- Opowiadanie: CharliseEileen - Sektor 7G

Sektor 7G

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

katia72, Użytkownicy II

Oceny

Sektor 7G

Z przeciągłym świstem powietrza wymija kolejne samochody. Umyka sprzed ich masek niemal w ostatniej chwili, gdy ci hamują z piskiem opon i trąbią gniewnie. Jest pewna, że pod jej adresem lecą całe wiązanki przekleństw, ale nie może zwolnić. Nie ma czasu.

Pod halę sportową zajeżdża chwilę po dziewiątej wieczorem i choć na szczęście spóźniła się tylko kilka minut, ma wyrzuty sumienia. Nie toleruje spóźniania się u innych, a sama dla siebie jest nie mniej wymagająca.

Zwalnia i pozwala, by jej srebrny motocykl toczył się leniwie pomiędzy zaparkowanymi pojazdami, gdy sama zaczyna szukać wzrokiem chłopaka. I chociaż wokoło zebrało się już wielu rozentuzjazmowanych kibiców, nie musi długo krążyć, by go znaleźć.

Chonsu stoi przy bocznym wejściu, ze skrzyżowanymi rękami oparty o swój czarny motocykl starszej generacji, który spokojnie mógłby pamiętać jeszcze rok 2090. Kolorowe światła telebimów zainstalowanych na ścianach hali, odbijają się od jego okularów rozmigotanymi błyskami.

Parkuje na pierwszym wolnym miejscu i szybko poprawia różowe włosy wysoko spięte w kitkę. Po dynamicznej jeździe fryzura z pewnością nie prezentuje się specjalnie schludnie, ale nie może już nic na to poradzić. Rusza w stronę blondyna, wyginając pomalowane usta w najlepszą wersję uśmiechu, na jaką jest ją stać.

– Cześć, przepraszam, że musiałeś czekać – rzuca, jednocześnie całując w policzek towarzysza, który nieśmiało obejmuje ją w tali.

– Nachbet, dla takiej dziewczyny, jak ty, jest warto – odpowiada ze śmiechem i poprawia sobie okulary na lekko piegowatym nosie.

Oj, Chonsu, szkoda, że nie wiesz, co mówisz…, myśli tylko Nachbet i odruchowo dotyka pistoletu skrytego pod czarną kurtką z grubej skóry. Broń stale przypomina jej o swojej obecności ciasno przytwierdzona do żeber z lewej strony tuż pod pachą.

Dziewczyna bierze go za rękę i razem ruszają w stronę kolejki do wejścia.

Dziś, w finale mistrzostw, gra ulubiona drużyna Chonsu – Sfinksy z Al-Arisz. Nachbet niewiele obchodzi elektrokoszykówka, ale za to wiele obchodzi ją chłopak, który jest wielkim fanem tego sportu i zdobył się na odwagę, by ją zaprosić.

Ponad głowami tłoczących się w kolejce osób, szuka wzrokiem wielkiego, brodatego ochroniarza z nastroszonymi brwiami i wybitą górną jedynką, której nie stracił w czymś tak nudnym, jak bijatyka z pijanym kibicem. Tylko Qebui, bez mrugnięcia okiem, może wpuścić ją na obiekt z gnatem pod ubraniem.

Nachbet macha do niego energicznie, a ten gestem mechanicznej dłoni każe obejść ogonek czekających. Dziewczyna pociąga więc chłopaka za sobą i mimo głośnych protestów, wchodzą bez czekania, a co ważniejsze, bez sprawdzenia zawartości kieszeni.

– Nie mówiłaś, że masz znajomych na bramce – zagaduje Chonsu z nutą zaskoczenia w głosie, na co dziewczyna mruga tylko figlarnie i pyta:

– Gdzie mamy miejsca?

