- Opowiadanie: Woj99 - Powiernik Tajemnic

Powiernik Tajemnic

Witam!

Jest to pierwsze opowiadanie z tworzonego przeze mnie uniwersum, które stanowi zarazem mój debiut jeśli chodzi o publikacje jakichkolwiek tekstów. Podczas lektury dane nam będzie poznać Mertena, dozorcę w Kruczej Wieży, która to stanowi swego rodzaju “pocztę dla magów”. Nasz bohater w swojej pracy zajmuje się głównie dbaniem o ptaki i użeraniem się z irytującymi magami, przychodzącymi do niego odbierać listy.

Marzy mi się, aby do tego pisma dołączyć kiedyś jeszcze kilka innych, które razem tworzyć będą ciekawy (mam nadzieję) wstęp do kreowanego przeze mnie świata. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Powiernik Tajemnic

Przez okno starej, kamiennej wieży, dojrzeć można było młodzieńca o rudych, kędzierzawych włosach. Ubrany był w brunatną szatę, sięgającą kostek, a w dłoni dzierżył zardzewiałą łopatkę. Naraz przerwał swoją pracę, otarł pot z czoła i westchnął boleśnie.

– Sprzątanie kruczych odchodów wcale nie jest tak poniżającym zajęciem, wiesz? Co z tego, że większość ludzi tak myśli!

Merten zeskrobał kolejne zaschnięte gówno ze ściany swoją łopatką i wrzucił je do wiadra.

– Pilnowanie tych wszystkich ptaków także nie jest uwłaczające. W praktyce Alskepal nie mógł by beze mnie funkcjonować, prawda? 

Wyrzucił zawartość wiaderka przez okno i po raz kolejny otarł dłonią pot z czoła.

– No jakby to miało wyglądać? Sam pomyśl! Czy tym wszystkim krukom chciałoby się tu wracać jeśli nikt by ich nie karmił? Nie, rzecz jasna. Znikają ptaki, znika okno magów na świat, nie ma dłużej wymieniania się wiadomościami!

Kot tylko przekręcił głowę na jego słowa i dalej uparcie milczał. 

– Mógłbyś chociaż zamiauczeć na potwierdzenie. – Merten westchnął i podrapał kota za uszami. – Albo i nie. To twój wybór. Dobrze jest mieć wybór, ja swojego nie dostałem. 

Kilka miesięcy temu został oddelegowany na to stanowisku, gdyż brakowało mu umiejętności magicznych. Tymczasem wszyscy jego przyjaciele, którzy wraz z nim szkolili się na magów w Alskepalu, zostali awansowani na starszych nowicjuszy, a ich dalsza kariera jawiła się w jasnych barwach. On prawdopodobnie już do końca swego życia będzie nadzorcą ptaków.

Spojrzał w górę na swoich podopiecznych. Krakało nad nim około setki białych kreganów. Była to specyficzna odmiana kruków, która występowała jedynie na terenie Faurelii i już od setek lat była wykorzystywana przez Gildię Magów do szybkiego przesyłania informacji. Różniły się tym od swoich pobratymców, że były nieco szybsze, a skrzydła miały nieco większej rozpiętości.

Merten zauważył, że do zacnego grona jego ptasich towarzyszy dołączył kolejny osobnik, przynosząc ze sobą przywiązany do nóżki zapieczętowany list. Dozorca wdrapał się schodami na szczyt Kruczej Wieży i odwiązał wiadomość. 

– Dobrze się spisałeś, druhu. – pogładził ptaka po głowie, a tamten po chwili odleciał i zajął miejsce obok reszty. 

List przeznaczony był dla Mistrza Jaspara, a to oznaczało, że Merten będzie musiał go wręczyć osobiście; taki już był zwyczaj w Alskepalu, że mistrzowie sami nie fatygowali się, aby odbierać przeznaczone dla siebie wiadomości. Postanowił jednak, że zaczeka jeszcze chwilę, gdyż o tej porze zazwyczaj przybywało najwięcej małych posłańców. Niebawem jego przeczucie potwierdziło się i pojawił się jeszcze jeden kruk. Ku własnemu ubolewaniu przeczytał, że list zaadresowany był do mistrza Kerstana. 

Wyszedł przez drzwi wieży, a idąc krętą drogą na skraju urwiska, rozejrzał się po przepięknym krajobrazie. Placówka Gildii Magów umiejscowiona została wysoko w górach, a że pogoda akurat dopisywała, widział z wysokości wszystkie miejscowe szczyty i nawet daleką równinę na południu. Człowiek nie tutejszy rzekłby pewnie, że padający z nieba śnieg dodaje całemu widokowi magii. Merten miał trochę inne poglądy na ten temat, gdyż śnieg w tym regionie padał przez osiem z dwunastu miesięcy, więc miejscowi, w tym on, zazwyczaj mieli go serdecznie dość.

Otworzył drzwi, przeszedł przez gruby mur i znalazł się na głównym dziedzińcu Alskepalu. Na środku owalnego obszaru stała fontanna, obok której przecinały się cztery drogi prowadzące do pozostałych sektorów. Liczni magowie w długich, sięgających kostek szatach mijali się na skrzyżowaniu ścieżek, często wymieniając między sobą powitalne kiwnięcia głową. Po bokach owalnego dziedzińca stały liczne gildyjne budynki, a ponad nimi wznosił się wysoki kamienny mur, który stanowił granicę Alskepalu.

Merten wychodząc z dziedzińca, wdrapał się na schody i przeszedł łącznikiem do jednego z pobocznych sektorów. Znalazł się na niedużym, owalnym placu, na którym nowicjusze ćwiczyli pod okiem swych nauczycieli panowanie nad ogniem. Uczniowie stali przed małymi paleniskami i starali się kształtować gorejące płomienie w przeróżne wzory: zwierzęta, drzewa, figury geometryczne lub inne symbole. Oko Mertena przykuł wyjątkowo piękny ognisty łabędź, ukształtowany przez jakąś dziewczynę, który co i rusz zataczał koła nad swoją właścicielką. On sam nigdy nie miał talentu do tworzenia tak wymyślnych kompozycji, choć dziedziną magii, którą się parał, był właśnie Brend, czyli Ogień.

Przeszedł przez plac, starając się pozostać niezauważonym i wkrótce znalazł się w bibliotece, w której niezliczone pokłady ksiąg zostały ustawione na wysokich regałach, sięgających wysokiego stropu pomieszczenia. Mistrz Jaspar siedział na ławie pośrodku komnaty, a w kominku obok radośnie buchały płomienie. Mężczyzna ubrany był w białą szatę, a twarz porośniętą miał długą siwą brodą. Wpatrywał się zaciekle w ustawioną na piedestale świetlistą, wściekle zieloną kulę, która co chwilę zdawała się wypuszczać z siebie fale magicznej energii. 

Na widok starego mistrza Merten poczuł w sercu żal, a z dawna zakopane rozczarowanie znowu dało o sobie znać. Była to jedyna osoba, z którą udało mu się zaprzyjaźnić w zimnych murach tej twierdzy. Przynajmniej tak mu się wydawało do pewnego czasu.

– Mistrzu. – skłonił się z pokorą.

Jaspar odwrócił oczy od kuli i uśmiechnął się dobrodusznie. 

– Miło cię widzieć, Mertenie. Co dzisiaj dla mnie masz? 

– Wiadomość od lorda Ferwalda, mistrzu. 

– Od młokosa? Daj, zobaczmy czego chce tym razem.

Merten podał list z zapieczętowaną wiadomością i posłusznie czekał na odprawienie. Mistrz, nie przejmując się jego obecnością, rozerwał pieczęć i począł czytać na głos:

– "Ze Wszech Miar Czcigodny Jasparze"… A to dobre! Za każdym razem jakaś nowa słodycz, poprzednio użył: "Najmądrzejszy z Mądrych". 

– Mistrzu. – skrępował się Merten. – Może powinienem odejść…? 

– Bzdura! Zostań i pośmiej się ze mną! – machnął ręką Jaspar. – Posłuchaj tego: 

 

Ze Wszech Miar Czcigodny Jasparze,

Poprzednim razem nie otrzymałem odpowiedzi na moje żądania, a więc upraszam usilnie o dalsze nie ignorowanie mnie, gdyż formalnie Alskepal znajduje się na terenach podlegających władzy mojej i mojego rodu. Jeszcze raz przypominam o problemie Księstwa jakim są grupy bandytów, które rozpleniły się ostatnimi czasy niczym muchy, i że Twoim obowiązkiem jest odpowiadanie na wezwania swego seniora i liczenie się z jego zmartwieniami. Wobec tego zwracam się do Ciebie po raz kolejny z żądaniem wydania mi kolejnego maga do spraw nadwornych, gdyż pojedynczy czarownik nie wystarczy mi do poradzenia sobie z problemem bandytów. Nagrodą za wypełnioną przez ciebie powinność będzie moja dozgonna wdzięczność i dalszy pokój jakim mogliście się do tej pory cieszyć dzięki mojej ochronie.

 

Z wyrazami najgłębszego uszanowania

Twój Senior, Książę Ferwald

 

Jaspar głośno prychnął. Wyglądał na wzburzonego, co nieco zmartwiło Mertena, gdyż zazwyczaj mistrz był ostoją spokoju.

– Ochrona, słyszałeś? – mistrz uśmiechnął się z politowaniem. – Zupełnie jakbyśmy potrzebowali jego watażków. A co do zwierzchnictwa to już kompletna bzdura! Nasza placówka nie podlega pod żadnego z książąt Feurii. Tylko nieszczęsnym złożeniem losu znajduje się na terenach Ferwalda.

– Co zamierzasz zrobić z jego żądaniem, mistrzu? – zaciekawił się Merten.

– Będę musiał skonsultować się z Tetienne i Kerstanem, a później zapewne je spełnić. Ale pod żadnym pozorem nie za darmo, co to to nie! Nie oddam temu młokosowi żadnego z naszych utalentowanych magów za darmo! I nie chodzi tu tylko o to, że jestem skąpy, ale o fakt, że gdyby inni książęta się o tym dowiedzieli, mielibyśmy problem z oskarżeniami o faworyzowanie jednego z nich.

Jaspar wrzucił list do kominka i drapiąc się po brodzie, kontynuował:

– Będziemy musieli go jakoś przekonać, że należy nam się zapłata, a to zapewne będzie trudne. No nic, nie przejmuj się żalami starego dziada, Mertenie! Wracaj do swoich zajęć.

Merten skłonił się i odszedł. W drodze zastanowił się nad słowami mistrza. Przebywanie dwójki magów na jednym dworze było bardzo rzadkim zjawiskiem. Zazwyczaj wszyscy książęta i pomniejsi lordowie Feurii mogli ubiegać się w Gildii o tylko jednego czarodzieja, ale widać zdarzały się wyjątki. Takie "wypożyczanie" magów przez Gildię było zresztą głównym środkiem jej zarobku; szlachcice byli skorzy słono płacić za dostęp do wykształconego uczonego z przydatnym arsenałem zaklęć.

Merten przechodził właśnie wąskim korytarzem przez budynek nowicjuszy. Nagle poczuł pociągnięcie za nogę i runął na twardą posadzkę z cichym jęknięciem.

– Dobry strzał, Cleis. – zaśmiał się kobiecy głos.

Obrócił się na plecy i spojrzał w oczy dwójki nowicjuszy. Barczysty i wysoki Cleis skrzyżował ręce na piersi, a blondwłosa Alse wpatrywała się w leżącego ze złośliwymi uśmieszkiem.

– Jak ci idzie sprzątanie ptasich odchodów, rudzielcu? – zapytał Cleis.

Alse zachichotała głośno na te słowa. Tymczasem Merten próbował się podnieść, ale but Cleisa przycisnął mu pierś do podłogi.

– Nie, nie. – pokręcił głową nowicjusz i przemówił dumnie. – Zużyłem na ciebie energię mojego topazu, więc w zamian musisz oddać mi swoje kamienie.

– Nie mam żadnych kamieni. – odparł rozpaczliwie Merten.

– Nie kłam. Tobie i tak się nie przydadzą, prędzej sam się spalisz niż zapanujesz nad ogniem! – Cleis zmarszczył brwi w irytacji. – Oddawaj! 

Alse ponownie zachichotała.

– Oh, już przestań. Patrz na niego, zaraz jeszcze się zmoczy ze strachu.

– Przynajmniej będzie zabawnie. – odparł Cleis i spojrzał w dół na Mertena. – To co, rudzielcu? Podzielisz się z nami swoimi kamieniami czy mamy tu tak stać w nieskończoność? Kiedyś zawsze mi je oddawałeś.

– Nie mam kamieni, mówiłem już.

– "Nie mam kamieni", "nie mam kamieni"! – przedrzeźniał Cleis. – Wiesz co? Chyba ci wierzę. Przecież nikt nie powierzał by ich jakiemuś ptasiemu dozorcy, podczas gdy są w tej Gildii prawdziwi magowie. Po prostu zejdź nam z oczu. 

Merten poczuł, że but cofa się z jego persi, więc prędko się podniósł, odwrócił i ruszył w stronę wyjścia z budynku. Był już parę metrów dalej, kiedy po raz kolejny poczuł, że jest ciągnięty za nogę i po raz kolejny upadł na posadzkę. Tym razem jeszcze boleśniej. Z tyłu rozległy się głośne śmiechy.

– Na razie, rudzielcu! – zawołał Cleis. – Wpadnij jeszcze kiedyś! 

Merten podniósł się i zaczął wyrzucać sobie w myślach, że w ogóle się tutaj pojawił. Chciał skrócić sobie drogę do wieży mistrza Kerstana, ale zapomniał, że w budynku nowicjuszy nie jest mile widziane. Wcześniej z powodzeniem udawało mu się ograniczać kontakty z tą dwójką, gdyż sypiał w swojej własnej kwaterze, która była dobudowana do Kruczej Wieży. To była jedna z tych nielicznych zalet bycia dozorcą w Kruczej Wieży.

Wkrótce znalazł się na dziedzińcu północnego sektora placówki. W tym miejscu było o wiele spokojniej, ponieważ znajdowały się tu tylko siedziby trójki mistrzów oraz kilka magazynów ze starymi zwojami i księgami. Merten wpatrzył się w trzy wysokie wieże górujące nad placem. Ruszył prędko w kierunku pierwszej wieży od lewej, gdyż to właśnie ona należała do Kerstana. W środku przeskakiwał po dwa schodki na raz z myślą, że im szybciej to załatwi, tym szybciej będzie miał spokój. Serce biło mu głośno, kiedy znalazł się na progu wejścia do gabinetu. 

Otworzył ze skrzypieniem drzwi i wszedł do środka. Za biurkiem siedział łysy człowiek o ciemnej karnacji skóry, który przyobleczony był w krwisto czerwoną szatę ze złotymi wstawkami. O blat biurka oparty był piękny kostur – prawie w całości wykonany z rubinu, z końcówką stylizowaną na smoczą głowę. Sam gabinet był bogato zdobiony. Dywan i zasłony w oknach były koloru czerwonego, a na marmurowej ścianie wisiały obrazy z podobiznami smoków ziejących ogniem. Mistrz Kerstan nie podnosił wzroku i zawzięcie notował coś na pergaminie przed sobą.

– Kto mi znowu przeszkadza?! – podniósł ze złością głowę, a na widok Mertena przewrócił oczyma. – Ah, to ty. Zostaw wiadomość na stoliku przy drzwiach i wynoś się.

Mistrz wpatrzył się ponownie w pergamin. Tymczasem Merten położył list na stoliku i z ulgą zamknął za sobą skrzypiące drzwi. Mogło być gorzej. Ostatnio przerwał Kerstanowi akurat wtedy, kiedy ten kłócił się z jakimś innym magiem, więc oberwało mu się podwójnie. Mistrz Kerstan nie słynął z cierpliwości i opanowania, a Merten podejrzewał, że te wiecznie skrzypiące wrota dodatkowo go pobudzają. Ktoś powinien się nimi w końcu zająć. 

Opuścił właśnie mury Alskepalu i już z daleka zauważył, że przy jego Kruczej Wieży ustawiła się spora kolejka magów. Kiedy przechodził obok, kilku z nich rzuciło mu zniecierpliwione spojrzenia. 

– Jesteś wreszcie! Ileż można czekać?! – zdenerwował się mag z samego przodu kolejki.

Merten wyciągnął klucz, otworzył drzwi do środka i zaczął po kolei przyjmować od interesantów zapieczętowane listy do wysłania oraz wydawać te, które przyleciały do Alskepalu. 

– Jak to nie ma żadnego listu? – krótkowłosa kobieta rozwarła oczy w zdumieniu. – Dwa tygodnie temu powiedziałeś mi to samo! Już od miesiąca czekam na wiadomość od mojego partnera! 

– Niestety. – Merten wzruszył ramionami. – Nie przyszedł żaden list na pani nazwisko. 

Kobieta wskazała go palcem. 

– To twoja wina! Musiałeś go gdzieś zgubić. 

Sytuacja w której mógłby zgubić list była praktycznie niemożliwa. Zawsze odkładał wszystkie na półkę, na której były posegregowane alfabetycznie według nazwisk adresatów. Powiedział o tym kobiecie. 

– Sprawdź jeszcze raz tę swoją półkę! – odparła zirytowana czarodziejka. – Albo zobacz czy któryś z tych ptaków dalej nie ma przywiązanej mojej wiadomości! Nie widzę innego powodu, dla którego wiadomość mogłaby jeszcze nie dotrzeć.

– Czasem zdarzało się, że kruk nie dolatywał do celu. Co prawda od kiedy tu pracuję taka sytuacja nie miała miejsca, ale słyszałem, że dawniej kregany potrafiły się zgubić. Mimo wszystko bardziej prawdopodobne jest, że… – Merten zmierzwił w skrępowaniu włosy. Instynktownie czuł, że to co raz powie nie spodoba się czarodziejce. – …pani partner jeszcze nie posłał żadnego listu.

Kobieta wyglądała na bliską płaczu. Ludzie z kolejki zaczęli spoglądać do przodu w zaciekawieniu, a starszy mężczyzna poklepał czarodziejkę po ramieniu ze słowami: 

– Rozumiem, że jest pani zniecierpliwiona, ale są też inni, którzy stoją w kolejce…. 

Czarodziejka odwróciła się na pięcie i ruszyła szybkim tempem w stronę Alskepalu. Tymczasem Merten odetchnął z ulgą. Po pewnym czasie interesanci się wyczerpali, a godzina ich przyjmowania w końcu się skończyła, więc mógł zawiesić na drzwiach wieży tabliczkę z napisem "zamknięte". 

Wszedł po schodach na górę, ponieważ zdecydował się mimo wszystko sprawdzić czy nie ominął wcześniej żadnego listu. Przeliczył nawet wszystkie kraczące w wieży ptaki. Pod koniec obchodu wyszło mu, że jest ich dziewięćdziesiąt siedem, a żaden z nich nie ma przywiązanej wiadomości. Zszedł na dół, wziął w rękę pergamin i spojrzał ile kruków jest obecnie w trasie. Dwadzieścia osiem. Czyli wszystko się… Chwileczkę. 

Merten szybko wyciągnął pergamin sporządzony miesiąc temu, kiedy ostatnim razem liczył całe towarzystwo. Przeraził się, gdy porównał starą liczbę kruków z tą dzisiejszą. 

– Brakuje dwunastu! – złapał się za głowę. – Jak to możliwe?

Kruki przecież nie mogłyby uciec! Nie tak były wyszkolone! Czyżby złodziej? Merten prędko wyszedł przez drzwi na zewnątrz i sprawdził zamek. Wyglądał na sprawny. Zamknął drzwi na klucz i pociągnął. Zamknięte, więc działa.

– Czyżby ktoś wszedł oknem? – zapytał sam siebie, brnąc już przez śnieg.

Stanął na tyle wieży, ponieważ właśnie po tej stronie znajdowało się jedyne okno. Przeraził go widok, który mu się ukazał. W śniegu widać było ślady. Co gorsza, nie były to ślady butów. Przypominało to bardziej łapy jakiegoś stworzenia. Tyle że musiało się poruszać na dwóch nogach, gdyż odstępy były zbyt duże.

Merten w pierwszej chwili chciał biegnąć po pomoc, ale potem przypomniało mu się, że przecież i tak nie posiada żadnych przyjaciół skorych do wsparcia. Szedł więc po śladach w kierunku, z którego przybyło stworzenie. Przeskoczył nad niewielkim strumieniem, opuścił polanę, na której umiejscowiona była Krucza Wieża i brnął przez las, cały czas pod górę. Wkrótce natrafił na prawie pionową półkę skalną, przy której trop się urywał. Z rozczarowaniem stwierdził, że istota zapewne weszła na górę, więc jego możliwości się wyczerpały.

*

Następnego dnia przyszedł list do mistrzyni Tetienne, więc Merten udał się do Domu Poszukiwaczy, w którym zwykle tego dnia prowadziła zajęcia. Przeszedł przez kamienny korytarz i niebawem znalazł się pod drzwiami Sali Alchemików. Ku jego zdziwieniu drzwi trzymały się tylko na jednym zawiasie, dolny był zupełnie niesprawny. 

– Czy w tym zamku ze wszystkimi drzwiami musi być coś nie tak? – mruknął cicho pod nosem, wchodząc do pomieszczenia. 

Znalazł się w obszernym pomieszczeniu wypełnionym stołami. Blaty były tutaj ustawione w rzędzie, równolegle do wejścia, a każdy z nich był zastawiony wszelkiego rodzaju alembikami, kociołkami, destylatorami i fiolkami. Po drugiej stronie sali mistrzyni Tetienne przechadzała się wzdłuż dziwnej, szklanej szyby, która zasłaniała prawie całą przeciwległą ścianę.

Merten przeszedł na drugi koniec pomieszczenia; pod ścianą, aby wyminąć wszystkie stoły. Przy dwóch ostatnich blatach siedzieli nowicjusze, a Tetienne wpatrywała się uparcie w szklaną tablicę. Szczupła kobieta o długich, czarnych włosach była ubrana w zwiewną, jasnoniebieska suknię, a na szyi zawieszony miała amulet z dosyć imponujących rozmiarów topazem. Była najmłodszą z całej trójki mistrzów Alskepalu. Merten na oko dałby jej czterdzieści lat.

– Mistrzyni. – skłonił się. 

– Witaj Mertenie. – odwróciła wzrok od szklanej tablicy i wyciągnęła do niego dłoń. 

Dozorca przekazał zapieczętowany list. Chciał już się oddalić, ale nagle spojrzał na smołę widoczną na jednym ze stołów i w głowie zaświtał mu pewien pomysł. 

– Mistrzyni, czy mógłbym… 

– Patrz, Mertenie! – Tetienne nie dała mu dojść do słowa i z uśmiechem ponownie zapatrzyła się w szklaną szybę. Jej wzrok był pełen pasji, a Merten zastanawiał się co takiego ciekawego może być w zwykłej przezroczystej tablicy. 

– To Mapa Alchemiczna. – oznajmiła Tetienne. – Nasi wynalazcy stworzyli ją na moje zlecenie. 

Merten przybliżył się i dopiero teraz zauważył, że na szkle wyrzeźbione zostały przeróżne mikstury alchemiczne i składniki wraz z towarzyszącymi im opisami. Mistrzyni uniosła dłoń, a mały kamienny znak naraz uniósł się ze stolika obok, przeleciał nad jej głową i spoczął na piedestale przed Mapą. Jedna z widocznych na Mapie mikstur zaświeciła się na biały kolor i połączyła z niektórymi z wyrzeźbionych składników siecią powiązań. 

– Gdy ułożysz jeden z tych znaków na piedestale – kontynuowała mistrzyni – twoim oczom ukaże się przepis na wykonanie danej mikstury. Taka mapa myśli ułatwia naszym uczniom zapamiętywanie, a do tego jest bardzo wygodna podczas nauczania. 

– Niesamowite! – stwierdził Merten. 

Patrzył ze szczerym podziwem. Alchemia była chyba jedyną z dziedzin, w której nie okazał się być kompletnym beztalenciem, więc tym bardziej zachwycił go ten widok. Kiedy on szkolił się na maga, wszyscy nowicjusze korzystali ze starych i sfatygowanych ksiąg. Wskazał na Mapę palcem, gdyż zauważył coś jeszcze.

– Dana mikstura łączy się nie tylko z węzłami oznaczającymi składniki, ale także z wymaganym sposobem przyrządzenia, a kolor przechodzi z zimnej barwy do ciepłej, oznaczając kolejność. Niesamowite.

– Tak. – Tetienne pokiwała głową z uznaniem. – Szkoda, że Kerstan odesłał cię do Kruczej Wieży. Co do alchemii to brakowało ci może nieco rzemiosła, ale mogło coś z ciebie jeszcze być. 

Merten zmierzwił włosy zmieszany i nagle przypomniał sobie o swojej prośbie.

– Mistrzyni, czy mógłbym pożyczyć wiaderko smoły? 

– Smoła? – Uniosła jedną brew w zdumieniu. – Po co ci smoła, Mertenie?

Właśnie. Po co mu była smoła? Myśl Merten, myśl. 

– Muszę uszczelnić mury wieży. – stwierdził. – Pojawiły się pewne problemy z wilgocią.

– Oczywiście. – pokiwała głową Tetienne. – Bierz ile tylko potrzebujesz. To naprawdę pocieszające, że ktoś w tym zamku zajmuje się czymś praktycznym i w końcu postanowił coś naprawić. 

Tetienne spojrzała groźnie w stronę drzwi wiszących na jednym zawiasie. 

*

Merten siedział przy stoliku, ustawionym na środku jego niewielkiej kwatery. W ścianie od strony Kruczej Wieży wydrążono kominek, w którym teraz radośnie buchały płomienie, oświetlając całe pomieszczenie. Drzwi, znajdujące się naprzeciwko łóżka z zielonym materacem, były szczelnie zamknięte; aby bronić kwaterę przed zimnem i mrokiem nocy, która zbliżała się nieubłaganie. Na zewnątrz słońce z wolna zachodziło.

Merten zdążył ostatecznie podjąć decyzję, że nie będzie nikogo informował o całym zajściu ze złodziejem. Dbanie o kruki i wieżę było jego powinnością, więc to on musi zająć się nieproszonym gościem. Poza tym już sobie wyobrażał miny innych, kiedy będzie opowiadał o rzekomym goblinie, który co noc podkrada mu kruki. Wzięliby go za idiotę. Oczywiście o ile już go za takowego nie uważali, co było niezwykle wręcz prawdopodobne.

Wstał od stolika, założył na siebie dodatkowe futra, wziął wiaderko smoły stojącej w rogu i wyszedł przez drzwi. Na zewnątrz było tak pogodnie jak tylko pozwalał na to tutejszy klimat; śnieg przestał padać, a niebo było czyste. Merten rozlał smołę pod oknem wieży i pod drzwiami wejściowymi. Teraz powinien się gdzieś ukryć i czekać na przeciwnika. Wybrał więc obszerną kępę chaszczy, rosnącą w niewielkiej odległości od ściany z oknem. Miał stąd dobry widok na swoją kwaterę i polanę pomiędzy lasem a wieżą.

Wyciągnął z kieszeni malutki rubin i zapatrzył się w jego promienisty, czerwony połysk. Okłamał Cleisa, kiedy mu powiedział, że nie posiada już żadnych kamieni. Kiedy jego nauka została przerwana, zachował sobie ten jeden z nadzieją, że może mu się kiedyś przydać. Nie potrafił co prawda wyczarować magicznego ognia – co potrafili zrobić bardziej utalentowani magowie od niego – ale umiał wyczarować iskry, a to powinno mu wystarczyć dzisiejszej nocy. 

