- Opowiadanie: Selmir - Ścigana

Ścigana

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ścigana

Uciekała. Jak zwykle. Przez ostatnie sześć lat nie robiła niczego innego.

Przykucnąwszy za stertą skrzyń, wstrzymała oddech. Serce łomotało jej szaleńczo w piersi, gdy skulona czekała, aż prześladowcy zaczną się oddalać. Dopiero kiedy stukot żołnierskich buciorów zupełnie ucichł, osunęła się bezwładnie na ziemię, łapczywie wciągając powietrze w płuca. Prawie się udusiła, gdy jej nozdrza przeszył odór miejsca, do którego trafiła. Krztusząc się i plując żółcią, przewróciła się na bok i złapała za szyję.

Minęła dłuższa chwila, nim zdołała w końcu normalnie odetchnąć. Przez następne kilka minut po prostu leżała z zamkniętymi oczami, po opadnięciu emocji na nowo czując okropną suchość w gardle i szarpiący wnętrzności głód. Zmęczone ciało drżało lekko w śmierdzącym błocie, a świadomość dziewczyny powoli zaczęła odpływać.

Zacisnęła zęby, z trudem zwalczając ogarniające ją otępienie. Jeszcze nie mogła stracić przytomności. Wrogowie wciąż byli zbyt blisko. Musiała się ukryć. Musiała przeżyć.

Po kilku próbach udało jej się podnieść. Oparta plecami o ścianę budynku, powiodła dookoła wzrokiem. Źródłem straszliwego fetoru okazała się być wielka dziura z odpadkami, spełniająca najwyraźniej także funkcję latryny. Czym prędzej odwróciła od niej wzrok. Choć na samą myśl o jedzeniu robiło jej się teraz niedobrze, znalezienie pożywienia było niemal równie ważne jak sama ucieczka. Od dwóch dni nie miała niczego w ustach, a nawet wcześniejsze posiłki trudno było nazwać obfitymi. Zwróciwszy twarz w stronę wyjścia z zaułka, ruszyła przed siebie chwiejnym krokiem.

***

Wszyscy goście karczmy, jeśli można tak było nazwać bandę rzezimieszków i pijaków, którzy odwiedzali to miejsce, zostali ustawieni w nierównym szeregu pod ścianą. Po twarzach każdego z nich, wliczając nawet łysego właściciela przybytku, widać było, że woleliby się znaleźć jak najdalej stąd. Drogę do wyjścia zagradzało jednak dwóch wysokich mężczyzn, trzymających w gotowości krótkie, obusieczne miecze. Trzeci osobnik, wyższy nawet od swoich postawnych podwładnych, w przeciwieństwie do nich nie krył się za lśniącym pancerzem, lecz jego odzienie sprawiało wrażenie równie kosztownego. Wypastowane buty i srebrne zdobienia połyskiwały lekko w blasku płonącego w kącie paleniska.

Wyniosła twarz skrzywiła się w niesmaku, gdy inkwizytor ogarnął wzrokiem zebraną przed sobą zgraję.

– Szukamy pewnej osoby – oznajmił władczym głosem. – Niebezpiecznej wiedźmy, która od lat podróżuje po kraju, wywołując choroby, zatruwając studnie i na różne inne sposoby szkodząc ludziom, których napotka. Wszystko wskazuje na to, że całkiem niedawno przebywała ona właśnie tu, w tym budynku. Wygląda na młodą dziewczynę, ale nie dajcie się zwieść, jest znacznie starsza i groźniejsza, niż się wydaje. Dość łatwo ją rozpoznać, ma rude włosy i dużą bliznę przechodzącą przez lewe oko.

Przejechał palcem wskazującym po twarzy, bezwiednie pocierając drugą dłonią rękojeść wiszącego u pasa rapiera.

– Schwytanie jej jest kwestią najwyższej wagi, toteż każdy kto udzieli nam pomocy w pościgu, może liczyć na sowitą nagrodę – elf zawiesił głos, po czym dodał zmienionym, przesyconym groźbą tonem – zaś ci, którzy będą utrudniać śledztwo, powinni liczyć się z tym, że spotka ich odpowiednia kara.

Po tych słowach jeden z mężczyzn wyszedł naprzód i padł na kolana przed inkwizytorem, który skrzywił się, czując bijący od typka zapach, ale słuchał uważnie, gdy ten lekko sepleniąc mówił:

– Widziałem ją, panie. Tak, była tu, ledwie godzinę temu. On, właściciel – oskarżycielskim gestem wskazał za siebie – dał jej jeść i pić, a…

Wspomniany człowiek zrobił krok do przodu, unosząc błagalnie ręce i otwierając usta, by coś powiedzieć, ale elf powstrzymał go krótkim ruchem. Spojrzawszy z powrotem na płaszczącego się na ziemi osobnika, dał mu znak, by kontynuował.

– Wyglądała podejrzanie, od razu tak sobie pomyślałem, więc poszedłem jakiś czas za nią… – mężczyzna oblizał swoje suche, popękane wargi – żeby dowiedzieć się, czy przypadkiem czego złego nie planuje.

Patrząc na swojego rozmówcę, inkwizytor wątpił, by kierowały nim tak szlachetne intencje, ale nie miało to dla niego znaczenia. Tak długo, jak dostarczano mu użytecznych informacji, był wyjątkowo tolerancyjny.

– Możesz zabrać nas tam, gdzie się udała? – spytał krótko.

Gdy otrzymał potwierdzenie, obrócił się i gestem kazał mężczyźnie pójść za sobą. Przed wyjściem zatrzymał się jeszcze na chwilę, obrzucając niechętnym spojrzeniem wnętrze karczmy, po czym zwrócił się szeptem do jednego z podwładnych:

– Nie ma najmniejszego powodu, żebyśmy pozwolili temu siedlisku robactwa dalej istnieć. Spalcie wszystko. Później obwini się za to wiedźmę.

***

Celiusz znowu spędził całą noc zajmując się chorymi. Widziała to po jego twarzy, na której mimo ewidentnego zmęczenia widniał spokojny uśmiech.

– Za dużo pracujesz, wujku – powiedziała pouczającym tonem. – Zrobisz sobie krzywdę.

Opiekun pogładził ją po włosach, kręcąc łagodnie głową.

– Nadio, wiesz przecież, że nie mogę odwrócić się od kogoś, kto potrzebuje mojej pomocy. Chodź, napijmy się razem herbaty.

– Ale jeśli będziesz się przemęczać, to w końcu sam będziesz chory!

Nadia tupnęła z rozdrażnieniem, ale potem czym prędzej podążyła śladem Celiusza, ledwo nadążając za mężczyzną na swoich krótkich nóżkach. Uzdrowiciel opiekował się nią, odkąd pamiętała i choć bynajmniej nie był to zbyt długi czas, doskonale wiedziała co oznacza picie herbaty. Będzie mogła usłyszeć kolejną z jego opowieści!

Wdrapała się na wiklinowy fotel i usiadła ze skrzyżowanymi nogami, drżąc z niecierpliwości. Musiała jednak poczekać jeszcze parę minut, aż poruszający się jak na złość powoli starzec zaparzy wodę w czajniku i przyniesie go na taras chatki. Celiusz ostrożnie nalał brunatnego naparu do dwóch niewielkich czarek, a następnie usadowił się po drugiej stronie małego stolika. Chwilę dmuchał na trzymaną w dłoniach herbatę, po czym pociągnął długi łyk i westchnął z ukontentowaniem.

Jakiś czas spoglądał w zadumie na rozciągające się przed ich oczami wzgórza, pokryte bujną, poruszaną łagodnym tchnieniem wiatru trawą. W końcu zerknął kątem oka na dziewczynkę, która nie ruszyła nawet swojej czarki i patrzyła na niego z bardzo niezadowoloną miną. Widząc jej nadęte policzki, zachichotał cicho, na co Nadia pożaliła się oskarżycielskim tonem:

– Robisz to specjalnie!

Skrzyżowała chude rączki na piersi i burknęła pod nosem – Wiesz, że nie mogę doczekać się opowieści.

Odwróciwszy ostentacyjnie głowę, wyniośle oświadczyła – Jak masz sobie ze mnie żartować, to już nie jestem ciekawa. Nie chcę słuchać żadnej historii.

– Nawet takiej o smokach? – zapytał mężczyzna z uśmiechem, który sprawił, że przez moment jego okolone siwizną oblicze wyglądało znacznie młodziej.

– O smokach?! – Piwne oczy dziewczynki zabłysły, kiedy gwałtownie obróciła się w stronę opiekuna, zamiatając wokół rudą czupryną.

– Naprawdę mi o nich opowiesz? – spytała, aż piszcząc z ekscytacji.

Wtem jednak zmarszczyła brwi i zwiesiła ramiona, jakby uszło z niej powietrze. – Znowu sobie ze mnie żartujesz, prawda? Nigdy nie chciałeś mówić o smokach.

– Och, musisz wybaczyć wujkowi jego zachowanie, malutka. Dla takiego starego człowieka niewiele już zostało przyjemności poza dworowaniem sobie z młodych.

Dziewczynka zamilkła ze wzrokiem wbitym w kolana, niepewna znaczenia słowa „dworować” i dotknięta tym, że Celiusz zwracał się do niej, jakby wciąż była małym dzieckiem, choć przecież niedawno skończyła już sześć lat.

– Jednak tym razem nie, nie żartuję. Naprawdę ci o nich opowiem.

Nadia spojrzała na mężczyznę z radością, po czym przysunęła się do niego tak blisko, jak na to pozwalał stolik. Starzec popatrzył znacząco na jej nietkniętą jeszcze czarkę, więc szybko chwyciła ją w dłonie i upiła łyk napoju, lekko parząc sobie przy tym język. Nie dała tego jednak po sobie poznać, bojąc się dalszych opóźnień i wpatrując się z wyczekiwaniem w Celiusza, który podjął:

– Co więcej, dziś nie tylko opowiem ci o smokach, ale także pozwolę wybrać, jaką dokładnie historię usłyszysz. – Pogładził się po krzaczastej brodzie i zapytał – A więc? Co cię najbardziej ciekawi? Chciałabyś poznać dzieje pierwszego smoka? Dowiedzieć się, kto był ich najsławniejszym pogromcą? A może…

– Opowiedz mi o największym smoku na świecie! – zażyczyła sobie z entuzjazmem dziewczynka. – O największym i najstraszniejszym, jaki kiedykolwiek żył!

Uzdrowiciel zawahał się i przez chwilę Nadia myślała, że poprosiła o zbyt wiele. W końcu jednak westchnął i skinął głową. – No dobrze, niech będzie.

Rozsiadł się wygodnie, napił jeszcze raz herbaty, po czym zaczął mówić:

– Na tej ziemi istnieje wiele stworzeń, przy których zwykły człowiek zdaje się być niczym więcej, jak tylko mało znaczącym robaczkiem. Niektórzy sądzą, że wśród nich prym wiodą elfy, już od wieków panujące nad przeszło połową znanego świata. Jednak nawet siła i czary tej prastarej rasy bledną w obliczu skrzydlatych bestii o łuskach twardych niczym stal i oczach bystrzejszych niż u choćby najczujniejszego sokoła. Szpony mają ostrzejsze niźli miecze, a ogień dobywający się z ich gardeł niweczy wszelkie zaklęcia. Nie dadzą się zwieść żadnej iluzji czy kłamstwu i w pojedynkę zdolne są pustoszyć całe miasta i druzgotać armie, całkowicie bezsilne wobec ich potęgi. Zaiste, tylko najwięksi spośród wojowników, jakich zna historia, mogli się mierzyć ze straszliwymi istotami, jakimi są smoki… – Celiusz zawiesił głos i rzucił okiem na Nadię, oceniając dotychczasowy efekt opowieści. Widząc, że dziewczynka gapi się na niego z lekko rozdziawionymi ustami, uśmiechnął się w duchu i kontynuował:

– Pojawił się jednak kiedyś smok, któremu nie wystarczała moc naturalnie przysługująca członkom tej rasy. O nie, on chciał więcej. Pragnął, aby nawet inne smoki bały się go tak, jak ludzie boją się smoków. Jego celem było stać się najpotężniejszą istotą, jaka kiedykolwiek istniała i jaka kiedykolwiek będzie istnieć. Kto wie, może planował rzucić wyzwanie nawet bogom…

Starzec odkaszlnął i wziął kolejny łyk z czarki.

– Ten smok, którego imienia nikt z żyjących już nie pamięta, gotów był zrobić wszystko, by zrealizować swą wielką ambicję. Dlatego też dopuścił się czynu, który wśród smoków uznawany jest za najgorszą z możliwych zbrodni… Zabił jednego ze swych skrzydlatych braci i pożarł jego ciało.

Dziewczynka skrzywiła się i lekko wzdrygnęła, ale żadnym dźwiękiem nie ważyła się zakłócić opowieści.

– Widzisz, moje dziecko, smoki, mimo iż budzą w nas taki strach, z natury nie są wcale złymi istotami. Choć nie darzą miłością innych stworzeń i uważają je za gorsze od siebie, wcale nie zależy im na naszej śmierci i bardzo rzadko same szukają zwady z jakimkolwiek śmiertelnikiem. W przeciwnym razie to one rządziłyby teraz w każdym zakątku ziemi, a wielkie miasta i mocarstwa tego świata nigdy by nie powstały. Czasem jednak zdarza się, że smok straci nad sobą kontrolę, stając się krwiożerczą bestią, której szał zdolny jest pochłonąć całe krainy. Może do tego dojść między innymi wtedy, gdy skosztuje on mięsa osobnika własnego rodzaju. Dokładnie tak, jak uczynił to bohater naszej historii.

Nie przerywając opowieści, Celiusz dolał sobie herbaty z czajnika.

– Świadom ryzyka, lecz uniesiony pychą i ufny w siłę swego umysłu, dopuścił się tego wielkiego zła i, rzeczywiście, dało mu to potęgę, której tak pożądał. Na tym jednak się nie skończyło. Choć jego niezłomna wola początkowo powstrzymywała obłęd, wytrwały w swym dążeniu zwrócił się przeciwko następnemu pobratymcowi, a później następnemu i następnemu, a z każdym pokonanym rywalem rosła zarówno siła, jaką rozporządzał, jak i targające nim szaleństwo. W końcu stał się tak niebezpieczny, że inne smoki porzuciły wszelką nadzieję na powstrzymanie go, zmuszone zamiast tego skryć się na krańcach ziemi, zdjęte takim strachem jak jeszcze nigdy od początków świata. W tej części spełniło się marzenie smoka, jednak umysł, w którym ono powstało, dawno przestał już istnieć. Nie będąc w stanie uciszyć szału, który nim władał i pozbawiony towarzystwa współbraci, z którymi mógłby stanąć do walki, skierował w końcu swój gniew na krainę, gdzie Wieczyste Imperium przeżywało właśnie okres swojego największego dobrobytu. Działo się to bowiem jeszcze w czasach, zanim demonica Lilith stworzyła wampiry i wszystkie inne złe duchy nękające świat po dziś dzień.

Nadia słuchała z rosnącą fascynacją i lękiem, gdy Celiusz opisywał pochód straszliwej bestii, niszczącej wszystko na swojej drodze. Spojrzała w dół, na trzymaną w rękach czarkę. Pobudzona słowami starca wyobraźnia zaczęła dostrzegać w unoszącej się znad herbaty parze dym wielkiego pożaru, trawiącego nieistniejące już od wieków miasta. W brunatnym płynie ujrzała cień skrzydeł przesłaniających sobą pół nieba i z każdym uderzeniem wzbijających podmuch o sile huraganu. Do uszu Nadii dotarło echo odległego ryku, pełnego bólu i wściekłości, a w nosie zakręciło ją od zapachu popiołu, w który zmieniały się budynki i ludzie.

Uświadomiwszy sobie, że nie słyszy już głosu opiekuna, uniosła głowę. Wrzasnęła, widząc przed sobą ogromny łeb, pokryty czarną, przypominającą popękane skały łuską. Monstrualna paszcza rozwarła się, ukazując rzędy zakrzywionych kłów, a na końcu tunelu, jakim było przepastne gardło, zabłysło czerwone światło, sunące w kierunku dziewczynki z ogłuszającym grzmotem. Czując zbliżającą się falę gorąca, Nadia odchyliła się gwałtownie do tyłu i spadła z fotela.

Otworzyła oczy, wydając zduszony okrzyk. Z umysłem wciąż zamglonym przez strach, zaczęła wodzić dookoła dzikim wzrokiem, nie rozumiejąc, gdzie się znalazła. Wtem poczuła, jak ktoś łapie ją za nadgarstek.

– Złe sny, laleczko? Chodź, utulę cię i od razu będzie lepiej. – Cuchnący alkoholem oddech owionął twarz dziewczyny, która odruchowo machnęła ręką na odlew, trafiając w pokryty zarostem policzek.

– Ty suko! Leż spokojnie, pókim dobry!

Trzymająca ją dłoń zacisnęła się, jednak zanim krępy mężczyzna zdołał przygnieść Nadię własnym ciałem, sama instynktownie chwyciła go za ramię. Zaskwierczało i zapachniało spalenizną, a opryszek wydarł się, natychmiast zwalniając uchwyt i upadając na plecy. Odczołgał się jak najszybciej, zawodząc rozpaczliwie, po czym chwiejnie dźwignął na nogi i wybiegł z zaułka, wołając:

– Wiedźma! Wiedźma!

Nadia, wciąż jeszcze niezbyt przytomna, również czym prędzej podniosła się z ziemi. Nawet bardziej wstrząśnięta koszmarem niż napastowaniem, którego była celem, wzięła parę głębokich wdechów, czując jak serce łomocze jej dziko o żebra. Spojrzała w stronę ulicy, na którą uciekł mężczyzna, skąd wciąż dobiegały jego wrzaski.

Przeklinając zarówno własną nieostrożność, jak i sen, który wytrącił ją z równowagi, ruszyła w przeciwnym kierunku. Do jej jednego widzącego oka powoli zaczęły napływać łzy. Kiedy w końcu zdołała się przyczaić i chociaż na chwilę zgubić pościg, przez własną głupotę znowu się ujawniła. Nie mogła liczyć na to, że nikt nie przywiąże wagi do bełkotu mężczyzny. Musiała natychmiast opuścić to miasto.

Skrzywiła się i zgięła wpół, czując dojmujący ból w trzewiach. Użycie magii nie tylko ją zdemaskowało, ale spożytkowało także resztki energii z ostatniego posiłku. Walcząc z osłabiającymi ją zmęczeniem i rozpaczą, z wysiłkiem zrobiła kolejny krok.

Uciec. Przeżyć.

***

– Mówiłeś, że jak na nią trafiłeś…? – Inkwizytor zawiesił głos. Nie patrzył na twarz swego rozmówcy, zamiast tego badając wzrokiem jego przedramię, trzymane w żelaznym uścisku okrytych rękawiczkami dłoni.

– Panie, ja… – Mężczyzna przełknął ślinę, pocąc się ze zdenerwowania. – Jak powiedziałem, chciałem tylko podejść porozma…

Żołnierz, który stał za nim, przysunął ostrze miecza bliżej, tak że na odsłoniętym gardle pojawiły się krople krwi.

– Radzę ci nie marnować naszego czasu i odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą – wyszeptał do ucha zatrzymanego, którego oddech gwałtownie przyspieszył.

– No dobra! – krzyknął, przerażony. – Chciałem się do niej dobrać, bo nawet niebrzydka była, chociaż brudna. Gdybym wiedział, że jest wiedźmą, w życiu bym się do niej nie zbliżył. Zobaczcie, co mi zrobiła! Ja nie kłamię, naprawdę! – Przy ostatnich słowach po brudnych policzkach zaczęły spływać łzy, co wywołało pogardliwe sarknięcie zbrojnego.

Elf przyjrzał się po raz ostatni sczerniałemu oparzeniu, będącym idealnym odbiciem wnętrza dłoni. Nie mogło być żadnych wątpliwości. Wyprostował się, po czym gestem kazał przybocznemu puścić mężczyznę. Oprych opadł na kolana, chwytając się kurczowo za szyję. Uniósł wzrok i natychmiast skulił się lękliwie, gdy inkwizytor przykucnął koło niego.

– Dziękujemy za pomoc w śledztwie. Musisz wybaczyć mojemu podwładnemu. Jego szorstkie obejście wynika z chęci jak najszybszego schwytania kryminalistki, która tak okrutnie się z tobą obeszła.

Sięgnąwszy do kieszeni kurtki, elf cisnął na bruk złotą monetę.

– Na pewno będziesz chciał się napić czegoś mocniejszego po tych strasznych przeżyciach. Nie wahaj się opowiedzieć każdemu, kto zechce słuchać, jak ta wiedźma zaatakowała cię na ulicy i próbowała zabić. Dobrze ci zrobi, jak będziesz mógł to wszystko z siebie wyrzucić, wiesz?

Mężczyzna przez chwilę spoglądał nerwowo na dwie górujące nad nim postaci, ale w końcu chwycił monetę i podniósł się na nogi.

– To ja… pójdę do karczmy, napiję się czegoś i opowiem chłopakom, jak mnie ta wiedźma zaatakowała – powiedział z lekkim wahaniem.

– Doskonały pomysł. – Inkwizytor cofnął się o krok, czyniąc szeroki gest ręką. – Proszę, nie pozwól nam się dłużej zatrzymywać.

Oprych czym prędzej się oddalił, odprowadzany niechętnym spojrzeniem żołnierza.

– Panie… Z całym szacunkiem, ale nie sądzisz chyba, że ktoś uwierzy słowom takiej szumowiny?

– Masz zbyt wysokie mniemanie o śmiertelnikach. Im nie potrzeba wiele, żeby zacząć kogoś nienawidzić. Często wystarczy jedna zasłyszana plotka, nawet pochodząca z ust kogoś takiego. – Elf uśmiechnął się pogardliwie. – Ich strach przed innością bardzo łatwo przeradza się we wrogość. Gdyby nie ta wspaniała cecha ludzkiej natury, nasza praca byłaby dużo trudniejsza.

Zerknął na towarzysza, który wciąż nie wyglądał na przekonanego.

– Wiedziałeś o tym, że to oni sami zaczęli palić czarowników na stosach? Nawet pomysł nie był nasz.

Obróciwszy się na pięcie, inkwizytor minął podwładnego, poklepując go po ramieniu. – Uwierz mi, ludzkie słabości nigdy nie zawodzą.

Oczy błyszczały mu niezdrowo, gdy kroczył w dół ulicy, z trudem ukrywając rosnącą ekscytację. Zaczynał się jego ulubiony etap polowania, kiedy ofiara była już tak wycieńczona i zdesperowana, że zaczynała popełniać błędy. Błędy, które prędzej czy później zawsze prowadziły do jej śmierci.

***

Rudobrody krasnolud szczerzył do niej zęby, kiwając się w przód i w tył z kuflem piwa w ręku. Oderwawszy oczy od szyldu karczmy, Nadia zmierzyła budynek zmęczonym wzrokiem. Domyślała się, że piętro było przeznaczone na pokoje do wynajęcia i mieszkanie rodziny właściciela. Kuchnia, jej ostatnia nadzieja, powinna zatem mieścić się gdzieś na tyłach. Pytanie brzmiało, czy prowadzi do niej jakieś osobne wejście.

Przejechała dłonią po swym zapadniętym brzuchu, skrytym pod postrzępioną koszulą. Nie mogła pozostawać długo w tym samym miejscu, ale bez chociaż jednego w miarę porządnego posiłku nie zdołałaby dotrzeć do następnego miasta. Dobrze byłoby też zdobyć jakiś prowiant na drogę. Włamywanie się do czyjegoś domu uznała za zbyt ryzykowne, więc najlepszym rozwiązaniem pozostawało zwędzenie czegoś z gospody, gdzie wiecznie trwający harmider zwiększał szanse na przekradnięcie się niezauważonym.

Rozejrzała się czujnie, ale poza śpiącym w rynsztoku żebrakiem i kilkoma kobietami rozmawiającymi przy studni wokół panowały pustki. Przemknąwszy boczną uliczką, zatrzymała się przy rogu karczmy i ostrożnie wyjrzała zza węgła. Serce zabiło jej mocniej, kiedy dostrzegła wychodzące na mały ogród drzwi.

Zbliżywszy się ukradkiem, przyłożyła do nich ucho i wsłuchała w dochodzące z wnętrza dźwięki. Szczęk talerzy nakładał się na rozmowę dwóch kobiet, najwyraźniej zajętych przygotowywaniem posiłku. Nagle rozległo się wołanie jakiegoś mężczyzny, a następnie krótka odpowiedź, wraz z którą do Nadii dotarł dźwięk oddalających się kroków. Widząc swoją szansę, uchyliła drzwi i wślizgnęła się do środka.

Wystarczyło jedno pociągnięcie nosem, by od unoszącego się w pomieszczeniu zapachu zaburczało jej w brzuchu. Źródło woni stanowił opasły kocioł, bulgoczący nad znajdującym się na środku kuchni paleniskiem. Ciągnący się za nim blat zastawiony był nożami i poszatkowanymi warzywami, ale kradzież paru marchewek nieszczególnie ją interesowała. Minęła wylot korytarza, z którego dobiegały głosy licznych gości karczmy, po czym skierowała się ku drzwiom po prawej. Zajrzawszy na ich drugą stronę, po raz pierwszy od bardzo dawna uśmiechnęła się szeroko, dostrzegając rzędy zastawionych jedzeniem półek. Bez zwłoki podniosła jeden z leżących na ziemi worków i zaczęła napychać go wszystkim, co wpadło jej w ręce.

Odrywała właśnie spory kawał z bloku sera, gdy znów usłyszała czyjeś kroki. Zastygła w bezruchu, z napięciem wpatrując się w smugę światła wpadającą przez uchylone odrzwia i czekając, czy zasłoni ją czyiś cień. Dochodzące z kuchni pomrukiwania i chrobot towarzyszący przesuwaniu czegoś nagle ucichł, a drzwi otwarły się na pełną szerokość.

Wkraczający do spiżarni krasnolud początkowo stanął jak wryty, ale kiedy tylko jego wzrok spoczął na trzymanym przez dziewczynę worku, zaskoczenie ustąpiło miejsca furii. Złapawszy ze stołu za plecami szeroki tasak, ruszył ku niej z gniewnym okrzykiem:

– Ja ci dam ode mnie kraść!

Uniosła drżące dłonie, niepewna, czy w swym obecnym stanie da radę rzucić chociaż jedno zaklęcie. Postąpiwszy krok do tyłu, potknęła się o upuszczony worek i wylądowała z bolesnym stęknięciem na ziemi. Mężczyzna natychmiast wykorzystał okazję i dopadłszy do dziewczyny chwycił ją za nadgarstek. Nadia nie zdołałaby się nawet zasłonić przed ciosem, gdyby masywne ramię samo nie zatrzymało się w pół ruchu.

– Zaraz, zaraz… – W szorstkim głosie dało się słyszeć wahanie. – Czy ty… Czy ty nie jesteś przypadkiem tą dziewczyną, którą opiekował się Celiusz?

Nadia wytrzeszczyła oczy na nieznajomego.

– Skąd znasz… – zaczęła.

– Na bogów… To jesteś ty! – Krasnolud upuścił tasak, po czym obejrzał się niespokojnie za plecy. Przez chwilę wyraźnie bił się z myślami, ale w końcu burknął coś pod nosem i skinął głową, podjąwszy decyzję. Zdecydowanym ruchem dźwignął Nadię na nogi i podniósłszy z ziemi worek z jedzeniem pociągnął ją za sobą do kuchni.

Dopiero gdy minęli palenisko i zamiast do wyjścia skierowali się w stronę przejścia do głównej sali, dziewczyna wyrwała się z osłupienia i na nowo poczuła niepokój. Zanim jednak zdążyła podjąć decyzję, czy należy spróbować ucieczki, mężczyzna kazał jej się pochylić, co czym prędzej uczyniła.

Szybkim krokiem pokonali wypełnione gwarem pomieszczenie, kryjąc się przed wzrokiem gości za szeroką ladą. Wspiąwszy się wąskimi schodkami na piętro, skręcili w korytarz, po którego obu stronach widniało po parze drzwi. Krasnolud zaciągnął ją do ostatnich po prawej, dopiero po przekroczeniu progu małej izdebki puszczając wreszcie jej rękę. Rzucił worek na stojące w kącie łóżko, poza którym w pokoju znajdował się kwadratowy stolik i duża drewniana skrzynia.

Uznawszy, że to dobry moment, by zacząć zadawać pytania, dziewczyna otworzyła usta, lecz nieznajomy powstrzymał ją ruchem dłoni.

– Wybacz, ale nie mamy dużo czasu. Muszę zaraz wracać na dół, zanim ludzie zaczną zastanawiać się, gdzie się podziałem. Na razie wiedz tylko, że jestem przyjacielem Celiusza i spróbuję ci pomóc, bo bez urazy, ale widać po tobie, że pomocy potrzebujesz. Tymczasem uzbrój się w cierpliwość. Wrócę, jak tylko ostatni klienci wyjdą, pewnie nie wcześniej niż za parę godzin. Wtedy porozmawiamy.

Po tych słowach krasnolud wyszedł. Nadia siadła na łóżku, gapiąc się tępo w przestrzeń. Za nic nie potrafiła uporządkować myśli. Nigdy nie widziała tego mężczyzny na oczy, a przynajmniej nie przypominała sobie. Czy rzeczywiście mógł być po jej stronie? A może to kolejna pułapka?

Zerknęła w prawo, z ulgą spostrzegając, że nieznajomy zostawił klucz w drzwiach. Mógł jednak zrobić to celowo, by nie wzbudzić podejrzeń. Kto wie, czy właśnie nie wysyłał kogoś, by sprowadził żołnierzy? Co prawda miał już szansę ją zabić i tego nie zrobił, ale może liczył, że za żywą będzie większa nagroda?

Westchnęła ciężko, chwytając się za skronie. Od tak dawna była sama, od tak dawna wszędzie widziała zagrożenie, że nie potrafiła już tak po prostu komuś zaufać. Nauczyła się bać ludzi, stale czekając na chwilę, gdy znów usłyszy słowo, które natychmiast zwracało cały świat przeciwko niej. Słowo, które sprawiało, że każdy mężczyzna, kobieta i dziecko natychmiast stawał się jej śmiertelnym wrogiem. Wiedźma.

Zerknęła na leżący obok worek. Czy powinna wziąć jedzenie i uciec, póki ma okazję? Czy ma jeszcze w ogóle szanse wydostać się z miasta, jeśli krasnolud poszedł na nią donieść?

Nie potrafiąc podjąć decyzji, ale dalej czując przejmujący głód, wyciągnęła z worka bochenek chleba i wgryzła się weń łapczywie. Jedząc, wciąż ważyła w myślach swoje szanse i możliwe posunięcia, lecz zanim udało jej się do czegokolwiek dojść, zmęczenie w końcu wzięło nad nią górę. Legła bezwładnie na łóżku, wciąż ściskając chleb w dłoni.

***

Kiedy otworzyła oczy, długo nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest i jak tu trafiła. Gwałtownie oprzytomniawszy, zerwała się z łóżka, zrzucając z ramion koc i obiegając dzikim spojrzeniem pokój. Gdy jej wzrok padł na leżący na stoliku worek, wspomnienia ostatnich wydarzeń natychmiast wróciły, nie ukoiły jednak głębokiego niepokoju. Rozum podpowiadał, że skoro jeszcze nie została schwytana, to najwyraźniej naprawdę była w domu przyjaciela, a przynajmniej nie wroga. Mimo to nabyte przez lata odruchy nakazywały jak najszybciej opuścić to miejsce.

Z potoku chaotycznych myśli wyrwało ją pukanie do drzwi. Obróciła głowę, akurat by zobaczyć, jak rudobrody krasnolud wchodzi do środka, przekręcając za sobą klucz w zamku.

– Widzę, że wreszcie wstałaś – stwierdził z uśmiechem. – Tak zmęczonej osoby to żem w życiu nie widział. Przespałaś ponad dwa dni. Już zacząłem się zastanawiać, czy się w ogóle obudzisz.

Postawił na stoliku dzbanek z wodą, a niesiony pod pachą pakunek włożył do worka.

– Zamieniłem ci prowiant na taki, który długo zachowa świeżość. Dorzuciłem również trochę pieniędzy, bo na nich ewidentnie też ci nie zbywa… – Podrapał się po głowie, zerkając niepewnie na dziewczynę. – Przygotowałem to wszystko z założeniem, że możesz chcieć od razu sobie pójść. Nie mam zamiaru cię zatrzymywać i zrozumiem, jeśli nie uznasz za stosowne mi zaufać, byłbym jednak wdzięczny, gdybyś została chociaż na tyle długo, by chwilę porozmawiać.

Usiadł na stojącej w kącie skrzyni. Ich spojrzenia skrzyżowały się.

– No nie patrz tak na mnie! Gdybym planował cię wydać, już dawno bym to zrobił. Na razie jesteś tu bezpieczna, ręczę za to. Ale jeśli wolisz iść, droga wolna.

Wskazał gestem drzwi. Dziewczyna przez chwilę spoglądała na nie z wahaniem, zanim spytała:

– Kim jesteś? Skąd znasz Celiusza?

– A, racja, nie przedstawiłem się. Mów mi Korven.

Krasnolud wyciągnął rękę. Widząc jednak, że rozmówczyni nie zamierza jej uścisnąć, odchrząknął i skrzyżował ramiona na piersi.

– Tego… Eeee, Nadia, zgadza się? Odpowiem na wszystkie twoje pytania, więc proszę, usiądź. Głupio mi gadać jak się tak patrzysz z góry.

Siadła na skraju łóżka, nie odrywając od mężczyzny bacznego spojrzenia.

– Więc?

– A, tak. Celiusz. Już mówię. Poznałem go lata temu, pewnie nawet nie było cię jeszcze wtedy na świecie. Uratował życie mojej najmłodszej córki. U dziesięciu medyków chyba z biedactwem byłem, ale żaden nie potrafił nic zaradzić na choróbsko, co ją zmogło. Myśleliśmy już z żoną, że przyjdzie nam własne dziecię pochować, ale wtedy do miasta zajechał Celiusz i się nią zajął. Własnym oczom nie wierzyłem, jak następnego dnia mała biegała już po dworze z rodzeństwem.

Krasnolud uśmiechnął się do własnych wspomnień.

– Tak sobie myślę, że chyba nigdym się nie czuł tak szczęśliwy, jak wtedy. No i, w każdym razie, od tego momentu żeśmy się z Celiuszem mocno zżyli, pomieszkał u nas jakiś czas, bo widzisz, wtedy też prowadziłem karczmę, tylko w innym mieście. Później ruszył w dalszą drogę, ale parę razy wpadał z wizytą, gdy akurat przebywał w pobliżu. Dzieciom też zdarzało się go spotkać, kiedy dorosły i rozeszły się po świecie. Kontakt urwał się jakiś czas temu, jak już od paru lat się tobą zajmował. – Krasnolud westchnął. – Zawsze śmialiśmy się, jak to dobrze, że mam tyle dzieci, bo będą musiały opiekować się nami obydwoma na starość. Pewnie dlatego później tak dużo mi o tobie opowiedział, inaczej bym cię nie poznał…

Korven zamilkł i spuścił wzrok. Jego twarz, choć skryta za brodą, którą można by spokojnie obdzielić trzech ludzi, wyraźnie spochmurniała.

– On nie żyje, prawda?

Niezdolna wydusić z siebie słowa, Nadia skinęła tylko głową. Jej podbródek zadrżał lekko. Przez jakąś minutę oboje siedzieli w ciszy, aż wreszcie mężczyzna odezwał się zbolałym głosem:

– Cóż, skłamałbym mówiąc, żem się tego nie domyślał. Ale miałem nadzieję, że może jednak… – Otarł przedramieniem lekko wilgotne oczy, po czym zaczął mówić już nieco pewniejszym tonem. – Ludzie mówili o nim różne złe rzeczy. Niektórzy obwiniali go o śmierć osób, których nie uratował. Powstawały różne plotki, jakoby był czarownikiem i sam wywoływał choroby. Domyślam się, że w końcu wzięła się za niego inkwizycja, a teraz ścigają…

Nadia spojrzała na Korvena z nagłą paniką, lecz krasnolud uniósł uspokajająco rękę.

– Nie musisz się bać. Posłuchaj, jeśli Celiusz faktycznie rzucał czary, to w takim razie jego magia uratowała życie mojej córki. Ludzie mogą mówić o nim co chcą, ale ja znałem Celiusza i wiem, że to był dobry człek, czarownik czy nie. Mój przyjaciel. I choćby dla uczczenia jego pamięci pomogę ci w każdy sposób, jaki tylko zdołam.

Popatrzył z powagą w oczy dziewczyny, po czym spytał – To jak będzie? Zostaniesz tu, przynajmniej jakiś czas?

Nadia odetchnęła głęboko.

– Ja… – Przełknęła ślinę. – Tak, zostanę. Do jutra. Później… Zobaczymy. Muszę to wszystko przemyśleć. Nie chciałabym narażać ciebie i twojej rodziny. A teraz, proszę, muszę pobyć trochę sama.

Krasnolud uśmiechnął się i skoczył na nogi. – Oczywiście. To ja pójdę i powiem żonce, coby zagrzała wodę. Jestem pewien, że niezależnie od tego na ile zdecydujesz się zostać, ciepła kąpiel dobrze ci zrobi.

Ruszył do drzwi, rzucając jeszcze przez ramię. – Rodzinie powiedziałem, żeś jest córką starego znajomego, nie wdając się w szczegóły. Wszyscy dobrze wspominamy Celiusza, ale uznałem, że będziesz się czuć lepiej wiedząc, że tylko jedna osoba zna twoją tożsamość.

– Dobrze zrobiłeś. – Nadia zamilkła na moment, po czym dodała nieśmiało – Dziękuję ci, Korven.

Wychodząc, mężczyzna skinął jej krótko głową. Dziewczyna przez jakiś czas siedziała bez ruchu, słuchając jego oddalających się kroków. Gdy te w końcu ucichły, złapała się pod boki i zaczęła cicho płakać, czując coś, czego nie doświadczyła od bardzo dawna. Ulgę.

Zdążyła uspokoić się i zjeść coś przed przyjściem pulchnej, czarnowłosej krasnoludki, która od razu zaczęła załamywać ręce nad stanem jej włosów i ubioru. Szybko zaprowadziła Nadię do izby, gdzie stała już przygotowana balia z wodą, przybory do mycia oraz lniana spódnica i tunika.

