- Opowiadanie: maciekzolnowski - Pan Anzelm, kurz na szlaku już

Pan Anzelm, kurz na szlaku już

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy, Użytkownicy IV

Oceny

Pan Anzelm, kurz na szlaku już

Anzelm Perz lubił szlaki turystyczne znakowane. Podobały mu się one, wciągały go w wir zupełnie innego świata, mamiły tajemnicą skrytą gdzieś głęboko w mrokach kniei. Wędrując, skupiał myśli i uciekał przed zalewem bieżącości, nachalną cywilizacją i natłokiem spraw zawodowych oraz domowych. Niestety tułaczki przecinającymi góry ulubionymi wstążeczkami – jak je nazywał – zdarzały się li tylko od święta, to jest w weekendy. Na co dzień zaś musiał się Anzelm parać bardziej przyziemnymi oraz mniej chlubnymi zajęciami, jak na przykład: mopowaniem podłóg w Zakładzie Geodezji, czyszczeniem kibli albo wycieraniem kurzy tamże.

Kurz był wrednawy, podobnie zresztą jak człowiek tu opisywany. Miewał swoje humorki, nawyki, a także rozrywki, o czym doktor sztuki chędożenia – pan o imieniu na literkę „a” – doskonale wiedział. Lubił na przykład rozkładać się wygodnie w pokoju konferencyjnym na i pod kanapą, gdzie znajdował (się) telewizor plazmowy, duży, długaśny, być może największy w całym tym zasyfionym i zapaskudzonym plastikami mieście Wrocławiu, w którym dzieje się akcja opowiadania. Uwielbiał kurz korzystać z kuchni oraz pięciu łazienek – wszystkich, bez wyjątku! Nie to, żeby miał naturalny pociąg do mycia z płukaniem. Co to to nie. Zasadniczo trzymał się z dala od orzeźwiającej mocy wody oraz wódy. Był kurzem, a kurz, by być sobą niby ta dziewka z reklamy podpasek, musi zachować wstrzemięźliwość wobec wszelkich płynów, pewną taką dozę suchości i nie dać się ot, tak po prostu spłukać.

I tutaj warto tak na marginesie zauważyć, że powiedzenie „myślę, więc jestem” musiałoby chyba zostać poddane gruntownej metamorfozie i przeistoczyć się w coś w rodzaju „sypiemy się, sypiemy, a wciąż trwamy… i co nam, bratku, zrobisz?”.

Gościł w najmniej podejrzanych miejscach, skryty przed wścibskim okiem gapiów, albo też – odwrotnie – brał całe kwartały, od dawna już zarezerwowane kwatery, najbardziej reprezentacyjne areały, na których występował homo sapiens, i najprzedniejsze pod słońcem miejscówki, co to – jak tylko zaświeciło wspomniane wyżej (bo przecież nie niżej) słońce – natychmiast stawały się jeszcze bardziej czarne, bardziej zanieczyszczone albo zdawały się być takimi.

Ech, szkoda gadać! Brakowało Anzelmowi nieraz siły – gdy tak stał i podpierał cztery ściany w trzech po kolei kuchniach, które oporządzał – aby walczyć z własną niemocą wobec tego najpowszechniejszego i najnormalniejszego w świecie zjawiska. Na szczęście kiedy tylko nadchodził piąteczek, a pogoda zaczynała sprzyjać borówkowemu szaleństwu – zbieractwu połączonemu ze szwendactwem – pan sprzątający wsiadał w lśniący i jakby rozwonniony tym lśnieniem pociąg i wyruszał w ulubione swoje Góry: Bardzkie, Orlickie, Złote, Bystrzyckie, Kamienne, Bialskie, Stołowe albo Sowie.

Tak miało być i tym razem. Miał skończyć pracę, a po pracy w trymiga się uwinąć, przebrać i popędzić wprost na dworzec, gdzie wsiadłby sobie i spokojnie odjechał w siną dal. Jednakże zwykły przypadek sprawił, że o mały włos albo włosek na białej i czystej podłodze, by się spóźnił. Och, nie! To by było nie do zaakceptowania przez wielkiego miłośnika podsudeckich wycieczek. Widmo oddalającego się pendolino, a wraz z nim – smutny morza gór odpływ wisiały już nad biedną głową bohatera skromnej tej opowiastki niczym grube warstwy pyłu nad biurkiem pani Basi z działu kadr, notabene strasznej flei.

Ale Perz nie należał do tych, co łatwo się poddają. Co to to nie. I nie chciał za nic w świecie jechać późniejszym pociągiem ani nie jechać wcale, toteż umyślnie się nie ogarnął i nie przebrał, a nawet nie ogolił, lecz – wprost przeciwnie – popędził na perony tak jak stał: w ciuchach roboczych oraz – co tu dużo gadać – brudnych. W ten oto prosty sposób zaoszczędził cenny czas, który – podobnie jak kurz – już od dawna nie należał do jego ulubieńców, a wręcz przeciwnie. Zdążył! Kupił bilet i gumę do żucia, potem piwo jasne… a jeszcze potem piwo jasne oraz pismo „Facet z Powerem”, następnie pomachał zasmrodzonemu wieczną zmarzliną smogową Wrocławowi na pożegnanie i odjechał, wykrzykując radosne adieu!

Wysiadł w Bardzie, gdzie zaczynał się, wiodący popod turnie, popod lasy wprost do Jaskini Radochowskiej, szlak turystyczny niebieski. A brudne oraz poplamione cytrusowo-bananową pizzą z odrobiną mortadeli dżinsy, które nosił, wydostały się razem z nim wprost na rykowisko. I w takich to oszałamiających okolicznościach przyrody doszło do jedynego w swoim rodzaju spotkania kurzu ze szlakiem turystycznym znakowanym. Mój Boże, cóż to było za zetknięcie się bytów! Las był do tej pory przecież zadbany i uregulowany, samoczyszczący się z wszelkich brudów i trucheł zwierzęcych. Aż tu nagle: bach! Ale nie wyprzedzajmy faktów. 

Dwa tak niesamowicie różne byty, które nagle połączyła więź przyjaźni i braterstwa, a wszystko to za sprawą jakiegoś anonimowego gościa od miotły i łopaty albo łopatki; dwa fenomeny w dwóch różnych kosmosu bezmiarach, zaś pośrodku tych bezmiarów – wielki smok ognisty, mający siedem głów i dziesięć rogów z diademami. Albo i bez. A wszystko je łączyło i nic nie łączyło w tym, co nierozłącznie nie dzieliło.

Kurz jednakowoż miał taką tylko przewagę nad szlakiem turystycznym znakowanym, że istniał niemalże wszędzie, będąc wszystkim, co pokrył, i niczym, czego wcale nie krył, a jego najmniejsza i najwątlejsza cząsteczka sama też była kurzu uosobieniem i uwieńczeniem fraktalnej doskonałości. Miał wiele oblicz i wcieleń, warstw i stanów gęstości, wiele nieboskich postaci w zależności od tego, czy był: kurzem, kórzem, kóżem… A może kużem?

Szlak rekreacyjno-sportowy znamionowany natomiast, by się ziścić jako jedna z kolorowych wici, potrzebował jakiegoś zarania swego i jakiegoś endu, finału albo końca świata. A istniał wyłącznie w wymiarze „od – do”, od linijki do linijki, co jako wielki minus niektórym się jawiło. Plusem zaś jego największym były: owe strzałki (strzał w dziesiątkę kogoś, kto je wymyślił). A! I oczywiście kolorek jaki szlak posiadł tak na dobre i na złe, jakikolwiek by nie był – zielony, czerwony, żółty, czarny – w oczach Boga był dobry i Bóg dobrze o tym wiedział, że taki właśnie był ów na tym pustkowiu zagubiony, a twardy niby skała, bo skała znaczy opoka – jak wiadomo – no i już.

I nagle, koło siedemnastej albo osiemnastej, zapiały wszystkie koguty w okolicy, a hen daleko za Przełęczą Kłodzką zerwał się radosny wiaterek. I zwątpił kurz z wrażenia, zwątpił, zaparł się matki rodzonej i aż przystanął. Rozejrzał się bacznie wokoło, poprószył się, rozpylił po krainie błogosławionej i tak mu się ona spodobała, że postanowił nigdy już nie wracać do najbardziej zapaskudzonego plastykami i papierami miasta Wrocławia, z którego ród jego długowieczny się wywodził. A najbardziej to mu się podobało skrzyżowanie czarnego z niebieskim na wyniosłej górze (niebędącej Górą Oliwną), jawiące się niby sam Chrystus wniebowzięty na płótnie mistrza pejzażu uchwycony, a także okoliczne Chwalisławy – z jednej, i Droszkowy – z drugiej strony.

Nazajutrz po nieprzespanej nocy pełnej gwiazd, wonnej i jaśniejącej światłem prawdy niczym wspaniały świt lipcowy, doszło do porozumienia trójstronnego, a nawet czegoś w rodzaju bezterminowego i bezprecedensowego przymierza. Obyło się bez trąb jerychońskich czy innych baranich dzwonków.

– Ty, miły, jechać do mnie nie możesz – powiedział kurz do nowego na dobre i na złe przyjaciela swego. – Ale nie martw się. 

– Nie martwię.

– Zaradzim! Ja już u ciebie na zawsze ostanę – zaciągał tak jakoś ze staropolska, bo był miejscami zastały i zatęchły niby zboże nadmiernie źrałe. – Raz będę błotem, innym razem prochem, zaś jeszcze innym – kwiecia polnego pyłkiem.

I to rzekłszy, zwrócił się kolejno bezpośrednio do pana, który utracił w tym momencie status głównego bohatera opowiastki:

– Ty zaś, mój drogi, wracaj do siebie, wracaj na zawsze i nigdy już nie wra… Nie przyjeżdżaj! Będziesz mógł od teraz podpierać nie jedną, lecz wszystkie po kolei ściany plus ścianki działowe, a i tak twój zakład pracy – Pałac Geodetów stanie się najbardziej lśniącym, najbardziej pachnącym świeżością i najbardziej schludnym miejscem w całym zasmarkanym i zaśmieconym butelkami po piwie i coli mieście Wrocławiu. Zadowolony? No to idź z Bogiem, nim się rozmyślę.

I wszyscy od tej pory żyli, lecz nie uprzedzajmy faktów. Żartowałem! I wszyscy od tej chwili egzystowali zdrowo tak, radośnie tak, ach! Anzelm Perz znalazł sobie inne góry (Beskidy) do eksploracji, w które to góry następnie uparcie oraz wytrwale jeździł, ale tylko od święta, przeważnie w co drugi weekend, gdyż w pozostałe noce i dnie tygodnia musiał zwyczajnie przebywać w pracy, w godzinach pracy. Niektórym wrocławianom poprawił się humor, a także zdrowie, sami nie wiedzieli dlaczego. Tylko niektórym, albowiem jedna jaskółka w mieście Wrocławiu wiosny nie czyni, i to nawet jeśli mowa jest o jaskółce z Pałacu Alchemików-Kartografów – prawdziwych magów od map, geodezji i katastru. I nawet sam król najjaśniejszy wydał ucztę na cześć ukochanej swej córki, tyle, że nie w Polsce, bo to nie był król polski, a jakiś obcy, zagraniczny: holenderski, hiszpański albo szwedzki… Ale to nieważne, to już zupełnie inna bajka, którą kiedyś – mam nadzieję – literka po literce wspólnie odkurzymy.

Koniec

Komentarze

Komentować, komentować, pisać proszę, bo jak nie, to kurz na tym “opku” osiądzie i ulegnie wkrótce, bu… całkowitemu zapomnieniu, i to takiemu, że nawet sam autor wyruguje go z pamięci.

Ciekawe, dziwaczne i nieco, mam wrażenie, grafomańskie. Ale tylko trochę, tak że jakby przejechać odkurzaczem to problem by zniknął.

A tak poważniej, to mam delikatne wrażenie, że momentami opisy są jednak nieco przegięte i zbyt kwieciste, co może zaburzać zrozumienie tekstu. Przez cały ten absurd i zamieszanie tworzy się jednak fajny klimat, taki nieco bajkowy. Ja bardzo lubię takie dziwaczątka, nieślubne dzieci dziwacznych pomysłów i jeszcze dziwaczniejszych wykonań. To taka forma, która w dłuższym tekście by się nie sprawdziła, stała się męcząca, a tu jednak gra. ;) Idę rzucić polecajkę do biblio.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, wielkie dzięki! Oj, masz rację, przydałaby się solidna pomoc (betowanie), a i warto byłoby chyba poprzycinać miejscami wybujałe opisy. Niby wiem, co w trawie siedzi (kleszcze, he, he), siedzi i piszczy, a jakoś nie potrafię się zdecydować, co pozostawić, a co zredukować. Nie tylko ja mam takie dylematy, tutaj nie potrafiłem się zwyczajnie powstrzymać. Ale z kolei – jakby na dokładkę – przedobrzyłem z “jazdami” biblijnymi, które są dość obrazoburcze, a nawet bluźniercze. Ech, czasem się zastanawiam, co gorsze: brak poczucia humoru czy jego nadmiar. Pozdrawiam! :-)  

Czytałam, Maćku, i z każdym zdaniem miałam wrażenie, że jestem coraz bardziej zagubiona. Wysłałeś mnie na wycieczkę z panem sprzątaczem, który jeszcze dobrze nie odstawił mopa, a już popędził na dworzec i nawet się nie odświeżył po dniu wytężonej pracy. W dodatku zakurzyłeś szlak, którym wędrował i okolicę, a to, jak mi się wydaje, urody przyrodzie nie dodało.

Obawiam się, Maćku, że to nie będzie moje ulubione Twoje opowiadanie.

 

Wę­dru­jąc, sku­piał swe myśli… ―> Wę­dru­jąc, sku­piał myśli

Zbędny zaimek – czy mógł skupiać cudze myśli?

 

po pracy w try­mi­ga się uwi­nąć, prze­brać się i po­pę­dzić… ―> Może wystarczy: …po pracy w try­mi­ga się uwi­nąć, prze­brać i po­pę­dzić

 

oraz pismo „Facet z po­we­rem… ―> …oraz pismo „Facet z Po­we­rem

http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=90:zapis-tytuow-czasopism-i-cykli-wydawniczych&catid=43&Itemid=59

 

był miej­sca­mi za­sta­ły i za­tę­chły niby zbo­rze nad­mier­nie źrałe. ―> Maćko!!! Bój się bogów!

Zborze to miejscownik i wołacz rzeczownika zbór, a Ty chciałeś napisać: …był miej­sca­mi za­sta­ły i za­tę­chły niby zbo­że nad­mier­nie źrałe.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Droga Reg. Czekałem, czekałem i w końcu się doczekałem Twojej opinii, której bardzo się tym razem obawiałem, nie wiem dlaczego. Może przeczuwałem podskórnie, że to bizarne opowiadanie nie trafi do Ciebie, ani do Finkli, ani do większości czytelników. Może sądziłem, że tekst będzie mało czytelny i rozmyty w warstwie fabularnej. Może wreszcie wydawało mi się, że przepuściłem parę “baboli”, których zwyczajnie nie zdołałem wychwycić. Mimo wszystko cieszę się, że mogłem zabrać Cię, porwać ze sobą i zaprosić w przepiękne, naprawdę przepiękne okolice: Bardo, Radochów, Skrzynka, Jaszkowa Dolna i Górna, Droszków, Chwalisław, Złoty Stok itd., itp. Nie udało się wzbudzić Twego zainteresowania tekstem tym razem, może uda się za tydzień albo dwa. ;-) Pozdrawiam serdecznie i wiosennie!  

To prawda, Maćku. Tym razem opowiadanie mnie nie porwało, ale nie tracę nadziei, że – jak sam zapowiadasz – kiedy za tydzień lub dwa opublikujesz kolejne, doznam pełnego zachwytu. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Myślę, że niepotrzebnie obawiasz się o przyjęcie opowiadania, bo już zostało przyjęte, inaczej by go tu nie było, a jest. :) 

Podobało mi się, zresztą już nie pierwszy, bo chyba drugi raz podobało mi się Twoje opowiadanie, a czytałem dwa do tej pory, więc to dobra statystyka. Osobiście lubię takie zabawy słowem i dla mnie to nie grafomaństwo, tylko specyficzny styl, może odważny, to jest odważniejszy niż inne, poprawniejsze a mniej odważne style i sądzę, że takich tekstów powinno pojawiać się więcej, żebyśmy do reszty nie skostnieli, skostniali a może i skostli (to chyba nie) w tym trzymaniu się poprawności i zasadności zasad.

To, czego mi zabrakło, to nieco więcej fabuły, nieco więcej udziwnienia, a przecież miejsce na nie było, bo jak narrator dwa razy stukał w czwartą ścianę, to za trzecim razem mógł w nią stuknąć bohater – stuknąć, a może i zburzyć. Ale nie czepiam się. To była iście odświeżająca lektura, więc zgłaszam do biblioteki.

Bardzo Ci dziękuję, Drogi Gekikardzie (mam nadzieję, że odmieniłem poprawnie), za przeczytanie, pozostawienie tu swojej opinii, i to zresztą całkiem pozytywnej, oraz nade wszystkim za docenienie odświeżającej mocy “opka” pod względem zabaw językowych oraz ogólnej atmosfery “lekkiego odjechania”. :-)

Maciekzolnowski, chyba Drogi Gekikarze:-) ale to Regulatorzy wiedziałaby najlepiej:-) a teraz do rzeczy: świetnie się bawiłam, czytając Twoje opowiadanie, dużo humoru i ironii:-) pozdrawiam

Nowa Fantastyka