- Opowiadanie: Gekikara - Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem

Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem

Jeżeli komuś się wydaje, że już widział to opowiadanie – nie myli się. :)

Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności tekst trafił daleko na dół poczekalni (autor cannot into betalista), więc postanowiłem dać mu drugą szansę na bycie przeczytanym.

 

Chciałbym podziękować jeszcze raz Tarninie za betę, odpurpurowienie tekstu i dobroduszne czepialstwo, dzięki któremu mogłem poprawić masę błędów, których sam bym nie wyłapał.

 

Silva, dzięki za komentarz przy poprzedniej wrzutce, reklamę na krzykpudle i wiadomość z dobrą radą – okazało się, że miałaś rację. ;)

 

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina trzynasta dwadzieścia czasu Johna Smitha

 

– Co pan widzi? – zapytała kobieta, odsłaniając tekturową kartę na szczycie stosu.

Mężczyzna w średnim wieku, niewyróżniający się urodą ani posturą, obrzucił spojrzeniem z grubsza symetryczną plamę atramentu.

– Kleks – odpowiedział tak samo, jak na dwadzieścia poprzednich pytań. 

– Niech pan się przyjrzy – nakłaniała go. – Nie dostrzega pan żadnych fallicznych kształtów? A ten czerwony punkt w centrum? Nie budzi skojarzeń z waginą?

– Nie… To chyba nie jest test Rorschacha…

Kobieta zmarszczyła brwi, wykrzywiła usta i zebrała wszystkie karty z blatu.

– Spróbujmy czegoś prostszego – zaproponowała i wyciągnęła z szuflady gruby zeszyt w twardej, czarnej oprawie. Sięgnęła po ołówek i naniosła na papier pojedynczy szary punkt. – Co to jest? 

Mężczyzna zerknął na kartkę, uniósł brwi i westchnął. To już piąty test. W pomieszczeniu nie było zegara. Podobno działał rozpraszająco podczas badania. 

– Proszę odpowiedzieć. 

– Kropka – odparł lakonicznie. Pokłady cierpliwości wyczerpał w trakcie trzeciego testu, w którym miał dopowiadać zakończenia zdań, gdzieś w okolicach "Najbardziej lubię, kiedy matka…". 

Kobieta odgarnęła za ucho niesforny kosmyk, który opadł jej na twarz, ponownie nachyliła się nad notatnikiem, zawisła nad nim, przez dobrą chwilę zastanawiając się, gdzie tym razem ołówek ma złożyć grafitowy pocałunek. Wreszcie wybrała miejsce – tuż obok poprzedniego.

– A teraz? – zapytała. 

– Dwie kropki. 

Znów wyczekiwanie, skupienie odciskające się na twarzy kobiety pochylonej nad otwartym zeszytem, dłoń krążąca niepewnie nad prostokątem bieli i następna kropka w pobliżu dwóch wcześniejszych. 

– A teraz? 

– Trzy kropki. 

– A teraz?

– Cztery. 

– A teraz? 

– Nie uczyła się pani matematyki?

Odpowiedziała mu cisza. Przez kilka nieznośnie długich chwil kobieta w milczeniu przyglądała się pacjentowi. Pod białym, rozpiętym kitlem miała karminową sukienkę, zdecydowanie zbyt wyzywającą jak na te okoliczności. 

– Proszę mi opowiedzieć – poleciła. 

– Opowiedzieć? O czym?

– O tym, co panu przychodzi do głowy, o czym pan teraz myśli?

– O czym myślę? O czym ja myślę? – Mężczyzna uniósł się na krześle, ale zaraz usiadł z powrotem, założył nogę na nogę, by po chwili znów ją opuścić i pochylić się ku rozmówczyni. – Myślę, co ja tu właściwie robię? Jestem normalny, całkowicie normalny. Dlaczego w ogóle mnie tu skierowano? – Zamaszystym gestem wskazał drzwi. – Kiedy czekałem na swoją kolej, poszedłem do łazienki. I wie pani, co tam zobaczyłem? Facet stał przy zlewie i mieszał w nim odchody. Brązowe, rozpuszczone w wodzie gówno. Rozumie pani, on nasrał do zlewu i babrał się w tym, zadowolony z siebie co najmniej tak, jakby wygrał główną nagrodę na loterii! To był świr! Ja nie mieszam ręką w gównie, nie mam się za wcielenie Napoleona, nie widzę białych myszek biegających po ścianach i zupełnie nie wiem, co tutaj robię i dlaczego mnie przetrzymujecie!

Kiedy skończył, kobieta pokręciła głową i westchnęła. Przygryzając dolną wargę, wpatrywała się w otwarty zeszyt, w białą kartkę z marginesem, która, poza pięcioma szarymi punktami leżącymi w jednej linii, była pusta. Ręce włożyła w kieszenie lekarskiego fartucha i milczała. 

– Proszę mnie stąd wypuścić, nie macie prawa mnie tu więzić. – Mężczyzna już miał wstać, ale wtedy ona ożywiła się nagle, chwyciła zeszyt i jednym ruchem ołówka pociągnęła ze środkowej kropki długą kreskę.

– A teraz? – zapytała.

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina czternasta czasu Johna Smitha

 

– Za chwilę Stanisław pana rozwiąże. – Łysiejący grubas w okularach grubych jak denka szklanek wypowiadał każde słowo w ślimaczym tempie, jakby to był jedyny sposób, by został zrozumiany. – Proszę zachować spokój.

– Jestem spokojny, cały czas jestem spokojny! – Skrępowany kaftanem bezpieczeństwa mężczyzna podniósł głos. Więzy na plecach znów ścisnęły go z siłą, która wypychała powietrze z płuc. – Jestem spokojny – dodał półszeptem.

W jednej chwili, niczym moneta w palcach iluzjonisty, w dłoni grubasa pojawiła się strzykawka wypełniona przezroczystym płynem.

– To hydroksyzyna – oznajmił. – Uspokoi pana…

– Dlaczego? Przecież…! – Sanitariusz wzmocnił uścisk, aż skrępowany pacjent jęknął. – To nie jest potrzebne.

– Wyparcie to typowa reakcja.

Igła strzykawki znajdowała się niepokojąco blisko szyi pacjenta. Odchylił głowę do tyłu, ale więcej nie mógł zdziałać.

– Niech pan zaczeka! Niech pan zaczeka! 

Stanisław znów ścisnął pasy. 

– Co ja takiego zrobiłem?

Grubas wyszczerzył zęby.

– Negocjacje – stwierdził, zdejmując okulary. Przetarł szkła rąbkiem fartucha i znów wsunął je na nos. – Robi pan postępy, to dobrze, bardzo dobrze. – Dłoń lekarza wykonała szybki obrót i strzykawka zniknęła równie niepostrzeżenie, jak się pojawiła.

– Panie… Sternmeyer. – Skrępowany mężczyzna odczytał nazwisko z identyfikatora. Mówił cicho, jednostajnym tonem. – Może mi pan powiedzieć, co się tutaj dzieje? Nic nie zrobiłem, nie złamałem prawa, nikomu nie wyrządziłem krzywdy, nawet nie przeszedłem przez pieprz… – ugryzł się w język i jeszcze bardziej ściszył głos, dyskretnie zerkając przez ramię na sanitariusza – …przez ulicę na czerwonym świetle. Miałem zły, bardzo zły dzień i…

Na niewielkim ruchomym stoliku leżała teczka. Nie zapisano na niej nazwiska, jedynie numer: 107602707657. Ostatnie trzy cyfry były zakreślone i wytłuszczone. Doktor zerknął w akta, przewertował je naprędce, zatrzymując się dopiero na ostatniej stronie.

– Pacjent zamknięty emocjonalnie, aspołeczny, wrogo nastawiony do innych. Niski poziom inteligencji kognitywnej, problemy z myśleniem dywergencyjnym. Pacjent ma zaniżoną samoocenę, czuje się skrępowany przez obowiązujące normy społeczne. Duże pokłady tłumionego gniewu, prawdopodobnie powodowane obsesjami seksualnymi związanymi z matką…

– Co to ma być?! – Wyrywający się na wolność krzyk brutalnie stłumiły więzy, zaciskające się wokół klatki piersiowej.

– …wysokie zagrożenie dla otoczenia w przypadku napotkania czynnika wyzwalającego. Konieczna dalsza obserwacja. – Doktor zamknął akta, wykrzywił usta i cmoknął. – Nie brzmi to dobrze, sam pan przyzna.

Unieruchomiony mężczyzna otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz je zamknął. Potem znów rozwarł wargi z cichym mlaśnięciem, wzrok to uciekał mu na prawo i ku górze, to na lewo i w dół. W końcu pacjent wydusił z siebie:

– To jakieś nieporozumienie. Zostałem zatrzymany wbrew prawu, zmuszony do poddania się absurdalnym testom, a na sam koniec do gabinetu wpadł… – mężczyzna zerknął za ramię i wzdrygnął się – …pan Stanisław i wstrzyknął mi jakąś odurzającą substancję. Odzyskałem przytomność tutaj. Nie stwarzałem zagrożenia dla nikogo, nikt mnie nie pytał o samoocenę i, na litość boską, nie mam żadnych obsesji, tym bardziej związanych z matką. Ktoś się fatalnie pomylił. Proszę to sprawdzić. Jeśli pan mnie teraz wypuści, nie zaskarżę was, daję słowo. Tylko proszę zakończyć tę farsę. Chciałbym już wrócić do swojego mieszkania, odpieczętować butelkę whisky i…

– Alkohol w pańskim stanie jest niewskazany – rzucił doktor lakonicznie, jakby przedmiotem rozmowy był jesienny kaszel.

