- Opowiadanie: MPJ 78 - Cwany, bystry i odważny,czyli za garść bananów

Cwany, bystry i odważny,czyli za garść bananów

Koniec lat 60 to kultowe spaghetti westerny  sąd tytuł. 

Słowniczek

Tat alluf  – izraelski stopnień dla dowódcy brygady, mniej więcej tyle co nasz generał brygady

raw seren – izraelski stopień  dla dowódcy batalionu odpowiednik naszego majora. 

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Nevaz, Finkla

Oceny

Cwany, bystry i odważny,czyli za garść bananów

Tel Awiw 1 ijar 5780 rok od stworzenia świata

Hanuman, kto, lub co to jest? Pytanie to zaprzątało od paru dni Ezera Goldberga, starszego analityka ministerstwa obrony Izraela. Nie był to problem błahy. Ezer bardzo starannie dobierał szczeble na drodze swej kariery, jak również poglądy polityczne. Obecnie sprawowane stanowisko, gwarantowało mu dostęp do prawdziwego budżetu obronnego. Dzięki temu mógł poznać dziesiątki szwindli i szwindelków swego resortu. To, czy ze swoimi odkryciami dzielił się z przełożonymi, składał doniesienia do organów ścigania, czy też załatwiał sprawy polubownie było oparte na skomplikowanych analizach, wpływu tych działań na dalszą karierę. Potrzebował jednak dokładnych danych do wyciągnięcia prawidłowych wniosków. W przypadku Hanumana nic nie pasowało. Waleczne państwo Izrael kupowało we własnych kibucach dwadzieścia pięć ton bananów i drugie tyle pomarańczy. Poza sezonem te same towary zdobywało w Ameryce Południowej. Zakupów dokonywano co miesiąc, jednakże nie wedle kalendarza hebrajskiego, ale tego, którym posługiwali się goje. Jakby tego było mało wszystkie te owoce ładowano w kontenery i wysyłano do Indii, zaś odbiorcę określono jako Hanumana. Po co wozić drzewo do lasu? To mógł być najdłuższy przekręt w historii Izraela. Jak to udało się ustalić Ezerowi, polecenie, aby dokonywać tych transakcji, wydał Isserowi Burstinowi, dowódcy jednostki specjalnego przeznaczenia „Rav Sariel”, jeszcze sam Mosze Dajan.

 

Z szacunku dla czasu trwania potencjalnego szwindlu, Goldberg postanowił najpierw skontaktować się z organizującym transporty tat allufem, Burstinem i załatwić sprawę polubownie. Kto wie, jak Bóg da, to może i sam coś z tych owoców skosztuję, pomyślał. Udał się więc do kibucu Bene Atarot, gdzie stacjonował oddział specjalnego przeznaczenia „Rav Sariel”. Tat allufa zastał w gabinecie, przypominającym graciarnię.

 

– Generale ciesze się, że znalazł pan dla mnie czas. – Goldberg grzecznie rozpoczął rozmowę.

– Co miał nie znaleźć, jak miał nie znaleźć, skoro sam buchalter od ministra mnie o to prosi. – Isser uśmiechnął się szeroko.

– Analityk – odruchowo poprawił go finansista.

– Niech będzie tak, skoro pan sobie tego życzysz.

– Chciałbym zrozumieć powody dla których od pięćdziesięciu dwóch lat wydajemy pieniądze na Hanumana. – Ezer położył na stole kilkanaście skanów faktur z różnych lat. – I jakim cudem, od pół wieku pan prowadzi tą sprawę.

– Ja ciebie to nie wytłumaczę…

– Bo…?

– Bo ja ciebie to pokażę.

 

Isser wyprostował się w fotelu, recytując formułę z kabały i wykonał kilka gestów. Przestrzeń wokół nich zawirowała i posypała się niczym wzór w kalejdoskopie. Po czym znaleźli się na placu budowy.

– Gdzie my jesteśmy? – Ezer rozglądał się podejrzliwie po otoczeniu.

– W kibucu Bene Atarot.

– Przecież jak przyjechałem, to były tu budynki.

– Zgadza się.

-Więc?