Chwilę później siedzą już na trybunach z dwoma wielkimi pudełkami lekko spalonego popcornu w jednej ręce i kubkami solidnie rozcieńczonego i wygazowanego piwa w drugiej. Rozmawiają na neutralne tematy, tak jak każda para na jednej z pierwszych randek. Nachbet w pewnym momencie zauważa, że śmieje się zdecydowanie za głośno, zupełnie jak głupia małolata i z miejsca traci humor. Nie powinna się tak zachowywać, to zupełnie nie w jej stylu! Gdyby Re Harachte ją teraz zobaczył, nie dałby jej spokoju, przez kilka dni odgrywając złośliwe scenki.

Chłopak spogląda na nią z nieco skołowaną miną i pyta czy, coś się stało, podczas gdy ona machinalnie rozgląda się wokoło. Po plecach przebiega jej dreszcz i czuje, jak żołądek zaciska się w supeł. Cichy głosik w jej głowie podpowiada, że ktoś, lub coś zepsuje ten wieczór, ale postanawia zignorować złe przeczucia i cieszyć się z czasu spędzonego z Chonsu.

– Patrz, zaczyna się! – mówi z lekko nerwowym entuzjazmem, gdy światła przygasają, a po boisku daleko w dole zaczynają pełzać błyski niebieskich i białych reflektorów.

Ponad ich głowami rozbrzmiewa pulsujący rytm muzyki, która wibruje wokół, wsiąkając w ich ciała. W górze, na telebimie zaczynają wyświetlać się kolejne cyfry, a mechaniczny kobiecy głos kolejno odlicza: trzy, dwa, jeden…

– Co to będzie za wieczór! – wykrzykuje Schesmu Viljakainen, jak zawsze oślepiając bielą zębów nawet ostatnie rzędy. – Sfinksy z Al-Arisz, czy Kobry z Mit Ghamr? Czy jesteście gotowi na te emocje? Paaanie i paaanowie, pora rozegrać mecz!

Halę w jednej chwili zalewa potężna fala wiwatów i oklasków. Zaraz potem światła znów rozbłyskują pełną mocą, a na boisko wychodzą dwie drużyny. Sfinksy ubrane są na czerwono, a Kobry na czarno.

Nachbet o elektrokoszykówce wiedziała tylko tyle, że wśród zawodników nie ma ani jednej osoby, która nie byłaby chociaż trochę „ulepszona”. A jeśli nawet komuś udało się zaistnieć w tym sporcie bez żadnych mechanicznych ingerencji, kontuzje w końcu wyjaśniały sprawę. W ten sposób obie drużyny posiadały sztuczne ścięgna najnowszej generacji, tytanowe piszczele, czy oczy z funkcją podczerwieni.

Cyborgi wcale nie były czymś niezwykłym. Na ulicach Abu Kabir często widywało się przecież takie „podreperowane” osoby. Niestety niewielu miało podobny budżet, co sportowe gwiazdy, dlatego większość z nich decydowała się na zlepek tanich zamienników, które często się zacinały i wymagały ciągłego oliwienia.

Tymczasem na środek boiska wychodzi kapitan Sfinksów – Shu Laatikainen oraz Kobr – Bennu Rovanperä. Podają sobie dłonie o stawach i ścięgnach giętko pracujących pod pancerzem ze srebrnego tworzywa.

Gra rozpoczyna się wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Wielowymiarowy hologram piłki jako pierwsi przejmują Sfinksy. Podają go między sobą tak szybko, że z miejsca gdzie siedzą Chonsu i Nachbet wydaje się jedynie niebieską smugą.

Trybuny ogarnia prawdziwe szaleństwo, gdy zawodnik Kobr przejmuje piłkę i ugina mechaniczne nogi, by posłać ją do kosza. Oddaje rzut za najwyższą liczbę punktów, na co przeciwnicy reagują gniewnymi minami i czym prędzej odrabiają straty.

Obie drużyny walczą punkt za punkt aż do końca pierwszej połowy, gdy kapitan Sfinksów po mistrzowsku ogrywa zawodnika Kobr i w ostatniej minucie wynik pozostaje po stronie tych pierwszych.

– Ja cię kręcę, Nachbet, co za świetny mecz! – ekscytuje się Chonsu w przerwie, gdy wychodzą na korytarz, by trochę rozprostować nogi.

– Nienajgorszy – przyznaje i spogląda na chłopaka tak, że ten od razu rumieni się speszony.

Dziewczyna chce jeszcze coś dodać, ale wtedy w kieszeni jej spodni zaczyna wibrować telefon. Zamiera w pół kroku, a serce przyspiesza swój rytm tak, że jego pulsujące uderzenia czuje w całym ciele.

– Nie ma sprawy, odbierz – stwierdza Chonsu, a ona powoli sięga po komórkę.

Dla zwykłej osoby takiej jak on, to oczywiste, że gdy ktoś dzwoni, trzeba odebrać. Jednak dla niej, oznaczało to tylko jedno – znowu trzeba odwalić jakąś brudną robotę. Nim odbiera, odchodzi kilka kroków na bok.

– Mandulis, doskonale wiesz, że dzisiaj mam randkę. Co jest aż tak pilne, by mi to zepsuć? Słucham – syczy, z trudem panując nad gniewem.

– Na meczu jest inspektor Käyhko – pada skrzecząca odpowiedź po drugiej tronie.

– I co w związku z tym?

– To przyjaciel profesora Hyvönena, który jak wiesz, prowadzi dla nas pewne badania. Udało mi się dowiedzieć, że ostatnio często z nim rozmawiał, ale o wiele łatwiej byłoby mi ustalić, o czym tak zawzięcie dyskutowali, gdyby udało ci się ukraść ten telefon.

Nachbet bierze głęboki wdech przez nos, by choć trochę się uspokoić i dopiero wtedy znów się odzywa:

– Niby jak?

– Siedzi w sektorze 7G. – W tonie Mandulisa pobrzmiewała przepraszająca nutka.

– Jestem z chłopakiem, co mam mu powiedzieć? Sorry, kotek, ale mam coś do zrobienia, zaraz wracam?

– Te, landryna, nie pyskuj. To rozkaz Pana Tuta – wcina się twardy, lekko ochrypły głos. Re Harachte przejmuje telefon i ostatecznie kończy tę rozmowę. Rozłącza się, zanim Nachbet zdążyłaby coś dodać.

Swoją drogą niewiele mogłaby jeszcze powiedzieć, gdy instrukcje pochodzą od samego Pana Tuta, szefa ich wszystkich. Przeklina sromotnie pod nosem i z całych sił powstrzymuje się, by nie roztrzaskać telefonu o ścianę.

– Wszystko gra? – pyta z troską Chonsu, który pojawia się tuż za nią. Nachbet spogląda w jego błękitne oczy, co pomaga jej się uspokoić na tyle, by wykrztusić:

– Pewnie. Daj mi chwilkę, skoczę tylko do toalety. – Dziewczyna rusza przed siebie, nie czekając na jego odpowiedź.

Znów nie ma czasu. Przerwa skończy się za dziesięć minut, dlatego każda sekunda jest tu na wagę złota. Poza tym, im szybciej się z tym upora, tym szybciej wróci do Chonsu i razem będą się dalej świetnie bawić.

Bez trudy znajduje odpowiedni sektor i niczym cień wślizguje się do środka. W międzyczasie Mandulis wysyła jej zdjęcie inspektora, więc od razu go rozpoznaje. Obrzydliwie gruby mężczyzna pozbawiony szyi i włosów na głowie zanosi się jowialnym śmiechem. Towarzyszy mu przeraźliwie chuda kobieta w fioletowej sukience i o długich, metalowych pazurach, które przywodzą na myśl krucze szpony. Co za urocza para, prycha Nachbet w myślach, gdy raz jeszcze owiewa spojrzeniem cały sektor.

Pomiędzy bogatymi, pijanymi towarzyszami inspektora kręcą się roboty, które najwyraźniej pełnią tu rolę ochroniarzy. Nachbet sprawnym okiem ocenia, jaki rodzaj opancerzenia posiadają maszyny i z ulgą stwierdza, że tak naprawdę blaszaną powłokę przebiłaby jedną kulką. Roboty rozstawiono zapewne jedynie jako straszak i aby ze zwykłej próżności pokazać, że stać ich na takich śmiechu wartych strażników, którzy nie mają przy sobie nawet broni.

Kątem oka dostrzega, jak w wejściu na trybuny obok pojawia się młody kelner. Dzieciak, który może mieć z piętnaście lat z trudem utrzymuje tace z kolorowymi drinkami. Czym prędzej przechodzi do sektora 7H. Gdy w półmroku przystawia mu pistolet do pleców, na jego i tak już spocone czoło wstępują ogromne krople potu. Tylko ona i kelner słyszą ciche kliknięcie odbezpieczonej broni.

– Dawaj tace i spadaj – rzuca dziewczyna, a półprzytomny ze strachu chłopak bez słowa podaje jej drinki.

W następnej chwili dzieciak czym prędzej ucieka, ile sił w nogach, a Nachbet unosi wysoko zdobytą tacę i balansując biodrami, podchodzi do inspektora.

– Proszę bardzo, coś dobrego na świetny humor – zapowiada ze słodkim uśmiechem i rozkłada szklanki z alkoholem na stole w loży inspektora.

Roboty spacerują wokoło wolnym krokiem, wpatrując się tępo w przestrzeń przed sobą. Niewiele interesuje ich jakaś kelnerka, która kelnerką wcale nie jest i przyszła tu z pistoletem pod kurtką, by okraść ich pracodawcę. Nikt, nawet anorektycznie chuda kobieta, która siedzi tuż koło komórki, nie zauważa, jak z blatu nagle znika telefon inspektora. On natomiast znów śmieje się tak donośnie, że wielki podbródek trzęsie mu się rytmicznie, gdy sięgał po portfel, by dać Nachbet solidny napiwek.

Dziewczyna przyjmuje pieniądze z udawaną wdzięcznością, podczas gdy tak naprawdę sama wzięła już sobie to, po co tu przyszła.

Do rozpoczęcia drugiej połowy meczu ma jeszcze kilka minut, więc szybkim krokiem kieruje się w stronę toalet. Zamyka się w ostatniej kabinie i sprawnym ruchem wyciąga z komórki kartę pamięci. Po czym bezceremonialnie rozpina czarne, błyszczące spodnie i wsadza sobie płytkę w majtki. Resztę urządzenia traktuje płomykiem z zapalniczki, który chociaż nie spali obudowy tak, jak należy, to przynajmniej zaciera jej odciski palców.

Wychodzi z łazienki, porzucając stopioną komórkę w klozecie, całkiem na widoku. Lubiła pozostawiać po sobie takie drobne smaczki, które drażniły policję, ale dla niej były zupełnie bezpieczne.

„Zrobione” – pisze w biegu wiadomość. 

„Git majonez” – brzmi natychmiastowa odpowiedź.

Wraca do Chonsu w tym samym momencie, gdy piłka znów idzie w ruch.

– Te kolejki w damskich toaletach są dramatyczne! – krzyczy mu do ucha przepraszająco.

Do końca meczu nie dzieje się nic nadzwyczajnego, oprócz dwóch niesamowitych akcji w wykonaniu zawodników Sfinksów, którzy ostatecznie zostają mistrzami, ku radości Chonsu.

Chłopak odprowadza Nachbet do jej motocyklu, który robi na nim ogromne wrażenie, mimo że stara się to przed nią ukryć. Przez dłuższą chwilę stoją w niezręcznej ciszy, którą w końcu przerywa blondyn:

– Mam nadzieję, że jeszcze gdzieś razem wyskoczymy.

Dziewczyna, po krótkim wahaniu, całuje go przelotnie w usta i nim chłopak zdąży otrząsnąć się z zaskoczenia, Nachbet już pędzi pustymi ulicami w stronę kwatery, gdzie czekają na nią Mandulis i Re Harachte.

Nie myśli jednak o karcie pamięci w swoich majtkach, ale o tym, czy nie przesadziła i czy Chonsu weźmie tego całusa za odpowiedź w stylu: „I ty się jeszcze pytasz? Oczywiście, że tak!”, o którą jej przecież chodziło.

Koniec

Komentarze

– Nachbet, dla takiej dziewczyny, jak ty, jest warto

Bez “jest”.

Bez trudy znajduje odpowiedni sektor

Literóweczka: bez trudu.

W międzyczasie Mandulis wysyła jej zdjęcie inspektora, więc od razu go rozpoznaje.

Sądzę, że nawet znając kogoś lepiej, niż tylko z dopiero co otrzymanego zdjęcia, znalezienie tej osoby na trybunie pełnej kibiców “od razu” zakrawałoby na cud. Chyba, że bohaterka ma jakieś ulepszenia, ale o tym nic w tekście nie jest wspomniane. A jeśli inspektor siedzi w jakiejś prywatnej loży – może warto to zaznaczyć? Z drugiej strony, jeśli ma własną lożę, Nachbet zapewne nawet nie potrzebowałaby tego zdjęcia, by go namierzyć.

Co za urocza para, prycha Nachbet w myślach, gdy raz jeszcze owiewa spojrzeniem cały sektor.

Zapewne miało być “omiata”, w tym wypadku lepiej byłoby “omiata wzrokiem”. Ewentualnie mogłoby być “obiega spojrzeniem”.

Dzieciak, który może mieć z piętnaście lat z trudem utrzymuje tace z kolorowymi drinkami.

– Dawaj tace i spadaj – rzuca dziewczyna, a półprzytomny ze strachu chłopak bez słowa podaje jej drinki.

Potem okazuje się, że taca była jedna, więc w obu przypadkach powinno być “tacę”. Poza tym w drugim zdaniu myślę, że byłoby lepiej, gdyby taca i drinki zostały zamienione miejscami – bo “chłopak bez słowa podaje jej drinki” brzmi, jakby podawał je bohaterce sztukami, zamiast całą tacę.

Z technikaliów jeszcze taka uwaga: wcześniej przeczytałam sam początek tekstu, nim wróciłam do niego dzisiaj, by zapoznać się z całością. Na samym początku nie wiedziałam, czy mam wyobrażać sobie bohaterkę pieszo, czy w aucie, czy jak. Ten fragment zagrał dla mnie dopiero za drugim razem, kiedy już wiedziałam, że jest na motocyklu.

No to teraz pora na wrażenia. Podobał mi się zarys świata i dobrze wplecione opisy, styl jest bardzo obrazowy bez przeciążania słowami. Całość kojarzy mi się mocno z japońską stylistyką i to mi w zupełności odpowiada. Szczególnie przypadły mi do gustu imiona i nazwy, są świetnie dobrane, choć po lekturze zastanawiam się, jaką zasadą kierowałaś się, Autorko, w ich doborze. Nachbet brzmi egipsko, a sam inspektor i jego przyjaciel profesor mają jakby… a’la fińskie imiona? Ale nie jest to zarzut, tylko moja ciekawość.

Szkoda, że całość to pojedyncza scenka, bardziej stanowiąca wstęp niż kompletną historię. Tytuł oparty na sektorze sugeruje, że stanie się tam coś bardzo ważnego, a Nachbet załatwia sprawę z instruktorem praktycznie ekspresowo.

Ale sam świat i bohaterowie intrygujący. Poczytałabym więcej :)

Jestem!

I bardzo się cieszę że jestem bo tekst mi się spodobał.

Jeżeli miałbym się do czegoś przyczepić to do przełożenia naszej technologi w przyszłość. Już tłumacze.

motocykl starszej generacji, który spokojnie mógłby pamiętać jeszcze rok 2090

Zakładamy więc że mamy rok co najmniej 2095 jak nie 2120/2140. W tym świecie cybernetycznych wszczepów nadal są karty sim w komórkach? No coś mi tu nie pasuje. Tak samo jak te opalanie zapalniczką. Uważam że patrząc na tępo rozwoju technologi mogli by ją po takim czymś namierzyć. Karta w gaciach też raczej mogła by ulec łatwo zniszczeniu (a przynajmniej taki mi się wydaje). Takie małe zgrzyty. (Plus oczywiście to co pisała Silva)

Nie zmienia to wszystko faktu że tekst mi się podobał i czekam na kontynuację historii.

Pozdrawiam!

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Silva, dzięki, zaraz poprawię błędy i jeszcze raz przemyślę pewne kwestię ;) Jeśli chodzi o imiona, to wszystkie są wzięte z mitologii egipskiej, przy czym nazwiska są właśnie skandynawskie (inspektor ma na nazwisko Käyhko, a profesor Hyvönen, nie podałam ich imion :D). Pozdrawiam cieplutko! 

aKuba139, bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał! I, faktycznie, parę rzeczy przydałoby się tu naprawić, nie tylko jeśli chodzi o literówki, ale też te kwestie logiczne :D. Pozdrawiam cieplutko! 

Przede wszystkim ciekawe, szczególnie jeśli chodzi o wykreowany świat, i w moim odczuciu oryginalnie napisane – mam na myśli styl. Pomysł na plus. Podoba mi się też oparta na nim historia. Odnośnie bohaterów również nie mam zastrzeżeń. 

Klikam bibliotekę :)

Dzięki, katia72! :) 

Dość ciekawa scenka, czytało się lekko. Ma się jednak wrażenie, że to wycinek jakiejś większej całości.

Hejka! 

No więc tak:

Ponad ich głowami rozbrzmiewa pulsujący rytm muzyki, która wibruje wokół, wsiąkając w ich ciała.

→ który

 

Bez trudy znajduje odpowiedni sektor i niczym cień wślizguje się do środka.

→ trudu

 

Ale ten ostatni przykład ktoś chyba wcześniej napisał, no ale już nie będę usuwał.

 

Randka na meczu koszykówki, z grającymi w nim cyborgami… hmmm, nawet ciekawie ;p Jest kolorowo, tekst działa na wyobraźnię, mamy mini misję w postaci zgarnięcia telefonu. Wszystko okej, tylko właśnie jak wspominam – to taka mini misja, poboczny quest ;p Myślałem, że stanie się coś więcej. 

Imiona faktycznie trochę dziwnie mi tu wyglądały – ale kwestię w komentarzu wyjaśniłaś, to się nie czepiam. Choć szczerze mówiąc byłem pewien, że to Twój wymysł ;p 

Ogólnie – miło się czytało, całkiem solidnie napisane, nie licząc małych błędów.

Z pozdrowieniami, poniedziałkowy dyżurny! 

 

 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

przy czym nazwiska są właśnie skandynawskie

Fińskie. Skandynawskie to te germańskie/nordyckie. Moje czepialstwo, bo swego czasu uczyłam się fińskiego. I do tego zastosowałaś staroegipskie imiona, więc dla mnie miodzio, ale… no właśnie. Dlaczego? Zaintrygowałeś mnie. Ciekawe też to wygląda. Uchyl trochę rąbka tajemnicy. To ma jakiś głębszy przekaz, czy tylko brzmienie?

Opowiadanko akcji – i w sumie nim jest od początku do końca. Przyznam się, że nie należę do targetu, ale taką opowiastkę w wersji rozszerzonej, dla relaksu, bym przeczytała. Jako takie krótkie opowiadanie – niekoniecznie, ponieważ zostaje niedosyt i pytania o co chodzi. 

 

Deirdriu, przepraszam, że dopiero teraz odpisuję! :) Dziękuję za sprostowanie odnośnie pochodzenia nazwisk. Jeśli chodzi o same imiona, to pochodzą z mitologii Egipskiej i odnoszą się do różnych pobocznych bóstw, które w jakimś stopniu oddają charakter moich bohaterów. Poza tym nigdzie wcześniej nie spotkałam się z takim połączeniem imion i nazwisk, więc postanowiłam spróbować. Obawiałam się na początku, że barierą będzie trudność z ich wymówieniem, czy zapamiętaniem, ale w końcu doszłam do wniosku, że warto spróbować. :) 

Jest tu pewien niedosyt, bo urywasz w momencie, kiedy tak naprawdę akcja mogłaby się rozkręcić na dobre. Świat, który wykreowałaś, jest jednak dość oryginalny i frapujący, że ma się ochotę na więcej mimo wadliwej kompozycji. W sensie chciałoby się go więcej, żeby poczuć cały ten specyficzny smaczek. Jeśli chodzi o gatunek, mogę nie być do końca targetem, ale przeczytałam z uwagą. smiley Dam więc klika, bo trzeba się wzajemnie motywować do rozwijania ciekawych pomysłów.

Jak dla mnie – za mało fantastyki. Kryje się ona głównie w dyscyplinie sportowej rozgrywanej przez cyborgi. I nie ma to większego znaczenia dla fabuły. Równie dobrze mogli pójść na tę randkę na mecz normalnej koszykówki albo hokeja.

Po co tak właściwie dziewczynie broń? Nigdzie się bez niej nie rusza?

Czemu wskazane wcześniej błędy jeszcze nie są poprawione?

Babska logika rządzi!

Nie mam poczucia, że przeczytałam opowiadanie, a zaledwie fragment czegoś większego, scenkę kradzieży telefonu i nic poza tym. Umieszczenie akcji w niezbyt odległe przyszłości nie sprawi, że opowiadanie będzie fantastyczne. To, moim zdaniem, nie jest. Po lekturze pozostał spory niedosyt.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

 

Oj, Chon­su, szko­da, że nie wiesz, co mó­wisz…, ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Chwi­lę póź­niej sie­dzą już na try­bu­nach… ―> Czy siedzą na więcej ni jednej trybunie, czy może: Chwi­lę póź­niej sie­dzą już na try­bu­nie

 

skrze­czą­ca od­po­wiedź po dru­giej tro­nie. ―> Literówka.

 

To roz­kaz Pana Tuta… ―> To roz­kaz pana Tuta

Formy grzecznościowe piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Prze­kli­na sro­mot­nie pod nosem… ―> Na czym polega sromotność przekleństwa?

 

Bez trudy znaj­du­je od­po­wied­ni sek­tor… ―> Literówka.

 

Dawaj tace i spa­daj… ―> Literówka.

 

roz­kła­da szklan­ki z al­ko­ho­lem na stole… ―> Gdyby rozkładała szklanki, wszystko by się z nich wylało.

Winno być: …rozstawia szklan­ki z al­ko­ho­lem na stole

 

Po czym bez­ce­re­mo­nial­nie roz­pi­na czar­ne, błysz­czą­ce spodnie… ―> A dlaczego miałaby się certolić z rozpinaniem spodni? Wszak w toalecie to czynność normalna.

 

Chło­pak od­pro­wa­dza Na­chbet do jej mo­to­cy­klu… ―> Chło­pak od­pro­wa­dza Na­chbet do jej mo­to­cy­kla

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka