- Opowiadanie: Feliksg - Sprawiedliwy sen

Sprawiedliwy sen

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sprawiedliwy sen

Przełęcz Rogina, otoczona kamieniami, była niemal całkowicie przykryta śniegiem. Nie było to w żadnym wypadku anomalią. Pobliskie tereny charakteryzowała wręcz permanentna zima. Mieszkańcy nauczyli się z tym żyć, co więcej, prosperują lepiej niż niejedno królestwo, działające w warunkach umiarkowanych. Przybysze z daleka nazywali lokalnych Zimirańczykami, ponieważ w innych mocarstwach Zimirem określa się boga bezpłodnej ziemi. Ta wyjątkowa społeczność jest również niezwykle uparta, przez co, na przekór pomówieniom, ujarzmili glebę i przez kolejne tysiące lat wyrośli na potęgę kontynentu.

Przełęcz Rogina była znana każdemu podróżnikowi jako doskonała droga, przez którą transportowali się kupcy i dyplomaci. Zazwyczaj pełna karawan, świeciła tego dnia pustkami. Przynajmniej tak się wydawało, bo nagła zamieć niemal całkowicie ograniczyła widoczność.

Zapadł wieczór, a przez biały trakt i burzę śnieżną próbowały się przebić dwie, ledwo dostrzegalne postacie. Jedna chuderlawa, niosąca na plecach worek i trzymająca się z tyłu. Druga natomiast była wysoka i postawna.

– Już za późno! – krzyczał Kwen. – Musimy tu nocować!

Winwir spojrzał w kierunku czegoś, co przypominało grotę. Trzymając dłoń na rękojeści miecza, zbliżył się do ciemnej dziury.

– Za mną! Nie oddalaj się! – barczysty wojak przymykał oczy, próbując dostrzec towarzysza. – Widzę najdalej na jakieś dwa knykcie!

Dwójka podróżnych trzymała ręce przed twarzami i mknęła na przekór zimowemu wiatrowi. Po chwili zniknęli w mroku jaskini.

Dobrze zbudowany zbrojny, nazywany Niedźwiedziem, oparty o kamienną ścianę, osunął się i siadł, głęboko wzdychając. Szczupły natychmiast rzucił toboły na ziemię i przykucnął, zabierając się do rozpalenia ogniska.

– Jak myślisz – Kwen rozpoczął szperanie po zakamarkach groty, chwytając lekko wilgotne gałęzie, przywiane przez burzę śnieżną. – Ile to potrwa?

– Nie wiem – atletyczny rycerz wyjął z worka drobny pojemnik z wodą.

Ten wieczór spędzili przy prowizorycznym ognisku, rozpalonym przez mniejszego z wojskowych, jedząc niewielkie racje żywnościowe. Dwójka ubrana w lśniące od topniejącego lodu zbroję, zasnęła po chwili. Winwir, posiadający długą brodę i jasne, niebieskie oczy, obudził się pierwszy. Nie musiał podchodzić do wyjścia. Z miejsca spoczynku obserwował szalejącą zamieć, której forma jedynie się zagęściła.

 

***

 

– W tym roku przypada rocznica Bitwy pod Zimiranem. – Gruby generał, opatulony w futro, przechadzał się pośród wyprostowanych żołnierzy. – Aby okazać szacunek wobec naszych sojuszników, dziewięciu z was wybierze się w podróż do Grotskaardu.

Kwen z rozpędu, bojąc się gniewu przełożonego na kolejne spóźnienie, nie zabrał ze sobą cieplejszego odzienia. Starał się ze wszystkich sił nie okazywać zziębnięcia, ale przynosiło to marny skutek.

– Podejdziecie do podestu – ciągnął dalej tłusty wojskowy. – Mistrz będzie trzymać pudło, z którego wyjmiecie kartkę. Dziewięć z nich zawiera czarną kropkę. Ten, kto taką wylosuje, wyruszy w misję dyplomatyczną.

– Czemu losujemy? – zawołał ktoś z ostatniego rzędu.

– A dlatego – generał w mgnieniu oka znalazł się przy pytającym – że żaden z was, bałwany, nie zasłużył na to wyróżnienie. Ani ja, ani Mistrz, nie jesteśmy w stanie wybrać choćby jednej osoby, godnej tego zadania. Zadania bezpiecznego, prestiżowego, a zarazem prowokującego do poszerzenia kontaktów. Teraz rozumiesz, Niedźwiedziu?

– Tak jest! – Ton wyżej postawionego wzbudził w nim lekki strach. – Dziękuję i przepraszam, generale!

– Koniec zebrania! – krzyknął grubas i uderzył trzykrotnie nogą o drewniany podest.

Rekruci, którzy za jakiś czas mieli zakończyć akademię, rozeszli się do chat. W każdej mieściło się pięciu przyszłych gwardzistów. Kwen dzielił lokum z Olikiem, Winwirem i Petrem. Piąty, czyli Gruh, porzucił szkolenie pół roku wcześniej, aby prowadzić warsztat z zaprzyjaźnionym kowalem.

– Generał chyba nie jest zadowolony… – zaczął najchudszy, siadając na łóżku.

– Co ty nie powiesz? – Krzepki trzasnął drzwiami, wchodząc do wspólnego salonu. – Może gdybyście podchodzili poważnie do treningów, to by nas tak nie traktował?!

– Może gdybyś nie zadawał głupich pytań, to by się nie wydzierał – rzekł Petr, nalewając sobie wody do glinianego kubka. – Bogdaj ci noga przy samej dupie przylazła, porożcu!

Winwir natychmiast rzucił się na Petra. Reszta poderwała się i rozdzieliła wojującą dwójkę.

– Oszczędzajcie siły – Olik spojrzał na dyszących kolegów. – Mogą się wam przydać.

 

***

 

– Oszczędzaj siły – syknął do towarzysza, ostrząc miecz. – Nie wiadomo, ile tu jeszcze posiedzimy.

Kwen, niewysoki brunet o pociągłej twarzy, biegał w kółko i rozciągał się. Po chwili siadł przy ognisku. Co jakiś czas spoglądał w kierunku wyjścia. Za każdym razem odwracał wzrok z ponurą miną.

Kolejne godziny mijały w ciszy. Ich żołądki zaciskały się na samo wspomnienie wydarzeń, które wymusiły powrót w środku śnieżycy. Nie rozmawiali również o coraz chudszym worku, zmniejszającym się po spożyciu kolejnego jabłka. Gdy nastał wieczór i oboje owinęli się w pokrwawione futra, patykowaty postanowił w końcu przerwać werbalny paraliż.

– Ile razy przejeżdżałeś przez Przełęcz Rogina? – Podniósł głowę i patrzył na Winwira.

– Z tysiąc. – Wysoki wojskowy przewrócił się na bok. – W końcu jestem synem kupca.

– A widziałeś tu kiedyś grotę?

Nie odpowiedział. Udawał, że zasnął. Pytanie towarzysza świdrowało i wypychało każdą myśl, którą próbował umieścić na pierwszym planie. Słyszał, że swojak oddychał szybciej.

 

***

 

– W szeregu! – krzyczał tłusty generał, trzymając pudełko. – Ile razy mam powtarzać?

Stał wraz z Mistrzem na podeście. Do ich dwójki prowadziła długa kolejka chętnych. Wypchnięto z niej rekruta, który studiował rok niżej od pozostałych.

– Spokój tam z tyłu! – Mistrz, noszący tradycyjne ciemne szaty, zwrócił wzrok na pierwszego kandydata. – Losuj i pokaż wszystkim, co znajduje się na skrawku.

Rudy adept sztuki rycerskiej włożył rękę do pudełka, zamieszał i wyciągnął złożony fragment papieru. Rozciągnął go i pokazał reszcie.

– Pusto! – Ubrany w drogie tkaniny przełożony uniósł ręce do góry. – Bogowie cię nie chcą, Oliku! Możesz odejść.

Rdzawowłosy chłopak wyrzucił kartkę i odszedł. Mijając swoich współlokatorów, zatrzymał się na chwilę.

– Takie życie – rzucił nietęgi.

– Takie życie – rzekł Olik i udał się do chaty.

Po jakimś czasie i tylko dwóch wyciągniętych z pojemnika czarnych kropkach przyszła kolej na Winwira.

– Z dwojga złego dobrze by było, żebyś chociaż ty się załapał – powiedział obojętnie generał i przyglądał się losowaniu.

Postawny rekrut wyciągnął drobny zwój i pokazał go Mistrzowi.

– Trzeci! – krzyknął Mistrz. – Oby Pikar miał cię w swej opiece!

Wyrośnięty przyjął to dość chłodno. Nie lubił wyjeżdżać poza miasto od kiedy dołączył do akademii. Pocieszał go jednak fakt, że będzie mógł pochwalić się eskortowaniem misji dyplomatycznej, gdy będzie szukać pracy w pałacu królewskim. Uśmiechnął się skromnie i wrócił do domu, nie patrząc na nikogo.

Kwen i Petr, tak jak większość, nie zostali wybrańcami bogów. Wieczór spędzali w salonie. Jedyny szczęśliwiec milczał, a reszta starała się dopytać go o szczegóły wyprawy, które ustalał po losowaniu z generałem i ósemką pozostałych.

– Wiem tylko, że zbiórka po pierwszym dzwonie. – Wrzucił kartkę z czarną kropką do ognia w kominku. – Naprawdę, dajcie mi spokój.

– Stresik, co? – Patykowaty rekrut nie umiał trzymać języka za zębami. – Może się zamienimy, skoro tak bardzo nie chcesz wyjechać?

– Zostaw go – rzekł Petr, który wyraźnie chciał się zrehabilitować po wczorajszej bójce. – To musi być ogromne przeżycie, a nam nic do gadania. Słyszałeś Mistrza, bogowie nie są nam przychylni.

– Bzdety. – Rudowłosy Olik patrzył w ogień. – Kwestia szczęścia. I ceny.

– Sugerujesz, że przekupiłem kogoś, żeby pojechać na wycieczkę do Grotskaardu? – Niedźwiedź podniósł się i stanął przed piegowatym chłopakiem.

– Ty nie. – Olik uniósł głowę. – Ale bogate stolce tak. Osiem pozostałych kartek pochodzi akurat z sąsiadujących chat. Z tych domów nie udało się dostać jedynie dwójce, pochodzącej z najbiedniejszych rodzin. Myślisz, że to przypadek?

Nie skomentowali. Plotki o łapówkach, na które stać było jedynie niektórych, rozchodziły się po akademii od lat.

– Jakby na to popatrzeć – piegowaty poklepał Winwira po ramieniu – jesteś największym szczęściarzem. Do wylosowania, po odjęciu tamtych trądów, był tylko jeden papierek.

Tej nocy przeraźliwe krzyki obudziły niemal wszystkich rekrutów. Już chwilę później pod chatą, z której wybrzmiał skowyt, stało kotłowisko ubranych w piżamy mężczyzn. Krew spływała po schodach. Gdy generał wszedł do środka, kopnął przypadkiem głowę trupa. Chłopak, który kilkanaście godzin wcześniej wylosował czarną kropkę, był jedynie korpusem, pozbawionym łba. Śledztwo trwało pięć minut. Wystarczyło wejść do pokoju jednego z uczniów. Lata poniżania i nękania biedniejszego, poskutkowały długo odkładaną zemstą.

Kwen bardzo przeżył tę sprawę. Sprawca był jednym z jego najlepszych przyjaciół w koszarach.

– Nie! – krzyczał chuderlawy żołnierz. – Zostawcie go! Nie wiecie, przez co tu przechodził!

Był na tyle zdesperowany, by uwolnić kolegę, że poszarpał się z kilkoma strażnikami. Generał musiał interweniować.

– Nic nie usprawiedliwia morderstwa – krzyknął przełożony. – Chcesz udowodnić, że jesteś taki twardy? Jutro jedziesz do Grotskaardu!

Współlokatorzy odciągneli awanturnika.

– Zamknij się – syknął Olik, który dopiero co dobiegł i pomagał zaciągnąć go do domu. – Musisz się wyspać. Jutro ruszasz w drogę.

 

***

 

Tyczkowaty obudził się nagle, słysząc krzyk, dochodzący z głębi groty. Winwir biegł w jego stronę z wyraźnie zadowoloną miną.

– Powietrze! – krzyczał nieustannie. – Tam czuć powiew! Ta jaskinia ma wyjście z drugiej strony!

Oboje spojrzeli na nieustającą zamieć i bez słowa spakowali drobny ekwipunek. Kwen chwycił za pochodnie, oddał towarzyszowi toboły i ruszyli w ciemność.

Im dalej przemieszczali się w mrok, tym bardziej czuli świeży zefir. Co jakiś czas wzdrygali się na dźwięk kropli, kapiących z wystających kamieni i gryzoni, piszczących w szczelinach. Pomimo strachu, zziębnięcia i zmęczenia stawali się coraz bardziej podekscytowani na myśl skrótu, prowadzącego do miasta. Niedźwiedź, zazwyczaj cichy i rozważny, był pełen wigoru i gotowy do działania. Jego kompan nie mówił wiele, radując się nadzieją na bezpieczny powrót.

Rzeczą, która naprawdę wystraszyła dwójkę wojskowych, były sterty kości, porozrzucane w dalszej części jaskini. Im dalej posuwali się w kierunku spodziewanego wyjścia, tym bardziej oprócz wiatru czuć było również fetor, przypominający wczesne stadium rozkładu ciała. W końcu trafili na źródło smrodu.

– Czy to… – wyszeptał sparaliżowany charłak.

– Nie – resztkami powietrza wydusił Winwir. – To nie może być…

 

***

 

– Yeti? Chyba upadliście na głowę – zaśmiał się generał. – Jeżeli jeszcze raz któryś wspomni o tej bajce, to wyślę nieroba z powrotem do domu!

Kwen, rozmawiający o pojawieniu się stwora z jednym z towarzyszy, odwrócił głowę i zajął miejsce z tyłu, obok mocarnego współlokatora.

– Podobno widziano go na północ od Grotskaardu – szeptał do wysokiego kolegi. – Ja tam w to nie wierzę, ale ciekawe, że wszyscy, którzy spotkali to coś, podają tak samo dokładny opis.

– Zamknij się – syknął. – Jeśli polecimy do domu, to co sto metrów będę ci wsadzał łeb w śnieg.

– Dobra, ale tylko szybko dodam, że…

– Idziemy już piętnaście kilometrów – zniżył głos brodaty wojskowy. – Piętnaście tysięcy metrów.

Gaduła cichł. Co chwila rozglądał się, patrząc po wzniesieniach. Zapewne liczył na zauważenie mitycznego stwora.

– Wiecie, smrody, gdzie teraz jesteśmy? – głos generała rozniósł się po dolinie.

Nikt nie odpowiedział.

– Tak myślałem – kontynuował głównodowodzący. – To Dolina Khala. Stąd wyjdziemy na trakt, zwany Głośnicą, a później prosto, jakieś trzydzieści kilometrów.

Po groźbie, zaserwowanej plotkarzowi, nikt nie chciał podpaść. Słychać było jedynie kroki, maszerujące w śniegu.

Winwir spojrzał na Kwena. Ten wlepiał w niego oczy i było widać, że nie może już dłużej trzymać informacji, buszującej w jego głowie. Potężny brodacz błagał wzrokiem, ale na próżno.

– Yeti jest opatulone w niezwykle grube futro – szeptał najciszej, jak się da. – Porusza się jak człowiek, zamknięty w tuzinie ubrań…

– Hej! Wy tam z tyłu! – Wódz kompanii podniósł rękę, zatrzymując całą armię – Podejdźcie no tu!

– Zmiękczę ci mózg śniegiem, wpychając go do nosa przez kilkanaście godzin. – Groźba brzmiała wyjątkowo poważnie.

Miałki zbladł, bo wiedział, że jego kolega zawsze dotrzymuje obietnic.

Podeszli do generała. Ten, czerwony ze złości, otworzył usta, jakby miał wypuścić z nich niedźwiedzia, wymierzającego karę gadułom. Nagle wszyscy usłyszeli głośny ryk, odbijający się echem po całej dolinie.

Niedoświadczona grupa rozdzieliła się i biegła na oślep. Dowódca, pomimo desperackiej próby uspokojenia podopiecznych, sam począł uciekać. Jak najdalej, byle szybko. Nikt nie widział potwora, ale zobaczenie go wiązało się ze zmniejszeniem odległości od zagrożenia. Trójka rekrutów, specjalizująca się w jeździectwie, nie potrafiło zapanować nad końmi, które czmychnęły, wraz z prowadzącymi ich mężczyznami, na sam kraniec pobliskiej skarpy. Wtedy ujrzeli górę futra, flegmatycznie zmierzającą w ich stronę. Żaden z wojskowych nie zapanował nad przerażonym koniem. Zepchnięte w ślepy zaułek zwierzęta skoczyły w dół, roztrzaskując kości i miażdżąc narządy wewnętrzne swoich panów. Yeti podeszło bliżej, obserwując jeszcze lekko drgające koniuszki palców jednego z umierających wojaków. Odeszło, gdy było pewne, że wszelkie funkcje życiowe ustały.

Dwóch chłopców, których domeną była walka piką, skryło się pomiędzy ściętymi konarami drzew, przykrytych śniegiem. Po chwili doskoczył do nich trzeci, łucznik. Oddychali szybko, nasłuchując. Gdy pikinier wystawił głowę, aby zbadać sytuację, jego twarz momentalnie stała się czerwona. Kamień, pomimo niewielkich rozmiarów, był precyzyjnie wymierzony i wybił oko młodego wojaka. Ten, klęcząc i desperacko szukając brakującego narządu, krzyczał wniebogłosy imiona stojących obok towarzyszy. To skusiło Yeti, które podeszło do swojej ofiary, chwyciło dwie strzały, upuszczone przez uciekającego łucznika i rzuciło prosto w plecy przerażonych chłopców. Ci natychmiast upadli twarzą do śniegu, farbując przemarzniętą ziemię na czerwono. Stworzenie zdeptało oko cierpiącego i skróciło jego męki, chwytając za głowę i skręcając kark.

Generał stał na środku traktu i czekał wraz z jednym rekrutem. Ten był jego siostrzeńcem, który poprzez skrywane przed władzami konotacje rodzinne, podstępnie otrzymał wcześniej kawałek papierka z czarną kropką i trzymał go w dłoni od momentu zajęcia miejsca w kolejce. Yeti, w pokrwawionym futrze, wyszło im naprzeciw.

– Nie damy ci tej satysfakcji! – krzyczał dowódca. – Umrzemy na własnych warunkach!

– Jak to? – odezwał się chłopak. – Ja nie chcę umierać!

Okryty w bogate ubrania grubas miał w oczach przerażenie i szał. Chwycił członka swojej rodziny za szyję, wyciągnął miecz i podciął mu gardło. Yeti nie przejęło się tym. Kroczyło w jego stronę. W ręku dzierżyło wyjętą z ciała ofiary strzałę. Tempo bestii się zwiększyło. Ostatni na trakcie słyszał jego dyszenie. Gdy znaleźli się dostatecznie blisko siebie, zaatakowali. Generał otrzymał cios prosto w serce, a Yeti w brzuch. Generał spojrzał w oczy monstrum. Potwór, nie widząc nikogo więcej, zniknął tak szybko, jak się pojawił, zostawiając za sobą krwawą dróżkę. Winwir i Kwen, ukryci w jamie, która zapewne jakiś czas temu należała do niedźwiedzia, upewniając się, że są bezpieczni, podbiegli do konającego.

– Generale! – Wyrośnięty cucił go, uderzając lekko w polik. – Nie zasypiaj!

– Już za późno… – szepnął stojący nad nimi chuderlak.

– Nie! – Wojskowy nie dawał za wygraną – Jak wrócimy do domu? Umiesz przetrwać na własną rękę, kiedy wokół grasuje to… to coś?

Nie odpowiedział. Dowódca spojrzał na nich i ostatnim tchem rzekł:

– To nie jest potwór. – Krew wypływała mu z ust. – To…

 

***

 

– To człowiek? – Kwen podbiegł do martwego ciała, opatulonego w stos futer. – Generał nie majaczył…

Zza sprawnie obwiązanych zwierzęcych skór patrzyły na nich martwe ślepia, a na brudnej i brodatej twarzy dostrzegli grymas, sugerujący niepogodzenie się bestii ze śmiercią. Winwir rozpoczął rozsuwanie mieczem kolejnych pokrwawionych elementów odzienia. Im stos prowizorycznych ubrań stawał się większy, tym lepiej dostrzegalna była sylwetka trupa.

– Karzeł. – Odsunął ostatni, najbardziej wilgotny od krwi kawałek przebrania.

– Bogowie… – Kwen przykucnął przy zwłokach. – Przeciwstawił się dziesięciu wojskowym.

– Ośmiu wojskowym – barczysty kompan zganił kolegę. – Jeszcze żyjemy.

Stali dłuższą chwilę, przyglądając się. Kwenowi przewijały się w głowie różne myśli. Usilnie próbował wytłumaczyć sobie to, co właśnie oglądał.

– Wyobrażasz sobie, co musiał przejść? – Oboje stanęli nad truchłem. – Ile rzeczy musiało sprawić, że zmienił się… w to coś.

– Może jeszcze wręczysz mu medal? – Winwir podszedł bardzo blisko towarzysza. – Sympatyzujesz z tym monstrum?

– Szanuję go. – Kwen nie stchórzył, mimo że jasne spojrzenie i gęsta broda potęgowały grozę w wyglądzie potężnego wojaka. – Jak myślisz, ile wygrałbyś za jednego miedziaka, postawionego na karła, który podjąłby walkę z siedmiorgiem dojrzałych rekrutów i jednym generałem?

– Może powinno się jeszcze uniewinnić twojego przyjaciela, który z zimną krwią zamordował współlokatora?

– Nie wiesz, co oni mu…

– Nic nie usprawiedliwia morderstwa! – Mocarny kopnął dzbanek, zapewne należący do mieszkańca groty. – Gdybym ja miał zabijać każdego, kto mi złorzeczy…

– Oj, zamknij się już. – Przysiadł przy trupie niskiego człowieka. – Zabierzmy go ze sobą. Ludzie powinni wiedzieć, czym było Yeti, które nawiedzało ich okolice.

– Uparty skunksie. – Wysoki rycerz usiadł na stosie futer. – Wyobraź sobie, że wchodząc do miasta, wnosimy na barkach martwego kurdupla. Pytani odpowiadamy, że to on stoi za morderstwem ośmiu naszych przyjaciół. Nie wiadomo, ilu innych ludzi w okolicznych wioskach pozabijał, a patrząc na te kości, to pewnie wielu. Teraz uważaj, bo przedstawię ci możliwe konsekwencje. Pierwsza opcja jest taka, że zostaniemy pośmiewiskiem. Po to uczymy się w akademii od pięciu lat, aby nie być w stanie powstrzymać sunącego na nas karła? Opinia się roznosi, a my możemy szukać pracy jako sprzątacze ulic. Druga możliwość jest gorsza. Zostajemy oskarżeni o zdradę i wykończenie całej kompanii, a nasza historia z Yeti i przypadkowy trup, znaleziony w jakiejś grocie, jest uznana za fałszywe zeznania. Szafot to najmilsza kara, jaką moglibyśmy otrzymać. Dalej uważasz, że powinniśmy zabrać go ze sobą?

– To chociaż go zakopmy – Kwen patrzył Winwirowi prosto w oczy. – Z szacunku do umiejętności. Ja tam nie lubiłem ani generała, ani tych bogatych szczeniaków…

– To kop.

– Nie pomożesz mi?

– Nie.

Niechętny do pomocy przykrył się futrami i zasnął. Spał dwie godziny, po których ten bardziej empatyczny, uporawszy się wcześniej z przymarzniętą glebą, pochował trupa. Niewysoki wojak wypowiedział słowa modlitwy do trzynastu bóstw, po czym obudził kompana i oboje ruszyli w głąb jaskini, podążając za smyrającym ich po kostkach powiewem.

 

***

 

 

Wioska Lamptis była przepięknie osadzoną kolebką wszystkiego, co najlepsze na drodze z Grotskaardu do Zimiranu. Cudna dolina, żyzna gleba, widok na oblicze przerażająco wielkich Gór Kawek i pastwiska, na których kłębiło się od dzieci, pomagających rodzinom w codziennych pracach.

– Mok wrócił już do domu? – Rolnik otworzył drzwi izdebki i patrzył na żonę, wieszając płaszcz.

– Nie. – Wbiła siekierkę w deskę, na której kroiła mięso. – Wyszedł kilka godzin temu. Myślałam, że jest z tobą.

Spojrzeli na siebie i bez słów oboje, zabierając ciepłe odzienie i broń, wybiegli na zewnątrz. Szukali syna godzinę. Znaleźli go w małym zagajniku. Wisiał głową w dół. Nogi oplecione miał mocnym sznurem, przywiązanym do gałęzi drzewa, którego bezskutecznie starał się pozbyć, podciągając ciało. 

Ojciec, prosty człowiek, lekko uniósł latorośl, a matka, która przeniosła się do Lamptis, aby wieść spokojne życie zdala od doświadczonych przez siebie wojen, precyzyjnie wymierzyła siekierką i mocnym rzutem przecięła linę.

Tata niósł półprzytomne dziecko prosto do chaty, gdzie opatulił go w ciepłą pościel, a kobieta przykładała ciepłe okłady do jego czoła.

Gdy następnego dnia pociecha rolników czuła się lepiej, jego rodzicielka usiadła przy łóżku.

– Wszystko w porządku?

Zabrała mu z głowy mokrą szmatkę.

– Tak.

Mok patrzył jej prosto w oczy.

– Kto ci to zrobił?

– Nie powiem.

– Uparty jesteś jak osioł.

Spięła burzę blond włosów w kok.

– Nie jestem uparty.

– Ludzie tacy jak ty nie powinni wychodzić na długie wycieczki. – Zerknęła na męża, który wychodził pracować na polu. – Szczególnie w tak zacofanych i przesądnych miejscach jak Lamptis.

– Mamo. – Miał spokojny głos. – Ale ja się już przyzwyczaiłem.

 

***

 

Opuścili grotę. Okazało się, że powietrze, które czuli, zaprowadziło ich na drogę, oddaloną od Zimiranu o niecałe dwa kilometry. W głowie powtarzali sobie wersję wydarzeń, jaką przedstawią Mistrzowi. Była wiarygodna i jednocześnie bardzo satysfakcjonująca. Postanowili oskarżyć o bunt grupkę zamożnych rekrutów, którym nie spodobały się rygorystyczne zasady generała. Zbliżyli się do bram miasta, obłożeni w pokrwawione futra zabrane z groty. Niedźwiedź, udając, że kuleje, przytrzymywał Kwena, który odgrywał rolę pokrzywdzonego, uderzonego w głowę ciężkim narzędziem. Usłyszeli dźwięk rygla, odsuwanego przez strażnika. Małe drzwiczki, umieszczone na metalowych wrotach, otworzyły się. Wybiegł do nich cały sztab medyczny akademii. Tłum gapiów witał ich, gdy kroczyli główną ulicą miasta. Położono ich w szpitalu. Wiedzieli, że Mistrz prędzej czy później przyjdzie i będzie oczekiwać wyjaśnień. Nie martwili się. Byli bezpieczni i najedzeni.

 

***

 

– Mok, podasz mi szpadel? – Ojciec wyciągnął rękę w kierunku syna.

Jego latorośl, która w tamtym roku kończyła trzynaście lat, udała się do schowka obok chaty. Coraz rzadziej ją opuszczał. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej, gdy pomagał tacie przewieźć towary do miasta, napadła ich grupka miejscowych łobuzów. Nadal wierzą, że karły przynoszą nieszczęście, pomyślał wtedy. Na szczęście skończyło się tylko na groźbach o dość obrzydliwej treści.

Mok zabrał to, po co przyszedł. Opuścił drobne pomieszczenie pełne narzędzi i przyborów rolniczych. Usłyszał krzyk. Biegł ile sił w nogach, a gdy otworzył drzwi domu, ujrzał trójkę zbirów, trzymających jego ojca na kolanach.

– Zostawcie mnie, gnoje! – krzyczał, starając się wyswobodzić i dając czas synowi na ucieczkę.

Tego dnia w niewysokim człowieku coś pękło. Przyzwyczaił się do ataków, ale nigdy nikt nie był na tyle bezczelny, aby zakradać się do jego mieszkania i krzywdzić bliskich. Ruszył na zbirów, uderzając pierwszego szpadlem w głowę.

– Ty mały… – bandyta nie dokończył, bo drugi cios pozbawił go kilku zębów.

Matka pojawiła się znikąd. Trzymający jej męża mężczyzna otrzymał cios drobnym sztyletem prosto w serce. Drugi stawiał opór dłużej, ale w końcu musiał ustąpić, gdy emerytowana wojowniczka rozcięła mu tętnicę szyjną.

Bandyta, który otrzymał dwa uderzenia od Moka, zaczął się przeraźliwie śmiać. Rodzina spojrzała po sobie i usłyszała galopujące rumaki. W mgnieniu oka do izby weszło sześciu kolejnych łajdaków, ubranych w ciemne szaty. Ojca kopnięto w twarz, niemal natychmiast stracił przytomność. Rodzicielce złamano rękę, a po chwili nogę. Aby być pewnym, że nigdzie nie ucieknie, jeden z ciemnych przebił jej rzepkę w kolanie cienkim nożem. Nie wydała z siebie dźwięku.

Mok został obezwładniony i przytrzymywany przez jednego, potężnego draba. Nie spodziewał się, że do środka wejdzie jeszcze jeden, potężniejszy i grubszy od tego, którego oddech czuje na swoim karku. Był ubrany tak, jak pozostali. Wyróżniał go jedynie czerwonozłoty szal. Wydawał się posypany brokatem.

– Ostrzy jesteście – powiedział dryblas, najprawdopodobniej przywódca szajki. – Doszły mnie słuchy, że trzymacie tutaj abominację.

Szef bandytów rozejrzał się po domu. Uśmiechnął się do matki, nieprzytrzymywanej przez nikogo. Ślizgała się w kałuży własnej krwi, próbując doczołgać się jedną ręką do nieprzytomnego męża.

– Podobasz mi się. – Podniósł jej głowę za włosy. – Gdybyś nie była taka brudna, to może jeszcze bym się z tobą zabawił. Kaleki nie nadają się do niczego innego. Albo się je zabija, albo…

Mok poczuł jego wzrok. Przeszły go dreszcze.

– Albo zabija, bo skazi ziemię, po której chodzi – wyjął z pazuchy nóż.

– Nie! – wydusiła matka, po czym zaczęła dławić się własną krwią.

– Masz rację! – Odwrócił się do niej. – Kończyny karła przerobione na amulety są bardziej wartościowe! Co mi przyjdzie po zabiciu go? Mam zabrać od was kosztowności? Sprzedam wszystko za dwa, góra trzy miedziaki.

Ubrany w szatę i szal potężny mężczyzna zwrócił twarz na Moka i przystawił mu do ręki nóż.

– Twój palec, zawieszony na srebrnym naszyjniku jest wart osiem srebrnych grdyń.

Ostatni raz spojrzał po izdebce. Skinięciem głowy wskazał barczystemu, trzymającego karła, aby wyprowadził go na zewnątrz.

– Spalcie tę budę. – Łypnął na ojca, którego rękę trzymała prawie martwa matka. – Dla pewności przetnijcie mu nogę jakąś siekierką, żeby na pewno nie uciekł.

Mok nie potrafił odwrócić wzroku od kuli ognia, którą zajęła się jego mała, bezpieczna kraina.

Podczas tygodniowej podróży, trzynastoletni chłopiec stracił trzy palce u stóp i dwa, ucięte z ręki. Ucho udało się sprzedać znachorowi, który twierdził, że jeśli wszyje się je w miejsce narządów słuchu ludziom, oddającym się nierządom z podobnymi sobie, to dopiero wtedy są w stanie posłuchać dobrych rad i zmienić swoje życie.

Mok szybko dorastał. Już w wieku dziesięciu lat miał pierwsze włosy na twarzy, a gdy minęły dwa tygodnie z dziwną szajką, miał sporą, ale miejscami jeszcze nie do końca wykształconą brodę. Spał na słomie w pudle z niewielkimi otworami na powietrze. Było to zdecydowane polepszenie warunków życiowych, bo przez pierwsze dni podróżował pieszo, przywiązany łańcuchem do konia. Do tej pory miał na rękach parzące rany.

Do najbliższego miasta pozostało im jeszcze dwanaście kilometrów, a dzień chylił się ku końcowi. Należało rozbić obóz. Liczył, że tym razem dostanie kromkę chleba, lekko podgrzaną nad ogniskiem. Ostatnim razem herszt bandy spalił kawałek pieczywa na wiór, zanim podarował je Mokowi.

Młody mężczyzna już nie pamiętał wszystkich krzywd i cierpień, jakie mu wyrządzono. Nie wiedział nawet, jak się nazywa. Dwa miesiące, spędzone na torturach, wycinaniu części ciała i trzymaniu na nieustannym głodzie zezwierzęciły go. Kolejny nocny postój miał być ostatnim.

 

***

 

– Mistrzu, przysięgam. – Kwen bił się w pierś. – Nie pamiętam nic, oprócz manifestowania jakichś chorych racji przez Swena. Później dostałem czymś w głowę i straciłem przytomność!

Wskazywał na ogromnego guza na czubku głowy. Tak naprawdę nabił go sobie podczas eksplorowania groty po ciemku. Mistrz zwrócił starczą twarz na drugą stronę sali.

– A ty podtrzymujesz swoją wersję, Winwirze? – Siwe brwi się uniosły.

– Tak, Mistrzu. – Potężny wojak patrzył mu prosto w oczy. – Tak jak mówiłem, próbowałem ochronić generała, jednak jeden z buntowników kopnął mnie w nogę. Upadłem, a gdy otoczyli naszego dowódcę, ten walczył do końca. Pokonał Swena i Goreya. Wielce honorowy był to człowiek. Ja pociąłem stojącego najbliżej mnie, a później, wraz z siostrzeńcem nieodżałowanego, walczyliśmy na śmierć i życie. Zabił dwóch, ale trzeci podciął mu gardło. Udało mi się zabić resztę…

– Rozumiem – przerwał mu starzec. – Później w pobojowisku dostrzegłeś, że Kwen żyje i wspólnie wróciliście do miasta.

– Zgadza się.

Mistrz spojrzał na siedzących wokół niego sędziów. Skinął twierdząco głową. Jeden z ubranych w odświętny strój wstał.

– Rada przyjmuje wasze wyjaśnienia. – Donośny głos niósł się po Sali. – Możecie udać się z powrotem do swoich chat.

Wątły uśmiechnął się, zasalutował i wyszedł. Niedźwiedź zrobił tak samo, ale z obojętną miną.

Tego wieczora zasiedli z przyjaciółmi do kolacji, opowiadając im kłamstwa. Jedynie gaduła, którego język świerzbił, opowiedział swojemu najbardziej zaufanego Olikowi wersję zdarzeń, która była zgodna z prawdą. Nie wierzył mu. Zwalał bajki kolegi na uraz głowy.

 

***

 

Mok siedział, czekając na otwarcie pudła. Jeden z bandziorów miał podać mu jedzenie. Plan był prosty, wymagał jedynie zręczności i zdecydowania.

– Jedzenie. – Zachrypnięty od ciągłego picia głos był blisko. – Radzę się delektować, bo nie ma tego sporo.

Wieko uchyliło się. Młody chłopak uderzył w nie tak, aby trafiło prosto w twarz zbira. Ten zatoczył się, ale nie zdążył zareagować ani krzyknąć. Mok stał nad nim i uderzył go kilkukrotnie drewnianą pokrywą w głowę. Pijackie śpiewy znad ogniska, oddalonego o kilkanaście metrów od wozu, na którym przetrzymywano torturowanego, całkowicie zagłuszyły jego akcję dywersyjną. Zabrał futro z ciała nieprzytomnego, wyjął drobny sztylet i uciekł w dzicz. Nie oglądał się za siebie.

Drobny sztylet przydał się bardziej, niż początkowo myślał. Polował na małe stworzenia, zapewniając sobie żywność, a miejscem swojego spoczynku uczynił pobliską grotę, nad którą widniała nazwa kopalni. Jej wejście ukrył sprawnie uszytym materiałem, przybitym gwoździami do drewnianego szyldu i codziennie pokrywał go śniegiem, aby nikt nie zwracał uwagi.

Było mu wiecznie zimno. Przez ciągłe trzymanie w wilgotnym drewnie nie był w stanie zaspokoić swoich potrzeb, związanych z temperaturą. Z każdego upolowanego zwierzęcia ściągał futro i okrywał się nim, myśląc, że ta warstwa będzie ostatnią. Mylił się.

Po kilkunastu miesiącach stał się nieuchwytny, a jego łupem padały nawet niedźwiedzie. Jedynie resztki człowieczeństwa, jakie w nim zostały, to powracające w snach twarze oprawców.

Pewnego razu, podczas zbierania jedzenia, złapanego w zastawione pułapki, dostrzegł kompanię. Sztandar oznaczał oficjalne rycerstwo, jednak gdy spojrzał na dowódce, aż przeszły go dreszcze.

Oprawca, wycinający mu kolejne części ciała, prowadził ośmiu zbirów, którzy zamordowali jego rodzinę. Nie kojarzył dwóch. Jeden szedł blisko herszta bandy, a kolejny rozmawiał z potężnym wojem, którego dobrze pamiętał. Najbardziej utkwił mu w pamięć śmierdzący oddech, kiedy barczysty trzymał go, gdy reszta zadawała kolejne ciosy matce i ojcu.

Warknął, ile miał sił w gardle i ruszył do ataku.

 

***

 

Kolejnego wieczoru Winwir kładł się spać w świetnym humorze. Słyszał, jak Kwen przechwała się przypiętym do piersi medalem za stłumienie rebelii. On swój położył obok twarzy, na poduszce. Zasnął snem sprawiedliwym i spokojnym.

 

***

 

Ranny Mok konał w grocie. Nie mógł pogodzić się z nadchodzącą śmiercią. Wiedział, że do pełni zemsty zabrakło jednej ofiary. Był jednak zbyt słaby, aby ją gonić. Nie umierał spokojnie. Był zdenerwowany i pełen żalu.

Koniec

Komentarze

Hejka!

 

– Co Ty nie powiesz? – Krzepki trzasnął drzwiami, wchodząc do wspólnego salonu.

→ Z małej litery. Nie piszesz przecież listu. 

 

Im dalej posuwali się w kierunku spodziewanego wyjścia, tym bardziej oprócz wiatru czuć było również fetor rozkładających się zwłok.

→ Może nic takiego, ale jednak powtórzonko rzuciło się w oczy. 

 

Kwen, który dzielił się plotką o pojawieniu się stwora z jednym z towarzyszy, odwrócił głowę i zajął miejsce z tyłu, obok mocarnego współlokatora.

→ Tu bardziej się rzuca, bo bliżej siebie.

 

Wisiał głową w dół. Nogi oplecione miał mocnym sznurem, przywiązanym do gałęzi drzewa, którego bezskutecznie starał się pozbyć, podciągając się w górę.

→ No tak też trochę za blisko. 

 

Coraz rzadziej ją opuszczał Jeszcze kilka miesięcy wcześniej, gdy pomagał tacie przewieźć towary do miasta, napadła ich grupka miejscowych łobuzów.

→ Brakuje kropeczki, przed “Jeszcze”. 

 

No to tak: 

Mimo powtórzeń i małych mankamentów, czytało się całkiem dobrze. Stylistycznie więc raczej bym się nie czepiał. Gorzej jednak wypadła fabuła – po prostu nie w moich gustach. Mimo całkiem dobrze napisanego tekstu – nie mogłem się wciągnąć. Jednak przyznam też, że nie wynudziłem się na Twoim tekście, więc mogę to również odczytywać jako plus. Tak więc mieszane uczucia. 

Poniedziałkowy dyżurny z małym opóźnieniem nawiedził, ponarzekał i spiernicza. 

Z pozdrowieniami!

 

 

 

 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Hej! 

 

Wielkie dzięki za poprawki. Wszystko zostało zrobione i szkoda, że fabuła nie przypadła do gustu. Może następnym razem :D

 

Pozdrawiam! 

Fajnie, że uwagi okazały się przydatne.

Myślę, że następnym razem lepiej siądzie ;)

Czekam!

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Konstrukcja tekstu jest nietypowa – zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby dać retrospekcje karła od początku, nie zdradzając, kto to, a wątek żołnierzy potoczyć linearnie. Mimo wszystko da się w tym połapać.

Sama historia jest niezła i podobało mi się zakończenie, choć wykonanie mogłoby być lepsze. Niektóre zdania zgrzytają, np. 

 

Nikt nie widział potwora, ale zobaczenie go wiązało się ze zmniejszeniem odległości od zagrożenia.

 

czy

 

Przez ciągłe trzymanie w wilgotnym drewnie nie był w stanie zaspokoić swoich potrzeb, związanych z temperaturą.

 

Scena ataku karła wydaje mi się mocno niewiarygodna. Jak to możliwe, że grupa wyszkolonych żołnierzy ucieka i nawet większość nie dobywa broni (a ten, kto dobywa, zabija innego żołnierza)? Przecież mieli jakieś przeszkolenie i musieli mieć jakiś instynkt.

Hej :). Dzięki za uwagi! Myślałem o tym, że on sam był na tyle dziki i nieludzki, że wzbudzał strach, w połączeniu z pogłoskami na temat grasującego potwora. Dodatkowo życie w dziczy i trening praktycznie 24/7 pozwoliły mu sie z nimi zmierzyć. Ale najwidoczniej nie wyszło to tak, jakbym chciał. :D Może uda się następnym razem ^^ Jeszcze raz wielkie dzięki za uwagi!

Nowa Fantastyka