- Opowiadanie: wojtas10 - Bycze łowy

Bycze łowy

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bycze łowy

 

 

– Gdzie on jest?

Klęcząca ze złożonymi pokornie skrzydłami Iris zadrżała. W głosie pytającego czaił się gniew. Jeszcze hamowany, niczym lew trzymany na uwięzi, który z każdym szarpnięciem zrywa kolejne włókienka liny. Boginka zaryzykowała szybkie spojrzenie na siedzącego przed nią na tronie władcę. Barometrem humorów Zeusa był dla mieszkańców Olimpu kolor ściskanego przezeń w dłoni pioruna. Aktualnie był biały, lecz ta biel nie kojarzyła się z chłodem śniegu, a raczej z blaskiem rozpalonego żelaza.

– Mów! – Lew szarpnął po raz kolejny, a Iris skuliła się odruchowo jeszcze bardziej.

– O, władco bogów i ludzi, Zeusie Grzmiący, Rozmiłowany w Piorunie…

– Do rzeczy!

– … Wybaczający Winy, Miłosierny, Zbawco – boginka błyskawicznie pojęła swój błąd i zmieniła litanię przydomków. – Nie wiem, gdzie jest Herakles!

– Nie kłam! To na pewno sprawka Hery! Nie dość, że zmusiła mojego syna do służby u tego durnia Eurysteusza, to jeszcze próbuje przeszkadzać mu na każdym kroku! Co zrobiła tym razem?

– Nie wiem, panie, przysięgam, że nie wiem.

– Moje orły nie mogą go wypatrzyć. Ślad urywa się na Krecie, w jaskini Dikte. To nie może być przypadek. Mów co wiesz! – Na ostrzu pioruna pojawiły się krwistoczerwone błyski.

– Mój panie, twoja boska małżonka wysłała mnie ostatnio na Santoryn, ponad pięćset stadionów od Krety! Nie wiem co działo się z twym synem, byłam zajęta zdobyciem orichalku.

– Orichalku, powiadasz… – Zeus zamyślił się na chwilę, po czym uderzył piorunem w pałacową posadzkę. – Dawać mi tu Hefajstosa!

 

 

 

Pochód, prowadzony przez żerców, szedł przez puszczę. Choć niebo dopiero ciemniało, pod koronami drzew panował już mrok. Ziemia była mokra i grząska, a opar wstający z pobliskich Czartowych Błot spowijał idących od stóp do głów, wciskając wilgotne macki pod kożuchy i skóry. Pochodnie migotały słabym blaskiem, rozrzedzonym przez kłęby mgły.

– Chłodny ranek – idący na czele Mszczuj pociągnął nosem.

– Ano – przytaknął Jaksa. – Na deszcz idzie.

Kobiety za ich plecami nuciły cicho. Obrzędy Jarego Święta miały się ku końcowi. Choć Kryst panował już i w Polsce i na Rusi od dobrych kilku wieków, mieszkający w puszczy ludzie wciąż pamiętali wiarę przodków. Obcy z rzadka docierali do osad, skrytych w głębi nieprzebytych ostępów, a już trafić do serca lasu bez pomocy miejscowych było wręcz niemożliwe, toteż żercy od niepamiętnych lat wiedli bezpieczny żywot w puszczańskim mateczniku. Na zewnątrz zielonych murów szalały wojny i zarazy, panowali kolejni władcy, zmieniały się granice, ale cóż mogło to obchodzić leśnych ludzi? Ich życie toczyło się cicho i spokojnie, od wiosny do wiosny, odmierzane siewami na wykarczowanych z trudem poletkach i wyrojami dzikich pszczół w barciach. Zewnętrzny świat trzymał się z dala. Kupcy, niechętnie zapuszczający się w gęstwinę, zatrzymywali się na ogół w wyznaczonych miejscach na granicy drzew, gdzie każdy mógł ich łatwo znaleźć. Książęcy komornicy zaś – zależnie od tego, który władca akurat rościł sobie prawa do puszczy i jak silny poczet wysłał – bądź to błądzili tygodniami po chaszczach, by zebrać w końcu skromne pogłówne, bądź przepadali gdzieś wśród bagien i mokradeł. Jednym słowem, leśni ludzie nie byli warci zachodu i dopóki sami nie sprawiali kłopotów, byli zostawiani w spokoju.

