- Opowiadanie: CM - Że będzie kolorowo

Że będzie kolorowo

“Ludzie nie dlatego przestają się bawić, że się starzeją, lecz starzeją się, bo się przestają bawić” – Mark Twain.

 

Ogromne podziękowania dla MaSkrola za pomoc przy pracy nad doskonaleniem tego niewątpliwego arcydzieła. :)

 

Małe wspomagacze dla tych, którym nie chce się za mocno pracować wyobraźnią.

Tylko nie pchać mnie się w linki przed dotarciem do oznaczeń!

Szanujemy pracę i wysiłek autora! ;-)

 

(1) – Podstawiamy chór za publikę. Reszta z grubsza się zgadza. ;)

https://www.youtube.com/watch?v=U5HAEzEk8QM

 

(2) – W pachnących myślach niesfornego Edwarda:

https://www.youtube.com/watch?v=ayIf2itL6e0

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Że będzie kolorowo

Helena Żakiet poprawiła kwiaty na grobie męża. Jej wściekłe spojrzenie mogłoby spalić pół kamienicy. Zachciało się nowoczesnych pogrzebów! Keybord zamiast organów, rodzina nucąca “Windą do nieba”…

Mogli jeszcze sprzedawać bilety!

Usiadła na ławce, poprawiając żałobny kapelusz. Nawet trumna “skromnego sługi” przeszła zupełnie bez echa. Żeby ostatnią drogę zamienić w wesoły kondukt. Co ludzie powiedzą?!

 

*

 

Helena zmierzała w kierunku parafii, oczyszczając miasto sprawniej niż gradobicie. Pani Żakiet miała rzadki dar przypominania ludziom o sprawach, które akurat w tej chwili koniecznie należało załatwić. Okrążyła plebanię, a gdy już każdy skłonił się jej z należytym szacunkiem, ruszyła do kancelarii.

Wewnątrz panowała grobowa cisza. Wdowa zastukała z wyczuciem i weszła, nie czekając na zaproszenie. Stare drzwi zaskrzypiały głośno „co łaska”.

Pani Żakiet rozejrzała się pozwalając, by cała jej godność wypełniła wnętrze pokoju. Zaraz też utkwiła w ścianach spojrzenie pełen pogardy. Ich pierwotną biel zdawał się pamiętać jedynie kurz leżący od lat za regałem.

Że im nie wstyd…

Spojrzała na brudną podłogę, uniosła wzrok nad tandetne biurko i zamarła.

W fotelu siedział sam proboszcz Wygódka.

– Szczęść Boże, pani Żakiet. – Duchowny wskazał dłonią na krzesło przed biurkiem. – Pani Krysia jest na urlopie – dodał.

Helena zrobiła krok naprzód, czując jak odwaga wystawia ją do wiatru.

– Proszę, proszę – ponowił proboszcz, prezentując na twarzy średnio udany związek grymasu z uśmiechem.

Pani Żakiet spojrzała na krzesło, stwierdzając konflikt z helenową normą czystości. Wyjęła chusteczkę, drugą, później jeszcze dwie i wreszcie usadowiła swą szacowną osobę.

Krzesło pisnęło żałośnie, jakby rozważało czy nie lepiej zwyczajnie się rozpaść. Proboszcz wyciągnął się w fotelu i utkwił wzrok w zmieszanej rozmówczyni. Pani Żakiet była dla parafii niczym porcja groszku do obiadu. Nielubiana, ale potrzebna.

Zwłaszcza kościelnym finansom.

– Jak się pani trzyma po śmierci męża? – zapytał duchowny. Jak na sygnał rysy jego twarzy ułożyły się w dziesięć oblicz współczucia.

– Trzeba żyć dalej. Ale mój biedny Edzio…* Jak on tam sobie beze mnie poradzi? – Helena westchnęła teatralnie i sięgnęła do rezerw pewności siebie. – Muszę przyznać, że pogrzeb znajduję jako dość… ekhem**… nowatorski***.

* Zabawne, że podobnym mianem określało go całe miasto. Biedny Edzio…

** Mowa chrząkana jest najbardziej uniwersalnym językiem świata. Zależnie od sytuacji to samo „ekhem…” może znaczyć: „czy wyście zwariowali?!”, „ustąp miejsca, gówniarzu!” czy „chyba nie myślisz, że pójdziesz w tym wstrętnym berecie?”.

*** Synonim: żałosny! bezczelny! bulwersujący!

Proboszcz milczał jakiś czas gimnastykując zwoje myślowe. Ludzie sądzą, że największą mękę kapłana stanowi celibat.

Mylą się.

Największą męką kapłana jest bezwzględny szlaban na kłamstwa.

Po latach posługi, proboszcz w naginaniu prawdy osiąga zwykle sprawność jogina.

– W nowoczesnym świecie coraz trudniej o wiernych – zaczął, śledząc reakcję Heleny. – Kościół musi im wyjść naprzeciw.

– Ludzie wiwatowali!

– Wielka jest łaska Pana. – A jeszcze większa faktura za dzwony, dodał w myślach. – Czyż zawitanie do jego domu nie stanowi powodu do szczęścia?

Szach i mat, pomyślał tłumiąc uśmiech. Na to pytanie nie było skutecznej riposty.

– Jak ten biedny Edzio się tam odnajdzie? – Helena wywiesiła białą flagę. – Żebym choć mogła go przygotować. Dać ostatnie rady…

– Myślę, że mógłbym pomóc. – Wygódka zawahał się. Nie powinien. Wiedział, że nie powinien. Czasem jednak i świętego skusi diabeł. – Słyszała pani o „wdowiej zakrystii?”.

 

*

 

Daleko za kościołem stał samotny barak. Helena Żakiet w szpilkach i czarnej garsonce pasowała do niego jak lakierki do dresu.

– Co ludzie powiedzą? – mruknęła pod nosem i pomyślała o Edziu, tej niezdarnej fujarze, o którą troszczyła się nawet po pogrzebie.

Rozejrzała się i wślizgnęła do środka. Słabe światło padało na tę część baraku, w której czekały już inne wdowy. Na ich obliczach malował się frywolny uśmiech, który w skali pani Żakiet zajmował pozycję „tobie, kochana, już nie przystoi”.

Helena ustawiła się w trzecim rzędzie, czekając na rozwój wydarzeń. Jeśli dobrze zrozumiała, „wdowia zakrystia” stanowiła chór wdów, które poprzez rytuał ściągały mężów z zaświatów. Szczegóły miała poznać na miejscu, choć pokątny śmiech proboszcza budził pewne wątpliwości.

Zapadła cisza. Przez szmer przebiegły ciche stuknięcia i nagle wnętrze baraku wypełniło wycie, jakby syrenę policyjną wymieszano z dzikim alarmem.

Nogi pani Żakiet zgłosiły gotowość do ucieczki. Wdowy pozostały jednak na swoich miejscach. Więcej! Na ich twarzach dostrzegła ślady podniecenia, którego – nie miała wątpliwości – powinny się głęboko wstydzić.

Co ja tu robię, myślała Helena, tymczasem do wycia dołączył miarowy huk.

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

Łomot niósł się po baraku, a brzmiał jak sąsiad katujący dywan w asyście bandy wściekłych robotników.

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

– Co to, u licha, jest?! Piekło?! – zapytała Helena bezgłośnie ruszając ustami*.

* Wprawny wierzący potrafi przegadać mszę, nie wypowiadając jednego słowa.

– Lepiej! – odparła pani Gienia z euforią, jakiej nie zapewnia najmocniejsza nalewka.

I wtedy pani Żakiet usłyszała to:

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Du…!(1)

Du hast…!

Du hast mich…!

 

Głośne wdowie wycie przypuściło szturm na bębenki Heleny.

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Du…!

Du hast…!

Du hast mich…!

 

Mówią, że nieszczęścia chodzą parami. To nieprawda. Nieszczęścia zbierają się w grupy, a gdy powstanie armia, szturmują samotne chwile beztroski.

Helena tkwiła w obskurnym baraku.

Obok szalały wesołe wdowy.

Wnętrze wypełniał piekielny łomot.

A najgorsze, że zaczynało jej się podobać!

ŁUP! ŁUP! ŁUP!

Ziemia drżała pod stopami pani Żakiet. Jej ciało jakby lekko się unosiło. Z pewnością przez wstrząsy. Niepodobna sądzić, by osoba jej pokroju podskakiwała do jakiegoś jazgotu.

Obok wesołe wdowy kiwały energicznie głowami, testując moc lakieru do włosów. Helena również kiwała. Wyłącznie w celu masażu karku!

 

KSIĄDZ PEDRO:

Willst du bis der Tod euch scheidet,

treu ihr sein für alle Tage?*

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Jaaaaaa…

 

„?”:

NEIN!

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Jaaaaaa…

 

„?”:

NEIN!

 

*Czy chcesz, póki śmierć was nie rozłączy,

być jej wierny przez wszystkie dni?

 

„NEIN!” brzmiało obco. Dźwięk był jakby krzykiem z otchłani piekieł otulonym nutą chrypy bełtowej*.

* Znana fanom egzotycznych trunków.

Helena wytężyła wzrok. Nie był to głos księdza ani żadnej z wdów. Nawet Tadzisiowa, która pochowała trzech mężów, nie krzywdziła tak uszu swoim zawodzeniem.

Głos należał do… zmarłych. Z mroku wyłoniła się biała poświata, w której pani Żakiet rozpoznała grubego Gwozdka, człowieka o ogładzie źdźbła trawy.

Drugi był trzeci mąż Tadzisiowej, mruk o czterech zębach i jednej parze spodni. Obie sylwetki zniknęły zaraz, wciągnięte przez jakąś rurę.

 

KSIĄDZ PEDRO:

Willst du bis der Tod euch scheidet,

treu ihr sein für alle Tage?

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Jaaaaaa…

 

„?”:

NEIN!

 

CHÓR „WDOWIA ZAKRYSTIA”:

Jaaaaaa…

 

„?”:

nein

 

Nieśmiały głos z ledwością przebił się przez łomot, który, jak wyglądało, nazywali tu muzyką.

Edzio, pierdoła saska, domyśliła się pani Żakiet. Muzyka ucichła. Dziesiątki spojrzeń utkwiły w twarzy Heleny. Na zdobiącym ją wściekłym rumieńcu można by smażyć kotlety.

– Najmocniej przepraszam. – Pani Żakiet skryła twarz w dłoniach. – Edzio zawsze był trochę… ciapowaty.

– Nie ma zmartwienia – odparł ksiądz Pedro, odciągając Helenę na bok. – No, koniec tego hałasowania. – Przemknął wzrokiem po zdyszanych wdowach.

Odpowiedział mu smętny pomruk osób, które ciszę znały lepiej niż klub głuchoniemych.

Pani Żakiet schyliła się po upadły kapelusz, szukając przy okazji resztek godności.

– I jak? Zdziera papę z dachu? – zapytał młody duchowny. Uśmiech zdawał się być przytwierdzony do jego twarzy skuteczniej niż gołąb do pomnika.

– Osobliwy rytuał – zauważyła Helena, wachlując się kapeluszem. – Jak on właściwie działa?

– Prosta sprawa. – Ksiądz zapalił światło. – Wciągamy miglanca specjalną maszyną*, nabijamy w butelkę, dusza się skrapla i powstaje wino mszalne.

* Zwaną gdzieniegdzie odkurzaczem.

Pani Żakiet zastygła w bezruchu czekając, aż jej zwoje mózgowe odnajdą drogę do krainy absurdu.

– W jaki sposób dochodzi do kontaktu? – zapytała, wcale niepewna, że chce znać odpowiedź.

– Przez chuch proboszcza – wyszczerzył się ksiądz Pedro.

– Jak?!

Zwoje mózgowe Heleny zwinęły się w precla.

– Na ugadanej mszy proboszcz dziabnie duszę z kielicha i…

– Czy… wypicie mojego męża jest konieczne?!

– Must be. Proboszcz to taki pomost między niebem, a światem doczesnym.

Pani Żakiet sapnęła ciężko. W środku przypominała czajnik.

– Będę mogła z Edziem porozmawiać? Na pewno ma mi wiele do powiedzenia. Ksiądz rozumie?

Duchowny skinął głową. Rozumiał. Rozumiał znacznie lepiej niż Helena Żakiet. I właśnie dlatego nigdy nie dopuszczano zmarłych do głosu.

– To… niewskazane. – Ksiądz zatańczył na granicy prawdy. – Ale poklacha pani z mężem poprzez proboszcza. Na pewno panią przyjmie.

A jaki będzie szczęśliwy!

Obok księdza zjawił się młody chłopak. Jego twarz wyrażała szczególny rodzaj zmieszania, który można było odczytać jako: „tak się kończą głupie eksperymenty”.

– To Łukasz, ministrant. – Pedro przedstawił pryszczatego chłystka. – Przy „rytuale” – puścił oko – grywa na wiośle.

– Pogratulować talentu – odparła pani Żakiet wspinając się na wyżyny taktu.

– No jak, wszystko ok? – Ksiądz spojrzał na ministranta.

– Pan Edward… – Chłopak ściszył głos. – On… Nie do końca stał się winem.

Słowa wyleciały z takim bólem, jakby każde z nich było zrobione z pumeksu.

Twarz pani Żakiet zamieniła się w domowe wypieki.

– Szampan, co? – Duchowny nie tracił rezonu.

– Gorzej. – Ministrant uciekł wzrokiem w kierunku sufitu.

– Likier kawowy?

Chłopak pokręcił głową.

– Aromat do ciast – wydusił w męczarniach.

Ekhem...*

* Za jakie grzechy?!

Ksiądz odprawił ministranta ruchem dłoni.

– Spoko wodza, pani Żakiet – powiedział z pobłażliwym uśmiechem. – Mieliśmy tu kiedyś wdowę, która ściągnęła alkoholika. To dopiero było!

– Zmienił się w spirytus? – Świat Heleny zaczynał wirować.

– Gdzie tam spirytus. W chlor! Dopiero proboszcz się zdziwił.

– Co teraz będzie z moim mężem?

– Cóż… Nasza gosposia upiecze ciasto. Zapraszam w niedzielę po mszy.

 

*

 

Wnętrze Heleny Żakiet było wulkanem w stanie erupcji.

– Tak… Tak. – Potakiwała do słuchawki. – Nie ma tak wcześnie… Tak… Jak to uciekł?!

 

*

 

Fioletowy obłok sunął radośnie po bezchmurnym niebie. Wolność! Ale jak to właściwie rozumieć? Za życia był to słój ogórków kiszonych jako bilet do chwili samotni.

Obniżył tor lotu.

„Saska pierdoła”. „Niezdarna fujara”. Bywały takie chwile, gdy nawet Edzio, człowiek o brawurze ciastkowego ludzika, pragnął odrobiny szaleństwa.

Tylko co może zrobić zapach do ciast? Co może…

Minął cukiernię.

Aha.

Nikt tutaj nie zna głodu…” (2) – rozbrzmiało w pachnących myślach.

 

*

 

Przegląd prasy:

 

Lukrowe wieści”: „Fioletowa chmura nad Cukropolis!”

 

„Wiem najlepiej”: „Czy grozi nam słodka zagłada?”

 

„Też prawda”: „Oblężenie cukierni trwa!”

 

„Głos Kisielinia”: „Jak walczyć z łaknieniem?”

 

„Ploty i głupoty”: „Pączkowa obsesja!”

 

„Lukrofit”: „Sport w dobie chmury. Jak nie zostać baryłą?”

 

„Miesięcznik medyka”: „Sto metod zmniejszania żołądka!”

 

„Tętno biznesu”: „Fotel biurowy dla puszystych: kredyt czy leasing?”

 

*

 

Jej Dostojność Helena Żakiet majestatycznym krokiem maszerowała przez miasto. Skaranie boskie z tym chłopami! Nawet w grobie nie uleży taki spokojnie. I teraz goń za tą fruwającą pierdołą!

– Czy to nie miała być mała chmurka? – Pani Żakiet patrzyła na sunący po niebie ogromny obłok o barwie fuksji tudzież wyblakłej purpury.

– Z deczka urosła – zauważył zdziwiony ksiądz Pedro.

– Ponoć jest fioletowa? – Helena kręciła głową. Czy wszyscy mężczyźni to daltoniści?

– Zdaje się, że rozjaśniała.

Chmura ruszyła w stronę parku.

– Jak mój Edzio zdołał uciec?

– To było, gdy pani Jadzia otwarła piekarnik. – Duchowny przyspieszył w pogoni za zbiegiem. – Minął nas jakiś fioletowy pył, śmignął przez okno i tyleśmy go widzieli.

– Czy egzorcyzm jest konieczny? – wysapała pani Żakiet z trudem utrzymując tempo. – Może wystarczy przemówić mu do rozumu?

– Why not? Próbujmy!

Helena zatrzymała się, wzięła kilka głębokich wdechów i przyjęła pozę statuy bezwzględności.

– Edwardzie! – oświadczyła tonem stanowczej damy*.– Proszę natychmiast zejść na ziemię!

* Znana forma hipnozy o wszechstronnym działaniu. Pozwala odstawić piwo, pamiętać o czystych skarpetkach czy pokochać wizyty mamusi.

Chmura zwolniła. Trochę opadła, zatańczyła na wietrze, by wreszcie ułożyć się w gest zwany w miejskim slangu: „pocałuj mnie w nos!”.

– Co za tupet! – Helena potrząsnęła głową. Fryzura nie drgnęła.

Duchowny ścisnął kropidło i ruszył za Edziem, który znów frunął radośnie przed siebie. Nie uciekał. Raczej bawił się pogonią, stosownie zarządzając tempem. W parku zbierały się tłumy. Jedni tradycyjnie szukali sensacji, innych bawił obraz „ksiądz goniący w kiecce”, zaś cała reszta była tłem zwanym: „głupi tłum w tłumie”.

– Apage spirytus! – wołał duchowny, wymachując kropidłem. – Apage spirytus!

– Ekhem…* – Helena podbiegła do księdza i szepnęła mu coś do ucha.

* Czy myślenie to taka filozofia?!

Ksiądz Pedro skinął głową, stłumił wyraz zdziwienia i ruszył w dalszą pogoń.

– Apage aromat! Apage aromat! – Niosło się po parku.

Chmura zwolniła, kręcąc się w konwulsyjnym wirze.

– Mission complete. – Ksiądz Pedro wystawił dłoń celem przybicia piątki.

Helena uniosła palec celem stuknięcia się w czoło.

Edward opadał na ziemię. Gdy był już blisko, poderwał się niespodziewanie i zatańczył pod nosami łowców dusz.

Zgłodnieli.

„Bo z wami jest weselej…” – nuciła chmura, frunąc w dal.

 

*

 

19:02, „Wieści”:

 

„Niesforny Edward szaleje nad Lukrainą. W ciągu kilku dni pachnąca chmura opanowała większość miast i wsi. Tysiące Lukrecjan szturmują cukiernie i ciastkarnie. Naukowcy alarmują, że dalsze ataki Edwarda grożą masowym przyrostem chodzących pulpetów.

Łączymy się z naszym korespondentem. Maksie, jak sytuacja na linii frontu?”

 

Pełne skupienie…

Sekwencja kiwnięć głową…

Przetwarzanie przez mózg otrzymanych informacji…

 

„W obliczu terroru ze strony Edwarda władze podejmują stanowcze kroki. Od jutra limit pączków na mieszkańca ma zostać ograniczony do jednego. Planowana jest również produkcja gum do żucia typu fuj-fuj oraz budowa bunkrów antyedziowych dla najbardziej zagrożonych Lukrecjan”.

 

„Jak mieszkańcy reagują na tak radykalne kroki?”

 

Pełne skupienie…

Sekwencja kiwnięć głową…

Przetwarzanie przez mózg otrzymanych informacji…

 

„Większość Lukrecjan przyjmuje te zmiany ze zrozumieniem. Ludzie boją się skutków spaślozy, w całym kraju brakuje wag i centymetrów. Oczywiście zdarzają się przypadki niesubordynacji. Sprawdzane są doniesienia o podziemnym zrzeszeniu seniorek, które mają rzekomo pokątnie wypiekać faworki”.

 

„Czy są już pierwsze ofiary niesfornego Edwarda?”

 

Pełne skupienie…

Sekwencja kiwnięć głową…

Przetwarzanie przez mózg otrzymanych informacji…

 

„Rośnie liczba osób, pod którymi zarwał się sedes. Ludzie coraz częściej klinują się też w przejściach i futrynach. Straż ogniowa zapewnia, że nikt nie zostanie bez wsparcia”.

 

*

 

Proboszcz Wygódka przecierał wilgotne od potu czoło. „Tu była kiedyś grzywka” – głosił komunikat pamięci.

Nowoczesny kościół, westchnął w skłębionych myślach. Że też musiał się na to zgodzić. Zawsze to samo. Człowiek skinie głową na „mały eksperyment” i już dociera do fazy „szefie, mamy problemik”*.

* Następne to: „padnij!”, „moje brwi!”, „kto zapłaci za zniszczoną drewutnię?!”.

– Nikt nie może się o tym dowiedzieć – oświadczył bez wyraźnego adresata.

– Wszyscy już wiedzą – zauważyła pani Żakiet.

– Nie o chmurze. O jej pochodzeniu. – Proboszcz wycedził przez zęby. – Nie może się wydać, że Edward uciekł z parafii. Musimy go złapać do dia…!…ska.

Ksiądz Pedro uśmiechnął się w myślach do swojego PESEL-u. „Musimy!”, zgodnie z tradycją, oznaczało bój wszystkich poza autorem wezwania.

– Niesforny Edward jest nieuchwytny – wyjaśnił. – Nikt nie potrafi go capnąć. To niemożliwe!

– Niemożliwe pozwalam załatwić bez zwłoki – rzekł proboszcz tonem człowieka NIESŁYCHANIE SPOKOJNEGO.

Rozległo się pukanie do drzwi. Ksiądz Pedro wstał, nacisnął klamkę i w progu stanął szczupły, wiekowy mężczyzna o osobliwej fryzurze, zwanej w niektórych miejscach „piorun trzasnął w szczypiorek”.

– Profesor Chaszcz – wyjaśnił duchowny zebranym. – Emerytowany majster od sztuki wojny.

– Krzak – poprawił gość w białym kitlu. – Uszanowanie. – Skłonił się Helenie Żakiet.

– Ekhem…*

* Rozporek, na litość boską!

– Najmocniej przepraszam. – Profesor zaczerwienił się i podjął walkę z suwakiem.

– Pan doktor pomoże nam wklepać chmurze – wyjaśnił ksiądz Pedro ku zdumieniu zebranych.

– Do rzeczy – powiedział proboszcz grobowym głosem. – Jest pan w stanie to wszystko jakoś wyjaśnić?

– Cóż… Byłem w łazience, człowiek stary to i czasem zapomni. – Krzak szarpnął zaciętym zamkiem.

– Nie to… – Wygódka zakrył twarz dłonią.

– Ach… Niesforny Edward!

Profesor zaczął krążyć po sali, przechodząc w tryb militarny. Presja niespiesznie wypełniała ciało, śląc dawno zapomniany sygnał: „wracasz do żywych!”. Krzak otarł samotną łzę. Nie krępował się. Był starym człowiekiem, oświeconym przez życie. W końcu w całej tej zabawie zawsze chodziło o to, by za późno pojąć, że wszystko polega na byciu potrzebnym.

– Uporządkujmy fakty – powiedział pełnym wigoru głosem.

Pierwsza zasada wojska głosi: „najważniejsze to ustalić, co wiemy…

…albowiem to prosta droga, by przykryć wszystko, czego nie wiemy.”

– Fakty, jak mniemam, są powszechnie znane. – Proboszcz był OAZĄ SPOKOJU POŚRÓD PALM DAKTYLOWYCH W CIEPŁY, BEZCHMURNY DZIEŃ! – Mały obłok rozrósł się do potężnej chmury, przestał być widoczny i sterroryzował mieszkańców!

– Wiedza to pół sukcesu! – oświadczył Krzak tonem człowieka, który z trudem wierzy we własne słowa. – Liczę, że wspólnymi siłami…

– Jak chmura się rozrosła?

– Jak stała się bezbarwna?

– Dlaczego Edzio napada ludzi?

– Jak może uderzać w wielu miejscach naraz?

– Co zrobić, by go powstrzymać?

Profesor przełknął ślinę. Poza poświadczaniem życia, presji zdarzało się też szczypać w najmniej odpowiednich momentach.

– Cóż…

Czasem nawet kąsała.

 

*

 

„A w kniejach i dąbrowach przygoda już się chowa…”.

 

*

 

Wyszukiwanie: Jak się bronić przed niesfornym Edwardem?

 

KLIK!

 

„Nie dajmy się chmurze – lukraińskie forum walki z Edwardem”.

 

KLIK!

 

„placek126kg”: skończyły mi się fuj-fujki!

„malyglod”: klamerka na nos i po klopocie. :D

„sadełko”: ciągle chce mi się jeść… ;-(

„gitmama”: nie dajmy się gadzinie! Pieczcie ciasto marchewkowe, nie tuczy! Jem codziennie!

„fitcurka”: Zpomnijcie o ciecie mrachewkowym barwi skore! cły pysk mam pomaranczowy!

„wonzedwardem”: słyszeliście o metodzie doktora Waletywa?

pulchny desperado”: dawaj!

„wonzedwardem”: ponoć można bronić się przed łaknieniem stosując dietę oczyszczającą. Codzienna porcja śliwek plus mleko skutecznie odbiera chęci na ciasto

„szukam chirurga”: ile razy można zmniejszyć żołądek?

„bóg wojny!”: obczajcie ten link: „student z Drożdżowic znalazł najprostszy sposób na zrzucenie wagi!”

„rambo przy kości”: a ja żarłem, żrem i żryć bede! I co mi zrobita?

„…”: …*

* miejsce na wpis czytelnika.

 

*

 

Profesor mierzył rozmówców bystrym wzrokiem, budując domniemany autorytet.

Nie działało.

– To na pewno można wyjaśnić. – Krążył po auli, jakby liczył, że nogi napędzą mózg do działania*. – Mówicie, że zniknął, padalec przebrzydły.

* Statystyka potwierdza skuteczność tej metody. Spora liczba osób w wyniku szybkiego marszu zaczynała myśleć o bólu nóg i zadyszce.

Ekhem…*

* Pierwsze ostrzeżenie.

– Stał się niewidzialny. Jakby wyparował! – dziwił się ksiądz Pedro.

– Wyparował, powiadacie… – Krzak krążył coraz szybciej. – Wyparował… Zaraz!… Wyparował!

Stary mózg, po kilku próbach, podał wreszcie upragnioną wiadomość: „snucie wniosku zakończone sukcesem”.

Jeśli wierzyć doświadczeniu, powinna teraz nastąpić cała sekwencja wyjaśnień i odkryć.

Ewentualnie błąd krytyczny.

– Ten złamany… niegodziwiec – wybrnął Krzak, czując mroźny wzrok pani Żakiet – rozrósł się dzięki parowaniu, rozumiecie?

Profesor patrzył z gasnącą nadzieją. Nie rozumieli. Tłumaczył dalej:

– Chmura, uważacie, pod wpływem parującej wody zwiększa swoją powłokę. Jednocześnie traci pierwotną barwę, zupełnie jak kompot wymieszany z wodą.

– Jaki cel ma w tym dziarski nieboszczyk? – spytał proboszcz z nutą ironii w głosie.

– Ten wstrętny gno… szubrawiec zwiększa tym samym zasięg ataku. Mówiąc kolokwialnie, robi wszystko, by każdemu chciało się żreć!

– Motywacja? – Wygódka nie bawił się w ceregiele.

– Ten cuchnący tchórzem sukin… żartowniś chce zmienić Lukrainę w naród pulpetów!

Myśli w mózgu profesora krążyły z prędkością skarpet w czasie wirowania. Znał reguły. Grał w teleturnieju „Zbędne ogniwo” w którym nagrodę, posłuch, utrzymywało się tak długo, jak długo uczestnik znał odpowiedzi.

Powszechną zasadą było, iż trudność pytań rosła równomiernie do paniki gracza.

– W jaki sposób chmura atakuje w wielu miejscach jednocześnie? – Prowadzący Wygódka uderzył po raz kolejny.

– Oddział innych dusz wykluczyliśmy… – odparł Krzak drżącym głosem. Nieuchronnie zbliżał się do punktu wiedzy strzeżonego tablicą „dziury i wykopy”.

Czas mijał.

Wizja zapomnienia podśpiewywała radośnie: „nadchodzę!”.

– Wiem! – wrzasnął nagle. – Wiem, co robi ta śmierdząca pokraka! Uuaaa…

– EKHEM…!*

* Głośne chrząknięcie akcentowane – „ostatnie ostrzeżenie” tudzież „pierwszy zwiastun pożogi”.

– Najmocniej przepraszam, stres. – Profesor wyjął piersiówkę.

– Ekhem…

Profesor schował piersiówkę.

– Otóż przebiegły pan Edzio – zaczął Krzak – wydziela z siebie coś na kształt mikrochmurek o proporcjonalnej do rozmiarów wiedzy. Wszystko, co zawarte w pamięci takich lotnych tumanów to przemknąć przez dany obszar i wrócić. W ten sposób Edward zbudował niezniszczalną armię, którą podbił Lukrainę, zmieniając ją w gród spaślaków.

– Takie frunące imbecyle chyba nie są zbyt trwałe? Co jeśli mikrochmurki zgubią drogę?

– Nic. – Krzak rozłożył ręce. – Dzięki zjawisku parowania możliwość odbudowy chmury praktycznie nie ma granic.

– Znaczy co, game over? – niepokoił się ksiądz Pedro.

Profesor rozejrzał się po auli. Oni… naprawdę w niego wierzyli!

– Druga zasada wojska: nigdy się nie poddawaj!* – Krzak wyprostował się dumnie. – Wypowiemy kanalii wojnę! To jest…

* Kiedy dowódca jest psychopatą!

– Już niech będzie kanalia. – Pani Żakiet machnęła ręką.

– Załatwimy go, proszę ja was, masową pielgrzymką!

– Zawsze mówiłem, by pokładać nadzieję w Panu. – Proboszcz Wygódka złożył ręce.

– Nie. Nie tak. Ruszymy szeroką ławą, a gdy zaatakują nas mikrochmurki, przywalimy kadzidłem. Jego woń zmiesza się z pachnącą zarazą i wtedy Edward…

– Co z moim mężem? – Panią Żakiet ogarnął niepokój.

– Mutuje – odparł Krzak.

– Mój Edzio?!

– Niech Pan mu wybaczy. – Proboszcz zrobił znak krzyża.

Krzak zmrużył oczy, czekając, aż zapadnie cisza. Później podjął:

– Pseudochmurki zmieszane z kadzidłem spróbują na powrót połączyć się z chmurą-matką… właściwie chmurą-ojcem. Dla Edwarda będzie to już banda intruzów, zagrażających jego potężnej broni – słodkiemu aromatowi. Pan Edzio nie wyda im żadnych poleceń, bo te mikrodebile i tak nic nie zrozumieją. Musiałby pierwej się z nimi połączyć. Dojdzie wtedy do wzajemnej walki. Niesforny Edward spróbuje zwalczyć zainfekowaną armię, bo inaczej mutuje razem z nią. Wystarczy podążać za mikrochmurkami, a gdy dojdzie do bitwy, wciągnąć tę kanalię i zamknąć na amen!

– Jak namierzymy chmurki? Przecież ich nie widać – pytał proboszcz.

– Ale czuć! – wyjaśnił Krzak. – Wystarczy duże skupisko ludzi.

– To niebezpieczne. Wróci łaknienie.

– Wojna wymaga ofiar – stwierdził profesor i osunął się z ulgą na krzesło.

„Właśnie wygrałeś tydzień życia” – mózg wydał komunikat o wysnuciu ostatniego wniosku.

 

*

 

„A wtedy daję słowo, że będzie kolorowo!”

 

*

 

Zadął w ów dzień sądny proboszcz w róg bawoli.

Ruszył pochód barył dostojnie, powoli.

W takt miarowych tąpnięć niósł się krzyk wesoły:

„szybciej! Nie przystawać, bo robią się doły!”

Pączusiowa armia w marszu nie ustaje,

ksiądz pociąga nosem, sprawdza, czy waniaje.

Naraz waćpan tucznik woła: „coś się święci”,

bo już mu nochalem woń słodyczy kręci.

Krzak, wielki jenerał, raźno podpowiada:

„nie stać, kluchy moje, pruć z kadzidła w dziada!”

Buchnął kłąb potężny, czerń świdruje w bieli,

zmyka gros chmur-głąbów po „boskiej kąpieli”.

W ślad za nimi kluchy mężnie sadła wleką,

przemknęły trzy mile, stanęły nad rzeką.

Jak im wtedy Edzio zza winkla wychynie!

Patrzy mości proboszcz, prosto na nich płynie!

Wydał Krzak rozkazy: „przygotować ssawę!

Ruszać się, do pączka, pyzy nieruchawe!”

Edward nie umyka, jeno dziwnie pląsa,

bo go własna armia równo w tyłek kąsa.

Ciągnie ssawa-gigant, chmura z wolna znika,

wreszcie i przepadła w otchłani zbiornika.

Szturcha proboszcz księdza: „spuszczaj klapę, chłopie!”.

Już on Edwardowi do duszy nakopie.

Podszedł do silosa, rzucił z miną drwiącą:

„będziesz teraz duszą w zbiorniku cierpiącą!”

Koniec

Komentarze

Wstawiłeś w mój dzień. :DDD

Ależ mnie ciekawość zżerała, chrupała jak korniki drewno w niektórych antykwariatach. Wytrzymałam. Jeszcze nie przeczytałam, ale nocą sygnał silniejszy, więc czym prędzej się zalogowałam, aby napisać kilka słów. 

Do usłyszenia pod tekstem. :-)

 

Edytka: Napisałam o muzyce, ale uznałam, że spojleruję, więc czym prędzej – usunęłam. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Wstawiłeś w mój dzień. :DDD

Napisałbym, że zupełnie przypadkiem, ale… to nieprawda. :D

Jak pojawiło się “okienko do publikacji” to goniłem jak mogłem z poprawkami, żeby zdążyć na piątek. ;-)

Ależ mnie ciekawość zżerała, chrupała jak korniki drewno w niektórych antykwariatach.

Mam nadzieję, że się nie zawiedziesz. :)

Do usłyszenia pod tekstem. :-)

Do usłyszenia. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Sympatyczne opko. Słodkie? ;-)

Od tego też można poczuć głód, zwłaszcza na słodycze.

Przydałoby mi się wyjaśnienie, dlaczego akurat Edward sprawiał takie kłopoty. Bo chciał się zemścić na żonie i narobić jej wstydu? Bo bez jej towarzystwa po śmierci odżył i przebudziła się w nim fantazja ułańska? Bo próbował zabić miażdżycą innych biednych współmałżonków? Bo… Możliwości sporo.

Mam wrażenie, że czasowo się rozjeżdża – z jednej strony ludzie zaczęli przytyć, zrobić po kilka operacji (a terminy pewnie nie były krótkie), zaprojektować specjalne fotele… A z drugiej proboszcz ledwo zdążył zaprosić pierwszego lepszego eksperta.

Fajny patent na przypisy. Kto wie, może się przyjmie. Jakby co, to można naśladować?

Babska logika rządzi!

Powitał w kolorowych progach! :-)

Na początek tradycyjnie: dziękować za przeczytanie, komentarz i klika.

Słodkie? ;-)

Jak nie zmieszasz z kadzidłem to na pewno. ;-)

Wyjaśnienia odnośnie zachowania Edwarda nie dałem właśnie dlatego, że było ich całkiem sporo. Postawiłem na takie niedopowiedziane nagromadzenie powodów. Wiesz, jak to jest. Chłop całe życie siedział pod kapciem, to chociaż po śmierci sobie poszaleje. A że preteksty do takiej zabawy mu się narzucały raz za razem to się nawet specjalnie nie hamował.

Mam wrażenie, że czasowo się rozjeżdża

A tu już usprawiedliwienia nie mam. ;-)

Za dużo miejsca zmarnowałem na te wszystkie ozdobniki od gwiazdek zaczynając, aż na forum kończąc i przez to ten wątek działań parafii trochę poszedł drogą na skróty.

Jakby co, to można naśladować?

Pewno, że można. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Heroicznie walczę z chęcią zjedzenia czegoś. Najpierw opko Finkli, a teraz Twoje… A ja nie mam żadnego ciasta w domu ;)

Ubawiłam się, za eksperymentami nie przepadam, ale Twój mi się podobał. Aż mi się Edzia żal zrobiło na końcu, ale przynajmniej chłopina raz w życiu (to jest po życiu) zaszalał.

Historia jest, myślę, że Edzia rozumiem, też bym się wkurzyła, wyrwawszy się ze szponów żakiecika, innym oberwało się trochę przez przypadek. Udało Ci się stworzyć pełnokrwiste, barwne postacie, od Heleny poczynając, przez gremia kościelne i na Krzaku kończąc. Dobrze się czyta, nawet przypisy jakoś pasują i nie odwracają uwagi od tekstu.

Zastanawiam się, skąd wytrzasnęłeś Rammstein, nie wiedziałam, że w Polsce też są znani.

Fajne opko, klikam :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Eksperymentalny tekst. Kiedy przeczytałam pierwszy raz (nocny piątek) kręciłam nosem na nadmiar… co mi tam, napiszę, jaki tuman piachu wzbił się, zawirował i powoli opadał. Poniżej, skrót z pamięci, co mi się tam kołowało:

„…Wydaje mi się CMie, że wajcha wychyliła się za bardzo w drugą stronę.

Za i przeciw

*Podobało się zdecydowanie: koncept, chór, podsumowanie wierszem (dobry jest), gwiazdki – lubię je w Twoim wydaniu.

Nie podobało, bo znieczulało: każda wypowiedź wysycona celnym (pojedynczo sformułowaniem), bo przez ich nagromadzenie nie potrafiłam za nimi nadążyć; unikanie przez Ciebie zaimków, na początku zwłaszcza (dam przykład), powtarzanie imienia, nazwiska bohaterki nie jest potrzebne, gdy wiadomo że ona. No i te dekoracje, dajże czasem trochę tego, co dookoła…”

 

Tak było wczoraj. Dzisiaj (sobota) przeczytałam ponownie i odniosłam wrażenie, jakbym wczoraj dotarła jedynie do pokoju proboszcza, cóż wina wczorajszego dnia. Odszedł i zapomnijmy już o nim.

Bardzo ciekawy tekst, zróżnicowany. Cholernie gorzki i celny. Szalony korowód, do którego dołączyłam i tańczę, idąc w nim, ciele prowadzone na rzeź. Kurcze, jak to zrobiłeś – satyryczny weird, Prachett w naszej realności, uśmiech zamiera, w momencie, gdy wargi już, już zaczynają się unosić. I wiesz, co dziwne, ale polubiłam panią Żakiet. Masz Ty cierpliwość do niej, a dla niej zrozumienie. :-)

Zastanawiam się nad skalą przerysowania i budowaniem w ten sposób opowieści. Nie umiem doradzić, zresztą warto podążać swoją ścieżką. Niewątpliwie tekst jest ciekawy przez formę, zapis i treść. Oryginalny i do zapamiętania, bez wątpienia.

Biblio – konieczne, więc skarżę, ale czy ktoś mnie nie uprzedzi, wiadomix, że możliwe. ;-)

Czy nominacja do piórka, muszę się zastanowić i przeczytać jeszcze raz, za dwa dni, bo zmienna jestem, jakby mi ktoś gen mimetyczny zaszczepił.

Odnośnie poprawności i takich tam innych, fachowiec ze mnie żaden, jednak ośmielę się napisać, że bardzo dobrze. 

 

Zauważone drobiazgi:

* we wstępie chyba za bardzo poszatkowałeś, wrzucając kolejne zdania do osobnych linijek. Przyjrzyj się temu z łaski swojej.

* Halinkę zmieniłabym na Bożenkę, albo inaczej, żeby imiona nie były zbyt podobne. Po co zwiększać nachylenie stoku dla biegacza-czytacza.

Helena zrobiła krok naprzód(+,) czując jak odwaga wystawia ją do wiatru.

Może?

wierzący potrafi przegadać mszę(+,) nie wypowiadając jednego słowa.

– Lepiej! – odparła pani Gienia z euforią(+,) jakiej nie zapewnia najmocniejsza nalewka.

jw

Z mroku wyłoniła się biała poświata(+,) w której pani Żakiet rozpoznała grubego 

„Rośnie liczba osób(+,) pod którymi zarwał się sedes. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Irko, hej!

Podziękował za poświęcony czas, komentarz i klika. Co prawda zakładałem, że następnym razem spotkamy się u Ciebie, ale… następnym razem tu już na pewno widzimy się pod Twoim tekstem. ;-)

Heroicznie walczę z chęcią zjedzenia czegoś. Najpierw opko Finkli, a teraz Twoje… A ja nie mam żadnego ciasta w domu ;)

Rzeczywiście fajnie żeśmy się z Finklami wstrzelili z publikacją opowiadań. Ona podała obiad, a ja deser. XD

za eksperymentami nie przepadam

To niedobrze, bo ja bez przerwy eksperymentuję. ;-)

Aż mi się Edzia żal zrobiło na końcu, ale przynajmniej chłopina raz w życiu (to jest po życiu) zaszalał.

Mnie w sumie też było go żal na końcu, ale co zrobić, takie jest życie. Nawet po życiu. ;)

Udało Ci się stworzyć pełnokrwiste, barwne postacie, od Heleny poczynając, przez gremia kościelne i na Krzaku kończąc.

Dziękować. To akurat ważna dla mnie uwaga, bo był to jeden z tych elementów, nad którym, w oparciu o wnioski z poprzednich opowiadań, trzeba było popracować.

Zastanawiam się, skąd wytrzasnęłeś Rammstein, nie wiedziałam, że w Polsce też są znani.

Skoro ja ich znam to muszą być znani. XD

A tutaj potwierdzenie, że są w Polsce znani. ;-)

https://www.youtube.com/watch?v=d5NYXaR27L8

Fajnie, że tekst rozbawił, fajnie, że przypisy nie przeszkadzały, bo trochę mi się ich namnożyło.

I w ogóle fajnie, że wpadłaś i nie zmarnowałaś tu czasu! :-)

 

Powitał i Dyżurną Piątkową,

Asylum, hej!

 

Przede wszystkim dziękuję za obszerny komentarz. Ważny, bo nie będę ukrywał, że pisząc ten tekst patrzyłem trochę na pierwszego Quetzalcoatla, chciałem sobie zrobić użytek z wniosków i opinii, które tam i w późniejszych tekstach pisanych w takiej konwencji zebrałem, a Ty masz taki fajną, unikalną wręcz umiejętność przelewania odczuć i emocji na klawiaturę.

„…Wydaje mi się CMie, że wajcha wychyliła się za bardzo w drugą stronę

A tutaj bardziej masz na myśli nagromadzenie absurdu, goryczy, “eksperymentalności”, dodatków? Bo nie będę ukrywał, że dość mocno postawiłem na brawurę przy pisaniu tego tekstu, więc brałem pod uwagę, że mogę przegiąć w każdym z wymienionych elementów.

Nie podobało, bo znieczulało: każda wypowiedź wysycona celnym (pojedynczo sformułowaniem), bo przez ich nagromadzenie nie potrafiłam za nimi nadążyć;

Tutaj jeszcze niestety brakuje mi czasem wyczucia.

unikanie przez Ciebie zaimków, na początku zwłaszcza (dam przykład), powtarzanie imienia, nazwiska bohaterki nie jest potrzebne, gdy wiadomo że ona.

Z tym powtarzaniem wiedziałem, że przeginam. Nie wiem, z czego to wynika. Właściwie mam z tym problem chyba tylko w konwencji humorystycznej. Zwłaszcza przy tej wizycie u proboszcza było tego zdecydowanie za dużo, pochylałem się nad tym parę razy, ale kiedy chciałem coś wywalić… jakoś strasznie mi później tego brakowało.

Na pewno będzie to taki element do “korekty” w przyszłych tekstach. ;)

No i te dekoracje, dajże czasem trochę tego, co dookoła…”

A to jest drugi taki element. XD

Ale plus jest taki, że przynajmniej jestem tego świadomy. ;-)

Nawet jeśli teraz było tego zbyt wiele, to już w kolejnych tekstach na pewno będę “schodził” i zmieniał proporcje na właściwsze.

Tak było wczoraj. Dzisiaj (sobota) przeczytałam ponownie i odniosłam wrażenie, jakbym wczoraj dotarła jedynie do pokoju proboszcza, cóż wina wczorajszego dnia.

A tutaj w odpowiedzi przekleję to, co napisałem na becie:

Generalnie przy tym fragmencie tekstu zamierzam kibicować czytelnikom, żeby… nie zrazili się i czytali dalej. XD

Bo ni cholery nie jestem w stanie poskładać tej “kancelaryjnej” części we w miarę czytelną całość. ;)

Cholernie gorzki i celny.

Kocham Cię za to zdanie! :-)

Jezu, żebyś Ty wiedziała, ile ja się na to naczekałem. Ile natłukłem głową w ten mur “sympatyczności”, żeby choć jedna cegła wypadła i pojawiło się coś więcej.

Naprawdę, cieszyłem się z tej uwagi, jakbym co najmniej dostał piórko. :)

Cokolwiek będzie się działo z tym tekstem dalej i jakkolwiek on będzie oceniany, teraz już na pewno wiem, że kiedy będę sobie kiedyś wracał do niego myślami, będzie mi się kojarzył pozytywnie. :)

Szalony korowód, do którego dołączyłam i tańczę, idąc w nim, ciele prowadzone na rzeź. Kurcze, jak to zrobiłeś – satyryczny weird, Prachett w naszej realności, uśmiech zamiera, w momencie, gdy wargi już, już zaczynają się unosić.

Tutaj pojawia się u autora taki szalenie szczery uśmiech zadowolenia pomieszanego z satysfakcją, którego żadne słowa nie potrafią opisać. :)

I wiesz, co dziwne, ale polubiłam panią Żakiet. Masz Ty cierpliwość do niej, a dla niej zrozumienie. :-)

Ja w sumie też ją lubiłem. Ona w końcu nie jest jednoznacznie zła. Jest… charakterystyczna. Dlatego próbowałem ją “narysować” tak, żeby każdy czytelnik mógł sobie wyrobić własną opinię.

Zastanawiam się nad skalą przerysowania i budowaniem w ten sposób opowieści. Nie umiem doradzić, zresztą warto podążać swoją ścieżką.

To się pewnie będzie zmieniać. Są takie elementy, które muszą się “wykształcić”, ewoluować w oparciu o kolejne teksty, wnioski i opinie.

Biblio – konieczne, więc skarżę, ale czy ktoś mnie nie uprzedzi, wiadomix, że możliwe. ;-)

Myślę, że nie uprzedzi. Tekstów jest sporo, pierwszeństwo mają konkursowe, więc jakiegoś skomasowanego najazdu się tutaj nie spodziewam. ;-)

Nie podszczypywałem tym razem Użytkowników w przedmowie, więc liczę, że klika nie odmówią. ;)

Czy nominacja do piórka, muszę się zastanowić i przeczytać jeszcze raz, za dwa dni, bo zmienna jestem, jakby mi ktoś gen mimetyczny zaszczepił.

Jeśli w ogóle ten tekst jest wart rozważenia, to i tak dla mnie bardzo dużo. Dziękować! :-)

Po południu wysprzątam niedociągnięcia. Zwłaszcza te interpunkcyjne. ;-)

Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas i komentarz.

P.S. Bym zapomniał… Bajkę na “Z(A)MIANĘ” napiszesz, prawda? :)

EDIT: Wstępnie wysprzątane.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No wiedziałam, że jeśli zamieszczę wyimki z piątkowej nocy to weźmiesz je pod uwagę. Miałeś nie brać! Pamiętasz. :-)

Są takie elementy, które muszą się “wykształcić”, ewoluować w oparciu o kolejne teksty, wnioski i opinie.

I to, panie, mnie martwi. Wolałabym jak ze światłem. Pstryk – już jest, pstryk – ciemność. ;-)

Jeśli w ogóle ten tekst jest wart rozważenia

Jest, bo ciekawy efekt osiągnąłeś przy określonych środkach. Świadome pisanie, w tym słowa, wyrażenia. Przekaz.

“Bajkę na “Z(A)MIANĘ” napiszesz

Nie wiem, chcę. Pomysł mam, nawet taki zachęcający do pisania, ale podobnie było przy weird i mitologiach. Ten weirdowski nawet powstał, lecz wymaga jeszcze pracy, podobnie z mitologiami. Muszę trochę odpuścić swoje krytykanctwo, bo bardzo stopuje, a i więcej na brzuchu leżeć, aby kręgosłup wrócił do naturalnych kształtów. To mnie zawsze fascynowało, że wystarczy pięć-dziesięć minut dziennie, aby kosteczki się ułożyły w sobie właściwe "s".

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Od samego początku ujmujesz smacznymi zdaniami:heart

 

Stare drzwi zaskrzypiały głośno „co łaska”

pozwalając, by cała jej godność wypełniła wnętrze pokoju

Pani Żakiet była dla parafii niczym porcja groszku do obiadu. Nielubiana, ale potrzebna.

schyliła się po upadły kapelusz, szukając przy okazji resztek godności

Helena kręciła głową. Czy wszyscy mężczyźni to daltoniści?

– No, no – seksizmu w opowiadaniach nie lubimy wink

 

Buuu…, szkoda, ze złapali Edzia. I jeszcze zrobili to tak poetycko – jestem zawiedziony zakończeniem.

 

Całość czytało się przyjemnie (może z wyjątkiem dywagacji Krzaka).

Rewelacyjny obraz reportera “Wiesci” 19:02 (nie, żeby autor coś sugerował, no gdzie tam)

podejmują stanowcze kroki. Od jutra limit pączków

Ludzie boją się skutków spaślozy, w całym kraju brakuje wag i centymetrów

Straż ogniowa zapewnia, że nikt nie zostanie bez wsparcia

Jednak Oscar goes to…

– Ekhem…*

Naprawde dobra porcja rozrywki. No,

Minuję.

 

A, i jak zwykle biegnę czytać komentarze.

Jest zabawne, pomysłowe i dobrze się czyta, a rwana narracja z pseudoprzypisami świetnie pasuje do odlotowej treści. Mam tylko jedno pytanie:

 

CZEMUŚ TY TEGO DO FANTAZMATÓW NA NABÓR DO GASTRONOMIKONU NIE POSŁAŁ?! 

 

Znaczy, podobało się mocno :)

Hej, CM

Ależ mnie rozbawiłeś od rana :D 

Opowiadanie sprawnie napisane. Bardzo udany zabieg z wplataniem przypisów do tekstu. To na pewno nie było takie proste, mogłeś to łatwo popsuć, ale udało Ci się nie popsuć i wyszło zacnie, naturalnie i w punkt. 

Fabuła przyjemna i z sensem. Ok, można się doczepić, jak już wyżej wspomniano, że pewne elementy pod koniec rozmijały się z wydarzeniami na plebanii, ale mi to jakoś szczególnie zabawy nie popsuło. 

Bardzo podobała mi się scenka w kapliczce ze śpiewającymi wdowami. W ogóle całe opko pomysłami stoi. Dialogi też ładne i naturalne. Bohaterowie również wyszli niepłytko. 

Jedyne, do czego bym się mogła przyczepić, to odczuwalne zwolnienie tempa przy końcówce. Ale możliwe, że tak to odebrałam, bo czytałam jeszcze przed kawą ;)

Zakończenie nietypowe, ale pasuje do całości.

Mam nadzieję, że tyle wystarczy, by posłać to opko do Biblioteki, o ile mnie ktoś wcześniej nie wyprzedzi. ;)

 

 

EDIT: Nogi pani Żakiet zgłosiły gotowość do ucieczki.

 

Cooo? xD Wiesz, jak to uwielbiam? ;)

Dzień dobry, przechodziłem obok, to pomyślałem, że zajrzę. Moją opinię już znasz, ale jako, że muszę jakoś przekonać Użytkowników i jego pozostałe cztery jaźnie wrzucam fragment z bety. Skoro masz już cztery kilki, to znaczy, że jest dobre i szkoda, żeby czekało na ten piąty.

Nie wiem jak Twój mózg to wyprodukował, ale mi podobało się bardzo. Najlepszy z twoich humorystycznych tekstów do tej pory, te zabawne elementy wplatasz naturalnie i wcale nie są swego rodzaju przerysowaniem, które momentami wydaje się sztuczne, nie widziałem czegoś takiego ani razu, a w twoich poprzednich tekstach czasem się zdarzało. Widać duży progres i naprawdę dobrze się bawiłem czytając ten twór. Jeden z moich ulubionych tekstów humorystycznych na portalu.

Podobały mi się postacie, a najbardziej chyba profesor i ksiądz, te wstawki z angielskiego robią robotę.

Kurde, zapomniałem, że Sara nominowała, dobra, będziesz miał sześć klików! XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Zaczniemy od Asylum, a później powitamy nowych gości.

No wiedziałam, że jeśli zamieszczę wyimki z piątkowej nocy to weźmiesz je pod uwagę. Miałeś nie brać! Pamiętasz. :-)

No miałem, ale one były tak zbieżne z czepami, które ja miałem do tego tekstu, że zwyczajnie musiałem się odnieść. Odpowiadałem Tobie i… sobie przy okazji. ;-)

W każdym razie byłem zadowolony, że moje spojrzenie na niedociągnięcia było podobne jak Twoje, bo przynajmniej wiem, że z grubsza dobrze oceniam elementy, w których są rezerwy i nad którymi trzeba jeszcze popracować. ;)

I to, panie, mnie martwi. Wolałabym jak ze światłem. Pstryk – już jest, pstryk – ciemność. ;-)

Ano fajnie by było, chociaż satysfakcja wtedy jednak mniejsza. Coś w tym jest, że najbardziej cieszy to, na co czeka się najdłużej.

Nie wiem, chcę.

Walcz mi tam z tym tekstem, bo ja chcę Twoją bajkę! :-)

Muszę trochę odpuścić swoje krytykanctwo, bo bardzo stopuje, a i więcej na brzuchu leżeć, aby kręgosłup wrócił do naturalnych kształtów.

Ja to ostatnio w ogóle odpuściłem sobie krytykanctwo i oparłem się bardziej na spojrzeniu bet. ;-)

Już się nauczyłem, że połowa wad i niedociągnięć, które mnie stopują, w praktyce zwykle nie istnieje, dlatego nie czepiam się jakoś mocno swoich tekstów, a zaczynam dopiero, jak któraś z bet potwierdzi moje obawy. ;)

 

No to czas na powitania:

 

Fizyku, cześć!

 

Dziękować za przeczytanie, opinię i klika.

Fajnie, że tekst dostarczył rozrywki.

Od samego początku ujmujesz smacznymi zdaniami:

Dziękować! :)

– No, no – seksizmu w opowiadaniach nie lubimy 

A tak się jakoś napatoczył. :D

Buuu…, szkoda, ze złapali Edzia

Też żałowałem, ale inaczej bym tekstu nie zamknął.

I jeszcze zrobili to tak poetycko – jestem zawiedziony zakończeniem.

Przy wszystkich swoich wadach ono ma tę jedną zasadniczą zaletę, że Edzio zawsze może im uciec, a ja… napisać sobie ciąg dalszy. ;-)

Całość czytało się przyjemnie (może z wyjątkiem dywagacji Krzaka).

Ech… I tak za każdym razem. Ile razy próbuję uwiarygodnić tekst, zawsze przegadam. :-)

Rewelacyjny obraz reportera “Wiesci” 19:02 (nie, żeby autor coś sugerował, no gdzie tam)

A to akurat trochę przypadek z tym odniesieniem. Bałem się, że same “Wieści” nie wystarczą, by powiązać je z serwisem informacyjnym, dlatego dodałem godzinę. W efekcie kojarzą się teraz z konkretnym serwisem. ;)

Naprawde dobra porcja rozrywki.

Bardzo mi przyjemnie. Jeszcze raz dziękuję za poświęcony czas.

 

Ninedin, hej!

 

Tobie również dziękuję za przeczytanie, opinię i klika.

Fajnie, że się spodobało.

CZEMUŚ TY TEGO DO FANTAZMATÓW NA NABÓR DO GASTRONOMIKONU NIE POSŁAŁ?! 

A tak, żeby mieć czego żałować przez najbliższe trzy tygodnie. ;-)

Przegapiłem ten nabór. Wiem, że nawet ostatnio była o nim wzmianka tutaj, na stronie NF, ale ja właściwie nie wychodzę z tą swoją pisaniną poza Portal, więc nawet dokładniej się temu nie przyglądałem.

No nic. Trudno. Przynajmniej zbiorę sobie komentarze, sprawdzę w jakim miejscu jestem.

 

Saro, dzień dobry!

 

Pewnie będziesz bardzo zaskoczona, kiedy napiszę, że bardzo dziękuję za przeczytanie, komentarz i wniosek o klika. ;-)

Dzięki Tobie wyszły prawdziwe intencje podłych Użytkowników, bo oczywiście nie przyznali mi tego szóstego klika, kanalie jedne! :-)

Ależ mnie rozbawiłeś od rana :D 

Fajnie! Starałem się. :)

Żebyś widziała, jak wyglądały przygotowania do tego tekstu. ;)

Myślami w tym baraku spędziłem chyba z miesiąc. Niezapomniane przeżycie. XD

To na pewno nie było takie proste, mogłeś to łatwo popsuć, ale udało Ci się nie popsuć i wyszło zacnie, naturalnie i w punkt. 

Całe szczęście, bo dla tych przypisów strasznie trudno znaleźć jakieś dobre miejsce w tekście.

Fabuła przyjemna i z sensem. Ok, można się doczepić, jak już wyżej wspomniano, że pewne elementy pod koniec rozmijały się z wydarzeniami na plebanii, ale mi to jakoś szczególnie zabawy nie popsuło. 

Korzystając z tego, że wspomniano o tym wcześniej, zdążyłem przygotować żelazną linię obrony: kościół zawsze działa bez pośpiechu. :-)

Bardzo podobała mi się scenka w kapliczce ze śpiewającymi wdowami.

A odbioru tej sceny to się akurat obawiałem najbardziej. Jakoś tak podskórnie przeczuwałem, że te wdowy śpiewające Rammsteina to może być przegięcie. ;-)

Jedyne, do czego bym się mogła przyczepić, to odczuwalne zwolnienie tempa przy końcówce. Ale możliwe, że tak to odebrałam, bo czytałam jeszcze przed kawą ;)

Tempo z całą pewnością zwolniło, bo zabrałem się za tłumaczenie zdarzeń. Jakoś mi się tak wydawało, że jak powyjaśniam, stworzę jakąś teorię, to opowiadanie będzie pełniejsze.

W ramach ciekawostki dodam, że zawsze mi się tak wydaje i zawsze na końcu się okazuje, że nie miałem racji. :D

Cooo? xD Wiesz, jak to uwielbiam? ;)

Tak, ale uznałem, że to element humorystyczny w utworze, więc tutaj wolno. ;-)

 

No i moja betowa wyrocznia!

Powitał MaSkrola!

Dziękować za wniosek o siódmego klika, dziękować przy okazji za pomoc na becie, bo to jedno zdanie w przedmowie brzmi bardzo skromnie, a beta tego tekstu wymagała odwagi. ;-)

Siódmego klika oczywiście Użytkownicy mi nie przyznali. Są to podłe, wredne, nieprzejednane szuje, na których zemszczę się za to okrutnie! :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Cieszę się, że opowiadanie trafiło do biblioteki. Podobało mi się eksperymentowanie z formą. Wybrałeś ciekawy sposób prezentowania myśli bohaterów i dopowiedzeń akcji w formie przypisów, ale umieszczanych w tekście. W opowiadaniu występuje też stylizacja na dramat we fragmencie, który przynosi dużo emocji. Te wstawki wydają się naturalnym dopełnieniem całej historii.

Tekst jest dopracowany językowo i w budowie poszczególnych scen. Bohaterowie – charakterystyczni, choć nie rysowani grubą kreską. Zwłaszcza pani Żakiet wypadła interesująco i wiarygodnie.

Podobała mi się również wielowymiarowość historii. Na pierwszy rzut oka widać nutkę humoru, ale po głębszym zastanowieniu się, sytuacja Edwarda za życia wydała mi się smutna. Duży plus też za to, że opowiadanie dobrze się czytało.

Myślę, że to wyjątkowy tekst. Odczekam przepisowe dwa dni, ale nie mam wątpliwości.

Powitał i drugą Piątkową Dyżurną!

ANDO, hej!

Ekspresowe macie to tempo odwiedzin. :-)

Dziękować za przeczytanie, poświęcony czas i opinię.

I cóż ja mogę więcej napisać? Jestem szczęśliwy! :-)

Generalnie jakoś tak się dziwnie składa, że łatwiej udzielić obszernej odpowiedzi, kiedy trzeba komuś “odpyskować” na zarzuty. A z tym dziękowaniem, to ni cholery nie wiadomo, jak się właściwie do tego zabrać. ;-)

Fajnie, że widzisz w tm opowiadaniu tyle zalet. Bardzo się cieszę, że rzuciła Ci się w oczy jego wielowymiarowość. Generalnie założeniem takiego tekstu jest, by dać czytelnikowi wybór. Jeden będzie chciał się pośmiać i zobaczy humoreskę, inny skupi się na tym, co trochę ukryte. A chociaż nikomu nie zamierzam narzucać spojrzenia na tekst, zawsze cieszy, kiedy ktoś zwróci uwagę na to drugie, bo to dla mnie potwierdzenie, że ta smutniejsza część rzeczywiście w tym tekście jest, a nie tylko w założeniach (i życzeniach) autora.

Myślę, że to wyjątkowy tekst.

Dla mnie tak samo wyjątkowy jest ten komentarz. Dziękuję Ci bardzo.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

W końcu znalazłam chwilkę, żeby przeczytać i dobrze, bo mnie ciekawość zżerała, gdy tylko zobaczyłam pierwsze akapity. No Pani Bukietowa z "Co ludzie powiedzą?" wypisz wymaluj w najdoskonalszej formie! I ten biedny Edward… od razu miałam go przed oczami (ale przynajmniej raz wyrwał się spod pantofla – dobrze dla niego!). Idealnie oddałeś ten klimat, wyniosłość ponad stan i obłudę głównej bohaterki, ale zrobiłeś to po swojemu.

No ale co do samego opowiadania – przez ½ tekstu śmiechałam co chwila a uśmiech z pyszczka nie schodził! Co prawda od momentu spotkania z Profesorem Chaszczem (krzakiem) troszkę dziwnie się to potoczyło i ta lekkość z początku jakoś tak delikatnie uleciała. Czytało się jednak fajnie, a od eksperymentów prostowały mi się zwoje w mózgu ;) Masz wiele cudownych zdań i nawet nie zacznę ich tu wymieniać, bo komentarz ciągną by się w nieskończoność.

Jednak muszę przyznać, że przy Rammstein'ie to prawie herbatę wyplułam na monitor (i ten chór starszych pań i nieśmiałe "nein" Edwarda). Aż mi się przypominał ich Sonne (z sadystyczną śpiącą królewną uzależnioną od złotego pyłu i siedmioma górnikami). To jest dopiero retelling ;)

Kasjopejatales, hej!

Na początku tradycyjnie dziękować za przeczytanie, poświęcony czas i opinię.

Żakietowa miała być właśnie takim mrugnięciem okiem do “Co ludzie powiedzą” i pani Bukiet, zresztą wybór nazwiska nie jest przypadkowy. ;)

I ten biedny Edward… od razu miałam go przed oczami (ale przynajmniej raz wyrwał się spod pantofla – dobrze dla niego!).

A powiem Ci, że tutaj byłem ciekaw, w jaki sposób będzie odbierany, bo akurat jego przedstawiałem w taki bardzo specyficzny sposób, bo często pośrednio (media, cytaty z piosenki).

Fajnie, że wypadł tak, jakbym sobie tego życzył.

Idealnie oddałeś ten klimat, wyniosłość ponad stan i obłudę głównej bohaterki, ale zrobiłeś to po swojemu.

Dziękować! :)

No ale co do samego opowiadania – przez ½ tekstu śmiechałam co chwila a uśmiech z pyszczka nie schodził!

I dziękować raz jeszcze, bo ten humor to czasem ciężka sprawa. Nigdy nie wiesz, pisząc tekst, czy czasem na końcu nie będziesz jedyną osobą, którą to opowiadanie bawi. :-)

Co prawda od momentu spotkania z Profesorem Chaszczem (krzakiem) troszkę dziwnie się to potoczyło i ta lekkość z początku jakoś tak delikatnie uleciała.

Coś tak przy nim czułem, że robi się nieco ciężkawo, ale… przynajmniej dałem Wam chwilę oddechu od humoru. ;-)

W każdym razie będę się w przyszłości bardziej pilnował, bo jak zaczynam kombinować z jakimiś obszerniejszymi wyjaśnieniami danych zdarzeń, to ta lekkość zaraz ucieka.

Jednak muszę przyznać, że przy Rammstein'ie to prawie herbatę wyplułam na monitor (i ten chór starszych pań i nieśmiałe "nein" Edwarda).

Dla mnie jako autora to o tyle fajny fragment, że… ni cholery nie wiedziałem jakiego odbioru tej sceny się spodziewać. Na szczęście na razie jest z grubsza taki, jakiego bym sobie życzył.

Aż mi się przypominał ich Sonne (z sadystyczną śpiącą królewną uzależnioną od złotego pyłu i siedmioma górnikami).

Pamiętam! Ale oni w ogóle potrafią robić fajne klipy do swoich piosenek. ;)

Raz jeszcze dziękować za komentarz i do zobaczenia u Ciebie. Trochę to zajmie, ale ja się tam w końcu dotoczę. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Żakietowa miała być właśnie takim mrugnięciem okiem do “Co ludzie powiedzą” i pani Bukiet, zresztą wybór nazwiska nie jest przypadkowy. ;)

Aż muszę rodzicom dać do przeczytania, bo są fanami serialu – wierzę, że im się spodoba!

Aż mi się przypominał ich Sonne (z sadystyczną śpiącą królewną uzależnioną od złotego pyłu i siedmioma górnikami).

Pamiętam! Ale oni w ogóle potrafią robić fajne klipy do swoich piosenek. ;)

Znaczy, kurde, ze Śnieżką (coś mi się przejęzyczyło). Ale fakt są super i zawsze umieją zaskoczyć.

Raz jeszcze dziękować za komentarz i do zobaczenia u Ciebie. Trochę to zajmie, ale ja się tam w końcu dotoczę. ;-)

Spoko, nigdzie się nie spieszy :) Poza tym i tak zaczynam obawiać się, że przegięłam z wariacją na temat baśni. Ale co tam, ważne, że fajnie się pisało!

 

Naprawdę dobrze mi się czytało. Nie dość, że humor atakował tu z każdej prawie linijki aż do końca tekstu, to kreacje bohaterów takie grosteskowe i swojskie zarazem. I jeszcze ten Edzio, który zerwał okowy i zaszalał na całego raz a dobrze. Co tu się dłużej rozpisywać – ten tekst przynosi radość. A i oprawa muzyczna dopełnia całości i co tam że wdowi chór.smiley

O jak się cieszę, że oparłam się pokusie kliknięcia w link spojlerujący scenę z chórem :D

 

Parsknęłam w komputer, gdy wyobraziłam sobie te wdówki w ciemnym baraku, wśród nich perfekcyjną panią Żakiet i tu nagle “DU…! DU HAST…!” Piękne! Szczególnie, że znam tyle osób, którym przydałby się taki rytuał… I nawet nie mówię o zmarłych, choć pewnie nie jeden/jedna chętnie by wrócili poszaleć jako aromat waniliowy, ale o żywych, którym bardzo dobrze zrobiłoby energiczne pokiwanie głowami, testujące moc lakieru do włosów.

Cudna wizja. 

 

Bardzo spodobało mi się też całe okołocukrowe słowotwórstwo oraz kreacja postaci tak-bardzo-spokojnego księdza i jego balansowanie na granicy prawdy. 

Chciałabym wiedzieć więcej o motywach Edzia, jak już ktoś tu wspominał, ale przyjmuję wersję, że Edzia tak rozniosło, że sam zapomniał czemu to robi :D 

 

No i to *ekhm 

 

*to taki fajny zabieg jest. 

Aż muszę rodzicom dać do przeczytania, bo są fanami serialu – wierzę, że im się spodoba!

Serial był świetny. Taki niewymuszony, nienachalny, ale bezwzględnie obecny humor. Teraz chyba już takich nie robią.

Ale co tam, ważne, że fajnie się pisało!

Oj tak! To podstawa! :)

 

Oidrin… nie napiszę powitać, bo ledwo “wyszedłem” od Ciebie. ;-)

Za to tradycyjnie napiszę: dziękować za poświęcony czas, przeczytanie i opinię. :)

Cieszę się, że się dobrze czytało. Jeśli chodzi o humor to szturmowałem jak mogłem. :-) Chociaż tym razem starałem się już przynajmniej pilnować, żeby wciskać go tam, gdzie przychodzi naturalnie.

Co tu się dłużej rozpisywać – ten tekst przynosi radość.

Ten komentarz też! :-)

Dziękuję raz jeszcze.

 

Koimeoda, hej!

 

Tobie również dziękuję za przeczytanie i podzielenie się opinią.

O jak się cieszę, że oparłam się pokusie kliknięcia w link spojlerujący scenę z chórem :D

I chwała Ci za to. Chociaż w sumie jako autor mam ten komfort, że jak ktoś się tam wmelduje w ten link wbrew moim zaleceniom to na końcu sam sobie psuje niespodziankę. ;-)

Parsknęłam w komputer, gdy wyobraziłam sobie te wdówki w ciemnym baraku, wśród nich perfekcyjną panią Żakiet i tu nagle “DU…! DU HAST…!” Piękne!

Dziękować! :-)

Szczególnie, że znam tyle osób, którym przydałby się taki rytuał… I nawet nie mówię o zmarłych, choć pewnie nie jeden/jedna chętnie by wrócili poszaleć jako aromat waniliowy, ale o żywych, którym bardzo dobrze zrobiłoby energiczne pokiwanie głowami, testujące moc lakieru do włosów.

Cudna wizja. 

Chyba każdy wokół siebie ma takich ludzi. I myślę, że część z nich pewnie gdzieś w głębi ducha ma nawet ochotę tak poszaleć. Brakuje tylko odwagi, bo przecież “nie wypada”.

Chciałabym wiedzieć więcej o motywach Edzia, jak już ktoś tu wspominał, ale przyjmuję wersję, że Edzia tak rozniosło, że sam zapomniał czemu to robi :D 

Wiesz jak to jest, czasem bezmyślność najkrótszą drogą do szczęścia. :-) W takich zabawach nieraz chodzi o to, żeby właśnie w ogóle nie rozważać, po co się coś robi, ale właśnie robić, ot tak, bez powodu, dla zwykłej frajdy.

No i to *ekhm 

 

*to taki fajny zabieg jest. 

Dziękować raz jeszcze.

A ponieważ “dziękować” mam za darmo, to na końcu podziękuję ponownie za poświęcony czas.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Buecheche.

 

"Co ludzie powiedzą?!"

I już czuć korpo XD

 

"Edzio zawsze był trochę… ciapowaty"

Ale że uciekł od Azteków?

 

"brawurze ciastkowego ludzika"

A widziałeś jak tego typu ludzik (tyle, że z piany) narobił szkód w Ghost Busters?

 

I jeszcze to nabijanie się z preclowatych "artykułów sponsorowanych eksperckich na stronach poważnych portali prasowych XD W połączeniu z późniejszym tekstem o zwiększaniu zasięgu (ataków) mam niejakie podejrzenie, ze ktoś tu do reklamy internetowej pije :D

 

„ Bo z wami jest weselej…”

„ bóg wojny!”

Zbędne spacje po cudzysłowiu.

 

"Rośnie liczba osób, pod którymi zarwał się sedes"

Ała. Kiedyś natknąłem się na artykuł o takim wypadku i cieszę się, że zdjęć nie dodali. W każdym razie: to jest całkiem serio niebezpieczne.

 

"Powszechną zasadą było, iż trudność pytań rosła równomiernie do paniki gracza."

Skojarzenie z dala od tekstu i jego klimatu: panika a bezpieczeństwo agenta Coopera w Twin Peaks.

 

Lotni tumani też dobrzy :P

 

No, CMie, widać, ze problem z megaakapitami w końcu się przezwyciężył.

Jasno, krótko, wartko. Humor tez mocno intensyfikowany. Co najwyżej pod koniec osłabł. A to miejsce, w którym dobre by były dwa wyjścia – albo humor wzmocnić, albo zrobić woltę i zamiast humoru, pojechać w kompletnie odmienne tony (część osób to krytykuje, ale w niektórych tekstach takie rozwiązanie ma całkiem spore uzasadnienie). Ewentualnie trzecia opcja, jeśli ma wszystko zostać w humorze, a nie brakuje idei na podtrzymanie wszystkiego, można walnąć kopa w ostatnim akapicie, czy wręcz ostatnim zdaniu.

Tu  niby jest, ale można to było jakoś dobitniej ująć. Choć… może ta pieśń-legenda na swój sposób część osób nastroi właśnie w ten sposób i tylko ja odbieram jako osłabienie zamiast wzmocnienia?

Tak czy inaczej wczesniejsza część ładnie i wesoło.

 

 

PS. Trochę forma mi się skojarzyła z arnubisowymi Trzema kulami dla jednego bufona.

 

Dzień dobry Wilkom.

Dziękować za przeczytanie, poświęcony czas i komentarz.

I już czuć korpo XD

Swoją drogą takie “korpowdowy” jako temat opowiadania też brzmią zachęcająco. :D

Ale że uciekł od Azteków?

Co zrobić, ratował się po upadku imperium. ;)

A widziałeś jak tego typu ludzik (tyle, że z piany) narobił szkód w Ghost Busters?

Ponieważ to film, oczywiście nie widziałem. :D

W połączeniu z późniejszym tekstem o zwiększaniu zasięgu (ataków) mam niejakie podejrzenie, ze ktoś tu do reklamy internetowej pije :D

Mnie się najbardziej podoba, że co czytelnik, to inne skojarzenia z czego autor chciał w tym tekście zakpić. :)

Zbędne spacje po cudzysłowiu.

Sokoli wzrok. :)

Poprawię.

Ała. Kiedyś natknąłem się na artykuł o takim wypadku i cieszę się, że zdjęć nie dodali. W każdym razie: to jest całkiem serio niebezpieczne.

Przy tym konkretnym przykładzie trochę się zastanawiałem, czy go sobie nie odpuścić, bo o ile samo klinowanie się w przejściu jeszcze zdawało mi się w miarę neutralne, to tutaj faktycznie jeśli sobie to wizualizować, to pozornie śmieszna scenka staje się poważniejsza.

Lotni tumani też dobrzy :P

Dziękować. :)

No, CMie, widać, ze problem z megaakapitami w końcu się przezwyciężył.

Tutaj było o tyle prosto, że narracji tyle, co kot napłakał. ;-)

A i jednozdaniowe akapity są w humorze łatwiej wybaczalne.

Ale fakt, staram się już tego pilnować.

Co najwyżej pod koniec osłabł.

Tutaj było kilka powodów. Pierwszy był taki, że jednak chciałem w tej drugiej części wrzucić “trochę oddechu”. Nagromadzenie humoru od początku wydawało mi się bardzo intensywne i zwyczajnie bałem się przegiąć. Czasem, kiedy autor wrzuca tego więcej i więcej to w pewnym momencie staje się to już dla czytelnika męczące. Poza tym chciałem też wyjaśnić choć pobieżnie schemat działania i ewolucji chmury, żeby nie zostawiać czytelnika bez żadnej informacji. Takie wyjaśnienia z założenia bywają ciężkawe więc i trudniej ten humor utrzymać.

Na pewno bliżej byłem tej wolty, ale tutaj z kolei brakło odwagi. Raz już próbowałem czegoś podobnego i koniec końców wyszło w odbiorze takie opowiadanie z zachwianą tożsamością. Nie powiem, że odbiór czegoś takiego był jednoznacznie negatywny, ale ani mnie to do końca nie grało jako autorowi, ani czytający też zachwytu nie wyrażali.

Ewentualnie trzecia opcja, jeśli ma wszystko zostać w humorze, a nie brakuje idei na podtrzymanie wszystkiego, można walnąć kopa w ostatnim akapicie, czy wręcz ostatnim zdaniu.

I to akurat był plan na zakończenie. Uważam, że takie teksty fajnie jest kończyć z przytupem, jakąś wyrazistą puentą. Już nawet mniejsza z tym, czy będzie to puenta żartobliwa czy bardziej refleksyjna (chociaż jedno nie wyklucza drugiego). Czemu więc jej nie ma? Bo sama do głowy nie przyszła (a czekałem długo :-)), a na siłę niczego wymyślać nie chciałem. Skoro nie przyszła, to wybrałem bezpieczniejszy wariant, którym pewnie mocno nie zapunktuję, ale też może nie schrzanię wcześniejszego, niezłego (sądząc po dotychczasowym odbiorze) wrażenia.

Choć… może ta pieśń-legenda na swój sposób część osób nastroi właśnie w ten sposób i tylko ja odbieram jako osłabienie zamiast wzmocnienia?

Myślę, że w tym, co piszesz, jest dużo racji. Końcówka osłabia. Widzę to i po komentarzach i nawet po swoim spojrzeniu na ten tekst. Mnie to akurat przy pisaniu nie przeszkadzało, bo wpisywało się w jakiś sposób w sam pomysł na tekst. Zakończenie z mojej perspektywy jest średnio pozytywne, bo pewien etap zabawy zwyczajnie się kończy i wraca trochę szara rzeczywistość. A że tekst miał być docelowo taką skalą odcieni starości to niezależnie, że końcówką specjalnie wrażenia na czytających nie zrobię, to przynajmniej wpisuje mi się ona w to, co sobie tutaj wymyśliłem.

PS. Trochę forma mi się skojarzyła z arnubisowymi Trzema kulami dla jednego bufona.

A w sumie faktycznie jak teraz myślę o tym tekście, to podobieństwa można znaleźć. Nie będę jednak pisał, że się nim inspirowałem, bo ten mój tekst to jedno z opowiadań oparte trochę na improwizacji (przynajmniej jeśli chodzi o formę podania biegu zdarzeń).

Jeszcze raz dziękować za poświęcony czas i komentarz.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Mnie się najbardziej podoba, że co czytelnik, to inne skojarzenia z czego autor chciał w tym tekście zakpić. :)

A nie o wielu rzeczach? :P

tutaj faktycznie jeśli sobie to wizualizować, to pozornie śmieszna scenka staje się poważniejsza.

We wspomnianym przypadku podobno było szycie tętnicy udowej.

Tutaj było kilka powodów. Pierwszy był taki, że jednak chciałem w tej drugiej części wrzucić “trochę oddechu”

Cóż, ważne, ze był w tym cel. Swoją drogą w “Ktoś się budzi, ktoś zasypia” w końcówce tez miałem kilka celów, przy czym jednym z nich, niezauważonym przez czytelników, było pokazanie, ze  – o ironio – często właśnie śmiejąc się z czegoś nie zauważamy, jak coś wygląda z perspektywy kompletnie kogo innego ;) 

 

A nie o wielu rzeczach? :P

Czyli o tym, jak autor zdeprecjonował swój tekst jednym zdaniem. :D

We wspomnianym przypadku podobno było szycie tętnicy udowej.

Takie historie, niestety, zabawne bywają jedynie w gagach i kreskówkach.

Cóż, ważne, ze był w tym cel. Swoją drogą w “Ktoś się budzi, ktoś zasypia” w końcówce tez miałem kilka celów, przy czym jednym z nich, niezauważonym przez czytelników, było pokazanie, ze  – o ironio – często właśnie śmiejąc się z czegoś nie zauważamy, jak coś wygląda z perspektywy kompletnie kogo innego ;) 

Z takimi celami zawsze jest ciężko, bo nawiążesz do czegoś zbyt mocno to robi się łopatologicznie, a nawiążesz delikatnie– nikt nie zauważy. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Opowiadanie mam w kolejce, ale najpierw muszę o coś zapytać. Chyba nie do końca łapię, ale czy to jest fanfik? Helena Żakiet na pierwszy rzut oka to Hiacynta Żakiet, i już w pierwszym akapicie mamy “Co ludzie powiedzą”… Ale nikt nic na ten temat nie wspomina w komentarzach, czuję się trochę zagubiona.

Nie, to nie jest fanfik. :) Ta Helena Żakiet i “co ludzie powiedzą?” to tylko takie mrugnięcie okiem do tego serialu. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Aha, okej. Strasznie uderzyło mnie po oczach podobieństwo. Dzięki za odpowiedź. :)

Dobrze wiedzieć, że uderzyło, bo ja się zastanawiałem, czy ktokolwiek będzie kojarzył, do czego nawiązuję. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

No właśnie też fakt, że nikt w komentarzach wcześniej o tym nie wspomniał, jeszcze bardziej mnie zdziwił xD (a przynajmniej ja nie zauważyłam, jeśli jednak ktoś o tym pisał, to zwracam honor)

Ja tam pomyślałem, że może nikt nie oglądał. Ten serial trochę lat już ma. ;-)

Jak na razie w komentarzach mam jedno celne trafienie w tej kwestii. Ty jesteś druga. :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Ha, czyli jednak mi się nie przyśniło, że to miała być bardziej swojska Bukietowa laugh W takim razie edit do poprzedniego komentarza – ciekawy pomysł na retelling.

I tym samym Silva spada na najniższy stopień podium. :-)

Chyba, że zaraz ktoś jeszcze się ujawni. ;-)

Ha, czyli jednak mi się nie przyśniło, że to miała być bardziej swojska Bukietowa

Dlatego nawet tak ją nazwałem. Z tego, co pamiętam, to (w tłumaczeniu na polski) oni tam cały czas przekręcali nazwisko Bukiet na Żakiet, więc pomyślałem, że u mnie będzie Żakietowa. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – bardzo przepraszam, że tak późno. Na usprawiedliwianie mogę tylko napisać, że ostatnio mnie niezły dołek dopadł (to znaczy okropny), a parę dni temu “popsułam” sobie prawą dłoń, ale… Oczywiście chcę poprzeć piórkową nominację, więc wypada dodać komentarz.

A tekst mi się podoba, nie dlatego, że jest super śmieszny, bo jestem nie straszną fanką tekstów humorystycznych, ale że jest właśnie bardzo kolorowy :) I nie chodzi o kolory, tylko ekspresję :) Ale mieszam :)

Poza tym na duży plus oryginalna forma opowiadania, wyraźne postacie, kreacja poszczególnych scen i ten pogodny klimat. Przeczytałam z uśmiechem na ustach od początku do końca :)

Gratuluję :) I trzymam kciuki za piórko :)

 

Katiu, hej!

Nie masz za co przepraszać. Fajnie, że jesteś! :)

Zresztą, ile to razy ja się kajałem za poślizgi. Znacznie większe. ;-)

Dziękuję za przeczytanie i każde dobre słowo. Także na nominację piórkową. Maras, jak przystało na fana humoresek i rymowanek, na pewno będzie szczęśliwy. XD

ostatnio mnie niezły dołek dopadł (to znaczy okropny), a parę dni temu “popsułam” sobie prawą dłoń

Ano widzisz, tak to jest z tym życiem. Jak budować, to krok po kroku, a jak się wali to wszystko naraz.

Zdrowia i uśmiechu!

Gratuluję :) I trzymam kciuki za piórko :)

Dziękować! :-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Nowa Fantastyka