– Proszę, niech pan sprawdzi, to z pewnością…

Trzasnęły drzwi. Do gabinetu wpadł facet w pasiastym szlafroku i białej piżamie. Obrzucił spojrzeniem grubego doktorka, sanitariusza, który mógłby występować na pokazach kulturystyki, oraz wciśniętego w kaftan bezpieczeństwa pacjenta i wybiegł na korytarz.

– To pacjent numer trzysta siedem. Jest u nas miesiąc, ale w ostatnim czasie zaczął robić duże postępy. 

– Widziałem go w toalecie. Mieszał gówno w umywalce.

– Czyli nawiązał pan już pierwsze relacje, to bardzo ważny krok naprzód! Miałem ocenić, czy jest pan gotowy, by przebywać w dziennej sali, czy wymagana jest izolacja, sam pan rozumie, dlaczego. Szczerze mówiąc, miałem pewne wątpliwości, ale chyba panu zaufam, tylko proszę mi obiecać, że będzie się pan zachowywać należycie. – Uśmiechnął się szeroko, zbyt szeroko, by był to naturalny odruch i wyciągnął rękę w stronę związanego pacjenta. Zachichotał, wstał ze stołka i poklepał go po ramieniu.

 – To jak, umowa stoi?

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina czternasta trzydzieści czasu Johna Smitha

 

– Za-za-za co cię za-za-zamknęli? – zapytał łysiejący, przygarbiony cherlak. To chował ręce do kieszeni, to mełł skraj koszuli od piżamy, zaplatał palce, albo poklepywał podłokietniki krzesła.

Nowy pacjent ośrodka był zwrócony twarzą w kierunku okna, za którym rozciągał się widok na ogród, jezioro i las. Mężczyzna nie zauważył żadnego ogrodzenia ani płotu, tylko otwartą przestrzeń. Zero aż po horyzont, poza małą, drewnianą szopą tuż przy plaży. 

– Jjja wróciłem d-do domu, wcześśniej, bo zmianę n-nam skrócili i za-zastałem żonę z-z-z mo-mo-moim bratem…

Wpatrzony w dal mężczyzna zazgrzytał zębami.

– Nie powinno mnie tu być, to jakiś… – powiedział trochę zbyt głośno. Sanitariusz oderwał wzrok od przenośnego telewizora, spojrzał na  numer sześćset pięćdziesiąt siedem i napiął muskuły. Ucichły nieliczne szepty pacjentów ubranych w takie same piżamy, spłowiałe i równie szare, co apatyczne twarze noszących je mężczyzn i kobiet. Ci, którzy przebywali w odosobnieniu, rozwiązując krzyżówki, czytając stare wydania kolorowych czasopism, albo – tak robiła większość – wgapiając się w brudne tafle szpitalnych szyb, przerwali te czynności, by gapić się na sprawcę zamieszania. Spacerująca po sali pielęgniarka zatrzymała się i sięgnęła do kieszeni, gdzie trzymała strzykawkę z środkiem uspokajającym. Wszyscy patrzyli na nowego. – …to jakiś nonsens – dokończył już ciszej. – Nikt mnie nie słucha, nie mogę nawet zadzwonić.

– T-tu nie ma t-telefonu – uświadomił go jąkała. – T-trzymają nas w izz…

– W izolacji – dopowiedział nowy. – To na pewno łamie… jakieś prawa. Gdybym tylko mógł zadzwonić…

– N-nie proś llepiej saanitariuszy, są ne-ner…

– Gdzie jest wyjście?

– Na o-o-ogród? Jest korytarz zzza pokojem pie-pielęgniarek, ale trzeba mieć prze-prze… 

– Przepustkę – Numer sześćset pięćdziesiąty siódmy znów dokończył zdanie. Na twarz jąkały wstąpił rumieniec.

– Nie za-za-zawsze tak mówiłem. Do-dopiero tu-tutaj… 

– Przepraszam, nie powinienem… John Smith. – Wyciągnął ku rozmówcy rękę nad stołem i szachownicą porzuconą w środku partii. Czarne wygrywały. 

Nim jąkała odpowiedział uściskiem dłoni, dwa razy wysuwał i cofał własną, jakby miał dotknąć nie drugiego człowieka, a wściekłego psa. 

– Ju-ju-juri Gabanov. 

– Brama jest po przeciwnej stronie? – zapytał Smith, kiedy towarzyskie konwenanse mieli już za sobą. 

– B-brama?

– Musi być jakieś wyjście. Z tej strony go nie widać. Byłeś przytomny, kiedy cię tu przywieźli?

– Nnie… chyba nnie myślisz o uucie-uciecz…

– Nie, tylko… – Smith zamilkł i z wolna podniósł się z krzesła. Na zewnątrz, w pustym dotychczas ogrodzie, był człowiek. Mężczyzna. Zrzucił szlafrok, w biegu ściągnął piżamę i wskoczył do jeziora. W polu widzenia pojawiło się dwóch sanitariuszy, w ubraniach weszli do wody i próbowali go schwytać.

– Trzysta siedem – wyszeptał Smith. 

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina dwudziesta trzydzieści czasu Johna Smitha

 

– Witam, proszę spocząć. – Ordynator wskazał mu kozetkę ustawioną pod wielkim oknem, zajmującym środkową część ściany naprzeciwko drzwi. Dwie pozostałe zastawione były wysokimi po sufit regałami, wypełnionymi książkami w skórzanych oprawach. Nieopodal kozetki stał stolik, na którym leżał zbiór dzieł Goethego i fajka z popielnicą, a obok niego wielki, tapicerowany fotel, w którym zasiadł ordynator. – Co pana do mnie sprowadza? – zapytał, sięgając po fajkę. Nie zapalił jej. Włożył jedynie do ust i międlił ustnik.

Smith usiadł, łokcie oparł na kolanach, splótł dłonie. 

– Sprowadza? To pan mnie wezwał. 

Lekarz wyciągnął fajkę z ust, położył ją na popielnicy i poprawił na nosie małe, okrągłe okulary.

– Doprawdy? – zapytał i nie mówił nic więcej, wpatrywał się tylko w Smitha znad złotych oprawek. Obserwował. 

– Nie zgadzam się na przetrzymywanie mnie tutaj. To wbrew prawu… To porwanie! Nagłośnię to! Tak nie można traktować ludzi! Płacę podatki, jestem porządnym obywatelem, w życiu nie dostałem nawet jednego mandatu, nie złamałem prawa, nie wyrządziłem nikomu krzywdy i…

– Niestety, jest pan w błędzie – odparł doktor ze stoickim spokojem. – Nasze postępowanie pozostaje zgodne z ustawą o nadzwyczajnych środkach ochrony i prewencji. 

Smith przerwał w pół słowa i rozdziawił usta. Spojrzał w lewo i ku górze, później w dół. Wsparł łokcie na kolanach, splótł palce dłoni. 

– Nigdy o tym nie słyszałem – odpowiedział w końcu. 

– Nieznajomość prawa nie zwalnia z obowiązku jego przestrzegania, nie sądzi pan? 

– Tak, ale to zupełnie inna sytuacja…

– Jest pan pewien?

– Do diabła, przecież nic nie zrobiłem! Nic, kompletnie nic, a próbujecie przypiąć mi łatkę wariata. 

– Bardzo często pan to powtarza. – Lekarz nie dał wyprowadzić się z równowagi, jego jednostajny ton i powolny rytm wypowiadanych sylab pozostawały niezmienne. Przestał obserwować pacjenta, spojrzał w kierunku sufitu, na bliżej nieokreślony punkt w okolicy żyrandola.

– Bo to prawda. Pan jest tu szefem, proszę mnie wysłuchać, to jedna wielka pomyłka…

– Stracił pan pracę, zostawiła pana żona, ale pan nie zrobił wtedy nic złego, w ogóle nic pan z tym nie zrobił. Chciał pan jedynie zamknąć się w domu z butelką whisky i zapomnieć o problemach?

– Tak, dokładnie tak! – Na twarzy Smitha pojawił się wyraz zadowolenia. – W końcu ktoś to zrozumiał. Może mnie pan wypisać i…

– Chciałbym, żeby pan coś zobaczył – przerwał mu ordynator i wyciągnął z szufladki pod blatem stolika czarny, płaski prostokąt. Dotykiem uruchomił tablet, który, po kilku stuknięciach o szklaną powierzchnię ekranu, wyświetlił zdjęcie mężczyzny.

– Wie pan, kto to jest?

– Nie. Czy to kolejny test? 

– Co może mi pan o nim powiedzieć?

Smith chwycił się za głowę, przeczesał włosy palcami, jednym ruchem, od czoła do potylicy, wykrzywił twarz w wyrazie rozpaczy, rozdziawił usta i westchnął przeciągle.

