- Opowiadanie: dragonfly.kate - Sad, w którym spadają gwiazdy

Sad, w którym spadają gwiazdy

To jest opowiadanie dla młodszych czytelników. Bardzo mi zależało na pokazaniu dwóch rzeczy – ideału wiejskich wakacji u babci na wsi (nigdy takich nie spędziłam) i stanu zawieszenia pomiędzy jawą a snem, w jakim żyją dzieci. Gdzie realne i nierealne są tym samym, gdzie niemożliwie nie istnieje.  Jako dorośli mamy wstęp do miejsc magicznych bardzo rzadko. Taki miejscem jest tytułowy sad. 

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sad, w którym spadają gwiazdy

Sad, w którym spadają gwiazdy

 

 

To był stary, jabłoniowy sad, do którego od lat nikt się już nie zapuszczał. Rósł tuż za starym drewnianym domem na końcu wsi. Sad zarósł gęstą trawą, pomiędzy źdźbła której przez lato i jesień spadały jabłka. Nie było ich komu zbierać. Opite jabłkowym sokiem osy, pszczoły i motyle brzęczały wśród niskich gałęzi zadowolone, że nikt im nie przeszkadza.

W leciwym drewnianym domu mieszkał tylko staruszek Jeremiasz, który nigdy z nikim nie rozmawiał, nawet jeśli szedł przez jedyną we wsi ulicę do jedynego w tym miejscu sklepu. Skinieniem głowy, na której zawsze miał kapelusz z postrzępionym rondem, odpowiadał na ciche pozdrowienia gospodyń i gospodarzy, a od dzieci opędzał się jak od natrętnych much. Uważano go za nieszkodliwego wariata.

Kiedy Jeremiasz wracał ze sklepu do swego domu, zawijał zakupiony chleb w lnianą ściereczkę i wstawiał mleko do blaszanej balii z zimną wodą. Następnie siadał w bujanym fotelu na przeszklonej werandzie, pykał fajkę, z której unosiły się kłęby niebieskoszarego dymu i patrzył na sad. Tuż za domem biegały siwe koty, w kałużach na podwórku kąpały się wróble. Jabłonki kłaniały się nisko, zwieszały gałęzie nad studnią i ścieżynkami w czymś, co kiedyś na pewno było pięknym ogrodem. Dziś nikt nie przeszkadzał pająkom tkać sieci w zaroślach, na których poranna rosa suszyła błyszczące klejnoty. Wszystko rosło jak chciało. Wiosną drzewa pokrywały się delikatnymi kwiatkami, a jesienią uginały pod ciężarem soczystych owoców, z których nikt już nie robił szarlotki.

Jeremiasz nasłuchiwał szumu wiatru w zielonych liściach i tylko raz na jakiś czas podnosił się ze swego skrzypiącego fotela i sprawdzał zawartość skrzyni, którą, jak wszystkie ulubione rzeczy, także trzymał na werandzie. Jak co roku czekał na sierpień. Tak, sierpień zdecydowanie był ulubionym miesiącem Jeremiasza.

 

 

Hania Wilczyńska co lato spędzała wakacje u swojej babci na wsi. Rodzice zawozili ją tam tuż po rozdaniu świadectw i odbierali dopiero pod koniec sierpnia. Sami musieli pracować, ale dziewczynka nie miała nic a nic przeciwko temu, by dwa miesiące spędzać hasając po łąkach, karmiąc konia sąsiada i oglądając gwiazdy. To był ulubiony czas w ciągu całego roku.

Babcia gotowała rano kawę zbożową, którą słodziła miodem, smażyła naleśniki i opowiadała najpiękniej na świecie. O żabach, o bocianach, o rusałkach z pobliskiego jeziora. Hania miała już osiem lat i coraz częściej podejrzewała, że rusałki i wróżki nie istnieją, ale babcia zawsze była śmiertelnie poważna, kiedy o nich wspominała, a mgły nad łąkami były tak magiczne i malownicze, że często jej samej wydawało się, że ktoś tańczy pośród kwiatów.

W ogóle wieś była takim cudownym miejscem! Jak tu pachniało powietrze! Ile nieba było widać nad głową! Jedyne, czego Hani brakowało, to czasem, ale naprawdę tylko czasem jakiegoś miłego towarzysza zabawy. Kiedy już nagadała się z babcią, pobiegała za kotem Luckiem, wygłaskała kasztanka sąsiada i znalazła wszystkie kurze jajka ukryte na podwórku, wtedy czasem marzyła o jakiejś koleżance. Od biedy o koledze. Po prostu o kimś, z kim można byłoby pójść na wędrówkę. Albo przeżyć przygodę. Tylko taką przez wielkie „p”. Ale nikogo takiego nie miała. Dzieci w tej małej wioseczce było bardzo niewiele. Te, które były, zdawały się unikać dziewczynki z dużego miasta. Nie zapraszały jej do zabawy, czasem coś do niej krzyczały. Nie było to miłe.

Hania nie czuła się, mimo wszystko, samotna, ale wieczorem, kiedy księżyc zaglądał do jej sypialenki, myślała sobie, że jakaś bratnia dusza, to byłoby to. W końcu każda radość i każde szczęście mnoży się przez liczbę osób, z którymi je dzielimy, prawda? Tak powiedziała kiedyś babcia i dziewczynka zapamiętała to powiedzenie, choć, przyznawała sama przed sobą, że zrozumiała je dopiero niedawno, kiedy w szkole nauczyła się tabliczki mnożenia. Już teraz wiedziała, o co w nim chodzi i uznawała tę myśl babci za niezwykle cenną. Aż sobie ją zapisała w pamiętniczku. Gruby zeszyt w bladoróżowej okładce służył za najwierniejszego powiernika marzeń, kolorowych rysunków i zapisków. Dziewczynka nikomu go nigdy nie pokazywała.

Lipiec minął bardzo szybko. Upalne dni lata przesuwały się jak koraliki na sznurku. Po całym dniu na powietrzu, ocieraniu potu z czoła i obkładaniu spieczonego nosa zsiadłym mlekiem, Hania dosłownie padało na łóżko i zasypiała w mgnieniu oka. Budziła się rano, przyglądała przez moment złotemu światłu poranka, które wpadało do wewnątrz rozproszone przez firankę i już biegła na śniadanie i na podwórko. To były dni wypełnione śmiechem, dni, które ociekały sokiem z czereśni i pachniały lodami śmietankowymi, które razem z babcią po prostu uwielbiały. Czasem chodziły kąpać się w stawie u sąsiada, czasem na targ, gdzie babcia sprzedawała jajka. Esencję lipca stanowiły długie wieczory i kolorowe zachody słońca, które Hania podziwiała z niedużego okienka na stryszku, z którego rozpościerał się najpiękniejszy w całym domu widok na okolicę.

A potem, zupełnie znienacka, przyszedł sierpień. Zadrżał buczeniem kombajnów i dmuchnął pierwszymi chłodnymi rankami. Hania wiedziała dobrze, co one oznaczają. Czas beztroski, nicnierobienia, spania w hamaku i biegania boso… nieubłaganie dobiegał końca.

I właśnie pewnego sierpniowego dnia dziewczynka wstała wcześniej niż zwykle. Na tyle wcześniej, że babcia jeszcze się nie obudziła, a to naprawdę było już coś. Przeciągnęła się, włożyła sandałki, które stały pod łóżkiem i wyszła na zewnątrz. Ranek był lekko zamglony, a powietrze było przyjemnie szorstkie. Pachniało ziemią i jabłkami. Hania poczuła, że robi jej się zimno i weszła do domu po sweterek, po czym ponownie czmychnęła na podwórko. Koty wracały właśnie z nocnych harców, ocierały się o Haniowe nogi, prosząc o miskę mleka.

 – Mleko będzie, ale później, łobuzy – powiedziała Hania wesoło. Było tak cicho i pięknie, że postanowiła przejść się po ogródku. Pchnęła delikatnie zieloną furtkę i weszła w zieloność babcinych roślin. W ogrodzie babci po wysokich tyczkach pięły się winogrona, po trochę niższych pomidory, setki pomidorów. A poza tym wszędzie były kwiaty i krzewy. Ich upajający zapach sprawiał, że dziewczynce niemal kołowało się w głowie. Biegła od jednej rośliny do drugiej i z każdą witała się serdecznie jak ze starymi znajomymi. Aż doszła do żywopłotu, który kończył ogród. Był wysoki, tworzył niemal zieloną ścianę. Dziewczynkę ogarnęła jednak ciekawość, co się za nim kryje. Nigdy nie zapytała babci, czyja ziemia zaczyna się tuż za jej gospodarstwem. A teraz chętnie dowiedziałaby się, czy po drugiej strony żywopłotu nie kryje się jeszcze piękniejsze miejsce niż to, w którym się znajdowała. Usiłowała włożyć rękę w gęstwinę liści, ale krzewy dzielnie się broniły. Miały drobne ciernie, które raniły drobną rączkę dziewczynki i nie pozwalały nawet dojrzeć, co kryje się dalej. Hania długo szukała tajemniczego przejścia, ale, niestety nie znalazła go. Z nogami mokrymi od rosy wróciła do domu, gdzie babci grzała już imbryk z kawą zbożową.

– Coś rano dziś wstałaś, jak nie ty – powiedziała starsza pani z uśmiechem.

– Wiem, obudziło mnie słońce i potem już nie mogłam zasnąć. Na dworze teraz jest tak pięknie. Bardzo lubię poranki, babciu – powiedziała Hania, siadając przy kuchennym stole.

Babcia poklepała wnuczkę po ramieniu.

– Ja też. Koty wróciły?

– Tak, Łobuzek i Lucek już są. Nie widziałam tylko Plamki, ale na pewno gdzieś już się kręci. Ciekawe, gdzie buszują po nocy? Może po drugiej stronie żywopłotu? – zagadnęła dziewczynka, machając nogami przy stole. Krzesła były wysokie. Wciąż jeszcze nie urosła na tyle, by dotykać stopami drewnianej podłogi w babcinej kuchni. Może za rok?

Babcia popatrzyła na Hanię uważnie.

– Po drugiej stronie żywopłotu, powiadasz? Tam nie ma nic ciekawego dla kotów. Ani dla małych dziewczynek.

– Ależ, babciu! – zaprotestowała Hania – Oczywiście, że COŚ musi tam być. W przeciwnym wypadku za ogrodem miałabyś koniec świata. Po prostu.

Babcia uśmiechnęła się tajemniczo.

– Hm… ciekawa teoria. Powiem ci jedno – po drugiej stronie naszego żywopłotu zaczyna się ogromny sad starego Jeremiasza, który ciągnie się hen! aż do końca wsi. Łatwo byłoby się w nim zgubić. Zwłaszcza małej dziewczynce.

Hania nie dała się jednak tak łatwo zbić z tropu. W końcu te babcine historie prowadziły w końcu zawsze do jakiejś fantastycznej opowieści.

– Kim jest stary Jeremiasz? – zapytała dziewczynka i upiła łyk świeżej, gorącej kawy. Była przepyszna!

– Och, to stary wariat! – babcia rzuciła szybko i zafurkotała długim fartuchem. Przymierzała się do smażenia naleśników. Wbiła jajka do miseczki i zaczęła je delikatnie mieszać trzepaczką.

– Czy to ten w tym dziwnym kapeluszu?

Babcia podniosła oczy na wnuczkę.

– Tak, a skąd wiesz?

– Babciu, tu wszyscy wiedzą. On zawsze kupuje ten sam chleb u pana Janka. I nigdy z nikim nie rozmawia.

– Teraz nie – pokiwała głową babcia i dolała do jajek mleka, po czym znów zaczęła mieszać. – Ale kiedyś był z niego gaduła, że ho ho…

– A dlaczego teraz nie jest?

Tym razem babcia zmarszczyła lekko brwi.

– Małe dziewczynki nie zawsze muszą wszystko wiedzieć. Naleśniki z cukrem pudrem czy z konfiturą wiśniową?

– Z konfiturą!

– To leć do spiżarki, bo tu mi się skończyła, patrz pusty słoik – babcia wyciągnęła z komódki słoik, w którym błyszczały resztki czerwonej słodkości.

Hania pobiegła po konfitury, ale w żadnym razie temat starego dziwaka Jeremiasza i jego sadu nie przestał jej interesować. Wręcz przeciwnie. Właśnie postanowiła, że zaraz po śniadaniu wybierze się na przechadzkę.

Naleśniki smakowały jak zawsze wspaniale. Były delikatne i kruche, słodycz wiśni rozpływała się w ustach. Hania pomyślała, że gdyby mogła jeść do końca życia tylko jedno danie, to byłyby to właśnie babcine naleśniki z konfiturami. Kiedy poczuła, że naprawdę, ale to naprawdę nie da rady zjeść już następnego, podziękowała, wstała od stołu i kiedy odłożyła talerz do zlewu, wybiegła z kuchni.

– Ot, i tyle ją widzieli – westchnęła babcia i uśmiechnęła się. Wszystkie jej zmarszczki wypełniły się miłością do ukochanej wnuczki.

Hania przebrała się w dżinsowe spodenki i ulubioną koszulkę, na której zielonymi cekinami błyszczał kucyk. Gdy otworzyła drzwi wejściowe, kotka Plamka już pod nimi czekała i kiedy tylko pojawiła się w nich szpara, czmychnęła przez nią do wnętrza, głośno miaucząc. Hania przygładziła nastroszone włosy i wyszła z babcinego podwórka. Wieś już dawno się obudziła. Słychać było traktory, a krowy, wyprowadzane na łąki, muczały wesoło, szczęśliwe i wyspane. Ktoś przy otwartym oknie słuchał radia, ktoś inny śmiał się gdzieś za płotem. Niektóre gospodynie pieliły ogródki, inne rozwieszały pranie. Zwykła, poranna krzątanina. Hania szła ulicą, wzdłuż której stały domy i pozdrawiała każdego, kogo spotkała. Niektórzy jej odmachiwali, inni uśmiechali się. Znali tę dziewczynkę, zawsze tu przyjeżdżała latem. Toż to mała Hanka, wnuczka Haliny Nowakowej!

Dziewczynka szła, kopiąc przed sobą kamień. Wieś nie była duża, dlatego po kilku minutach, kiedy minęła wszystkie budynki, doszła w zasadzie do jej końca. Został tylko jeden dom, dużo dalej, wciąż przy drodze, ale nieco w głębi, wsunięty niemal w sad, który był za nim i rozciągał się we wszystkie możliwe strony. Hania podeszła do furtki. Była to stara, zardzewiała furtka, zamknięta na równie zardzewiały łańcuch z wielką kłódka. Dziewczynka chwyciła za pręty, z których odpadała farba i popatrzyła przez nie na budynek. Sprawiał wrażenie opuszczonego i smutnego. Dziewczynka wiedziała, że nie był opuszczony tak do końca, mieszkał tu przecież staruszek Jeremiasz, ale miejsce to na pewno nie tętniło życiem tak jak inne gospodarstwa we wsi.

Hani zawsze było żal domów, w których nie było już gwaru. Musiały być bardzo przygnębione. Gdzie się podziali ludzi, którzy tu kiedyś jedli swoje naleśniki na śniadania, z czegoś się cieszyli, nad czymś płakali? Czy ten dom za nimi tęsknił? Dziewczynka była pewna, że tak. W niektórych oknach nie było szyb i łzawiły ciemnością. Z dachu odpadały dachówki, a malwy niemal zaprosiły się do środka. Ścieżka, która prowadziła do wejścia, była tak zarośnięta, że ledwo widoczna. Hania nie umiałaby wytłumaczyć, co przyciąga ją do tego miejsca. Wtedy w jednym z okien mignęła jej postać. Dziewczynka nie przestraszyła się, rozpoznała bowiem od razu Jeremiasza po śmiesznym kapelusiku na głowie. Ale staruszek nie pojawił się w oknie więcej.

Tymczasem dziewczynka popatrzyła na domek raz jeszcze i zaczęła iść wzdłuż ogrodzenia. Gdzieś w tej siatce musi być dziura! Przez nią dostanie się do sadu. Ciekawe, czy rzeczywiście jest tak duży, jak mówiła babcia?

Intuicja jej nie zwiodła. Kilkadziesiąt metrów dalej siatka była rzeczywiście rozdarta. Jeśliby podnieść odpowiednio wysoko nogę, to bez problemu można było przejść na drugą stronę. Hania nie zastanawiała się długo.

Stąd nie widać już było domku Jeremiasza, bo wszystko zasłaniały stare jabłonie. Były dosyć spore, zwieszały swe gałęzie do samej ziemi. Uginały się teraz pod ciężarem dojrzewających w sierpniowym słońcu jabłek. Między drzewami rosła bardzo wysoka trawa. Kiedy Hania weszła w zielony gąszcz, straciła orientację, w którą stronę powinna iść stronę. Słońce podniosło się już wyżej i chłodny ranek stał się gorącym przedpołudniem. Hania zdjęła sweterek i przewiązała go w pasie. Sięgnęło ręką po jedno jabłko. Było czerwone, ciężkie i wydawało się dojrzałe. Zanim ugryzła, spostrzegła na nim biedronkę. Uśmiechnęła się do owada i delikatnie go zdmuchnęła. Biedronka zafurkotała skrzydełkami i odleciała. Dziewczynka odgryzła kawałek owocu i mruknęła z zadowolenia. To było najlepsze jabłko, jakie kiedykolwiek jadła! Schrupała je całe w mgnieniu oka i rzuciła za siebie ogryzek. Osy na pewno się rozprawią z nim w mig! I poszła dalej.

Przedzierała się przez trawę, odgarniała gałęzie. Po chwili zauważyła, że drzewa nie rosną już tak gęsto jedno przy drugim. Stały teraz w równych rządkach, na tyle daleko od siebie, by każde drzewko mogło swobodnie czerpać energię ze słońca. Trawa nie była tu już tak wysoka i szło się znacznie lżej. Sam sad był absolutnie magiczny. Delikatna, słodkawa woń unosiła się w powietrzu, owoce na gałęziach mieniły się wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i zieleni. Hania zaczęła żałować, że nie zabrała swojego różowego zeszytu i zestawu kredek, bo najchętniej usiadałby gdzieś tu z boku i namalowała to, co widzi. Szła wciąż przed siebie, kiedy dostrzegła drewnianą ławkę pod jednym z drzew. Ogromna jabłonka dawała jej cień, więc dziewczynka z radością przycupnęła przy niej. Siedziała tak dłuższą chwilę i choć wietrzyk pomiędzy drzewami przyjemnie chłodził, to dzień robił się coraz bardziej gorący. Dziewczynka położyła się na ławce i nie wiadomo kiedy zasnęła. Nadeszło południe i wszystko zastygło w bezruchu.

 

– Co za niemądre, wścibskie dziecko! – Hanię z odmętów marzeń sennych budził czyjś głos. Głos zły, skrzeczący, obrażony. Dziewczynce bardzo się on nie podobał. Z trudem otworzyła jedno oko, potem drugie. Było jej strasznie gorąco.

– Wstawaj, nie można tak leżeć na słońcu! – głos ponaglał. Dziewczynka poczuła poszturchiwanie po plecach. Przytomność pomału wracała, poszturchiwanie nie ustawało jednak. Usiadła na ławce. Teraz nie krył jej już bezpieczny cień starej jabłoni. Wytarte deski parzyły w nogi w pełnym słońcu. Hania zerwała się.

– Chodź ze mną! Musisz się teraz czegoś napić! Co za niemądre, wścibskie dziecko! – powtórzył głos. Dziewczynka obróciła się. Stała teraz twarzą w twarz ze staruszkiem Jeremiaszem. Poznała go od razu. Miał na głowie swój fikuśny kapelusz z krzywym rondem. Miał też siwą brodę i przenikliwe, jasnoniebieskie oczy. Ale wyraz jego pooranej zmarszczkami twarzy wcale, ale to wcale nie był przyjazny. Starszy pan zaczął maszerować przed siebie dziarskim krokiem. Hani nie pozostawało nic innego, jak podążać z nim.

Kiedy doszli do domku, tego, który wyglądał na opuszczony, dziewczynce brakowało tchu. Upał zrobił się niemożliwy. Powietrze było gęste i lepkie. Gdzieś daleko na horyzoncie gromadziły się ciemne chmury. Ojej, będzie burza! Babcia zamartwi się na śmierć! Musi wrócić przed burzą do domu!

Jeremiasz doszedł do swojej werandy i zniknął we wnętrzu domu. Okna z tej strony budynku nie były powybijane. W jednym z nich była nawet firanka. Ach, to tu mieszkał! Hania odczuła ulgę na myśl, że starszy pan nie spędza nocy w pomieszczeniu, po którym hula wiatr. Rozejrzała się po werandzie. Stał tu stół bujany fotel, stół, dwa krzesła, skrzyneczki z pelargoniami. Pod jedną ze ścian stał duży kufer, który wyglądał, jakby ktoś go ukradł z pirackiego statku. Był drewniany, miał metalowe okucia. Co krył? Dziewczynka nie miała jednak czasu zastanowić się nad tym, bo oto na werandę wyszedł już Jeremiasz, trzymając w dłoni metalowy, granatowy kubek.

– Pij! – powiedział staruszek sucho. Hania nie śmiała protestować. Starszy pan patrzył tak srogo, że wypiłaby cokolwiek, co było w tym kubku. Nawet ziółka na ból brzucha, które czasem aplikowała jej babcia. Dotknęła wargami zimnej krawędzi i przechyliła naczynie. W środku był pyszny, chłodny jabłkowy kompot. Słodko-kwaśny napój natychmiast gasił pragnienie.

– Dolewki? – zapytał Jeremiasz, ale w jego głosie tym razem nie słychać już było ani gniewu, ani oschłości. Miało się raczej wrażenie, że wie, że to najlepszy kompot na świecie i był z tego bardzo dumny.

– Proszę pana – powiedziała Hania, lekko dygając – to jest po prostu genialne! Bardzo chętnie wypiję jeszcze jeden taki kubek.

Jeremiasz popatrzył na dziewczynkę, a ta dałaby sobie uciąć głowę, że mrugnął do niej okiem.

– Się robi! – stuknął obcasem o obcas i zniknął we wnętrzu domku. Wrócił za moment, trzymając tym razem i kubek, i szklany dzbanek, w którym złocił się kompot. Hania usiadła przy stole i pozwoliła nalać sobie jeszcze jeden kubek, a potem jeszcze jeden. W dzbanie zostało tylko kilka kropli. Dziewczynka odetchnęła. Upał, który przed chwilą rozsadzał jej głowę, jakby zelżał.

– No, myślę, że już powinnaś zmiatać – powiedział Jeremiasz, który jednak przyglądał się dziewczynce z zaciekawieniem. Czego ta przedziwna istota szukała w jego sadzie? Hania miała lekko szpiczaste uszy, co nadawało jej twarzy wygląd elfa. Elfy kochają stare sady, prawda?

W kącikach jego ust czaił się uśmiech, którego pewnie nikt inny nie dostrzegłby, ale Jeremiasz nie miał do czynienia z „nikim innym”, ale właśnie z Hanią. Dziewczynką, która potrafiła wzruszyć się letnim deszczem i kolorem nieba o zachodzie słońca. O, nie! Hania Wilczyńska nie była zwyczajną dziewczynką. 

I dlatego na prośbę, by opuściła dom Jeremiasza, nie zareagowała od razu. Najpierw popatrzyła Jeremiaszowi w oczy, potem uśmiechnęła się, a na koniec zapytała:

– A da mi pan przepis na ten kompot? Pokażę go babci! Jest dużo lepszy niż jej, a to nie lada wyczyn!

Jeremiasz roześmiał się. A to heca! Klasnął w dłonie, wyciągnął z kieszeni portek fajkę, z której wytrzepał popiół, delikatnie postukując cybuchem o blat stołu.

– Dam! – powiedział uroczyście. – Ale pod jednym warunkiem.

Hania otworzyła szeroko oczy. Nagle gdzieś niedaleko ryknął grzmot! Burza! Z tego wszystkiego całkiem zapomniała, że naprawdę musi wrócić przed burzą do domu.

– Pod jakim? – zerwała się dziewczynka na równe nogi.

– Że więcej nie będziesz buszować po moim sadzie! – Jeremiasz nasypał świeżego tytoniu i zapalił fajkę. Wokół jego pomarszczonej twarzy kłębił się niebieskosiwy dym. Nie pachniał jakoś bardzo strasznie. W zasadzie to nawet przyjemnie. Staruszek sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kartkę. Podał ją dziewczynce. Był na niej zapisany przepis na kompot. Hania ze zdumienia otworzyła szeroko oczy. Skąd ten człowiek wiedział, że poprosi o przepis? Musiał go wcześniej przygotować! Przecież nie zdążyłby go zapisać teraz! Jeremiasz jakby czytał w jej myślach, bo powiedział:

– Tak, przygotowałem go wcześniej. Dużo wcześniej. Każdy chce przepis, jeśli spróbuje mojego kompotu. A teraz leć, jeśli się pospieszysz, zdążysz przed burzą!

Dziewczynka zmięła kartkę w dłoni i uśmiechnęła się do Jeremiasza łobuzersko.

– Dziękuje panu bardzo. Ale niestety, nie mogę obiecać, że tu więcej nie zajrzę. Bo bardzo mi się tu podoba.

I powiedziawszy te słowa, czmychnęła za róg domu i pobiegła przed siebie. Kiedy dopadła babcinego podwórka, z nieba chlusnęła ulewa i burza rozpętała się na dobre. Babcia, która już zaczynała zamartwiać się o wnuczkę, odetchnęła na jej widok z ulgą i zdziwiła się, kiedy usłyszała jej opowieść.

– Ho ho! – powiedziała w końcu i pokiwała głową, prostując pomiętą karteczkę z przepisem. – Wypróbujemy ten kompot, to na pewno. Ale żeby stary Jeremiasz był aż tak towarzyski, to w życiu bym nie podejrzewała!

Hania patrzyła przez okno na zmoknięty ogród i zastanawiała się nad czymś.

– Babciu – zapytała po chwili cicho – Dlaczego Jeremiasz mieszka sam?

Babcia podeszła do dziewczynki i położyła jej dłonie na ramionach.

– Nie zawsze tak było. Ale to smutna historia, nie będę ci jej teraz opowiadać.

Hania odwróciła się w stronę babci.

– Ale jak to?

Ale twarz kobiety była nieprzenikniona. Dziewczynka nie pytała więcej, bo i tak w głębi duszy wiedziała, że tym razem nie miałoby to sensu.

 

Następnego dnia po deszczu prawie nie było śladu. Kilka kałuż, w których pluskały się ptaki i rześkie, wilgotne powietrze były jedynymi pamiątkami po wczorajszej ulewie. Dzień zapowiadał się cudownie. Słońce wisiało nisko nad łąkami i rozgrzewało się pomału. Hania przeciągnęła się w łóżku. Kiedy tylko jednak przypomniała sobie wczorajsze niezwykłe spotkanie, skoczyła na nogi i popędziła do kuchni na śniadanie. Kiedy wybiegała po chwili z domu, babcia zdążyła tylko za nią krzyknąć, żeby dzisiaj raczyła nie oddalać się zbytnio od gospodarstwa. Dziewczynka pomachała babci i ruszyła przed siebie. Tym razem pamiętała, by zabrać ze sobą butelkę wody. Włożyła ją do bawełnianej torby, którą przerzuciła przez ramię. Nogi jakoś same niosły ją w stronę domu starego Jeremiasza. Kiedy dotarła do ogrodzenia przy drewnianym domu, zobaczyła go z daleka. Stał oparty o jedno ze swoich drzew. Patrzył na drogę i miało się wrażenie, że na coś czeka. Kiedy dostrzegł Hanię, pomachał jej. Dziewczynka odpowiedziała uśmiechem i pchnęła furtkę, na której dzisiaj nie było łańcucha. Zaskrzypiała, ale ustąpiła pod naporem małych dłoni.

– Wiedziałem, że wrócisz – powiedział Jeremiasz.

– Przecież mówiłam, że wrócę. O, proszę, dzisiaj mam butelką – wyjęła z torby szklane naczynie i potrząsnęła nim. – Będzie w sam raz na ten pana kompot.

Jeremiasz uśmiechnął się i ręką pokazał dziewczynce, by za nim poszła. Usiedli na werandzie na tyłach budynku. Staruszek zasiadł w swoim bujanym fotelu i zapalił fajkę. Dziewczynka przycupnęła na krześle przy stole. Dzban z kompotem i dwa kubki stały już przygotowane.

– Co pan sam tu porabia całymi dniami? Nie nudzi się panu? – zapytała dziewczynka, mając nadzieję, że nie jest to zbyt niegrzeczne pytanie.

– Cóż. Bywam bardzo zajęty. Zwłaszcza w sierpniu. – powiedział Jeremiasz i wypuścił z ust kółko z dymu. Z każdą sekundą rozszerzało się coraz bardziej, aż w końcu rozerwało się na kawałki.

– Ja w sierpniu zawsze wracam do domu – westchnęła Hania.

– To dobrze czy źle? – zapytał starszy pan.

– No nie wiem. Z jednej strony tęsknię za rodzicami. Za szkołą za to wcale. No może za kilkoma koleżankami. – uśmiechnęła się dziewczynka – Z drugiej…szkoda mi wyjeżdżać. Lubię tu być. A pan dlaczego lubi właśnie sierpień?

– Wcale nie powiedziałem, że lubię sierpień. Powiedziałem tylko, że w sierpniu bywam zajęty.

– O, a czym? Może ja pomogę?

– W sierpniu – zaczął Jeremiasz cicho i popatrzył na Hanią tak dziwnie, jakoś z ukosa – W sierpniu łapię marzenia.

Zapadła cisza. Hania czekała na jakiś ciąg dalszy, na wyjaśnienia, ale nie nastąpiły. Dziewczynka roześmiała się i klasnęła w dłonie.

– Ale z pana żartowniś! – nalała sobie kompotu do szklanki. Dziś był chyba jeszcze pyszniejszy niż wczoraj.

– Wcale nie żartuję. Nie śmiałbym żartować z cudzych marzeń – powiedział Jeremiasz, a jego twarz była bardzo poważna.

Hania poczuła się nieswojo. No przecież mówili we wsi, że to wariat jest. Nieszkodliwy zupełnie, ale wariat.

– Wiem, co myślisz – machnął ręka starszy pan. – Ale ja naprawdę w sierpniu łapię cudze marzenia. Jeśli chcesz zobaczyć, czy to prawda, otwórz kufer.  Już ich kilka spadło w tym roku. Tylko ostrożnie, żeby nie pouciekały!

Kufer, który już wczoraj przykuł uwagę Hani, stał dokładnie naprzeciwko dziewczynki. Dziewczynka, wciąż nie wierząc w ani jedno słowo przedziwnego staruszka, podeszła do skrzyni i delikatnie uniosła wieko do góry. Po mniej więcej sekundzie zamknęła je z głuchym trzaskiem.

– Co to było? – krzyknęła. Jej serce waliło jak szalone. Jak to możliwe? Uszczypnęła się w łokieć. Auć! Nie, to nie jest sen.

– Jeszcze raz – powiedział Jeremiasz – Zajrzyj, pomału. Są prawdziwe. Niektóre jeszcze ciepłe. Długo stygną.

Hania nabrała powietrza i podniosła wieko skrzyni jeszcze raz. Tym razem pomalutku, centymetr po centymetrze. Na dnie kufra leżały… gwiazdy. Błyszczące, pięcioramienne gwiazdy. Jedne były złote, niektóre lekko czerwonawe.

– To niemożliwe – powiedziała Hania – Na pewno nie są prawdziwe. Gdzie pan to kupił? Nie widziałam ich w sklepie we wsi! Poza tym to nie są marzenia. To gwiazdy!

Jeremiasz podniósł się powoli ze swojego fotela. Uklęknął obok Hani i zajrzał do kufra.

– Tak, to są gwiazdy. Ale jednocześnie marzenia. Spadają zawsze w sierpniu, prościutko do mojego sadu. – sięgnął ręką i wydobył jedną z gwiazd. – Chcesz dotknąć?

Hania wyciągnęła rękę. Gwiazda, którą Jeremiasz położył jej na dłoni, była dość ciężka, jakby zrobiona z metalu. Poza tym była gładka i bardzo ciepła.

– Ta spadła nad samym ranem. Może być jeszcze gorąca – wyjaśnił staruszek skwapliwie, ale dziewczynka i tak jeszcze nic nie rozumiała. Tymczasem gwiazda na jej dłoni lekko drgnęła. Serce dziewczynki podskoczyło do gardła.

– Trzymaj mocno, bo ucieknie! – Jeremiasz zacisnął palce dziewczynki na gwieździe, która teraz lekko zaczynała parzyć w dłonie.

– To niemożliwe – powtórzyła dziewczynka, nie mogąc oderwać wzroku od tego, co trzymała w dłoniach. Nagle cisnęła gwiazdę z powrotem do kufra i zatrzasnęła pokrywę.

– Mówiłem, żeby ostrożnie – zniecierpliwił się starszy pan – A jakby się potłukła? Nie wolno tak. Czyjeś marzenia trzeba szanować!

Hania wstała i poczuła, że ze złości robi się pąsowa. Jakim prawem ten stary dziwak stroił sobie z niej takie żarty?! Czy myślał, że ośmiolatka nabierze się na takie bajki? A już myślała, że się z Jeremiaszem polubią! Tupnęła nogą.

– Jak pan śmie tak drwić? Nigdy więcej nie przyjdę pana odwiedzić! – krzyknęła i poczuła na policzkach łzy.

Jeremiasz wrócił na bujany fotel i sięgnął po fajkę.

– Nie okłamywałbym takiej miłej pannicy – powiedział, a jego twarz znów była niezwykle poważna. – Jeśli mi nie wierzysz, wpadnij późnym wieczorem, kiedy zaczynają spadać. Dziś może być ich więcej. Przydałby mi się pomocnik.

Jeremiasz nie odezwał się więcej, pykał tę swoją fajeczkę i patrzył gdzieś w dal przed siebie. Hania przelała kompot z dzbanka do swojej butelki i burknąwszy kilka słów na pożegnanie, wyszła z podwórka. Wracała do babci okrężną drogą, przez pola. Potrzebowała ochłonąć. Dłonią przesuwała po dojrzałych kłosach zbóż, które rosły po oby stronach ścieżki. Zatrzymała się przy postrzępionym strachu na wróble, który spoglądał na świat jednym, smutnym okiem.

– Może ty mi powiesz, co tu spada w sierpniowe noce? – zapytała Hania gniewnie.

Biedny strach nie odpowiedział nic, zafurkotały tylko na wietrze postrzępione rękawy jego starej koszuli. I wtedy dziewczynce coś się przypomniało. Meteoryty! Plasnęła dłonią w czoło! W sierpniu spadają meteoryty! Przecież zdarzało jej się oglądać, jak przelatują przez niebo niczym złote strzały wypuszczone z niewidzialnego łuku! Zawsze wtedy starała się wypowiedzieć jakieś życzenie! Babcia mówiła, że to jedyne życzenia, które się spełniają. Poczuła w sercu niepokój. A może…Nie, to nie ma prawa się dziać! Jeremiasz kłamał! Gwiazdy nie spadają ludziom do kuferków! Szła teraz dużo wolniej, a zanim dotarła z powrotem do domu babci, w jej głowie kłębiło się sto pytań, na które nie miał jej kto odpowiedzieć.

Zdumiona dziwnym zachowaniem wnuczki, która nigdy nie bywała markotna, babcia postawiła przed nią zsiadłe mleko i gotowane ziemniaki z garstką świeżego kopru.

– Coś taka zamyślona? Zakochałaś się? – roześmiała się starsza pani.

– Babciu! Jak możesz! Ja nigdy się nie zakocham.  – oburzyła się dziewczynka.

– To co się dzieje?

– Nie, nic… Babciu, czy gwiazdy mogą spadać?

Babcia podniosła wzrok do góry.

– Mogą. Jeśli życzenie ma się spełnić, to spadają. Złote i błyszczące. Tak mówią.

Hania dziobała widelcem w jedzeniu, które miała na talerzu.

– A widziałaś kiedyś jakąś?

Babcia uśmiechnęła się tajemniczo i poprosiła wnuczkę o dokończenie obiadu. Ach, ci dorośli! Z nikim nie idzie się dogadać!

Tego dnia dziewczynka nie mogła się już na niczym skupić. Zatem kiedy nadszedł wieczór, odetchnęła. Nareszcie. Sama przed sobą nie chciała przyznać, jak bardzo czekała na koniec dnia. Wiedziała, że teraz musi, po prostu musi wrócić do Jeremiasza i zobaczyć na własne oczy, jak spadają gwiazdy! Pozostał tylko problem, jak wymknąć się nocą z domu w taki sposób, by nie spostrzegła tego babcia, która na pewno nie puściłaby jej nigdzie samej po zapadnięciu zmroku.

Kiedy cieniutki sierp księżyca zawisł nisko nad łąką, Hania najpierw na paluszkach sprawdziła, czy babcia już śpi. Starsza pani chrapała jak traktor, więc dziewczynka otworzyła okno w swojej sypialce i usiadłszy na parapecie, zeskoczyła na trawnik. Powitała ją cisza przerywana cykaniem świerszczy. Niebo było czarnogranatowe, miliony gwiazd mrugało prosto w Haniową buzię. Dziewczynka posłała im całusa. „Zobaczymy, co potraficie” – mruknęła pod nosem i popędziła w stronę chatki starego Jeremiasza.

 

Furtka była uchylona. Dziewczynka przemknęła zarośnięta ścieżką w stronę domu. Staruszka nie było tym razem na werandzie. Fotel bujany lekko jeszcze drgał, jakby ktoś przed chwilą z niego zszedł. Hania zeszła po schodkach prowadzących z werandy na podwórko.

Hania szła po cichutku, niemal na paluszkach, w stronę sadu. Nagle usłyszała cichy brzdęk. Pomiędzy drzewami dostrzegła Jeremiasza. Uganiał się po sadzie z ogromną siatką w dłoni. Większą niż siatka na motyle. Podglądała go zza pnia, nie dowierzając temu, co widzi. Starszy pan wpatrywał się w niebo. Było tak cicho, że nawet świerszcze zamilkły. Nagle gdzieś daleko coś zaświszczało. Świst robił się coraz głośniejszy, dochodził z wysoka i przybliżał się do ziemi. Hania popatrzyła w niebo. Wydawało jej się, że widzi spadający meteor. Ale nie przeleciał on przez sklepienie szybkim błyskiem, tylko zostawiał za sobą coraz dłuższą, rozżarzoną smugę. Czerwona kropka rosła i skwierczała coraz głośniej. I wtedy Hania uświadomiła sobie, że to, co było ową kropką, jest w rzeczywistości gwiazdą. Rozpaloną do czerwoności gwiazdą. Jeremiasz przestępował z nogi na nogę i starał się podstawić swoją siatkę dokładnie pod lecące z impetem w dół…marzenie? Bam! Gwiazda wpadła do metalowej siatki. Hania nie wytrzymała, wyskoczyła zza drzewa:

– Pokaż! Pokaż! – zajrzała do siatki, z której na razie wydobywały się kłęby dymu.

– Poczekaj, to marzenie jest jeszcze świeże jak dopiero co upieczony chleb. I bardzo gorące. – Jeremiasz przełożył gwiazdę do blaszanego wiaderka i natychmiast przykrył je wieczkiem.

– Jak to możliwe? – zapiszczała Hania! Policzki jej płonęły.

– Wyjaśnienia później. Bierz drugą siatkę i pomóż mi je łapać! Tylko te, które złapiemy, spełnią się! Nie mogą spaść na ziemie! Dziś będzie urwanie głowy!

Hania niewiele myśląc, złapała opartą o jabłoń drugą siatkę i popatrzyła ponad drzewami. Zbliżała się do nich kolejna kropka. Rosła i rosła, bam! Z cichym brzdęknięciem wpadła do Haniowej siatki. Dziewczynce z wrażenia drżały ręce. Gwiazda syczała i dymiła. Dziewczynka szybko wrzuciła gwiazdę do wiaderka, które zakryła pokrywką. Jeremiasz roześmiał się:

– Dobra, zabawa, co? Uważaj, lecą następne!

Tej nocy pewna mała dziewczynka i jej całe życie starszy nowy przyjaciel mieli bardzo dużo pracy. Z setek gwiazd, które spadały na jabłoniowy sad, udało się złapać prawie wszystkie. Kiedy Hani nie udało się złapać gwiazdy po raz pierwszy, rozpłakała się. Gwiazda uderzyła głucho o kępę trawy i prysnęła, zostawiając po sobie drobny snop iskier. Pyk! I już. Czyjeś marzenie zgasło na zawsze.

Kiedy niebo zaróżowiło się od wschodu i welony mgieł uniosły się nad trawę, gwiazdy przestały spadać. Jeremiasz przetarł ręką czoło i usiadł pod wielką jabłonią. Hania przycupnęła obok niego. Bolały ją ręce od dźwigania gwiazd w siatce i szyja od spoglądania do góry. Ale nigdy w życiu nie była szczęśliwsza.

– Jeremiaszu, co się tu dziś wydarzyło? – zapytała, opierając głowę o pień.

– Uff – westchnął staruszek i poprawił swój kapelusik– tak jak mówiłem ci już wczoraj w sierpniu spadają tu gwiazdy, czyli marzenia. Mam tu z nimi mnóstwo pracy!

Hania popatrzyła na swojego towarzysza ze zniecierpliwieniem. Domagała się wyjaśnień! Halo, całą noc łapie gwiazdy jak motyle, chyba należy jej jakieś wytłumaczenie!

– Otóż, moja droga – Jeremiasz pokręcił szyja, która i jego najwyraźniej też bolała – to, co ludzie biorą w sierpniu za deszcz meteorów, to są właśnie marzenia. To znaczy meteory, oczywiście, istnieją. Wiesz, że mówi się na nie „spadające gwiazdy”?

Hania pokiwała głową.

– I właśnie wtedy, kiedy się je widzi, ludzie wypowiadają swoje życzenia, prawda?

– Tak, ja też to robię

– No widzisz! I to jest tak, że to życzenie zamienia się w meteor. Albo może meteor zamienia się w życzenie? Tego dokładnie nie wiem. Ale wiem, że jako gwiazda spada wprost do mojego sadu! Muszę je wyłapywać, żeby się nie rozbijały o ziemię! Ktoś musi dbać o marzenia i wyszło na to, że jestem to… ja.

– A co potem z nimi robisz? – Hania wskazała ręką na kilka pełnych po brzegi wiaderek.

– Najczęściej muszą dzień czy dwa stygnąć. Gorące są zbyt świeże, by coś sensownego z nimi zrobić. Wrzucam je zatem do mojego kuferka, a potem…zasadzam.

– Zasadzasz? – Hania nie była pewna, czy się nie przesłyszała.

– Tak, zasadzam. Te wszystkie jabłonie, jakie tu widzisz, to marzenia, które wykiełkowały i zaowocowały. Zobacz zresztą sama coś ciekawego!

Jeremiasz zerwał jeden z pięknych, czerwonych owoców nad swoją głową. Następnie wyjął z kieszeni scyzoryk i przekroił jabłko na dwie równe części.

– Co widzisz? – zapytał staruszek podsuwając Hani pod nos połówkę owocu.

Wzrok Hani wyostrzył się i po chwili dostrzegła w białym miąższu – tam, gdzie tkwiły pestki – piękną, pięcioramienna gwiazdę. Dziewczynka westchnęła z zachwytu!

– Jeśli drzewo owocuje, to dobrze?

– Tak – Jeremiasz ugryzł jabłko – To znaczy, że życzenie się spełniło. I rozumiesz teraz, dlaczego nie mam czasu na nic innego? Tylko ja pielęgnuję ludzkie marzenia. To bardzo dużo pracy! Czasu starcza tylko na zrobienie kompotu!  – roześmiał się – No, moja panno, idziemy! Trzeba się przespać i wrócić do sadu posadzić wczorajsze marzenia! Zmykaj, póki babcia nie wstała!

Hania była zbyt oszołomiona, by od razu wstać. Od tych wszystkich informacji kręciło jej się w głowie i nadal nie mogła wyjść z lekkiego szoku po tym, co tu się nocą działo.

– Jeremiaszu – wyjąkała, zapomniawszy, że jeszcze niedawno mówiła do niego „proszę pana”– Czy mogę wrócić wieczorem?

Jeremiasz wzruszył ramionami, ale spojrzenie jego niebieskich oczu mówiło, że bardzo zależy mu na kolejnej wizycie.

– Zostawię otwartą furtkę. Do zobaczenia!

 

Kiedy Hania wchodziła pod kołdrę, babciny budzik właśnie się rozdzwonił. Dziewczynka spała niemal do południa. Zaniepokojona babcia wiele razy zaglądała do małego pokoiku, ale kiedy w końcu dostrzegła brudną stopę wystająca spod kołdry, od razu domyśliła się, że w grę wchodziła jakaś nocna eskapada. Dlatego kiedy w końcu Hania w porze obiadowej przyczłapała na śniadanie, babcia zapytała bez ogródek:

– A gdzie to się szwendasz po nocy?

– Łapać marzenia z Jeremiaszem – ziewnęła Hania i dopiero teraz ugryzła się w język. Co babcia sobie pomyśli? Ale babcia wcale nie wyglądała na zdziwioną.

– To on to wciąż robi? – zapytała tylko.

– Babciu, to ty wiesz?!

No tego to już było po prostu za wiele! Własna babka trzyma takie rzeczy przed nią w tajemnicy!

– Tak – zachichotała babcia – Kiedyś łapałam je razem z nim.

Na wspomnienie tamtych chwil starsza pani lekko zarumieniała się.

– Czy ty …i Jeremiasz?– Hania znacząco zawiesiła głos.

Babcia popatrzyła na Hanię uważnie.

– To było jedno z tym marzeń, które spadło na ziemie i się nie spełniło. Ale za to spełniło się wiele innych. I ty jesteś jednym z nich.

Babcia przytuliła wnuczkę do siebie.

– A co z nim?

– Jeremiasz wiele lat temu stracił całą swoją rodzinę. To był jakiś straszny wypadek. Na wiele lat zamknął się w sobie, zdziwaczał, przestał widywać ludzi. Ale nie miałam pojęcia, że nie przestał łapać spadających gwiazd.

 

Wieczorem dziewczynka niosła w torbie szklaną butelkę. Tym razem to ona chciała poczęstować staruszka czymś pysznym. Wiedziała, że to, co miała ze sobą, sprawi mu największą przyjemność. Furtka była uchylona, na werandzie znów nie było nikogo. Hania postawiła butelkę z własnoręcznie zrobionym kompotem na stole i rozejrzała się. Podwórko było puste.

– Jeremiaszu! Jestem! – krzyknęła dziewczynka.

Odpowiedziała jej cisza. Dziewczynka postanowiła przejść się po sadzie. A nuż widelec znajdzie staruszka gdzieś między drzewami. Może zrywa owoce? A może sadzi nowe jabłonie? Rzeczywiście, niedaleko dostrzegła Jeremiasza opartego o szpadel. Przed nim był równy rządek licznych kopczyków. Zakopane gwiazdy! Teraz wystarczyło poczekać na deszcz aż zakiełkują! Jeremiasz stał pod niewielkim drzewem, które wciąż miało zielone jabłka.

– To było drzewo marzenie mojej córki – powiedział cicho. Nawet się nie odwrócił w stronę Hani, ale dobrze wiedział, że dziewczynka jest z tyłu. – Te jabłka są zawsze zielne. Jej życzenie nie mogło dojrzeć, nie zdążyła… – odchrząknął – dorosnąć.

Hania podeszła do staruszka bardzo powoli. Włożyła swoją małą dłoń w jego spracowaną rękę i delikatnie ścisnęła.

Jeremiasz popatrzył na stojąca obok dziewczynka i rękawem koszuli otarł łzę, która zaczaiła się gdzieś w kąciku oka.

– Czy jesteś gotowa, aby dziś wypowiedzieć swoje życzenie i sama je złapać?

Hania podskoczyła z radości.

– Pewnie! Ale najpierw po szklaneczce! Chodź, zrobiłam według twojego przepisu, ale czegoś w tym kompocie brakuje, musisz sprawdzić sam…

Hania i Jeremiasz zniknęli między drzewami. Jej serdeczne paplanie słychać było jeszcze długo. Jabłonki potrząsnęły grzywami, kilka jabłek spadło i potoczyło się po ziemi. Stare drzewa wiedziały, że czas spadających gwiazd i czas przyjaźni to najważniejszy czas w życiu człowieka. A to był dopiero początek.

Koniec

Komentarze

Na początek uwaga techniczna: system sam wrzuca tytuł, nie musisz tego robić, w tej chwili masz go podwójnie.

Ładna bajka i faktycznie dla bardzo młodego czytelnika, takiego poniżej dziesięciu lat. Dla starszych dzieci może być zbyt słodka. Wykonanie dobre, choć Reg pewnie to i owo znajdzie, ale ja czytałam Twoje opko na czytniku, a wtedy baboli zwyczajnie nie zauważam. No, chyba że są naprawdę ogromne :)

Czekam na coś dla dorosłych :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Dziękuję za recenzję i uwagę techniczną – kompletnie tego podwójnego tytułu nie zauważyłam. . :-) Tak, jest to dla bardzo młodego czytelnika. :-) 

Nowa Fantastyka