- Opowiadanie: Dalibor - Wieczna zemsta

Wieczna zemsta

Orestes, Kazań 1775.

W kwestii wyjaśnień, lub przypomnień: Orestes to w mitologii greckiej syn Agamemnona, który  w akcie zemsty zabija własną matkę - jego morderczynię – oraz jej kochanka.

Miłej lektury.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy II, Użytkownicy, Użytkownicy III

Oceny

Wieczna zemsta

W powietrzu unosił się słodki zapach śmierci. Drobinki krwi połyskiwały metalicznie w pełnym słońcu, wpasowując się idealnie w pałacowy krajobraz i niemal niknąc na tle posadzki, pokrytej wielokolorową, ceramiczną mozaiką.

Ciało Ismaila leżało bezwładnie na dziedzińcu, tuż przy bogato zdobionej, wspartej na dwunastu kamiennych lwach fontannie. Z jego piersi wystawał sztylet, na którego rękojeści mienił się znak złotej liry.

Ten sam symbol znajdował się na obu końcach spiżowego łańcucha, który nieubłaganie zaciskał się na szyi Ilham, faworyty niedoszłego emira Grenady.

– Gdybym… mogła cofnąć czas – wycharczała bezsilnie swe ostatnie słowa.

Po raz kolejny nie miała w sobie wystarczająco dużo woli, by walczyć. Szarpnęła za łańcuch dwukrotnie, po czym osunęła się na kolana. Czując, jak jej przekrwione oczy zakrywa nieprzenikniona czerń nieskończoności, poddała się jej z uległością.

– Oddałbym za to swe nędzne życie – wyszeptał, poluzowując łańcuch.

Obojętnym wzrokiem spojrzał, jak pozbawione życia ciało Ilham zanurza się w niecce fontanny, wywołując na szafirowej tafli wody delikatną falę. Stał nieruchomo przez moment, próbując znaleźć w sobie choćby najdrobniejsze ziarno satysfakcji z dokonanego czynu. Czuł jednak, że to jeszcze nie koniec.

Ilekroć odnajdywał i zabijaj kolejne wcielenia swej matki i jej kochanka, liczył, że to już ostatni raz. Czekał, aż wreszcie spłyną na niego wyrzuty sumienia, ale wówczas pojawiała się wokół niego ta specyficzna woń, abstrakcyjna mieszanka zgnilizny i popiołu, która to napawała go wewnętrznym przekonaniem, że zemsta nie została dokonana skutecznie. Śmierć ewidentnie bawiła się z nim w kotka i myszkę. Wystarczał jeden głęboki wdech i Orestes wiedział, że jego matka wraz ze swym kochankiem odrodzą się w innym miejscu i innych czasach.

Zwinął łańcuch trzymany w dłoniach i schował go w ukrytej kieszeni galabiji. Wyciągnął sztylet z piersi Ismaila i dokładnie wytarł go z krwi w jego czarną, przetykaną srebrną nicią kamizelkę.

Podszedł do jedynego drzewa, wyrastającego monumentalnie na środku pałacowego placu i oparł o nie swe zbrukane posoką ręce.

– Powiedz gdzie i kiedy – wyszeptał, pochylając głowę, a w tym samym momencie usłyszał za swoimi plecami histeryczny śmiech.

Odwrócił się natychmiast i zobaczył, jak martwe ciała Ismaila i Ilham unoszą się w górę, otulone przez tuman żółtego pyłu, po czym, rozpływając się w powietrzu, znikają bez śladu.

– Powiedz gdzie i kiedy! – wykrzyknął, wbijając wzrok w bezchmurne niebo.

Świetlisty snop, niczym strzała wypuszczona znikąd, uderzył w drzewo, powodując, że jego kora rozpostarła się jak płócienna zasłona, odkrywając przed Orestesem zionącą hermetyczną czernią dziurę. Mężczyzna wszedł do wnętrza, jak do kapsuły, a kora drzewa zasklepiła się za nim w jednej chwili, więżąc go w środku. W zupełnej ciemności dostrzegł pulsujący rytmicznie i emanujący ciepłem punkt. Wyciągnął dłoń w jego kierunku i poczuł jakby skórę na niej rozcinało rozżarzone ostrze. Syknął z bólu, ale nie cofnął ręki. Po chwili punkt zniknął, pozostawiając na dłoni Orestesa ognisty napis: Kazań 1775.

Mężczyzna przykucnął i objął swe kolana rękoma. Poczuł, że drzewo osacza go, zaciska się na jego ciele i brutalnie je miażdży. Łyko napierało nieustępliwie na jego skórę, powodując, że kurczył się i zapadał w sobie jednocześnie. Trwało to do czasu, gdy wzburzone soki drzewa przeniknęły barierę ciała Orestesa i zaczęły szalenie pulsować w jego żyłach. Rozprostował wtedy nogi, które niczym korzenie zaczęły drążyć grunt coraz głębiej i głębiej, by w końcu wrosnąć w ziemską skorupę, przebić się przez nią i wykiełkować we wskazanym miejscu za dwieście lat.

 

***

 

Furmanka podskoczyła z łoskotem na niewielkiej rozpadlinie, po czym jej tylne koła zapadły się do połowy w brei, pełnej lodowych odłamków.

– Mówiłem, że to głupi pomysł! – wykrzyknął Jegor Wasiljewicz, zeskakując z wozu.

– Kto by się spodziewał, że lód na rzece w styczniu będzie tak kruchy? – próbowała usprawiedliwiać swoją decyzję o jeździe na skróty Maria.

– Od ponad tygodnia mamy dodatnie temperatury. Rzeczywiście, było to trudne do przewidzenia – odpowiedział sarkastycznie, zaraz potem klnąc szeptem pod nosem.

– Pobiegnę po jakiś kołek do tego zagajnika. – Wskazała palcem niewielkie skupisko lichych drzewek, z dominującym nad nimi wiekowym dębem. – Zaraz podważymy koła i jakoś się wydostaniemy. – Chęć załagodzenia sytuacji sprawiła, że Maria chciała być pomocna, jak nigdy.

– Tylko prędko! – odpalił, wyciągając z bocznej skrzyni wozu siekierę i podając ją kobiecie. – Nie wiem, jak tu jest głęboko. Jeszcze wciągnie nas pod wodę z całym arsenałem i akcja z Pugaczowem weźmie w łeb na starcie.

Biegła przed siebie, odwracając się co chwilę i upewniając, że furmanka wciąż stoi na zamarzniętej rzece.

Zagajnik emanował dziwnym ciepłem. Wchodząc pomiędzy drzewa, poczuła niemal letnią temperaturę i odruchowo ściągnęła z głowy futrzaną czapkę. Rozejrzała się wokół, ale w zasięgu wzroku nie znalazła żadnego konara, który mógłby się jej przydać. Spojrzała na dąb, który jako jedyny z okolicznych drzew miał na tyle grube gałęzie, by sprostać ciężarowi wozu. Zakręciła w dłoni siekierą i podeszła do drzewa, żeby ściąć jeden z najniżej wyrastających konarów.

– Lepiej tego nie rób – usłyszała słowa, wypowiedziane łamanym rosyjskim.

Zza dębu wyłonił się wysoki mężczyzna w pożółkłym, płóciennym, przypominającym sukienkę stroju. Jego akcent, ale przede wszystkim śniada skóra i migdałowe oczy, zdradzały, że nie pochodził stąd.

– Bo co? – zapytała arogancko, uderzając rytmicznie obuchem w swą otwartą dłoń.

– Bo nawet najmniejszy wiór z tego drzewa jest wart tysiąckroć więcej, niż twoja marna furmanka. – Uśmiechnął się szyderczo. – Chodź – dorzucił głosem nieznoszącym sprzeciwu – pomogę ci ją wydostać, a w zamian za to zabierzesz mnie do Kazania.

 

***

 

Wóz toczył się leniwie wąskim, leśnym duktem, a jego skrzypiąca przednia oś, niczym metronom, nadawała rytm podróży. Z długiej chwili milczenia wytrącił ich dopiero widok majaczących na horyzoncie miejskich zabudowań.

– Jeszcze ze trzy wiorsty i będziemy na miejscu – powiedział wesoło Jegor.

– Całe szczęście, w krzyżu już mnie łupie od tego siedzenia. – Maria rozmasowała lędźwie i rzuciła zaczepne spojrzenie w kierunku mężczyzny, który ledwie godzinę wcześniej pomógł im wydostać furmankę z lodowej pułapki na rzece.

Przedtem wydawało jej się, że wyglądał jak zagubiony wędrowiec z jakichś południowych krain, ale teraz widziała dokładnie, że skórę miał całkiem białą, a jego oczy były delikatnie skośne, prawie mongolskie. Tylko jego strój pozostawał nadal kulturowo obcy.

– Skąd jesteś? – zapytała nieśmiało.

– Z Kokandu – odpowiedział bez namysłu.

– Nic mi to nie mówi – wtrącił się Jegor – to jeszcze Rosja?

– Ty mi to powiedz – zareagował wymijająco. – Nie byłem tam od wieków.

– Chyba tak – zastanowił się. – Nazwisko masz jakby rosyjskie, Oreście Cyrylowiczu Smiertin. Tylko to imię jakieś takie…

– Nie ja je wybierałem – przerwał mu – ale matka, której, jak wam mówiłem, szukam. Podobno jest w Kazaniu.

– Kazań to duże miasto – wtrąciła Maria. – Jak chcesz ją znaleźć w tym gąszczu ludzi?

– Mam coś, co mi pomoże. – Zza pazuchy wyciągnął kamienną tabliczkę, wyglądającą jak artefakt z pradawnych wieków, na której wyryty był wizerunek kobiety.

Maria wzięła ją z jego dłoni i spojrzawszy na nią szeroko się uśmiechnęła, ukazując gołe dziąsła dolnej szczęki. Podała tabliczkę Jegorowi, który właśnie w tym momencie popędzał wychudzoną szkapę, ciągnącą z mozołem furmankę. Mężczyzna na widok podobizny zaśmiał się rubasznie i klepnął otwartą dłonią w kolano.

– To twoja matka? – zapytał, nie przestając się śmiać. – Zabawny jesteś Oreście Cyrylowiczu. Słyszałem, że mówią o niej matka narodu, ale żeby traktować to aż tak osobiście.

– Wiesz kim jest ta kobieta? – spytał zbity z tropu Orest.

– Nie wydurniaj się. – Maria również nie mogła powstrzymać śmiechu. – Przecież to nasza z Bożej łaski, tfu! – splunęła na drogę – caryca Katarzyna.

Orestes milczał, a gdy dwójka jego towarzyszy w końcu przestała się śmiać, wyciągnął z wewnętrznej kieszonki jeszcze jedną tabliczkę.

– Tego człowieka zapewne też znacie – stwierdził, podając ją Marii.

– To, jak mniemam, twój ojciec – zachichotała.

– Ojczym – odpowiedział bardzo poważnym tonem.

– Eh… trzymają się ciebie żarty – skwitował Jegor, spoglądając przez ramię na wyryty w kamieniu wizerunek mężczyzny – ale akurat z tego człowieka nie należy żartować.

– To Jemjeljan Pugaczow. Szkoda chłopa – powiedziała ze smutkiem.

– Nie żyje? – zapytał z nadzieją Orest.

– Żyje – odparł Jegor – ale pewnie już niedługo. Kozackie ścierwa wydały go wojskom carskim. Zamknęli go w lochu i od września czeka na przewiezienie do Moskwy. Podobno za dwa dni zapakują go w klatkę i wywiozą z Kazania.

– Ale wtedy my… – zaczęła Maria.

– Milcz, babo! – Jegor trzasnął ją na odlew, zrzucając z jej głowy czapkę.

– Chcecie go odbić – stwierdził Orest.

– To dobry człowiek – powiedziała Maria, naciągając z powrotem futrzankę na uszy. – Ta twoja, za przeproszeniem, matka gziła się z nim, ale jak jej się znudził to przestała przymykać oczy na to, co robił. Teraz podobno chce go w Moskwie. Jak go tam przewiozą, to pewnikiem zginie.

– Mógłbym wam pomóc – wzbudził nadzieję Orest – ale tego nie zrobię. Ten człowiek to istny wąż i naprawdę zasługuje na śmierć.

Jegor wybałuszył oczy ze zdumienia. Nie po to walczył u boku Pugaczowa o zniesienie pańszczyzny, by teraz wysłuchiwać obelg od byle przybłędy, napotkanej przypadkiem na trakcie.

– Wypieprzaj z mojego wozu! – wrzasnął.

Chwycił lejce i zamachnął się, by zdzielić nimi Oresta, ale ten uchylił się i zeskoczył sprawnie z furmanki.

– Jedźcie z Bogiem! – krzyknął w kierunku oddalającego się wozu.

Kazań był w zasięgu wzroku.

 

***

 

Siedziba guberni kazańskiej znajdowała się w obskurnym, dwupiętrowym pałacyku, który wyrastał niczym liszaj na ogromnym placu, przykrytym gdzieniegdzie łachami brudnego, mokrego śniegu. Wejścia do budynku strzegło dwóch żołdaków, których czerwone gęby zdradzały, że dla rozgrzania organizmu uraczyli się już dziś czymś mocniejszym.