– Całe szczęście, że nieduża z ciebie panna, bo nawet przy moich gabarytach mogłabym nie znaleźć czegoś, co by pasowało. – Kobieta zaśmiała się, po czym zmierzyła ją wzrokiem, stwierdzając – Mogą być trochę przykrótkie, ale na razie powinny wystarczyć, dopóki nie znajdziemy ci czegoś lepszego. Nie będziesz przecież dalej nosić tych okropnych łachów! – Ściągnęła usta, kręcąc z dezaprobatą głową. – Ale tym zajmiemy się później, na razie muszę wracać do kuchni, zanim mój syn spali nam wszystkim kolację. Gdybyś jeszcze czegoś potrzebowała, zawołaj.

Lekko przytłoczona jej wylewnym zachowaniem, Nadia zdążyła rzucić tylko krótkie ”dziękuję”, zanim za krasnoludką zatrzasnęły się drzwi.

Rozejrzała się po oświetlonym przez małe okienko pokoju, po czym zdjęła swoje znoszone ubranie i cisnęła je w kąt, wskakując prędko do balii. Zanurzywszy się po pas, sapnęła cicho. Nie spodziewała się, że woda będzie aż tak gorąca. Gdyby było to jeszcze możliwe, pewnie by się poparzyła.

Westchnęła głęboko i zamknęła oczy, czując jak jej mięśnie rozluźniają się, otulone rozkosznym ciepłem. Jakiś czas trwała tak bez ruchu, ale gdy poczuła, że kąpiel zaczyna stygnąć, sięgnęła po mydło oraz szczotkę i zaczęła intensywnie szorować całe ciało, momentami z autentycznym trudem zdzierając z siebie warstwę nagromadzonego miesiącami brudu.

Kiedy w końcu stała się cudownie czysta, z lekkim żalem wyszła z wody. Nie pamiętała ostatniej rzeczy, która sprawiła jej taką przyjemność jak ta kąpiel. Zerknąwszy przez okno, pozwoliła sobie nawet na rzucenie jednego zaklęcia. Z jej skóry zaczęła gwałtownie unosić się para i w ciągu kilku sekund Nadia całkowicie wyschła.

Ubierając się, usłyszała jakieś dochodzące z parteru hałasy. Choć po karczmie raczej należało się spodziewać gwaru, w głowie dziewczyny natychmiast zawitał niepokój. Ledwie zdążyła narzucić na siebie tunikę, gdy drzwi pokoju otwarły się na oścież.

Na progu stanął mężczyzna, którego widziała tylko dwa razy w życiu, jego twarz wryła się jednak w jej pamięć mocniej niż czyjekolwiek inne oblicze, prześladując ją na jawie i w snach.

– No proszę, czyli jednak tu jesteś. – Inkwizytor uśmiechnął się szeroko, wkraczając do izby.

Nadia mimowolnie zaczęła się cofać, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, dopóki nie uderzyła plecami o ścianę. Rozejrzała się rozpaczliwie, szukając drogi ucieczki, lecz okno było zdecydowanie za małe, by mogła się przez nie przecisnąć. Pozwalając jej w pełni uświadomić sobie beznadziejność sytuacji, mężczyzna nie spieszył się, powoli zamykając za sobą drzwi. Dziewczyna ze zgrozą zauważyła, że po ostrzu jego dobytego rapiera ścieka krew.

– Muszę powiedzieć, że jestem troszkę rozczarowany. – Elf pokręcił głową z dezaprobatą. – Myślałem, że znalezienie cię zajmie mi jeszcze parę tygodni, a ty nagle zaczynasz zachowywać się tak nierozważnie… Trzy dni pozostajesz w tym samym miejscu, a teraz jeszcze dopadam cię w pokoju, z którego jest tylko jedno wyjście. Po tylu latach powinnaś mieć więcej rozumu. Nie sądziłaś chyba, że sobie odpuściłem, co?

Zrobił kolejny krok do przodu, a Nadia z trudem zdusiła w gardle krzyk. Z wyciągniętej dłoni dziewczyny wystrzeliła wiązka płomieni, lecz inkwizytor uskoczył na bok, bez trudu jej unikając.

– No no, ostrożnie. Nie chcesz chyba spalić karczmy swojego brodatego przyjaciela, co? Chociaż wątpię, by mu się jeszcze na coś przydała…

Kolejne dwie strugi ognia pomknęły w kierunku elfa, który uchylił się przed pierwszą, a drugą rozproszył klingą rapiera.

– Oj tak, niestety, karą za ukrywanie wiedźmy jest śmierć. Nie wiem, czy zdawał sobie z tego sprawę syn karczmarza… Chłopak był przynajmniej na tyle bystry, by powiązać ze sobą przybycie do miasta inkwizycji i tajemniczą nieznajomą ukrywaną przez ojca. Wielka szkoda, że wiedźma zabiła całą rodzinę, zanim zdążyłem dotrzeć na miejsce.

Nadia pragnęła zasłonić oczy i uszy, by odciąć się od tej strasznej postaci i jej głosu, lecz wciąż jeszcze nie poddała się całkowicie panice, intensywnie myśląc nad jakimś wyjściem z sytuacji. Wpadając wreszcie na pomysł, rzuciła się do przodu i wsadziła ręce do balii.

Rozległ się donośny syk, a inkwizytor cofnął się, gdy para buchnęła z wrzącej wody, w ciągu kilku sekund wypełniając całe pomieszczenie gęstą mgłą. Korzystając z tej osłony, Nadia zerwała się na nogi i wystartowała w stronę drzwi. Nie zdążyła jednak zrobić nawet trzech kroków, nim jej lewe ramię przeszyła błyskawica bólu.

Momentalnie straciwszy równowagę, walnęła barkiem o ścianę, utrzymując się w pionie tylko za sprawą klingi, która przyszpiliła ją do desek. Podążywszy wzrokiem wzdłuż ostrza, dziewczyna pobladła, widząc wyłaniające się z oparów oblicze. Zaciskając zęby, spróbowała uderzyć elfa wolną ręką, z której zaczęły strzelać iskry, lecz on po prostu wycofał się poza jej zasięg.

– Proszę cię… Nie sądzisz chyba, że masz jakieś szanse mnie pokonać? Znasz parę sztuczek, ale to jeszcze nie czyni z ciebie poważnego przeciwnika.

Nadia chwyciła ostrze miecza i nie zważając na ból zaczęła ciągnąć z całej siły, na co inkwizytor zareagował znużonym westchnięciem.

– Będziesz walczyć aż do końca, co? No cóż, jaka matka, taka córka, a ty nawet z wyglądu zaczęłaś ją przypominać.

Ucisk jej palców na klingę odrobinę zelżał, co nie uszło uwagi elfa. Mężczyzna uniósł brwi.

– Czyżbyś nie wiedziała, że członków twojej rodziny już od pięciu pokoleń ściga inkwizycja? Trzeba wam przyznać, że jesteście uparci, bardzo długo nie byliśmy w stanie was wyplenić. Ale po dzisiejszym dniu zostanie mi już tylko jedna ostatnia wiedźma do wyeliminowania.

Nachylił się nad dziewczyną i dokończył szeptem:

– Mówię, rzecz jasna, o twojej siostrze.

Nadia wbiła w elfa zdezorientowane spojrzenie, a on pokiwał głową.

– Zgadza się. Nie dziwi mnie, że nie zdawałaś sobie sprawy z jej istnienia, gdyż nawet ja sam dowiedziałem się o tym dopiero wczoraj. Ponoć ma na imię Cecylia. Ślicznie, prawda? – Odetchnął głęboko, unosząc wzrok do nieba. – Nie potrafisz sobie wyobrazić mojej radości, gdy uświadomiłem sobie, że będę mógł spędzić z twoją rodziną jeszcze trochę czasu. Strasznie się z wami zżyłem przez te lata.

Sięgnąwszy lewą ręką za plecy, wyciągnął zza pasa wąski sztylet.

– Ale skoro przekazałem ci już radosną nowinę, nie ma sensu dłużej przeciągać naszego spotkania. Za zapewnianie mi rozrywki w przyszłości odpowiedzialna będzie już twoja siostrzyczka. Żegnaj, wiedźmo. Pozdrów ode mnie matkę, jeśli spotkasz ją w piekle.

Od momentu, kiedy usłyszała imię siostry, z oczu Nadii nie przestawały spływać łzy. Uniosła głowę, po raz pierwszy bez strachu odwzajemniając spojrzenie inkwizytora, po czym szarpnęła się do przodu. Zostawiając na klindze skrawki ciała, przysunęła się do elfa i chwyciła go za ubranie.

– Piekło? Pokażę ci piekło! – krzyknęła, a jej ciało wybuchło dzikim płomieniem, który w jednej chwili pochłonął ją, inkwizytora i całą karczmę. Ostatnie myśli, jakie pojawiły się w umyśle Nadii, brzmiały: ”Cecylio, siostrzyczko… Żyj!” 

Koniec

Komentarze

Całkiem udany debiut. Opowiadanie dobrze się czytało, od pierwszej chwili zaciekawiasz czytelnika i prowadzisz dynamiczną akcję. Bohaterka została skonstruowana w ciekawy sposób, ma w sobie coś, co sprawia, że łatwo jej kibicować. Najbardziej podobało mi się przejście od sceny u Celiusza do przebudzenia Nadii.

Mogłabym się przyczepić do tego, że chyba niepotrzebnie dodajesz do historii elfy i krasnoludy. Opowiadanie przypomina mi nieco książki Canavan, zwłaszcza Czarnego Maga. Odniosłam wrażenie, że tekst stanowi fragment większej całości.

 

Edit.

Skleiłabym tytuł polski i angielski w jeden, po polsku.

Dziękuję bardzo za lekturę i uwagi. Cieszy mnie, że opowiadanie się podobało. 

Wciąż jeszcze rozmyślam nad kwestią tytułu, bo jakkolwiek przyznaję że obecne rozwiązanie pozostawia wiele do życzenia, to samo “Wiedźma” wydawało mi się trochę zbyt banalne, a z drugiej strony ciężko jest utworzyć polski (dobrze brzmiący) odpowiednik do angielskiej “wersji”. 

Cześć, Selmirze. :-)

No proszę, mój ulubiony gatunek – fantasy. Pobawmy się w zgaduj-zgadulę rozszyfrowując tagi. Cóż opko może zawierać? 

Będzie o wiedźmie, tytuł treść przenosi, i uciekającej, czyli ściganej przez tych złych. Na pewno akcja w karczmie i opoje plus bójka, bez nich rzecz nie może się obejść. W tej karczmie ich dużo na nią jedną. Oni uzbrojeni, ona bezbronna. Będzie miotać błyskawice/kule, może polegnie, a może nie. Zabije wielu, ale ktoś pozostanie. Miłość, też być powinna, w końcu to prawie 40k. 

Hmm, co z tym elfem? Stawiam, że będzie wiotki i szlachetny, ale zginie. Chyba przyjaciel, elfy rzadko są zływrogie. Jeśli inaczej, znaczy że łamiesz konwencję, czyli dobrze. A krasnolud – musi być przyjacielem, jeszcze nie słyszałam/czytałam o krasnoludzkim oprawcy innych stworzeń.

Ona, naturalnie: piękna, młoda i rącza (ten bieg). Cóż tu jeszcze można przewidzieć? A naturalnie włosy falujące i piersi, może tym razem będą też nogi i pośladki? Goniący czarodziej będzie miał kaprawe oczy i szpetność wypisaną na twarzy. Czy będzie miał muskuły, na pewno i zapewne miecz. Jak opiszesz jego towarzyszy, na pewno postawni, duzi (bo ona wątła i delikatna, dysproporcja musi być). Hmm, oni to przedstawiciele władzy, która jest bezwzględna, mroczna, prześladująca.

I wreszcie smok, moja ulubiona postać. Każdy mi się spodoba, aby go było jak najwięcej. :-)

 

Ok, powyższej zapisany wywód to żarty, ale nie do końca, gdyż dobrą fantasy w gruncie rzeczy bardzo bardzo trudno napisać. Dlaczego? Bo wszystko już było, bo historie powielają się w milionach odsłon, bo większość piszących uważa, że strasznie łatwe i zrobią to o niebo lepiej od Autorów książek – tych już przeczytanych, gier – przegranych itd, itp. 

Zupełnie na poważnie, nie przepadam za fantasy, gdyż liczba słów pozbawionych treści w tych opowieściach przygniata mnie jak lawina błotna. Bohaterowie pozbawieni są osobowości, dekoracje wciąż te same, podobnie przygody, relacje płaskie. Zastanawiam się, co sprawia, że tak pokochaliśmy magię, moce, dlaczego uciekamy w bezbarwne, umarłe światy, w których cudowne właściwości postaci pozwalają im wygrywać, umierać, powstawać na nowo. Wiwat brak rzeczywistości, może rzeczywistość i przyszłość są za trudne i nie sposób ich opisać. Jesteśmy jak dzieci, niemowlęta sięgające po świat, który powinien im służyć, a tego nie robi.

Dobrze, dość tego „filozofowania”. Czytam jako piątkowa dyżurna i niniejszym wyrzucam wszystkie swoje uprzedzenia do kosza na śmieci.

 

W trakcie czytania:

Nie rozwlekaj, czyli już na początku opisujesz w kilkunastu, no większej liczbie zdań, kondycję wiedźmy ukrywającej się za skrzynią. Fajnie, że zwracasz uwagę na fizyczność tego stanu i węch, lecz powtarzasz, nadużywasz określników. Przyjrzyj się, co mógłbyś wykreślić bez szkody dla tekstu, wiedzy czytelnika, fabuły, wyjaśnień. Mniej, znaczy więcej.

Moje subiektywne (mało radykalne) usunięcia wyglądałyby następująco, wyboldowane:

Uciekała. Jak zwykle. Przez ostatnie sześć lat nie robiła niczego innego.

Przykucnąwszy za stertą skrzyń, wstrzymała oddech. Serce łomotało jej szaleńczo w piersi, gdy skulona czekała, aż prześladowcy zaczną się oddalać. Dopiero kiedy stukot żołnierskich buciorów zupełnie ucichł, osunęła się bezwładnie na ziemię, łapczywie wciągając powietrze w płuca. Prawie się udusiła, gdy jej nozdrza przeszył odór miejsca, do którego trafiła. Krztusząc się i plując żółcią, przewróciła się na bok i złapała za szyję.

Minęła dłuższa chwila, nim zdołała w końcu normalnie odetchnąć. Przez następne kilka minut po prostu leżała z zamkniętymi oczami, po opadnięciu emocji na nowo czując okropną suchość w gardle i szarpiący wnętrzności głód. Zmęczone ciało drżało lekko w śmierdzącym błocie, a świadomość dziewczyny powoli zaczęła odpływać.

Zacisnęła zęby, z trudem zwalczając ogarniające ją otępienie. Jeszcze nie mogła stracić przytomności. Wrogowie wciąż byli zbyt blisko. Musiała się ukryć. Musiała przeżyć.

Po kilku próbach udało jej się podnieść. Oparta plecami o ścianę budynku, powiodła dookoła wzrokiem. Źródłem straszliwego fetoru okazała się być wielka dziura z odpadkami, spełniająca najwyraźniej także funkcję latryny. Czym prędzej odwróciła od niej wzrok. Choć na samą myśl o jedzeniu robiło jej się teraz niedobrze, znalezienie pożywienia było niemal równie ważne jak sama ucieczka. Od dwóch dni nie miała niczego w ustach, a nawet wcześniejsze posiłki trudno było nazwać obfitymi. Zwróciwszy twarz w stronę wyjścia z zaułka, ruszyła przed siebie chwiejnym krokiem.

 

Po przeczytaniu.

Nie jest źle. Zaskoczyłeś mnie! Elf jest jej przeciwnikiem, czyli dobrze. Fajnie, że wplotłeś jedną scenę z przeszłości. W gruncie rzeczy to ona oraz wymiana z karczmarzem mnie zainteresowała, oraz zakończenie (pomysł), bo choć nienowe jest ciekawe. Poprawność zapisu (interpunkcja, moim zdaniem dobrze, ale na mnie nie polegaj ponieważ nie jestem tu alfą i omegą, raczej marnym pytajnikiem spoza zbioru, tj. ciągle się tego uczę i sprawdzam). 

Wracając jednak do historii i tego jak została opowiedziana. Tu – moim zdaniem – jest słabo. Dla mnie to w zasadzie szkic do napisania tej opowieści na nowo. Dlaczego? Tekst opierasz na grze pomiędzy postaciami: Ona, Elf, Krasnolud (scena retrospekcji jest wątkiem pobocznym). W związku z tym te postaci powinny być mocno zbudowane. O ile mogę odpuścić Krasnoluda, to niestety nie główną parę.

Bohaterka jest w biegu. Przedstawiasz ją przez tę jedną tylko cechę i umieszczasz w podobnych sytuacjach, dyktując podobne zachowania, odczucia. Zaczynasz od pierwszej sceny, w której Ona: jest jej słabo, serce łomocze w piersiach, mdleje, zasypia i jest otępiała. Przy spotkaniu z opryszkiem też: czuje jak serce łomocze jej dziko o żebra; przeklina sen (znowu zasnęła); czuje dojmujący ból w trzewiach (tam latryna i odór, tu – ból, swoją drogą co masz na myśli z tymi trzewiami); nie ma energii; znowu wspomnienie o posiłku; walczy z osłabiającymi ją zmęczeniem i rozpaczą; wreszcie z wysiłkiem robi kolejny krok. Przy następnej scenie z krasnoludem znowu mamy zmęczenie, bezwładne legnięcie na łóżku, gwałtowne przebudzenie, dzikość. Co można byłoby z tym zrobić – nie powielać. Na plus, że sięgasz po inny zmysł niż wzrok.

Przeciwnik – tu jest gorzej, ponieważ przedstawiasz go niekonsekwentnie. Jest żądny zemsty, władczy, bezwzględny, a jednocześnie grzeczny i łaskawy – rozmowa z opryszkiem (uwolnienie). Dodatkowo zastanowiła mnie końcówka rozmowy z opryszkiem, były dwie karczmy (?), bo pierwszą kazał spalić, tuż po rozmowie z nim?

 

Kolejną sprawą jest nadmiar wyjaśnień. Nie ufasz czytelnikowi, za każdym razem tłumaczysz zachowanie bohaterki oraz jej przeciwnika, nie pozwalasz, abym się domyśliła, kim i jacy są. Sprawia to wrażenie streszczenia i jest mało literackie. Myślałam sobie – no, Autor czuwa. Przez to jest tyle słów.

Bardzo dokładnie określasz czas: nawet, po czym, jednocześnie, później, momentalnie. Dużo tego.

Zwróć uwagę na słowa współczesne, na przykład „ewidentnie”, „typek”, „nieszczególnie ją interesowała”, „normalnie odetchnąć”, „oceniając efekt”. Może również na stylizację, bo powierzchowna: „ukontentowaniem”, „nigdym”. Zdecydowanie odpuściłabym oba rodzaje.

 

Podsumowując. Zainteresowałeś mnie, lecz spróbuj mniej wyjaśniać, budować sceny, z których czytelnik wyprowadzałby wnioski i towarzyszył postaciom oraz pomyśl o przeciwniku, aby był kimś, a nie wahającą się mimozą. Dodatkowo zupełnie brakuje tutaj światotwórstwa, czyli dekoracji, a zdaje się, że w fantasy to ważne. 

 

pozdrawiam serdecznie :-)

piątkowa asylum komentująca w niedzielę

 

PS. Odnośnie tytułu mogłoby być – nie musi wiązać się z treścią, lecz podkreślać coś ważnego – na przykład: “Pochodzenie”, “Ucieczka”, “Dobre stare czasy”, “Obława”, “Zaszczuta”, “Ucieczka jest ratunkiem”, “Bieg po życie” i wiele innych. wink

PS2. Co złego, nie ja. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję bardzo za lekturę i komentarz.

Rzecz jasna miło mi słyszeć, że tekst zdołał chociaż momentami zaskoczyć i zainteresować, ale jestem szczególnie wdzięczny za wszystkie pozostałe uwagi (zwłaszcza tak szczegółowe). Dopiero zaczynam próbować swoich sił w pisaniu opowiadań i ich upublicznianiu, więc każda wskazówka jest dla mnie na wagę złota smiley 

Przyznaję, że podczas pisania na wiele z wymienionych przez Panią rzeczy w ogóle nie zwróciłem uwagi (np. podobieństwo kolejnych sytuacji w których przedstawiona jest bohaterka). Dopiero wyrabiam sobie wyczucie w kwestii tego, jak wiele należy “tłumaczyć” czytelnikowi i jak dużo określników w tekście to za dużo, także cieszę się, że dostałem jakieś porady w tych sprawach. 

Na pewno postaram się uwzględnić te rady przy dalszym pisaniu, a kiedyś może rzeczywiście potraktuję ten konkretny tekst jako szkic i spróbuję napisać go na nowo, lepiej. 

A tymczasem jeszcze raz dziękuję za szczerość i wnikliwość Pani komentarza. 

 

Pozdrawiam,

Selmir smiley

 

PS. Karczmy właściwie są trzy, bo są trzy miasta. Pierwsza – spalona off-screen na początku; druga – po ucieczce do kolejnego miasta bohaterka jest napadnięta przez opryszka, którego po przesłuchaniu elf “wysyła” do karczmy; trzecia karczma i miasto – spotkanie z krasnoludem i finał. Ale rzeczywiście powinno to chyba bardziej jasno wynikać z tekstu. 

Cześć, Selmirze. :-)

I ja dziękuję Ci za odpowiedź. Zastanawiam się zawsze, jak to będzie, czy Autor odpisze? Jak zareaguje. 

Nie pisz Pani, “nie paniujemy i panujemy sobie tutaj”, tykamy siebie bezwzględnie.  :-)

Fajnie, że zmieniłeś tytuł i dobrze, że sam wybrałeś. 

Ha, to karczmy były trzy, ciężko się domyśleć, ale dwie wyłapałam, więc dobra nasza, ale że trzy miasta? Nie widać tego, ale zwalmy to na bohaterkę, biegnącą z wiatrem. To “gone” w nawiasie skojarzyło mi się z “Gone with the wind” – naturalnie.

Że nie zwróciłeś uwagi – jasne i spox, uczymy się pisać, nikt nie jest doskonały, a i dobrych niewielu. Pisz kolejne. Pisanie jest ciekawe i stanowi dobrą szkołę okiełznywania swoich myśli (to pewnie już bardziej moje). To, co mnie zafrapowało w Twoim tekście to wczucie się w bohaterkę i choć sformułowania były niekiedy niezgrabne, przegadane, ona w opowiadaniu zaistniała, a dla mnie bez bohatera literatura nie istnieje.

pzd srd :-)

a

 

Edytka: o jednym jeszcze zapomniałam Ci napisać. Poczekaj na komentarze innych, lepiej znają się na fantasy (nie mają moich uprzedzeń) i uważnie wczytuj się – to zderzenie z czytelnikiem oraz poprawiaj  przytaczane konstrukcje (literówki), poprawianie sprawi, że zapamiętasz. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka