- Opowiadanie: Yakstou - Żabi sąd

Żabi sąd

Dzień dobry,

Zapraszam na krótką historyjkę o mojej wizycie w żabim sądzie :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Żabi sąd

– Jak się tutaj dostałeś? – zapytała z powagą żaba, siedząc wysoko na sędziowskim fotelu z liści.

Dostojeństwo płaza wydało mi się niezwykle imponujące.

– Tak, więc… – zacząłem niepewnie. – Właściwie to ciężko powiedzieć jednoznacznie.

Zwierz spojrzał na mnie unosząc brwi.

– Wytłumacz więc niejednoznacznie.

Przetarłem rękawem pot z czoła.

– Chodziłem sobie wokół stawu, pogwizdywałem…

– Stawu? – mruknęła majestatyczna żaba. – Byłeś może w prosektorium?

– Nie, nie… – odparłem. – Obok takiego małego jeziora.

– Ach… jeziora. Odwieczne tereny naszych wojen z rybami. Po co zapuszczałeś się w takie miejsce?

– Tak po prostu. Poszedłem na mały spacer.

– A może szpiegowałeś? – Żaba zrobiła się podejrzliwa. – Pracujesz dla rybnej kompanii?

– Co?! Nie pracuję dla żadnych ryb. Poszedłem powdychać świeże powietrze.

– Powietrze nasączone krwią i śluzem naszych rodaków.

Atmosfera wokół zrobiła się gęsta. Wydawało mi się, że chmury burzowe lada moment przedrą się przez ściany. Strażnicy stojący wokół mnie podeszli bliżej.

– Mów, więc, czemu stoisz teraz tutaj? Jak trafiłeś do miejsca przeznaczonego dla zmarłych wojowników?

Opowiedziałem wtedy to, co zdarzyło się może godzinę wcześniej. Szedłem, jak już jej wcześniej wspominałem, wokół stawu. Słońce powoli stapiało się z linią drzew. Usłyszałem odgłosy wśród trzcin. Jakieś pluski, jakieś trzaski. Podreptałem tam. Jako przyrodnik zawsze chętnie obserwuję co dzieje się dookoła, ale to, co ujrzałem przekroczyło me najśmielsze oczekiwania.

Oto w wodzie krwawa mozaika. Czerwień przeplatana zielenią wody. Wśród tej abstrakcji unosiły się trzy pasiaste ryby, zapewne okonie, z których życie uleciało nie wcześniej niż przed minutą. Każda miała kilka miniaturowych włóczni wbitych w ciało. Niemal każdy rzut był idealnie celny. Trafiał przez skrzela, albo w oko. Zrobiłem krok w ich kierunku. Chciałem wyjąć je z wody i zbadać co też im się mogło stać. Poślizgnąłem się jednak. Machanie rękami na nic się zdało i wpadłem z impetem do stawu niszcząc doszczętnie krwawy obraz.

– I co dalej? – dopytywała się żaba w fotelu, wyraźnie zainteresowana.

Gdy wyszedłem na brzeg, ujrzałem, że jedna z ryb, dziwnym trafem wpadła do kieszonki w mojej koszuli. Sterczał z niej teraz tylko ogon. Wyjąłem okonia i przyjrzałem się mu. Szkliste, mętne oczy spoglądały na mnie ze spokojem i smutkiem. Gdy wyciągnąłem włócznię, ujrzałem misternie wytworzone narzędzie. Krzemienny grot przywiązany był cienkim sznurkiem, niby nicią, do oszlifowanego patyczka. Na początku pomyślałem, że z pewnością jakieś dzieciaki zrobiły sobie miniaturowy łuk i męczą biedne ryby.

– Widać, że nie znasz naszych dzielnych wojowników! – powiedziała żaba w sądzie, w towarzystwie pogodnych pomruków i wiwatów.

Dowiedziałem się o nich chwilę później. Przypatrując się broni z każdej strony, wyrwał mnie z zamyślenia plusk wody. Z trzcin wyłoniła się wielka postać. Płaz piękny i różowy. Znałem go do tej pory tylko z książek, ale mimo to, wiedziałem, że nie powinien być tak wielki. Był to aksolotl z meksykańskich jezior.

Spoglądał na mnie szczerym wzrokiem.

– Umarłeś – powiedział do mnie.

– Co?! – niemal krzyknąłem. – To niemożliwe! Wpadłem tylko do wody!

– Z ksiąg moich wynika, że nie żyjesz – odparł poważnie, ze stoickim spokojem. – Nie mi oceniać czy kto jako martwy wygląda czy żywym się zdaje.

Pokręciłem energicznie głową chcąc jakby wypędzić zły sen.

– To jakiś żart! Nie mam nawet skaleczenia. Udusić też się nie udusiłem, wiedziałbym gdyby to się stało.

Aksolotl pokiwał powoli głową.

– Śmierć w chwilę przychodzi. Nim spostrzeżesz, co się wydarzyło, już pamięć twą mrok trawi. Niemniej jednak, zginąłeś w walce. A to oznacza, że powitamy cię wszyscy w Amphihalli – niebiańskim pałacu zmarłych płazów. Będziesz tam na wieki radował się i objadał do syta.

– Czy ja ci wyglądam na płaza? – Zdziwienie moje przeszło już w desperację. – Nigdzie nie idę. Mogę radować się do woli tutaj. Jedzenie też mam. – Powiedziałem to, wymachując małym, martwym okoniem i uświadomiłem sobie jak groteskowo to wygląda.

– Nie moją rolą to oceniać – powiedział. – Mogę zabrać cię do żabiego sądu, gdzie mowa twa zostanie wysłuchana i rozpatrzona.

Pokiwałem głową z rezygnacją. Wody stawu rozstąpiły się przed nami a ja wszedłem w ciemną, wilgotną pustkę.

– A niech to dunder świśnie! – oburzyła się żaba na sędziowskim fotelu. – Nie chcę boga śmierci naszego obrażać, ale niech on się wreszcie nauczy odróżniać płazy od ssaków! Musiał cię pomylić z poległym w walce wojownikiem. Oj, biada duszy tego walecznego płaza. Na wieki będzie się teraz błąkać wśród mglistych jezior Francji.

– Francji? – zapytałem zdziwiony.

– Tak… tak nazywamy miejsce, gdzie zjada się naszych rodaków.

– Myślałem, że was jedzą bociany, nie Francuzi.

– Nie wiem, kim są Francuzi, ale z bocianami ostatnio żyjemy w zgodzie. Pomagają nam czasem z rybną zarazą.

– Rozumiem – mruknąłem. – To co teraz będzie ze mną?

– Nie możemy cię tutaj trzymać. – Płaz zamyślił się. – Mogę sprowadzić cię z powrotem na Ziemię, ale należysz już do nas. Jesteś naszym wojownikiem.

Przełknąłem ślinę.

– To znaczy – kontynuował. – Że musisz dołączyć do naszej walki o dobro płazów.

– Mam łowić ryby? – zapytałem. – Żaden problem.

– Tak. Lecz potem ich nie zjesz. To byłoby świętokradztwo. Będziesz każdej pełni składał nam w ofierze ryb tysiąc.

– Ryb tysiąc w ofierze – powtórzyłem. – A co jeśli tego nie zrobię?

– Będziesz błąkał się… wiesz ty dobrze gdzie.

Zaraz już siedziałem przy stawie. Ryb nie było nigdzie. Kiedy wstałem, zobaczyłem wszakże, jak się domyśliłem, powód mojego nieszczęścia. Ślad mojego buta odciśnięty był w błocie, a powierzchnia jego krwią i wnętrznościami spływała. Żałośnie rozłożona żaba, wbita była i rozgnieciona, z błotem, można rzec, zmieszana. Ukląkłem wtedy, wziąłem resztki żabiego wojownika i wrzuciłem je do wody. Dusza błąkać się będzie na wieki wśród jezior mglistych, ale może chociaż ciało nasyci rybie żołądki.

Ja tymczasem powróciłem do domu z tej wycieczki i otworzyłem sobie starą książkę do francuskiego. Ryb tysiąca łowić mi się co miesiąc nie chciało, a poza tym perspektywa wiecznego życia nad francuskim jeziorem nie wydawała mi się aż taka zła…

Jeśli zaś czytelnik ma ochotę pozwiedzać dożywotnio Europę Zachodnią, chętnie zaproszę go nad staw nieopodal mojej starej chatki, tam gdzie wojny ryb i płazów się toczą. I kto wie, może kiedyś spotkamy się nad jakimś jeziorem w Auvergne-Rhône-Alpes…

 

Koniec

Komentarze

Dziwne opowiadanie :) Na początku wydawało mi się jakieś nieciekawe jednak potem zrobiło się całkiem fajne. Dla mnie napisane w trudny sposób i wiem na pewno, że nie kapuję wszystkiego co chciałeś przekazać. Ale to tylko dobrze o tobie świadczy.

 

Pozdrawiam.

Schizofrenia, ależ dziwna ta choroba... Czy tylko mnie śmieszą homilie??? Dziwny ten świat w około.

dawidiq150,

 

Dzięki za komentarz! Co prawda nie wiem czy niejasność przekazu o mnie dobrze świadczy, ale rad jestem za opinię! 

No i oczywiście miłego dnia życzę :))

Dla mnie opowiadanie jest zrozumiałe i całkiem zabawne. Trochę podczas czytania przeszkadzał mi język; domyślam się, że archaiczne brzmienie jest celowe, jednak momentami było mi dość ciężko brnąć dalej. Coś też nie zawsze gra z interpunkcją. Ale fabularnie podobało mi się – wojna ryb i płazów, miniaturowe łuki i krwawe bitwy o staw są urocze :D Jest tu garść naprawdę zabawnych pomysłów, jak Amphihalla, te mgliste jeziora Francji, powód, dla którego bohater został wzięty za żabę no i sam koniec, kiedy wykazał się bardzo zdrowym rozsądkiem :) Niezłe, jednak technicznie mogłoby być lepsze.

Zgadzam się z Silva

 

Tekst mi się podobał chociaż brakuje w nim logiki w zachowaniu bohatera, ale przecież nie to jest najważniejsze w tego typu tekstach.

Miły, przyjemny, śmieszny.

 

Pozdrawiam.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Silva,

Dziękuję niezmiernie za komentarz! Cieszę się, że historyjka się podobała. Co do reszty, to mogę się oficjalnie przyznać do bycia interpunkcyjnym ignorantem i tłumokiem :D Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się z tego wyjść ;)

Pozdrawiam i pięknego, udanego dnia życzę!

aKuba139,

Wdzięcznym za komentarz i opinię! Cieszę się, że się podobało :D

Dużo zdrowia i miłego dnia życzę!

 

Nie powiem, tekst napisany w miarę sprawnie. Zdania nie zgrzytają, dialogi dosyć zgrabne. Od strony technicznej również jest całkiem nieźle.

Za to nie za bardzo rozumiem jakie przesłanie (czy może cel) kierowało Autorem takiej opowiastki. Ani to nie śmieszne zbytnio, ani nieporywające czy zaskakujące. Widzę wyraźnie tag „absurd”, jednak tekstowi bliżej raczej do jakiejś bajki dla… (tutaj nie mam pewności, bo to bajka ani dla dzieci, ani dla dorosłych). Bo co to za absurd, który sprowadza się do tego, że ryby z żabami toczą wojną na broń miotaną i gadają?

Historia ogólnie raczej naciągana, bez wyraźnej puenty, bez jakieś nadrzędnej myśli. Taka sobie nijaka opowiastka, którą można wziąć za zapis majaków faceta, który się poślizgnął nad stawem albo ostro popił na rybach. Jedyne określenie jakie mi przychodzi do głowy, to “sympatyczne”. Ale to nie jest “sympatyczne” z którego należy sie szczególnie cieszyć. To raczej takie “sympatyczne” bo nijakie, bez wyrazu i niczego nie porusza. Nawet kącika ust. 

Poza tym sam przyznasz, że żadna to fantastyka, a i absurd żaden. Mówię to całkiem poważnie – gadające żaby to naprawdę nie jest fantastyka! 

Mógłbym się czepiać żabich brwi albo tego, że facet trafia po śmierci do żabiego sądu, z którego prowadzony jest do… żabiego sądu. Że te „żarty” o Francji czy o bocianach to naprawdę jest humor zupełnie bezpłciowy itd. Mógłbym napisać, że takich błahych i niby-zabawnych opowiastek, o tym, że ktoś staje przed jakimś sądem w zaświatach, we wszelkich odmianach (ok, żabich zaświatów chyba jeszcze tutaj nie było), przez pomyłkę, biurokrację itp. były setki, jeśli nie tysiące.

Zamiast tego napiszę coś pozytywnego – mam wrażenie, że swoje w sumie niezłe umiejętności językowe i warsztatowe mógłbyś spożytkować, pisząc coś z porządną fabułą, konkretnym bohaterem, jakimkolwiek sensem i prawdziwym pomysłem.

I wtedy bym to z ciekawością przeczytał.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cholernie przypomina mi to słuchowiska grywane swego czasu w Radiu Zachód. Bodajże: “Eskimos w operze, opowiadania na chór, orkiestrę i kanarka”, autora niestety nie pamiętam. Krótkie, absurdalne, niepretendujące do miana arcydzieła groteski, całkiem przyjemne w odbiorze. Najlepiej smakujące o dziesiątej czy jedenastej w nocy.

Twoje opowiadanie dobrze nadawałoby się właśnie na takie krótkie słuchowisko.

 

O stylu nie sądzę więcej czy mniej niż poprzednicy, fabuła wbrew pozorom niezbyt zaskakująca – bo jest zbyt logiczna. Tak! To nie jest codzienna logika, ale jej reguł można się nauczyć już po pierwszych akapitach. Jedyny element zaskoczenia pojawia się więc tylko na samym początku.

 

Albo to ja mam już mózg wyprany internetem i pisaniem past (w nich zaskoczenie jest najmocniejszym orężem) i nawykłem do podobnych motywów, trudno powiedzieć.

Dobrze się czytało, pomysł ciekawy, ale całość długo w głowie nie zostanie.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

mr.maras, Pliszka-Czajka, Irka_Luz,

 

Dzięki wielkie za komentarze i uwagi! :))

 

 

No tak, wszystko jest, tylko głębi nie ma… Może to i jakaś wprawka, ale chociaż próba nadania sensu opowiadaniu – wciśnięcia niebanalnego przekazu, sprawiła by, że mógłbym tekst pochwalić. A tak? A tak, to zachęcam do dalszego pisania :) Pozdrawiamy Czwartkowy Dyżurny:)

Blacktom, Dziękuję pięknie za komentarz! Pozdrawiam! :))

Nowa Fantastyka