Słońce zdążyło zajść za horyzontem, a on trząsł się z zimna coraz bardziej, cały czas siedząc między chaszczami. Złodziej z kolei dalej się nie pojawiał. Merten powoli zaczynał wątpić w to czy w ogóle przyjdzie dzisiejszej nocy. Może znalazł sobie sobie inną wieżę? 

Nagle poczuł ucisk na swoim karku. Coś go chwyciło. Zaczął się miotać, próbował się uwolnić. W końcu wyszarpnął się i wyskoczył z chaszczy, turlając się po śniegu. Za nim wyskoczył goblin; paskudny stwór o długim nosie, spiczastych uszach, szponiastych łapach i zielonym kolorze skóry. Zaśmiał mu się prosto w twarz. 

– Głupi czarodziej. – wychrypiał. – Myślał, że zdoła się ukryć. 

Goblin pobiegł w stronę dozorcy i przygwoździł go do ziemi. Okładał go raz po raz pięściami po twarzy, chichocząc do tego paskudnie. Merten zebrał siły i przewrócił swojego przeciwnika. Teraz to on znalazł się na wierzchu i starał się utrzymać go przy ziemi. Goblin zaczął jednak szarpać się konwulsyjnie i wkrótce wydostał się spod ucisku maga. Merten poleciał do tyłu, a potwór stanął na nogi i pobiegł w stronę wieży. 

Złodziej wspinał się po ścianie. Merten przepełniony nadzieją, że uda mu się złapać gadzinę, dobiegł do wylanej na ziemi smoły. Zaczerpnął energii rubinu, aby przywołać iskry ze swoich palców i niebawem cała substancja zapłonęła żywym ogniem. Planował odciąć goblinowi drogę ucieczki i złapać go w środku, więc prędko pobiegł pod drzwi wejściowe. Zza pasa wyciągnął zawczasu mocną linę. 

Wparował do środka wieży niczym strzała i spostrzegł goblina stojącego pośrodku. Rzucił się w jego stronę. 

Goblin uskoczył z głośnym śmiechem i puścił się biegiem w kierunku wyjścia. Wyskoczył na zewnątrz, ale nie zdążył spostrzec smoły pod swoimi stopami; poślizgnął się i wywalił na ziemię niczym kłoda. Merten tymczasem stanął na progu. Złodziej mógł być jego. Wystarczyło kilka iskier i spłonie niczym ogarek świecy.

– Nie radzę. – Goblin, uśmiechając się parszywie do maga, wyciągnął z kieszeni swojego futrzanego kubraku zapieczętowany liścik zabrany z wieży. 

Mertena zamurowało. Nie mógł w tej chwili nic zrobić. Patrzył tylko bezradnie jak jego przeciwnik powstaje i mknie w kierunku Alskepalu, unosząc w górę środkowy palec na pożegnanie. 

Cicho jęknął ze zrezygnowaniem, ale mimo wszystko puścił się w pogoń. Musiał za wszelką cenę odebrać skradzioną wiadomość; nie chciał dopuścić do sytuacji, aby wpadła w niepowołane ręce. Przeleciał przez krętą ścieżkę i wparował do Alskepalu tuż za goblinem. Spostrzegł jak tamten potrąca jakiegoś maga w szlafroku, który wałęsał się samotnie po dziedzińcu. Merten minął maga i rzucił mu przepraszające spojrzenie. Tamten stał w miejscu, wyglądając na nieco zdezorientowanego.

Wlecieli niczym piorun do Domu Poszukiwaczy i wkrótce biegli już długim kamiennym korytarzem. Goblin co chwilę próbował otwierać któreś z drzwi, ale za każdym razem były zamknięte. Merten natomiast systematycznie skracał dystans do uciekiniera, przepełniony nową nadzieją, gdyż dobrze wiedział, że kierują się w stronę ślepego zaułka. Zniechęcił się na widok drzwi do Sali Alchemików, zapraszająco wiszących na jednym zawiasie i goblina, który z uśmiechem wparował do środka.

Znaleźli się w obszernym pomieszczeniu, w którym wczoraj Merten zdobył smołę. Goblin wskoczył na jeden z długich stołów i począł z chichotem biegnąć przez całą jego długość, wywracając jednocześnie wszystkie narzędzia alchemiczne. Mag pobiegł wzdłuż blatu i starał się go złapać, ale goblin cały czas uskakiwał. Stwór wskoczył na kolejny w rzędzie stół i z satysfakcją począł skopywać z niego wszystkie mikstury. Szklane fiolki tłukły się na ziemi, a ich zawartość barwiła podłogę na różnobarwne kolory. Merten wskoczył na stół, a goblin widząc to, zaczął przeskakiwać po kolejnych blatach. Mag ruszył za nim i za jego śladem skakał po stołach. Niebawem dotarli do końca pomieszczenia. Goblin zeskoczył z ostatniego stołu, przebiegł dookoła szklanej Mapy Alchemicznej i niebawem znalazł się po jej drugiej stronie. 

Merten wkrótce także znalazł się na ziemi i spojrzał przez przeźroczystą, pionową ściankę w pomarańczowe oczy swojego przeciwnika. Tamten uśmiechnął się i wskazał palcem na otwarte okno, które znajdowało się kilka metrów nad nim. Niedobrze, zanim Merten przebiegnie dookoła, tamten będzie już na parapecie. Goblin wzruszył ramionami i pomachał zapieczętowanym liścikiem przed swoim długim nosem.

– Wygrałem. – oznajmił chropowato i zaczął wdrapywać się na mur.

Merten w tamtej chwili nie myślał zbyt wiele, więc rzucił się do przodu. Trzask. Mapa Alchemiczna rozbiła się, a szklane odłamki rozprysły się we wszystkich kierunkach. Merten złapał gadzinę za obie nogi, pociągnął, a tamten upadł boleśnie na ziemię. Przeciwnik był zupełnie oszołomiony, więc nawet nie zwrócił uwagi na dozorcę, który wskoczył na niego i wyszarpnął mu list z ręki.

– To ja wygrałem. – uśmiechnął się Merten, dysząc ciężko. 

Goblin zmarszczył brwi ze złością. Wydął wargi i splunął przed siebie jadowicie zieloną flegmą. Merten został trafiony w oczy i oślepł. Odruchowo zaczął przecierać oczy, ale nic to nie dało, dalej widział jedynie ciemność. Poczuł jak stwór wyrywa się i przewraca go na ziemię. Usłyszał nad sobą chichot.

Merten leżał na ziemi przez długie minuty, które wydawały mu się być wiecznością. Przed jego oczami czerń stopniowo zamieniała się w zieleń, a następnie pozostały już tylko same zielone plamy. Niebawem Merten widział już wszystko i w pierwszej chwili odetchnął z ulgą, że nie oślepł zupełnie. Potem zobaczył cały bałagan i stwierdził, że chyba wolałby pozostać ślepym, bo obraz zniszczenia był przeogromny. Przeróżne fiolki z ingrediencjami, miksturami czy eliksirami, leżały rozbite, a ich zawartość utworzyła na kamiennej podłodze spore kałuże. Towarzyszyły temu wszystkiemu walające się wszędzie alembiki, destylatory i kociołki, a Mapa Alchemiczna, o której mistrzyni Tetienne wypowiadała się z taką pasją, została rozbita na drobne kawałeczki. 

Mertenowi w tamtej chwili nie bardzo chciało się żyć, więc tylko leżał na podłodze. W myślach przez cały czas rzucał w siebie barwnymi wyzwiskami, karając się za głupotę. Podniósł się dopiero, gdy usłyszał trzask otwieranych drzwi. Wrota tym razem całkowicie wypadły z zawiasów, a do pomieszczenia wszedł mistrz Kerstan i trójka innych magów. 

– Jasna cholera! – wykrzyczał Kerstan w stronę drzwi leżących pod ścianą. – Czy w tym zamku ze wszystkimi drzwiami musi być coś nie tak?!

Mistrz odwrócił się od wrót i omiótł wzrokiem cały armagedon oraz Mertena, stojącego ze zbolałą miną. Na ten widok nie zdołał już znaleźć żadnego przekleństwa, więc wpatrywał się tylko z nienawiścią w dozorcę.

– To twój koniec, Merten. – wycedził przez zęby.

*

Merten był absolutnie przekonanym, że po objęciu stanowiska dozorcy w Kruczej Wieży nie można już tutaj upaść niżej, ale jednak się pomylił. Teraz siedział w lochu, a prawdę mówiąc, aż do tej pory nie wiedział, że w Alskepalu są jakieś lochy. Został tu wrzucony przez Kerstana, bo tamten oczywiście nie przyjmował do wiadomości, że głównym sprawcą zamieszania mógł być jakiś goblin. Merten zajmował celę zaraz naprzeciwko przejścia do pomieszczenia ze schodami na górę, przy którym zawieszono dwie pochodnie. Reszta korytarza nie była oświetlona, więc nie wiedział czy są tu jeszcze jacyś więźniowie. Najprawdopodobniej nie. Ten fakt popsuł mu nastrój jeszcze bardziej, bo uświadomił sobie, że aż do tej pory zapewne nikt nie miał powodu, aby wykorzystywać którąś z tych cel. 

– Świetnie, Merten. Tylko ty okazałeś się być aż tak wielkim baranem. – skruszony wyszeptał do siebie. 

Jego przygnębienie sięgało zenitu, kiedy zaczął wypominać sobie po kolei, co można by zrobić lepiej i jakich błędów można by nie popełnić. W pierwszej kolejności: nie przyznawać się do czarodziejskich sztuczek za młodu i pozostać farmerem. Nie łudzić się nadzieją i nie marzyć o zostaniu magiem.

– Ał! – krzyknął, gdyż przepełniony goryczą przywalił głową o mur celi.

Teraz jeszcze bolała głowa. Jakby mało mu było ran po szklanych kawałkach Mapy Alchemicznej. 

Ból jednak wkrótce przeminął, a kolejne godziny mijały. Na zewnątrz już pewnie świtało. Merten popadł w rozpacz jeszcze bardziej, kiedy w lochu pojawił się stary mistrz. Nie liczył na to, że Jaspar będzie mógł mu w jakimś stopniu pomóc. Już raz tego nie zrobił, więc dlaczego teraz miałby wyciągać do niego dłoń? 

– No to nabroiłeś, Mertenie. – Jaspar uśmiechnął się tajemniczo, wyglądał na szczęśliwego.

Łzy zapiekły Mertena w oczach. 

– Dlaczego, mistrzu? – zapytał rozpaczliwie. – Dlaczego pozwoliłeś Kerstanowi wysłać mnie do Kruczej Wieży? 

Mina Jaspara nagle zrzedła.

– Ah, Mertenie. – pokręcił głową. – Wybacz, że cię na to skazałem, ale nie było innego wyjścia.

– Jak to nie było?! – uniósł się Merten. – Mogliście mnie wyrzucić z Alskepalu! Zwolnić od przysięgi! 

– Zapewniam cię, że taka decyzja byłaby zaprzepaszczeniem twojego potencjału. Bo widzisz, kiedy mistrz Kerstan w swej złości zaproponował… 

– Zrobił to wyłącznie dlatego, że swoim istnieniem obrażałem jego dziedzinę! Chciał mnie ukarać za to jak bardzo kalam wizerunek Dziedziny Ognia!

– Nie przeczę. Mogę dokończyć? – uśmiechnął się Jaspar. 

Merten uspokoił się trochę i pokiwał bezsilnie głową. 

– Jak już wspomniałem, zwolnienie cię z przysięgi Gildii Magów, byłoby równoznaczne z zaprzepaszczeniem twojego potencjału. Decyzja mistrza Kerstana o posłaniu cię do Kruczej Wieży była oczywiście podyktowana jego urażoną dumą, chciał w ten sposób ukarać cię bardziej niż przez samo wyrzucenie cię z Alskepalu. Ja dojrzałem jednak w tym pewną ideę. Bo widzisz, to wszystko miało być tylko testem. 

– Nie rozumiem. 

Nie miał pojęcia co staruszek ma na myśli. Jakim testem może być sprzątanie kruczych odchodów i użeranie się z armią zirytowanych magów?

– Ah, kiedy on wreszcie przyjdzie? – Jaspar rozejrzał się po korytarzu. 

– Kto? 

Niebawem z ciemności lochu wyłonił się goblin, ten sam, który narobił tyle problemów i z tym samym drwiącym uśmieszkiem na ustach. Merten patrzył w zdumieniu jak goblin otwiera drzwi jego celi. 

– Pokaż mi co masz w kieszeni. – rozkazał Jaspar. 

Merten ze zdziwieniem spostrzegł, że dalej trzymał tam zapieczętowany list, który wczoraj z takim trudem udało mu się odebrać. Przekazał go uśmiechniętemu mistrzowi, a ten przełamał jego pieczęć. Oczom Mertena ukazała się pusta kartka. 

– Jak widzisz, jest pusty. – zwinął z powrotem list i wskazał na goblina. – Poznaj Ys-Nar'a, mojego przyjaciela. Od kilku miesięcy doglądał twoją pracę w Kruczej Wieży, a wczoraj poddał cię ostatecznemu testowi. Oczywiście sprawdzian zaliczyłeś pomyślnie i w pełni zgodnie z moimi przewidywaniami. Nie dałeś sobie odebrać powierzonych ci tajemnic, a kiedy pojawiło się zagrożenie mogące wpłynąć na ich bezpieczeństwo, zdecydowałeś się na natychmiastowe działanie.

Merten nie wierzył własnym uszom i nie potrafił otrząsnąć się ze zdumienia. 

– Choć trochę szkoda tej Mapy. – kontynuował mistrz i spojrzał z dezaprobatą na goblina. – Będę musiał przekonać Tetienne, że to nie w pełni twoja wina.

Goblin zachichotał i odparł swoim chropowatym głosem:

– Nie sprecyzowałeś formy sprawdzianu. 

– Tak wiem. – oznajmił Jaspar i spojrzał ponownie na Mertena. – Nie zmienia to jednak faktu, że wykonałeś kawał dobrej roboty. Nie będziesz już dłużej zwany Kruczym Dozorcą. Od dziś zwał będziesz się Fortlughadar, Powiernik Tajemnic.

Koniec

Komentarze

Merten zeskrobał kolejne zaschnięte gówno ze ściany swoją łopatką i wrzucił je do wiadra.

Łopatkę bym wywaliła, jest wspomniana wcześniej, więc czytelnik domyśli się do czego służy.

 

Kilka miesięcy temu został oddelegowany na to stanowisku, gdyż brakowało mu umiejętności magicznych.

Literówka.

 

Była to specyficzna odmiana kruków, która występowała jedynie na terenie Faurelii i już od setek lat była wykorzystywana przez Gildię Magów do szybkiego przesyłania informacji. Różniły się tym od swoich pobratymców, że były nieco szybsze, a skrzydła miały nieco większej rozpiętości.

Lekka byłoza.

Ostatnie zdania – zmieniłabym szyk: Różniły się od swoich pobratymców tym, że były

 

Człowiek nie tutejszy rzekłby pewnie, że padający z nieba śnieg dodaje całemu widokowi magii.

Nietutejszy.

 

Otworzył drzwi, przeszedł przez gruby mur i znalazł się na głównym dziedzińcu Alskepalu. Na środku owalnego obszaru stała fontanna, obok której przecinały się cztery drogi prowadzące do pozostałych sektorów. Liczni magowie w długich, sięgających kostek szatach mijali się na skrzyżowaniu ścieżek, często wymieniając między sobą powitalne kiwnięcia głową. Po bokach owalnego dziedzińca stały liczne gildyjne budynki

Wygląda to tak, jakby otworzył drzwi, zobaczył mur i przeszedł przez niego. Zastanawiałam się tylko, czy przelazł górą, czy też zdołał w jakiś magiczny sposób przeniknąć przez niego.

Ponadto owalny Ci się powtarza, a obszar nie brzmi ładnie.

 

Merten wychodząc z dziedzińca, wdrapał się na schody i przeszedł łącznikiem do jednego z pobocznych sektorów. Znalazł się na niedużym, owalnym placu, na którym nowicjusze ćwiczyli pod okiem swych nauczycieli panowanie nad ogniem. Uczniowie stali przed małymi paleniskami i starali się kształtować gorejące płomienie w przeróżne wzory: zwierzęta, drzewa, figury geometryczne lub inne symbole. Oko Mertena przykuł wyjątkowo piękny ognisty łabędź, ukształtowany przez jakąś dziewczynę, który co i rusz zataczał koła nad swoją właścicielką.

 

Po Merten dałabym przecinek. Wydaje mi się, że wychodząc z dziedzińca jest tu wtrąceniem.

O, i znowu coś owalnego ;)

Inne symbole – zwierzęta, drzwa, czy figury geometryczne nie są symbolami, więc czemu inne.

No, i dużo kształtowania.

 

Przeszedł przez plac, starając się pozostać niezauważonym i wkrótce znalazł się w bibliotece, w której niezliczone pokłady ksiąg zostały ustawione na wysokich regałach, sięgających wysokiego stropu pomieszczenia. Mistrz Jaspar siedział na ławie pośrodku komnaty, a w kominku obok radośnie buchały płomienie. Mężczyzna ubrany był w białą szatę, a twarz porośniętą miał długą siwą brodą. Wpatrywał się zaciekle w ustawioną na piedestale świetlistą, wściekle zieloną kulę, która co chwilę zdawała się wypuszczać z siebie fale magicznej energii.

 

Czy te księgi były ułożone warstwami? Dość niewygodny sposób porządkowania biblioteki:

pokład

1. «stały poziomy pomost między burtami statku; też: wnętrze samolotu, statku kosmicznego»

2. «warstwa czegoś wypełniająca lub pokrywająca pewną przestrzeń»

3. «uczucia, emocje, cechy, stany występujące gdzieś, u kogoś w dużym natężeniu lub w dużej ilości»

4. «warstwa lub ławica kopaliny użytecznej zalegającej między warstwami nieużytecznymi»

 

Nie jestem też pewna, czy można się wpatrywać zaciekle.

zaciekły

1. «taki, który uparcie obstaje przy swoich racjach»

2. «świadczący o takiej postawie»

3. «prowadzony z ogromną gwałtownością lub determinacją»

 

Nasza placówka nie podlega pod żadnego z książąt Feurii. Tylko nieszczęsnym złożeniem losu znajduje się na terenach Ferwalda.

Nie podlega żadnemu…

A nie zrządzeniem losu?

 

Zazwyczaj wszyscy książęta i pomniejsi lordowie Feurii mogli ubiegać się w Gildii o tylko jednego czarodzieja, ale widać zdarzały się wyjątki.

Tylko o.

 

– Nie, nie. – pokręcił głową nowicjusz i przemówił dumnie. – Zużyłem na ciebie energię mojego topazu, więc w zamian musisz oddać mi swoje kamienie.

Z dużej litery.

 

Chyba ci wierzę. Przecież nikt nie powierzał by ich jakiemuś ptasiemu dozorcy,

Powierzałby – jeśli chodzi o czynność wielokrotną. powierzyłby – raz, a dobrze.

 

Merten poczuł, że but cofa się z jego persi, więc prędko się podniósł, odwrócił i ruszył w stronę wyjścia z budynku.

Literówka.

 

Za biurkiem siedział łysy człowiek o ciemnej karnacji skóry, który przyobleczony był w krwisto czerwoną szatę ze złotymi wstawkami.

Oj, się namotało, dałabym:

Za biurkiem siedział łysy człowiek o ciemnej karnacji, przyobleczony w krwistoczerwoną szatę ze złotymi wstawkami.

Krwistoczerwony razem, a nad przyobleczeniem też był się zastanowiła.

 

O blat biurka oparty był piękny kostur – prawie w całości wykonany z rubinu, z końcówką stylizowaną na smoczą głowę.

Kostur to rzecz raczej sporej wielkości, takich dużych rubinów nie ma.

 

Przeliczył nawet wszystkie kraczące w wieży ptaki. Pod koniec obchodu wyszło mu, że jest ich dziewięćdziesiąt siedem, a żaden z nich nie ma przywiązanej wiadomości. Zszedł na dół, wziął w rękę pergamin i spojrzał ile kruków jest obecnie w trasie. Dwadzieścia osiem. Czyli wszystko się… Chwileczkę. 

Merten szybko wyciągnął pergamin sporządzony miesiąc temu, kiedy ostatnim razem liczył całe towarzystwo. Przeraził się, gdy porównał starą liczbę kruków z tą dzisiejszą.

Marny z niego opiekun, skoro nie ma w głowie liczby ptakąw, którymi się zajmuje.

 

– Brakuje dwunastu! – złapał się za głowę. – Jak to możliwe?

Z dużej litery.

 

Przypominało to bardziej łapy jakiegoś stworzenia. Tyle że musiało się poruszać na dwóch nogach, gdyż odstępy były zbyt duże.

Nie rozumiem, o co chodzi z tymi odstępami.

 

Merten w pierwszej chwili chciał biegnąć po pomoc, ale potem przypomniało mu się, że przecież i tak nie posiada żadnych przyjaciół skorych do wsparcia.

Biec po pomoc.

Mógł sobie nie mieć przyjaciół, ale coś takiego należy zgłosić przełożonym.

 

Następnego dnia przyszedł list do mistrzyni Tetienne, więc Merten udał się do Domu Poszukiwaczy, w którym zwykle tego dnia prowadziła zajęcia.

Domyślam się, że chodzi o dzień tygodnia, ale nie brzmi to dobrze. Poza tym powtarza Ci się dzień.

 

– Mistrzyni. – skłonił się.

Z dużej litery.

 

– Witaj Mertenie. – odwróciła wzrok

Z dużej litery.

 

Merten przybliżył się i dopiero teraz zauważył, że na szkle wyrzeźbione zostały przeróżne mikstury alchemiczne i składniki wraz z towarzyszącymi im opisami. Mistrzyni uniosła dłoń, a mały kamienny znak naraz uniósł się ze stolika obok, przeleciał nad jej głową i spoczął na piedestale przed Mapą. Jedna z widocznych na Mapie mikstur zaświeciła się na biały kolor i połączyła z niektórymi z wyrzeźbionych składników siecią powiązań.

Trochę to niejasne. Czemu znak unosi się znad stolika? Poza tym, raczej wzory mikstur i składników, bo jak chcesz wyrzeźbić miksturę?

 

Kiedy on szkolił się na maga,

Można się domyślić o kogo chodzi.

 

Drzwi, znajdujące się naprzeciwko łóżka z zielonym materacem, były szczelnie zamknięte; aby bronić kwaterę przed zimnem i mrokiem nocy, która zbliżała się nieubłaganie. Na zewnątrz słońce z wolna zachodziło.

Skoro noc zbliżała się nieubłagalnie, to logiczne, że na zewnątrz zachodziło słońce.

 

Nagle poczuł ucisk na swoim karku

Skoro poczuł, to wiadomo, że na swoim.

 

– Głupi czarodziej. – wychrypiał. – Myślał, że zdoła się ukryć.

Bez kropki po czarodziej.

 

Nagle poczuł ucisk na swoim karku. Coś go chwyciło. Zaczął się miotać, próbował się uwolnić. W końcu wyszarpnął się i wyskoczył z chaszczy, turlając się po śniegu. Za nim wyskoczył goblin; paskudny stwór o długim nosie, spiczastych uszach, szponiastych łapach i zielonym kolorze skóry. Zaśmiał mu się prosto w twarz. 

– Głupi czarodziej. – wychrypiał. – Myślał, że zdoła się ukryć. 

Goblin pobiegł w stronę dozorcy i przygwoździł go do ziemi.

Hmm, najpierw goblin chwycił go za kark, a potem podbiegł do niego i przygwoździł do ziemi. Coś tu się z kolejnością zdarzeń pomieszało. No, chyba, że był tam jeszcze jeden dozorca ;)

 

Merten przepełniony nadzieją, że uda mu się złapać gadzinę, dobiegł do wylanej na ziemi smoły. Zaczerpnął energii rubinu, aby przywołać iskry ze swoich palców i niebawem cała substancja zapłonęła żywym ogniem. Planował odciąć goblinowi drogę ucieczki i złapać go w środku, więc prędko pobiegł pod drzwi wejściowe. Zza pasa wyciągnął zawczasu mocną linę. 

Wparował do środka wieży niczym strzała i spostrzegł goblina stojącego pośrodku. Rzucił się w jego stronę. 

Goblin uskoczył z głośnym śmiechem i puścił się biegiem w kierunku wyjścia. Wyskoczył na zewnątrz, ale nie zdążył spostrzec smoły pod swoimi stopami; poślizgnął się i wywalił na ziemię niczym kłoda. Merten tymczasem stanął na progu. Złodziej mógł być jego. Wystarczyło kilka iskier i spłonie niczym ogarek świecy.

I tu również ciąg zdarzeń się sypie. Merten podpala smołę, potem jakiś cudem goblin skacze na smołę, która nie płonie, tylko jest śliska, wywala się, a narrator informuje, że teraz wystarczy podpalić smołę. Poza tym specjalistą nie jestem, ale wydaje mi się, że prędzej by się do tej smoły przylepił, niż na niej poślizgnął.

 

i począł z chichotem biegnąć przez całą jego długość,

Biec.

 

Szklane fiolki tłukły się na ziemi, a ich zawartość barwiła podłogę na różnobarwne kolory.

Auć!

 

Mag ruszył za nim i za jego śladem skakał po stołach.

Z tym zdaniem trzeba koniecznie coś zrobić.

 

przebiegł dookoła szklanej Mapy Alchemicznej i niebawem znalazł się po jej drugiej stronie.

No przecież, że po drugiej stronie Mapy, a czego innego? W ogóle cały ten akapit jest nieco chaotyczny.

 

– Wygrałem. – oznajmił chropowato i zaczął wdrapywać się na mur.

Z dużej litery.

 

Merten złapał gadzinę za obie nogi, pociągnął, a tamten upadł boleśnie na ziemię.

A skąd narrator to wie?

 

Merten został trafiony w oczy i oślepł. Odruchowo zaczął przecierać oczy,

Powtórzenia.

 

Merten leżał na ziemi przez długie minuty, które wydawały mu się być wiecznością.

 

Merten był absolutnie przekonanym, że po objęciu stanowiska dozorcy w Kruczej Wieży nie można już tutaj upaść niżej, ale jednak się pomylił.

Absolutnie przekonany.

Albo: ale, albo: jednak.

 

Teraz siedział w lochu, a prawdę mówiąc, aż do tej pory nie wiedział, że w Alskepalu są jakieś lochy. Został tu wrzucony przez Kerstana, bo tamten oczywiście nie przyjmował do wiadomości, że głównym sprawcą zamieszania mógł być jakiś goblin. Merten zajmował celę zaraz naprzeciwko przejścia do pomieszczenia ze schodami na górę, przy którym zawieszono dwie pochodnie. Reszta korytarza nie była oświetlona, więc nie wiedział czy są tu jeszcze jacyś więźniowie. Najprawdopodobniej nie. Ten fakt popsuł mu nastrój jeszcze bardziej, bo uświadomił sobie, że aż do tej pory zapewne nikt nie miał powodu, aby wykorzystywać którąś z tych cel.

Powtórzenia.

 

– Świetnie, Merten. Tylko ty okazałeś się być aż tak wielkim baranem. – skruszony wyszeptał do siebie.

Albo: – Świetnie, Merten. Tylko ty okazałeś się być aż tak wielkim baranem. – Skruszony wyszeptał do siebie.

Albo: – Świetnie, Merten. Tylko ty okazałeś się być aż tak wielkim baranem – wyszeptał do siebie skruszony.

 

Pomysł jest, całość jednak mocno przegadana. Mnóstwo tu biegania, łażenia, chodzenia, a wszystkie te czynności dokładnie opisane, skąd i dokąd i co znajdowało się po drodze. Po co Ci to? W tych opisach rozmywa się cała historia. Mało tego, tak skrupulatnie opisujesz twierdzę, że – paradoksalnie – zupełnie nie potrafię jej sobie wyobrazić.

Opowieść jest w gruncie rzeczy prosta, chłopak o małym talencie zostaje skazany przez jednego z mistrzów na lekko uwłaczającą pracę. Drugi mistrz wykorzystuje okazję, żeby pokazać wszystkim, że chłopak jest jednak coś wart. I na to zużyłeś ponad 30 tysięcy znaków. Moja rada: skócić. I to radykalnie.

Masz problemy z zapisem dialogów. Tu znajdziesz poradnik, który wyjaśnia wszystkie tajemnice. Do kompletu jeszcze garść rad, jak przetrwać na portalu. Możesz też w przyszłości skorzystać z bety.

A w ogóle Witaj! i nie zniechęcaj się zaraz na początku :)

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Ot, historia młodego adepta sztuk magicznych, który na skutek pewnych okoliczności, zamiast pobierać stosowne nauki, został przeznaczony do opieki nad krukami pocztowymi.  Może to niezbyt odkrywczy pomysł – bo były już podobne opowieści, kiedy to ktoś, kto dotychczas w swoim środowisku był traktowany jak popychadło, nagle okazuje się być wcale niegłupi i dzielniejszy niż myśleli inni – ale mam nadzieję, że dalsze losy Mertena okażą się ciekawsze i bardziej oryginalne.

Na razie ledwie naszkicowałeś Al­ske­pa­l i niektóre mieszkające w nim postaci, ale może w kolejnych opowiadaniach obszerniej pokażesz życie magów i ich podopiecznych, może powiesz więcej o krainie, w której rzeczona szkoła się znajduje. Na początku opowiadania wspomniałeś, o pretensjach księcia Ferwalda – może sprawa znajdzie jakieś miejsce w przyszłości. Dobrze byłoby wiedzieć, co dzieje się poza murami Alskepalu i jaki to ma wpływ na życie magów.

Wykonanie, niestety, pozostawia wiele do życzenia. W lekturze przeszkadzają źle zapisane dialogi, dość liczne błędy, usterki, nadmiar zaimków i powtórzenia. Trafiają się nie najlepiej skonstruowane zdania, a interpunkcja mogłaby być lepsza.

Masz przed sobą sporo pracy, ale ufam, że jej podołasz. ;)

 

Mer­ten ze­skro­bał ko­lej­ne za­schnię­te gówno ze ścia­ny swoją ło­pat­ką i wrzu­cił je do wia­dra. ―> Zbędne dopowiedzenie – można się domyślić, do czego służy łopatka i że należy do skrobiącego.

Wystarczy: Mer­ten ze­skro­bał ko­lej­ne za­schnię­te gówno i wrzu­cił je do wia­dra.

 

W prak­ty­ce Al­ske­pal nie mógł by beze mnie funk­cjo­no­wać, praw­da? ―> W prak­ty­ce Al­ske­pal nie mógłby beze mnie funk­cjo­no­wać, praw­da?

 

On praw­do­po­dob­nie już do końca swego życia bę­dzie nad­zor­cą pta­ków. ―> On, praw­do­po­dob­nie już do końca życia, bę­dzie nad­zor­cą pta­ków.

Czy mógłby być nadzorcą do końca cudzego życia?

 

– Do­brze się spi­sa­łeś, druhu. – po­gła­dził ptaka po gło­wie… ―> – Do­brze się spi­sa­łeś, druhu. – Po­gła­dził ptaka po gło­wie

Tu znajdziesz wskazówki, jak poprawnie zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

umiej­sco­wio­na zo­sta­ła wy­so­ko w gó­rach, a że po­go­da aku­rat do­pi­sy­wa­ła, wi­dział z wy­so­ko­ści wszyst­kie… ―> Nie brzmi to najlepiej. Skoro wiadomo, że Gildia jest wysoko w górach, zrozumiałe, że patrzył na wszystko z wysokości.

Proponuję: …umiej­sco­wio­na zo­sta­ła wy­so­ko w gó­rach, a że po­go­da aku­rat do­pi­sy­wa­ła, wi­dział stąd wszyst­kie

 

Czło­wiek nie tu­tej­szy rzekł­by pew­nie… ―> Czło­wiek nietu­tej­szy rzekł­by pew­nie

 

Na środ­ku owal­ne­go ob­sza­ru stała fon­tan­na… ―> Raczej: Na środ­ku owal­ne­go placu/ podwórza stała fon­tan­na

 

Oko Mer­te­na przy­kuł wy­jąt­ko­wo pięk­ny… ―> oka przykuć nie można.

Proponuję: Wzrok Mer­te­na przy­kuł wy­jąt­ko­wo pięk­ny

 

w bi­blio­te­ce, w któ­rej nie­zli­czo­ne po­kła­dy ksiąg… ―> Księgi nie ustawia się w pokładach.

Proponuję: …w bi­blio­te­ce, w któ­rej nie­zli­czo­ne szeregi ksiąg

 

a twarz po­ro­śnię­tą miał długą siwą brodą. ―> Broda, owszem, rośnie na twarzy, ale nie można powiedzieć, że twarz jest nią porośnięta.

Proponuję: …twarz zdobiła długa siwa broda.

 

Wpa­try­wał się za­cie­kle w usta­wio­ną na pie­de­sta­le świe­tli­stą, wście­kle zie­lo­ną kulę… ―> Czy to zamierzony rym? Nie wydaje mi się też, by zaciekłość mogła towarzyszyć wpatrywaniu się w coś.

Proponuję: Wpa­try­wał się intensywnie w usta­wio­ną na pie­de­sta­le świe­tli­stą, wściekle zieloną kulę

 

z dawna za­ko­pa­ne roz­cza­ro­wa­nie znowu dało o sobie znać. ―> Raczej: …a dawne roz­cza­ro­wa­nie znowu dało o sobie znać.

Rozczarowania nie można zakopać.

 

Mer­ten podał list z za­pie­czę­to­wa­ną wia­do­mo­ścią… ―> List jest wiadomością, więc wystarczy: Mer­ten podał za­pie­czę­to­wa­ny list… Lub: Mer­ten podał za­pie­czę­to­wa­ną wia­do­mo­ść

 

– Mi­strzu.skrę­po­wał się Mer­ten. – Może po­wi­nie­nem odejść…? ―> Raczej: – Mi­strzu – rzekł skrę­po­wany Mer­ten – może/ chyba po­wi­nie­nem odejść…?

 

Ze Wszech Miar Czci­god­ny Ja­spa­rze, ―> Zbędny przecinek.

 

Tylko nie­szczę­snym zło­że­niem losu… ―> Chyba miało być: Tylko nie­szczę­snym zrządzeniem losu

 

W dro­dze za­sta­no­wił się nad sło­wa­mi mi­strza. ―> Po dro­dze za­sta­no­wił się nad sło­wa­mi mi­strza.

 

Takie "wy­po­ży­cza­nie" magów przez Gil­dię było zresz­tą głów­nym środ­kiem jej za­rob­ku… ―> Takie "wy­po­ży­cza­nie" magów przez Gil­dię było zresz­tą głów­nym źródłem jej dochodów

 

szlach­ci­ce byli sko­rzy słono pła­cić za do­stęp do wy­kształ­co­ne­go uczo­ne­go… ―> …szlach­ci­ce byli sko­rzy słono pła­cić za sprowadzenie na dwór wy­kształ­co­ne­go uczo­ne­go…

 

i runął na twar­dą po­sadz­kę z ci­chym jęk­nię­ciem. ―> Czy dobrze rozumiem, że to była posadzka z cichym jęknięciem?

A może miało być: …i z ci­chym jęk­nię­ciem runął na twar­dą po­sadz­kę.

 

– Dobry strzał, Cleis. – za­śmiał się ko­bie­cy głos. ―> – Dobry strzał, Cleis – za­śmiała się ko­bie­ta/ dziewczyna.

Zaśmiała się kobieta/ dziewczyna, nie jej głos.

 

Oh, już prze­stań. ―> Och, już prze­stań.

 

Mer­ten po­czuł, że but cofa się z jego persi… ―> Literówka.

 

Był już parę me­trów dalej… ―> Skąd w Twoim świecie wiadomo, co to metr?

Proponuję: Był już parę kroków dalej….

Metra, jako jednostki miary, zaczęto używać w końcu XVIII wieku.

 

była do­bu­do­wa­na do Kru­czej Wieży. To była jedna z tych nie­licz­nych zalet bycia do­zor­cą w Kru­czej Wieży. ―> Czy to celowe powtórzenie?

Może w drugim zdaniu: To była jedna z tych nie­licz­nych zalet bycia jej do­zor­cą.

 

Wkrót­ce zna­lazł się na dzie­dziń­cu pół­noc­ne­go sek­to­ra pla­ców­ki. W tym miej­scu było o wiele spo­koj­niej, po­nie­waż znaj­do­wa­ły się tu… ―> Powtórzenie.

Może w drugim zdaniu: W tym miej­scu było o wiele spo­koj­niej, po­nie­waż mieściły się tu

 

Za biur­kiem sie­dział łysy czło­wiek o ciem­nej kar­na­cji skóry… ―> Masło maślane – karnacja to barwa/ odcień skóry/ cery, więc wystarczy: Za biur­kiem sie­dział łysy czło­wiek o ciem­nej kar­na­cji

 

który przy­oble­czo­ny był krwi­sto czer­wo­ną szatę ze zło­ty­mi wstaw­ka­mi. O blat biur­ka opar­ty był pięk­ny ko­stur – pra­wie w ca­ło­ści wy­ko­na­ny z ru­bi­nu, z koń­ców­ką sty­li­zo­wa­ną na smo­czą głowę. Sam ga­bi­net był bo­ga­to zdo­bio­ny. Dywan i za­sło­ny w oknach były ko­lo­ru czer­wo­ne­go… ―> Lekka byłoza.

Proponuję: …oble­czo­nykrwi­stoczer­wo­ną szatę ze zło­ty­mi wstaw­ka­mi. O blat biur­ka opierał się pięk­ny ko­stur, pra­wie w ca­ło­ści wy­ko­na­ny z ru­bi­nu, z koń­ców­ką sty­li­zo­wa­ną na smo­czą głowę. Ga­bi­net był bo­ga­to urządzony – czerwony dywan i takież za­sło­ny w oknach

 

a na mar­mu­ro­wej ścia­nie wi­sia­ły ob­ra­zy… ―> Na jednej ścianie? Gabinet nie miał ich więcej?

 

Mistrz Ker­stan nie pod­no­sił wzro­ku i za­wzię­cie no­to­wał coś na per­ga­mi­nie przed sobą. ―> Czy mógłby notować, gdyby miał pergamin za sobą?

Wystarczy: Mistrz Ker­stan nie pod­no­sił wzro­ku i za­wzię­cie no­to­wał coś na per­ga­mi­nie.

 

Ah, to ty. ―> Ach, to ty.

Ah to symbol amperogodziny.

 

Mer­ten wy­cią­gnął klucz, otwo­rzył drzwi do środ­ka… ―> Wystarczy: Mer­ten wy­cią­gnął klucz, otwo­rzył drzwi

Chyba że były tam jeszcze inne drzwi, prowadzące ze środka na zewnątrz.

 

In­stynk­tow­nie czuł, że to co raz powie… ―> Pewnie miało być: In­stynk­tow­nie czuł, że to, co teraz powie

 

– Ro­zu­miem, że jest pani znie­cier­pli­wio­na, ale są też inni, któ­rzy stoją w ko­lej­ce…. ―> Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

Po pew­nym cza­sie in­te­re­san­ci się wy­czer­pa­li… ―> Raczej: Po pew­nym cza­sie in­te­re­san­ci odeszli

 

Mer­ten pręd­ko wy­szedł przez drzwi na ze­wnątrz i spraw­dził zamek. ―> Czy istniała możliwość, aby wyszedł inaczej, nie przez drzwi?

Może wystarczy: Mer­ten pręd­ko wy­szedł na ze­wnątrz i spraw­dził zamek.

 

Mer­ten w pierw­szej chwi­li chciał bie­gnąć po pomoc… ―> Raczej:  Mer­ten w pierw­szej chwi­li chciał biec/ pobiec po pomoc

 

Wkrót­ce na­tra­fił na pra­wie pio­no­wą półkę skal­ną… ―> O ile wiem, półka jest pozioma z definicji.

 

wcho­dząc do po­miesz­cze­nia

Zna­lazł się w ob­szer­nym po­miesz­cze­niu… ―> Brzydkie powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Zna­lazł się w ob­szer­nym wnętrzu

 

wy­peł­nio­nym sto­ła­mi. Blaty były tutaj usta­wio­ne w rzę­dzie… ―> Proponuję: …wy­peł­nio­nym sto­ła­mi, usta­wio­nymi w rzę­dzie

Stół to blat i nogi, trudno ustawić same blaty.

 

Była naj­młod­szącałej trój­ki mi­strzów Al­ske­pa­lu. ―> Była naj­młod­sza z trojga mi­strzów Al­ske­pa­lu.

 

przed Mapą. Jedna z wi­docz­nych na Mapie mik­stur za­świe­ci­ła się na biały kolor i po­łą­czy­ła z nie­któ­ry­mi z wy­rzeź­bio­nych skład­ni­ków sie­cią po­wią­zań. ―> Powtórzenie. Wiadomo, że biały to kolor.

Proponuję: …przed Mapą. Jedna z wi­docz­nych na niej mik­stur zaświeciła/ zalśniła na biało i sie­cią po­wią­zań po­łą­czy­ła się z nie­któ­ry­mi z wy­rzeź­bio­nych skład­ni­ków

 

– Mi­strzy­ni, czy mógł­bym po­ży­czyć wia­der­ko smoły? ―> Raczej: – Mi­strzy­ni, czy mógł­bym dostać wia­der­ko smoły? 

Rzecz pożyczoną należy oddać, a jak Merten zamierzał oddać smołę, skoro jej nie miał.

 

Drzwi, znaj­du­ją­ce się na­prze­ciw­ko łóżka z zie­lo­nym ma­te­ra­cem… ―> Jakie znaczenie dla opowieści ma fakt, że Merten sypiał na zielonym materacu?

 

Zło­dziej z kolei dalej się nie po­ja­wiał. ―> Skąd wiadomo, że to był złodziej z kolei i skąd kolej w tym opowiadaniu? ;)

Proponuję: Zło­dziej wciąż się nie po­ja­wiał.

 

Mer­ten po­wo­li za­czy­nał wąt­pić w to czy w ogóle przyj­dzie dzi­siej­szej nocy. ―> Mer­ten po­wo­li za­czy­nał wąt­pić, czy w ogóle przyj­dzie dzi­siej­szej nocy.

 

Może zna­lazł sobie sobie inną wieżę? ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Nagle po­czuł ucisk na swoim karku. ―> Zbędny zaimek – czy poczułby ucisk na cudzym karku?

Wystarczy: Nagle poczuł ucisk na karku.

 

W końcu wy­szarp­nął się i wy­sko­czył z chasz­czy, tur­la­jąc się po śnie­gu. Za nim wy­sko­czył go­blin… ―> Powtórzenie.

Jak to możliwe, że Merten, turlając się, wyskoczył z chaszczy?

Proponuję: W końcu wyszarpnął się, wyskoczył z chaszczy i poturlał się po śniegu. Goblin podążył za nim.

 

pa­skud­ny stwór o dłu­gim nosie, spi­cza­stych uszach, szpo­nia­stych ła­pach i zie­lo­nym ko­lo­rze skóry. ―> Wystarczy: …pa­skud­ny stwór o dłu­gim nosie, spi­cza­stych uszach, szpo­nia­stych ła­pach i zie­lo­nej skórze.

 

wy­cią­gnął z kie­sze­ni swo­je­go fu­trza­ne­go ku­bra­ku… ―> …wy­cią­gnął z kie­sze­ni fu­trza­ne­go ku­bra­ka

 

ja­kie­goś maga w szla­fro­ku, który wa­łę­sał się sa­mot­nie po dzie­dziń­cu. ―> W zimowy wieczór mag wałęsał się po dziedzińcu w szlafroku? I nie marzł?

 

Szkla­ne fiol­ki tłu­kły się na ziemi, a ich za­war­tość bar­wi­ła pod­ło­gę na róż­no­barw­ne ko­lo­ry. ―> Rzecz dzieje się w pomieszczeniu, więc jeśli nie było tam klepiska, nie było też ziemi.

Barwa i kolor to synonimy, znaczą to samo.

Proponuję: Szkla­ne fiol­ki tłu­kły się, a ich za­war­tość spływała na pod­ło­gę, barwiąc ją.

 

Mag ru­szył za nim i za jego śla­dem ska­kał po sto­łach. ―> Albo ruszył za nim, albo za jego śladem.

Proponuję: Mag ru­szył jego śla­dem, ska­cząc po sto­łach.

 

Nie­ba­wem do­tar­li do końca po­miesz­cze­nia. Go­blin ze­sko­czył z ostat­nie­go stołu, prze­biegł do­oko­ła szkla­nej Mapy Al­che­micz­nej i nie­ba­wem zna­lazł się po jej dru­giej stro­nie. 

Mer­ten wkrót­ce także zna­lazł się… ―> Powtórzenia.

 

rzu­cał w sie­bie barw­ny­mi wy­zwi­ska­mi, ka­ra­jąc się za głu­po­tę. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wyzywał się od najgorszych, karząc/ karcąc w ten sposób za głupotę.

 

Mer­ten był ab­so­lut­nie prze­ko­na­nym… ―> Mer­ten był ab­so­lut­nie prze­ko­na­ny

 

Ból jed­nak wkrót­ce prze­mi­nął, a ko­lej­ne go­dzi­ny mi­ja­ły. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Ból jednak wkrótce ustąpił, a kolejne godziny mijały.

 

Mer­ten po­padł w roz­pacz jesz­cze bar­dziej… ―> Mer­ten po­padł w jeszcze większą roz­pacz

 

Ah, Mer­te­nie. ―> Ach, Mer­te­nie.

 

Ah, kiedy on wresz­cie przyj­dzie? ―> Ach, kiedy on wresz­cie przyj­dzie?

 

 

edycja

Po dodaniu komentarza zobaczyłam, że była tu już Irka_Luz, więc niektóre uwagi mogą się powtórzyć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka