- Opowiadanie: Silva - Bogini w szkarłacie

Bogini w szkarłacie

Z kon­kur­so­we­go ja­błusz­ka uszczk­nę­łam po­łą­cze­nie: Durga, Lon­dyn 1688 rok. Jeśli nie wie­cie, o kim mowa – bez obaw, zna­jo­mość mi­to­lo­gii nie jest wy­ma­ga­na.

Dzię­ku­ję La­fra­no­wi i Sa­rze­Win­ter za pomoc w pod­szli­fo­wa­niu tek­stu. Dobre z Was zio­mecz­ki!

 

EDIT: Z racji na nieco spoilerującą treść krótkiej dyskusji, jaka wywiązała się pod opowiadaniem, zalecam przeczytanie tekstu przed lekturą komentarzy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bogini w szkarłacie

WIO­SNA

 

Pło­myk świe­cy drżał w ciem­no­ści. Mary pa­trzy­ła na ogie­nek, sku­pio­na, z dłoń­mi zło­żo­ny­mi jak do mo­dli­twy.

Ale nie mo­dli­ła się. A przy­naj­mniej nie w spo­sób, jaki przy­sta­wał­by do­brej ka­to­licz­ce. Ten pro­sty, wy­uczo­ny gest wy­da­wał jej się od­po­wied­ni, nawet jeśli po­zba­wi­ła go pier­wot­ne­go zna­cze­nia.

Blask pełzł po kształ­cie ma­ja­czą­cym za świe­cą. De­li­kat­nie ob­wo­dził kon­tu­ry pięciu par rąk, roz­ło­żo­nych na po­do­bień­stwo płat­ków kwia­tu. Igrał na lwim pysku, tań­czył na ostrzach dzier­żo­nych w każ­dej z dzie­się­ciu dłoni. Pełna or­na­men­tów ko­ro­na błysz­cza­ła w sła­bym świe­tle.

Zapach to­pio­ne­go wosku. Cisza nocy. Ja­sność ognia.

Sku­pie­nie.

Chroń go. Strzeż od złego. Chroń go. Chroń…

Pło­mień drżał.

 

*

 

– Te pasz­te­ci­ki są stare, nie uwa­żasz, ko­cha­nień­ka? Takie czer­stwe, bez smaku. Nie to, co u sta­re­go Law­so­na, nim go dżuma nie za­bra­ła w sześć­dzie­sią­tym szó­stym, świeć Panie nad jego duszą. U kogo ty je ku­pi­łaś?

– Tam, gdzie za­wsze, cio­tecz­ko Ann – wy­mam­ro­ta­ła Mary.

Sie­dzia­ła w sa­lo­nie ciot­ki, damy tak wie­ko­wej, że pa­mię­ta­ła za­pew­ne wy­bu­do­wa­nie Ba­sty­lii. Była to jej je­dy­na krew­na miesz­ka­ją­ca w Lon­dy­nie; ko­bie­ta owdo­wia­ła wkrót­ce po Wiel­kim Po­ża­rze i od tam­tej pory żyła wy­god­nie ze spadku po bo­ga­tym mężu. Mary regularnie załatwiała dla niej sprawunki; nie prze­pa­da­ła za tymi wi­zy­ta­mi, ale przy­naj­mniej wy­ni­ka­ło z tego tyle do­bre­go, że miała oka­zję oglą­dać pięk­ne domy w Co­vent Gar­den.

Star­sza pani nie prze­sta­wa­ła pe­ro­ro­wać. Mary tylko ki­wa­ła głową, po­zwa­la­jąc my­ślom błą­dzić. Nawet tutaj, na mięk­kiej ka­na­pie i w cie­płym świe­tle słoń­ca, czuła się nieswojo.

Gdy za­my­ka­ła oczy, wi­dzia­ła po­je­dyn­czy pło­myk w ciemności. Blask na kra­wę­dziach fi­gur­ki. Czy grzechem było to, że chciała chronić Williama?

– Ale po­mów­my o tobie, droga Mary. Twój syn nie­dłu­go wraca do An­glii, praw­da?

Głośniejszy ton ciot­ki znie­nac­ka wy­rwał ją z odrę­twie­nia.

– Ach… tak. Wil­liam…

– Naj­wyż­sza pora! Azja to nie miej­sce dla przy­zwo­ite­go czło­wie­ka. Tam miesz­ka­ją same dzi­ku­sy. Czy oni w ogóle mają ko­ścio­ły? Mó­wi­łam ci już dawno, Mary, że twój Will po­wi­nien rzu­cić Kom­pa­nię i zo­stać tutaj, w An­glii – skrze­cza­ła ciot­ka. – Zwłasz­cza teraz, gdy na tro­nie za­sia­da król Jakub. Po­pie­ra ka­to­li­ków i wie, jak po­stę­po­wać ze zdraj­ca­mi. Tak, jak zro­bił to z księ­ciem Mon­mo­uthem – oznaj­mi­ła z za­do­wo­le­niem.

Ciot­ka czę­sto lu­bi­ła wspo­mi­nać o sa­mo­zwań­czym królu, który le­d­wie trzy lata wcze­śniej po­że­gnał się z głową w lon­dyń­skiej Tower. Tego sa­me­go roku, w któ­rym w Exe­ter po­wie­szo­no wiedź­mę. Mary nie pa­mię­ta­ła już na­zwi­ska, ale pa­mię­ta­ła, jakie wra­że­nie to na niej wy­war­ło.

Je­że­li kto­kol­wiek dowie się, co ro­bi­ła no­ca­mi, ją też po­wie­szą.

– Słu­chasz mnie, Mary? – Uśmiech­nę­ła się szyb­ko do ciot­ki na znak, że uważa. – To kiedy Will ma przy­je­chać? Gdzieś na je­sie­ni, wspo­mi­na­łaś? Czyli wy­pły­wa w maju? Dobry Boże, po­dob­no Ocean In­dyj­ski o tej porze jest wy­jąt­ko­wo nie­spo­koj­ny. A ci pi­ra­ci na mo­rzach! Sły­sza­łam, że czę­sto na­pa­da­ją na stat­ki Kom­pa­nii. Nie­bez­piecz­ne to czasy, tak, nie­bez­piecz­ne… Po­win­naś, Mary, mo­dlić się do Opatrz­no­ści, by miała two­je­go chło­pa­ka w opie­ce.

Modlę się co noc, od­po­wie­dzia­ła Mary w duchu. Zacisnęła palce na uszku filiżanki, aby ciotka przypadkiem nie dostrzegła ich drżenia.

– Tak, cio­tecz­ko – po­wie­dzia­ła po­kor­nie na głos.

 

LATO

 

Im bliż­szy sta­wał się mo­ment po­wro­tu Wil­lia­ma, tym coraz więk­szy ogar­niał ją nie­po­kój.

Sześć mie­się­cy. Tyle miała po­trwać po­dróż syna do An­glii, zwień­czo­na przy­by­ciem do Lon­dy­nu w paź­dzier­ni­ku. Na samą myśl ści­ska­ło ją w żo­łąd­ku. Sześć mie­się­cy na po­kła­dzie stat­ku – na­ra­żo­ny na sztor­my, ataki pi­ra­tów i inne nie­bez­pie­czeń­stwa, któ­rych nawet nie chcia­ła do­pusz­czać do świa­do­mo­ści.

