- Opowiadanie: All - Tchnienie

Tchnienie

,,Mam wyrywać rzepę, chyba sobie ze mnie żartujesz''

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Tchnienie

O plago wieczna nieskończona, pogromicielu pokoleń. Życie darem zmarnowanym, jak nasienie pierwszego ojca, syn nie podołał. Nadzieje pokładane w tobie, i jeszcze dziewicy drzewa skalonego krwią, ogromne były, bo ona nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Tak oto zaczęła się wędrówka zbłądzonej duszy pragnącej jedynie zaznać jedności z ciałem przez nią życiem tchniętym. Ale po cóż to wszystko tej małej niewinnej i niczego świadomej istocie takie przekonanie, taka potrzeba. Widziała mnóstwo tylko że nigdy ich nie poczuła. Jak to jest żyć lecz nie istnieć, powiedz mi proszę stworzenie ponad mnie. Bo gdzieś w bezkresie podświadomości znajduje się łącznik z nadnaturalnością oraz czymś ponad codzienną normę, dla zwykłego człowieka. Powstałego z prochów, w prochy się nie zmienił, lecz wszystko inne wokół siebie. To, co kiedyś piękne i ekscytujące zostało zastąpione poglądem większości twierdzącym iż przeszłość winna umrzeć, zastąpiona przez przyszłość. Ale kto określa czym oba są, czy tak naprawdę czas można określić, być może słońce nie istnieje a jest to projekcja istot jedynie bawiących się naszą słabością i głupotą. Oh, już wiem, kiedyś zabiłem człowieka! Tato ucieszył się i pogłaskał mnie po głowie gdy przyniosłem mu miękkie jelita, przypominające mu o mamie. Podobno zabić jest trudno, lecz mój rodzic ostatni nie miał z tym problemu gdy przecinał mi tchawice. To było dla naszego dobra, im dłużej wiłem się w zapytaniu i ciekawości coraz bardziej rozumiałem jego decyzję. Dzięki niemu mogłem spotkać nie tylko jego ale także mamę. Tyle smutnych historii codziennie czytam wpatrując się w odbicie Ziemi w szkarłatnym księżycu. Zastanawiam się często jak to jest być człowiekiem. Po cóż on żyje, po co tyle lat brnie ku niczemu by i tak na końcu umrzeć. Smutny jest los takiego stworzenia. Gdy to planety wieki oddalone w czeluściach i otchłaniach zmagają się z przetrwaniem, zabijają siebie nawzajem by kontynuować, walczą o idee. Mi najbardziej szkoda rasy ludzkiej.

 

Otworzyli pewnego dnia wrota grobowca, zakopanego w czarnej ziemi, gdzie to spopielono żywcem miliony istnień. W trumnie leżał szkielet kobiety a przy nim drugi, mniejszy, wtulony za życia w ciepło swojej matki. Gdy to zza ich głów wypełzła istota boska, Czarny, zabrał ich w podróż czasową do przeszłości. Miejsce te samo jednakże bijące zupełnie inną aurą, małe domki zbudowane własnoręcznie, namioty, stragany. Biegająca młodzież, goniąca siebie w niewiadomo jakim celu, z uśmiechem na twarzach. Starsze kobiety dziergające ubrania, zebrane wokół siebie w jednym miejscu. Mężczyźni pracujący przy budowie małego mostu mającego dać im możliwość przekroczenia rzeki o silnym nurcie. Tylko że Diabła tam nie brakowało, a był nim fragment ludzkości, który nigdy nie zostanie wymazany z owej rasy. Następnego dnia wyszli na zewnątrz, spoglądając na, w zasłonięte przez lecący coraz szybciej obiekt w ich stronę, słońce, poczuli toksyczną woń wychodzącą z ich ciał. Trucizna oraz zapach gazu, wszystko zostało wyciszone gdy przed kontaktem pocisku wydobył się pisk, a następnie pozostał jedynie znak ludzkiej słabości. Ogromny grzyb dymu i ognia, gdy ten znak pojawił się na Ziemi, wiedziałem że nastał koniec ery. Czarny zabrał ich do rzeczywistości, jaką tedy postrzegali. Jeden dźgnął drugiego w tył pleców, drugi skręcił trzeciemu kark a czwarty się przyglądał. Gdy to podłoże świątyni wsiąknęło krew, bóstwo swymi czarnymi jak pnącza grubego drzewa mackami, wtargnął w ciała morderców by wstać mogli ci, w których słabi poczuli niebezpieczeństwo. Padli na kolana przed zakreskowanym konturem istoty w mroku, padli widząc i wiedząc że to nie do nich należał świat jaki otrzymali. Bo świat jest czymś więcej niż doświadczenia za życia. Ich historia nie skończyła się na tym.

Po paru dniach po powrocie z ich wycieczki, ciała znaleziono w ich własnych mieszkaniach. Jeden z piórem w ręku umarł na siedząco z przeciętymi żyłami, jednakże wokół niego nie znaleziono żadnych ostrych przedmiotów. Nie było również jakichkolwiek powodów do samobójstwa owego człowieka. Miał rodzinę, dzieci, bardzo dobrą prace. Czyżby to było za mało. Drugi przypadek bardziej makabryczny lecz podobny. W ciele martwego nie było serca jak i również żadnego ostrego narzędzia. Ten przypadek jednak bardziej wyglądał na sprawę osoby trzeciej. Minęły miesiące dochodzenia jednakże niczego nie znaleziono, żadnego dowodu, poszlaki wskazującej na sprawcę. Bo sprawcy nie było, tego zaś nie wiedzieli. Mieszkał sam z rodzicami, kochającymi go ponad życie, pracował i sprawiał wrażenie szczęśliwego. Trzeci przypadek na tyle drastyczny się okazał że ludzi ogarnął strach. Bowiem gdy to żona owego człowieka otworzyła drzwi do pokoju męża, zastała chodzącą na nogach głowę, człowieka darowanego przez nią miłością. Kończyny wlepiły się w głowę, poruszanie nie wychodziło istocie za dobrze, jak zresztą wszystko inne. Niegdyś szanowany przez wszystkich, kochany przez rodzinę, sławny archeolog, zmienił się z dnia na dzień w poczwarę bezmyślną. Żona niemalże nie skręciła karku ze strachu na widok czegoś takiego, zamknęła drzwi i pobiegła zadzwonić po pomoc. Gdy policja dotarła na miejsce, po wejściu do pokoju zastano jedynie, zabawkę córki mężczyzny. Po czym potwierdzono zaginięcie paroletniej dziewczynki. Żona została uznana za chorą psychicznie, odesłaną ją do szpitala psychiatrycznego gdzie to każdego dnia nawiedzał ją obraz potwora, jej męża. Nie trafnie uznano że mąż również postradał zmysły i porwał swoje dziecko, poszukiwania nigdy nie przyniosły żadnych nowych informacji w tej sprawie, a wszystko powoli ucichło, sprawa zniknęła w zapomnieniu.

 

Przez wiele lat byłem świadkiem podobnych lecz jeszcze bardziej zatajonych wydarzeń, takich o których to nawet ludzie trzeci nie wiedzieli. Nastała Czarna Plaga, zbierała swe żniwa nie patrząc na wiek, pozycje czy cokolwiek czyniącego w ludzkiej rasie wyjątkowym. Powstawały kulty czczące ową zgubę, zrzucając spalone od wewnątrz zwłoki do dołu. Rozpacz jednostek nie równał się niczemu co znane dla ludzi było. Wtedy to ze zwłok, rozkładu i zgnilizny narodził się nowy gatunek, przetrwał jedne z najtrudniejszych czasów by kontynuować linie ludzką. Wstał prorok prochu przed pozostałością ugiętą w pokorze. Poprowadził lud przez czerwone pustynie, wulkany i oazy kości. Wiele nie przeżyło prób, słabi zostali w tyle, sczeźli gdzieś w mroku tworząc kolejne linie. Silni sprzeciwili się prorokowi, ten zaś ruchem dłoni skazał ich na wieczne wygnanie w trzymaniu u życia. Ci również byli początkiem kolejnej linii. Tedy to zauważył jak spaczone ludzkie serca w prawdzie były. Nigdy nie mogliby zaznać prawdziwego życia. Zasmucony usiadł na skale stwardniałej przez szczątki poprzednich generacji. Wiatr wraz z żółtym prochem natarczywie dawał o sobie mu znać. Tak o to nie ruszył się do końca swych dni, spoglądając ze wzniesienia, na którym zajmował miejsce na kamieniu. Czas jak piasek z klepsydry mijał, a on jedynie świadkiem wojen, pokoju i progresu mógł być. Udając się w coraz to większy rozpacz, zamknął oczy i wraz z prochem kości dał zabrać się wiatru w nieznane.

Od tamtego momentu nastał marazm, ludzkość stanęła w miejscu, konflikty rozwiązywane były nie by je rozwiązać tylko by z nich skorzystać. Ciągnięte jak najdłużej. Powstała piramida wartości, jeden do drugiego nie był pierwszym bo tak wyszło, tylko dlatego że zasiadał w inszym fotelu, toteż drugi odpowiednio był drugi, gnijąc w rynsztoku, powoli zatracając się w szaleństwo. Parę jednostek potrafiło wyrwać się z tego stanu, niektórzy nawet przyciągnęli moją uwagę. Ich ciekawość sprawiała że ponownie czułem się żywy. Porzucili ich codzienność by udać się w nieznane, by odkryć. By dowiedzieć się. Tyle nie wiedzą a i tyle mogliby się dowiedzieć. Jeden człowiek, zwykły i w piramidzie na prawie samym dole, sprawił że i ja czegoś się dowiedziałem.

Wyruszył sam by odkryć miasto z rubinów, zaciekawiony przez jedną z ksiąg, doświadczony archeolog postanowił znaleźć i w końcu od lat poczuć że żyje. Leciałem za nim jak za czasów proroka, byłem taki ciekaw poczynań mężczyzny. Muszę przyznać że bardzo mądrym człowiekiem jest, zaskoczył mnie wtedy swoją umiejętnością wyciągania wniosków z niczego. Z trudem przecinał gęste pnącza zielonych drzew, topił się z gorąca. Stawił czoła niebezpieczeństwom w postaci innych ras żywych. Smutny jego los gdy nagle zaczął padać na kolana, zza jego pleców powoli wypełzła ogromna tarantula, z jej kłów gołym okiem zauważyć można było zmieszaną krew z zieloną trucizną. Piękna istota, mała i jaka zabójcza, z łatwością poskramia większego od siebie. Odskoczyła jedynie wycofując się w gęstość zieleni. Człowiek nie zauważył ale ciało jego oblegały kleszcze i pijawki. Pomyślałem że to już koniec, kolejny zawód. Wtedy to wstał z uśmiechem na twarzy, a po kilku krokach zapadł się pod ziemie. Zdziwienie, pierwszy raz poczułem od lat wielu. Mężczyzna znalazł się w małej komnacie z trumną leżącą przy ścianie. Powyrywał wszystkie szkodniki ze swego ciała, wiedział o nich cały czas. Ze swej podręcznej torby, klęcząc na jednym kolanie wyciągnął jakiś pojemnik, z którego się napił. Gdybym miał ciało cały byłbym w ciarkach, zauważyłem jak jego stan się poprawił, trucizna jak wyciśnięta wyleciała z jego rany po pająku. Następnie wyjął księgę, miał tam swoje notatki, zdziwiłem się na widok stworzenia o długich nogach złączonych z głową. To on narysował? Pokrótce podszedł do trumny, otworzył ją powoli dając wszystkim glizdom wyjść, oczyścił grób z czarnego śluzu. Włożył palce w oczodoły czaski leżącego w środku szkieletu. Nagle podłoga zaczęła opadać, jak winda zabierając człowieka wraz z robactwem ku dole. Zjeżdżając wyłonił się przed nim piękny budynek, błękitny, oślepiający swym światłem. Glizdy już dawno zeskoczyły na dół. Mężczyzna poczekał aż winda zatrzyma się, by potem stąpać po gęstym, lepiącym się jak ropa, czarnym śluzie. Wyciągnął księgę ponownie, podleciałem do jego ramienia, spoglądając z tak bliska na jego uspokajającą twarz, poczułem czego brakowało mi za życia. Na stronie widniał rysunek człowieka, leżącego na ołtarzu z wyciętym sercem. Nagle ze zdziwieniem spojrzałem na niego, gdy to zatrzymał się na chwile a następnie ręką wtargnął w czarny śluz. Grzebał w nim trochę by po jakimś czasie wyciągnąć prawdziwe obsydianowe, bijące serce. Przyspieszył ponownie uśmiechając się. Jego mały byt stanął przed ogromem budynku. Z bliska mogłem stwierdzić że z czystego diamentu został on zbudowany. Jednak człowiek nie miał przy sobie żadnych narzędzi by go zniszczyć dla korzyści, z taką ilością tego pięknego materiału mógł wskoczyć na sam szczyt piramidy. Ale nie to go interesowało. Przed bramą stał przez jakiś czas, tak jakby, czekając. Wkrótce z zamkniętych wrót, wyłonił się kontur człowieka, był naprawdę szczęśliwy. Machnął jedynie dłonią a droga w głąb budynku przed mężczyzną stała otworem. Ukłonił się przed istotą, widzieliśmy się ale oboje wiedzieliśmy. Podążyłem dalej prowadzony przez byt, który wzbudził we mnie ogień po wiekach krążenia w nicości. W środku, nie było niczego. Gdy przeszedł przez diamentowy korytarz, otworzył drzwi, wszystko co za nim zanikło, a wszystko co przed nim stanowiło jedynie ziemie. W małym, pustym pomieszczeniu, otworzył księgę po raz ostatni. Przeciął sobie żyły u obu dłoni, a jego ciało nie zderzyło się z podłożem gdy wyleciało z niego życia. Zniknął w nim jak duch. Księga otwarta była na rysunku przedstawiającym jego samego oraz nieznaną mi kobietę. Kobietę, której nigdy ani ja, ani żadne inne istnienie wcześniej nie widziało. Nie czułem smutku, byłem po raz pierwszy w istnieniu szczęśliwy. Z ciekawości wróciłem do mieszkania mężczyzny, a moje domyślenia zmieniły się w pewność. Odleciałem powoli wciąż patrząc na piękno malowidła stojącego w pokoju człowieka. Piękna naprawdę istota, wiedziałem już czemu nigdy jej nie widziałem. Bo narodziła się,

 

zupełnie gdzieś indziej.  

Koniec

Komentarze

Niestety, odbiłam się od tekstu. Jest strasznie zamotany. Skaczesz od podmiotu do podmiotu, stosujesz nienaturalny szyk zdań, robisz przy tym dużo błędów interpunkcyjnych, przez co niełatwo się to czyta. Używasz różnych narracji, dodajesz do tego apostrofę na początku, pojawiają się różne rejestry języka. Za dużo tych zabiegów – połączenie ich wszystkich skutkuje słabą czytelnością tekstu na podstawowym poziomie. Językowo – jest dużo błędów; nie zawsze słowa użyte są poprawnie/ zgodnie z przeznaczeniem, czasami błędy gramatyczne. Warto popracować nad warsztatem.

 

Przykłady błędów:

 

drzewa skalonego krwią – skalanego

 

z jej kłów gołym okiem zauważyć można było zmieszaną krew z zieloną trucizną – na jej kłach (…) zauważyć można było…

 

Powyrywał wszystkie szkodniki ze swego ciała, – kleszcze to pasożyty nie szkodniki

 

Dream big.

Hej, nie wiem jak się odpowiada bezpośrednio na komentarz więc tak odpowiem. Zamotany i trudny ma być, nienaturalność zdań i ich skomplikowanie jest czymś co naturalnie weszło we mnie i mi się po prostu podoba. Nie zaprzecze że błędy interpunkcyjne robię, staram się zwracać na nie uwagę z każdym nowym tekstem. 

 

drzewa skalonego krwią – skalanego – Co do tego nie jestem pewien, skalonego krwią czyli raz, skalanego czyli wiele? Tu nie wiem szczerze. 

 

Co do kłów tutaj stała się moja nieprofesjonalność, gdy zacząłem, w myślach miałem: z jej kłów (…) z cieknącą zieloną trucizną. 

 

Jest to taki szczegół ale zwrócę uwagę na narratora – który o czymś takim nie musiał wiedzieć. 

 

Dopowiadając lubię się głowkować czytając coś i czasem siedzieć nad jednym zdaniem parę minut by je zrozumieć, stąd taki mój styl, którego trzymać się będę. 

Dziękuję za twoją wypowiedź!

All

drzewa skalonego krwią – skalanego – Co do tego nie jestem pewien, skalonego krwią czyli raz, skalanego czyli wiele? Tu nie wiem szczerze. 

Nie ma czasownika skaloć. Masz “kalać” – czas. niedokonany, mogący wskazywać na wielokrotność/ trwanie czynności i czasownik “skalać” – aspekt dokonany, wskazujący na jednokrotność czy skończoność czynności.

Skalać:

https://wsjp.pl/index.php?id_hasla=32187&id_znaczenia=4642466&l=23&ind=0

Kalać:

https://wsjp.pl/index.php?id_hasla=32188&id_znaczenia=4643085&l=13&ind=0

 

Dream big.

Ooo dowiedziałem się czegoś, dziękuję :) 

All

All, kiedyś, pod innym Twoim tekstem, zasugerowałem, ze warto dzielić akapity na krótsze. Nadal to podtrzymuję – akapity na 2000 znaków po prostu utrudniają skupienie się na tekście. Jeśli w odpowiednich miejscach wstawisz entery (na pewno nie na oślep, poszukaj odpowiednich punktów), tekst będzie wizualnie czytelniejszy.

 

Hmm, postaram się zaimplementować radę w następne utwory. Dzięki :) 

All

Przykro mi to mówić, ale nie widzę powodu, dla którego miałabym tracić czas i przedzierać się przez tekst napisany w sposób maksymalnie utrudniający lekturę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Masz do tego pełne prawo, nawet do tego żeby o tym powiadomić. Tekst ma być trudny i ciężki. Wiadomo że nie jest on dla każdego :) 

All

Bardzo ciężki tekst i nie mówię tego jako komplement. Rozumiem, że można pisać teksty trudne tematycznie, ten jednak, poza tym, że napisany jest dość topornie, jest też moim zdaniem raczej o niczym, a przynajmniej ja nie widzę tu żadnej fabuły. Stał za tym prawdopodobnie jakiś pomysł – być może pomysł na dzieje całej rasy – ale został przekazany w sposób zbyt zagmatwany i zupełnie niejasny.

 

Dodatkowo, popełniasz sporo błędów. Łapanki nie jestem w stanie zrobić, zbyt ciężko się połapać tu w czymkolwiek, ale chciałabym zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

  1. Interpunkcja. Często brakuje przecinków przed takimi słowami jak “że”, “lecz” i im podobnymi, które nie są żadnymi wyjątkami, a raczej podstawą podstaw. Zwróć na to uwagę, przeczytaj jeszcze raz tekst i spróbuj je pododawać, może to choć trochę ułatwi zrozumienie.
  2. Gubienie podmiotu. To częsty błąd, który tu pojawia się często, co ładnie widać przy zdaniu o archeologach, którzy znajdują zwłoki matki z dzieckiem. Ciężko tam wyczuć, do czego odnoszą się orzeczenia oraz zaimki osobowe.
  3. Ortografia. Rażących błędów mylenia “u” z “ó” nie ma, ale znalazło się kilka przymiotników z “nie” napisanym osobno chociażby.
  4. Ostatni akapit. Wymaga podziału na mniejsze, bezwzględnie. Za duży blok tekstu, utrudnia czytanie.

Z głównych rzeczy to tyle, choć błędów było więcej. Mnie osobiście najbardziej przeszkadza toporność tekstu i jego zbędne, niemalże na pokaz, zagmatwanie.

Zostaw ten żyrandol.

Hej! 

1. Pracuję nad tym oczywiście, radę wykorzystam w następnym utworze.

2. Gubienie podmiotu jeśli jest błędem to celowym, specjalnie wprowadzam czytelnika w zagubienie i niejasność zmieniająć bądź chaotycznie przerzucająć się pomiędzy podmiotami. 

3. Nie chce nigdy zwalać na swoję dyscośtam, przymiotniki z “nie” są dla mnie rzeczywiście problematyczne, zwrócę na to uwagę. 

4. Tu się zgodzę, podczas pisania byłem zbyt wchłonięty w przedstawianie świata by zwrócić uwagę. 

 

Co do fabuły – jest bardzo prosta według mnie jeżeli się zastanowić i przebrnąć przez trudność czytania. Raczej nie porzucę takiego stylu pisania, chcę żeby był trudny, męczący, odpychający oraz zagmatwany. To dlatego że inaczej widzę ową sztukę. Przeczytałem – może nie dużo – książek i zawsze czułem jakbym szedł z Autorem za rączkę, było to proste i nudne dla mnie. Lovecraft zaś może przedstawiał w trochę łatwiejszy sposób, jego opowiadania nie były takie proste do zrozumienia, przynajmniej w moim odczuciu. Poza tym uważam że lepiej przebrnąć przez nieład i chaos by znaleźć samemu dla nas satysfakcjonujący finish niż po prostu iść do ustawionego przez Autora końca. To opowiadanie może mieć tyle sensów, fabuł – ile chcesz i potrafisz.

All

Wiesz, jedno to pisać trudne opowiadania, których trudność ma jakieś uzasadnienie (i takie twory bywają dobre), a zupełnie co innego – gmatwać coś dla samego zagmatwania. Ciężko mi przyjąć to jako sztukę i nie sądzę, abyś znalazł wielu miłośników takiego podejścia.

Zostaw ten żyrandol.

Versu napisała to, co i ja bym napisał. Tekst ciężki w czytaniu – między innymi ze względu na spore akapity, w których się gubiłem. Zagmatwanie nie ułatwia zrozumienia treści. Patrząc na komentarze, widzę, że to zabieg zamierzony. Ja jego amatorem nie jestem, ale może się ktoś znajdzie.

 

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Nowa Fantastyka