- Opowiadanie: SaraWinter - Festiwal Słonecznych Żagli

Festiwal Słonecznych Żagli

Betowali: Wisielec i Silva. Dziękuję! 

Za nieposłuszeństwo przepraszam. <3

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Festiwal Słonecznych Żagli

Sta­li­śmy na skra­ju klifu po­ro­śnię­te­go po­żół­kły­mi tra­wa­mi. Prawą rękę chowałem w kie­sze­ni, trzy­ma­jąc wy­ry­tą w cynie po­do­bi­znę matki. Za nami stała pryzmatowa wieża. Pro­mie­nie Gwiaz­dy wy­ła­nia­ją­cej się znad oce­anu roz­sz­cze­pia­ły się w jej bryle. Ko­lo­ro­wy dom, tęcza na szkle, ta­niec fo­to­nów. Gdy miesz­ka­li­śmy na Ziemi, po­zna­łem świe­tli­ki. Tań­czy­ły tak samo. 

– Splincienie. – Oj­ciec wska­zał su­ną­ce po nie­bie ptaki.

Któ­ryś wrza­snął. To takie dziw­ne, że mary mogły krzy­czeć. Naj­więk­szy ze splincieni prze­le­ciał tuż przy linii brze­go­wej. Za­chwia­łem się. Oj­ciec mnie zła­pał. 

– Trzy­maj się, Max. – Pu­ścił upew­nio­ny, że od­zy­ska­łem rów­no­wa­gę. – To nasz nowy dom.

 

 

SŁO­NECZ­NY ŻA­GIEL

 

 

Za­le­d­wie pół wieku temu czło­wiek po­sta­wił stopę na tej go­rą­cej ziemi. Po­ma­rań­czo­we skały, fauna i flora czer­pa­ły życie z pu­styn­nych pia­sków. Na­ukow­cy nadal gło­wi­li się, ja­ki­mi pra­wa­mi fi­zy­ki rzą­dzi­ła się ta pla­ne­ta. Do­tych­cza­so­wa wie­dza była tu bez­u­ży­tecz­na. Ein­ste­in mógł­by się wsty­dzić. Kro­ple tego, co na­zy­wa­li­śmy rosą, uwię­zio­ne w sko­ru­pach mo­ty­le, bąble przy­ssa­ne do ko­rze­ni dzi­wacz­nych ro­ślin, zwie­rzę­ta przy­po­mi­na­ją­ce mary. Przy­wy­kli­śmy.

Nasza wieża stała na kli­fie z dala od mia­sta. Oj­ciec każ­dej nocy bez­sku­tecz­nie wy­pa­try­wał ja­snych punk­tów na ciemnym niebie. Ro­di­nia zda­wa­ła się szczel­nie otu­lać grubą pie­rzy­ną. A ja lu­bi­łem wy­my­kać się spod klo­sza.

– Chodź, Miko! – przy­wo­ła­łem psa. 

Wło­cha­ty ol­brzym ociężale pod­niósł się z le­go­wi­ska. Uda­li­śmy się na po­bli­skie wzgó­rze, skąd chęt­nie ob­ser­wo­wa­łem od­le­głą osadę. Na­pę­dza­na polem ener­ge­tycz­nym pla­ne­ty ma­mi­ła wzrok. Iskrzą­ce wie­żow­ce na tle nieba. Błę­kit pru­ski, głę­bo­ka noc. Czas z pew­no­ścią pły­nął tu ina­czej.

Ze wzgó­rza, na któ­rym sta­łem, obserwowałem nie­koń­czą­ce się morze. Jak za­zwy­czaj, pal­ca­mi cze­sa­łem trawy, pa­znok­cia­mi skro­ba­łem zro­go­wa­cia­łą glebę, szu­ka­łem tych dziw­nych stwo­rzeń, któ­rych szki­ce oży­wa­ły w moich snach. I tego dnia rów­nież mi się po­szczę­ści­ło. Zna­la­złem zim­ne­go mo­ty­la. Wieczorem przy­pią­łem go do ta­bli­cy obok in­nych dzi­wacz­nych stwo­rzeń.

Na­stęp­ne­go ranka prze­glą­da­łem czwar­te wy­da­nie “Ilu­stro­wa­ne­go pod­ręcz­ni­ka ro­diń­skiej fauny i flory”. Oj­ciec zdo­był go dla mnie jesz­cze na ziem­skiej uczel­ni. Do­stać go było trud­no, mu­siał do­wieść, że zo­sta­nie wy­sła­ny na Ro­di­nię. Zgo­dzi­li się, uzna­jąc to za teo­re­tycz­ne wpro­wa­dze­nie dzie­ci do No­we­go Świa­ta. Za­fa­scy­no­wa­ny dzi­wacz­no­ścią tu­tej­szych zwie­rząt od­sta­wi­łem na bok inne po­ży­tecz­ne książ­ki.

Zanurzony w lekturze po­czu­łem cie­płą ślinę prze­pły­wa­ją­cą po­mię­dzy pal­ca­mi.

– Błeee, Miko! – Skrzy­wi­łem się, wsta­łem, by się­gnąć chu­s­tecz­kę.

Coś za oknem przy­ku­ło mój wzrok. To nie jest splincień. Za cien­ki na splincienia. Pła­ska, sy­me­trycz­na fi­gu­ra nie­chluj­nie wiła się nad ska­ła­mi. Zgu­bi­ła tra­jek­to­rię lotu? Za­po­mnia­łem o ob­śli­nio­nej sto­pie. Wsu­ną­łem tramp­ki i wy­bie­głem z domu. 

Bie­gnąc, po­ko­ny­wa­łem wy­dep­ta­ną już ścież­kę. Ostre kra­wę­dzie traw ra­ni­ły nagie łydki. Za­trzy­ma­łem się do­pie­ro pod ulu­bio­nym wzgó­rzem. 

Z daleka dostrzegłem drobną istotę, sterującą zabawką. Miała na sobie nie­bie­ską su­kien­kę w białe kwia­ty. Od­wa­gi – po­my­śla­łem, za­ci­ska­jąc pię­ści. I kiedy tylko po­sta­wi­łem krok, ona zniknęła.

Prze­tar­łem oczy i ru­szy­łem jesz­cze szyb­ciej. Zdy­sza­ny sta­ną­łem w miej­scu, gdzie przed chwi­lą ba­wi­ła się dziewczynka. Uklą­kłem, wy­chy­li­łem głowę. Roz­bry­zgu­ją­ce o skały fale dosięgły mojej twa­rzy. Jak kubeł zim­nej wody. 

 

Kiedy wró­ci­łem, oj­ciec przy­go­to­wy­wał glony wy­ho­do­wa­ne na Ro­di­nii. Podświadomie ob­ró­ci­łem amu­let ukry­ty w kie­sze­ni wy­tar­tych dżin­sów.

– Gdzie byłeś? – zapytał oj­ciec, wciąż sku­pio­ny na ziel­sku.

– Wi­dzia­łem coś – wy­zna­łem bez­myśl­nie.

– Co ta­kie­go? 

– Ja­kieś dziec­ko ba­wi­ło się ża­glem.

– Ża­glem? Takim jakby la­taw­cem? – Od­wró­cił się w moją stro­nę.

– La­taw­cem? Co to takiego? – Nie mia­łem po­ję­cia.

– Sta­ro­daw­na za­baw­ka – tłumaczył. – Kształ­tem po­dob­na do żagla sło­necz­ne­go. Mało tu dzie­ci, a te która są, bardzo się nudzą. Znam pew­ne­go star­ca, który sprze­da­je takie ża­glo-la­taw­ce.

Po­my­śla­łem o roz­pły­wa­ją­cej się w po­wie­trzu dziew­czyn­ce. Nie chcia­łem, by oj­ciec się do­wie­dział. Pra­gną­łem wy­ja­śnić ta­jem­ni­cze znik­nię­cie sam.

– Ja… – za­czą­łem nie­śmia­ło. – Ja chciał­bym taki ża­giel.

Oj­ciec mil­czał, jed­nak po chwi­li do­strze­głem de­li­kat­ne ski­nie­nie.

– Cie­szysz się, Miko? – Szturch­ną­łem le­żą­ce­go pod sto­łem wło­cha­cza. – Je­dzie­my do mia­sta.

 

Jesz­cze tego sa­me­go dnia wsie­dli­śmy do kap­su­la­ka, my z przo­du, Miko nie­zgrab­nie wgra­mo­lił się na tylne sie­dze­nie. Z wy­wie­szo­nym ję­zo­rem po­ło­żył łeb na moim ra­mie­niu. Od­bi­ja­ło mu się, chyba ze stra­chu.

– Nie bój się. – Po­kle­pa­łem go po pysku. – Je­steś jak duże dziec­ko.

Oj­ciec prze­krę­cił śrub­kę ini­cju­jąc ruch tur­bi­ny. Su­nę­li­śmy nad ła­mią­cy­mi się od na­pię­cia tra­wa­mi. Wciąż byłem młody, ale na tyle by­stry, by roz­my­ślać o na­stęp­stwach za­sie­dle­nia. Roz­le­głe rów­ni­ny, czy­ste niebo, cie­nie rzu­ca­ne przez splincienie. Wy­nie­śli­śmy z ziem­skie­go życia naukę, by wszyst­kie żywe, nie­szko­dli­we isto­ty zo­sta­wić w spo­ko­ju.

Mia­sto było coraz bli­żej. Miko mię­dzy czknię­cia­mi śli­nił fotel, lizał mnie po twa­rzy, oj­ciec mil­czał. Wie­dzia­łem od razu, że my­ślał o mamie. Minął za­le­d­wie kwa­drans, gdy za­trzy­ma­li­śmy się przed murem. Nie przy­po­mi­nał on jed­nak be­to­no­wej kon­struk­cji, jakie zwy­kli­śmy wi­dy­wać na Ziemi. Ledwo wi­dzial­na siat­ka pola roz­cią­ga­ła się wokół no­wo­cze­snej osady. Pa­la­to było jed­nym z nie­wie­lu miejsc, które naj­bar­dziej przy­po­mi­na­ło mia­sto. Po raz pierw­szy zo­ba­czy­łem je tuż po przy­lo­cie, z koń­cem wio­sny. Na Ziemi sza­lał wtedy lodowaty wiatr. 

Po­jazd zo­sta­wi­li­śmy przed Ścia­ną. Robot o pro­wi­zo­rycz­nej bu­do­wie, wy­glą­da­ją­cy ra­czej jak pro­to­typ – brzyd­ko po­spa­wa­ny i ze sko­lio­zą – ze­ska­no­wał z nas dane. Miko był jed­nym z nie­wie­lu zwie­rząt przy­wie­zio­nych z Ziemi. Straż­nik nawet nie za­re­je­stro­wał jego obec­no­ści. Gdy teraz o tym myślę, przy ta­kiej stra­ży do Pa­la­to mógł­by prze­śli­znąć się każdy. Ale wtedy na Ro­di­nii nikt nie spo­dzie­wał się ob­cych. Wtedy to my by­li­śmy tam obcy.

W mie­ście nie od­czu­wa­łem upału. Cen­trum przy­po­mi­na­ło bar­dziej uni­wer­sy­tec­ki kam­pus niż sta­rów­kę. Przez za­ku­rzo­ne szyby mo­gli­śmy zo­ba­czyć mi­nia­tu­ro­we plan­ta­cje ro­diń­skich ro­ślin, ho­dow­le alg oraz sztucz­ne ba­se­ny.

Roz­glą­da­łem się za­cie­ka­wio­ny. Naj­więk­szą uwagę przy­kuwał neo­no­wy szyld z na­pi­sem „Ho­dow­la miot­cza­ków – być może ja­dal­nych. Wciąż to ba­da­my”. W ogrom­nych szklar­niach la­ta­ły okrą­głe jak piłka, po­ro­śnię­te szpil­ko­wa­ty­mi skrzy­deł­ka­mi ży­jąt­ka. Po­sta­no­wi­łem, że kie­dyś jed­no zła­pię i przy­rzą­dzę na ko­la­cję. Byłem pewny, że Miko bar­dzo by się ucie­szył. 

Szli­śmy już kilka minut. Oj­ciec po dro­dze witał się z ludź­mi, po­zdra­wia­li go, py­ta­li co sły­chać, chwa­li­li mnie, po­dzi­wia­li mój wzrost, gła­ska­li psa. Tata był ważny, a ja dumny. Gdyby mama… Urwa­łem myśl.

Pa­trzy­łem pod nogi li­cząc kroki sta­wia­ne na ka­flach. Za­ję­ty ra­chun­ka­mi nie za­uwa­ży­łem, kiedy oto­cze­nie zmie­ni­ło się. 

Gdzieś na ubo­czu wiel­kiej na­uko­wej spo­łecz­no­ści, zna­leź­li się lu­dzie handlujący roz­ma­ito­ścia­mi. Ręcz­nie ma­lo­wa­ne kubki, wa­zo­ni­ki i ko­lo­ro­we tka­ni­ny. Ko­bie­ta o si­wych wło­sach dzier­ga­ła na szy­deł­ku dzie­cię­ce za­baw­ki o kształ­tach nie­po­dob­nych do zwie­rząt, które zna­łem. Nad plat­for­mą, przy któ­rej sie­dzia­ła, uno­sił się ho­lo­gram stwo­rze­nia z dłu­gi­mi do stóp usza­mi, trze­ma no­ga­mi i roz­la­nym tu­ło­wiem. Za nią, w pudle z kar­to­nu, le­ża­ły kłęb­ki sre­brzy­stych nici kształ­tem przy­po­mi­na­ją­ce doj­rza­łe brzo­skwi­nie.

W końcu zna­leź­li­śmy star­ca. Sku­pio­ny, la­se­ro­wym ha­ftem ozda­biał ża­giel. 

– Dzień dobry! – przy­wi­tał go oj­ciec. 

– A, dzień dobry! – Ukło­nił się.

– Chciał­bym kupić la­ta­wiec dla synka – za­czął tata. – Co ma pan do za­ofe­ro­wa­nia?

– Po­le­cam Ho­ki­to. Mój naj­now­szy model. – Wska­zał le­żą­cy na wierz­chu rom­bo­idal­ny ka­wa­łek two­rzy­wa. 

Nie zna­łem tego ma­te­ria­łu. Był de­li­kat­ny w do­ty­ku, gład­ki jak skóra mamy, a jed­no­cze­śnie pach­niał sztucz­no­ścią.

– Nowy wy­na­la­zek – tłu­ma­czył sta­rzec. – Kilkoro dzie­cia­ków już pró­bo­wa­ło. 

Miko po­wą­chał przed­miot, a po chwi­li za­czął go lizać.

– Pro­szę wziąć ku­dła­cza. – Za­pe­rzył się sprze­daw­ca. 

– Chcę go – oznaj­mi­łem, prze­cią­ga­jąc opusz­ka­mi po je­dwa­bi­stej po­wierzch­ni.

Ojciec się zgodził.

 

Na­stęp­ne­go dnia wsta­łem wcze­śniej niż zwy­kle. Gwiaz­da zie­wa­ła, tato czu­wał na szczy­cie wieży, Miko spał przy misce z wodą, Ho­ki­to cze­kał opar­ty o nogi biur­ka. 

Przy­go­to­wa­łem pro­ste śnia­da­nie – pastę z alg z wodą ma­gne­zo­wą. Ohyda. Obok pięk­nie uło­żo­nej za­sta­wy zo­sta­wi­łem li­ścik.

– Chodź, ku­dła­czu! – przywołałem psa.

Gdy wy­szli­śmy na ze­wnątrz, suchy wiatr zmierz­wił moje włosy i kudły Miko. Ho­ki­to był go­to­wy, a ja spo­glą­da­łem na wzgó­rze, z któ­re­go zniknęła ta­jem­ni­cza dziewczynka.

Ku­dłacz biegł za mną ocię­ża­le z dyn­da­ją­cym ję­zo­rem. Do celu do­tar­łem pierw­szy.

– Pokaż, co po­tra­fisz – szep­ną­łem do żagla. 

Nie mia­łem po­ję­cia, jak dzia­ła. Roz­wi­ną­łem linkę, jedną ręką mocno trzymałem uchwyt, drugą usta­wia­łem ża­giel pod, jak są­dzi­łem, od­po­wied­nim kątem. Wiatr pra­wie wy­rwał mi go z rąk. Po­tkną­łem się, otrząsnąłem, bie­głem za nim, a wiało moc­niej niż zwy­kle. 

Nad linią brze­go­wą la­ta­ły splincienie. Za­cie­ka­wio­ne la­taw­cem, krą­ży­ły wokół. Za­trzy­ma­łem się, by le­piej im się przyj­rzeć. Miały szare, pół­prze­zro­czy­ste pióra, wy­łu­pia­ste, czar­ne jak węgle oczy, krót­kie, czar­ne dzio­by. Po­sia­da­ły kształt, ale jakby roz­my­ty. Każde mach­nię­cie skrzy­deł po­zo­sta­wia­ło w po­wie­trzu sre­brzy­stą smugę. Jakby się roz­pa­da­ły, gu­bi­ły spa­da­ją­cą z opie­rze­nia mgłę, roz­my­wa­ły się w locie i od­ra­dza­ły na nowo. 

Usły­sza­łem ner­wo­we szcze­ka­nie Miko za­głu­sza­ne wy­ciem wia­tru i szu­mem roz­bry­zgu­ją­cych się o skały fal. Ho­ki­to krą­żył wśród splincieni. Mia­łem wra­że­nie, że mnie nie słu­cha, że bawi się z pta­ka­mi, igra ze mną, mija się z wia­trem. Nim się obej­rza­łem, stanąłem na linii klifu bli­żej niż kie­dy­kol­wiek.

Nagle żagiel zatrzymał się. Z fa­lu­ją­cą klat­ką pier­sio­wą wpa­try­wa­łem się w bez­chmur­ne niebo, w Gwiaz­dę-Mat­kę po­ły­sku­ją­cą w od­da­li. Zro­bi­ło się tak cicho. 

– Le­ci­my!

Po­cią­gną­łem za sznu­rek i zro­bi­łem krok w tył. Włosy wpa­dły mi do oczu, wiatr kie­ro­wa­ny nie­ziem­ski­mi pra­wa­mi na­tu­ry pchnął mnie w stro­nę Sol­ne­go Morza. Poślizgnąłem się na skale. Spa­da­łem. 

Mia­łem dwa­na­ście lat, kiedy ura­to­wał mnie po raz pierw­szy.

 

 

 

DZIEW­CZYN­KA Z PĘK­NIĘ­TĄ TWA­RZĄ

 

 

Gdy wkroczyliśmy w at­mos­fe­rę Ro­di­nii, ka­za­no nam cze­kać w kap­su­łach, przy­piąć się pa­sa­mi, więc nie wi­dzie­li­śmy ni­cze­go prócz wnę­trza wła­snych sy­pial­nych komór. Teraz mo­głem z lotu ptaka po­dzi­wiać zróż­ni­co­wa­ną faunę i florę Sol­ne­go Morza. Do­strze­głem zwie­rzę­ta o dzi­wacz­nych kształ­tach, góry pia­sku usy­pa­ne na dnie, lu­mi­ne­scen­cyj­ne atole. Fale wy­płu­ki­wa­ły mor­skie szczy­ty, a ich dro­bin­ki spo­koj­nie opa­da­ły z po­wro­tem. Nie­zna­ne lu­dziom siły wy­pię­trza­ły ko­lej­ne war­stwy pod­wod­nych łań­cu­chów gór­skich. Mię­dzy nimi wiły się ma­leń­kie stwo­rze­nia, ka­ra­lu­cho­wa­te ol­brzy­my i cie­nie.

Za­hip­no­ty­zo­wa­ny wi­do­kiem za­po­mnia­łem o lą­dzie. Ho­ki­to nie współ­pra­co­wał z wia­trem, za to sku­tecz­nie ucie­kał przed Gwiaz­dą. Przy­spie­szał ku ciem­no­ści. 

Za­czą­łem się bać. Trzy­ma­jąc rącz­kę żagla, spojrzałem za sie­bie. Dziś błysz­czą­ca Matka kła­dła się po dru­giej stro­nie. Wi­ta­li­śmy noc. Ląd prze­pa­dał. Za ple­ca­mi wi­dzia­łem już tylko tań­czą­ce w strze­li­stej wieży świe­tli­ki.

Morze Solne zda­wa­ło się nie koń­czyć. Uci­chło, zasnęło. I ja byłem znu­żo­ny. Zmie­nia­łem ręce, pró­bo­wa­łem szar­pać z obawą, że ja­kie­kol­wiek próby na­wi­go­wa­nia skoń­czą się upad­kiem. Ho­ki­to zo­stał moim prze­wod­ni­kiem. Nie umia­łem nim ste­ro­wać, mu­sia­łem mu się pod­dać.

 

 

Mój ża­giel żył lub był in­te­li­gent­nym two­rem. Gwiaz­da zga­sła, a on niósł mnie przez gę­stwi­nę ciem­no­ści. Czu­łem dziw­ny, che­micz­ny za­pach. Po­dob­nie pach­nia­ło w la­bo­ra­to­rium mamy. 

Mia­łem wra­że­nie, że zmie­ni­li­śmy kąt na­chy­le­nia. Spa­da­li­śmy lub Ho­ki­to przy­go­to­wy­wał się do lą­do­wa­nia. Nic nie wi­dzia­łem. Nie po­tra­fi­łem od­róż­nić morza od nieba, snu od rze­czy­wi­sto­ści. Trzą­słem się z zimna lub stra­chu. Ro­di­nia oma­mi­ła mi zmy­sły. 

Ho­ki­to wy­tra­cał pręd­kość, aż w końcu za­trzy­mał się. Wzrok mnie za­wiódł. Słuch był do ni­cze­go w ta­kiej ciszy, po­sta­wi­łem na dotyk. Na oślep szu­ka­łem pia­chu, wody, alg. Cze­goś na­ma­cal­ne­go, cięż­sze­go niż po­wie­trze. Opusz­ki pal­ców na mo­ment ugrzę­zły w gę­stym mule. Po­tar­łem o sie­bie ob­le­pio­ne palce. Zna­leź­li­śmy ląd. 

 

Ze­sko­czy­łem, aż chlup­nę­ło. Za­pa­dłem się na kilka cen­ty­me­trów w grzą­ski grunt. Fale ob­my­wa­ły moje kost­ki. Syk­ną­łem, gdy sól wdar­ła się w płytkie rany na łyd­kach. 

– Idzie­my – zwró­ci­łem się do Ho­ki­to, ale sam nie wie­dzia­łem, dokąd mógł­bym pójść. 

Gwiaz­da po­wo­li wsta­wa­ła. Przed sobą mia­łem sze­ro­ką, piasz­czy­stą plażę, a za nią las. Mar­chew­ko­wy las. Wy­ła­nia­ją­ce się z ciem­no­ści za­ry­sy drzew przy­po­mi­na­ły grube ko­rze­nie mar­chwi le­wi­tu­ją­cych nad zie­mią. Prze­łkną­łem ślinę. Od­czu­wa­łem pra­gnie­nie, ja­kie­go dotąd nie zna­łem. Za­sty­głem. Z otę­pie­nia wy­rwa­ła mnie bi­ją­ca w plecy fala. Gdy spoj­rza­łem w dół, uj­rza­łem przy­ssa­ne do mo­je­go obu­wia iskrzą­ce fio­le­to­wą po­świa­tą ma­leń­kie rybki. Auć! Za­bo­la­ło, jak pod­czas ukłu­cia igłą. Wy­stra­szo­ny, wzią­łem głę­bo­ki wdech i wy­bie­głem z wody. Otrze­pa­łem tramp­ki z resz­tek żar­łocz­nych stwo­rzeń, czoł­ga­łem się w stro­nę lasu, a Ho­ki­to wi­ro­wał nade mną. Żar­ło­kieł­ki go­ni­ły mnie, po­zo­sta­wia­jąc bruz­dy w wil­got­nym pia­sku. Zwal­nia­ły, po­wo­li wy­ga­sa­ły, aż w końcu za­mar­ły. Usia­dłem opar­ty o gę­stwi­nę mar­chew­ko­wych ko­rzon­ków. Od­dech mia­łem płyt­ki, szyb­ki, prze­sta­łem wi­dzieć wy­raź­nie. W ustach po­czu­łem smak soli.

Ho­ki­to po­ło­żył się na grun­cie i naj­wy­raź­niej cze­kał, aż prze­sta­nę płakać. Nie wie­dzia­łem, ile czasu mi­nę­ło, ale Gwiaz­da stała już wy­so­ko na nie­bie. Usły­sza­łem do­bie­ga­ją­ce z da­le­ka zna­jo­me krzy­ki splincieni. Woda od­pa­ro­wa­ła z po­wierzch­ni skóry po­zo­sta­wia­jąc białe plamy i za­ognio­ne rany. Na pa­lu­chu pra­wej stopy po­wsta­ł strup. 

 

Pić.

 

Ho­ki­to wzbił się na wy­so­kość moich ra­mion. Chwy­ci­łem go i z tru­dem wsta­łem, za­ci­ska­jąc zęby. Kro­pel­ki krwi po­kry­ły biały pia­sek. W świe­tle Gwiaz­dy wi­dzia­łem wy­raź­niej ko­ro­ny mar­chew­ko­wych drzew. Nie mo­głem przy­po­mnieć sobie ich nazwy. Moż­li­we, że to wciąż nie­od­kry­ty ro­diń­ski ga­tu­nek, któ­re­go nikt wcze­śniej nie wi­dział. Tym go­rzej. Nie mia­łem za­mia­ru wcho­dzić do morza, nie mia­łem za­mia­ru wra­cać. Je­dy­ne, czego po­trze­bo­wa­łem, to czy­stej, pit­nej wody. Po­czu­łem po­cią­gnię­cie sznur­ka. Ho­ki­to ru­szył bez ostrze­że­nia wpro­wa­dza­jąc mnie w la­bi­rynt ko­rzon­ków. Grunt pod sto­pa­mi był ide­al­nie pła­ski i równy. Podążałem za żaglem, który znów prze­wo­dził. Mimo, że za­pro­wa­dził mnie tutaj, ufa­łem mu.

Im dalej sze­dłem, tym wi­dzia­łem mniej. Mój to­wa­rzysz bez­sze­lest­nie prze­dzie­rał się mię­dzy pnia­mi. Wy­da­wa­ło się, że po­tra­fił zmie­niać wiel­kość. A może to omamy. Wy­czer­pa­ny, ze spierzch­nię­ty­mi usta­mi, na klęcz­kach po­ko­ny­wa­łem ko­lej­ne metry. Ciem­nia­ło przed ocza­mi, choć wciąż czu­łem na ple­cach cie­płe pro­mie­nie Gwiaz­dy prze­dzie­ra­ją­ce się przez wi­szą­ce nacie. Czoł­ga­łem się, aż w końcu upa­dłem.

 

Wody.

 

Mru­ży­łem oczy, mla­ska­łem ję­zy­kiem, chcąc zmu­sić śli­nian­ki do pracy. Pra­wie pu­ści­łem uchwyt, który łą­czył mnie z Ho­ki­to, ale po­czu­łem, że mnie cią­gnie. Gdy le­ża­łem twa­rzą zwró­co­ną ku ko­ron­kom mar­chew­ko­wych drzew, mógł swo­bod­nie wlec moje ciało po gład­kiej po­wierzch­ni. 

Za­ci­sną­łem po­wie­ki. Chcia­łem pła­kać, na nic. Po­czu­łem, że moja głowa prze­chy­la się w dół, a za nią tułów i nogi. Bez­wład­nie zjeż­dża­łem, jak na dzie­cię­cej śli­zgaw­ce. 

Za­trzy­ma­łem się w do­li­nie. Nade mną bez­chmur­ne, szare niebo. Gwiaz­da gasła. Ho­ki­to latał w kółko, mi­go­tał ja­skra­wy­mi plam­ka­mi. Po chwi­li nad moją głową po­ja­wił się drugi la­ta­wiec. Prze­krę­ci­łem się na brzuch, prze­tar­łem prze­krwio­ne oczy. Zo­ba­czy­łem dziew­czyn­kę w nie­bie­skiej su­kien­ce. Szła w moją stro­nę, nio­sąc coś w uło­żo­nych w koszyczek dło­niach. 

– Pij – wy­szep­ta­ła słod­ko.

Woda z jej rąk sma­ko­wa­ła jak miód. Dwa łyki uga­si­ły pra­gnie­nie. Usia­dłem, przyj­rza­łem się jej.

– To cie­bie wi­dzia­łem – wy­zna­łem.

– Szu­ka­łeś mnie? 

– Ja… – Pie­kły mnie po­licz­ki. – Byłem cie­ka­wy, kim je­steś i dla­cze­go znik­nę­łaś. 

– Tak samo, jak ty – od­po­wie­dzia­ła. – Spa­dłam.

– Nie wi­dzia­łem tego.

– Nikt nie wi­dział.

Kiedy wsta­ła, za­uwa­ży­łem okrą­głe je­zio­ro położone w środ­ku lej­ko­wa­tej do­li­ny.

Dziew­czyn­ka przy­nio­sła ko­lej­ną por­cję wody. Była taka słod­ka. 

– Jak masz na imię? – spy­ta­łem, grzbietem dłoni wycierając usta.

– Sanja. A ty?

 

***

 

Nie wie­dzie­li­śmy, gdzie je­ste­śmy. Nie mie­li­śmy po­ję­cia, co dalej. By­li­śmy dwój­ką za­gu­bio­nych ziem­skich dzie­ci na obcej pla­ne­cie, którą ka­za­li nam na­zy­wać domem.

Kiedy po­czu­łem przy­pływ ener­gii, sta­ną­łem na brze­gu je­zio­ra. Ode­tchną­łem z ulgą uj­rzaw­szy znane mi z pod­ręcz­ni­ków zwie­rzę­ta. Ku­deł­ki pły­wa­ły tuż pod po­wierzch­nią. 

– Wcho­dzę – po­sta­no­wi­łem.

– Co ty ro­bisz? – Sanja drżała.

– Mu­si­my coś zjeść – odpowiedziałem, szykując się do ataku.

Zła­pa­nie ku­deł­ków nie było trud­ne. W kilka chwil, go­ły­mi rę­ka­mi schwy­ta­łem osiem. Wiły się na pła­skiej po­wierzch­ni, jed­nak glu­to­wa­ta maź po­kry­wa­ją­ca ich owło­sio­ne ciał­ka szyb­ko wy­sy­cha­ła i przy­kle­ja­ła je do pod­ło­ża. 

– To okrop­ne! – Sanja od­wró­ci­ła wzrok. 

Zdją­łem dziu­ra­we obu­wie. Kilka razy gruch­nę­ło, aż ostat­nie stwo­rzon­ko znie­ru­cho­mia­ło. Od­kle­iłem ły­ko­wa­te ciał­ko, chwy­ci­łem je na wy­so­ko­ści oczu. Ich gu­mo­wa­ta skóra była bar­dzo gruba, aż plu­łem kła­ka­mi. Sanja nerwowo ob­gry­za­ła pa­znok­cie. Wtedy coś do mnie do­tar­ło.

– Jak długo tu je­steś? – spy­ta­łem. 

Od­sło­ni­ła usta.

– Jeden dzień dłu­żej. 

– Nic nie ja­dłaś? 

– Tylko piłam. 

Mu­sia­ła być głod­na. Po­da­łem jej ku­deł­ka. 

– To teraz za­cznij wy­ry­wać mu kłaki. 

 

Pierw­sze­go dnia darła z za­ci­śnię­ty­mi po­wie­ka­mi. Czte­ry wscho­dzą­ce Gwiaz­dy póź­niej ro­bi­ła to w mil­cze­niu. Su­ro­we mięso z pew­no­ścią sma­ko­wa­ło le­piej niż ro­diń­skie algi.

Nie ro­zu­mia­łem, dla­cze­go zo­sta­li­śmy tam tak długo. Ho­ki­to i Hole le­ża­ły tuż obok, go­to­we do lotu w każ­dej chwi­li. My, para na­sto­lat­ków, dzie­ci jesz­cze, ła­pa­li­śmy ku­deł­ki, bro­dzi­li­śmy w płyt­kiej wo­dzie, spa­li­śmy obok sie­bie. Noce na Mar­chew­ko­wej Wy­spie były cie­płe, mimo to Sanja nie­śmia­ło wtu­la­ła się we mnie.

– Kim jest ta ko­bie­ta? – spy­ta­ła pią­te­go dnia.

– Moja mama – wy­ja­śni­łem.

– Pięk­na – przy­zna­ła, wpa­tru­jąc się w cy­no­wy krą­żek. – Umar­ła?

Wy­cią­gną­łem dłoń po swoją wła­sność. 

– Tak.

– Przy­kro mi. 

Sanja ob­ję­ła mnie mocno.

– Chcę wró­cić do domu – przy­zna­ła, ru­mie­niąc się.

– Wró­ci­my – obie­ca­łem.

Mógł­bym pa­trzeć z nią razem w gwiaz­dy, gdyby ist­nia­ły.

– Och! Zo­bacz! Świa­tło! – San­ja po­de­rwa­ła się.

– Może ko­me­ta?

– A może obcy?

– Pfff… Obcy nie ist­nie­ją – stwier­dzi­łem.

Za­my­ślo­ny, po­ło­ży­łem się z dłoń­mi sple­cio­ny­mi pod głową. Nie wi­dzia­łem twa­rzy Sanji, noc była zbyt gęsta, ale mo­głem wy­czuć jej ruch, sły­szeć spo­koj­ny od­dech, roz­ko­szo­wać się jej za­pa­chem. Gdy ogon świa­tła zni­knął, dziew­czy­na nie­śmia­ło po­ło­ży­ła drob­ną głów­kę na mojej pier­si.

– Za­bie­rzesz mnie do domu?

Spojrzałem na nią. Była kru­cha jak suche źdźbło. Po­tar­ga­na wia­trem, pęk­nię­ta od łez. 

– Gdzie jest twój dom? – zapytałem.

– Tam, gdzie twój. 

Obu­dzi­łem się z Sanją w swo­ich ra­mio­nach. Przez całą noc ani drgną­łem z obawy, że kiedy tylko się po­ru­szę, kru­szy­na wy­pad­nie mi z rąk, po­tur­la się do je­zio­ra, utopi się i znik­nie.

 

Kraaa… Kra­aaaaaa…

 

– Splincienie…

Przez kilka dni zdą­ży­łem za­po­mnieć, że ist­nie­ją, jed­nak teraz, choć ich nie wi­dzia­łem, wi­ta­łem ich wrzask z ra­do­ścią. 

Uło­ży­łem Sanję w po­zy­cji em­brio­nal­nej.

– Pil­nuj­cie, żeby nie spa­dła – po­pro­si­łem le­żą­ce le­ni­wie, lekko już wy­pło­wia­łe żagle. 

Wsze­dłem do wody, a gdy dziewczyna obu­dzi­ła się, cze­ka­ły na nią łyse ku­deł­ki.

 

Gdy­bym miał pod­jąć de­cy­zję teraz, bo­gat­szy w do­świad­cze­nia i wie­dzę, nie po­le­ciał­bym. Trzy­ma­łem rącz­kę żagla bar­dzo mocno, ale jesz­cze moc­niej splo­tłem palce z drob­ny­mi pal­ca­mi Sanji. 

– Trzy­maj się! – krzyk­ną­łem.

 

Żagle, byłem prze­ko­na­ny, po­ro­zu­mie­wa­ły się ze sobą. Ru­szy­ły na sy­gnał, w tym samym mo­men­cie. Wi­sie­li­śmy nad ma­le­ją­cą w oczach wyspą oto­czo­ną Sol­nym Mo­rzem. Je­zio­ro Lej­ko­wa­te stało się białą krop­ką, a Mar­chew­ko­wy Las le­wi­tu­ją­cym mchem. Pa­rzy­ło, a my wciąż wi­sie­li­śmy w miej­scu. 

– Ho­ki­to, leć!

Szarp­nę­ło. Wciąż mocno trzy­ma­łem dłoń Sanji. Jej ró­żo­wą twarz zdo­bi­ły po­szar­pa­ne kre­ski, ścią­ga­ją­ce skórę od ką­ci­ków oczu po linię brody. Dziew­czyn­ka z pęk­nię­tą twa­rzą – po­my­śla­łem.

– Nie bój się!

Dud­ni­ło w uszach, skóra pie­kła, mar­twi­łem się o Ho­ki­to i Hole, że usma­żą się w pro­mie­niach Gwiaz­dy. Zna­jo­my krzyk splincieni gonił nas od stro­ny Wyspy. Jak długo krą­ży­ły nad nami ni­czym sępy, nie wie­dzia­łem.

Żagle przy­spie­sza­ły rów­no­mier­nie, ucie­ka­jąc przed żarem, ob­ni­ża­ły lot. Pa­ru­ją­ca znad Sol­ne­go Morza woda li­za­ła ledwo za­go­jo­ny paluch stopy. 

– Ho­ki­to, wyżej!

Nie słu­chał. Sanja otwo­rzy­ła oczy. Wi­dzia­łem, że nie mogła zła­pać od­de­chu, a krzyk ugrzązł gdzieś w gar­dle. Te małe skur­wy­syn­ki, żar­ło­kieł­ki, kłę­bi­ły się tuż pod po­wierzch­nią. Za­pew­ne wy­czu­ły za­pach mojej za­ognio­nej rany. 

Pu­ści­łem dłoń Sanji. 

– Ho­ki­to, co ty wy­pra­wiasz?! 

Obie­ma rę­ka­mi szar­pa­łem się z nie­sfor­nym ża­glem. 

 

Kra­aaaaa… Kra­aaaa… 

 

– Sanja! Wyżej! Mu­si­my le­cieć wyżej! Hole!

Pod­kur­czy­łem nogi. 

– Pro­szę, Pani Hole! Leć! – kwi­li­ła dziew­czyn­ka.

Ża­giel Sanji po­słu­chał. Wzbi­ła się, jed­nak oto­czo­na sta­dem splincieni, otu­lo­na ko­ko­nem mgli­stych piór, zni­kła mi z oczu.

Nadal walczyłem z żaglem, a pa­skud­ne żar­ło­kieł­ki na­chal­nie ką­sa­ły moje po­ślad­ki. 

– Ho­ki­to­oooo! 

W końcu się po­de­rwał. Gwiaz­da za­mar­ła w ze­ni­cie, Sanja od­pły­nę­ła z sza­rym ob­ło­kiem, ze mnie ka­pa­ły pot i krew. 

– Mu­si­my wra­cać! Ho­ki­to, mu­si­my wra­cać! – wrzesz­cza­łem, pa­trząc, jak tań­czą­ca ze sta­dem splincieni Hole sta­wa­ła się coraz mniej­sza.

 

 

PO­TWÓR Z JE­ZIO­RA ŁEZ

 

 

Morze wciąż było nie­spo­koj­ne, go­rą­cy wiatr ude­rzał w po­licz­ki, Gwiaz­da bie­gła na za­chód, a my w prze­ciw­ną stro­nę. Nim za­padł zmierzch, uj­rza­łem wyspę usy­pa­ną ze zło­te­go pia­sku. Jej stro­me zbo­cze mie­ni­ło się jak Droga Mlecz­na wi­dzia­na ze ste­row­ca. Ho­ki­to przy­spie­szył, w locie prze­bie­ra­łem no­ga­mi, przy­go­to­wa­ny do szyb­kie­go lą­do­wa­nia. Pu­ści­łem rącz­kę, upa­dłem twa­rzą w zimny pia­sek. Szorst­kie dro­bin­ki do­sta­ły się do oczu. Bo­la­ło. Trzesz­cza­ło mię­dzy zę­ba­mi. Za­mglo­nym wzro­kiem ledwo wi­dzia­łem żagiel. Otrze­pa­łem się z lep­kie­go pyłu, usia­dłem i za­czą­łem pła­kać. 

Sanja prze­pa­dła, nie sły­sza­łem już krzy­ku splincieni. Z prze­krwio­nych oczu łzami wy­płu­ki­wa­łem złotą ma­te­rię, aż za­pa­dła noc. Po­ło­ży­łem się obok Ho­ki­to i pa­trzy­łem w czar­ne niebo.

Na Ziemi lu­bi­łem ob­ser­wo­wać gwiaz­dy, szu­kać ukry­tych kształ­tów wy­ry­tych na po­wierzch­ni Księ­ży­ca. Ro­diń­skie noce były ciem­ne, bez­gwiezd­ne, mar­twe. Ze wspo­mnie­niem ta­jem­ni­czej ko­me­ty i po­pę­ka­nej twa­rzy Sanji, z pod­ku­lo­ny­mi no­ga­mi, za­sną­łem. 

Obu­dził mnie kwia­to­wy za­pach. Opar­ty na łok­ciach, za­dar­łem głowę. Ze szczy­tu góry uno­sił się per­ło­wy dym. 

– Ho­ki­to, za­bierz mnie tam! 

Po chwi­li wi­sia­łem nad dzi­wacz­nym geo­lo­gicz­nym two­rem. Stro­me zbo­cza po­ra­sta­ły drob­ne, białe kwia­ty. W dole sze­ro­kiej do­li­ny wy­żło­bio­nej we wnę­trzu góry uj­rza­łem je­zio­ro w ko­lo­rze in­dy­go. Ku­deł­ki! – po­my­śla­łem prze­peł­nio­ny na­dzie­ją. Uwol­ni­łem Ho­ki­to i bez na­my­słu za­czą­łem biec. 

– Auć!

Kwie­ci­sta mgła ką­sa­ła nagie łydki. Przy­wo­ła­łem la­ta­wiec, który bez­piecz­nie zniósł mnie i po­sta­wił na nie­na­tu­ral­nie sy­me­trycz­nym gła­zie.

Na klęcz­kach wy­pa­try­wa­łem ku­dła­tych rybek. Tafla była ciem­na i spo­koj­na. De­li­kat­nie szturch­ną­łem ją opusz­ką. Nic. Jak­bym za­nu­rzył palec w ki­sie­lu. Za­ła­ma­ny, nie spo­dzie­wa­łem się zna­leźć ży­wych istot. Uło­żo­ny na brzu­chu stu­ka­łem pal­ca­mi w mar­twą ga­la­re­tę. Po­my­śla­łem o Sanji, tacie i Miko. Po­cią­gną­łem nosem, z czub­ka któ­re­go spa­dła mokra kro­pla. I wtedy tafla drgnę­ła. Wy­brzu­szy­ła się na środ­ku, a wy­brzu­sze­nie to rosło i zbli­ża­ło się do mnie. Wsta­łem w po­śpie­chu. 

– Ho­ki­to­oooooo! 

Co­fa­łem się nie­ostroż­nie, aż wpa­dłem na tru­ją­cą łąkę. 

– Ho­ki­to­ooo! – Zdzie­ra­łem głos. – Ty głupi żaglu! Gdzie je­steś?! 

Krzy­cza­łem o pomoc, jakby ktoś mógł mnie usły­szeć. To takie na­iw­ne, ale li­czy­łem, że zja­wią się splincienie.

– Ho­ki­to­oooooo! 

Nie przy­le­ciał.

Uj­rza­łem czu­bek okrą­głej głowy po­ro­śnię­ty zle­pio­ny­mi, si­wy­mi wło­sa­mi. Stwór po­stu­rę miał ludz­ką o opły­wo­wym kształ­cie, po­kry­tą łu­ska­mi.

– Wzy­wa­łeś mnie? – za­py­tał.

Onie­mia­łem.

– Kim je­steś, chłop­cze?

– Ja… – od­zy­ska­łem mowę. – Mam na imię Max. 

– Hmm… – za­mru­czał dziw­ny stwór. – Pła­ka­łeś.

Po­sta­wi­łem dwa kroki w przód. W jego wy­sta­ją­cej nad gła­zem twa­rzy błysz­cza­ły smut­ne oczy. Pod­czoł­ga­łem się.

– Kim ty je­steś? – zapy­ta­łem, wi­dząc w lu­strza­nych oczach wła­sne od­bi­cie.

– Po­two­rem z Je­zio­ra Łez.

 

***

 

– Czy to łzy? 

– Ow­szem – od­rzekł po­twór chro­po­wa­tym gło­sem. – Kar­mię się nimi, pły­wam we łzach. Każda ich kro­pla to perła na moim ciele. Wi­dzisz? – Ob­ró­cił się do­oko­ła.

Usia­dłem ze skrzy­żo­wa­ny­mi no­ga­mi.

– Sanja też pła­ka­ła. Dla­cze­go po­le­cia­ła w inną stro­nę? – Mi­mo­wol­nie zer­k­ną­łem na niebo.

– Splincienie od­pro­wa­dzi­ły ją do domu. 

– Splincienie? – Zdzi­wi­łem się. – Są­dzi­łem ra­czej, że ją po­rwa­ły.

– Yymm… – za­mru­czał.

– A te kwia­ty? – Roz­glą­da­łem się po zboczach.

– My­ślo­czuj­ki – wy­ja­śnił po­twór. – Zbie­ra­ją wspo­mnie­nia. Każdy, kto tu do­tarł, sadzi nowy kwiat. Jed­nak naj­pierw musi za­pła­kać.

Wsu­ną­łem dłoń w kie­szeń. Wciąż tam był, cy­no­wy krą­żek z naj­pięk­niej­szą po Sanji ko­bie­tą na świe­cie. Wiatr pach­niał che­mią, draż­nił noz­drza, pobu­dzał zmy­sły. Moja zra­nio­na stopa roz­grza­ła się. W ustach po­czu­łem smak pra­żo­nych alg i wody ma­gne­zo­wej. A w oczach wod­ne­go stwo­ra uj­rza­łem po­pę­ka­ną twarz.

Po­twór z Je­zio­ra Łez przy­su­nął się na wy­cią­gnię­cie dłoni. Spa­da­ją­ce z pod­bród­ka kro­ple ufor­mo­wa­ły się w pięk­ną perłę. 

– Ładna – stwier­dzi­łem, ko­szul­ką osu­sza­jąc twarz.

Stwór zna­lazł miej­sce na swoim ciele i przy­cze­pił do niego białą ku­lecz­kę. 

– Dzię­ku­ję.

Uśmiech­nię­ty spoj­rza­łem w niebo.

Wró­cił.

– Ho­ki­to­oooooo! Ho­ki­to­ooooooo! 

Wy­glą­da­ło na to, że nie chciał do nas zle­cieć.

– To nie jest miej­sce dla żagla – po­wie­dział wodny sta­rzec. – Mu­sisz tam pójść, wśród bia­łych kwia­tów. Zdo­bądź szczyt, za­sadź nową my­ślo­czuj­kę. 

– Jak? – za­py­ta­łem.

– My­śla­mi.

 

Ostrożnie, przy­go­to­wa­ny na ostry ból po­sta­wi­łem stopę w gąsz­czu ma­leń­kich białych kwia­tów. Dzwo­necz­ki roz­kwi­tły, a z otwar­tych kie­li­chów pa­ro­wa­ła cie­pła mgieł­ka. Tym razem nie kłuła. Jej czą­stecz­ki za­wi­sły w po­wie­trzu, by po chwi­li opaść na grunt pod po­sta­cią cięż­kich kro­pel. Po­wo­li tur­la­ły się w stro­nę je­zio­ra, gęste jak rtęć, lep­kie ni­czym ki­siel. Stą­pa­łem po stro­mym zbo­czu oto­czo­ny du­cha­mi istot przy­by­łych tu przede mną. Wi­dzia­łem zła­ma­ne serca, śmierć bli­skich, chore dusze. Po­now­nie za­pła­ka­łem. W miej­scu, w któ­rym spa­dła moja łza, wy­rósł kwiat. 

Kiedy do­tar­łem na szczyt, po­czu­łem się lżej­szy.

– Dzię­ku­ję! – krzyk­ną­łem z góry, ma­cha­jąc do Po­two­ra z Je­zio­ra Łez. 

Sta­łem zbyt da­le­ko, by to do­strzec, ale czułem, że miał we­so­łe oczy.

Je­zio­ro wy­peł­ni­ło się po brze­gi, a ka­mien­ny blok po­kry­ła gęsta ciecz. Stwór za­nu­rzał się, a ciem­na tafla za­pa­dła się wraz z nim. 

Po chwi­li zbior­nik w ko­lo­rze in­dy­go ponownie stał się mar­twym na­czy­niem.

 

 

 

OBÓZ PO­RZU­CO­NYCH DZIE­CI

 

 

Le­cie­li­śmy dalej. Tym razem za­sko­czył nas deszcz pach­ną­cy cy­tru­sa­mi, ro­dzą­cy się zni­kąd. Na nie­bie nie do­strze­ga­łem ani jed­nej chmur­ki. Ho­ki­to był dziel­ny, a ja z tru­dem ła­piąc od­dech, zaciskałem powieki. Mokre bicze sma­ga­ły moją twarz. Dyn­da­łem w locie jak drew­nia­na kukła. Chcia­łem zo­ba­czyć świe­tli­ko­wą wieżę, ale wciąż nie wi­dzia­łem celu na­szej po­dró­ży. Gdy wiatr i deszcz usta­ły, Gwiaz­da wy­bu­chła z całą mocą. Pa­li­ła skórę, nisz­czy­ła płaszcz żagla. Przed nami wy­ło­ni­ła się ko­lej­na wyspa. Po­wo­li mia­łem dość.

Ho­ki­to po­sta­wił mnie bez­piecz­nie na ziemi po­ro­śnię­tej zgni­łą trawą, a sam za­trzy­mał się na czymś przy­po­mi­na­ją­cym kre­to­wi­sko. Jego płaszcz był nad­pa­lo­ny, we­so­łe diody zga­sły.

– Nie martw się, na­pra­wi­my to. – Po­gła­ska­łem cier­pią­cy ża­giel.

Rozejrzałem się. Ktoś mu­siał za­po­mnieć o tym miej­scu. Ko­lo­ro­we wia­der­ka stały od­wró­co­ne do góry dnem, a spod nich, jak żywa, wy­peł­zy­wa­ła czar­na zie­mia. Sto­iska ze zgni­ły­mi prze­ką­ska­mi ob­le­pio­ne mac­ka­mi gra­fi­to­wych ro­ślin. Za­tka­łem nos, zbie­ra­ło mi się na wy­mio­ty. Ho­ki­to leżał w mar­twej tra­wie, pra­wie tak samo mar­twy. 

Prze­klą­łem.

Prze­szu­ka­łem po­ro­śnię­te mcha­mi i blusz­czem obo­zo­wi­sko. Mię­dzy tra­wa­mi wiły się gliz­do­wa­te stwo­rze­nia. Żar­łocz­ne owady ata­ko­wa­ły moje uszy. Jakby chcia­ły wejść we mnie, prze­trze­bić mój mózg ni­czym zi­mo­wą spi­żar­nię. Po­dar­łem ko­szul­kę, z któ­rej zro­bi­łem pro­wi­zo­rycz­ną maskę. Nie mo­głem krzy­czeć i szu­kać po­mo­cy. Brud­ny, mokry i zmar­z­nię­ty, pod­że­ra­ny od stóp przez drob­ne stwo­rze­nia wró­ci­łem do żagla.

Nie wy­glą­dał do­brze. Nie­gdyś gład­ki ma­te­riał łusz­czył się jak skóra węża. Roz­pa­dał się na moich oczach, mimo to z wy­sił­kiem mru­gał świa­teł­ka­mi. 

Gdy ochło­ną­łem, za­czą­łem zbie­rać wszyst­ko, co mogło się przy­dać. Kle­jo­wa­tą maź spod tok­sycz­nych blusz­czy, nicie pa­ję­cza­ków, a nawet błoto. W płyt­kim wia­der­ku wy­mie­sza­łem skład­ni­ki. Po­wsta­łą papką za­le­pia­łem dziu­ry w płasz­czu żagla. Szu­ka­łem folii, która mo­gła­by uchronić ni­by-pla­stry przed Gwiaz­dą i wil­go­cią. Osta­tecz­nie na wierz­chu uło­ży­łem kwa­śne mchy. 

– Wy­glą­dasz jak nie­szczę­ście – pod­su­mo­wa­łem swoją pracę. – Mu­si­my le­cieć, Ho­ki­to, ina­czej tu umrę.

Spoj­rza­łem na czer­wo­ne dło­nie. Kwas wy­żarł skórę, palił ją, go­rą­ce bąble po­ra­sta­ły mnie. Tak bar­dzo chcia­ło mi się jeść i pić. Nie są­dzi­łem, by co­kol­wiek na tej wy­spie nada­wa­ło się do spo­ży­cia. Ho­ki­to nadal był zbyt słaby, by lecieć.

 

Umrę tu. 

 

W pew­nym mo­men­cie uzna­łem, że to nie­praw­da. Jakiś zły sen, lub owady wla­zły mi do głowy. Po co i dla­cze­go, czło­wiek osie­dlił się tu nie­pro­szo­ny? Ile dusz przede mną na­kar­mi­ło Po­two­ra z Je­zio­ra Łez? Ile pięk­nych twa­rzy pękło od nie­szczę­ścia? Ro­di­nia… Nowy dom, czy cmen­tarz nie­wi­nią­tek? Brud­ne myśli, brud­na wyspa, spa­lo­ny ża­giel.

 

Umie­ram.

 

Mia­łem dwa­na­ście lat, kiedy ura­to­wał mnie po raz pierw­szy. Nie wiem, ile mia­łem lat, kiedy ura­to­wał mnie po raz ko­lej­ny.

 

 

SŁOIK PEŁNY MUCH

 

Kra­aaa… Kra­aaa…

Jak zna­la­złem się nad Sol­nym Mo­rzem, do dziś nie wiem. Ho­ki­to le­ciał nisko, oto­czo­ny kłę­bem dymu. Nie, to nie był dym. To były splincienie. Krążyły, gubiąc pióra. Przez rozpływającą się mgłę mo­głem do­strzec sto­ją­cą nad prze­pa­ścią wieżę. W końcu! – pomyślałem. Gwiazda gasła, a ja z utęsknieniem cze­ka­łem na ta­niec świe­tli­ków.

– Ho­ki­to, jesz­cze trosz­kę! 

Kraaa… Kraaa…

Ża­giel le­ciał reszt­ka­mi sił. Opa­da­ją­ce skrzy­dła splincieni for­mo­wa­ły chmur­kę, na któ­rej moje nogi mogły od­po­cząć.

– Dzię­ku­ję! – szepnąłem.

Za wcze­śnie! Po­dusz­ka z piór roz­pły­nę­ła się w po­wie­trzu, mgiel­ne ptaki darły się, aż pękły mi uszy. Ho­ki­to zwa­rio­wał. Mo­dli­łem się, by nie umarł. By nie zrzu­cił mnie w prze­paść, lecz osta­tecz­nie, moje ży­cze­nie nie miało prawa się speł­nić. Opa­dał. Opa­dał i zbli­żał się do skał. Fale się­ga­ły już moich ko­stek. Nie mia­łem wyj­ścia, mu­sia­łem go pu­ścić. Ro­diń­skie skały były pie­kiel­nie ostre. 

 

Nie wie­dzia­łem, czy to morze, czy moje łzy. Ja­kimś cudem udało mi się wspiąć na skałę. Na wy­żło­bio­nych przez wiatr schod­kach do­strze­głem kępki kła­ków. Z klifu, z któ­re­go wtedy spa­dłem, uj­rza­łem wy­raź­niej nie świetlikową wieżę, a Słoik pełny much. 

Mia­łem na­dzie­ję, że Miko mnie wy­czu­je i wy­bie­gnie na przy­wi­ta­nie. Cisza. Trawy bez­sze­lest­nie ko­ły­sa­ły się na wie­trze. Bie­głem, wy­sy­cha­jąc. Tupot moich stóp tłu­mi­ły mar­twe chwa­sty. Gdy zbli­ży­łem się do domu, usły­sza­łem krzy­ki. 

Po­wo­li uchy­li­łem drzwi. Roz­bi­te bu­tel­ki po­kry­te war­stwą kurzu, za­pach ze­psu­cia uno­szą­cy się w po­wie­trzu za­miast fru­wa­ją­cych kła­ków. Oj­ciec leżał obok ka­na­py, zu­peł­nie jak w dniu śmier­ci mamy. 

– Lejn! Lejn! Mia­łeś pil­no­wać nieba! Mamy nalot! – Obcy męż­czy­zna kop­nia­ka­mi cucił tatę. 

– Zo­staw go! – krzyk­ną­łem. 

Nikt nie od­po­wia­dał. Ani obcy męż­czy­zna, ani pła­czą­ca w kącie ko­bie­ta. 

– Nie za­bi­łem star­ca! – mam­ro­tał oj­ciec. – To on zabił mi dziec­ko! Jego głupi ża­giel!

Pa­trzy­łem na ukry­te w dło­niach ob­li­cze ojca.

 

Uto­niesz! Tato! Opuść ręce, bo uto­niesz! 

 

Po­wi­nie­nem to wy­krzy­czeć, ale czu­łem, że nie na­le­żę już do tego świa­ta. Nikt nie do­strzegł chłop­ca, który był po­wo­dem roz­pa­czy. Za­bra­kło mer­da­ją­ce­go ogo­nem psa. Kępki kła­ków na skale… Za­czy­na­łem ro­zu­mieć.

Opu­ści­łem ojca i wsze­dłem na górę po gni­ją­cych stop­niach. Pod moją nie­obec­ność wieżę za­miesz­ka­ły cho­chli­ki. Zja­da­ły ją od środ­ka, pluły na nią, plu­ga­wi­ły. Mia­łem wra­że­nie, że pa­trzą na mnie z każ­dej stro­ny ukry­te w ry­sach na szkle, śmia­ły się ze mnie i wy­ty­ka­ły pal­ca­mi.

Gdy do­tar­łem na szczyt, zastałem męż­czy­znę ob­ser­wu­ją­ce­go upstrzo­ne ko­lo­ro­wy­mi świa­teł­ka­mi niebo. Dźwię­ki syren do­cie­ra­ły aż tutaj. 

Nie­zna­jo­my prze­klął, opu­ścił sta­no­wi­sko i wy­biegł z ob­ser­wa­to­rium. A ja, cóż, byłem wzru­szo­ny. 

 

Oni nie ro­zu­mie­ją…

 

Bie­głem po scho­dach, prze­dzie­ra­jąc się przez śmiech cho­chli­ków. Pra­wie pośliznąłem się na lep­kiej mazi.

– Nie ro­zu­mie­cie! – krzy­cza­łem. – To nie są obcy! To żagle! 

Nikt mnie nie sły­szał. Ko­bie­ta prze­my­wa­ła ojcu twarz, obcy męż­czy­zna znik­nął.

Wy­bie­głem na ze­wnątrz. Po chwi­li sta­ną­łem na wzgó­rzu, na któ­rym po raz pierw­szy uj­rza­łem dziew­czyn­kę w nie­bie­skiej su­kien­ce. Sy­re­ny wyły za moimi ple­ca­mi, a świa­teł­ka mru­ga­ły przede mną. W końcu zbli­ży­ła się na tyle, że mo­głem ją usły­szeć.

– Ma­aaax! – krzy­cza­ła Sanja.

Jedną ręką trzy­ma­ła Hole, drugą ma­cha­ła do mnie. Jej włosy fa­lo­wa­ły na wie­trze, a twarz zdo­bi­ły słone kro­ple.

Dźwięk alar­mu narastał stopniowo. Obej­rza­łem się i zo­ba­czy­łem su­ną­ce nad tra­wa­mi woj­sko­we kap­su­la­ki. 

 

Ze­strze­lą ją!

 

– Max! – krzy­cza­ła Sanja. – Łap swój ża­giel i leć z nami!

Jakby to była za­ba­wa.

Sta­łem po­mię­dzy ojcem a dziew­czy­ną. Mię­dzy Ro­di­nią a świa­tem mar­chew­ko­wych drzew, Po­two­ra z Je­zio­ra Łez i obozem opuszczonych dzieci.

Kiedy mro­wie sło­necz­nych żagli zna­la­zło się nade mną, Ho­ki­to ob­ni­żył lot. W biegu zła­pa­łem rącz­kę i ode­rwa­łem stopy od ziemi. 

– Twój tata zro­zu­mie! – Sanja po­cie­sza­ła mnie w locie.

Chwy­ci­łem jej dłoń. 

– Nigdy wię­cej cię nie pusz­czę!

 

Kap­su­la­ki zbli­ża­ły się. Lu­dzie krzy­cze­li, wy­ma­chi­wa­li rę­ka­mi. Gwiaz­da-Mat­ka obu­dzo­na przez nie­sfor­ne dzie­ci ra­zi­ła po oczach. Oj­ciec szar­pał się z mun­du­ro­wym.

– Ho­ki­to! Niżej! – po­le­ci­łem.

Ob­ni­ży­li­śmy lot, zbli­ża­li­śmy się do ludzi z bro­nią. 

By­li­śmy tak bli­sko. Wy­ją­łem z kie­sze­ni cy­no­wy krą­żek. Gdy prze­la­ty­wa­łem obok ojca, upu­ści­łem go.

Mia­łem na­dzie­ję.

 

Le­cie­li­śmy na prze­dzie klu­cza. Sanja śmia­ła się gło­śno, Morze Solne po­now­nie cie­szy­ło oczy. Gdzieś w od­da­li skrze­cza­ły splincienie, a na wo­dzie uno­si­ła się wyspa kwia­tów. Gdy Sanja pu­ści­ła rącz­kę i opa­dła na kwie­ci­stą koł­der­kę, drob­ne płat­ki wzbi­ły się w po­wie­trze. Jej sukienka, falujące włosy, blada cera. W życiu nie wi­dzia­łem pięk­niej­szej. Puściłem żagiel i upadłem obok niej. Śmiała się głośno, łapała wirujące płatki. Gdy się uspokoiła, zapytałem:

– Gdzie my jesteśmy?

– Na Rodinii. – Dłońmi objęła moją twarz.

– Kiedy umarliśmy? 

– Nikt nie wie.

– Czym się staliśmy?

– Trudno powiedzieć.

 

FESTIWAL

 

Ojciec spa­ce­ro­wał wzdłuż klifu. Gwiaz­da zie­wa­ła, a on w ob­ję­ciach mło­dej ko­bie­ty ści­skał w dłoni cy­no­wy krą­żek. 

Kiedy za­pa­dła noc, mia­sto zga­sło. Przez gę­stwi­nę ciem­no­ści prze­dzie­ra­ł się korowód przy­mglo­nych świa­teł. Tłum ro­diń­czy­ków stał z lampionami w rękach przy świe­tli­ko­wej wieży. Czekali.

Gwiaz­da za­snę­ła przy­kry­ta pie­rzyn­ką z piór splincieni. My również byliśmy gotowi. 

– Ho­ki­to! Za­mru­gaj do nich!

 

Mój ża­giel, ża­giel Sanji, żagle dzie­ci, które zgi­nę­ły, roz­świe­tla­li­śmy ro­diń­skie niebo ni­czym spa­da­ją­ce gwiaz­dy. Dziewczyna z pęknięta twarzą śmiała się słodko. Powietrze wibrowało, pachniało eterem. Niemożliwe, by żywi nie czuli tego samego. Rozpoczął się coroczny Festiwal Słonecznych Żagli.

 

Koniec

Komentarze

Hmmm. Przerosło mnie. Nie mam pojęcia, co tu się stało.

Podejrzewam, że to ciekawy tekst, ale nie dla mnie.

Obrazowy, obrazki ładne, tylko nie sklejają się w rozsądną całość.

Na Ziemi szalał wtedy arktyczny wiatr. 

Na całej Ziemi? Na południowej półkuli też?

Babska logika rządzi!

Finklo, szkoda, że nie podeszło. Trudno ;)

Bardzo dziękuję za wizytę i komentarz. 

 

“Na całej Ziemi? Na południowej półkuli też? “ 

 

Yyy… O jej, chyba nie.

Fajne, przypomina anime. Dobrze sie czyta choc nie przepadam za takimi historiami. Ciekawe czy narrator zdaje sobie sprawe, ze „jest mlody ale wystarczajaco madry”. W sensie to zdanie mi sie rzucilo w oczy jako jakies… nie pasujace tutaj.

fajnie piszesz + masz mocno dopracowane teksty. Podobalo sie.

Cześć. Nie bierz tego do siebie, bo piszę to w pozytywnym znaczeniu, ale czytając czułem jakbym wypalił trochę zioła :) Jak dla mnie bałagan, ale ładny bałagan. Melancholijny, dziecięcy i dziwny. Trochę brakowało mi bardziej podkreślonego przewodniego motywu, ale tu raczej chodziło o samą podróż niż zakończenie. Dobra rzecz. Pozdrawiam

pawelek

anime mówisz? No, tak, miałam w głowie obraz, animację, a ponieważ nie potrafię malować, starałam się go przenieść na literki. 

 Dziękuję za odwiedziny i komentarz!

 

Zanais

miło, że zajrzałeś. Mogę przysiąc, że podczas pisania niczego nie paliłam i nie miałam zamiaru nikogo narkotyzować ;) I tak, bardziej chodziło o podróż.

 

Pozdrawiam!

Gdybym miał opisać to opowiadanie jednym słowem, użyłbym określenia “osobliwe”. :-)

Na pewno jest to tekst, który zostawia w głowie wiele różnorakich odczuć. Niektóre z nich ciężko nawet nazwać. Najlepiej pewnie takie teksty komentować kilka dni po przeczytaniu, ale nie zawsze ma się taką możliwość, więc wpadam z opinią, póki mogę.

Musisz się liczyć z tym, że ze względu na charakterystykę tekstu mój komentarz może być nieco chaotyczny.

Spróbujmy to jakoś uporządkować. Co my tu właściwie mamy? Na pewno tekst z bardzo bogatym światotwórstwem. On od pierwszych zdań obiecuje czytelnikowi taką podróż w jedno z miejsc, które można znaleźć jedynie w literaturze. I które mogło się zrodzić jedynie w głowie Autorki. ;-)

Świat, jak pisałem, jest bogaty, a jednocześnie szalenie charakterystyczny. Nie da się go nawet za bardzo w jakikolwiek sposób zaklasyfikować. Ta Twoja kreacja jest dla mnie czymś pomiędzy osobliwą planetą, a taką trochę bajkową krainą. Rzadko się z czymś takim spotykam i naprawdę bardzo mi się to podobało.

Co ważne, do tego świata bardzo fajnie dobierasz bohaterów. Na głównym planie są osoby młode, więc znów dostajemy tu coś pomiędzy bajką, a historią fantasy. Oczywiście tej bajki jest tu jakby mniej, nazwałbym to raczej próbą adaptacji pewnych elementów bajkowych do świata fantasy. Robisz to z wyczuciem, tworząc jakąś osobliwą “hybrydę” gatunkową. Na mnie zawsze takie rzeczy działają, bo ja generalnie lubię w literaturze elementy świeże, połączenia nieoczywiste. Nie wspominając już o światotwórstwie. ;)

Ponieważ pomysł na świat masz bogaty, tekst staje się wobec czytelnika wymagający. Tak naprawdę płynąc sobie przez historię, czytający nieomal balansuje gdzieś na granicy zrozumienia, tyleż ciesząc się tym namalowanym światem, co jednak walcząc, by się w nim nie utopić.

Tempo tej podróży przez świat oceniłbym jako bardzo szybkie. Głównie dlatego, że jednak koncepcję planety, jej obrazu, budowy, kreujesz z dużym rozmachem. I siłą rzeczy chcąc pokazać czytelnikowi wszystko właściwie gnasz go momentami przez kolejne odsłony danego świata, jego oblicza – słowem, kolejne, bardzo ciekawe literackie “malunki” – bo jednak nazwałbym ten tekst formą podróży na wielu poziomach. Nie tylko jest to podróż poprzez obrazy, ale i, znacznie subtelniejsza, jednak poprzez emocje.

Ta warstwa emocjonalna, może też lekko melancholijna, w tym tekście bez wątpienia jest. Co prawda subtelna, znów jakby czerpiąca delikatnie z bajek, ale jest. I może nawet fajnie, że właśnie tylko subtelna, bo więcej tutaj nie było trzeba.

Nie ma natomiast wyraźnego kierunku ten Twój tekst. Czytelnik w trakcie lektury zastawania się, dokąd właściwie zmierza. Walczy też, jak już wspomniałem, żeby się w tym świecie czasem nie utopić. Czy kierunek zawsze jest konieczny? Czy nie wystarczy efektowny świat, którym można nacieszyć wyobraźnię? Ano niby wystarczy, dlaczego nie, ja jestem po lekturze wcale kontent. Tym nie mniej, niezależnie od tego, czy decydujesz się na podróż “rzeczywistą”, czy tylko “fikcyjną” (gdzie “środkiem lokomocji” jest własna wyobraźnia) zawsze jednak czujesz się swobodniej, znając punkt docelowy lub choćby domyślając się istnienia takiego punktu.

Jeżeli o coś miałbym jednoznacznie marudzić to głównie o końcówkę. Z jednego właściwie powodu. Pisałem, że płynąc przez tekst, balansuje się na granicy utonięcia, ale tak szczerze, bez rzeczywistego poczucia zagrożenia, że faktycznie w tym przytłaczającym nieraz świecie się utonie. I kiedy pod koniec już właściwie się wydaje, że faktycznie udało się utrzymać na powierzchni, kiedy trzeba zwolnić tempo, podrzucając czytelnikowi pod nos jakiś “kąsek” zrozumienia, Ty niejako zapraszasz go na jeszcze głębsze wody i zostawiasz na końcu ze znakiem zapytania, bo też nie do końca udało mi się pojąć, co też właściwie się stało.

To nie jest tak, że zakończenie uważam za jednoznacznie niejasne. Nie, pomysły, refleksje, to wszystko w kolejnych dniach będzie się pojawiać. Brakło jednak jakiejś pomocy, “podpowiedzi”, żeby można było wyjść, przynajmniej w moim przypadku, poza hipotezy i własne interpretacje.

Czy ta niejasność wpływa na końcowy odbiór tekstu? No jasne, że tak. Musi wpłynąć, bo nikt nie lubi zostawać ze znakami zapytania (tak, wiem, że tym zdaniem strasznie Ci się wystawiam, ale jeśli nie kojarzysz, w jaki sposób to wykorzystać przeciwko mnie, ani myślę Ci podpowiadać ;-)). Tym nie mniej, co jest ogromną zaletą tego opowiadania, ów brak pełnego zrozumienia nie wpłynął jednoznacznie negatywnie na ocenę tekstu. Bo dalej jestem z lektury bardzo zadowolony. Super Ci się namalował ten świat, czy może lepiej pisać ta planeta, i naprawdę rzadko kiedy tekst tak mocno odrywa mnie od rzeczywistości. ;-)

Dla mnie to naprawdę dobry tekst, choć taki, którego odbiór będzie zależał od preferencji czytelniczych.

Z CM-em miałaś nieco prościej, bo łatwo mnie upolować światotwórstwem. ;-)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Drogi CM-ie,

bardzo mi miło, że się zjawiłeś i, że mimo niedociągnięć, odbierasz lekturę pozytywnie. Przyznaję, że pierwszy raz narzuciłam sobie tego typu tekst. Nie miała to być bajka bajka, ale chciałam zachować nieco bajkowy klimat. W mojej główce malował się obraz chłopca na obcej planecie, po której podróżował, by wrócić do domu, a po drodze pokazać czytelnikowi ten świat, który sobie wymyśliłam. Mam nadzieję, że się udało. ;)

Końcówka, no tak. Sądziłam, że subtelnie (mam nadzieję) podałam wskazówki, o co chodzi. Nie wypiszę Ci tego tutaj, skoro twierdzisz, że posiedzi ten tekst w Twojej główce jeszcze dni kilka. A może ktoś na to wpadnie. Jeśli nie, to zepsułam i będzie trzeba dać coś więcej… 

Cieszę się, że oderwało od rzeczywistości. :) 

 

Dziękować! 

 I pozdrawiam! :)

 

Uwaga, spojler.

3

2

1

No, pewnie chłopiec zmarł, i to już przy pierwszej okazji. Ale co za kretyn kupuje dzieciom tak niebezpieczne zabawki, produkuje je i dopuszcza do obrotu?

Babska logika rządzi!

Finklo, zaznacz, proszę, spojler xD

 

On nie wiedział, że to niebezpieczne. Zły człowiek sprzedawał…

Ale ojciec do handlarza szedł jak po sznurku. Odniosłam wrażenie, że wie, co robi. Gdybym ja nagle chciała kupić latawiec, to musiałabym się zastanowić, skąd się je bierze. Pewnie bym zadzwoniła do dzieciatych znajomych…

Babska logika rządzi!

Tak, Finklo, rozsądni ludzie zazwyczaj tak czynią. Facet musiał być rozkojarzony. xD

Ale dziękuję, że zwróciłaś na to uwagę, dodam słówko lub dwa. 

I za “Spojler” również dziękuję. 

 

Przede wszystkim na plus bogate światotwórstwo. Bardzo podoba mi się wykreowany przez Ciebie świat. Reguły nim rządzące z jednej strony są niejasne, ale z drugiej moim zdaniem dobrze przemyślane. Sami bohaterowie też mi do tego wszystkiego doskonale pasują.

Magiczne, trochę oniryczne, trochę bajkowe, niezwykle malownicze i emocjonalne opowiadanie, w którym być może przydałoby się pod względem fabularnym odrobinkę więcej wyjaśnień. Tak czy inaczej, jestem bardzo zadowolona z lektury i klikam bibliotekę :)

Katiu, dziękuję za odwiedziny, komentarz i klika. 

Cieszę się, że jesteś zadowolona. Co do wyjaśnień, to kombinuję, czy i co warto dodać.

 

Pozdrawiam! :)

Dość szczególne to opowiadanie i jeśli dobrze zrozumiałam, rzecz traktuje o doświadczeniach chłopca, który umarł, ale chyba jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego podróż z Hokito zdała mi się tyleż baśniowa, co mało realna i bardziej pasowałaby jako opis sennych wędrówek dzieci, niż pretekst do pokazania planety, na której przyszło żyć Ziemianom. I pewnie przez tę nadmierną baśniowość i oniryczność, opowiadanie niespecjalnie przypadło mi do gustu.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

czwar­te wy­da­nie „Ilu­stro­wa­ne­go pod­ręcz­ni­ka ro­diń­skiej fauny i flory”. Oj­ciec zdo­był je dla mnie jesz­cze na ziem­skiej uczel­ni. Do­stać było trud­no, mu­siał do­wieść, że zo­sta­nie wy­sła­ny na Ro­di­nię. ―> Piszesz o podręczniku, a ten jest rodzaju męskiego, więc: Oj­ciec zdo­był go dla mnie jesz­cze na ziem­skiej uczel­ni. Do­stać go było

Gdybyś jednak miała na myśli wydanie, nie podręcznik, w ostatnim zdaniu winno być: Do­stać je było

 

wy­bie­głem z domu.

Bie­giem po­ko­ny­wa­łem… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

okrą­głe jak piłka, po­ro­śnię­te szpil­ko­wa­ty­mi skrzy­deł­ka­mi ży­jąt­ka. Po­sta­no­wi­łem, że kie­dyś jed­ne­go zła­pię… ―> Piszesz o żyjątkach, a te są rodzaju nijakiego, więc: Po­sta­no­wi­łem, że kie­dyś jed­no zła­pię

 

– Dzień dobry! – Przy­wi­tał go oj­ciec. ―> – Dzień dobry! – przy­wi­tał go oj­ciec.

 

–Kilka dzie­cia­ków już pró­bo­wa­ło. ―> Kilkoro dzie­cia­ków już pró­bo­wa­ło.

Choć rozumiem, że sprzedawca latawców nie musi wyrażać się poprawnie.

Brak spacji po półpauzie.

 

spo­glą­da­łem na wzgó­rze, z któ­re­go znik­nę­ło ta­jem­ni­cza dziew­czyn­ka. ―> Literówka.

 

Roz­wi­ną­łem linkę, jedną ręką mocno chwy­ci­łem uchwyt… ―> Brzmi to fatalnie.

Proponuję: Roz­wi­ną­łem linkę, jedną ręką mocno trzymałem uchwyt

 

Jakby się roz­pa­da­ły, gu­bi­ły spa­da­ją­cą z opie­rze­nia mgłę, roz­my­wa­ły się w locie i od­ra­dza­ły na nowo. 

Usły­sza­łem ner­wo­we szcze­ka­nie Miko za­głu­sza­ne wy­ciem wia­tru i szu­mem roz­bry­zgu­ją­cych się o skały fal. Ho­ki­to krą­żył wśród splin­cie­ni. Mia­łem wra­że­nie, że mnie nie słu­cha, że bawi się z pta­ka­mi, igra ze mną, mija się z wia­trem. Nim się obej­rza­łem, zna­la­złem się na linii klifu bli­żej niż kie­dy­kol­wiek.

Nagle ża­giel za­trzy­mał się. Z fa­lu­ją­cą klat­ką pier­sio­wą wpa­try­wa­łem się w bez­chmur­ne niebo, w Gwiaz­dę-Mat­kę po­ły­sku­ją­cą w od­da­li. Zro­bi­ło się tak cicho. –> Siękoza.

 

Trzy­ma­jąc rącz­kę żagla, obej­rza­łem się za sie­bie. ―> Masło maślane – czy można obejrzeć się przed siebie?

Wystarczy: Trzy­ma­jąc rącz­kę żagla, obej­rza­łem się. Lub: Trzy­ma­jąc rącz­kę żagla, spojrzałem za sie­bie.

 

Syk­ną­łem, gdy sól wdar­ła się w cien­kie rany na łyd­kach. ―> Raczej: Syk­ną­łem, gdy sól wdar­ła się w płytkie rany/ płytkie skaleczenia na łyd­kach.

 

Ho­ki­to po­ło­żył się na grun­cie i naj­wy­raź­niej cze­kał, aż prze­sta­nę. ―> Co przestanie?

 

– Sanja. A Ty? ―> – Sanja. A ty?

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Kra­aaaaa…. Kra­aaaa… ―> Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

Pod­par­ty na łok­ciach, za­dar­łem głowę. ―> O­par­ty na łok­ciach, za­dar­łem głowę. Lub: Pod­par­ty łok­ciami, za­dar­łem głowę.

 

Krzy­cza­łem na pomoc, jakby ktoś mógł mnie usły­szeć. ―> Krzy­cza­łem o pomoc, jakby ktoś mógł mnie usły­szeć.

 

Uj­rza­łem czu­bek okrą­głej głowy po­ro­śnię­ty zle­pio­ny­mi, si­wy­mi wło­sa­mi. Po­stu­rę miał ludz­ką o opły­wo­wym kształ­cie, po­kry­tą łu­ska­mi. ―> Czy o czubku głowy można powiedzieć, że miał ludzką posturę?

 

Kraaa…. Kraaa…. ―> Zbędne kropki po wielokropkach.

 

Kap­su­la­ki zbi­ża­ły się. ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, Reg, za wizytę i komentarz. 

Poprawki naniesione. 

Bardzo proszę, Saro. Ciesze się, że uznałaś uwagi za przydatne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst ujął mnie przede wszystkim klimatem przywodzącym na myśl ciepłą, spokojną animację, o czym wspominałam podczas bety. Ten klimat i obrazowy styl składają się na wrażenie baśni z innego świata. Akcja toczy się powoli, ale to mi nie przeszkadza – miło było zanurzyć się w tę senną, dość nierzeczywistą podróż. Światotwórstwo jest ciekawe, najbardziej spodobały mi się żagle. Końcówka – w gruncie rzeczy smutna, ale z promykiem nadziei – ładnie domyka opowiadanie.

No i podtrzymuję opinię, że po drugim przeczytaniu jeszcze fajniejsze :) Polecam do biblioteki.

Dziękuję, Silvo, za komentarz i klika. 

Cieszę się, że lektura nie sprawiła Ci przykrości, zwłaszcza, że czytałaś ją razy kilka. ;) 

Jeszcze raz dziękuję! <3

Co prawda, fantasy nie leży w centrum moich zainteresowań, ale Twoja rozpasana wyobraźnia krzesze we mnie iskry zazdrości. Poszczuję ją klikiem :)

Serdeczności!

Zależy mi na dobrej opinii u tych ludzi, o których mam dobrą opinię

Ooo… Tsole! :D

Dawno Cię nie widziałam, tym bardziej cieszy mnie Twoja wizyta tutaj.

Dziękuję! <3

Dużo-po trochu. Może dlatego szybko (aż gonisz czytelnikiem po tekście), musiałem wrócić i rozsmakować, wspaniałe do tego z klimatem i POETYCKO. Podobało mi się zakończenie, takie z furtką pomęcz się czytelniku i wymyśl coś dalej, jeżeli ci nie wystarczy.

Dziękuję, TEB! :) 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Dzięki, Anet. ;)

Z klifu, z którego wtedy spadłem, ujrzałem wyraźniej nie świetlikową wieżę, a… Zamarłem. Słoik pełny much. 

Nie podoba mi się, jak zbudowany jest ten fragment. Ujrzał wyraźniej słoik much, ale czy to oznacza, że był w miejscu wieży, czy ona też tam była, tylko nadal niewyraźna? I to zamieranie niefortunnie wplecione w tekst. Nie ujrzał wyraźniej, tylko zmarł?

 

Z jeden czy dwa inne fragmenty wzbudziły moje wątpliwości, ale to raczej mój subiektywny odbiór. 

 

No nie powiem, ciekawy tekst. Nawet bardzo. W niektórych momentach nawet mnie zachwycił – w innych miałem poczucie, że zastosowałaś tu sztuczkę polegającą na tym, by poprzez podróż bohatera stworzyć wrażenie, że fabuła posuwa się do przodu. Pierwszy fragment bardzo wciągający, nowy świat, nieznana flora i fauna (to mnie fascynowało, kiedy byłem dzieckiem i do dziś ta fascynacja pozostała), historia wręcz sama się czytała, nawet, jeśli nie zauważyłem tych odniennych praw fizyki. 

Później trochę zaczęła nużyć, może dlatego, że podróżom z miejsca a do miejsca b nie towarzyszyły opisy świata i jego mieszkańców, na które skrycie liczyłem. Były za to przemyślenia dwunastolatka, moim zdaniem trochę zbyt dojrzałe jak na ten wiek. 

Zakończenie za to świetne, bardzo klimatyczne i ładnie połączyło wszystkie elementy, nawet te z pozoru niepowiązane lokacje, które odwiedził chłopiec – podniosło poziom całego opowiadania, tym bardziej, że napisać dobre, zaskakujące i nieszablonowe zakończenie nie jest łatwo. 

 

Gekikara, hej! :)

 

Nie podoba mi się, jak zbudowany jest ten fragment. Ujrzał wyraźniej słoik much, ale czy to oznacza, że był w miejscu wieży, czy ona też tam była, tylko nadal niewyraźna? I to zamieranie niefortunnie wplecione w tekst. Nie ujrzał wyraźniej, tylko zmarł?

 

Chodziło mi o to, że ta wieża pod nieobecność bohatera popadła w ruinę przypominającą słoik pełny much. Ale ok, dzięki, że zwróciłeś uwagę. Do przemyślenia. 

 

Były za to przemyślenia dwunastolatka, moim zdaniem trochę zbyt dojrzałe jak na ten wiek. 

 

Ale zauważ, że on (narrator) pisze: 

Na początku, tzn. przed upadkiem: Miałem dwanaście lat, kiedy uratował mnie po raz pierwszy.

A później: 

Miałem dwanaście lat, kiedy uratował mnie po raz pierwszy. Nie wiem, ile miałem lat, kiedy uratował mnie po raz kolejny.

 

Tak więc, cały opis tej podróży, wszystkie przemyślenia i wydarzenia nie są opowiadane przez dwunastolatka, a przez dorosłego już człowieka. Przynajmniej tak to miało być… <myśli> xD

 

Hmm… Właśnie dlatego chciałam coś jeszcze przy tym tekście podziubać (już na boku ;)), bo chyba nie udało mi się zawrzeć wszystkiego, co chciałam.

 

O jej, z tym zakończeniem jak widać różnie. Co robić? :D Cieszę się, że Tobie się podobało. 

Dziękuję za wizytę i komentarz. :)

 

Szczerze powiedziawszy, ubzdurało mi się, że będzie to opowiadanie fantastyczne (w sensie bliżej umownego s-f), opowiadające o przygodach bohatera na innej planecie.

Potem okazało się jednak, że bohater najprawdopodobniej nieszczęśliwie zginął spadając z klifu (chyba nie tylko ja tak to interpretuję?) i cała reszta może być po prostu jakimś tripem po odjechano-bajkowych zaświatach.

Po co więc ta obca planeta? Bo to jednak pewna zmyłka gatunkowa, albo niezdecydowanie twórcze. A może to niesamowite właściwości planety powodowały, że zmarli żyli dalej w jakimś niewyjaśnionym półstanie, niewidoczni dla żywych, niby martwi, ale jak gdyby nigdy nic zwiedzający dziwaczny świat i rzeczywiści/widzialni dla istot go zamieszkujących? Czy na tym polega to energetyczne pole planety (cokolwiek miałaś na myśli z tym polem?).

Bo jeśli tak, to czy nie banalizujesz tej kreacji wprowadzając motyw jakiegoś starca/mordercy, który czeka aż jakiś kolejny głupi rodzic (a musiało ich być sporo wśród nielicznych kolonizatorów) kupi dziecku zabawkę i potem to dziecko polezie z tą zabawką akurat na stromy klif (co za przebiegły plan…) i zginie? Oczywiście upraszczam tutaj bardzo, ale czy to jest na pewno przemyślane?

Właśnie te elementy – złe/dobre latawce, zmarłe dzieci/dusze, które widzi jakiś potwór/facet żywiący się łzami, niby-ptaki ratujące widmowe dzieci (przed czym? Przed kolejną śmiercią?) zupełnie rozbijają mi koncepcję planety o niesamowitych właściwościach. Jakbyś pomieszała Solaris z Pokemonami i Księżniczką Mononoke.

Tag fantasy sugeruje, że mamy tu do czynienia z magicznymi, baśniowymi siłami (Potwór z Doliny Łez to chyba potwierdza), również coraz bardziej bajkowe lokacje to potwierdzają, ale co jakiś czas Autorka przemyca sugestie, że to jednak rzeczywisty obraz obcej planety. Tyle że te wszystkie wieże, naukowcy i kapsulaki, obcoplanetarne stworki i niestworki swoje, a bajkowość (Potwór z Doliny łez w niemal ludzkiej (!) postaci – do tego gadający z bohaterem pewnie po japońsku…, Marchewkowy Las, myślące i mgliste splincienie kraczące jak wrony – myślałem, że odegrają większą rolę w tekście), swoje. I czy martwy chłopiec jest w takim razie wiarygodnym i właściwym przewodnikiem po obcej planecie? Nie sądzę. Bo co on nam właściwie demonstruje swoją podróżą? Obcą planetę czy bajkowe zaświaty?

Przyznam więc szczerze, że rozjechało mi się to opowiadanie w warstwie fabularnej. Początek obiecuje obcoplanetarną fantastykę, następnie (jeszcze w miarę normalnej rzeczywistości) chłopiec widzi martwą (?) dziewczynkę lub jest świadkiem jej wypadku, a potem gnamy z nim (potem już z nimi) na dziwnych latawcach (które okazują się raczej jakimiś myślącymi lotniami – raz się na nich siedzi, raz się nimi steruje jak zabawkami, raz się leci zawieszonym pod nimi szorując tyłkiem po wodzie itd., raz wydają się niemal organiczne, potem mają jakieś diody i rączki, stają się też żaglami itd.) poprzez krainę rodem z anime czy surrealistycznej baśni.

A ja czytam i pytam – skąd na planecie, na której człowiek jest zaledwie od 50 lat starówka, skąd niemal ludzki „Potwór” który „żywi się” łzami (kogo? mieszkańców planety występujących głównie w postaci niby-ptaków, niby-rybek i niby-robaczków czy może ludzi zasiedlających ten świat zaledwie od 50 lat? co on "jadł" wcześniej). Ta postać wygląda zresztą jak jakieś indywiduum z gry, które pojawia się wyłącznie dla udziwnienia świata i nie ma żadnego logicznego uzasadnienia swojego istnienia oraz nie wpływa w żaden sposób na wydarzenia i sens historii. Dlaczego nagle wspominasz o jakimś obozie zapomnianych dzieci (znienacka pada taka nazwa), jak to możliwe w ogóle, że jakieś dzieci tam hurtem znikały, a nikt o tym nie wspomina wcześniej w małej społeczności i na dodatek za tym wszystkim czai się morderczy dziad wynalazca (wcale nie przedstawiony jak postać negatywna podczas spotkania, przez co nie skojarzyłem zupełnie, że to on jest sprawca tych nieszczęść)? Takich pytań mam więcej.

Jeszcze bardziej rozjechało mi się opowiadanie w warstwie światotwórczej. Najpierw dowiadujemy się, że ludzie zasiedlili obcą planetę, piszesz o niej, że jest gorąca, że stworzenia ją zamieszkujące „czerpały życie” z pustynnych piasków, a od początku właściwie co chwila wspominasz ocean, linię brzegową, morze, a następnie fundujesz bohaterowi lot nad oceanem od wyspy do wyspy. Inny przykład – opisujesz niby-miasto (chyba jedyne na planecie) pełne naukowców, gadżetów technicznych i jednocześnie straganów niczym ze starych ziemskich miast (a pamiętajmy, że ludzie są tutaj dopiero od 50 lat), potem pojawiają się jakieś pojazdy wojskowe, wojna, nalot, dziwna inwazja czy co tam jeszcze, która okazuje się Festiwalem Żagli… Czy co tam naprawdę się wydarzyło w finale?

Taka dezynwoltura też bardzo przypomina światy anime, które zazwyczaj z sensem i logiką niewiele mają wspólnego, ale są za to barwnym, fantastycznym miszmaszem wszystkiego, na przykład świat Pokemonów czy innych gier w stylu manga/anime. Albo wyimaginowaną podróżą dziecka w traumie podobną do tej przedstawionej w „Życiu Pi” (kolejne wyspy z dziwną florą i fauną).

Przyznam też ze wstydem, że całymi fragmentami zwyczajnie gubiłem się w opisywanych wydarzeniach. Na przykład opis lądowania bohatera na pierwszej wyspie wywołał przeróżne skojarzenia, ale nie związane akurat z lądowaniem na wyspie. I jest to nie tylko moja wina, ale też dostrzegam jakiś potencjalny problem Autorki ze sposobem opisywania takich działań, bo poczucie zagubienia „co się teraz dzieje, gdzie i jak?” miałem jeszcze kilkakrotnie podczas lektury.

Masz przy tym pewną manierę, która pogłębia tę dezorientację. Piszesz czasami równoważnikami zdań, albo jakimiś dwu-trzy wyrazowymi opisami/wtrąceniami, które nie za bardzo są powiązane, nie zawsze są jasne dla odbiorcy i nie wyglądają na myśli realnej osoby, skaczą od wrażenia do wrażenia, zjawiska do zjawiska, zagadnienia do zagadnienia („Mój żagiel żył lub był inteligentnym tworem. Gwiazda zgasła, a on niósł mnie przez gęstwinę ciemności. Czułem dziwny, chemiczny zapach. Podobnie pachniało w laboratorium mamy. Miałem wrażenie, że zmieniliśmy kąt nachylenia. Spadaliśmy lub Hokito przygotowywał się do lądowania. Nic nie widziałem. Nie potrafiłem odróżnić morza od nieba, snu od rzeczywistości. Trząsłem się z zimna lub strachu. Rodinia omamiła mi zmysły”). Zdarza się również, że w obrębie jednego akapitu/fragmentu te zdania mają czasem odmienne formy gramatyczne co jeszcze bardziej wybija z rytmu podczas lektury. Dziwna edycja tekstu, tytuły rozdziałów, oddzielone od tekstu i powtarzane słowa-myśli (pić, woda itp.) to wrażenie tylko pogłębiały.

Zresztą te opisy, które są niewątpliwie zaletą tekstu – barwne, plastyczne, kolorowe i żywe, zarazem wydają się jego wadą – wprowadzają straszny chaos i zamęt, dezorientację, ja się w nich często gubiłem. Szukałem jakiegoś punktu odniesienia, celu podróży, sensu. Z czasem te punkty na mapie odhaczaliśmy już chyba tylko na zasadzie: a teraz opiszę kolejne dziwne miejsce i cała podróż zdała się być podróżą dla samej podroży. Niczym kolejne lokacje w grze albo dziwne miejsca w kolejnym odcinku anime.

Oczywiście zakładając z góry, że bohater po prostu umarł i wszystko to toczy się albo w jego głowie (po śmierci?) albo w zaświatach, może traktowałbym to wyłącznie jako fantasmagoryczny nierealny świat i obraził na Autorkę za oszukaną fantastykę. Ale ja wciąż miałem świadomość, że Autorka usiłuje pokazać nam obcą planetę, że zmarły bohater zwiedza po śmierci realny świat Rodinii, że jego dusza (?) ogląda jej niesamowity krajobraz oraz florę i faunę. Że SaraWinter ma ciekawą wyobraźnię, że stoi za tym wszystkim bardzo interesująca próba światotwórstwa. Tylko to wszystko zrealizowane zostało bardzo chaotycznie jakby bez myśli przewodniej, bez konsekwencji, że wizja jest niespójna. Trochę jak w tych wspomnianych światach japońskich fantasmagorii (nawet imiona: Hokito, Miro, Sanja wyraźnie nawiązują do mangowych inspiracji).

No i przyznam szczerze, że nie pojmuję ogólnego sensu tej historii. Jest bajkowo, ładnie, klimatycznie, ale akcja zmierza donikąd, Autorka dorzuca kolejne lokacje, dziwy, postaci i stwory. Ale nie dorzuca sensu, a raczej go rozmywa. Porzuca wątki, albo wprowadza je tylko dla jakiegoś efektu (klimatu, zauroczenia czytelnika?), ale zarazem pozbawia znaczenia dla opowieści.

Po co na przykład wprowadzasz wątek matki i cynowej podobizny (dlaczego cynowej? cynowe podobizny w świecie przyszłości?), po co pojawił się pies, który znika nagle i tyle go widzieli? Po co tworzyć jakieś kapsulaki, skoro pojawiają się chyba raz i nie wiadomo po co? Po co wprowadzać elementy technologii przyszłości, skoro potem i tak uderzamy w fantasy pośmiertną i bajkową? Po co wspominać jakieś lodowate wiatry na Ziemi (w domyśle Ziemie spotkało coś złego, tylko co?) skoro tego wątku nie rozwijamy i nie tłumaczymy w żaden sposób? O co chodziło z popękaną twarzą Sanji skoro tego nie wyjaśniasz? (i dlaczego twarz bohatera nie popękała? )ITD.ITP. Dlaczego ojciec nie szuka syna? Dlaczego nikt nie szukał Sanji (i innych dzieci jak się okazało)? Chyba na obcej planecie znikanie dzieci wywołałoby określone reakcje? Żadnego śledztwa prowadzącego do dziada seryjnego latawcowego killera? Czy nadal pozwalano by 12-latkom biegać po stromych klifach z latawcami/lotniami wśród obcych i nieznanych stworzeń, nad brzegiem oceanu, oraz… jeść zupełnie obce formy życia!!!?

Dlatego tekst przypomina mi wielki kocioł, do którego wrzucono wszystko, co tylko przyszło akurat do głowy: sporo inspiracji mangą czy anime, trochę surrealistycznych niemal opisów, cały wór niekompatybilnych detali, mnóstwo nostalgii (ale za czym?), mało logiki.

Tu naprawdę widać potencjał. Przede wszystkim jest wyobraźnia, kreacja, która zaprzęgnięta w sensowną historię z przekazem, z przemyślanym światotwórstwem, bardziej klarownymi i mniej efekciarskimi opisami, mogła dać klimatyczny, tętniący życiem tekst fantastyczny.

Tymczasem jestem chyba kolejnym czytelnikiem, który się pogubił w tym wszystkim, nie zrozumiał przesłania, nie wyłapał sensu wielu elementów. Mam wrażenie, że rozbuchana kreacja pokonała Autora, skaczącego światowórczo i fabularnie od Pokemonów do filmowego „Życia Pi". I niepotrzebnie udziwniającego formę.

Kilka przykładów fragmentów, do których miałem zastrzeżenia:

Staliśmy na skraju klifu porośniętego pożółkłymi trawami. Prawą rękę chowałem w kieszeni, trzymając wyrytą w cynie podobiznę matki. Za nami stała pryzmatowa wieża.

– powtórzenie.

Naukowcy nadal głowili się, jakimi prawami fizyki rządziła się ta planeta. Dotychczasowa wiedza była tu bezużyteczna. Einstein mógłby się wstydzić. Krople tego, co nazywaliśmy rosą, uwięzione w skorupach motyle, bąble przyssane do korzeni dziwacznych roślin, zwierzęta przypominające mary. Przywykliśmy.

– piszesz o fizyce tego świata, przywołujesz Einsteina, by potem opisać jakieś formy życia powiązane raczej z astrobiologią, a nie fizyką. To się nie klei.

Ukląkłem, wychyliłem głowę. Rozbryzgujące o skały fale dosięgły mojej twarzy. Jak kubeł zimnej wody.

-fale jak kubeł zimnej wody? Słaba to matafora.

 

Gdy teraz o tym myślę, przy takiej straży do Palato mógłby prześliznąć się każdy.

– do czego nawiązuje to spostrzeżenie? Zdanie ma dziwną konstrukcję logiczno-gramatyczną.

Pociągnąłem za sznurek i zrobiłem krok w tył. Włosy wpadły mi do oczu, wiatr kierowany nieziemskimi prawami natury pchnął mnie w stronę Solnego Morza. Poślizgnąłem się na skale. Spadałem.

Miałem dwanaście lat, kiedy uratował mnie po raz pierwszy.

 

DZIEWCZYNKA Z PĘKNIĘTĄ TWARZĄ

 

Gdy wkroczyliśmy w atmosferę Rodinii, kazano nam czekać w kapsułach, przypiąć się pasami, więc nie widzieliśmy niczego prócz wnętrza własnych sypialnych komór. Teraz mogłem z lotu ptaka podziwiać zróżnicowaną faunę i florę Solnego Morza. Dostrzegłem zwierzęta o dziwacznych kształtach, góry piasku usypane na dnie, luminescencyjne atole. Fale wypłukiwały morskie szczyty, a ich drobinki spokojnie opadały z powrotem. Nieznane ludziom siły wypiętrzały kolejne warstwy podwodnych łańcuchów górskich. Między nimi wiły się maleńkie stworzenia, karaluchowate olbrzymy i cienie.

Zahipnotyzowany widokiem zapomniałem o lądzie. Hokito nie współpracował z wiatrem, za to skutecznie uciekał przed Gwiazdą. Przyspieszał ku ciemności.

 

– strasznie dziwny fragment. Skaczesz tutaj z teraźniejszości w przeszłość, piszesz o jakichś obserwacjach z minionego czasu, zaraz potem jesteśmy znów w powietrzu? O co chodzi z tym uciekaniem przed Gwiazdą? Jak mógł nie współpracować z wiatrem? Uratował czy zabił? I czemu w środku dynamicznej sceny wstawiasz jakiś opis z przeszłości i rozbijasz ją bezsensownym tytułem rozdziału?

Mój żagiel żył lub był inteligentnym tworem.

– a jedno wyklucza drugie?

Zacząłem się bać. Trzymając rączkę żagla, spojrzałem za siebie. Dziś błyszcząca Matka kładła się po drugiej stronie. Witaliśmy noc. Ląd przepadał. Za plecami widziałem już tylko tańczące w strzelistej wieży świetliki.

Morze Solne zdawało się nie kończyć. Ucichło, zasnęło. I ja byłem znużony. Zmieniałem ręce, próbowałem szarpać z obawą, że jakiekolwiek próby nawigowania skończą się upadkiem. Hokito został moim przewodnikiem. Nie umiałem nim sterować, musiałem mu się poddać.

 

– yyyyyyyyyyyyyy. Chaos totalny.

Mój żagiel żył lub był inteligentnym tworem. Gwiazda zgasła, a on niósł mnie przez gęstwinę ciemności. Czułem dziwny, chemiczny zapach. Podobnie pachniało w laboratorium mamy.

Miałem wrażenie, że zmieniliśmy kąt nachylenia. Spadaliśmy lub Hokito przygotowywał się do lądowania. Nic nie widziałem. Nie potrafiłem odróżnić morza od nieba, snu od rzeczywistości. Trząsłem się z zimna lub strachu. Rodinia omamiła mi zmysły.

Hokito wytracał prędkość, aż w końcu zatrzymał się. Wzrok mnie zawiódł. Słuch był do niczego w takiej ciszy, postawiłem na dotyk. Na oślep szukałem piachu, wody, alg. Czegoś namacalnego, cięższego niż powietrze. Opuszki palców na moment ugrzęzły w gęstym mule. Potarłem o siebie oblepione palce. Znaleźliśmy ląd.

– tutaj mamy lądowanie na wyspie, tak? W życiu bym się z tego opisu wydarzeń nie domyślił co się właśnie stało.

Zeskoczyłem, aż chlupnęło. Zapadłem się na kilka centymetrów w grząski grunt. Fale obmywały moje kostki. Syknąłem, gdy sól wdarła się w płytkie rany na łydkach.

– Idziemy – zwróciłem się do Hokito, ale sam nie wiedziałem, dokąd mógłbym pójść.

Gwiazda powoli wstawała. Przed sobą miałem szeroką, piaszczystą plażę, a za nią las. Marchewkowy las.

– chaosu ciąg dalszy. Z czego zeskoczył? Jedno wielkie WTF? Piszesz obrazami, przelewasz na papier sceny, które sobie wyobrażasz. Warto jednak zadbać by były one zrozumiałe i logiczne dla czytelnika.

Z otępienia wyrwała mnie bijąca w plecy fala. Gdy spojrzałem w dół, ujrzałem przyssane do mojego obuwia iskrzące fioletową poświatą maleńkie rybki.

– za każdym razem, gdy coś bije w plecy reagujesz patrząc na swoje stopy?

Zacisnąłem powieki. Chciałem płakać, na nic.

– płakać na nic?

Hokito i Hole leżały tuż obok, gotowe do lotu w każdej chwili.

– nigdzie wcześniej nie wspominasz co to był Hole i że tak się nazwa drugi latawiec.

Spojrzałem na nią. Była krucha jak suche źdźbło. Potargana wiatrem, pęknięta od łez.

– taki poetycki bełkocik, rzekłbym.

 

Po chwili nad moją głową pojawił się drugi latawiec.

Obudziłem się z Sanją w swoich ramionach.

 

– dużo w tekście tych zaimków dzierżawczych. Przecież wiadomo, że nad jego głową, wiadomo, że w jego ramionach.

Parująca znad Solnego Morza woda lizała ledwo zagojony paluch stopy.

– to woda czy para lizała te stopy?

Nie słuchał. Sanja otworzyła oczy. Widziałem, że nie mogła złapać oddechu, a krzyk ugrzązł gdzieś w gardle. Te małe skurwysynki, żarłokiełki, kłębiły się tuż pod powierzchnią.

– skurwysynki? Serio?

 

Z przekrwionych oczu łzami wypłukiwałem złotą materię, aż zapadła noc.

– czyli nie wiadomo co właściwie robił.

Ostatecznie na wierzchu ułożyłem kwaśne mchy.

– skąd wiedział, że kwaśne?

Po co i dlaczego, człowiek osiedlił się tu nieproszony? Ile dusz przede mną nakarmiło Potwora z Jeziora Łez? Ile pięknych twarzy pękło od nieszczęścia? Rodinia… Nowy dom, czy cmentarz niewiniątek? Brudne myśli, brudna wyspa, spalony żagiel.

– twarze dzieci pękały? Jak i dlaczego? Jego też pękła? Dusze karmiły potwora? Czyli to jednak tylko dusze. Jaki to zresztą był potwór? Cmentarz niewiniątek? Bo je stary latawcami wykańczał? Co to za styl: brudne myśli, brudna wyspa, brudna bielizna, spalony żagiel, przypalona owsianka. Sama widzisz, że to strasznie efekciarskie pustosłowie.

Kapsulaki zbliżały się. Ludzie krzyczeli, wymachiwali rękami. Gwiazda-Matka obudzona przez niesforne dzieci raziła po oczach. Ojciec szarpał się z mundurowym.

– za dużo tych metafor. Gwiazda-Matka, obudzona, niesforne dzieci itd. Po co tak gmatwać?

Nim zapadł zmierzch, ujrzałem wyspę usypaną ze złotego piasku. Jej strome zbocze mieniło się jak Droga Mleczna widziana ze sterowca.

– dlaczego ze sterowca? To z anime? A czemu nie balonu, samolotu, wieży widokowej, dźwigu żurawiowego? Czym się różni Droga Mleczna widziana ze sterowca od tej widzianej np. ze wzgórza?

Itd.

Po przeczytaniu spalić monitor.

 

O, Pan Maras, dzień dobry! 

Przede wszytskim bardzo dziękuję za czytanie i wnikliwą analizę tekstu. 

No, konkretnie naświetliłeś mi sprawę, Marasie. Bardzo jestem wdzięczna. Na tę chwilę nie bardzo wiem, co mam odpowiedzieć. Muszę to sobie poukładać. Bo na pewno nie zewszystkim się zgadzam i czegoś będę próbowała bronić. 

Dodam tylko, że ten tekst był dla mnie wyzwaniem i pewną próbą, jak widać nieudaną. Dziubię na boku, ale teraz to już nie wiem, czy w oógle ma to sens. xD I tak właściwie po tym komentarzu zastanawiam się, za co w ogóle ten klik? Bo czuję się lekko zmiażdżona ;)

 

 

Tu nie o miażdżenie chodzi, Saro. Klik był za wyobraźnię, za dobre zdania. Nie narzekam przecież na styl, na warsztat na poziomie słowa. Marudzę nad logiką świata przedstawionego, nad założeniami fabuły. To wszystko można przecież ogarnąć, okiełznać. Wyobraźni Ci nie brakuje, to raczej kwestia pewnego uporządkowania świata, akcji, opisów.

Pamiętaj jednak, że jest to całkiem subiektywna opinia marudzącego komentatora. Możesz się zgadzać z jakimiś moimi uwagami, możesz je wszystkie olać.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dobrze, dobrze. :) Ale to był bardzo pouczający komentarz i na pewno przydatny. Przecież wiem, kiedy masz dyżur, Marasie, liczyłam na krytykę i marudzenie. ;)

Ja się do tego komentarza na pewno jeszcze szerzej odniosę, ale może dziś już nie. :D

 

 

Nowa Fantastyka