytanie: jaki jest sens tego życia? Skoro nie wiesz nawet, czy w coś wierzysz, czy nie i niczego nie jesteś pewien.

Zrobiła chwilę przerwy.

– Nie pomyślałeś, że w tej intelektualnej wyższości nad wiarą w bajki o niebie, czyśćcu i piekle, jesteś przegrany? Jesteś przegrany, bo zdajesz sobie sprawę, że twoje jestestwo po prostu zniknie raz na zawsze z tego świata? Czułabym się podle, gdybym tak myślała.

– Wierzę w pamięć.

– Tak? – zapytała tym razem z ironią.

– Czyż nie dzięki niej można żyć wiecznie? Izaak Newton, Mikołaj Kopernik, Arystoteles… Przetrwali całe pokolenia aż do teraz.

– I uważasz, że „Wrocławski McLean” gra w tej samej lidze?

Dorjan spojrzał jej prosto w oczy, marszcząc brwi. Nie wyglądała, jakby się tym przejęła.

– Sam nie możesz postawić się na cokole. Dlatego piszesz prawda? Twoim zdaniem życie po życiu istnieje, ale tylko jeśli sobie na nie zasłużysz geniuszem.

Zaśmiała się.

– I ty uważasz się za takiego logika i sceptyka-racjonalistę. Jesteś mitem sceptyka-racjonalisty. Powinieneś powiedzieć, że piszesz dlatego, aby zdobyć uznanie, pieniądze, kobiety; że chcesz po prostu cieszyć się życiem tak długo, jak to będzie możliwie, bo potem puf! Znikniesz raz na zawsze.

Podniósł szklankę, wypił spory łyk, po czym obtarł usta kciukiem i wstał.

– Dziękuje za interesującą psychoanalizę.

Chciał ruszyć w stronę baru, by uregulować swój rachunek. Złapała go za przedramię i zatrzymała. Spojrzał na nią. Nie wiedział, kim ani czym była. Chciał tylko się od niej uwolnić. Czuł, że będzie potrafiła sprawić, by zrobił to, co będzie chciała, aby zrobił. Mit był prawie obalony. Ale ostatni bastion pozostał jeszcze niezdobyty. Najwidoczniej nie chciała, aby tak pozostało.

– Siadaj.

Nie była to groźba. Nie była to również prośba. Ale było w niej coś tak przekonywającego, że musiał usłuchać. Poczuł, że nogi ma jak z waty, a serce zaczęło łomotać mu w piersi. Nie wiedząc kiedy, znalazł się z powrotem na krześle.

– A teraz spójrz w stronę sceny – poleciła.

Spojrzał.

Jak na komendę, z miejsc podniosły się dwie osoby: pianista oraz jeden z trzech tenorów. Zerknął ponownie na Cecylię, chociaż wcale nie nazywał jej tak w myślach.

– Szykują się do występu i co z tego?

– Milcz i słuchaj następnego utworu, a potem… Potem sam się przekonasz.

– Aha – burknął niby od niechcenia. Spojrzał ponownie na dwie sylwetki na scenie. Pianista zajął już swoje miejsce za instrumentem, a tenor przed mikrofonem. Z fortepianu popłynęła groźna, przeszywająca nuta.

– Kto to? – zapytał Dorjan, by dodać sobie otuchy.

– Musorgski. W moim ulubionym cyklu pieśni. – Ukradkiem zerknęła na Michała. – Spokojnie, tym razem będę ci tłumaczyć.

Żółć podniosła mu się do gardła. Podniósł szklankę z drinkiem, aby wepchnąć ją z powrotem na swoje miejsce i zorientował się, jak bardzo trzęsie mu się ręka. Zerknął szybko na kobietę w nadziei, że jego przerażenie nie zostało zdemaskowane. Lecz jej oczy były w nim utkwione i wtedy porzucił wszelkie złudzenie, że ma do czynienia z człowiekiem.

Mężczyzna zaczął śpiewać cicho, ale bardzo niskim i przejmującym głosem, który systematycznie narastał pogrążając go całkowicie, grzebiąc żywcem w nieokreślonym świecie i rzeczywistości; w ukrytym wymiarze. Z tego wymiaru zaczęły do niego docierać słowa. Słowa wypowiadane dźwięcznym, kobiecym głosem. Słyszał je wyraźnie.

 

Lasy, polany, nikogo w zasięgu wzroku

zamieć szaleje jęcząc, zawodząc,

jak gdyby pośród nocy mroku

zło w ziemi grzebało kogoś.

Spójrz, prawdę mówię! Tam w ciemności

Śmierć w objęcia bierze starucha

tańcząc trepaka, prowadzi pijaka  

i taką pieśń śpiewa mu do ucha…

 

– Przestań! – krzyknął. Jak na życzenie, zamiast kolejnej zwrotki, usłyszał ciche potwierdzenie w akompaniamencie ginącego w oddali Musorgskiego:

– Już.

Otworzył oczy, oddychając głęboko. Usta miał zamknięte. Zespół grał już inny utwór, tym razem wesołą i skoczną kompozycję. To była stara, dobra „Kalinka”. Część gości wstała z krzeseł, inni wyszli na parkiet i wili się w piruetach oraz przytupach. Pozostali klaskali w dłonie.

Ocenił swoją pozycję, weryfikując przy okazji, czy nadal jest w swoim ciele. Popatrzył również na miejsce przed momentem zajmowane przez zjawisko, którego nie rozumiał. Zjawisko ubrane w ludzką skórę. Bardzo powabną ludzką skórę, na wspomnienie której serce nie przestawało rozpychać się w osierdziu. Jednak wciąż biło. Najwyraźniej żył, a obok stało puste krzesło.

Spojrzał na prawą dłoń. Palce znów zaciśnięte były na szarym ołówku, który przylegał do serwetki. Tym razem były to tylko dwie frazy zapisane koślawym pismem, które wypełniły ostatnie wolne miejsce na skrawku materiału.

 

Wcześnie o poranku delikatne „stuk puk”

To śmierć, ta współczująca, stoi u drzwi

 

Przełknął ślinę i nerwowo popatrzył po innych gościach. Wszyscy się bawili. Nikt nie zwracał na niego uwagi, chociaż był chyba jedyną osobą, która siedziała bez ruchu, blady jak ściana.

Chwycił serwetkę i ołówek, poderwał się z miejsca i ruszył do toalety, omijając tańczących ludzi. Wparował do szaletu i przypadł do jednego ze zlewów. Odkręcił kurek i nachylił twarz. Miał wrażenie, że lodowata woda przenika mu pod skórę, ale strumień po zetknięciu z policzkiem tylko rozlewał się po większej jego powierzchni. Kiedy wreszcie wyprostował się, popatrzył w lustro na swoje przerażone odbicie. Oto miał przed sobą twarz fałszywego sceptyka-racjonalisty.

Wytarł ją, wypłukał usta, poprawił koszulę, którą miał uprzednio starannie wsuniętą w spodnie i ruszył do wyjścia z toalety, starając się sprawiać wrażenie człowieka opanowanego. Podszedł prosto do baru. Wyciągnął banknot. Barman spojrzał na niego, ale Dorjan nie wyczuł nuty zaskoczenia. Chyba się udało, pomyślał.

– Przepraszam, ale mam niedyskretne pytanie. Czy widział pan może tę elegancką damę w czerni, która przed momentem siedziała przy moim stoliku?

– Pan szanowny najmocniej wybaczy. O ile dobrze kojarzę, przez cały wieczór siedział pan samotnie, przynajmniej przy tym stoliku.

– Ja nie zmieniałem miejsca… – zaczął Dorjan, ale to przecież nie miało sensu.

Bez słowa pozostawił na ladzie banknot i nie upominając się o resztę, podążył w stronę wyjścia.

 

*

 

Stary człowiek umilkł wreszcie na dłuższą chwilę. W trakcie opowieści, słońce pokonało znaczną odległość na nieboskłonie i powoli zachodziło za koronami drzew okalających pensjonat.

– Obiecałem sobie po tamtym wydarzeniu, że nigdy już nie powtórzę wieczoru cudów. Wiem, jak to może zabrzmieć, ale ja zdałem sobie sprawę, co w życiu jest tak naprawdę ważne.

– Przejście do wiecznej pamięci? – zapytał Robert.

Jego ojciec łagodnie zaprzeczył.

– Wycofałem się z ramion, które coraz mocniej brały mnie w objęcia. Bo to nie ja cokolwiek brałem w garści… Gdyby nie to spotkanie, czy sądzisz, że siedzielibyśmy tutaj i rozmawiali tak, jak rozmawiamy teraz? Jeśli w ogóle bym żył, pewnie nie chciałbyś mnie znać. Starego alkoholika recydywisty…

Umilkł.

– A pisanie?

– To co mi się najlepszego udało zrobić jako artyście, udało mi się w ciszy i spokoju, w atmosferze równowagi. Nie potrzebowałem do tego alkoholu, używek, awanturniczego życia, romansów i skandali.

– Ale z mamą się nie udało – dodał Robert z przekąsem.

– Wiem, że to przeżyłeś. Ale cóż, są sprawy w życiu, których widocznie nie zmieni nawet widmo śmierci.

Znów chwilę pomilczeli.

– Miałem ogromne szczęście. Wielu rzeczy żałuję, ale byłem szczęśliwy.

– Tato… – Robert ujął jego pomarszczoną dłoń i ścisnął ją delikatnie. – To była niesamowita historia… Żałuję, że nie usłyszałem jej od ciebie wcześniej. Ale musisz teraz odpocząć.

Dorjan skapitulował. A raczej przytaknął ze smutnym uśmiechem. Faktycznie poczuł się zmęczony i zaschło mu w ustach. Pokornie pozwolił się odprowadzić do pokoju. Kiedy syn pomagał mu położyć się na łóżku, cisza między nimi stała się już nie do zniesienia.

– Nie wierzysz mi, prawda? – senior przerwał milczenie.

– Wierzę. – Syn popatrzył na niego poważnie. Jednak nie mogło to zwieść starego lisa.

– Robert, wiesz dlaczego ci o tym opowiedziałem? – Nie dawał za wygraną. – Bo, to prawda. Ale nie tylko. – Zamilkł na chwilę, aby pozbierać myśli. Czuł się, jak gdyby rozwiązał przynajmniej dziesięć krzyżówek pod rząd. Wiedział, że mocno się nadwyrężył. Nie chciał, żeby to poszło na marne. – Pragnąłem, żebyś wiedział, bo widzisz synu… Życie jest piękne. Może być piękne, jeśli inaczej na nie spojrzysz. I warto. Warto się starać…

Michałowi Dorjanowi ostatecznie zabrakło słów. Robert uśmiechnął się do wyczekującego w napięciu ojca.

– Kocham cię tato.

Michał rozpromienił się i poklepał syna po karku i głowie.

– No, a teraz zostaw mnie już. Muszę odpocząć. Za chwilę kolacja, a ty masz swoje sprawy. Synu? Dziękuję za ten dzień. Dziękuję ci za wszystko…

– Przecież miałeś się nie żegnać, pamiętasz? Jutro znów się widzimy.

Syn odszedł.

A kiedy po kolacji zakończyła się pora wieczornych wizyt lekarskich i Michał został sam na sam w swoim pokoju, niemal od razu po wyjściu pielęgniarki nachylił się w stronę komody stojącej przy łóżku. Otworzył szufladę. W ciszy przy świetle nocnej lampki namacał w niej przeźroczysty i śliski kształt. Była to koszulka A5, w której przechowywał pewną pamiątkę. Wyciągnął ją z szuflady i spojrzał przez folię na pożółkłą ze starości serwetkę, pokrytą możliwymi do odczytania już tylko dla niego hieroglifami. Położył się na łóżku, wyciągnął ją ostrożnie ze środka i zaczął czytać.

Poczuł zapach perfum.

Postarał się nakierować nozdrza na jego źródło. Obejrzał się w stronę wejścia do pokoju i jego oczy najpierw zwęziły się, a potem rozszerzyły.

Miałem dobre życie, pomyślał i tej myśli trzymał się. Pomimo to, nie wyzbył się lęku. A być może była to atmosfera wyczekiwania. Zamiast miotać się w akcie desperacji, kurczowo trzymając się każdego oddechu, spokojnie oparł głowę na poduszce i spojrzał z nadzieją wprost ku swoim ostatnim chwilom. Przycisnął do piersi pożółkłą serwetkę.

– Taką cię zapamiętałem – wypowiedział bardziej uradowany, niż przestraszony. – Jesteś, żeby dokończyć mi przerwaną pieśń?

To, co się potem wydarzyło, nie było niczym aż tak bardzo wyjątkowym. On i ona padli sobie w objęcia, jak para kochanków. Ale nie było tu zbiegu okoliczności, czy przypadku. Od początku było im to pisane.

 

*

 

O dziesiątej wieczorem, kiedy Robert szykował się do wieczornej toalety, zadzwonił telefon. Od kiedy ojciec w ubiegłym roku trafił do szpitala z objawami udaru, do każdego telefonu o takiej niestandardowej porze podchodził z lekko bijącym sercem. Tym razem nie było inaczej. Zwłaszcza, że dzisiejsza wizyta u ojca tylko potwierdzała jego obawy i spostrzeżenia. Już kilka tygodni temu zauważył, że tata miewa zaćmienia pamięci, wolniej kojarzy, a także mówi. Z bólem zdawał sobie sprawę, że to i tak dopiero początek, a najgorsze dopiero nadejdzie. Czytał ostatnio o objawach choroby Alzheimera w kolejnych stadiach i od tamtego czasu zadawał sobie tylko pytanie, ile sił pozostało staruszkowi w baku, aby żyć w miarę normalnie. Kiedy na wyświetlaczu zobaczył numer stacjonarny sekretariatu Ślęzy, przeczuwał, że takie telefony będą coraz częstsze. W słuchawce telefonu przedstawiła się dyrektor ośrodka.

– Nie będę owijała w bawełnę, Panie Robercie. Bardzo mi przykro. Pański ojciec zmarł. Przed chwilą lekarz potwierdził zgon. Jego zdaniem do śmierci doszło podczas snu.

Nie cierpiał, przeszło mu przez myśl. Dzięki Bogu i za to.

– Za chwilę wsiadam w samochód. Będę u państwa w ciągu dwudziestu minut.

Po tych słowach rozłączył się. Następnie w milczeniu przebrał się, spokojnie i bez pośpiechu. Pośpiech nie miał przecież znaczenia. Tata nigdzie nie uciekł. Nie trzeba rozsyłać listów gończych za starszym panem nie pamiętającym, jak się nazywa. Robert nie zdawał sobie jednak sprawy, jaki jest oszołomiony, dopóki nie stanął przed drzwiami, aby je zamknąć i najwyraźniej zapomniał, do czego służą klucze. Opamiętał się po chwili. Musiał myśleć trzeźwo. Postanowił, że nie będzie na razie nikogo informował.

Wyszedł z domu.

O ile dzień był ciepły, to wieczór wciąż jeszcze przypominał, że wiosna zawitała niedawno. Ruch na wrocławskich drogach był niewielki, toteż pod pensjonat zajechał w ciągu obiecanych dwudziestu minut. Na dole czekała już dyrektor, która raz jeszcze wyraziła ubolewanie. Podziękował i ruszyli do pokoju ojca.

Kiedy stanęli przed nimi, szefowa zaprosiła go gestem do środka.

– Bardzo proszę. Niczego jeszcze nie ruszaliśmy. To znaczy, rzeczy… – próbowała wybrnąć z niezręcznych słów.

Pokiwał na znak, że rozumie i wszedł do środka.

Ojciec leżał na łóżku.

Z odchyloną głową i odemkniętymi ustami. Takim nigdy wcześniej go nie widział. Podszedł ostrożnie, jak gdyby nie chciał go zbudzić. Przysiadł obok i patrzył na pokrytą zmarszczkami twarz. Potem przeniósł wzrok na tors. Lewa dłoń spoczywała na piersi ojca, a prawa leżała wzdłuż ciała. Jej palce były złożone, ale nie zaciśnięte w pięść. Spojrzał uważniej. Pod nimi na pościeli spoczywał pomięty strzęp papieru. Chwycił za brzeg i delikatnie wyciągnął go spomiędzy palców.

Nie wycierając mokrego policzka, rozłożył serwetkę. Wyjątkową serwetkę, która dawno temu zamiast posłużyć do wytarcia tłustych warg, rozmazanego tuszu, zgarnięcia popiołu z blatu stołu, miała stać się czymś znacznie więcej.

Nośnikiem przeznaczenia.

I najdroższą pamiątką po ojcu.

 

Koniec

Komentarze

Ucieszyłam się, przystępując do lektury, bo lubię horrory, a tu, jak się okazało, horroru tyle, co kot napłakał, a i fantastyki też zabrakło.

Musze przyznać, Janku, że opowiadanie czytało się całkiem przyjemnie, ale w niespodziewanym objawieniu się nietrzeźwemu bohaterowi pięknej kobiety w czarnej sukience, nie potrafię dostrzec nic, co mogłoby kojarzyć się z czymś znamionującym porządny horror. Choć opisałeś jak zmieniało się nastawienie Michała do spotkanej pani, to nie mogę powiedzieć, że sytuacja tchnęła szczególnym klimatem, że zachowaniu obojga towarzyszyła narastająca groza, no i poza odczuciami nietrzeźwego pisarza nic nie wskazywało, że mam do czynienia z czymś osobliwym. Owszem, dziewczyna była i nagle zniknęła, a kelner utrzymywał, że Michał był sam, ale dla mnie to zdecydowanie za mało, aby dopatrzyć się tu horroru.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

kilka ty­go­dni temu skoń­czył 75 lat. ―> …kilka ty­go­dni temu skoń­czył siedemdziesiąt pięć lat.

Liczebniki zapisujemy słownie.

 

Daw­niej stały by­wa­lec sa­lo­nów i bohem… ―> Bohema to środowisko ekscentrycznych artystów. Można być członkiem bohemy, ale nie jej bywalcem.

 

że na po­cząt­ku lat 80-tych… ―> …że na po­cząt­ku lat osiemdziesiątych

 

Cza­sem nie­wie­le trze­ba, aby przy­szyć komuś łatkę. ―> Dlaczego to zdanie jest wytłuszczone?

 

Stany po­wra­ca­ły jed­nak coraz czę­ściej. ―> A może: Takie stany po­wra­ca­ły jed­nak coraz czę­ściej.

 

uży­wał spo­le­gli­we­go zdrob­nie­nia… ―> Na czym polega spolegliwość zdrobnienia imienia?

 

kiedy na Kre­cie ro­dzi­ła się cy­wi­li­za­cja Mi­noj­ska? ―> …kiedy na Kre­cie ro­dzi­ła się cy­wi­li­za­cja mi­noj­ska?

 

To 130 po­ko­leń. ―> To sto trzydzieści po­ko­leń.

 

By­stry dzie­ciak z me­try­ką 42-lat­ka… ―> By­stry dzie­ciak z me­try­ką czterdziestodwulatka

 

O Janka, o Beatę…. ―> O Janka, o Beatę

Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

– … a kiedy or­ga­nizm wresz­cie prze­ła­mie ba­rie­rę… ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

Za­czę­ło, jak wiele po­dob­nych wie­czo­rów… ―> Chyba miało być: Za­czę­ło się, jak wiele po­dob­nych wie­czo­rów

 

im­pre­za już się roz­krę­ca­ła, by­naj­mniej grono było spore. ―> …im­pre­za już się roz­krę­ca­ła, grono było spore.

 

jak wy­glą­da­ły do­mów­ki w tam­tym cza­sie… ―> Wspomina starszy pan, mam wrażenie, że powiedziałby raczej: …jak wy­glą­da­ły prywatki w tam­tym cza­sie

 

nikt czasu nie tra­cił na prze­glą­da­nie fejs­bu­ka… ―> …nikt czasu nie tra­cił na prze­glą­da­nie Faceboo­ka

 

– Tylko co nieco – Mi­chał od­po­wie­dział z uśmie­chem… ―> Brak kropki po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

a miał jesz­cze dużo po­wie­dze­nia. ―> Pewnie miało być: …a miał jesz­cze dużo do po­wie­dze­nia.

 

Skup się na za­da­niu, po­wtó­rzył sobie w my­ślach i pod­jął prze­rwa­ną opo­wieść. ―> Np.: Skup się na za­da­niu – po­wtó­rzył sobie w my­ślach i pod­jął prze­rwa­ną opo­wieść.

W drugiej części poradnika o zapisywaniu dialogów znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli.

 

Szli­śmy na tram­waj. ―> Szli­śmy do tramwaju.

 

„Pod­mo­skiew­skie wie­czo­ry”, może sły­sza­łeś. ―> „Pod­mo­skiew­skie Wie­czo­ry”, może sły­sza­łeś.

Nazwy restauracji/ klubów/ kawiarni piszemy wielkimi literami.

 

Jego kłęby le­ni­wie wzla­ty­wa­ły do góry, gdzie kon­den­so­wa­ły się w po­pie­la­tą chmu­rę w oto­cze­niu bo­ga­to zdo­bio­nych kan­de­la­brów.  ―> Masło maślane – czy coś może wzlatywać do dołu?

Kandelabr to duży, wieloramienny świecznik stojący; może stać na podłodze czy na stole, ale nie znajdzie się pod sufitem.

Proponuję: Jego kłęby le­ni­wie snuły się ku górze, gdzie kon­den­so­wa­ły się w po­pie­la­tą chmu­rę, między bo­ga­to zdo­bio­nymi żyrandolami.

 

nie prze­szka­dza­ło mu to. Także brak to­wa­rzy­stwa, który był dla niego sa­me­go dość nie­ty­po­wy. ―> …nie prze­szka­dza­ło mu to. Tak jak brak to­wa­rzy­stwa, co dla niego sa­me­go było dość nie­ty­po­we.

 

gdzie w stru­ny ba­ła­łaj­ki ude­rzy­ło wła­śnie dwóch mu­zy­ków… ―> …gdzie w stru­ny ba­ła­łaj­ek ude­rzy­ło wła­śnie dwóch mu­zy­ków

Chyba że dwóch muzyków grało na jednej bałałajce.

 

za­czął mu się przy­glą­dać, ob­ra­ca­jąc go w pal­cach… ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

W tej sce­ne­rii wy­obra­ził, a może zo­ba­czył… ―> W tej sce­ne­rii wy­obra­ził sobie, a może zo­ba­czył

 

– Czy mogę w czymś słu­żyć? ―> – Czy mogę czymś słu­żyć?

 

Pa­trzył na to, jak sub­tel­nie i zmy­sło­wo prze­su­wa­ła palec po brze­gu szklan­ki. ―> Kobieta piła wino, które było w kieliszku, nie w szklance.

 

Prze­sta­ła bawić się szklan­ką. Pod­nio­sła ją do góry. ―> Masło maślane – czy można podnieść coś do dołu?

Proponuję: Prze­sta­ła bawić się kieliszkiem. Pod­nio­sła go.

 

Osta­wi­ła szklan­kę… ―> Osta­wi­ła kieliszek

 

Były dia­blo zgrab­ne, owi­nię­te w czar­ne poń­czo­chy… ―> Nóg nie owija się pończochami.

Proponuję: Były dia­blo zgrab­ne, osłonięte/ obleczone/ osnute czarnymi pończochami

 

Pod­niósł szklan­kę, wziął spory łyk… ―> Pod­niósł szklan­kę, wypił spory łyk

Łyków się nie bierze.

 

a serce za­czę­ło ło­mo­tać mu w pier­siach. ―> …a serce za­czę­ło ło­mo­tać mu w pier­si.

Chyba że Michał miał więcej niż jedną pierś.

 

zo­rien­to­wał się, jak bar­dzo trzę­sie mu się ręką. ―> literówka.

 

serce wa­li­ło mu w pier­siach ze stra­chu. ―> …serce wa­li­ło mu w pier­si ze stra­chu.

 

ko­szu­lę, którą miał uprzed­nio sta­ran­nie wcią­gnię­tą w spodnie… ―> …ko­szu­lę, którą miał uprzed­nio sta­ran­nie wsuniętą w spodnie

 

Czy wi­dział Pan może tę ele­ganc­ką damę… ―> Czy wi­dział pan może tę ele­ganc­ką damę

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Ża­łu­ję, że nie usły­sza­łem jej od Cie­bie wcze­śniej. ―> Ża­łu­ję, że nie usły­sza­łem jej od cie­bie wcze­śniej.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

O 10 wie­czo­rem… ―> O dziesiątej wie­czo­rem

 

Na dole cze­ka­ła już Pani Dy­rek­tor… ―> Na dole cze­ka­ła już pani dy­rek­tor

 

Lewa dłoń spo­czy­wa­ła pier­si ojca… ―> Lewa dłoń spo­czy­wa­ła na pier­si ojca

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Generalnie mam dość plebejskie gusta, jeśli chodzi o literaturę. Nie wzruszałem się “Nad Niemnem”, nie podobał mi się “Pan Tadeusz” i inne sentymentalne utwory.

 

Ale to? To jest przepiękne. Po prostu, kurwa, przepiękne. Tak piękne, że nie ważę się rozkładać tego na części pierwsze, nie skrzywdzę tego opowiadania swoją analizą. Autorze, stokrotne dzięki za to opowiadanie!

 

Popraw koniecznie to zdublowane: “Dawniej stały bywalec salonów i bohem, niepokorny intelektualista oraz literat. Niegdyś stały bywalec salonów i bohem, niepokorny intelektualista oraz literat” i popraw wszystko, co prawdopodobnie wskażą Ci @regulatorzy bądź @śniąca. To opowiadanie zasługuje na to, aby być bezbłędne.

PS. Jeśli jesteś czytelnikiem i sprawdzasz komentarze przed lekturą tego opowiadania zadając sobie pytanie: “Czy warto to przeczytać?”, to odpowiadam: “Tak, warto”. Nie stój tak, ino scrolluj na samą górę i czytaj, od początku do końca.

 

EDIT: Gdy pisałem komentarz, komentarza Regulatorów jeszcze nie było. Pozwolę sobie na małą dygresję: jak najbardziej, w tym opowiadaniu nie ma nic z horroru i oznaczenie tego opowiadania jako horror to błąd. To mocno nastrojowe, prawdziwie duszoszczypatielne opowiadanie i nastawianie się do tego opowiadania jak do horroru może faktycznie odebrać przyjemność z lektury. Całe szczęście, że nie zwracałem uwagi na tagi!

 

Trochę jak z filmem “W cieniu drzewa”, który był otagowany jako “komedia/dramat”, szedłem na niego jak na komedię, a okazał się być dramatem/tragedią. I choć film był naprawdę dobry, dysonans pomiędzy nastawieniem a tym co dostałem zniszczył całą przyjemność z jego oglądania.

Dziękuję za zapoznanie się z opowiadaniem, za poświęcony czas. Wszystkie uwagi przyjmuję z pokorą i wprowadzam do pamięci AjBiEma;)

Cieszę się, że lektura choć trochę miła:)

Horror, inna, tu był dylemat. Żywcem nie pokrojon, ale spotkać chlebodawczynię wszystkich grabarzy świata… Tu również dla mnie cenna wskazówka na przyszłość.

Pozdrawiam!

JO

Stokrotnie dziękuję Panie Pliszko!:)

Takich słów życzyłbym każdemu autorowi.

Poprawię, com przeoczył. Słowo harcerza

Pozdrawiam!

JO

Ujmę to tak: impreza już się rozkręcała, bynajmniej grono było spore.

bynajmniej I «partykuła wzmacniająca przeczenie zawarte w wypowiedzi, np. Nie twierdzę bynajmniej, że jest to jedyne rozwiązanie.»

bynajmniej II «wykrzyknik będący przeczącą odpowiedzią na pytanie, np. Czy to wszystko? – Bynajmniej.»

 

a poza alkoholem gabloty wypełniało zazwyczaj kilka paczek papierosów i wielkie nic poza tym.

Nie brzmi to najlepiej.

 

Patrzył na to, jak subtelnie i zmysłowo przesuwała palec po brzegu kieliszka.

Niepotrzebne to na to ;)

 

Dziękuje za interesujący wywód.

Dziękuję.

 

Miał wrażenie, że lodowata woda dosłownie przeziera przez twarz na wskroś, ale strumień po zetknięciu z policzkiem tylko rozlewał się po większej jego powierzchni.

 

przezierać

1. «ukazywać się, wyglądać spod czegoś, przeświecać, przebijać przez coś»

2. «dawać się zauważyć, odczuć, nasuwać się na myśl»

 

na wskroś, na skroś

1. zob. wskroś.

2. «do głębi, całkowicie»

 

Nie wiem, czy da się przezierać na wskroś. I jak na wskroś, to nie przez. Drugi człon zdania jest lekko niezrozumiały. Jak się domyślam, chodziło o to, że miał wrażenie, iż lodowata woda przenika mu pod skórę, ale tylko spływała po twarzy.

 

 

Ładne, klimatyczne, dobrze mi się czytało. Może trochę za słabo oddłeś niesamowitość kobiety w czerni, przez co reakcje Michała wydawały mi się lekko przesadzone. Nie czułam grozy sytuacji, może dlatego, że te rozważania były zbyt intelektualne. Element niesamowitości, w postaci serwetki to jednak odrobinę za mało. Przydałoby się tam coś jeszcze.

Fantastyka delikatnie zarysowana, ale jest. Kim ona była? Mojrą, czy wprost śmiercią?

Mimo tych zastrzeżeń podobało mi się, całkiem udany debiucik. Na tyle, że klikam :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję Irka! Za ciepłe słowa oraz cenne uwagi, które zapisuję w kajet pamięci, a językowe wprowadzam do opowiadania. Rad jestem, że w podsumowaniu lektura dobre wrażenie pozostawiła.

Na ostatnie pytanie w komentarzu nie odpowiem;) Już mi nie wolno;)

Pozdrawiam!

JO

JO

Opowiadanie według mnie trochę przegadane, ale daje radę.

Zgodzę się z określeniem “duszoszczipatielnyje”. Tym bardziej, że widać związki z Rosją. ;-)

Te emocje i obyczajówka to nie całkiem moje klimaty, ale niech Ci będzie.

Kuleje interpunkcja, gdzieś tam błędy w zapisie dialogów.

Babska logika rządzi!

Dzięki, dzięki Finkla, emocje. Emocje cieszą najbardziej. Jeśli zbytnio nie narzucały im się błędy, Pani Interpunkcja, czy przegadanie. Coś trzeba postawić na szali.

Pieśni i tańce śmierci miewa każdy z nas. Chciałem sobie z nimi podumać na dwa serca. Zatańczyć trepaka. Kulejąc, a jakże;)

Pozdrawiam!

JO

JO

Całkiem zgrabne, plusik ode mnie za wspomnienie o brydżu ;) (Fatalne Rozdanie! ;)). Mam ważenie, że trochę niepotrzebnie tłumaczysz końcówkę, zakończyłbym raczej na scenie śmierci, bez opisywania reakcji Roberta. Podobało mi się, że tekst zdawał się sugerować, że w barze będzie romans, a tu jednak skręt w zupełnie inną stronę.

Dzięki Bellatrix za lekturę i komentarz. Romans był, a jakże:) Koniec. Nie miałem sumienia pozostawiać kobiety w czerni na progu. Ona zresztą nie czeka. Nigdy. Wchodzi bez zapowiedzi, bez pukania, stając w otwartych drzwiach.

Pozdrawiam!

JO

JO

Nowa Fantastyka