– Biały mężczyzna, blondyn, jasne oczy, dość młody – odpowiedział. 

– Doskonale. – Głos lekarza nadal nie zdradzał jakichkolwiek emocji. – A coś więcej? Coś poza wyglądem?

Kolejna zagadka.

– Wydaje się… spokojny… nic więcej tu nie widzę, to zwyczajny facet. 

– Dobrze. – Palec doktora przemknął wzdłuż ekranu, ciągnąc za sobą kolejną fotografię. – A ten?

– Mocne rysy, wysokie czoło, też blondyn… – Smith zerknął na twarz ordynatora, nieruchomą niczym kamienna rzeźba. – Wydaje się bardziej taki… niewzruszony… co właściwie mam zobaczyć?

Zamiast odpowiedzieć, ordynator znów przesunął dłoń od lewej do prawej krawędzi tabletu.

– Co pan powie o nim?

– Czy to żart?! – żachnął się pacjent. – Każdy Amerykanin rozpozna Teda Bundy’ego! Co mam o nim powiedzieć? To potwór.

– Niech pan spróbuje pomyśleć, że to mężczyzna tylko do niego podobny. Jak wygląda? Co wyraża jego twarz?

– Co wyraża? – Smith prychnął. – Nic nie wyraża! Wygląda normalnie. Dlatego tak trudno było go złapać. 

– Domyśla się pan, co łączy te fotografie? 

– Wszyscy to psychopaci? 

– Niekoniecznie, jednakże… – Kolejna zmiana widoku, teraz urządzenie wyświetlało wszystkie trzy zdjęcia obok siebie. – …każdy z tych obrazów przedstawia człowieka tuż przed podjęciem nieodwracalnej decyzji, w momencie, w którym nagromadzony gniew napotyka czynnik wyzwalający. Mężczyzna z pierwszego zdjęcia spalił kościół, drugi podłożył bombę i zastrzelił kilkadziesiąt osób, historię trzeciego pan zna. Czy te twarze wyrażają coś szczególnego?

Smith przyjrzał się im po raz drugi i wzruszył ramionami.

– Nie? – bardziej zapytał, niż odpowiedział.

– Pokażę panu jeszcze jedno zdjęcie. – Lekarz wykonał kolejny ruch.

– Co to ma znaczyć?! – Krew odpłynęła z twarzy Smitha, pozostawiając trupioblady odcień. Mężczyzna wyprostował się, zacisnął spocone dłonie na krawędzi kozetki. – Jeśli bierzecie mnie za… powtórzę to jeszcze raz: nic nie zrobiłem – ostatnie słowa wypowiedział wolno, oddzielając jedno od drugiego wyraźnymi przerwami. – Nie macie podstaw, by mnie przetrzymywać. To zdjęcie… to zwykłe zdjęcie. Nic więcej! 

– Otóż to! – Ordynator po raz pierwszy okazał entuzjazm. – Trafił pan w punkt! To zdjęcie – uderzenie w tablet rozciągnęło obraz na całą przestrzeń ekranu – zrobiono w dniu, w którym stracił pan pracę. Zwolnienie dyscyplinarne, bez odprawy, nie może pan liczyć na stanowisko w branży. Ktoś zgarnął panu taksówkę sprzed nosa, autobus odjechał, gdy był pan o krok od przystanku, zaraz potem zadzwoniła pańska żona z informacją, że chce rozwodu, a w tle słyszał pan głos swojego prawnika, który miał reprezentować pana w sprawie przeciwko pracodawcy. To bardzo dużo jak na jeden dzień, a pan nic. Zupełnie nic!

– Skąd o tym wszystkim wiecie?! Śledziliście mnie?… Coś mi zarzucacie?

– Oczywiście, że nie – ordynator odłożył tablet i sięgnął po fajkę. Nie zapalił jej, włożył tylko do ust – ale jest tu pan nie z powodu tego, co zrobił, ale czego nie zrobił, a ściślej: jak pan tego nie zrobił.

– To nie ma żadnego sensu – powiedział Smith, rozglądając się na boki, jakby wcale nie kierował tych słów do lekarza. Załamał ręce i klapnął na kozetkę. 

– Przeciwnie. Algorytm porównujący mimikę twarzy dokonał zestawienia pańskiej fotografii ze zdjęciami z bazy danych i okazało się, że nie robił pan nic dokładnie w ten sam sposób – wyraźnie zaakcentował „ten sam sposób” – co mężczyźni z poprzednich fotografii. Biorąc pod uwagę wydarzenia z ostatnich dwudziestu czterech godzin oraz wyniki testów równowagi psychicznej, z wielkim prawdopodobieństwem można stwierdzić, że przechowuje pan w sobie wielkie pokłady gniewu, który, jeśli nie zostanie odpowiednio skanalizowany i rozładowany, doprowadzi do…

– Nie, nie, nie, nie, nie. Jeśli coś tu wywołuje mój gniew, to jedynie ta sytuacja. Ale, jak pan widzi, zachowuję się normalnie, nic mi nie dolega. Zupełnie nic.

Ordynator odłożył fajkę, zrobił minę jeszcze poważniejszą niż dotychczas.

– Proszę pana, prowadzę ten ośrodek od wielu lat. Widziałem wszelkie możliwe przypadki. Ludzi roztrzęsionych i opanowanych, agresywnych i wycofanych, skrytych i wylewnych, wszystkich. Również takich, jak pan. Czy wie pan, ilu z nich zdiagnozowałem jako zdrowych psychicznie?

Smith zmarszczył podbródek. To stanowiło wystarczającą odpowiedź.

– Żadnego – wyjawił ordynator. – Może mi pan wierzyć, że każdy, absolutnie każdy, jest chory, tylko nie każdy został rozpoznany. Gwarantuję, że poznam czynnik wyzwalający pański gniew, wyciągnę go na wierzch i okiełznam, dla pańskiego dobra, rzecz jasna. – Zakończywszy tyradę, znów wcisnął fajkę do ust. – Czy mogę coś jeszcze dla pana zrobić?

Smith ścisnął szczęki tak mocno, że aż mięśnie żuchwy odkształciły policzki. Zamknął oczy, wciągnął powietrze ustami i wypuścił nosem.

– Tak. Chciałbym zadzwonić.

Ordynator zamilkł, oderwał wzrok od pacjenta, spojrzał przez okno. Kiedy się namyślił, sięgnął do kieszeni kamizelki i wyciągnął komórkę – stary, przedpotopowy model, bez internetu. 

– Telefon do żony albo adwokata nie wydaje się najlepszym wyborem – rzucił, podając Smithowi komórkę. Ten wybrał numer i po upływie kilku sekund po drugiej stronie odezwała się kobieta.

– Halo? – powiedziała drżącym głosem. 

– Cześć, mamo, to ja. Chciałbym… 

– Johnny, mały Johnny? – Kobieta była bliska płaczu. – Słodki Jezu, to ty? To naprawdę ty? 

– Tak, mamo. Posłuchaj… 

– Jak tam jest? 

– Czyli już wiesz? Mamo, mam do was prośbę. Czy mogłabyś zawołać tatę i… 

– Richard! Richard! – Usłyszał niewyraźne wołanie matki, a później szum rozmowy, w której przeplatały się głosy rozgniewanego ojca i rozhisteryzowanej matki, ale nie wychwycił treści.

– Słuchaj, czubku! Zadzwonisz jeszcze raz, a zgłoszę nękanie! – krzyknął ojciec, przejąwszy słuchawkę i zakończył połączenie. 

– Mam nadzieję, że to panu pomogło. – Kiedy doktor odbierał telefon od oniemiałego Smitha, za siwą brodą lekarza można się było dopatrzeć lekko uniesionych kącików ust. 

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina piętnasta dziesięć czasu Johna Smitha 

 

– Witam wszystkich. Widzę kilka nowych twarzy, więc się przedstawię. Jestem Ronda Ruben. Prowadzę terapię zajęciową akceptacji i kontroli swoich emocji. – Kobieta, dziewczyna właściwie, bo nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia lat, bezustannie się uśmiechała. Modulowała głos w taki sposób, jakby mówiła do kilkulatków. – Chciałabym, żeby każdy wziął aktywny udział w zajęciach. Wiem, że to może być trudne, ale pamiętajcie, że nazwanie swoich emocji to pierwszy krok do kontroli, a to uczyni was szczęśliwszymi.

Kiedy skończyła wprowadzenie, zaprosiła wszystkich na dywan, by usiedli w kręgu. Trzysta siedem też tam był. Siedział po turecku cztery osoby od Smitha. Zajęty był dłubaniem w nosie i sprawdzaniem co i raz, jak wygląda urobek. 

– Juri. – Terapeutka wskazała na jąkałę. – Może ty dziś zaczniesz? Przedstaw się i powiedz, dlaczego tu jesteś. 

Juri obrzucił nerwowym spojrzeniem pacjentów, poprawił kołnierzyk piżamy, złożył ręce i zaczął się bawić kciukami.

– Ju-juuri Gaabanov. – „Zaczyna się” szepnął ktoś, a mówca poczerwieniał, gdy to usłyszał. – Je-je-jestem tu, bo mój brat pie-pieprzy moją żonę.

– Świetnie, Juri. – Terapeutka wyszczerzyła zęby w uśmiechu tak szerokim, że kąciki ust niemal dotknęły uszu. – Po raz pierwszy nazwałeś to tak bezpośrednio. Co czujesz w związku z tym?

– Je-je… jestem wściekły.

– Brawo. A co czujesz do brata?

– Ooon zawsze mnie po-po-poniżał. My-my-myślę, że tto przez niego jąka-kałem się w dzieciiiństwie i przez nieeego to wróciło…

– Dobrze, ale co do niego czujesz? Co czujesz w związku z tym, że uprawia seks z twoją żoną?

Gabanov zacisnął szczęki. Na jego czole pojawiła się pulsująca żyłka.

– Ja nie… nienawidzę go!

– Co byś mu zrobił, gdyby tu był?

Dłonie Jurija powędrowały ku górze, zatrzymały się gdzieś w odległości metra od twarzy. Wykrzywione niczym szpony palce ściskały coś niewidzialnego, wzrokiem świdrował powietrze… ale zaraz wrócił dawny Juri, bezsilny, stłamszony, międlący skraj piżamy.

– Nie… nie wiem – odpowiedział.

– Dobrze, Juri. Zrobiłeś ogromne postępy. Może teraz ktoś inny? – Wskazała mężczyznę o długich, czarnych włosach splecionych w warkocz.

– Terryoe’h Yorh Gogot – przedstawił się, wykonując przy tym skomplikowany gest dłonią. – Pochodzę z Yo-gokhul. Nie wiem, jak trafiłem na waszą planetę, ale moim celem jest obserwacja Ziemian i ich zwyczajów, nim znajdą mnie moi rodacy.

– Dziękuję… Terrence. 

– Terryoe’h – poprawił terapeutkę. 

– To nie Ziemia – wtrącił się chłopak siedzący trzy osoby na prawo od Czarnego Warkocza. – A przynajmniej nie prawdziwa Ziemia. Gwiazdy źle się poruszają. Do tego jestem tutaj od pięćdziesięciu lat, jak sądzę, a nadal wyglądam jak osiemnastolatek. Myślę, że jesteśmy w innowymiarowej pętli czasowej…

– W nocy doktorek poszedł do szopy. Był sam, ale wrócił… o, z nim – kobieta o siwych, nastroszonych włosach i niespokojnym spojrzeniu wskazała Smitha.

– Nic takiego nie pamiętam – odparł.

– Bo spałeś – odpowiedziała staruszka.

– Spałem? – Smith prychnął. – To nie ma sensu, jestem tu od popołudnia. 

– Jak niby to zobaczyłaś? – odezwał się ktoś z drugiej części kręgu. – Stara wariatka.

– Zamek w drzwiach nie był zamknięty! Wyszłam na korytarz i…

Klap! Klap! Klap! Terapeutka zaklaskała.

– Wystarczy tej dyskusji – zadecydowała. Uśmiech ani na moment nie zniknął z jej twarzy. – Może przejdziemy do ćwiczeń z manekinem? Kto zacznie? Juri, może ty? Tak dobrze ci szło, spróbujesz?

Gabanov wstał, poprawił koszulę, pokiwał głową i podszedł do stojącego w kącie fantoma.

– Wyobraź sobie, że to twój brat i powiedz mu, co czujesz.

Juri świdrował wzrokiem puste oczodoły manekina, zaciskał pieści, przebierał nogami.

– Vavavasil ty… ja cieciebie… – uderzył manekina prawym sierpowym prosto w gumowy nos. Cios nie był zbyt silny, manekin nawet nie drgnął. – Mateczko! – Wykrzyknął Juri, masując zaczerwienioną dłoń. – Prze… przepraszam, nie mogę…

– Nic nie szkodzi. – Usta Rondy rozciągnęły się niemal do maksimum, ale oczy pozostawały niezmienione, zimne i martwe jak u porcelanowej lalki. – Mark, może ty?

Poklepała dłonią udo numeru trzysta siedem, zajętego liczeniem pęknięć na suficie.

– Jasne – mężczyzna odpowiedział jej równie szerokim uśmiechem i podszedł do manekina. – Susan – wycedził przez zęby – ty dziwko! – krzyknął i uderzył fantoma. Głowa kukły odskoczyła na bok. – Matko… – powiedział mężczyzna pełnym miłości głosem. Tym razem bił z lewej, prosto w potylicę. Manekin zakołysał się na sprężynie, która łączyła go z podłogą. – Tatusiu… – wyszeptał Mark i chwycił leżący nieopodal gumowy nóż. Dźgnął manekina w brzuch. I jeszcze raz. I następny.

– Znakomicie, już wystarczy – odezwała się terapeutka, ale Mark nie przestawał. – Mark, możesz już skończyć – Pacjent nie zwracał na nią uwagi, atakował coraz bardziej zapalczywie. – Mark! – krzyknęła.

Tym razem się udało i mężczyzna, dysząc, odsunął się od manekina.

– Świetnie, doskonale! – Pochwaliła go terapeutka, wyglądająca na autentycznie zadowoloną. – Kto następny?

 

Piątek, ósmy sierpnia, godzina szesnasta czasu Johna Smitha

 

– Obserwujesz mnie. – Słowa wyszeptane przez kogoś, kto podkradł się do Smitha od tyłu, zjeżyły mu włos na karku. Przerwał grzebanie w szarej brei bez smaku, która miała być owsianką i kurczowo ściskając plastikową łyżkę, spojrzał za siebie.

Stał przed nim pacjent numer trzysta siedem.

– Nic podobnego – odpowiedział Smith, marszcząc brwi w udawanym zaskoczeniu.

– Widziałem, jak patrzyłeś na mnie z okna. I na zajęciach. – Tamten nie dawał za wygraną.

Smith rozejrzał się w obie strony – pielęgniarki gdzieś zniknęły, jedyny w zasięgu wzroku sanitariusz był zajęty drzemką, w której zupełnie nie przeszkadzała mu pozycja siedząca. Stołówkę wypełniali pacjenci. Dopiero tutaj Smith mógł przekonać się, jak wielu ich jest. Nie trudził się liczeniem. 

– Mogę się dosiąść? – zapytał numer trzysta siedem i, nie czekając na zaproszenie, zajął miejsce obok Smitha. Na tacy miał kawę, seler naciowy, oraz łososia w sosie koperkowym. – Chcesz trochę? – zapytał, włożywszy do ust kawałek selera, który udawał cygaro. 

Smith zerknął nerwowo w kierunku śpiącego sanitariusza. 

– Spokojnie. – Mężczyzna po przyjacielsku poklepał Johna po ramieniu. Zbliżył usta do jego ucha i wyszeptał: – Nie jestem wariatem, jak niektórzy tutaj.

– Jasne – odpowiedział Smith, dyskretnie odsuwając się od niechcianego towarzysza. Jadł swoją zimną owsiankę, nie odrywając wzroku od talerza. 

– Chyba rozumiem… Jestem taki, jak ty – ciągnął numer trzysta siedem. – Też byłem w szoku, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem, co się dzieje na kontroli emocji, a ta sadystyczna cipa Ruben patrzy na to i o mało nie dostaje orgazmu. Poszedłem wtedy do doktorka… wiesz, co mi powiedział? To byłoby szaleństwo, panie Mendelsohn – wyrecytował z niemieckim akcentem, parodiując ordynatora – gdyby miał pan zadać ból żywej istocie. Chyba zdaje pan sobie sprawę z tego, że manekiny nie są ludźmi, tak samo, jak wyobrażenia nie są rzeczywistymi przeżyciami? Zdolność odróżniania faktów od fantazji jest kluczowa bla bla bla… – Wysunął język i udał, że wymiotuje. – Wtedy zrozumiałem, że oni są świrnięci. Nie pacjenci. Personel.

– Zauważyłem – przytaknął Smith.

– Próbowałem wszystkiego. Starałem się udowodnić, że jestem normalny, przekonać ich, ubłagać… w taki sposób nigdy bym się stąd nie wydostał, nawet nie wypuściliby mnie na świeże powietrze. Ale odkryłem, jak ich przechytrzyć.

– Byłeś na zewnątrz. Nie da się stąd jakoś… uciec? Widziałeś jakieś budynki, auta?

Mark pokręcił głową.

– Jest tylko jeden sposób wydostania się stąd… – Ponownie nachylił się ku Smithowi, a ten już nie próbował się odsunąć. – Nie mów tego nikomu, przynajmniej nie teraz, bo się zorientują, ok? Dobra, posłuchaj… jedyny sposób, by się stąd wydostać, to dać im to, czego chcą.

– I tyle? To cały sekret?

– Najpierw musisz ich przekonać, że cokolwiek podejrzewają, jest prawdą. To ważne, inaczej nigdy nie przestaną robić testów, będą drążyć, póki coś znajdą, albo naprawdę zwariujesz… – Mark wytrzeszczył oczy i zakreślił palcem kółko w powietrzu – …ale wiem, jak ich przechytrzyć. Trzeba udawać wariata. Tego po nas oczekują. Im bardziej świrujesz, im lepiej pasujesz do ich diagnoz, tym lepiej cię traktują. Lepsze jedzenie, mniej testów, przepustka do ogrodu… już niewiele mi brakuje… jeszcze tylko… – zerknął w kierunku strażnika, który właśnie chrząknął i uniósł lewą powiekę, ale zaraz wrócił do drzemki.

– Tylko?

– Mówię to, co chcą. Robię to, czego oczekują. Pozostało – przyłożył palec wskazujący do skroni – myśleć tak, jak oni myślą. To najtrudniejsze. Oni – zerknął ukradkiem w kierunku sanitariusza – ciągle obserwują. 

– W skrócie: masz zamiar zwariować, żeby nie zwariować? 

– Budzi się. – Mark, zapatrzony w sanitariusza, który przecierał właśnie oczy, wstał nagle. – Czasem jedyne wyjście, to poddać się temu, co nas spotyka. Pamiętaj o tym – rzucił na odchodne. Kiedy był w pobliżu sanitariusza, zsunął piżamę do kolan i radośnie wymachując penisem, zaczął śpiewać „The Star-Spangled Banner”. 

 

Poniedziałek, jedenasty sierpnia, godzina trzynasta pięć czasu Johna Smitha

 

– Ktoś biega nago po ogrodzie. – Czarnoskóry mężczyzna zbliżył się do szyby. Na kieszeni piżamy miał wyszyty numer osiemset pięćdziesiąt osiem.

– Tto pepepewnie Ma-mar… 

– Marka już nie ma, wyszedł w tamtym tygodniu – dodał nastolatek siedzący w rogu sali. – Szczęściarz, mnie trzymają już pół wieku. 

– Nigdzie nie wyszedł. Widziałam, jak doktorek prowadzi go do szopy – wtrąciła się staruszka. 

Jąkała zbliżył się do okna i rozdziawił usta. 

– T-toto John, John Sssmi-smith. 

– Chyba już go widziałem… – Sześćset pięćdziesiąt osiem przytknął czoło do szkła. – …to facet, którego spotkałem w toalecie. Wiecie, co on tam robił?

– Ziemianie – prychnął Terryoe’h, gładząc swój czarny warkocz.

 

Epilog

 

Żaden dźwięk nie zakłócał spokoju nocy. Żaden wiatr nie kołysał koronami drzew, majestatycznych dębów i smukłych topoli okalających ogród i płaską niczym lustro taflę jeziora. Nie było słychać muzyki cykad ani świerszczy.

Frontowe drzwi ośrodka otworzyły się bez najmniejszego dźwięku, a z wnętrza budynku wyszła dwójka mężczyzn. Pierwszy, brodaty, w okularach z okrągłymi szkłami, prowadził drugiego, który wgapiał się beznamiętnym wzrokiem w dal.

Przeszli przez ogród, prosto na wskroś, nie zważając na klomby kwitnących kwiatów. Zatrzymali się dopiero przed drzwiami do szopy. Ordynator zdjął wówczas z szyi klucz na rzemyku i otworzył kłódkę. 

 Wewnątrz, obok stosu drewna, pod zwisającą na pojedynczym kablu żarówką, która wypełniała pomieszczenie nikłą, żółtą poświatą, czekał na nich wysoki blondyn w białym garniturze. Nienaganna fryzura, nieskazitelna cera, ubranie bez zagnieceń lśniące w świetle. 

– Następny? – Wskazał skinieniem głowy pacjenta w piżamie. – Góra czy dół?

Doktor uśmiechnął się nie pokazując zębów. Pytanie nie wymagało odpowiedzi. 

– Czemu zawdzięczam tę wizytę?

– Centrala się niepokoi. Twoje wyniki… Obawiamy się, że wpływają na to kwestie osobiste. 

– Nie ja ustaliłem zasady. – Doktor wzruszył ramionami. – Jak to było? Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem? Takich mi przysyłacie. 

– Sigmund, jak długo prowadzisz tę stację przesiadkową? Siedemdziesiąt lat? Przez cały ten czas ani jeden z twoich podopiecznych nie trafił do Dobrego Miejsca. 

– Wiesz, co o tym sądzę. Każdy, absolutnie każdy, ma w sobie skłonność do zła, do egoistycznych, prymitywnych i destrukcyjnych zachowań. Wystarczy mu tylko podsunąć możliwość. Nic więcej tu nie robimy. – Wskazał mężczyznę, który wszedł za nim, a teraz stał bez ruchu, niczym marionetka, która czeka na pociągnięcie sznurka. – Ten tutaj… Wychowany przez apodyktycznego ojca, matka miała mu za złe, że się urodził i zepsuł jej figurę, obydwoje czekają na niego na dole. Nie potrafił wejść w bliskie relacje z innymi, a kiedy spotkał miłość swojego życia, traktował ją tak, jak rodzice traktowali jego. Zawsze myślał tylko o sobie. Trudno powiedzieć, dokąd powinien trafić, co? Żeby to zrobić, muszę im stworzyć odpowiednie warunki. Rzecz jasna, nie mogą wiedzieć, dlaczego tu są, ale to nie wszystko… – Sigmund sięgnął do kamizelki, wyciągnął z niej fajkę, nabił tytoniem i zapalił – …muszę jeszcze sprawić, by przestali czuć presję zasad społecznych. Żeby to zrobić, muszą trafić w rzeczywistość dla nich niezrozumiałą, wtedy działają zgodnie ze swoją naturą i można zobaczyć ich prawdziwe twarze.

– I dlatego nie masz w personelu nikogo z góry? – Mężczyzna w białym garniturze splótł ramiona. 

– Zbieg okoliczności?

– Do tego przetrzymujesz niektórych od kilkudziesięciu lat. Może czas najwyższy wysłać ich wyżej? Albo przejść na emeryturę? Twoje statystyki nie są najlepsze… – Biały Garnitur oparł się o stół z narzędziami, smar pozostawił plamy na aksamitnym materiale. – To, że nie załapałeś się na Dobre Miejsce, nie oznacza, że nie znalazłoby się jakieś Całkiem Niezłe, albo Nie Najgorsze. 

– Daruj sobie. – Kłąb dymu, uwolniony z ust doktora, poszybował ku twarzy eleganta. W trakcie krótkiego lotu przyjął kształt okręgu i na kilka chwil otoczył jego głowę mętną, burą aureolą. – Nie zależy mi na towarzystwie nudziarzy i świętoszków. A jeśli mowa o moich wynikach, czuję, że znacznie się poprawią już niebawem i to dzięki niezamierzonej pomocy tego tutaj nieszczęśnika. – Poklepał po ramieniu pogrążonego w transie pacjenta. 

– Co się… Gdzie ja… – wymamrotał Mark, zataczając powoli łuk głową. 

– Budzi się – oznajmił ordynator i odłożył fajkę na drewnianą półkę. – Pozwolisz?

Po przeciwnej stronie szopy stała wielka metalowa szafa. Ordynator wyminął niespodziewanego gościa i pociągnął Marka ku żeliwnym drzwiczkom i otworzył je.

– Panie ordynatorze, co to jest? – Mark, już rozbudzony, wytrzeszczył oczy i drżącą dłonią wskazał wnętrze szafy.

– Strach przed nieznanym to typowo ludzka i całkowicie uzasadniona ewolucyjnie reakcja – oznajmił Sigmund i pchnął pacjenta w głąb szafy, a metalowe drzwiczki zatrzasnęły się za nim, zaraz jednak otworzyły się ponownie, a ze środka wypadł czarny facet, ściskający pierś w okolicy serca.

– Na Proroka, czy to…

Nim dokończył zdanie, Sidmund pyknął z fajki i oblicze czarnoskórego pogrążyło się w kłębach dymu, które sprowadziły na niego sen i zapomnienie.

 

Prolog

 

Smith nie był złym człowiekiem. Starał się być miły i pomocny dla innych, brał udział w balach dobroczynnych, wspierał organizacje charytatywne. Kiedy jego matka zachorowała, wynajął mieszkanie i sprowadził rodziców z Nebraski do Nowego Jorku, by móc zapewnić jej dobrą opiekę. W gruncie rzeczy był całkiem sympatycznym gościem, tylko trafił mu się gorszy dzień… miesiąc… rok. 

Firma oskarżała go o wyjawienie tajemnicy handlowej. Jasne, nie mieli twardych dowodów, w innym wypadku czekałby go proces, a nie zwolnienie. Dzwonił już do adwokata – ten poradził mu iść do pracy, jak gdyby nigdy nic. Poszedł więc, by spotkać się z ukradkiem rzucanymi mu spojrzeniami i szeptami, kiedy przechodził korytarzem. Jego dawni przyjaciele udawali teraz, że go nie widzą. Banda hipokrytów i sprzedawczyków, tak łatwo skreślali kogoś, z kim przepracowali dziesięć lat życia! Do tego ta zadowolona gęba Lestera – dupek już od lat ostrzył sobie zęby na stanowisko Smitha, na pewno maczał palce w jego zwolnieniu. Kiedy Smith patrzył na jego arogancki, triumfalny wyraz twarzy, wyobrażał sobie, jak chwyta biurowy zszywacz i…

– Taxi! – zawołał, gdy opuścił budynek z wypowiedzeniem w ręku. Czuł pewnego rodzaju ulgę – bo co gorszego mogłoby go jeszcze spotkać? Nie znajdzie już pracy w branży, musi zaczynać od zera. Zaniedbywał Sarę przez ostatnie miesiące, pracował zbyt wiele, wracał zbyt późno – teraz miał zamiar to naprawić. Może wyjadą z miasta, zamieszkają gdzieś na prowincji, ona zawsze o tym marzyła…

Żółty ford zatrzymał się przy krawężniku, rozchlapując na boki wodę z kałuży. Buty z miękkiej włoskiej skóry nie przyjęłyby dobrze takiej kąpieli, więc Smith cofnął się, by je ratować. Wtedy do taksówki podbiegła kobieta w czerwonej sukience i zajęła miejsce pasażera. Taksówkarzowi wystarczyło jedno spojrzenie w dekolt paniusi.

– Głupia cipa! – zawołał Smith za odjeżdżającym pojazdem.

W połowie drogi do przystanku autobusowego poczuł w kieszeni wibracje. To dzwoniła Sara. Pewnie chciała zapytać, jak się czuje po wszystkim.

Odebrał.

– Część, kochanie. Już wracam.

Właśnie zauważył, że odjeżdża jego autobus. Świetnie. 

– John… – Sara miała dziwny głos.

– Co się stało?

– To już koniec, John. Przepraszam cię, nie mogę… – w tle słyszał jakieś dźwięki. Gwar tłumu, odgłos kroków, wycie syreny, głos zapraszający podróżnych do odprawy. 

– Jesteś na lotnisku? Co się dzieje? 

– John, odchodzę – oznajmiła pełnym żalu tonem. – Nie szukaj mnie. Masz kłopoty, a ja nie chcę… 

– Kto jest z tobą? Stephen? Czy to Stephen? Uciekasz z nim? Z moim prawnikiem?!

– Nie oceniaj mnie – rzuciła chłodno. – Myślisz, że nie wiem, że zabawiałeś się z sekretarką?! Myślisz, że nie pamiętam, jak potrzebowałam wsparcia, a ty…

– Wrobiliście mnie – stwierdził.

Brakowało mu tchu. Wypuścił telefon, komórka uderzyła o bruk, obudowa baterii wypadła z zawiasów. Zaraz po niej z twardą chodnikową kostką spotkała się twarz Johna.

– Ludzie, pomocy! – krzyczał ktoś. – On ma zawał!

Kiedy przyjechała karetka, było już za późno.

Rozbity wyświetlacz telefonu pokazywał datę: czwartek, siódmy sierpnia, godzina dwunasta piętnaście.

Koniec

Komentarze

Podobało mi się. Szczególnie dobre wrażenie wywołała pierwsza część – efekt bezradności został sprawnie pokazany. Aż sam zacząłem współczuć bohaterowi ;)

Przyznam, że końcówka już trochę mniej przypadła mi do gustu, ale to pewnie dlatego, że spodziewałem się większego WOW, czegoś oryginalnego i naprawdę pomysłowego. Bo pierwsza część nastawiła mnie do tekstu bardzo pozytywnie. Nie zrozum mnie źle – cały pomysł na opowiadanie (włącznie z zakończeniem i wyjaśnieniem wcześniejszych zdarzeń) jest jak najbardziej w porządku i nie chce się go czepiać. Po prostu mam wrażenie, że wybrałeś dość ograny i popularny motyw, dlatego zaskoczenie pod koniec nie było do końca pozytywne. Chociaż nie mogę też powiedzieć, że się zawiodłem.

Na pewno ładna wyszła klamra, zdecydowanie działa na plus i fajnie domyka historię. Styl też przyjemny – niby akcja płynie niespiesznie, ale jednak cały czas coś się dzieje. Wydaje mi się, że mimo wszystko mógłbyś odchudzić tekst – jakby się zastanowić nad samą treścią, mam wątpliwości, czy potrzebne było ponad 35 tysięcy znaków. Jeśli ja miałbym sugerować jakieś cięcia, to pewnie zdecydowałbym się na didaskalia, które często są dość długie i niekoniecznie wnoszą coś do historii. Ale tutaj zaznaczam, że to bardzo subiektywne – wiem, że część czytelników lubi takie dokładniejsze opisy wmieszane w dialogi. Można byłoby też pewnie popracować nad jednym fragmentem dialogu (tym zaczynającym się od "Wiesz, co o tym sądzę."), żeby brzmiał nieco bardziej naturalnie.

 

Jak już pisałem – styl masz naprawdę dobry. Może mógłbyś w kilku miejscach użyć troszkę mniej popularnych zwrotów (np. wyeliminować kilka "szczerych uśmiechów" czy "zmarszczeń brwi/czoła"), ale to szczegół. Piszesz bardzo "klasycznie", bez zdań-perełek, ale solidnie i konsekwentnie. Jak niektórzy mawiają – przez tekst się płynie.

Jeszcze co do tytułu – osobiście nie przekonał mnie do rozpoczęcia lektury. Sam w sobie nie jest zły, ale chyba czytałem już 2-3 teksty o takim właśnie tytule.

 

Ogólne wrażenia – solidne opowiadanie, bardzo dobra pierwsza część i niezła (choć już trochę gorsza) druga.

Perrux, przede wszystkim dziękuję za przeczytanie, bo przy takich grubaskach to już nie tak częste zjawisko. :)

Co do zakończenia – fakt, to dość klasyczny motyw, nie chciałem w nim przekombinować. Usłyszałem ostatnio w jakims serialu, że obraz dobry od świetnego dzieli jedno pociągnięcie pędzla: to najodważniejsze. Może właśnie takiego pociągnięcia pędzla tu zabrakło, ale uznałem, że wystarczy zupełna zmiana perspektywy w epilogu: tekst pozbawiony jest elementów fantastycznych, właśnie poza epilogiem. 

Czy tekst można odchudzić? Każdy tekst można odchudzić, problem, czy się przy tym czegoś nie straci. Na pewno nie chciałbym zrobić z niego prostego zapisu dialogów. Opisów jest i tak jak na lekarstwo… przynajmniej dla mnie. ;)

Co do popularnych określeń – to, na co tu postawiłem, to nie wnikanie w sferę przemyśleń i uczuć bohaterów. Nie wiadomo, co się dzieje w ich głowach, nawet w głowie naszego pierwszoplanowego męczennika. Pozostała jedynie mimika. Swoją droga w wielu miejscach (choćby, kiedy kieruje gałki oczne w góre i prawo potem w dół i w lewo) jest to opis tego, jak rzeczywiście zachowuje się nasza twarz, kiedy coś odtwarzamy ze wspomnień.

Co do tytułu: mam ten pech, że wielu tekstów tu nie widziałem, więc taki tytuł nie rzucił mi się w oczy. Poza tym i tak bym go nie zmienił, bo łączy się on z epilogiem, a w zasadzie najbardziej z prologiem. 

Dzięki za komentarz! 

To jeszcze może krótko odniosę się do Twojej odpowiedzi, bo masz sporo racji i na wszelki wypadek chciałbym doprecyzować opinię (żeby mój komentarz na pewno został dobrze zrozumiany):

 

1) Co do odchudzenia – tak jak zaznaczyłem wyżej, to najbardziej subiektywna z “uwag” (tego typu odczucia zazwyczaj zależą od preferencji czytelnika). Ale jako czytelnik właśnie chciałem się nią podzielić, mimo że doskonale zdaje sobie sprawę, że mogę nie mieć racji ;)

2) Ogólnie pokazanie mimiki to według mnie spory plus tego tekstu. Czasami lepiej pasuje od opisu uczuć bohatera i w tym przypadku się sprawdziło. Chodziło mi głównie o konkretne zwroty “szczerego uśmiechu” i “marszczenia brwi/czoła”, bo pojawiły się łącznie około 10 razy, co wydaje mi się dość sporo na taki tekst. Ale tutaj zaznaczę, że mam trochę uczulenie na szeroki uśmiech w literaturze, bo po prostu uważam, że ten uśmiech po prostu zbyt często jest… hmm… szeroki.

3) Tytuł – o ile nie zachęcił mnie do lektury, to zgadzam się, że pasuje do tekstu.

 

Trochę ograniczyłem to uśmiechanie i marszczenie, chyba już nie będzie tak raziło w oczy. :)

Gekikaro, obawiam się, że chyba nie do końca pojęłam, co miałeś nadzieję opowiedzieć, a poziom absurdu przytłoczył mnie i nie potrafiłam wygrzebać z niego nic sensownego, a jeśli nie sensownego, to przynajmniej dającego się jakoś zrozumieć. Innymi słowy – poległam.

Część do epilogu czytało się całkiem nieźle i byłam przeświadczona, że w końcu wyjaśni się, dlaczego bohater trafił do szpitala, ale potem epilog zagmatwał sprawę i pozostawił mnie ogłupiałą, i teraz zastanawiam się, czemu służyła żeliwna szafa w ogrodowej szopie?

Jeśli szpital był miejscem, do którego trafiali „pacjenci”, nim dostali konkretny przydział na górę lub na dół, to pomysł nie wydaje mi się szczególnie odkrywczy. Może dlatego, że zdarzyło mi się czytać już opowiadania oparte na podobnym koncepcie, a jedno nawet tuż przed Twoim.