A jeśli przy­da­rzy­ło mu się coś złego, ale wiadomość o tym jeszcze do niej nie dotarła? Gdy wychodziła na ulicę, serce niemal jej stawało, bo spodziewała się zastać pod domem posłańca z koszmarnymi wieściami. Nikogo jednak tam nie było; zaciskała usta w wąską linię i szła na targ, a potem do cioteczki Ann.

Od­naj­dy­wa­ła uko­je­nie tylko w ciem­no­ści nocy, pło­mie­niu świe­cy i nie­ru­cho­mym ob­li­czu fi­gur­ki pogańskiego bóstwa.

Była go­to­wa na wszyst­ko, by za­pew­nić Wil­lia­mo­wi bez­pie­czeń­stwo.

 

*

 

Nigdy wcze­śniej nie ośmie­li­ła się za­pa­lić ka­dzi­dła. Draż­nią­cy, ko­rzen­ny za­pach wi­siał w po­wie­trzu, na­pi­nał jej nerwy do gra­nic moż­li­wo­ści. Miała na­dzie­ję, że wy­star­czy potem wy­wie­trzyć pokój, aby po woni nie zo­stał nawet ślad.

Świe­ca już pło­nę­ła. Obok stała fi­gur­ka, ta fi­gur­ka, którą Wil­liam, wraz z in­ny­mi eg­zo­tycz­ny­mi pa­miąt­ka­mi, przy­wiózł z pierw­szej wy­pra­wy do Indii. Mary nie ro­zu­mia­ła do końca, co przed­sta­wia­ła sta­tu­et­ka, ale nie ob­cho­dzi­ło jej to.

Ob­cho­dzi­ło ją tylko to, by Wil­liam był bez­piecz­ny. Nawet, jeśli póź­niej sam sza­tan miał­by za­wlec ją do pie­kła.

– Wiem, że go chro­nisz…

Prze­stra­szy­ła się na dźwięk wła­sne­go szep­tu. Rzad­ko od­zy­wa­ła się w cza­sie swo­ich mo­dlitw, teraz jed­nak czuła, że musi nadać proś­bie szcze­gól­nej mocy. Dla­te­go za­pa­li­ła ka­dzi­dło. Dla­te­go za­mie­rza­ła mówić gło­śno.

– Mo­dli­łam się do Boga, ale On mnie nie wy­słu­chał – kon­ty­nu­owa­ła, sły­sząc, jak drży jej głos. – Mój syn… Cho­ro­wał, zo­stał po­bi­ty, stat­ki, któ­ry­mi po­dró­żo­wał, wpa­da­ły w sztor­my… Być może moc Boga nie sięga do Indii.

Wypowiedziane na głos bluź­nier­stwo na tyle ją prze­ra­zi­ło, że ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo po ciem­nym po­ko­ju, jakby w każ­dej chwi­li z kątów miały wy­sko­czyć na nią dia­bły. Prze­łknę­ła ślinę i po­wró­ci­ła spoj­rze­niem do sta­tu­et­ki. Od­la­na w me­ta­lu drob­na po­stać ko­bie­ty, oto­czo­na wa­chla­rzem dzie­się­ciu ra­mion, do­sia­da­ła szcze­rzą­ce­go kły lwa. Nie­ru­cho­ma twa­rzycz­ka zda­wa­ła się pa­trzeć gdzieś w prze­strzeń.

– Tam… tam moc muszą mieć inni bo­go­wie. Tam­tej­si bo­go­wie, tacy jak ty. Ty mnie wy­słu­chu­jesz. – Na­bra­ła od­de­chu. – Pro­szę cię, strzeż…

Urwa­ła. To tylko wrażenie, czy oczy po­sąż­ka zwró­ci­ły się ku niej?

Pło­mień świe­cy urósł gwałtownie. Fi­gur­ka roz­bły­sła, od­po­wia­da­jąc ognio­wi wła­snym świa­tłem. Cięż­ki, dra­pią­cy w nos za­pach ka­dzi­dła na­si­lił się.

Nagle, bez żad­ne­go dźwię­ku, ciem­ność ustą­pi­ła wy­bu­cho­wi ja­sno­ści.

A potem uka­za­ła się po­stać.

Krwistoczerwone szaty, sznur ja­skra­wych kwia­tów za­wie­szo­ny na szyi, złota ko­ro­na w kształ­cie stoż­ka. W każ­dej z pięciu par rąk inna broń. Au­re­ola jasna ni­czym słoń­ce, płowy lew, wi­ją­ca się smuż­ka dymu z ka­dzi­dła.

Śnia­da twarz o mig­da­ło­wych oczach. Ła­god­ny uśmiech. Ta ła­god­ność nie miała w sobie nic z po­ko­ry. Wy­ra­ża­ła ra­czej zro­zu­mie­nie – i coś jesz­cze, czego Mary nie po­tra­fi­ła na­zwać.

– Co… co… Boże… – wy­ją­ka­ła Mary.

Wzy­wa­łaś mnie – prze­mó­wi­ła ja­śnie­ją­ca zjawa spo­koj­nie. Gdy mó­wi­ła, nie otwie­ra­ła ust, a mimo to jej głos roz­brzmie­wał z całą mocą. – Po­trze­bu­jesz mnie.

Oczy ko­bie­ty pa­trzy­ły na prze­ra­żo­ną, sku­lo­ną na pod­ło­dze Mary. W ciem­nych źre­ni­cach ja­rzył się ogień.

A ja po­trze­bu­ję cie­bie.

 

*

 

– Nie uwie­rzysz, Mary, co się stało!

Ciot­ka Ann rzad­ko by­wa­ła ra­do­sna. Praw­dę po­wie­dziaw­szy, Mary nigdy nie wi­dzia­ła jej w tak do­brym na­stro­ju.

– A co się wy­da­rzy­ło, cio­ciu? – za­py­ta­ła Mary bez za­in­te­re­so­wa­nia w gło­sie.

W my­ślach miała je­dy­nie pło­mień świe­cy i dym ka­dzi­dła. Po­stać oto­czo­ną świa­tłem. Słowa, które roz­brzmie­wa­ły wszę­dzie i ni­g­dzie, jakby ich nie sły­sza­ła, ale sobie tylko o nich przy­po­mi­na­ła.

A może to wszyst­ko było ułudą? Marą stworzoną przez szatana, zapowiedzią potępienia? Tutaj, w jasnym sa­lo­nie ciot­ki, wy­da­rze­nia nocy zda­wa­ły się nie bar­dziej rze­czy­wi­ste niż sen. Gdy Mary za­my­ka­ła oczy, znów widziała obraz niezwykłej postaci.

Tak nie mógł wy­glą­dać anioł ani żadna isto­ta miła Bogu.

– Kró­lo­wa – za­grzmiał dumny głos ciot­ki – uro­dzi­ła syna!

Od­cze­ka­ła chwi­lę, naj­wy­raź­niej ocze­ku­jąc ży­wio­ło­wej re­ak­cji. Mary zdo­ła­ła się je­dy­nie blado uśmiech­nąć.

– Czy ty ro­zu­miesz, co to zna­czy, ko­cha­nień­ka? Mamy ka­to­lic­kie­go na­stęp­cę tronu. An­glia znów bę­dzie ka­to­lic­ka!

Dla Mary An­glia mo­gła­by stać się nawet mu­zuł­mań­ska, ale – oczy­wi­ście – nie po­wie­dzia­ła tego na głos.

– To cu­dow­nie, cio­ciu.

– Ta pro­te­stanc­ka wesz, Maria, bę­dzie miała się z pysz­na. Na pewno nie spo­dzie­wa­ła się pra­wo­wi­te­go dzie­dzi­ca. Wy­rod­na córka króla. Spło­dze­nie dziec­ka w jego wieku, i to syna, to jawny znak łaski bożej – pe­ro­ro­wa­ła pod­eks­cy­to­wa­na wdowa. – Zo­ba­czysz, Mary, teraz wszyst­ko się ułoży.

– Mam taką na­dzie­ję – od­po­wie­dzia­ła, choć jej na­dzie­je nie do­ty­czy­ły spraw ka­to­li­ków, ale o tym po­czci­wa cio­tecz­ka nie mogła wie­dzieć.

Obca bo­gin­ka roz­ta­cza­ła wokół sie­bie aurę cie­pła, spo­ko­ju, za­ufa­nia. Czy sza­tan byłby do tego zdol­ny? Mary w my­ślach wciąż ob­ra­ca­ła słowa, które tamta wy­po­wie­dzia­ła do niej w nocy.

Jesz­cze je­stem zbyt słaba, ale dzię­ki tobie na­bie­ram sił. Nie usta­waj, a ob­ja­wię się w pełni. I wtedy będę mogła pomóc.

Wie­dzia­ła, co musi zro­bić.

 

JE­SIEŃ

 

Je­stem ci winna wdzięcz­ność.

Tym razem Mary z fa­scy­na­cją wpa­try­wa­ła się w ko­bie­tę. Tej nocy wy­da­wa­ła się re­al­niej­sza, nie utka­na ze świa­tła, ale zbu­do­wa­na z krwi i kości. Rów­nież lew, na któ­re­go grzbie­cie sie­dzia­ła, wy­glą­dał jak żywy. Pięć par rąk po­ru­sza­ło się de­li­kat­nie ni­czym skrzy­dła mo­ty­la.

– Kim… kim je­steś? – od­wa­ży­ła się za­py­tać.

Uśmiech ta­jem­ni­czej ko­bie­ty nawet nie drgnął.

Je­stem Durga. Je­stem jak nie­zdo­by­ta twier­dza, jak ostry miecz, jak tar­cza nie do prze­bi­cia. Dbam o to, by mogło ro­dzić się nowe życie. Strze­gę po­rząd­ku we wszyst­kim, co ist­nie­je.

– Czy… – Mary za­wa­ha­ła się. – Czy je­steś dia­błem, czy anio­łem?

Ciem­ne oczy Durgi wpa­try­wa­ły się w nią ze spo­ko­jem nie­zmą­co­nej wody, przej­rzy­ste i pełne mą­dro­ści.

Sama poznasz od­po­wiedź. – Dzie­sięć dłoni fa­lo­wa­ło le­ni­wie, dzie­sięć broni po­ły­ski­wa­ło w ja­snym świe­tle. – Już wkrót­ce.

Mary czuła, że do­ty­ka cze­goś nie­zna­ne­go, być może nie­bez­piecz­ne­go. Oraz ku­szą­ce­go. Już nie obchodziło jej, że od­wra­ca się od Boga.

To Bóg pierw­szy od­wró­cił się od niej.

– Po­znam…?

Tak. Je­stem już dość silna, aby ci po­ka­zać.

Lew nagle ru­szył z miej­sca; po­wo­li szedł ku Mary, która wal­czy­ła w duchu z chę­cią uciecz­ki. Czuła jed­nak, że nie ma czego się oba­wiać. Zwie­rzę po chwi­li za­trzy­ma­ło się.

Ręce wy­cią­gnę­ły się ku jej głowie. Pa­trzy­ła na to jak za­hip­no­ty­zo­wa­na.

Zro­zu­miesz, gdy zo­ba­czysz.

 

*

 

Mary zo­ba­czy­ła.

Szła uli­ca­mi Lon­dy­nu… nie, je­cha­ła na grzbie­cie lwa, nie­wi­docz­na dla oczu prze­chod­niów, wy­ra­sta­jąc ponad nimi ni­czym kwiat nad źdźbła­mi trawy. Mi­ja­ła bu­dyn­ki – ce­gla­ne, z ka­mie­nia, tak inne od drew­nia­nych domów, jakie za­pa­mię­ta­ła z dzie­ciń­stwa.

Wi­dzia­ła coś jesz­cze. Po­mię­dzy za­bu­do­wa­nia­mi plą­sa­ły isto­ty, na pozór po­dob­ne do ludzi, choć tylko z syl­wet­ki. Ich głowy były gło­wa­mi zwie­rząt, ale oczy nie były ani ludz­kie, ani zwie­rzę­ce; bły­ska­ły zło­ścią, dzi­ko­ścią, po­gar­dą i gło­dem. W tych śle­piach czaił się rozum, ale był to rozum wrogi, zły, zło­śli­wy.

Do­pie­ro po dłuż­szej chwi­li zro­zu­mia­ła, że te stwo­ry bie­ga­ły w pa­ni­ce. Łby – szczu­rze, kro­wie, świń­skie, ba­ra­nie, i jesz­cze inne, któ­rych Mary nie po­tra­fi­ła roz­po­znać – okrę­ca­ły się w jej stro­nę, śle­pia roz­sze­rza­ły się ze stra­chu.

Unio­sła wszyst­kie ręce, w każ­dej dzier­żąc broń. Ogar­niał ją spo­kój, cał­ko­wi­ty, nie­wzru­szo­ny, w umy­śle miała ja­sność. Na­pię­ła łuk i po chwi­li strza­ła prze­bi­ła pierś pierw­szej z istot. Lew ze­rwał się do biegu, pę­dził ulicą, po­mię­dzy nie do­strze­ga­ją­cy­mi ni­cze­go ludź­mi; su­sa­mi po­ko­ny­wał całe jardy, a mimo to cie­pły grzbiet je­dy­nie ko­ły­sał się de­li­kat­nie. Kły trój­zę­bu za­to­pi­ły się w karku stwo­ra o ba­ra­niej gło­wie. Miecz roz­rą­bał w pół ciało ko­lej­ne­go, ma­czu­ga zmiaż­dży­ła głowę po­two­ra obok.

Ude­rza­ła bez wa­ha­nia. Ro­bi­ła to z ła­god­nym uśmie­chem na twa­rzy. Nigdy dotąd nie czuła tak prze­moż­ne­go spo­ko­ju, jakby za­nu­rzy­ła się w głę­bię nie­ru­cho­me­go, mil­czą­ce­go oce­anu. Pew­ność pło­nę­ła w niej ja­snym ogniem, słusz­ność kie­ro­wa­ła jej rę­ka­mi.

Teraz ro­zu­miesz.

Nie wiem, po­my­śla­ła. Co mia­łam zro­zu­mieć?