Pochód dotarł do celu. Polana, otoczona wielopniowymi, pozrastanymi dębami wibrowała energią. Kamienie, ułożone w krąg na ziemi zdawały się lśnić wewnętrznym blaskiem. Mszczuj i Jaksa zatrzymali pochód na granicy Miejsca Mocy. Do wnętrza kręgu nie miał wstępu nikt oprócz wtajemniczonych. Mężczyźni sprawnie podzielili się na grupy, układając stosy na ogniska, kobiety szykowały obiatę dla duchów lasu. Mleko i miód, piwo, placki, drób i dziczyzna. Dzisiejszej nocy nikt nie będzie głodny.

Gdy ogniska zapłonęły, Mszczuj zarzucił niedźwiedzią paszczę na głowę i rozłożył ręce.

– Na potryłu! Na fuku! Na wybratne!

Ludzie powtórzyli wezwanie. Jaksa i młodsi żercy, poubierani w wilcze i lisie skóry, sypnęli równocześnie ziołami w płomienie i polanę spowił słodko pachnący dym. Mszczuj zarżnął ofiarnego koguta i zaczął obchodzić krąg, pryskając naokoło krwią.

– Przybywaj, przybywaj! Obdarz nas!

– Na potryłu! – Tłum skandował miarowo, coraz głośniej i głośniej. – Na fuku! Na wy-brat-ne!!

Tam, gdzie przed chwilą była tylko zwarta ściana lasu, ciemność poruszyła się. W kłębach dymu zamajaczył jakiś kształt. Zaśpiew ucichł jak ucięty nożem, gdy ludzie zdali sobie sprawę z potężnej obecności.

Olbrzymi żubr wkroczył w krąg światła na polanę. Był niczym ruchoma góra. Racice żłobiły w trawie ślady wielkości talerzy. Gęste, czarno-brązowe futro lśniło w blasku płomieni. Rogi miały grubość męskiego uda i sterczały na dobry łokieć do przodu. Pomimo rozmiarów, zwierz stąpał bezszelestnie, wydając jedynie ciche pomruki. Kręcił powoli łbem na boki, a gdzie spojrzał, ludzie padali na twarz. Gdy znalazł się w środku kamiennego kręgu, zatrzymał się przed Mszczujem.

– Panie i opiekunie nasz! – Choć żerca jako jedyny stał wyprostowany, czubki żubrzych rogów mierzyły sporo ponad jego głową. – Otoś jest na wezwanie. Pobłogosław naszym plonom. Pobłogosław naszej trzodzie. Pobłogosław naszym kobietom. Niechaj…

Żubr prychnął wściekle, przerywając obrzęd i obrócił się gwałtownie. Mszczuj poczuł zmianę w otoczeniu. Miejsce Mocy zawibrowało energią. Otaczające polanę drzewa trzeszczały głośno, wyginając się pod naporem niewidzialnych sił, skręcając pnie i gałęzie w dziwaczne kształty. Z kamieni tworzących święty krąg strzelały iskry. Drgające powietrze opalizowało, tęczowe refleksy rozlewały się po niewidzialnej przed oczami zebranych ludzi barierze, formującej na środku polany półprzezroczystą sferę. Mszczuj poczuł zawrót głowy, gdy fala rozepchniętej od środka Mocy wylała się poza krąg, pozbawiając przytomności wszystkich zebranych. Kapłan padł na kolana, z nosa chlusnęła mu krew.

Żubr ryknął.

Na środku polany klęczał mężczyzna. Tak jak żercy, ubrany był w skórę dzikiego zwierzęcia, choć Mszczuj nie potrafił rozpoznać jakiego. Pysk, ochraniający głowę nieznajomego musiał należeć do gigantycznego rysia bądź żbika, ale o dziwnym umaszczeniu. Przybysz wstał, ukazując zebranym nieprawdopodobnie umięśniony nagi tors i potężne ramiona. Oczy, skryte w gęstwinie brody, spojrzały na stojącego przed nim władcę puszczy.

– Ταύρος τῆς Κρήτης! – wykrzyknął przybysz, rzucając się w kierunku zwierzęcia. Żubr ryknął ponownie, pochylając łeb i momentalnie zrywając się do ataku. Zderzyli się z łomotem i Mszczuj miał wrażenie, że jego oczy uległy jakiemuś omamowi. Spodziewał się widoku ciała, lecącego łukiem między drzewa, tymczasem byk jakby zderzył się ze ścianą. Nieznajomy czarownik – bo kimże innym mógł być tajemniczy przybysz – osadził zwierzę w miejscu, chwytając je rękami za rogi i zapierając się nogami o ziemię. Dwa sczepione ciała drżały, racice żubra zapadły się w ziemię, gdy zwierzę napierało całą masą na wroga. Mięśnie na ramionach mężczyzny nabrzmiały, twarz nabiegła krwią, Mszczuj był pewien, że usłyszy za chwilę trzask pękających kości. Olbrzym wydał z siebie ryk, żubr zawtórował mu po chwili, ale jakby słabiej, jakby… bojaźliwie? Powoli, nieuchronnie, zaciśnięte do białości dłonie zaczęły obracać łeb zwierzęcia na bok. Wściekłe sapanie przechodziło stopniowo w żałosne myczenie, w miarę gdy pokonany byk zginał kolana przed swoim pogromcą. Siłacz zawył, dobywając resztek energii z przeciążonego wysiłkiem ciała i szarpnął po raz ostatni.

Władca Puszczy runął na ziemię.

Mężczyzna oparł się ciężko o powalonego żubra. Jego świszczący oddech mieszał się z bolesnym charczeniem zwierzęcia. Oba ciała drżały z wysiłku. Przez załzawione oczy Mszczuj widział jak smugi dymu z dogasających ognisk oplatają dwie postacie, spowijając je widmowym kokonem. Opar zgęstniał, przesłaniając na mgnienie oka zmęczonych olbrzymów, po czym nagle rozproszył się, zdmuchnięty nagłym powiewem wiatru.

Krąg był pusty.

 

– Wzywałeś mnie, mężu? – Hera weszła do sali lekko niczym uosobienie słodyczy i niewinności. Zeus mimowolnie pokręcił głową z podziwem.

– Nie próbuj na mnie swoich sztuczek – powiedział surowo. – Wiem co zrobiłaś. Lub raczej co próbowałaś zrobić.

– Nie wiem o czym mówisz – bogini przybrała minę urażonej niewinności.

– Wiesz, wiesz. Rozmawiałem z Hefajstosem. Opowiedział mi, jak kazałaś mu wykuć portal z orichalku.

– Portal? – Hera zaśmiała się perliście i gdyby Zeus jej nie znał, z pewnością dałby się nabrać. – Tak ci powiedział ten nasz niemądry syn? Ależ skąd! To miała być rama do lustra.

– Aha, do lustra – mruknął z przekąsem Zeus. – I przypadkiem to lustro stało sobie w grocie, która jest miejscem moich narodzin, i w związku z tym aż kipi tam od magii.

– Oczywiście, że w twojej grocie. Przecież to magiczne lustro. Miało być prezentem dla ciebie. Pokazuje położenie każdej istoty w twoim królestwie, na wypadek gdybyś chciał kogoś odszukać.

– Kogoś odszukać, powiadasz? Na przykład byka kreteńskiego? Którego ślady, pozwolę sobie dodać, dziwnym trafem prowadziły w pobliże tejże groty właśnie.

– Nie wiem, którędy chadza byk z Krety – Hera wzruszyła ramionami. – A jeśli moje lustro ci się nie podoba…

– Dosyć tych gierek – wpadł jej w słowo Zeus. – Wiem, że zwabiłaś Heraklesa w pułapkę. Ale tym razem posunęłaś się za daleko. Twoje magiczne lustro wysłało go do innego świata. Do innego czasu.

– Och, to straszne – powiedziała bogini beznamiętnym tonem, nie siląc się nawet na odgrywanie przestrachu. Spojrzała mężowi prosto w oczy. – Co za strata. Wiem, że to twój ulubiony bękart. Tak bardzo ceniłeś Alkmenę…

– Daruj sobie te sceny zazdrości. Tak czy inaczej twoje knowania spełzły na niczym. Chronos wyrównał szale czasu i sprowadził mojego syna – zaakcentował to słowo – z powrotem.

Twarz Hery wykrzywiła się w skurczu złości, ale trwało to tylko mgnienie oka.

– Rozumiem, że wezwałeś mnie po to, by mnie wyszydzić?

– Nie, Hero – odparł Zeus poważnie. – By cię ostrzec. Toleruję twoje działania przeciw mojemu… hmm… niektóremu potomstwu oraz … hmmm… jego matkom…

– … twoim bękartom i dziwkom, z którymi je spłodziłeś – poprawiła Hera zimno.

– … i dopóki robisz to według ogólnie przyjętych zasad, uznaję, że masz do tego pełne prawo – ciągnął Zeus gładko. – Jednak igranie z czasem nie jest bezpieczne. Dla nikogo. A zwłaszcza dla bogów. Kto wie, co możemy wpuścić do naszego świata.

No, teraz to już przesadziłeś – prychnęła Hera. – Kto niby mógłby nam zagrozić?

Pokażę ci.

Zeus poprowadził małżonkę do jednej z sal, gdzie olbrzymia płachta przykrywała gigantycznych rozmiarów klatkę. Upewniwszy się, że nikogo nie ma w pobliżu, bóg odsłonił jej zawartość.

– O mój Zeusie – jęknęła Hera z mieszaniną zachwytu i przestrachu. – Jest olbrzymi!

Schwytany przez Heraklesa żubr nie wierzgał ani nie ryczał. Stał nieruchomo, mierząc olimpijskich małżonków spokojnym spojrzeniem brązowych oczu.

– Owszem, jest o wiele większy niż byk z Krety. Aż korci mnie, by go zatrzymać, ale to nie byłoby mądre. Drzemie w nim wielka siła. Obca siła. Nie jestem pewien, czy zdołałbym ją okiełznać na dłuższą metę.

– Skąd się tu wziął?

– Ten dureń Eurysteusz nakazał Heraklesowi go wypuścić, dasz wiarę? Więc po co w ogóle było go chwytać? Ale przynajmniej raz decyzja tego głupka wyszła na dobre. Chociaż sporo mnie to kosztowało, udało mi się ponownie schwytać to cudo i podmienić je na prawdziwego byka z Krety, który teraz hula gdzieś w okolicach Sparty. Nikt nie powinien się zorientować.

– Co z nim teraz będzie? – Hera wskazała na żubra.

– Odeślemy go z powrotem, Chronos już o to zadba. On nie należy do naszego czasu. A my nie powiemy o tym wydarzeniu nikomu. Ni-ko-mu. – Zeus spojrzał groźnie na żonę. – Niech Herakles wierzy, że schwytał prawdziwego kreteńczyka. Tak będzie lepiej dla wszystkich. A twoje zwierciadło zniszczymy.

– Ależ…

– Tak będzie. – Głos Zeusa nie dudnił, a piorun w ręku nie płonął. Bóg przemawiał stanowczo ale spokojnie. – Tak musi być. Wiesz o tym. Nasze małżeńskie kłótnie to jedno, ale igranie z potęgami spoza czasu to zupełnie inna rzecz.

– Masz rację mężu – przyznała po namyśle Hera. – To mogłoby mieć niewyobrażalne skutki. Chociaż… szkoda. Czuję w jego obecności dziwny spokój. Czy naprawdę nie ma innego sposobu?

– Nie ma – odparł zdecydowanie Zeus. – Ale nie musimy tego robić w tej chwili.

Boscy małżonkowie stali, patrząc w milczeniu na potężne zwierzę. Dłoń Hery mimowolnie splotła się z dłonią męża.

Dobrze było posiedzieć przy żubrze.

Koniec

Komentarze

Bardzo podoba mi się to, jak Herakles zawitał do naszego kraju przodków. Dzięki płynnym dialogom i plastycznym opisom przyjemnie i szybko się czytało i uśmiechnęło. W niektórych momentach brakuje myślnika/dywizu dialogowego, ale to szybko można poprawić. smiley

Dziękuję za przeczytanie. Pisałem w pośpiechu, żeby zdążyć z terminem, więc zapewne interpunkcja nieco leży.

Boginka zaryzykowała szybkie spojrzenie na siedzącego przed nią na tronie władcę

Boginka zaryzykowała szybkie spojrzenie na władcę, siedzącego przed nią na tronie. 

 

Lew szarpnął po raz kolejny, a Iris skuliła się odruchowo jeszcze bardziej.

Wyrzuciłbym to “odruchowo”.

– O, władco bogów i ludzi 

wywal przecinek

– … Wybaczający Winy, Miłosierny, Zbawco[.]Boginka błyskawicznie pojęła swój błąd

Pochód, prowadzony przez żerców, szedł przez puszczę 

powtórzenie

 

– Chłodny ranek[.] Idący na czele Mszczuj pociągnął nosem.

 

miejscach na granicy drzew

Na granicy lasu chyba lepiej by brzmiało

 

Kamienie, ułożone w krąg na ziemi zdawały się lśnić wewnętrznym blaskiem.

Myślę, że to można skrócić: “Kamienny krąg zdawał się lśnić wewnętrznym blaskiem”.

 

Mężczyźni sprawnie podzielili się na grupy, układając stosy na ogniska,

Wykonywali te czynności jednocześnie?

 

 Mszczuj poczuł zmianę w otoczeniu. Miejsce Mocy zawibrowało energią. Otaczające polanę drzewa

Spokojnie możesz uniknąć tego powtórzenia. 

 

tęczowe refleksy rozlewały się po niewidzialnej przed oczami zebranych ludzi barierze

Co tu się zadziało? Wystarczy: rozlewały się po niewidzialnej barierze.

 

Mszczuj poczuł zawrót głowy, gdy fala rozepchniętej od środka Mocy wylała się poza krąg

Pysk, ochraniający głowę nieznajomego[,] musiał należeć do gigantycznego rysia bądź żbika

Przybysz wstał, ukazując zebranym nieprawdopodobnie umięśniony nagi tors i potężne ramiona.

A wszyscy zebrani zemdleli chwile wcześniej i nic nie zobaczyli. :)

Żubr ryknął ponownie, pochylając łeb i momentalnie zrywając się do ataku. 

Długie, złożone zdania nie sprzyjają ukazywaniu dynamizmu.

 

Mszczuj miał wrażenie, że jego oczy uległy jakiemuś omamowi.

Czyli jednak ktoś nie zemdlał. :)

 

Spodziewał się widoku ciała, lecącego łukiem między drzewa 

Moim zdaniem przecinek zbędny

 

racice żubra zapadły się w ziemię, gdy zwierzę napierało całą masą na wroga.

To raczej jasne, że w ziemię. :)

 

w żałosne myczenie

Literówka

 

Oba ciała drżały z wysiłku.

Chwilę wcześniej też “ciała drżały” – opisz to tym razem jakoś inaczej.

 

– Nie wiem o czym mówisz[.]Bogini przybrała minę urażonej niewinności.

– Nie wiem, którędy chadza byk z Krety[.] – Hera wzruszyła ramionam

Ostatnue zdanie bym wyciął, albo przemodelował. Nie pasuje mi taka puenta, a połączenie "dobrze […] przy żubrze" też jakoś mi nie brzmi. 

 

Poczepiałem się trochę, bo mi to pomaga zachować większą czujność przy własnych tekstach. :)

Przyjemny szorciak, podoba mi się pomysł, choć jest dość prosty, co nie jest wadą. Podobały mi się fragmenty z postaciami z mitologii, krótka przygoda Heraklesa na slowianszczyznie dostała chyba trochę zbyt wiele opisów w stosunku do treści, ale ogólnie wyszło sympatycznie. 

 

 

Dzięki za uwagi. Faktycznie dałem ciała z mdlejącymi ludźmi i ukazywaniem im torsu. Generalnie przytomność stracili wszyscy prócz Mszczuja, który stał wewnątrz kręgu i uniknął fali Mocy. 

Z ostatnim zdaniem faktycznie się gryzłem, nie wiedziałem jak zakończyć, ale było już 20 minut do końca terminu więc jest jak jest. Chciałem podkreślić że nasz żubr zsyła spokój i ukojenie na wiecznie skłóconych Olimpijczyków, a z tym mi się słynna reklama kojarzy. No i jest nawiązaniem do Puszczy Białowieskiej, która to nazwa nie pada w tekście. Ale pewnie można to było jakoś zgrabniej wymyslić.

Pozdrawiam.

wojtas10, jeśli martwiłeś się terminem, to niepotrzebnie – termin został wydłużony, do końca maja albo i dłużej możesz poprawiać tekst. :) 

Polecam śledzić hydepark, albo shoutbox – ja stosuję tę drugą taktykę. 

Serio? Pojęcia nie miałem, dzięki.

Nowa Fantastyka