Orest przeszedł obok nich bez słowa i chwycił za rzeźbioną, metalową klamkę drzwi wejściowych.

– Dokąd to? – zawołał jeden ze strażników. – Nie wiecie, że dla chłopstwa urząd jest zamknięty?

– Podobno szukają kata dla Pugaczowa – powiedział spokojnie i pomachał zwitkiem papieru, który zerwał chwilę wcześniej z jednego z okolicznych płotów.

– Szukają, szukają i znaleźć nie mogą – zaśmiał się drugi z żołnierzy. – Tylko prawdziwy dureń chciałby zabić tak zacnego człowieka.

– No to jestem – odpowiedział Orest i uśmiechnął się szyderczo.

Strażnicy spojrzeli po sobie, jakby nie dowierzając słowom, które przed chwilą usłyszeli z jego ust. Z ich zachowania wywnioskował, że mimo służby dla carskiej instytucji, w rzeczywistości podzielali poglądy, w imię których Pugaczow wzniecił powstanie. Zapewne mieli chłopskie pochodzenie, a służba była dla nich wyłącznie przymusem.

– Wchodź – powiedział oschle jeden z żołnierzy i splunął mu pod buty. – Obyś do końca życia przeklinał dzień, w którym zabijesz Jemjeljana Iwanowicza.

 

Kirył Stiepanowicz z wielką ulgą i satysfakcją uścisnął dłoń Orestesa. Gdyby nie znalazł kata w Kazaniu, już jutro jechałby do Moskwy, uwięziony w klatce razem z Pugaczowem.

– Sto rubli płatne z góry – powiedział do Oresta, wręczając mu sakiewkę z monetami, kwit podróżny, przydział mundurowy oraz dokument potwierdzający zatrudnienie go w celu wykonania egzekucji. – Jutro o świcie stawisz się na Kremlu Kazańskim przy Wieży Söyembikä. Odbierzesz mundur i zabierzesz się razem z konwojem do Moskwy.

Orest zanurzył rękę w woreczku i wyciągnął garść monet, na awersie których widniało popiersie jego matki, znanej w tych czasach jako Katarzyna Druga, a na rewersie dwugłowy orzeł.

– Już wkrótce jedna głowa spadnie – szepnął do siebie pod nosem.

 

***

 

Pogoda uległa kompletnemu załamaniu w momencie, gdy wyjechali na przedmieścia Kazania. Śnieg walił z nieba grubymi płatami, a silny zachodni wiatr sprawiał, że konwój, złożony z dwunastu konnych i wozu, na którym w stalowej klatce siedział zakuty w kajdany Pugaczow, poruszał się w iście ślimaczym tempie.

Orest zaciągnął uszankę na głowę najgłębiej jak się dało, a twarz szczelnie opatulił filcowym szalem. Mimo tego, uczucie chłodu go nie opuszczało. Zastanowił się przez moment, czy nie łatwiej byłoby mu zabić ojczyma tu i teraz, a na podróż do Moskwy i rozprawienie się z matką wybrać bardziej sprzyjającą porę roku. Stwierdził jednak, że chce zobaczyć minę ich obojga w chwili, gdy ponownie wypowie słowa „Zemsty za krew”, formułki, która w iście boski sposób budziła w ich głowach wspomnienia złych uczynków z poprzednich żyć.

– Mam nadzieję, że ta menda nam tu nie zamarznie – wyrwał go z zamyślenia jeden z żołnierzy, wskazując głową klatkę z więźniem.

– Heh, jaśnie pani Katarzyna chyba kazałaby nas obedrzeć ze skóry, gdyby nie mogła osobiście delektować się widokiem spadającego na ziemię łba Pugaczowa – zaśmiał się Orest. – Dajcie mu gorzałki, niech się nieco rozgrzeje.

Odpiął wiszący przy siodle bukłak i rzucił go w kierunku swojego rozmówcy. Ten jednak, nim zdążył go złapać, zwalił się na ziemię jak kłoda. W miejscu jego prawego ucha pojawiła się krwawobrunatna dziura, z której razem z mózgiem wypływały obelgi, których żołnierz nie zdołał już wypowiedzieć.

Wiatr przywiał zapach prochu, lecz zanim ktokolwiek z konwoju zdążył zareagować, z niewielkiego, przydrożnego zagajnika padło jeszcze kilkanaście celnych strzałów. Orest poczuł świdrujący ból karku oraz ciepło krwi, sączącej się strużką po jego plecach. Powoli tracił przytomność.

– Tego bierzcie żywcem! – zamajaczył mu jeszcze w uszach znajomy głos Jegora Wasiljeiwcza. – Dla niego mam przygotowaną specjalną niespodziankę.

 

Ocknął się, gdy wóz podskoczył na nierównej drodze, tuż za rogatkami Moskwy. Chciał przetrzeć oczy, ale skutecznie uniemożliwiły mu to łańcuchy, którymi skuty był wewnątrz stalowej klatki.

– Panicz się obudził. – Głos Marii wywołał salwę radości. – Całe szczęście, bo zaraz będziemy na miejscu – dodała, rozdziawiając usta w bezzębnym uśmiechu.

Orestes nie rozumiał sytuacji, w jakiej się znalazł, ale Jegor, nie czekając aż o cokolwiek zapyta, pospieszył mu z wyjaśnieniami.

– Pewnie zastanawiasz się, co robisz w tej klatce, Oreście Cyrylowiczu? – zapytał. – Otóż wyobraź sobie, że już mieliśmy cię rozerwać w cztery konie, gdy nagle Jemjeljan Pugaczow wpadł na genialny pomysł. Jutro zginiesz przed carycą zamiast niego, a on osobiście wykona wyrok – zaśmiał się, a wraz z nim jego kilkunastu towarzyszy, przebranych w mundury zabitych wcześniej żołnierzy. – Zaiste, ten człowiek to prawdziwy wąż.

– Któż wam uwierzy, że ja to on – zapytał niewyraźnie Orest, czując, że każde słowo grzęźnie mu w gardle i sprawia niewysłowiony ból.

Pugaczow, jadący konno tuż przy Jegorze, zarechotał perfidnie.

– Gębę masz stłuczoną na kwaśne jabłko – powiedział z satysfakcją. – Nikt nie jest w stanie rozpoznać, czyś ty Orest Cyrylowicz Smiertin, Jemjeljan Iwanowicz Pugaczow, czy może cudownie ocalony car Piotr Trzeci.

Orestes zmarszczył czoło i nadął policzki, czując jednocześnie jak pękająca na twarzy skóra otwiera jeszcze całkiem świeże rany. Językiem przejechał po dziąsłach i ze smutkiem stwierdził, że brakuje mu kilku zębów. Rana postrzałowa karku, której, jak mniemał, doznał zapewne kilka dni temu zaczynała się goić i potwornie swędzieć. Sytuacja wydawała się zupełnie beznadziejna.

Poczuł, że w wewnętrznej kieszeni koszuli wciąż ma swój spiżowy łańcuch. Była to jednak marna pociecha.

 

***

 

Na Placu Bołotnym zebrała się całkiem spora grupa gapiów, wśród której większość stanowiła moskiewska biedota. Wieść o egzekucji Pugaczowa krążyła po Moskwie od kilku tygodniu, a gdy wreszcie klatka z więźniem dotarła na miejsce, miastem zawładnęła prawdziwa żądza krwi. Wszyscy zastanawiali się, w jaki to sposób caryca potraktuje swojego byłego faworyta i prześcigali się w pomysłach na najbardziej okrutną śmierć. Liczyli na naprawdę krwawą kaźń i gdy w końcu carski herold wyszedł na taras na Placu i ogłosił, że Pugaczow zostanie ścięty, przez tłum przetoczył się jęk zawodu i niezadowolenia.

Jemjeljan, ubrany w czarną sukmanę i kaptur, spod którego widoczne były tylko błyszczące w styczniowym słońcu oczy, podszedł do otoczonego kamienną balustradą tarasu i przedstawił heroldowi jakiś dokument. Papier, wydany Orestowi przez Kiryła Stiepanowicza, potwierdzał prawo do wykonania wyroku śmierci. Herold kiwnął z aprobatą głową, a Pugaczow podniósł leżący przy tarasie topór i powolnym krokiem skierował się w stronę stalowej klatki, w której siedział pogodzony z losem Orest Cyrylowicz Smiertin.

Na specjalnie przygotowanym drewnianym podwyższeniu, stanowiącym swego rodzaju lożę, ustawione były dwa fotele, których bogate, złocone zdobienia kontrastowały z bijącą z tłumu biedą.

Widok z loży roztaczał się wprost na ogromny, dębowy, świeżo ociosany pień. Orestes spojrzał na niego ze świadomością, że za chwilę złoży na nim głowę i poczuł dziwny spokój.

Do klatki podeszła Maria, która na życzenie kata usługiwała skazańcowi w jego ostatniej drodze. Podając mu gliniany kubek z wodą, skorzystała z okazji by z niego zadrwić.

– Poznajesz? – zapytała – Ten pień, pamiętasz go? Mówiłeś, że wióry z tego drzewa są warte tysiąckroć więcej od mojej furmanki. Ścięliśmy je, ale nic cennego w nim nie było. Ot dąb, jakich miliony.

Orest Smiertin nie odezwał się słowem, ale to drzewo rozpoznałby wszędzie. Przepłukał tylko usta i splunął obficie.

Pod lożą ustawił się oddział carskich muszkieterów, a chwilę później na podwyższeniu pojawiła się matka narodu. Tłum ucichł i wstrzymał oddech na jej widok, spodziewając się, że caryca zabierze głos i da upust swojej niezmiernej satysfakcji z doprowadzenia Pugaczowa przed oblicze sprawiedliwości. Katarzyna wykazała się jednak najzwyklejszą pogardą dla skazańca i gawiedzi, która wyczekiwała krwawego spektaklu. Zajęła jeden z foteli, moszcząc się w nim niczym kura na grzędzie i poprawiając co chwilę okrywające ją, sobolowe futro. Moment potem na podwyższeniu zjawił się marszałek Suworow, który, rozsiadłszy się wygodnie, machnął ręką, dając znak do rozpoczęcia widowiska.

Kat wyprowadził Oresta z klatki. Łańcuchy o grubych ogniwach oplatały mu ciasno kostki. Jego ręce, sztywno skute za plecami metalowymi obręczami, mieniły się z odrętwienia sinogranatową barwą. Drobiąc małymi krokami, doszedł do pnia i, popchnięty przez Pugaczowa, padł na kolana.

Herold rozpoczął odczytywanie długiej listy przewinień przywódcy chłopskiego powstania, ale Orest nie wsłuchiwał się w jego słowa. Złożywszy pokornie głowę na pniu, odpłynął myślami do swojego życia sprzed wieków. Wspominał dziesiątki zemst, jakich dokonał przez stulecia na własnej matce i jej kochanku, byle choć na moment ukoić ból po stracie, zamordowanego przez nich, ukochanego ojca.

Teraz, paradoksalnie, tak jak on, miał zginąć od ciosu siekierą.

Z zamyślenia wyrwało go gwałtowne szarpnięcie za włosy, po czym Orestes, sprowadzony ponownie do klęczek, otrzymał nagły cios w twarz.

– Odpowiadaj, jak cię pytają! – usłyszał rozkazujący głos Pugaczowa. – Czy masz coś do powiedzenia przed śmiercią? – zapytał, ujmując w dłonie topór.

– Tak – odpowiedział po chwili zastanowienia. – Teraz, albo nigdy.

Z trudem podniósł się z kolan i chwiejąc się na nogach spojrzał wyzywająco, wpierw na carycę Katarzynę, a następnie na Jemjeljana Pugaczowa. Wciągnął głęboko powietrze przez nos, by uspokoić ciało i myśli i przypomnieć sobie słowa „Zemsty za krew”. Czując, że jest gotowy, zamknął oczy i rozpoczął.

– Czego od Apollina w jego nowym chramie przeklęty syn może żądać? O co ma się modlić, lejąc z patery młode wino? Nie o plony obfite, opasłe trzody, bogactwa, zbytki i dobre zdrowie. O krew! – wykrzyknął.

Tłum ucichł. Jemjeljan na te słowa wypuścił topór z rąk i powolnym krokiem zaczął podążać w stronę loży. Orestes kontynuował.

– Bo tylko krew to odpowiedź na czyny haniebne. Krew da mu szczęście i odkupienie. O co się modlić w godzinie zemsty? O krew!

Na podwyższeniu zapanowało nagłe poruszenie. Caryca stanęła na baczność, po czym wpatrzona w Pugaczowa, zeszła na Plac i, równie powolnie co on, zaczęła iść w jego kierunku.

– Bo tylko krew zmaże przewiny, ukoi ból i żyć pozwoli. O co się modlić w godzinie śmierci? O krew! – Słowa wtłoczyły w jego ciało zupełnie nowe siły.

Katarzyna Aleksiejewna i Jemjeljan Iwanowicz stanęli naprzeciw siebie. Caryca chwyciła za kaptur i ściągnęła go z głowy kata. Gdy spojrzeli w swe oczy, wspomnienia z poprzednich wcieleń spłynęły na nich niczym strumień goryczy, a na pierwszym planie w ich głowach pojawiło się zabójstwo Agamemnona.

– To Pugaczow! – krzyknął Suworow, przyglądając się ze zdumieniem twarzy kata. – Brać go! – dorzucił, wyrywając wszystkich z odrętwienia.

Jeden z carskich żołnierzy ruszył natychmiast w jego kierunku. Pochwycił topór, upuszczony wcześniej przez Jemjeljana i obrócił nim z siłą młyńskiego koła, napędzanego przez wodospad.

Drobinki krwi błysnęły metalicznie w słońcu i zrosiły twarz Katarzyny.

Głowa Pugaczowa spadła na ziemię.

Orestes poczuł zapach zgnilizny i popiołu.

– Powiedz gdzie i kiedy – wyszeptał, wznosząc wzrok ku niebu.

Świetlisty snop uderzył w pień, na którym jeszcze przed chwilą spoczywała głowa Oresta Cyrylowicza Smiertina. W miejscu uderzenia pojawiła się dziura, rażąca nieprzejednaną czernią. Orestes wśliznął się w nią i zobaczył dobrze mu znany pulsujący punkt. Po chwili poczuł, jak z jego rąk i nóg spadają łańcuchy.

Na jego dłoni pojawił się ognisty napis: Târgoviște 1989.

Koniec

Komentarze

Widzę niezły wysyp opowiadań o naszych wschodnich sąsiadach, ech… Co prawda nie poczułam tego klimatu Rosji, jak było w poprzednich opowiadaniach, ale bardzo dobrze mi się czytało. Opowieść zaczęła się od mocnego akcentu, co zaciekawiło. Pomysł na powtarzającą się zemstę, drzewo (również scena ze ściętym drzewem) ciekawe. Cała intryga fajnie zrealizowana. Tylko nie wiem w końcu, czy Katarzynę również dosięgła zemsta, że bohater ruszył w dalszą drogę? Klikam:)

Fabularlnie bardzo fajnie rozegrana historia, ale zgodzę sie z Monique, że klimaty rosyjskie są tylko lekkim smaczkiem. Z drugiej strony, to wygląda na efekt zamierzony, bo Orestes podróżuje w czasie i przestrzeni, by dokonywać zemsty na matce przez całą wieczność, więc nigdzie na dłużej się nie zasiedzi po wykonanej misji, tak? Jeśli tak, to dobry zabieg.smiley

Też rozwiązanie:)

Znalazłam kilka niezręczności językowych:

leśnym duktem, a jego skrzypiąca przednia oś,

Dukt nie ma osi, należy poprzestawiać wyrazy

nieubłagalnie zaciskał się na szyi

nieubłaganie

mamy dodatnie temperatury.

Anachronizm, lepiej powiedzieć: zaczęła się odwilż.

 

 

Opowiadanie mnie wciągnęło, historia emocjonująca na tyle, że chętnie przeczytam następny odcinek o Târgoviște 1989 :)

Orestes mógłby być jednak lepszy. Trochę nie wiedziałam przy czytaniu, co mu siedzi w głowie. Tak naprawdę dopiero pod koniec cokolwiek o nim piszesz, o jego nienawiści i miłości. Gdyby znalazło się to na początku, motywacje jego działań, wysiłek i upór byłyby zrozumiałe, a tak czegoś przez większą część brakuje.

Bardzo spodobało mi się natomiast sobolowe futro Katarzyny ;) W ogóle dobrze wyszła.

Czy brakuje rosyjskiego klimatu? Hm, może trochę.

Zgłoszę do biblioteki. Pozdrawiam!

@Monique.M Nie chciałem robić historycznej sieczki i uśmiercać carycy, skoro wiadomo, że od czasu wydarzeń z Pugaczowem, żyła jeszcze 21 lat i zmarła śmiercią naturalną. Z historycznymi faktami wolałem nie dyskutować :)

Stąd też tylko sugestia w tekście, w postaci zapachu zgnilizny i popiołu, że kolejna zemsta Orestesowi zwyczajnie się nie udała.

 

@oidrin Dokładnie tak . Tło wydarzeń jest tu drugorzędne. Cała para opowieści idzie w ustalenie pod jakimi postaciami matka i jej kochanek odrodzili się we wskazanym miejscu i czasie.

Smaczków rosyjskich może rzeczywiście mogłoby być więcej, zwłaszcza, że do regulaminowego limitu pozostało jakieś 600 znaków ;)

 

Dzięki za odwiedziny.

Po porostu przyjęłam błędne założenie, że oboje muszą zginąć, żeby bohater mógł przenieść się dalej:). Ale rzeczywiście, to podchodzi pod nieudaną zemstę i tym bardziej Orestet powinien iść dalej.

Z jednej strony podoba mi się pomysł na taką niekończącą się zemstę, ale z drugiej to wciąż ta sama historia tylko w nowej scenografii. Jest mu wszystko jedno, gdzie się znajduje, kim w danej epoce są jego matka i jej kochanek. Trochę mi brakuje takiego wgryzienia się w czasy, w których przebywa.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

@chalbarczyk Dzięki za uwagi.

‘nieubłagalnie’ poprawione – jakoś mi to umknęło.

 

Nie do końca jestem jednak przekonany, czy to zdanie powinno być zmienione:

Wóz toczył się leniwie wąskim, leśnym duktem, a jego skrzypiąca przednia oś, niczym metronom, nadawała rytm podróży.

Skłonny byłbym coś poprzestawiać, gdyby zamiast ‘a jego skrzypiąca’ było ‘którego skrzypiąca’. Tu byłoby jasne wskazanie, że druga część zdania tyczy się duktu, a nie wozu.

Jeszcze to przemyślę :)

 

@Irka_Luz Jak najbardziej nie jest mu obojętne, kim są jego matka i kochanek w konkretnej epoce, a powód jest naprawdę błahy. Orestes nie jest maszyną do zabijania, a jego cele odradzają się pod postacią ludzi wpływowych, do których dotrzeć wcale nie jest łatwo.

Na wgryzienie się w czasy, czy też uwikłanie głównego bohatera w jakieś dodatkowe intrygi, potrzebne byłoby kolejne 20 tys. znaków. Nie wykluczam, że powstanie pełniejsza wersja tej opowieści, z której też będę bardziej zadowolony.

Dzięki za wizytę.

Aż mi się żal chłopaka zrobiło! Taką syzyfową pracę mu dałeś – wieczny pościg i w sumie zero rezultatu. A tak po za tym – fajnie napisane, ciekawy pomysł z drzewem i tym w jaki sposób bohater przypomina matce i jej kochankowi kim tak naprawdę są.

Jednak najbardziej podobał mi się ten moment, gdy Orestes dokonuje zemsty i zaraz na nowo szuka miejsca, gdzie ma się udać:

– Powiedz gdzie i kiedy – wyszeptał, pochylając głowę […]

i

– Powiedz gdzie i kiedy – wyszeptał, wznosząc wzrok ku niebu.

Czuć tutaj tę wieczną tułaczkę i pracę. Że chłopak nie zazna spokoju, nieważne co zrobi i jak wiele razy będzie to robił – czuć ciężar tego zadania. A jednak się na nie godzi.

Chodź, – dorzucił głosem nieznoszącym sprzeciwu

– Nic mi to nie mówi, – wtrącił się Jegor – to jeszcze Rosja?

– Nie ja je wybierałem, – przerwał mu

Powyższe to przykłady – o ile się nie mylę, przecinków przed pauzami nie powinno być, a często zdarzało się to w tekście.

W miejscu jego prawego ucha pojawiła się krwawobrunatna dziura, z której razem z mózgiem wypływały obelgi, których żołnierz nie zdołał już wypowiedzieć.

Oryginalne sformułowanie, ale nie jestem do niego przekonana. Głos nie wydobywa się uchem…

Orest poczuł świdrujący ból karku oraz ciepło krwi, sączącej się stróżką po jego plecach.

Strużką.

Ciekawy pomysł i połączenie, przypadł mi do gustu też wątek z magicznym drzewem. Trochę mniej szczęśliwe wydało mi się “wyświetlanie” miejsca i daty ponownych wcieleń. Ogólnie miałam wrażenie, że opowiadanie można by trochę skrócić. Ale historia fajna.

 

@Silva dzięki za uwagi. Przecinki przed pauzami (poza Twoimi trzema, znalazłem jeszcze dwa inne) i nieszczęsna stróżka poprawione.

Nowa Fantastyka