W waszym świe­cie pa­no­szą się de­mo­ny, które są wam obce. Za­bra­li­ście je z in­ne­go świa­ta, spro­wa­dzi­li­ście tutaj na wa­szych stat­kach.

Ra­zi­ła bły­ska­wi­cą de­mo­na, który pró­bo­wał na nią sko­czyć. Ci­snę­ła włócz­nią, prze­bi­ja­jąc na wylot świń­ski łeb dru­gie­go stwo­ra. W po­zo­sta­łych czte­rech dło­niach trzy­ma­ła kon­chę, błysz­czą­cy wła­snym świa­tłem dysk, węża i kwiat lotosu. Mary nie ro­zu­mia­ła ich zna­cze­nia, ale czuła, że były nie mniej ważne.

Patrz.

Mijając so­lid­ne ścia­ny bu­dyn­ków, wi­dzia­ła jed­no­cze­śnie pust­kę, ranę po ogniu, wy­tra­wio­ną pło­mie­nia­mi bli­znę. Lon­dyn, jaki znała, i Lon­dyn, jaki pa­mię­ta­ła, gdy do­gasł Wiel­ki Pożar, na­cho­dzi­ły się jak dwie so­czew­ki, uka­zu­jąc zu­peł­nie nowy obraz.

Czemu pożar?, za­sta­no­wi­ła się. Czemu spa­lo­ne mia­sto?

Wszyst­ko ma swoje miej­sce w ist­nie­niu. Wszyst­ko pod­le­ga naj­wyż­sze­mu po­rząd­ko­wi.

Lon­dyn zmie­nił się. Ni­czym koł­dra okry­ła go ciem­ność nocy, jak gwiaz­dy roz­bły­sły świa­tła ognisk. Po­wró­ci­ły zna­jo­me ob­ra­zy, o któ­rych tak sta­ra­ła się za­po­mnieć. Zo­ba­czy­ła wóz, ludzi wcią­ga­ją­cych na niego bez­wład­ne ciała. Umie­ra­ją­ce ko­bie­ty i męż­czyzn na uli­cach, na­kre­ślo­ne na drzwiach czer­wo­ne krzy­że, zna­czą­ce domy za­ra­żo­nych.

Plaga miała swoje miej­sce w po­rząd­ku świa­ta. Ogień przy­niósł jej ko­niec. Nisz­czył, ale to znisz­cze­nie stwo­rzy­ło prze­strzeń dla no­we­go życia.

Wizja zga­sła i Mary znów zo­ba­czy­ła zna­jo­me ulice i za­uł­ki, mu­ro­wa­ne bu­dyn­ki, bo­ga­te domy Covet Gar­den. Wi­dzia­ła bie­ga­ją­ce, ro­ze­śmia­ne dzie­ci, nie pa­mię­ta­ją­ce ani wiel­kiej za­ra­zy, ani wiel­kie­go po­ża­ru, ży­ją­ce w nowym świe­cie wy­ro­słym na gru­zach po­przed­nie­go.

Głos bo­gi­ni od­po­wie­dział na py­ta­nie, któ­re­go nie zdą­ży­ła zadać.

Bronię cie­mię­żo­nych, wal­czę z ty­ra­na­mi. Co noc do­da­wa­łaś mi mocy, ale potrze­bu­ję jesz­cze wię­cej sił, aby go po­wstrzy­mać. Pomóż mi, a odegnam demony, które cię dręczą.

Kogo?, za­py­ta­ła Mary. Kogo powstrzymać?

Wasze­go króla, od­par­ła Durga. Zbyt wielka władza zawsze jest przyczyną nierównowagi. Budzi demony, burzy porządek.

Ciemne oczy patrzyły ze spokojem wieczności.

Ład musi zostać przywrócony.

 

ZIMA

 

Nad­szedł po­czą­tek grud­nia, a Wil­liam wciąż się nie zja­wił.

Jesz­cze kilka mie­się­cy temu Mary ob­gry­za­ła­by pa­znok­cie z nie­po­ko­ju, cho­dzi­ła­by ner­wo­wo po sa­lo­nie, wal­czy­ła­by z nud­no­ścia­mi żo­łąd­ka, słu­cha­jąc wy­lew­nych ko­men­ta­rzy cio­tecz­ki Mary o tym, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa mogły spo­tkać jej syna. Za dnia nie opusz­cza­ła­by ka­pli­cy, no­ca­mi nie mo­gła­by zmru­żyć oka.

A jed­nak, po raz pierw­szy od dawna, czuła spo­kój.

Za­wsze wy­da­wa­ło jej się, że kiedy ona tkwi w szpo­nach tro­ski, to oglądane co dnia miasto jest – jakby na przekór – ra­do­sne i nie­po­mne wszel­kich zmar­twień. Tym razem od­bi­cia za­mie­ni­ły się miej­sca­mi. To Lon­dyn stał się na­pię­ty jak zbyt mocno na­cią­gnię­ta stru­na, czuj­ny jak pło­chli­we zwie­rzę, nie­spo­koj­ny jak woda mą­co­na kro­pla­mi desz­czu. Wy­czu­wa­ło się to w po­wie­trzu, w twa­rzach miesz­kań­ców.

Opa­tu­le­ni płasz­cza­mi męż­czyź­ni, z twa­rza­mi skry­wa­ny­mi pod ron­da­mi wy­so­kich ka­pe­lu­szy, gro­ma­dzi­li się na ro­gach ulic i roz­ma­wia­li przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi. Ko­bie­ty w spód­ni­cach i cie­płych okry­ciach prze­my­ka­ły po chod­ni­kach jakby ukrad­kiem. Nawet cio­tecz­ka Ann była mniej roz­mow­na niż zwy­kle… i nie tak skora do wy­gła­sza­nia opi­nii o pro­te­stan­tach.

Wil­helm, ksią­żę Ora­nii i mąż Marii, córki króla i wcze­śniej­szej na­stęp­czy­ni tronu, pro­te­stant jak jego mał­żon­ka – mie­siąc temu wraz ze swym woj­skiem wy­lą­do­wał u wy­brze­ży An­glii.

Durga po­wie­dzia­ła jej, co musi zo­stać zro­bio­ne.

Szczu­ry na­le­ży od­pę­dzić ogniem, aby unik­nąć za­ra­zy.

 

*

 

Po­tęż­ne łapy lwa w rów­nym tem­pie opa­da­ły na bruk. Jako Durga prze­mie­rza­ła mia­sto na lwim grzbie­cie, a de­mo­ny ucie­ka­ły przed nią w po­pło­chu. Po­kracz­ne po­sta­ci o zwie­rzę­cych gło­wach tło­czy­ły się na uli­cach i roz­py­cha­ły zdzi­wio­nych Lon­dyń­czy­ków, śle­pych na praw­dę, są­dzą­cych, że nagle za­czę­li po­ty­kać się o wła­sne nogi.

Trzy­ma­ła wy­so­ko w jed­nej z rąk złoty dysk pa­ła­ją­cy świa­tłem; blask raził spa­ni­ko­wa­ne de­mo­ny i po­ma­gał za­ga­niać je do­kład­nie tam, gdzie tego chcia­ła. Gdy zbi­ja­ły się w więk­szą grupę i usi­ło­wa­ły na nią sko­czyć, wzno­si­ła kon­chę, a wy­do­by­wa­ją­cy się z musz­li głę­bo­ki, wi­bru­ją­cy dźwięk spra­wiał, że po­two­ry z wrza­skiem roz­pły­wa­ły się ni­czym dym. Owinięty wokół dłoni wąż co i rusz pluł jadem i kąsał.

Pę­dzi­ła tak aż na skraj mia­sta. Lew za­trzy­mał się bli­sko ostat­nich za­bu­do­wań, a de­mo­ny po­gna­ły dalej. Czuła… nie; ona wie­dzia­ła, że będą tak biec jesz­cze długo. Na za­chód, aż dotrą do wsi Re­ading. Tam, gdzie sta­cjo­no­wa­li ka­to­lic­cy żoł­nie­rze króla, ba­stion obro­ny przed woj­ska­mi Wil­hel­ma.

Po­zo­sta­ła tylko jedna rzecz do zro­bie­nia.

Wzniosła ostatnią z dziesięciu broni.

De­li­kat­ne płat­ki lo­to­su roz­chy­li­ły się. Nad ser­cem kwia­tu tań­czył ognik bia­łe­go świa­tła. Fala ja­sno­ści po­wo­li i w ciszy, ni­czym le­ją­cy się miód, po­pły­nę­ła w ślad za ucie­ka­ją­cy­mi de­mo­na­mi. Gdy do­go­ni­ła ostat­nie sze­re­gi, ich po­sta­ci stały się wy­raź­niej­sze, bar­dziej rze­czy­wi­ste, ostre. Wi­dzial­ne dla śmier­tel­nych oczu.

Uśmie­cha­ła się, ob­ser­wu­jąc to. W duchu nawet tro­chę ża­ło­wa­ła, że nie zo­ba­czy re­ak­cji żoł­nie­rzy na pę­dzą­cą zgra­ję de­mo­nów.

 

*

 

W całym Lon­dy­nie aż wrza­ło. Z ust do ust po­wta­rza­no sobie plot­ki o uciecz­ce króla z mia­sta, o set­kach żoł­nie­rzy, któ­rzy zde­zer­te­ro­wa­li pod Re­ading, o dia­błach, które po­go­ni­ły ka­to­li­ków aż do sa­mych wrót pie­kła. Tron an­giel­ski stał pusty, ale już wi­dzia­no na nim Wil­hel­ma Orań­skie­go.

Mary nigdy wię­cej nie zo­ba­czy­ła Durgi. Gdy ock­nę­ła się nad ran­kiem na pod­ło­dze po­ko­ju, świe­ca była dawno wy­pa­lo­na, a fi­gur­ka znik­nę­ła. Za­miast niej na sto­li­ku leżał czer­wo­ny kwiat, który Mary uzna­ła za dowód, że nie osza­la­ła.

Zresz­tą, nawet gdyby rze­czy­wi­ście stra­ci­ła zmy­sły, by­ło­by jej wszyst­ko jedno. Wy­peł­niał ją spo­kój, a strach stał się je­dy­nie wspo­mnie­niem. Czuła się po­bło­go­sła­wio­na i, tak jak za­po­wie­dzia­ła jej ko­bie­ta o dzie­się­ciu rę­kach, znała już od­po­wiedź na py­ta­nie, które kie­dyś za­da­ła.

Wie­dzia­ła, że już nie bę­dzie za­przą­tać sobie myśli ani anio­ła­mi, ani dia­bła­mi.

 

*

 

Wil­got­ne płat­ki śnie­gu ocię­ża­le wirowały w po­wie­trzu. Mary w ciszy stała nad gro­bem. Nie mo­dli­ła się, choć przy­pad­ko­wy ob­ser­wa­tor mógł­by tak po­my­śleć. Pewne po­zo­ry mu­sia­ła za­cho­wy­wać, nawet jeśli nie czuła żad­nej po­trze­by mo­dli­twy – ani też nie wi­dzia­ła w niej celu.

Bied­na cio­tecz­ka Ann. Cięż­ko zno­si­ła ostat­nie mie­sią­ce, a świa­do­mość, że wszyst­kie jej na­dzie­je na ka­to­lic­ką An­glię ru­nę­ły, od­ci­snę­ły osta­tecz­ne pięt­no. Przed spo­tka­niem z Durgą Mary uzna­ła­by, że to kara za grzech bluź­nier­stwa, któ­re­go do­pusz­cza­ła się no­ca­mi. Teraz…

Teraz nic nie mą­ci­ło jej spo­ko­ju.

Śnieg osia­dał na płat­kach czer­wo­ne­go kwia­tu zło­żo­ne­go przed na­grob­kiem.

 

*

 

Wró­ci­ła do domu.

Przy drzwiach na­tknę­ła się na męż­czy­znę w czar­nym płasz­czu. Na jej widok zdjął ka­pe­lusz; jego przy­stoj­na twarz tchnę­ła smut­kiem. Mary za­trzy­ma­ła się, świa­do­ma, że jesz­cze rok temu serce za­mar­ło­by jej w pier­si.

– Wil­liam…

Do oczu na­pły­nę­ły łzy, ale w sercu był spo­kój.

Już się nie bała.

Koniec

Komentarze

Interesujący sposób sprowadzenia bogini do Londynu. Czego to matka nie zrobi…

Chyba brakuje mi wiedzy, żeby w pełni docenić tekst.

Ciekawi mnie, czy Durga strzelała z łuku jedną ręką. ;-)

Końcówka wydaje mi się… jakaś płaska. W końcu wrócił, a ona nic? A może to taka cena za pomoc?

Babska logika rządzi!

Silva, nie jestem fanką mitologii i raczej nie czytam konkursowych opowiadań, ale muszę przyznać, że początek zaciekawił mnie na tyle, że przeczytałam Twój tekst do końca. Matka niepokojąca się o syna. Byłam ciekawa jak daleko się posunie, by zapewnić mu ochronę. Bardzo wymowne zakończenie: cioteczka Ann, zagorzała katoliczka umiera, tak jak katolicka Anglia. Pozdrawiam i powodzenia w konkursie

Rzadko się zdarza, że wszystko tak ze sobą gra w tych mitologiczno-czasoprzestrzennych kombinacjachsmiley Pomysł na historię wygrywa prostotą, bo zmartwienie losem ukochanej osoby i układy z siłami wyższymi dla jej dobra to popularny motyw. Tutaj jednak robotę robią sugestywne, soczyste opisy i umiejętne oddanie tła historycznego epoki. W końcówce rzeczywiście mało emocjonalnie, ale to taka mieszanka angielskiej rezerwy i oszczędnej choć obrazowej stylizacji. Słowem – pasuje.

Podobało się, więc także klik.

Dzień doberek. 

Ze spraw stylistycznych rzuciło mi się tylko zbyt częste używanie “się”. 

Gdy zbijały się w większą grupę i usiłowały na nią skoczyć, wznosiła konchę, a wydobywający się z muszli głęboki, wibrujący dźwięk sprawiał, że potwory z wrzaskiem rozpływały się niczym dym.

→ Zdanie rekordowe – wiem, długie to zdanie, więc dlatego. Były jeszcze inne siękozy, ale mi się zgubiły ;D

Poza tym cacy. 

 

Tak jak uprzedziłaś w opisie, nie musiałem nic na temat mitologii wiedzieć, abym tekst przyswoił – dobrze, dobrze. 

 Ogólnie mam taki problem z tym konkursem, bo to nie moja bajka, ale otwieram się na nowe horyzonty ;D Właśnie przyłapałem się na tym, że pod chyba każdym konkursem narzekam z tego powodu ;p

No i podpiszę się pod oidrin więc nie będę się powtarzał (i trochę mnie czas nagli) – ale co do tych opisów to widząc w opisie Londyn, przygotowywałem się na większą ich ilość, ale na całe szczęście ich nie było. Raczej wydały mi się wymiarkowane. A no i mogłaś trochę końcówkę faktycznie przedłużyć, bo czułem się jakbym oglądał końcową scenę filmu i nagle urwało mi neta :D 

Podsumowując – dla mnie udane opowiadanie. Na klika jak najbardziej. 

Pozdrowionka! 

 

 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Finklo, dzięki za komentarz i kliczka! W zamierzeniu tekst pisałam tak, aby nie trzeba było większej wiedzy na temat tego konkretnego okresu historycznego i miejsca ani na temat mitologii, ale cóż, może gdzieś powinęła mi się noga ;)

Ciekawi mnie, czy Durga strzelała z łuku jedną ręką. ;-)

Przywileje bycia bogiem… ;)

 

Olciatka, to super, że tekstowi udało się zainteresować! No i dzięki :)

 

No i Wam, oidrin i NearDeath, też oczywiście dziękuję. A także śniącej za kliczka. :)

To nie jest tak, że czegoś nie rozumiem. Tylko mam poczucie, że gdybym wiedziała więcej, widziałabym w tekście więcej.

Babska logika rządzi!

Ach, w takim sensie. No to uff, bo nawet lepiej dla tekstu, tak myślę.

Klimat bomba jak dla mnie! Wizja Durgi ze wszystkimi atrybutami panoszącej się na lwie po Londynie XVII w. zdecydowanie zadziałała na wyobraźnie. Jeszcze ta wojna religijna w tle – super!

Jak tylko zobaczyłam pierwszą scenę, to wiedziałam, że muszę sobie odpowiedni soundtrack pod opowiadanie zapodać :D Nie wiem czy piszesz/tworzysz do muzyki, ale mnie to od razu zagrało w głowie, polecam! 

 

I teraz Silva, ratuj :D Bo mnie zżera ta końcówka: 

 

Finkla mówi: “Końcówka wydaje mi się… jakaś płaska. W końcu wrócił, a ona nic? A może to taka cena za pomoc?” – a ja na to… to on wrócił?! Bo ja zrozumiałam, że to nie syn, tylko posłaniec z wieściami, ten którego tak się Mary bała we fragmencie LATO (Gdy wychodziła na ulicę, serce niemal jej stawało, bo spodziewała się zastać pod domem posłańca z koszmarnymi wieściami).

 

Wrócił czy nie, wrócił czy nie?! 

 

A, że to posłaniec, nie syn. To by miało sens.

Babska logika rządzi!

Znaczy… właśnie ja tak to zrozumiałam, tylko Twój komentarz zasiał mi ziarno niepewności. A, że Silva później nie wyplewiła tego w komentarzu to tak dumam i dumam. 

Finkla, ja też myślałam, że to syn wrócił, ale przeczytałam jeszcze raz i chyba Koimeoda ma rację…

Ech, te niedopowiedzenia. Widzi faceta, mówi: “William” – myślałam, że to on…

Babska logika rządzi!

Ja nie wnikam w relacje matki i syna, wiem że bywa różnie :D ale zakładam, że jeśli jego przystojna twarz tchnęła smutkiem, to, że to jest posłaniec, a nie syn który (chyba?) cieszyłby się z powrotu (notabene Mary zdążyła zauważyć, że przystojny posłaniec ;)) 

Silva, werdykt proszę! :D 

Można mieć różne powody do smutku – patrz cioteczka.

Babska logika rządzi!

Jasne. Dlatego po Twojej sugestii prześledziłam jeszcze raz i doszłam do wniosku, że każda opcja jest możliwa więc czekam na wyjaśnienie jedynej osoby, która widziała, co się tam wydarzyło. Chyba, że się nie dowiemy bo tak ma być, ale ja chcę wiedzieć :D

Już jestem, już!

No więc czekałam na taki komentarz jak Twój, Koimeodo :D Zakończenie napisałam celowo w ten sposób. Zakładałam, że jego niejednoznaczność nie zostanie zauważona, ale pojawią się dwie odmienne, jednoznaczne interpretacje – i widzę, że właśnie tak się stało, co mnie cieszy. Dlatego też nie poruszyłam tej kwestii w odpowiedzi na komentarz Finkli, czekając, czy pojawi się ta druga interpretacja. A skoro się pojawiła, to już się mogę przyznać. Krótko mówiąc: zakończenie jest takie, jakie każdy sobie wyczytał. ;)

Jak tylko zobaczyłam pierwszą scenę, to wiedziałam, że muszę sobie odpowiedni soundtrack pod opowiadanie zapodać :D Nie wiem czy piszesz/tworzysz do muzyki, ale mnie to od razu zagrało w głowie, polecam! 

Tak, częściej niż rzadziej zdarza mi się szukanie odpowiedniego utworu do pisania, i muszę przyznać, że bardzo podoba mi się zapodany przez Ciebie utwór. Kurczę, pasuje :D

Dzięki za komentarz, Koimeodo :) Fajnie, że wywiązała się mała dyskusja.

Oooo, taka celowa dwuznaczność to już wyższa szkoła jazdy.

Babska logika rządzi!

Piękne to wszystkoheart (i szkarłatowe serce za to! ;D))

Jak Ci siadł kawałek, to w takim razie tę scenę polecam, bo poleciała mi w dalszej części Twojego opowiadania, tylko nie chciałam za bardzo przybollywoodzić Ci klimatu. 

Ode mnie ostatni kliczek. Bo ja też jestem zadowolona z lektury :) Fajny pomysł na połączenie postaci mitologicznej z lokalizacją i wymogami czasowymi. Tak ja napisałaś, moje braki w mitologii w ogóle nie przeszkodziły mi cieszyć się opowiadaniem.

Bez bicia przyznaję, że też najpierw zrozumiałam, że wraca syn, ale… Dobrze sobie to wszystko wykombinowałaś. Misię :)

Dziękuję bardzo, katiu! Cieszy mnie, że przypadło do gustu. Finklo, tym bardziej cieszę się, że efekt wyszedł :) Koimeodo – nie do końca moje klimaty, ale ostatnie ujęcie mega :D

Nastrojowe opowiadanie z wiarygodnie przedstawionym poświęceniem matki dla dobra syna. Końcówkę odczytałam jako jego powrót. Podobało mi się połączenie Durgi z Londynem i wątek wiedźmy. Duży plus za to, że można zrozumieć opowiadanie bez znajomoci mitologii.

Myślę, że w opowiadaniu mogło pojawić się więcej szczegółów związanych z codziennością tamtej epoki, zabrakło mi trochę akcentów typowo brytyjskich, chociaż salonik cioteczki był.

Kompletnie nie odczytałem dwuznaczności w zakończeniu. Uznałem, że “poeta miał na myśli” dokładnie to, co pomyślałem ja, czytając końcówkę, czyli fakt, że syn zginął/zaginął i ktoś ze smutną miną musi przekazać tę wieść matce.

Moim zdaniem inne, czytaj szczęśliwe, zakończenie, kompletnie zepsułoby klimat, który budowany był przez całe opowiadanie, a tak utrzymana została atmosfera, przypominająca mi nieco narrację w książkach Maurice’a Druona.

 

Takie dwa zaprzeczone imiesłowy mnie trapią:

pomiędzy nie dostrzegającymi niczego ludźmi

nie pamiętające ani wielkiej zarazy

Raczej napisałbym to łącznie.

ANDO, Daliborze, dziękuję :) No i mamy kolejną interpretację na korzyść mniej optymistycznego zakończenia, jestem bardzo z tego rada :D

Takie dwa zaprzeczone imiesłowy mnie trapią:

Ano, mam z tym zawsze problem. Muszę się zastanowić nad tymi przykładami. Dzięki!

Ale nie modliła się. A przynajmniej nie w sposób, jaki przystawałby dobrej katoliczce. Ten prosty, wyuczony gest wydawał jej się odpowiedni, nawet jeśli pozbawiła go pierwotnego znaczenia.

Pierwotnym znaczeniem modlitwa prośba skierowana do wyższych istot, więc to trochę zgrzyta.

Swąd topionego wosku.

swąd to zapach spalenizny, nie topnienia

 

Czy grzechem było to, że chciała chronić Williama, choćby i za wszelką cenę?

wtedy

 

Była gotowa na wszystko, by zapewnić Williamowi bezpieczeństwo.

wybrzmi mocniej

 

Ciotka często lubiła wspominać o samozwańczym królu, który ledwie trzy lata wcześniej pożegnał się z głową w londyńskiej Tower. Tego samego roku, w którym w Exeter powieszono wiedźmę. Mary nie pamiętała już nazwiska, ale pamiętała, jakie wrażenie to na niej wywarło.

Jeżeli ktokolwiek dowie się, co robiła nocami, ją też powieszą.

hm… to jest takie odklejone – bo co, że samozwaniec? wiedźma ma więcej potencjału, ale jest nie wykorzystany.

 

kubku

filiżance, cioteczka nie dałaby jej herbaty w kubku

 

Mimowolne bluźnierstwo na tyle ją przeraziło,

Mimowolne to mogło być, jak pierwszy raz o tym pomyślała, tam jest herezja pełną gębą xD

 

– Proszę cię, strzeż…

Urwała.

nie w jednej linijce?

Czemu pożar?, zastanowiła się. Czemu spalone miasto?

nie brak kursywy?

 

Wilhelm, książę Oranii i mąż Marii Stuart, wcześniejszej następczyni tronu, protestant jak jego małżonka – miesiąc temu wraz ze swym wojskiem wylądował u wybrzeży Anglii.

eeee, nie.

Maria Stuart była katoliczką. Zagorzałą. 

I martwą od jakiś stu lat.

Wilhelm of Orange był synem Marii, ale protestantki, córki Karola I (katolika) 

 

w komciach mi migło, że syn żyje?

myślałam, że trup…

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Maria Stuart była katoliczką. Zagorzałą. 

I martwą od jakiś stu lat.

Wilhelm of Orange był synem Marii, ale protestantki, córki Karola I (katolika) 

Ups, chodziło o Marię, córkę Jakuba II. Już poprawiam.

Dzięki za łapankę :)

 

w komciach mi migło, że syn żyje?

myślałam, że trup…

Bo to równie poprawna interpretacja. ;)

Ciekawe, czy to, którą interpretację człowiek wybiera, nadaje się do testu psychologicznego. W sensie, czy mówi coś o psychice czytelnika.

Babska logika rządzi!

Finkla, na pewno:-) tylko nie wiem co:-) pozdrawiam

Też się nad tym zastanawiałam. Ciekawy eksperyment w każdym razie :)

Ładne:) Dobry pomysł z podziałem na pory roku. Początkowo myślałam, że Durga jest boginią wojny, albo złą wojowniczką (z racji niezłego arsenału). Ciekawie również wykorzystałaś historyczną stronę konfliktu katolików z protestantami.

Dla mnie syn wrócił :) 

Hej, Monique.M! A tak właśnie przeczuwałam, widząc komentarz od Ciebie, że wyczytasz właśnie takie zakończenie. Dzięki za wizytę :)

Widać moje matczyne serce woli pozytywne zakończenia :)

Ale nie modliła się. A przynajmniej nie w sposób, jaki przystawałby dobrej katoliczce. Ten prosty, wyuczony gest wydawał jej się odpowiedni, nawet jeśli pozbawiła go pierwotnego znaczenia.

Wiem, że główna bohaterka tego nie wie, ale ręce złożone do modlitwy to też anjali mudra. Występuje w ikonografii indyjskiej oraz zaczyna i kończy sesje jogi lub medytacji (też może być w trakcie z innymi mudrami, czyli gestami rąk). Bohaterka jedynie pozbawiła katolickiego znaczenia, ale nie duchowego. 

 

Rozumiem podejście, aby nie trzeba było za dużej wiedzy mitologicznej, aby cieszyć się lekturą. Myślę, że Ci się to udało, chociaż mi niekoniecznie pasuje. Jest to kwestia bardzo subiektywna, bo interesuje się kulturą i duchowością indyjską (a właściwie milionem odmian), więc chciałabym zobaczyć coś więcej. Nie wiem czy to zrobiłaś z rozmysłem, ale w Indiach (nie pamiętam tylko czy chodzi o północ czy południe, albo czy dotyczy obydwu części Subkontynentu) jest zwyczaj, że bogowie wchodzą w ciała przygotowanych do tego tancerzy. Motyw, który wykorzystałaś skojarzył mi się z tym. 

Ciekawe przedstawienie konfliktu katolicko-protestanckiego w Anglii, ale… czemu Durga miałaby ich ratować przed demonami? Wybieram tutaj trochę innego myślenia, ponieważ miałam poczucie, że obrałaś trochę najłatwiejsze rozwiązanie. Tak, wszystko jest zgodne ze światopoglądem bohaterki, a założenie, że Bóg w wersji chrześcijańskiej nie sięga dalej niż Europa wydaje się autentyczne w kontekście opowiadania. Jednak preferowałabym większą zabawę z tym motywem. 

Wiem, że główna bohaterka tego nie wie, ale ręce złożone do modlitwy to też anjali mudra. Występuje w ikonografii indyjskiej oraz zaczyna i kończy sesje jogi lub medytacji (też może być w trakcie z innymi mudrami, czyli gestami rąk). Bohaterka jedynie pozbawiła katolickiego znaczenia, ale nie duchowego. 

Wychodziłam z założenia, że sama Mary nie uznaje tego za modlitwę, bo w jej pojęciu “modlić się” można tylko do Boga; ale może nie jest to najszczęśliwiej ujęte. Zastanowię się, jak zmienić to zdanie.