– A czego ty nie rozumie? Wtedy był rok pięć tysięcy siedemset osiemdziesiąty, a teraz mamy dziewiątego ijar pięć tysięcy siedemset dwudziesty ósmego, dopiero się tu budujemy. Jak się pobudujemy, to będą stali i to jak stali.

– Który! – Goldberk wyraźnie się zdenerwował.

– Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty ósmy wedle rachuby gojów.

– My…

– Trochę cofnęli się w czasie, ale teraz musimy się spieszyć, bo nam podwózka ucieknie.

 

Isser ruszył w stronę koszmarnie sfatygowanego jeepa. Pojazd był z pierwszych serii produkcyjnych i pamiętał drugą wojnę światową. Ezer usiadł obok niego z tyłu i pojazdu i znów poczuł strach.

– Czy jestem teraz wampirem?

– A o co ciebie się rozchodzi?

– Nie mam cienia – wyjęczał ze strachem Goldberg.

– A co ty myślał, że ja tu całego cię przerzucę? Niby taki mądry, a durny że szkoda gadać.

– To co ty mi zdobiłeś.

– Przesłał ja tu tylko ciała astralne.

 

Dalszą rozmowę przerwało pojawienie się Issera w mundurze z naszywkami raw serana oraz kogoś, kto izraelski mundur polowy uzupełnił o turban.

– Co to za brzydal? – Eserowi spytał Burstina.

– To jest Hanuman we swojej własnej osobistej osobie.

– Dlaczego my mu fundujemy te wszystkie owoce?

– Co ty taki niecierpliwy? To pojedziesz, ty się dowiesz.

 

Jeep, ciągnąc za sobą chmurę kurzu, mknął na złamanie karku droga przez pustynię i jakieś biedne wioski. Wreszcie dotarł na obrzeża miasta. Chwilę trwało, zanim Ezer zorientował się, że to jest Jerozolima. Wreszcie dotarli do celu, dużego budynku, przed którym trzymali wartę izraelscy żołnierze. Wewnątrz, w sali konferencyjnej byli minister obrony i minister finansów, czekano jeszcze na premiera. Lewi Eszkol spóźniał się ponad zwykłą miarę. Goldberg z nudów oglądał wyposażenie. Uznał je za mocno kiczowate, zanim dotarło do niego, iż to jest po prostu stylistyka końca lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, oczywiście wedle rachuby gojów. Również Hanuman zdawał się cierpieć na brak jakiegoś zajęcia, toteż sięgnął po paterę z owocami. Zebrani ministrowie, choć Izrael wygrał niecały rok temu wojnę z państwami arabskimi, uważali, że to jeszcze nie koniec konfliktów. Największy niepokój budziło zbliżenie Arabów z blokiem sowieckim.

– Hanumanie jak myślisz, pobijemy Muzułmanów, gdy dostaną od komunistów dużo broni? – Mosze Dajan postanowił włączyć do rozmowy małpiego króla.

– Z pomocą moich wojowników wygracie.

– A jeśli oprócz broni przyślą im w pomoc rosyjskie dywizje?

– Z moją pomocą ich pobijecie.

– A co jeśli pomogą im Chińczycy?

– Też ich pokonamy.

– O wa, Kitajców jest jakieś osiemset milionów – wtrącił z przekąsem Sapir.

– To może być problem – odrzekł Hanuman.

– Ja tam myślę, że dalibyśmy radę – Dajan powiódł po zebranych żelaznym spojrzeniem jednego oka.

– Pobić to ich pobijemy, ale nie wiem, czy wy tu w Izraelu macie dość miejsca, by ich wszystkich pochować. – Hanuman wyszczerzył się w uśmiechy i sięgnął po kolejną pomarańczę z patery.

– Z tym pobiciem to różnie być może? – Sapir oskarżycielsko wskazał palcem na Dajana.

– A czemuż to, ty tak mnie mówisz? – Mosze był wyraźnie w wojowniczym nastroju.

– Brat mojej sekretarki ostatnio zgłosił się na ochotnika do marynarki.

– Się zgłosił, to dobrze. Jakby nie, to pobór by go objął i też było by dobrze.

– Ty wiesz, o co go one pytali?

– Co ja mam nie wiedzieć, ja wiem. Wszystkich pytają o wiek i motywację.

– A jego pytali czy umi pływać.

– Też mogli – łaskawie zgodził się minister obrony.

– Ty nie udawaj, że nie wiesz co to znaczy? – Sapir, podniósł rękę w oskarżycielskim geście.

– A niby co ma znaczyć?

– Że my nie mamy okrętów.

 

Dalsze przekomarzania się ministrów przerwało wejście premiera. Eszkol zachowywał się jakby spóźnienie było spowodowane banalnym roztargnieniem. Nie mógł bowiem przyznać, iż konwój z jego limuzyną musiał nadłożyć drogi, omijając miejsce gdzie arabscy bojownicy ostrzelali izraelski posterunek. Taka informacja bez wątpienia usztywniłaby stanowisko Hanumama.

– Jak już wszyscy jesteśmy, to ustalmy nasze stanowiska. Mosze, co nam powiesz. – rzucił krótko.

– Hanuman, nam pomógł w zeszłorocznej wojnie. Pomógł bardzo, ale i my walczyć umiemy i poradzilibyśmy sobie. Z drugiej strony bez niego wojna byłaby nie sześciodniowa, ale potrwałaby jakieś dwa tygodnie. To dobry sojusznik, ale każdy sojusz ma swoją cenę i milion dolarów miesięcznie, to zbyt drogo. Na tyle nas nie stać. Takie jest moje zdanie. – Dajan dał znak, że skończył przemowę.

– Co nam powie ten, który Hanumana nam sprowadził – Lewi zwrócił się do Burstina.

– A co ja mogę powiedzieć? Wy tu ministry, ja ko to jestem ja? Prosty raw seran, co…

Isser, ty tu nie udawaj, takiego skromnego, tylko mów konkretnie – przerwał mu premier.

– Hanuman, się nam przydał i może przydać jeszcze, ale Mosze ma rację, że nie na wszystko nas stać.

– A co nam powie nasz naczelny buchalter? – Eszkol zwrócił się do Pinchasa Sapira, ministra finansów.

– O wa, Hannuman sojusznik dobry, ale drogi. A jeszcze wszystko jego wojownikom, dać trzeba i to jeszcze jakie wszystko. Toż my ich od zera ubrali, a mundury drogie. My ich uzbroili, bo jak one do nas przyszli, to tylko maczugi mieli. Bez naszych drogich uzi i jeszcze droższej amunicji, które one dostali, to co one by uwojowali? Ja wam powiem – szybko dodał minister finansów. – One by poginęli marnie i tyle. My może, im dać medale, ale nie miliony dolarów. Zbankrutować nas Hanuman chce.

– A co powie nasz gość?

– Hanuman uważa, że milion dolarów miesięcznie, to rozsądna cena, zna też życie i wie, że przysługa i nagroda są jak owoce. Najlepsza jest ta przypominająca jabłko, gdy pod cieniutką skórką przysługi jest soczysta słodycz wynagrodzenia. Niestety tak odpłacał za pomoc jedynie Rama. Wystarczyła jedna bitwa by uzyskać status półboga i nieśmiertelność. Wy Ramą zdecydowanie nie jesteście.

– My jesteśmy, jakie jesteśmy, ale czy ci z nami źle? – Dajan próbował zmiękczyć małpiego króla.

– Jednooki, ty jesteś jak pomarańcza. – Hanuman na chwilę przerwał i przybliżył do siebie kolejną paterę z owocami. – Masz grubą skórę, trochę się bronisz, ale nagrodzisz soczyście słodyczą.

– A czemu pomarańcza? Ja raczej jestem granat. Marny los tych, co mi na drodze staną. – Zaprotestował Mosze.

– Granat, to dużo pestek i komplikacje, a ty ich nie będziesz robić. Ty poznałeś smak prawdziwego zwycięstwa, takiego co sprawia, że świat cię podziwia. Dobrze wiesz, ile jest warta moja pomoc.

– Ty dobrze mówisz, ale budżet mamy malutki – Sapir widział, że Dajan jest gotów na każdy wydatek byleby tylko móc wygrać kolejne wojny.

– Ty jesteś strasznie skąpy. – Hanuman popatrzył z wyrzutem na ministra finansów. – Przypominasz owoc liczi z kolczastą skórą, pod która jest malutko miąższu kryjącego wielką pestkę, na której można połamać zęby.

– Co chcesz. Jak chcesz. Taka jest moja praca i wykonuję ją najlepiej jak umiem. – Pinchas uśmiechnął się jakby usłyszał komplement.

– Hanuman, ty tu lejesz miód. Moje mistry, to są nie muchy. One tak łatwo na twe słowa się złapać nie dadzą. – Wtrącił się premier. – Pomogłeś nam w boju, ale też musisz przyznać, że wyposażyliśmy twoje wojowniki w potężną broń.

– Potężna to była Brahmasira, jedno jej uderzenie zamieniało całe miasta w popiół, ogniem, który topił nawet kamień, a ci co byli blisko miejsca jej wybuchu i ocaleli umierali potem w mękach od ognia, który palił ich od wewnątrz, a którego nie można było ugasić wodą. Ziemia, którą ją potraktowano była potem przez lata przeklęta, a ci którzy na niej mieszkali mieli chore i zdeformowane potomstwo. Gdyby nie przysięga, którą złożyłem Ramie, sam mógłbym ją użyć i na tej wojnie, w której wam pomagałem. – Niby przypadkiem małpi król zarzucił przynętę.

– Ciekawe rzeczy mówisz Hanumanie. – Dajan natychmiast skojarzył ten opis z bonią atomową. – Masz może gdzieś plany tej broni?

– O tym porozmawiamy potem. – Lewi uciął dyskusję. – Pomówmy lepiej o zapłacie za pomoc.

– Widzę, że jesteś niczym grejpfrut – rzekł Hanuman do premiera. – Choć gruboskórny i w pierwszej chwili gorzki, możesz dać mi orzeźwiająca nagrodę.

– Ja bym dał. Co bym nie dał, ale ja nie mam z czego dać. My ubodzy tułacze.

– Była przysługa, winna być i nagroda – odrzekł Hanuman.

 

W sali zapadła cisza, tak głęboka, że nawet dało się usłyszeć nawoływania ulicznych przechodniów. Hanuman, odruchowo przybliżył do siebie trzecią paterę z owocami, ponieważ dwie poprzednie były już puste. Isser nagle uśmiechną się zaczął mówić.

– Hanuman, ty nam pomógł, nie dolarami, tylko wojownikami. My tobie na uzbrojenie twoje wojowniki, też nie dali dolarów, ale uzi. Co my będziemy tu o dolarach mówić, my ci damy inne nagrodę?

– A co wy, możecie zaoferować mi hinduskiemu półbogowi.

– Ja tak myślę, że ty lubisz nasze owoce. My się rozliczmy w standardowych morskich kontenerach pomarańczy.

– Brzmi ciekawie. – Hanuman podrzucił ostatnią pomarańczę z trzeciej patery. – Myślę, że pięć kontenerów miesięcznie, to będzie uczciwa cena.

– O wa gwałt! – Sapir złapał się za głowę. – Tyle kontenerów, skąd my tyle weźmiemy.

– Ja tam myślę, że to tanio. W zamian dostajecie moje wsparcie w każdej wojnie. – kusił Hanuman.

– A co ty powiesz na jeden miesięcznie?

– Chyba chcecie mnie obrazić. – Małpi król zabrał ostatnią pomarańczę ze stołu.

– To może jeden pomarańczy i drugi jakiś innych owoców? – Burstin starał się wypracować kompromis.

– Podoba mi się – odrzekł Hanuman. – Ponieważ ty gotów jesteś nagradzać jak banan, co pod brzydką skórką daje sycącą słodycz, to niech ten drugi kontener będzie pełen bananów.

– Choć to krzywda nasza straszna, tak straszna łez mi nie starcza by ją opłakać, – rzekł z kupiecka szczerością Lewi. – To spiszmy umowę i pierwszy transport poślemy dwudziestego dziewiątego ijar pięć tysięcy siedemset dwudziestego ósmego roku.

– Co! Nie będę czekał na moje pomarańcze trzy tysiące lat! – krzyczał Hanuman.

– Jakie trzy tysiące? Które trzy tysiące. – Isser był kompletnie zaskoczony. – Przecież dziś mamy dziewiąty ijar roku pięć tysięcy siedemset dwudziestego ósmego od stworzenia świata – dodał pojednawczo.

– Nie, dziś mamy siedemnasty vaisakha tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego roku ery Śaka – odrzekł Hanuman.

– My lepiej spiszmy daty tej umowy w rachubie gojów – zaproponował Sapir.

– Dobrze – łaskawie zgodził się Hanuman. – To pozwoli uniknąć nieporozumień.

– Tak więc mamy dziś siódmego maja roku tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego ósmego…

 

Wszystko ogarnęła szarość. Goldberg zamrugał oczami, ale sala w Jerozolimie znikła. Na powrót był u Burstina w kibucu Bene Atarot.

– I ja mam uwierzyć, że ty mnie przeniosłeś w czasie?

– Jakie uwierzy! Co za uwierzyć! Ty tam był i sam widział! – Isser był oburzony.

– Czyli podczas wojen pomagają nam wojownicy małpiego króla?

– Kto pomaga, ten pomaga.

– To dlaczego nikt nic o tym nie mówi?

– Ty niby taki mądry, a jednak durny. To jest tajne, tak bardzo tajne, że nie wolno tego nigdzie zapisywać, ani o tym mówić?

– A niby co ty robisz?

– Z jednej strony, ja ciebie o tym nie mówię, tylko pokazuję. Z drugiej kto ciebie by uwierzy, że ty to widział? Z trzeciej strony, to skoro ty do tego doszedł, to ty jesteś powołany do oddziału Rav Sariel i ja ciebie rozkazem nakładam tajemnicę.

– Mam przyjaciół – odrzekł Goldberg.

– Ty spytaj ministra, albo premiera, co to jest Rav Sariel.

– Czyli wpadłem gorzej niż Hanuman.

– Jakie gorzej? My my tu uczciwie płacimy za służbę.

– Hanuman chciał miesięcznie milion dolarów, za to dostał kontenery owoców, które w hurcie kupowane po naszych kibucach warte są mniej niż dziesiątą część tej kwoty. Na dodatek, gdyby dostawy szły wedle kalendarza hebrajskiego, to co trzy lata dostałby w ciągu roku trzynaście dostaw. Tymczasem rozliczacie się w kalendarzu gojów i dostaje dwanaście transportów rocznie.

– Ty nie zapominaj, że i co dziewiętnaście lat mamy dodatkowy miesiąc – powiedział z uśmiechem Burstin. – Niemniej, płacimy dobrze, bo Hanumam przecież się nie skarży, a jego wojownicy robili rajdy na tyłach naszych wrogów i w czasie wojny jom kipur i wiele razy później.

– Skoro już jesteśmy przy nagrodach, to mnie nie interesuje garść bananów.

– A co ciebie interesuje?

– Z tych co negocjowali tam w Jerozolimie, żyją tylko ty i Hanuman.

– To prawda – potwierdził Burstin.

– Jego nie znam, ale ty się nie zestarzałeś.

– To też prawda.

– Też bym tak chciał.

– W Rav Sariel takie rzeczy są możliwe, ale najpierw trzeba się zasłużyć. – Burstin położył nacisk na ostatnim słowie.

– Co mnie czeka?

– Na razie to poślemy cię do Indii.

– Po co?

– Hanumam został niedawno tajnym doradcą ich premiera i potrzebuje dobrego buchaltera do audytu projektów zbrojeniowych. – Bursrin uśmiechną się promiennie.

 

 

Koniec

Komentarze

Uśmiechnąłem się. Serio. Trochę mi przeszkadzała maniera wypowiedzi “starszych” bohaterów. Wiem, że było celowe i fajnie to zrobiłeś. Ale w paru miejscach “przyciąłem się” w czytaniu i wracałem, żeby zrozumieć.

Z drugiej kto ciebie by uwierzy, że ty to widział

To przykład.

W sumie koncept przedni. 

Dobry pomysł, stylizacja świetna, szczególnie porównania do owoców. Przyznam, że trochę gubiłem się podczas rozmów, czasem musiałem się domyślać, kto akurat mówi. Nie wiem jak mówią Żydzi, ale kapitalnie wyszło przedstawienie ich stereotypowego handlowania i negocjacji. 

 

– A co ja mogę powiedzieć? Wy tu ministry, ja ko to jestem ja? Prosty raw seran, co…

Isser, ty tu nie udawaj, takiego skromnego, tylko mów konkretnie – przerwał mu premier.

Tu chyba zabrakło myślnika, prawda?

 

 I jakim cudem, od pół wieku pan prowadzi tą sprawę.

Tę sprawę.

 

 i też było by dobrze

Byłoby razem

 

Dużo przecinków brakuje (a przynajmniej tak mi się wydaje), szczególnie między jednym, a drugim czasownikiem.

Ogólnie mówiąc, mnie się podobało :)

Czy oni tak mówili? Nie wiem, ale taki język panuje w książkach z kawałami żydowskimi ;) 

 

MPJ78, tutaj masz mistrzowskie IMO wykonanie rozmowy między przedwojennymi Żydami.

Już sam sposób wypowiadania się bohaterów przywołuje uśmiech na twarz, tym bardziej, że całkiem umiejętnie operujesz tą stylizacją. Od razu skojarzyło mi się ze stereotypem żydowskiej polszczyzny :) Bardzo przyjemne opowiadanie, tylko trochę w odbiorze przeszkadzały mi literówki i gdzieniegdzie brak przecinków, ale to akurat wada łatwa do wyeliminowania.

Fajne wykorzystanie maniery wypowiedzi z żydowskich dowcipów i smaczków związanych z epoką i miejscem. W kategorii humor bardzo na tak, ale trzeba troszeczkę podrasować, tak jak już wspomnieli przedmówcy. 

dziękuję za opinie, z przecinkami walczę tu bez powodzenia od lat. Może kiedyś wygram???

 

Dość niechlujnie napisane, naliczyłem się co najmniej czterech literówek.

Nie byłem pewny, czy sposób mówienia Izraelczyków odbieram pozytywnie, czy nie, ale koniec końców chyba spodobał mi się ten rodzaju humoru. Pamiętam z czasów wizyty w Izraelu, kiedy miejscowi tłumaczyli mi, dlaczego obrazki Żyda z monetą, które u nas często wiszą w sklepach i warsztatach rzemieślniczych są przez nich odbierane jako antysemickie. Gdyby ktoś chciał w ten sposób potraktować ten tekst, odebrałbym to jako dużą nadinterpretację (ale mało rzeczy już mnie dziwi na tym świecie).

Trafiłem tu przede wszystkim zainteresowany, co zrobisz z postacią Hanumana, bo ja pisałem o nim rok temu. Nie mogę powiedzieć, żebyś rozbijał na czynniki pierwsze historie o małpim bogu (choć bardzo przypadł mi do gustu pomysł powiązania go z bronią jądrową), ale nie sądzę, byś w ogóle miał taki zamiar. Sądzę, że miało być na wesoło i tak to właśnie odebrałem.

Natomiast porównania do owoców “zrobiły” dla mnie ten tekst i przynajmniej na jakiś czas zapadły w pamięci. Były świetne i zasługują na klika. Tylko przeczytaj proszę jeszcze raz i jeśli jesteś na wojennej ścieżce z przecinkami (które i mnie potrafią załatwić na szaro), to chociaż przypilnuj niesfornych literek ;).

Szalom!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie czytało się zbyt dobrze :/

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Nevaz z przecinkami problemy mam od zawsze, a ostatnio doszedł potworny deficyt czasu stąd literówki itp. Tak jak pisałem tu wcześniej język Izraelczyków był wzorowany na tym, który pojawiał się w żydowskich kawałach z różnych publikacji od tych pamiętających II RP począwszy. 

 

Czy tekst jest antysemicki? Z tego co wiem kiedyś antysemitą był ten kto nie lubił Żydów, potem antysemitami byli ci których nie lubili Izraelczycy, teraz o tym kto i co jest antysemityzmem decyduje lewicowy salon, w którym Izraelity nie uświadczysz ….

 

Anet przykro mi że ten tekst nie przypadł co do gustu.

Nie przejmuj się, zawsze musi się trafić jakaś maruda przecież ;)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Porównania do owoców bardzo fajne. Humor zawsze na plus.

Ale z tymi literówkami to mógłbyś coś zrobić…

Babska logika rządzi!

Jak tylko znajdę chwilę to postaram się ogarnąć

Nowa Fantastyka