 

to mełł skraj ko­szu­li od pi­ża­my… ―> Piżama to spodnie i bluza, nie koszula.

Za SJP PWN: piżama  1. «luźny ubiór do spania złożony ze spodni i bluzy»

 

– Za­za­za co cię za­za­za­mknę­li? – za­py­tał ły­sie­ją­cy, przy­gar­bio­ny cher­lak. ―> Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisać jąkanie: https://poradnia-jezykowa.uni.lodz.pl/faq/zapis-jakania-sie/

 

albo po­kle­py­wał opar­cia krze­sła. ―> Krzesło ma jedno oparcie – za plecami siedzącego.

 

Nieopo­dal ko­zet­ki stał mały sto­lik… ―> Masło maślane – stolik jest mały z definicji.

Wystarczy: Nieopo­dal ko­zet­ki stał sto­lik

 

Smith prze­rwał wpół słowa i roz­dzia­wił usta. ―> Smith prze­rwał w pół słowa i roz­dzia­wił usta.

http://portalwiedzy.onet.pl/141563,,,,w_pol_wpol,haslo.html

 

– Bar­dzo czę­sto pan to po­wta­rza – Le­karz nie dał… ―> Brak kropki po wypowiedzi.

 

– Niech spró­bu­je pan po­my­śleć… ―> Raczej: – Niech pan spró­bu­je po­my­śleć

 

Or­dy­na­tor za­milkł, ode­rwał wzrok od pa­cjen­ta, spoj­rzał za okno. ―> …spoj­rzał przez okno.

Aby spojrzeć za okno, należy do niego podejść, otworzyć i wychylić się zeń.

 

a to uczy­ni z was szczę­śliw­szy­mi. ―> …a to uczy­ni was szczę­śliw­szy­mi.

 

po­pra­wił koł­nie­rzyk od pi­ża­mo­wej ko­szu­li… ―> Ponieważ wiadomo, że spodnie nie mają kołnierzyków, moim zdaniem wystarczy: …po­pra­wił koł­nie­rzyk pi­ża­my

 

– Nie.. nie wiem – od­po­wie­dział. ―> Wielokropkowi brakuje jednej kropki.

 

o dłu­gich, czar­nych wło­sach zwią­za­nych w war­kocz. ―> …o dłu­gich, czar­nych wło­sach splecionych w war­kocz.  

Warkoczy się nie wiążę, warkocze się plecie.

 

Uśmiech ani na mo­ment nie znik­nął jej twa­rzy. ―> Uśmiech ani na mo­ment nie znik­nął z jej twa­rzy.

 

Wy­piął język i udał, że wy­mio­tu­je. ―> Można komuś pokazać język, można go wysunąć, ale nie wiem, jak można wypiąć język.

 

żarówką, która wypełniała pomieszczenie nikłym, żółtym blaskiem… ―> …żarówką, która wypełniała pomieszczenie nikłym, żółtym światłem

Blask jest silny i jaskrawy z definicji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, jak zawsze mnóstwo cenych uwag. :) 

Poprawki wprowadzone, postanowiłem zostawić jednak koszulę od piżamy, mimo definicji pwn, powołując się na casus Stanleya Ipkissa z Maski, którego góra od piżamy wyglądała jak koszula. Zostawiłem też wypięty język, bo zgodnie z definicją wypiąć to wysunąć do przodu, poza tym zwrot "wypnij język" jest dość popularny w mowie potocznej. 

Dzięki też za wspomnienie innego opowiadania, z pewnością przeczytam – przypadek sprawił, że dwa takie same pomysły pojawiły się w takim samym czasie. Na swoją obronę powiem, że opowiadanie wrzuciłem po raz oierwszy już dobre dwa tygodnie temu. :) 

Co do Twojej opinii, cóż, poziom absurdu jest dość spory, stąd taki tag przy opowiadaniu. Rozumiem, że może nie przypaść niektórym do gustu. Zwykle nie lubię tłumaczyć wprost co miałem na myśli, ale jeśli chodzi o szafę: ta jest portalem – przez nią nowi pacjenci przychodzą, a starzy odchodzą. Rzecz jasna szpital jest takim miekscem, ale tekst ma też drugie dno, jeśli ominąć epilog i prolog. Bohater jest wtłoczony do szalonej rzeczywistości, jego zdrowie psychiczne jest wystawione na próbę, lekarze kierują się absurdalbymi kryteriami normalności, nawet pacjenci chcą dostatecznie oszaleć, by się stamtąd wydostać… i w końcu Smith ulega. Jak powiedział doktor, ludzi zdrowych nie ma – są tylko kiepsko przebadani.

Epilog dodaje element fantastyczny, przez to – mam nadzieję – czytelnik patrzy na tekst z zupełnie innej perspektywy. Widzi właśnie tę próbę czyśćcową. 

Pozdrawiam i dzięki za komentarz! :) 

Gekikaro, bardzo dziękuję za wyjaśnienia i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. ;)

 

…po­sta­no­wi­łem zo­sta­wić jed­nak ko­szu­lę od pi­ża­my, mimo de­fi­ni­cji pwn, po­wo­łu­jąc się na casus Stan­leya Ip­kis­sa z Maski, któ­re­go góra od pi­ża­my wy­glą­da­ła jak ko­szu­la.

Tylko że istnieje również koszula nocna, strój wkładany do spania, który z piżamą nie ma nic wspólnego. Dlatego uważam, że nazywanie górnej części piżamy koszulą, wprowadza zamęt i może prowadzić do nieporozumień.

 

Zo­sta­wi­łem też wy­pię­ty język, bo zgod­nie z de­fi­ni­cją wy­piąć to wy­su­nąć do przo­du, poza tym zwrot "wy­pnij język" jest dość po­pu­lar­ny w mowie po­tocz­nej. 

Owszem, można wypiąć pierś, można brzuch, że o tyłku nie wspomnę, można też wypiąć się na coś lub kogoś, ale o wypinaniu języka słyszę czytam po raz pierwszy w życiu. Kiedy bolało mnie gardło, badający lekarz zawsze prosił o wysunięcie/ pokazanie języka. Nigdy nie kazał go wypinać.

No i nie posiłkowałabym się argumentem o mowie potocznej, zwłaszcza że w opowiadaniu o wypinaniu języka dowiaduję się od narratora.

Jednakowoż, jak by na to nie patrzeć, to jest Twoje opowiadanie i będzie napisane takimi słowami, które Ty uznasz za najwłaściwsze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No i nie posiłkowałabym się argumentem o mowie potocznej, zwłaszcza że w opowiadaniu o wypinaniu języka dowiaduję się od narratora.

… ja to przepuściłam? Kurczę, mózg mi gnije…

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

Ech, Tarnino, zaraz tam mózg gnije… A może tylko chwilowo się wypiął… ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeczytałam te kilka dni temu i cały czas zastanawiam się, co napisać w komentarzu. 

Z jednej strony nic odkrywczego, nic szalonego (hahaha!), warsztatowo okej. Czyli średnio i neutralnie. Nie przepadam za absurdem, bo nie każdy do mnie dociera, ale zaprezentowany w Twoim opowiadaniu jest dla mnie strawny i całkiem-całkiem wpasowany w pewne (może i filmowe) wyobrażenia szpitala psychiatrycznego. 

Z drugiej strony przez te kilka dni o opowiadaniu myślałam, czyli jakiś ślad w pamięci po sobie zostawia. 

 

Zastanawiam się jeszcze nad prologiem. Jak dla mnie wydaje się zbędny. Powtarzasz podane już wcześniej informacje i definitywnie potwierdzasz to, co czego już się wcześniej domyśliłam – zgonu. Taka końcówka mi trochę kładzie klimat. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dobra, jest dwa do jednego, więc zacząłem mieć wątpliwości co do poprawności tego zwrotu.

Zgodnie z definicją sjp pwn “wypiąć” oznacza:

wysunąć do przodu lub do tyłu jakąś część ciała, wyprężając mięśnie

 

Wydaje mi się, że obydwa warunki są spełnione: następuje wysunięcie języka, a i mięśnie pracują, w końcu czym innym jest język. ;)

Nie zauważyłem tam innych obostrzeń, więc byłbym wdzięczny, gdybyście przybliżyły temat, dlaczego języka akurat nie wypina się, tylko wysuwa albo pokazuje. Osobiście spotkałem się u lekarza z “wypięciem”, jeśli już mamy się posiłkować dowodem anegdotycznym. :)

 

śniąca, dzięki za komentarz. :)  

Co do prologu, następuje tu bezpośrednie nawiązanie do tytułu, czyli dowiadujemy się o małych grzeszkach naszego everymana, które go wysłały w takie a nie inne miejsce.

Zgod­nie z de­fi­ni­cją sjp pwn “wy­piąć” ozna­cza:

wy­su­nąć do przo­du lub do tyłu jakąś część ciała, wy­prę­ża­jąc mię­śnie

Wy­da­je mi się, że oby­dwa wa­run­ki są speł­nio­ne: na­stę­pu­je wy­su­nię­cie ję­zy­ka, a i mię­śnie pra­cu­ją, w końcu czym innym jest język. ;)

Tyle że, Gekikaro, o ile wiem, język nie jest częścią ciała. Język jest narządem, a to chyba nie to samo.

Czy potrafisz wypiąć płuco, nerkę czy żołądek? Czy o penisie we wzwodzie powiesz, że się wypiął?

Za SJP PWN: język 1. «ruchliwy narząd położony na dnie jamy ustnej ssaków, płazów, gadów i ptaków, biorący udział w przyjmowaniu pokarmów, ponadto u ludzi jeden z najważniejszych organów mowy»

 

Dodam jeszcze: W tym opowiadaniu po raz pierwszy spotkałam się z wypięciem języka i to sformułowanie dziabnęło mnie okrutnie, ale, jak już wspomniałam, Gekikaro, to jest Twoje opowiadanie i wyłącznie Ty odpowiadasz za to, jakimi słowami będzie napisane. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

…a narząd czym jest? :)

Wg definicji to “część organizmu” – powstaje pytanie, czy można potraktować “ciało” i “organizm” jako synonimy w tym wypadku.

Ale dobrze, zmieniam, niech nie razi w oczy. :)

Wg definicji to “część organizmu” – powstaje pytanie, czy można potraktować “ciało” i “organizm” jako synonimy w tym wypadku.

Chyba niekoniecznie, ale nie brnijmy w to. Wypinanie kojarzy się z czymś krągłym, ma gęsto zarośnięte pole semantycznie głównie w skojarzeniu z tą częścią, którą (wypiętą!) pani Chrzanowska zatkała wyłom w murze :) i której nazwa spokrewniona jest z dziuplą :D

Słowa nie istnieją w próżni! Pamiętaj o gavagaiu.

Niniejszy komentarz, wszystkie występujące w nim postacie i wydarzenia są fikcyjne. Żadne zwierzęta nie ucierpiały podczas tworzenia tego komentarza. Maras jest piękny i dobry. Metro Goldwyn Mayers. Wraa.

xD

Pozwolę sobie zacytować siebie z poprzedniego wcielenia tego tekstu:

Dobrze mi się czytało, tekst jest bardzo sprawnie napisany. Zaintrygowało mnie już na wstępie i podobała mi się wszechobecna atmosfera absurdu. Nawet zrozumiałam zakończenie, tzn. przedostatnią scenę (a czasem bywa z tym u mnie ciężko, jak coś nie jest powiedziane wprost, przyznaję się :P)… no, może z wyjątkiem tego czarnego gościa. Sam pomysł na fabułę może jakoś mnie nie zwalił nóg, ale ładnie uniósł opowiadanie. Więc choć fajerwerków nie odczułam, to uważam “Myślą, mową…” za solidny kawałek i dlatego polecę do biblioteki.

Dzień dobry wieczór :)

Bardzo przyjemne opowiadanie. Słodko-gordzkie, miejscami zabawne, absurdalne, skłaniające do przemyśleń i ciekawie poprowadzone. Wstęp trochę mi się dłużył, może jest ciut przegadany. Środek epicki. Bardzo ładnie wykreowałeś postaci, obrazowo przedstawiłeś scenę na dywaniku. W Epilogu nieco zmieniłeś klimat i też nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Wprowadziłeś dzięki temu element fantastyczny, ale opko równie dobrze mogło poradzić sobie bez tego. Trochę mnie tym epilogiem wybiłeś z rytmu. Prolog… Hmm… jest ok. Wyjaśniłeś w nim to, czego można się było domyslić.

Opowiadanie jest napisane sprawnie. Dialogi wypadły naturalnie. Przyjemna w odbiorze lektura. 

Polecam w bibliotecznym wątku.

 

Silva, mam deja vu. xD 

Też posłużę się cytatem:

Cieszę się, że klimat opowiadania trafił w twoje gusta. Co do czarnego gościa, spina on ostatnią scenę przed epilogiem, z epilogiem – w obydwu występuje czarnoskóry koleś, po prostu chronologia jest zaburzona. Widzimy też, jak nowi pacjenci dostają się do ośrodka.

Niestety, z fajerwerkami mam problem, ale może za którymś razem odpalą. 

 

SaraWinter, dzięki za odwiedziny i komentarz, tym bardziej, że wiem, jak trudno bywa się zebrać do tekstu około 40k. :) 

Jeśli chodzi o wstęp, to rozumiem, że mówisz o pierwszej scence? Może ciut przegadana, zależało mi na tym, by pokazać w niej klimat. Scena na dywaniku to taki punkt przełomowy, po epilogu zupełnie inaczej można spojrzeć na to, co pacjenci mówią. Epilog… trochę się tego obawiałem, jak to może zostać odebrane. Pomysł był taki, by we właściwej części tekstu w ogóle nie sugerować fantastyczności, co najwyżej mamy trochę absurdu – i tak, tekst mógłby istnieć bez epilogu, ma nawet swoje przesłanie. 

Dzięki za klika!

Jeśli chodzi o wstęp, to rozumiem, że mówisz o pierwszej scence?

Tak, dokładnie :)

 

Gekikara, 

czy nawiązujesz do Johna Smitha tego filozofa i teologa, poruszającego kwestie Boga i racjonalności? Widzę związek z epilogiem, w którym mowa o czyśćcu. 

Początkowo opowiadanie mnie rozbawiło: kleksy na kartce, które na pewno mają związek z waginą i obsesją na punkcie matki:-) albo nawiązywanie pierwszych relacji w toalecie:-) Później już się nie śmiałam. 

Motyw udawania choroby psychicznej skojarzył mi się z Lotem nad kukułczym gniazdem, tylko że tam bohater udaje chorego, żeby dostać się do szpitala, a tu żeby z niego uciec. 

Dostrzegam w słowach ordynatora chrześcijańskie postrzeganie człowieka, które z góry zakłada, ze człowiek jest z natury grzeszny:

można stwierdzić, że przechowuje pan w sobie wielkie pokłady gniewu, który, jeśli nie zostanie odpowiednio skanalizowany i rozładowany, doprowadzi do…

 

każdy, absolutnie każdy, jest chory, tylko nie każdy został rozpoznany

 

To samo w epilogu:

 

Siedemdziesiąt lat? Przez cały ten czas ani jeden z twoich podopiecznych nie trafił do Dobrego Miejsca.

 

Każdy, absolutnie każdy, ma w sobie skłonność do zła, do egoistycznych, prymitywnych i destrukcyjnych zachowań. Wystarczy mu tylko podsunąć możliwość.

 

muszę jeszcze sprawić, by przestali czuć presję zasad społecznych. Żeby to zrobić, muszą trafić w rzeczywistość dla nich niezrozumiałą, wtedy działają zgodnie ze swoją naturą i można zobaczyć ich prawdziwe twarze (to ma pewnie związek z terapią Rondy Ruben)

 

Takich głębokich przemyśleń jest pełno w Twoim opowiadaniu.

 

Kobieta o siwych włosach wie, bądź podejrzewa, co dzieje się w szopie, ale pozostali mają ją za wariatkę. I tu jest pewna scena, której nie rozumiem. Ona widzi, jak doktor wchodzi sam do szopy, a wychodzi ze Smithem. Czy ten ściskający pierś w okolicy serca, czarny facet, który wychodzi z szafy (Gdy doktor przyprowadza Marka) to Smith? Wyszedł z piekła? Tzn. rozumiem, że on umarł i trafił do czyśćca, ale dlaczego czarny? Wyjaśnij mi to proszę, bo mnie to nurtuje:-) i nie rozumiem czemu Smith mija w czyśćcu Marka. Mark odchodzi a Smith przychodzi, ale przecież widzieli się tyle czasu w szpitalu…

 

czytałam z ogromną przyjemnością, pozdrawiam

 

Olciatka, nawiązanie jest całkowicie niezamierzone. Użyłem takiego imienia i nazwiska, bo jest kulturowym symbolem everymana. 

Może w opowiadaniu jest trochę śmieszne i przesadzone,ale historię z "testem kropek" i przygodą w toalecie znam z pierwszej ręki, była inspiracją dla tego tekstu, który w sumie odszedł od niej daleko.

Ordynatora zinterpretowałaś bezbłędnie od pierwszej chwili – to jest zresztą jedna z wartsw tego opowiadania, w zasadzke jego główna oś. 

Oni wszyscy mają się za wariatów i – nie zasugerowałem tego mocno, by główna część tekstu nie nabrała fantastycznego zabarwienia – wszyscy mówią prawdę. Tak, facet, który utrzymuje, że pochodzi z innej planety, też. 

Ten czarny facet, to ten sam czarny facet, którego spotykamy na koniec głównej części tekstu. Po prostu chronologia jest zaburzona – w tekście też, jeśli spojrzysz na daty poszczególnych fragmentów. Dlatego też prolog jest po epilogu. Wiem, że to trochę zagmatwane, ale właśnie o uczucie zagmatwania mi chodziło. :) 

Gekikara, już rozumiem:-) dzięki za wyjaśnienie. Świetne opowiadanie, naprawdę. Pozdrawiam

Olciatka, jakże mi miło! <3

Pozdrawiam

Dziękuję tajemniczemu klikaczowi, który ulitował się nad tym opowiadaniem i piątym klikiem posłał je do Biblioteki.

Nowa Fantastyka