Nie wiem czy to zrobiłaś z rozmysłem, ale w Indiach (nie pamiętam tylko czy chodzi o północ czy południe, albo czy dotyczy obydwu części Subkontynentu) jest zwyczaj, że bogowie wchodzą w ciała przygotowanych do tego tancerzy. Motyw, który wykorzystałaś skojarzył mi się z tym. 

A to akurat zbieg okoliczności, przyznaję się. Ale bardzo fajna ciekawostka!

Dzięki za lekturę i komentarz, Deirdriu :)

Dobry tekst. Przypadła mi do gustu postać Mary. Sugestywnie przedstawiłaś zachodzącą w niej przemianę, zwrot ku zakazanej duchowości.

Mocnym fragmentem jest scena z rajdem na lwim grzbiecie. Czytałem z prawdziwą przyjemnością.

Cieszy mnie to bardzo, adamie :)

dosiadała szczerzącego kły lwa.

Tygrysa raczej. :)

 

Podobało mi się, chociaż rola Durgi była tu symboliczna. Ciekawy wybrałaś sposób na wprowadzenie jej do Londynu, trochę skojarzył mi się z “Amerykańskimi Bogami” Gaimana – tam też modlitwy nadawały moc lokalnym wersjom bogów. Nie pochwyciłem tego, jaka była odpowiedź na pytanie Mary, a może to celowe niedopowiedzenie, tak czy inaczej wyszło to zgrabnie. Trochę się spodziewałem, że i tak się okaże, że syn nie żyje, więc to mnie nie zaskoczyło, ale ten spokój matki gotowej już na śmierć (?) to zrekompensował. 

Tygrysa raczej. :)

Natknęłam się na dwie wersje i zdecydowałam się na lwa. Może mniej barwny, ale ładniej brzmiący. ;)

A co do odpowiedzi na pytanie, to myślę, że jest dość prosta. Ostatecznie, Durgę nie sposób zakwalifikować ani do jednych, ani do drugich. No ale jeśli wyszło zgrabnie, to wierzę na słowo.

Dzięki za lekturę i komcia :D

Językowo bardzo ładne, czyta się gładko i lekko.

Wątpliwe jednak, aby wdowa żyła z wiana po mężu, bo wiano jest panny, a po mężu jest spadek.

Wzniosła ostatnią z dziesięciu broni

Chyba wzniosła ostatnią z dziesięciu sztuk broni…

 

Bohaterka raczej nie wzbudza sympatii, najbardziej może politowanie. Nie wiem, czy o to chodziło.

Dla czytelnika jej motywy zwrócenia się do pogańskiego bóstwa są niejasne. Rozumiem, że Mary uważa, że jej Bóg nie ochronił Williama w tamtą stronę, bo spotkał piratów, więc w tę stronę przerzuca się na kogo innego zawczasu. Przyznam, że to mnie zupełnie nie przekonuje. Boi się diabłów, wyskakujących z kątów, a ożywionej bogini się nie boi… Zabrakło mi pogłębionej Mary, jej poczucia zdrady i odwrócenia się od katolickiego Boga, irracjonalnej fascynacji boginią etc. co dałoby jej większy ciężar, emocjonalną prawdziwość.

Londyn też gdzieś zniknął niestety :( miałam nadzieję na więcej klimatycznego miasta.

Doceniam natomiast pomysł, walkę bogów i demonów, katolicyzmu z protestantyzmem i niejednoznaczność opowiadania!

Pozdrawiam!

 

 

 

Wątpliwe jednak, aby wdowa żyła z wiana po mężu, bo wiano jest panny, a po mężu jest spadek.

Bardzo dziękuję za tę uwagę! Jest ostatni dzień na możliwe poprawki, więc czym prędzej lecę zmienić. Żałuję, że nie zachowałam sobie źródeł, na których się opierałam, bo – tak mi się zdaje – tę kwestię sobie gdzieś sprawdzałam. Ale wolę zaufać komuś lepiej obeznanemu w temacie.

Bohaterka raczej nie wzbudza sympatii, najbardziej może politowanie. Nie wiem, czy o to chodziło.

W gruncie rzeczy nie jest to typ postaci, który na żywo budziłby sympatię. Przesadnie protekcjonalna i zabobonna matka – cóż mogę powiedzieć, nie dziwię się, że nie przypadła do gustu. ;)

Wielkie dzięki za odwiedziny i komentarz! Opinia mi się przyda, do przemyślenia na przyszłe teksty :)

 

EDIT: A, co do tych broni, jeszcze pomyślę. Wydaje mi się, że zdanie brzmi całkiem w porządku. Chyba, że faktycznie jest to językowy błąd?

broń – sprawdziłam, faktycznie występuje liczba mnoga – bronie – chociaż wtedy zmienia nieco znaczenie.

 

Do bohaterki nie da się pałać sympatią (trudno), ale sam pomysł ścierania się religii i duchów bardzo ciekawy!

Witam jurorkę. Piękne przedstawienie Durgi :)

Bardzo mi się podobało :) Sposób, w jaki przedstawiasz historię, postaci i samą otoczkę (plus przemiana bohaterki, też bardzo ciekawie poprowadzona). Fajny pomysł na sprowadzenie bogini w ten rejon świata i bardzo obrazowe jej przedstawienie (to jak na lwie przemierza miasto w warstwie niewidocznej dla ludzi bardzo, zadziałano mi na wyobraźnie).

Odrobinę tęskniłam za opisem miasta, co jest dziwne, bo zwykle za nimi nie przepadam! Ale oczywiście nie chodzi mi o takie na kilka stron ;) 

Dzięki, kasjo! Fajnie, że było obrazowo, cieszy mnie to :) Choć fakt, Londyn troszkę po macoszemu potraktowałam… ;)

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dzięki, Anet <3

Fajny pomysł, ładnie napisany. Pewnie wszystkich smaczków nie wyłapałam, bo i mitologia z tego akurat rejonu świata jest mi słabo znana, i historia ówczesnej Anglii też nie za bardzo. Mimo tego czytało mi się dobrze. Faktycznie napisałaś to w taki sposób, że brak tej wiedzy nie przeszkadza cieszyć się lekturą. Trochę mi brakowało klimaciku ówczesnego Londynu, czegoś specyficznego, bo wyszło po prostu miasto.

Bohaterka mi się podobała. Wydaje mi się, że chwilach takiego rozchwiania między wyznaniami jakoś tak łatwiej przerzucić się na obce bóstwo. Pomysł przywleczenia do Londynu obcych demonów bardzo ciekawy. Jakoś mi się tak dziwnie kojarzy, ach ta glabalizacja ;)

Jak dla mnie syn nie żyje, gdyby to ona na nią czekał, myślę, że jego reakcja byłaby żywsza, niż tylko uchylenie kapelusza i smutek na twarzy.

Generalnie mi się…

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Bardzo dziękuję, Irko :) Fajnie, że bohaterka się spodobała. Widzę, że większość (do tej pory) interpretacji skłania się ku temu smutniejszemu zakończeniu ;)

Lubię Twój styl. Niespieszny, wyważony. Zdania przemyślane, widać, że Twoje myśli się z nimi przyjaźnią.

Dzięki, Mane. Coś muszę niedługo nowego skrobnąć ;)

Koniecznie… choć ja mam pewne zaległości do nadrobienia. wink

Nowa Fantastyka