- Opowiadanie: adanbareth - Chłopiec z Niebiańskiego Królestwa

Chłopiec z Niebiańskiego Królestwa

Beowulf, Tybet 783.

Cięłam, jak tylko mogłam, ale tych 500 znaków już nie dałam rady.  Wybaczcie ;-;

 

Po dłuższym namyśle, doszłam do wniosku, że warto by było zamieścić tu znaczenia imion, które nie doczekały się wyjaśnienia w samym opowiadaniu.

Dhondup - Wyraźny, Treściwy, Tworzący Wyraz

Nawang Phuntsok - Wspaniała Władza Mowy

Sankpo - Dobry

Karma - Poseł, Posłaniec

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Chłopiec z Niebiańskiego Królestwa

Krople krwi na śniegu wyglądały niczym kwiaty. Młode, dopiero rozwijające swe płatki, karmazynowe kwiaty. Starzec przystanął wpół kroku. Krwawy wzór wił się ośnieżoną drogą, znikając za załomem skalnym. 

Chwila, która wydała się trwać w nieskończoność. Wreszcie mężczyzna podążył za śladem. Stawiał stopy ostrożnie, z delikatną uwagą. 

Jakby naprawdę znalazł się w niebiańskim ogrodzie i przechadzał wśród girland róż w pełnym rozkwicie, uważając, by nie zahaczyć choćby rąbkiem szaty o delikatne płatki. 

Ślady kończyły się w miejscu oddalonym zaledwie kilkanaście kroków od załomu. Przed oczami starca rozciągała się szeroka półka skalna. Na niej, otoczony śnieżnym puchem, leżał chłopiec, a krwawe kwiaty rozkwitały wokół jego ciała. 

Miał złociste włosy, w odcieniu, który starcowi przypominał ciemne złoto. Blada skóra, ledwo odcinała się kolorem od śnieżnego kobierca. A jednak twarz o wyrazistych, pięknych rysach pokrywał delikatny rumieniec. 

Obok chłopca leżała bestia. Mężczyźnie wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się, że niedźwiedź ma skręcony kark. Jego wzrok z niedowierzaniem powędrował do rozrzuconych na śniegu rąk chłopca. Muskularne ramiona i duże dłonie wydawały mu się niestosowne dla tego pięknego dziecka. Były splamione czerwienią.

Do kogo należała krew, którą zobaczył rozkwitającą na nieskazitelnie białym śniegu?

Tym razem wahanie starca trwało dłużej niż tylko chwilę. Patrzył z niepokojem na tego chłopca, który wyglądał niczym mieszkaniec niebiańskiej krainy, starając się wyczytać coś z jego twarzy. Wreszcie potrząsnął głową i wyglądało na to, że podjął decyzję. 

Odwrócił się na pięcie, by podjąć mozolną wędrówkę w górę czerwonego szlaku.

***

Dhondup uważnie obserwował pogrążonego we śnie chłopca. Pierwszy raz widział włosy w kolorze złota. Mógłby przez nie wziąć dziecko za jednego z Siedmiu Niebiańskich Królów, powracającego na ziemię, gdyby tylko nie to, że widział ich czarnowłose wizerunki. 

Obok Dhondupa siedział młodzieniec ubrany zaledwie w cienką mniszą szatę. Nawang Phuntsok, bystry młody mnich, którego opat postanowił szkolić osobiście, mocno sprzeciwiał się zatrzymaniu chłopca w klasztorze. 

– Zima w tym roku jest wyjątkowo sroga, Świątobliwy. A nasze zapasy i tak pozostawiają wielu braci niedostatecznie odżywionych. Jeżeli nie zejdziemy do doliny, by je uzupełnić, bez wątpienia ktoś nie doczeka wiosny. 

Dhondup westchnął. Nawang Phuntsok miał rację. Opatowi jednak nie podobało się, że zawsze stawiał rozum ponad miłosierdziem. 

Sankpo, trzeci mnich siedzący w pokoju, poruszył się niespokojnie. Tsering – Długowieczny, tak go też nazywali. To on przyniósł do klasztoru wieści o rannym chłopcu, który ponoć gołymi rękami powalił niedźwiedzia. A przynajmniej tak twierdził Sankpo, gdy wyciągał z klasztoru Nawanga Phuntsoka na pomoc. 

Jak na tak niewiarygodny czyn, rany chłopca były wyjątkowo lekkie.

– Cóż więc mamy z nim zrobić? – zapytał starzec. – Wyrzucić go na mróz i śnieg? Czy jesteś w stanie przyłożyć do tego rękę, młodzieńcze? – Spojrzał karcąco na Nawanga Phuntsoka, który zawstydził się nieco. Potem zwrócił się bezpośrednio do Dhondupa. – Błagam cię, Świątobliwy, nie skazuj go na śmierć z odmrożenia. To wciąż tylko dziecko, choć o osobliwym wyglądzie.

– Pozostanie tutaj również może oznaczać dla niego śmierć, tylko że głodową – Nawang Phuntsok próbował jeszcze oponować, ale Opat uciszył go gestem. 

– Wyślemy kilku braci po zapasy – zadecydował wreszcie. – To niebezpieczna wyprawa o tej porze roku i zdaję sobie sprawę, że może zakończyć się śmiercią wysłanników. Ale zgrzeszylibyśmy przeciwko miłosiernemu Buddzie, gdybyśmy nie udzielili temu dziecku schronienia.

Dhondup wstał na znak, że dyskusja skończona i opuścił celę. Za nim podążył jego młody uczeń, z głową zwieszoną nisko pod ciężarem porażki. Przy chłopcu został tylko stary Sankpo, który delikatnie poprawił nakrycie sękatą dłonią. 

– Nie martw się – powiedział cicho. – Choćbym miał oddać ci ostatni kęs, ostatnie ziarno, pomogę ci przeżyć tak, abyś mógł wrócić do swojego niebiańskiego królestwa.

***

Nazwali go Bhu Karchug, co znaczy Dziecko Iskierka. Oczywiście, miał swoje własne imię, w języku, którego nie znali i nie potrafili nawet powtórzyć. Próbował ich uczyć, ale szybko się poddał.

Beowulf. Co może być w tym takiego trudnego? Dla chłopca, który bardzo szybko opanował ich język, mnisi niepotrafiący poprawnie wypowiedzieć jednego słowa, wydawali się śmieszni. 

Spędził w klasztorze buddyjskim cztery lata, ale nigdy nie potrafił przystosować się do życia mnichów. Dhondup niczym cierpliwy boddhisatwa wielokrotnie próbował uczyć go tantr, ale Beowulf zawsze mu się wymykał. Wolał przesiadywać z Sankpo.

***

Z pięknego chłopca wyrósł młodzieniec. Choć nigdy nie wziął broni do ręki, miał posturę wojownika. Górował nad każdym mnichem, nie wyłączając Nawang Phuntsoka, którego niebiosa obdarowały wyjątkowym wzrostem. 

Tymczasem wojna, o której wieści docierały od Lhasy aż po Kucha, nie pozostała bez echa nawet w odizolowanym od świata górskim klasztorze. Dwadzieścia lat wcześniej kól Trisong Decen rzucił wyzwanie Tangom, osłabionym przez bunt An Lushana i zdobył Chang'an. Teraz Imperium tybetańskie stanowiło już potęgę – twór, który potrzebował być wciąż wspierany zdolnymi utrzymać broń rękami, by nie ulec wrogowi i nie utracić wojennych zdobyczy.

***

W ciemnej celi Dhondup siedział sam. Podbródek oparł na złożonych dłoniach, ramiona przygarbił. Zmęczone oczy patrzyły nieruchomo. Ileż to już lat spędził oddany służbie miłosiernemu Buddzie i braciom?

A przecież czuł, jakby całe jego życie było zaledwie mgnieniem w porównaniu z ciężarem ostatnich czterech lat.

Drgnął i ocknął się z zamyślenia na dźwięk pukania do drzwi. Do pomieszczenia wszedł Nawang Phuntsok, zaczerwieniony od zimna. Wniósł ze sobą zapach mroźnego wiatru i śniegu. Ukłonił się głęboko mistrzowi, ale Dhondup zdążył zauważyć cień zgorszenia na twarzy ucznia. Opatowi nie przystawało garbić się w ciemności i rozmyślać nad sprawami doczesnymi. 

– Świątobliwy? Wróciliśmy z braćmi z doliny.

Ach tak, to dlatego Nawang Phuntsok do niego przyszedł.

– Jak wygląda sytuacja? – zwrócił się do ucznia, prostując zesztywniałe plecy i przyjmując bardziej godną postawę.

– Nie wygląda na to, by mieli werbować w klasztorach – odparł sucho Nawang Phuntsok. – Ale sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Na północy ataki ujgurskie nie ustają, co oczywiście jest korzystne dla Tangów. Jego Wysokość za wszelką cenę chce utrzymać Nanzhao, ale tamtejsi nie są już nam tak przychylni. 

– Rozumiem. Dziękuję ci. – Dhondup zamyślił się. Byli więc chwilowo bezpieczni. Ale jak długo? 

Wciąż powracające pytanie o czas.

– Mistrzu? – Głos Nawang Phuntsoka przywrócił go do rzeczywistości. Mnich patrzył na niego spod przymrużonych powiek. – Dlaczego właściwie tak bardzo cię to interesuje? Nie wydaje mi się, że powinieneś martwić się o…

– Nawang Phuntsoku – przerwał mu stanowczo opat, a jego oczy niespodziewanie błysnęły surowo. – Od kiedy to obowiązkiem ucznia jest karcić nauczyciela? Jeżeli naprawdę się o mnie martwisz, rozmawiaj ze mną szczerze, nie zwodząc mnie pokrętnymi pytaniami. Doskonale wiesz, dlaczego obawiam się poboru. 

Uczeń zawahał się. Dhondup poczuł, jak na widok jego zmieszania ogarnia go pełen zmęczenia smutek. Odprawił mnicha dłonią. 

– Zostaw mnie samego – poprosił. 

Nawang Phuntsok zawiesił głowę, ciężko powiedzieć, czy zawstydzony, czy rozczarowany. Jak długo jeszcze będę musiał na ciebie czekać, chłopcze? Dhondup z rozgoryczeniem spoglądał na jego wysoka sylwetkę. Kiedy wreszcie sobie wybaczysz?

W drzwiach Nawang Phuntsok odwrócił się raz jeszcze. Miał trudny do odczytania wyraz twarzy.

– Zapomniałem wspomnieć, Świątobliwy, ale po drodze do waszej celi wpadłem na kilku braci, którzy szukali Bhu Karchuga. Wygląda na to, że znowu zniknął.

***

Ośnieżone szczyty ginęły wśród chmur. Piękne, strome góry, wystrzelające w niebiosa. Były chwile, gdy Beowulf czuł dziwne wzruszenie na ich widok, jakby serce samo rwało się, by wspiąć się na samą górę, zjednoczyć z widzianym z wysokości światem.

Częściej jednak miał ochotę krzyczeć. Brakowało mu otwartej przestrzeni morza.

Szczelniej owinął się płaszczem i naciągnął kaptur na głowę. Lśniące złotem włosy mogły go zdradzić tej księżycowej nocy. 

Tropił bestię przez wiele dni, poznając jej zwyczaje i ścieżki, jakimi zakradła się do położonej w dole wioski, by dręczyć mieszkańców. Tej nocy jednak role miały się odwrócić.

Beowulf wreszcie znalazł to, czego szukał. Wznosząca się nad ścieżką półka skalna dawała doskonały ogląd na okolicę. 

Wspiął się ostrożnie po śliskiej skale. Przez moment cieszył się uczuciem przyjemnie napiętych mięśni, rozgrzanych wspinaczką. Dla takich chwil żył. Krew buzująca w żyłach, dreszczyk podniecenia, gdy ofiara po raz pierwszy znalazła się w zasięgu wzroku, starcie dwóch potężnych sił. Beowulf nie używał żadnej broni podczas polowania. Nie potrzebował jej. 

Gdyby tylko Dhondup potrafił zrozumieć. Sylwetka opata niczym słodko-gorzki wyrzut pojawiła się przed oczyma Beowulfa. Starszy mężczyzna zapewne znowu cierpiał na bezsenność. Ostatnio coraz częściej się na nią uskarżał. Czy stał przed oknem swojej malutkiej celi i patrzył na cienie gór, zastanawiając się, gdzie też podziewa się jego wychowanek?

***

Gdy stary Sankpo umierał przed trzema laty, Dhondup po raz pierwszy naprawdę zastanowił się nad jego słowami. 

Tsering odchodził w pokoju, a obok jego posłania złotowłosy Beowulf zanosił się szlochem. Dhondup pamiętał pełne zdziwienia spojrzenia pozostałych braci. Sankpo nie umierał na zawsze. Czekało go kolejne życie, nowe wcielenie, być może lepsze niż poprzednie. Dla tego chłopca jednak jakby świat się skończył.

Opat rozumiał, dlaczego łagodny staruszek był tak bliski sercu Beowulfa. Zdawał sobie też sprawę, że kilkunastoletni chłopiec może inaczej odczuwać śmierć bliskicej osoby. Ale ten dumny, surowy Beowulf?

On nie należy do naszego świata.

Trzy lata później Dhondup wciąż pamiętał słowa Sankpo.

Nie możesz go zmuszać, by się do niego przystosował. Kiedyś przyjdzie czas, że będzie musiał wrócić do siebie. Powtarzam ci, Świątobliwy, on wróci. 

Opat stał przed oknem swojej celi, spoglądając na czarne sylwetki gór i zastanawiając się, co dzieje się z jego wychowankiem. 

***

– Wydajecie się dziś w wyjątkowo dobrym humorze. 

Z łagodnym uśmiechem Nawang Phuntsok zagadnął staruszkę, która właśnie wychodziła ze świątyni. Ostatnimi czasy często przychodziła tu z pobliskiej wioski, by zanosić pełne łez modlitwy do Buddy Opame, stojącego w głównej nawie. Jej córka została zaatakowana przez bestię, przekleństwo pobliskiej wioski. 

– Owszem, ojcze – odparła pogodnie kobieta, patrząc na niego lekko wilgotnymi oczyma. – Wczoraj rano znaleźliśmy na skraju wsi zwłoki tego potwora. Ogromny tygrys, miał skręcony kark. Nic tylko cud wielkiego Buddy, ojcze, musiałam więc złożyć dziękczynienie. 

Nawang Phuntsok zawahał się chwilę, po czym odparł:

– Rozumiem. Słusznie uczyniliście. Wracajcie w pokoju i oby wasza córka odnalazła szczęście w kolejnym wcieleniu. 

Kobieta ukłoniła mu się głęboko i oddaliła w stronę bramy. Mnich obserwował ją z mieszanymi uczuciami. Wczoraj Beowulf wrócił do klasztoru po kilkudniowej nieobecności, cały zakrwawiony. Jak zawsze nic nikomu nie powiedział. Dhondup jak zawsze o nic nie pytał.

Tak to właśnie wyglądało. Wierni przychodzili do świątyni, by żalić się Opame na ataki górskich bestii. Beowulf tylko słuchał w milczeniu, by potem zniknąć na kilka dni. Wracał w strasznym stanie, a zaraz po nim przychodzili wdzięczni wieśniacy. Rozniosły się wieści, że w klasztorze stoi cudowny posąg Buddy Opame, który chroni ludzi przed dzikimi zwierzętami. 

Dhondup zawsze martwił się, że pogłoski ściągną uwagę na ich klasztor, a zwłaszcza na Beowulfa. Z jakiegoś powodu nie mógł znieść myśli, że jego wychowanek mógłby zostać wcielony do armii. Po jednej z takich ucieczek Beowulfa, rozgniewany opat zaprowadził go do swojej celi i przez długi czas słychać było ich podniesione głosy. O czym mówili? Zarówno Nawang Phuntsok, jak i inni bracia wiele by dali, żeby się tego dowiedzieć, lecz nikt nie odważył się podsłuchiwać. Od tamtego czasu jednak Dhondup nic już nie mówił, gdy Beowulf znikał na całe dnie. Zaciskał tylko usta w cienkę kreskę i odwracał wzrok. 

Jednak pomimo zmartwionej twarzy mistrza, pomimo swojej gorzkiej niechęci do złotowłosego młodzieńca, za każdym razem, gdy widział promieniujące wdzięcznością twarze wiernych, Nawang Phuntsok czuł, jak robi mu się ciepło na sercu. Beowulf musiał zaiste być narzędziem w rękach miłosiernego Buddy. Tak wiele dobra dokonało się przez jego ręce. 

Im lepiej jednak to dostrzegał, tym bardziej przygniatało go poczucie winy. Omal nie zniweczył tego dobra małością swojej duszy. 

Niekończące się koło. Z każdą kolejną falą wyrzutów sumienia, rosła jego niechęć do Beowulfa. 

Czy kiedykolwiek sobie wybaczy?

***

Zima trwała w najlepsze. Nadszedł wreszcie ten moment w roku, w którym Dhondup musiał zdecydować, czy wysłać braci do doliny po uzupełnienie zapasów, czy zaryzykować próbę dotrwania do ustania mrozów. 

Tym razem jednak nikt nie miał wątpliwości, że dalsze czekanie będzie oznaczało śmierć głodową, jeżeli w krytycznym momencie niespodziewanie śnieg zasypie drogi i odetnie klasztor od świata zewnętrznego. Tak więc któregoś ranka, gdy niebo było bezchmurne, a mróz nieco zelżał, Nawang Phuntsok wyruszył z kilkoma braćmi do doliny. Zabrali ze sobą Beowulfa. 

To był jedyny czas, kiedy Dhondup nie tylko pozwalał wychowankowi zejść do doliny, ale wręcz go o to prosił. Beowulf był silny i sprawnie poruszał się górskimi ścieżkami, stanowił więc cenne wsparcie dla mnichów.

***

Dhondup został sam i mógł do woli garbić się w swojej celi. Jego dwa największe zmartwienia wyruszyły w drogę. Gdybyż tylko mógł pozbyć się ich tak łatwo z głowy, jak z klasztoru.

– Świątobliwy? – Zza drzwi odezwał się czyjś nieśmiały głos. Opat westchnął. A przecież prosił, by mu nie przeszkadzano. 

– O co chodzi? – Nie potrafił ukryć rozdrażnienia. Jednak gdy zobaczył pełną napięcia twarz brata, irytacja zniknęła w jednej chwili. Zamiast niej nieokreślona obawa ścisnęła mu serce. 

– Świątobliwy, poborowi…– zaczął mnich i zaraz urwał. 

Dhondup poczuł swój strach niczym namacalną barierę.

Skąd ta panika? To nieracjonalne przerażenie? Ile razy nie zadawałby sobie tego pytania, nie znajdował sensownej odpowiedzi.

Nie bał się o Beowulfa. Był urodzonym wojownikiem, pomimo młodego wieku. Nie miał nawet nic przeciwko jego polowaniom, póki wracał w jednym kawałku. 

Nie, Dhondup bał się o siebie. Obawiał się tego, że popełni okrutny błąd, jeżeli pozwoli na odkrycie Beowulfa. Jeżeli młodzieniec wstąpi do armii, jeżeli weźmie udział w tej wojnie, opat nigdy sobie tego nie wybaczy. Tego się panicznie bał.

Ale to przecież nie była sensowna odpowiedź.

***

Nawang Phuntsok poczuł, jak jego serce przyspiesza. Chwilę potem zalała go fala paniki. 

– Bez wątpienia niedźwiedź. – Czy mnichowi tylko się wydawało, czy usłyszał ekscytację w głosie Beowulfa? Złotowłosy młodzieniec wstał i objął spojrzeniem ślady na drodze. – W dodatku całkiem spory i kręci się po okolicy. 

– Co robimy, Bhu Karchugu? – zapytał niespokojnie jeden z braci, wypowiadając na głos obawy Nawang Phuntsoka. – Czy powinniśmy zawrócić?

– Nie ma takiej potrzeby. – Beowulf uśmiechnął się do niego uspokajająco. – Niedźwiedzie zwykle nie atakują podróżnych, jeżeli nie mają ku temu powodów. A zawróciwszy tutaj, będziemy musieli pogodzić się z myślą, że gdyby pogoda się pogorszyła, przez wiele tygodni już nie zejdziemy.

– Bhu Karchug ma rację – poparł młodzieńca Nawang Phuntsok, choć wszystko w nim wołało, że powinien natychmiast znaleźć się jak najdalej od tego miejsca. – Powinniśmy zaryzykować i iść dalej. 

I mieć przy tym nadzieję, że w razie czego, Beowulf nas obroni, dodał w myślach. Nawet jeżeli sam Nawang Phuntsok nie zasługiwał na ratunek. 

Beowulf jakby odgadł myśli mnicha. Uśmiechnął się szerzej i powiedział:

– Nie musicie się obawiać niedźwiedzi, bracia. Nie kiedy ja jestem z wami. 

Nawang Phuntsok przez chwilę miał wrażenie, że złote oczy młodzieńca zapłonęły dzikim blaskiem. Długie włosy okalały twarz o pięknych, lecz ostrych rysach. Muskularne ciało przywodziło na myśl drapieżnika zasadzającego się na ofiarę.

Wizja zniknęła. Nie, nie musieli obawiać się niedźwiedzi, dopóki jeden stał po ich stronie.

***

Żołnierzy było trzech. Kruczoczarne włosy nosili spięte, ciała okrywały zmatowiałe kolczugi. Znoszone w bojach, ale tym bardziej budzące szacunek. U pasa przypięli miecze. 

– Mam nadzieję, że wybaczycie nam najście, Świątobliwy – odezwał się jeden z nich swobodnym tonem. Głos miał przyjemny dla ucha, choć mocny, nawykły do wydawania rozkazów. – Na imię mam Karma i przybywam w imię Canpo…

– Nie wiedziałem, że Jego Wysokość zaczął werbunek po klasztorach – przerwał mu sucho Dhondup. 

– Brakuje nam żołnierzy, ojcze – odparł szczerze Karma. – Jesteśmy silnym narodem, ale liczebnością nie dorównujemy Tangom. Nie musicie się jednak martwić, Jego Wysokość zbyt ceni buddyjskich uczonych, by przelewać ich krew.

– Co was w takim razie tu sprowadza? – Mnich rozłożył ręce. Słowa żołnierza w najmniejszym nawet stopniu nie zmniejszyły jego niepokoju. 

– Słyszeliśmy, że w tym klasztorze znajduje się cudowna figura Buddy, który strzeże ludność przed dzikimi zwierzętami. Wzbudziła moje zainteresowanie.

Pozornie w postawie i tonie głosu mężczyzny nie zaszła żadna zmiana, ale uważny wzrok opata wychwycił niepokojący błysk w jego oczach. Karma kontynuował:

– To zadziwiające, jak wielu wiernych macie w okolicy, biorąc pod uwagę fakt, że nauki Buddy dopiero od niedawna głoszone są wśród ludu.

– Jego Wysokość darzy łaskawością naśladowców Siakjamuniego. – Dhondup ze złością zdał sobie sprawę, że zaczyna się tłumaczyć przed żołnierzem. – Jeżeli przyszliście się pomodlić, z radością wskażę wam drogę do świątyni. Ale jeśli nie macie żadnej pilnej sprawy, pozwolicie, że wrócę do medytacji.

Wojskowy chyba wyczuł, że opat traci cierpliwość i zdał sobie sprawę, że owijając w bawełnę, nic nie zyska. Westchnął ciężko i spojrzał poważnie na Dhondupa.

– Będę z wami szczery, ojcze – powiedział. – Już od długiego czasu interesuję się wami i waszym tajemniczym wychowankiem. Tak, wiem o złotowłosym młodzieńcu, który mieszka w klasztorze. Widywano go czasami w miejscach, w których dochodziło do ataków, a kilkoro wieśniaków twierdzi nawet, że sam Budda przyjął postać mężczyzny o złotych włosach i zstąpił, by ich uratować. Ja jednak jestem prostym żołnierzem i nie wierzę w interwencję bogów. Wierzę natomiast, że ukrywacie tu potężnego wojownika. 

Karma wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie na stężałe rysy opata go uciszyło. Dhondup ostatkiem sił starał się nad sobą zapanować.

– Opuśćcie mój klasztor – powiedział. – I nigdy już nie wracajcie. Proszę – dodał cicho. 

Karma spojrzał na niego ze smutkiem. Skłonił głowę w milczeniu i dał znak swoim towarzyszom. Ci odwrócili się w stronę bramy. Ich dowódca powiedział jeszcze na odchodnym:

– Pomyślcie o tym, ojcze. Ile żyć możecie uratować, jak bardzo możecie przysłużyć się naszemu krajowi. Wrócę jutro po waszą ostateczną odpowiedź. Wierzę, że podejmiecie właściwą decyzję.

Dhondup z twarzą bez wyrazu patrzył za odchodzącymi. Gdyby tylko decyzja zależała od jego dobrej woli.

***

W ciemnej celi siedział stary mnich. Pochylony niby pod ciężarem długich lat, patrzył przez okno na nocne niebo. Smutek tej sceny uderzył Nawang Phuntsoka. 

– Świątobliwy – odezwał się cichym głosem. Dhondup powoli odwrócił się i spróbował do niego uśmiechnąć.

– Widzę, że wróciliście bezpiecznie – powiedział. Jego twarz przepełniała rezygnacja.

– Słyszałem o wizycie poborowych – odparł łagodnie Nawang Phuntsok, po czym nagle opadł na kolana. – Mam do ciebie prośbę, mistrzu.

– Prośbę? – Opat jakby ocknął się z zamyślenia i zmarszczył brwi. – Jaką prośbę?

Nawang Phuntsok otworzył usta i nagle powróciły do niego wspomnienia sprzed kilku godzin. Przełknął ślinę. 

– Ja…widziałem, czym on jest, Świątobliwy.

***

Atak nadszedł niespodziewanie. Bestia z rykiem wypadła na ścieżkę i rzuciła się w stronę przerażonych mnichów. Nawanga Phuntsoka bardziej przeraził jednak okrzyk, który jej odpowiedział. 

Beowulf w jednej chwili znalazł się na jej drodze i zwarł z ogromnym niedźwiedziem w morderczym uścisku. Mnisi niby skamieniali śledzili te zapasy człowieka ze zwierzęciem. Nigdy nie widzieli tak ogromnego niedźwiedzia. Był to prawdziwy potwór. 

Cóż więc można powiedzieć o człowieku, który gołymi rękami dawał mu radę? Jeszcze do niedawna mówili o nim chłopiec. Teraz Nawang Phuntsok nie nazwałby go nawet wojownikiem. Mieli do czynienia z czymś zupełnie innym.

Mgnienie oka. Ręce Beowulfa znalazły się we właściwym miejscu. Mięśnie ramion już dotąd wystarczająco napięte, zdobyły się na ostatni wysiłek. Rozległo się przerażające chrupnięcie. Beowulf wypuścił z objęć niedźwiedzia, który runął na ziemię. Ciałem wstrząsały jeszcze przedśmiertne drgania.

Nawang Phuntsok zdał sobie sprawę, że do tej pory wstrzymywał oddech. Zaczerpnął powietrza i z niedowierzaniem spojrzał na młodzieńca, który z wysiłku ledwo trzymał się na nogach. Miał wrażenie, że wreszcie coś rozumiał.

– Beowulf – powiedział cicho. Złotowłosy mężczyzna drgnął na dźwięk swojego imienia i uśmiechnął się szeroko do mnicha.

– Wiedziałem, że ty na pewno umiesz je poprawnie wymówić.

***

– Rozumiem. – powiedział cicho Dhondup, jakby sam do siebie. Spojrzał bystro na Nawang Phuntsoka. – Ale dlaczego akurat ty miałbyś mu towarzyszyć? 

Uczeń doskonale rozumiał, jakich słów mistrz nie dopowiedział. 

– Wiem, o co ci chodzi, Świątobliwy – powiedział wreszcie. – Widzicie, zdałem sobie sprawę, że to jedyny sposób, bym odnalazł spokój. Muszę pomóc mu w wypełnieniu jego przeznaczenia.

Opat milczał. Mnich mówił więc dalej, z coraz większym naciskiem.

– Rozumiem już, dlaczego tak nalegałeś na to, by Beowulfa nie zabrali poborowi. Widziałem go w walce z bestią. I miłosierny Budda sprawił, że otworzyły mi się oczy. To jest przeznaczenie tego mężczyzny, pomyślałem. Takiej siły nie należy marnować w naszych małych wojnach.

Dhondup uniósł wreszcie rękę na znak, że wystarczy.

Zrozumiałeś więcej, niż było mi dane, pomyślał ze smutkiem, patrząc na ucznia. Ja miałem tylko swój strach.

– Niech więc tak będzie – powiedział cicho. Nawang Phuntsok natychmiast ukłonił mu się głęboko, dziękując z rozpromienioną twarzą. Opat jednak nie patrzył już w jego stronę. Spoglądał przez okno, na słoneczne promienie igrające na zboczach gór. Jego twarz wydawała się starsza niż jeszcze chwilę przedtem.

– Sankpo ostrzegał mnie, że kiedyś nadejdzie chwilą, kiedy on odejdzie. Ale nie sądziłem, że zabierze cię ze sobą.

Westchnął ciężko i skłonił głowę, jakby godząc się z czyimś wyrokiem.

 

 

Koniec

Komentarze

Hm. Napisane całkiem ok. I bardzo wyszło w stylu starej ni to legendy, ni to baśni. Jako opowiadanie nie daje wiele, ale własnie jako baśń-legenda sprawdza się. Choć do mnie ten tekst nie przemawia, to muszę przyznać, że lawirowanie między spokojem buddyjskiego klasztoru wysoko w górach, a temperamentem Beowulfa, wyglądają ok.

Brak natomiast jakiejś głębszej treści, jakiegoś istotnego elementu akcji, czegoś, co dałoby się zapamiętać.

 

Część gwiazdek straciła wyśrodkowanie.

 

Plus za wtręt o konfliktach ujgursko-chińsko-miejscowych, bo to mało znany, a istotny dla dzisiejszej geopolityki fakt. Z innej, ale też filoazjatyckiej beczki – buddyzm nawet ten trochę pomieszany z szamanizmem jak w Tybecie był dla mnie zawsze trochę czarną magią, ale atmosferę klasztoru i dynamikę pomiędzy współmnichami oddałaś śpiewająco.

Beowulf w tym wszystkim wypada jak to typowy przybysz z Zachodu w mistycznym i uduchowionym świętym miejscu Wschodu. Wszędzie go pełno, robi trochę hałasu i rozróby, której miejscowi nie pojmują, ale dają mu robić swoje, dopóki nie przeleje się ich czara herbatki o smaku zen. Nie wiem, czy było to zamierzone, ale z punktu widzenia antropologii, to bardzo miły i przyjemny smaczek.

Sama historia wydaje się mniej istotna od klimatu opowieści, ale mimo wszystko lektura była satysfakcjonująca i ciekawa.

ninedin - Dziękuję za idealne domknięcie historii incydentem ze smokiem ;)

wilk-zimowy - Zawdzięczam Ci powrót gwiazdek na swoje miejsce ;) Cieszę się, że opozycja mnisi-Beowulf wyszła dobrze. Być może całość przypominałaby opowiadanie trochę bardziej, gdybym nie usunęła niemal wszystkich wątków pobocznych (całe 5 tysięcy znaków!). A może od samego początku usiłowała z tego wyjść legenda i już.

oidrin – Dziękuję za miły komentarz! Naprawdę cieszę się, że wyszukiwanie tych drobiazgów w historii Imperium tybetańskiego się na coś przydało! Atmosferę klasztoru zawdzięczam przede wszystkim filmom dokumentalnym, które ostatecznie wykorzystałam niemal głównie do tego. 

Bardzo przyjemnie się czytało. Już od początku potrafisz zaciekawić. Spodobały mi się Twoje opisy i metafory jak np. z krwią na śniegu. Takie rzeczy dodają klimatu. Brakowało mi tylko wyjaśnienia (lub nie zrozumiałam) co miał sobie wybaczyć młody mnich. Klikam:).

Taki update – klikam, bo zrozumialam, co i jak

Monique.M - Dziękuję za lekturę i cieszę się, że się podobało :) Jeśli chodzi o Nawang Phuntsoka, to przez cały czas dręczyło go, że sprzeciwiał się zatrzymaniu Beowulfa w klasztorze na zasadzie: musimy się martwić raczej o swoich niż o obcych. Stąd też nie lubił przebywać w jego towarzystwie, bo za każdym razem powracały wyrzuty sumienia.

oidrin - Dzięki ;)

Aha. Brałam to pod uwagę, ale nie byłam pewna:)

Starzec przystanął wpół kroku.

W pół.

Jakby naprawdę znalazł się w niebiańskim ogrodzie i przechadzał wśród girland róż w pełnym rozkwicie, uważając, by nie zachaczyć choćby rąbkiem szaty o delikatne płatki. 

Zahaczyć.

Blada skóra, ledwo odcinała się kolorem od śnieżnego kobierca.

Zbędny przecinek – między podmiotem a orzeczeniem nie stawiamy przecinka.

Tym razem wahanie starca trwało dłużej niż tylko chwilę. Patrzył z niepokojem na tego chłopca

“Tego” nie jest potrzebne, chłopiec był tam tylko jeden.

Piękne, strome góry, wystrzelające w niebiosa.

Podobnie jak wcześniej – zbędny przecinek po “góry”.

Zdawał sobie też sprawę, że kilkunastoletni chłopiec może inaczej odczuwać śmierć bliskicej osoby.

Bliskiej.

Z innych technicznych rzeczy: w pierwszej scenie troszkę za dużo kwitnięcia czerwienią, jak na mój gust. Ale poza tym bardzo podobał mi się klimat, sceneria tybetańskiego klasztoru i ciekawie kontrastująca z mnichami postać Beowulfa. Akcja toczy się dość powoli i nie ma jakiegoś wyraźnego punktu kulminacyjnego, ale i tak jest dość ciekawie – są relacje między mnichami, wypady Beowulfa na bestie, wzmianki historyczne. Mimo małej dynamiki tekst trafił do mnie nieźle oddanymi widokami mroźnych gór Tybetu i ogólnie atmosferą. Miła lektura :) Polecę do biblioteki.

Edit: Myślę, że te 500 znaków jeszcze da się wyciąć. Czemu tracić punkty w konkursie ;)

Nowa Fantastyka