- Opowiadanie: japkiewicz - Siódma ofiara

Siódma ofiara

Gryz strony A: Māui

Gryz strony B: Kraków, 1901

 

Jako że mitologia polinezyjska nie jest u nas powszechnie znana, zamieszczam drobną notkę informacyjną: Māui to jedna z najważniejszych postaci w tradycyjnych wierzeniach maoryskich, zmiennokształtny półbóg, znany z szerokiej gamy cudownych przysług, które uczynił dla gatunku ludzkiego. Przypisuje mu się takie osiągnięcia jak podniesienie nieboskłonu, spowolnienie słońca, wyławianie wysp z oceanu, itd. Według mitów, Māui spróbował też uczynić ludzkość nieśmiertelną. Zamienił się w robaka, w formie którego miał przejść na wylot przez ciało Pani Nocy, bogini Hine-nui-te-pō. Niestety, jej vagina dentata zmiażdżyła herosa na śmierć swoimi obsydianowymi zębami, w wyniku czego ludzie pozostają śmiertelni.

To opowiadanie nawiązuje też do pewnej innej legendy, bardziej lokalnej, bardziej współczesnej i bardziej znanej, ale że ujawnienie jej w przemowie byłoby spoilerem, zamieszczam odnośnik do niej w komentarzu, na wypadek, gdyby ktoś nie wiedział, co Māui tu właściwie zrobił.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Siódma ofiara

Gdyby ktoś spojrzał na mapę samej tylko Galicji, ujrzałby prowincję, koniec świata, prawie już Prusy. Czymże jednak są mapy i ich granice, jak nie naiwną projekcją ludzkiej buty na świat nią niewzruszony. Z perspektywy ptaka – na potrzeby niniejszej opowieści przyjąć by można jastrzębia – jedynymi liniami były strumienie, granice pól i lasów, sporadycznie drogi i tory kolei żelaznej. Grubą wstęgą, niby pociągnięcie pędzla impresjonisty, meandrowała z zachodu na wschód Wisła, symbol nieistniejącego kraju. Jedno z głębokich rzecznych zakoli wciąż wspominało księżniczkę Wandę, która życie mu onegdaj własne oddała, nagrodą za triumf nad germańskim najeźdźcą. Stary król ojciec księżniczki zaś ze swego kurhanu za rzeką od stuleci doglądał rosnącego niepowstrzymanie miasta po nim nazwanego.

Kraków nie był już byle podgrodziem, skromnie upchniętym między Wawel a Barbakan. Rozplenił się niczym bluszcz, jak gdyby Planty wystrzeliły nasionami nowych dzielnic we wszystkich kierunkach. Piasek, Kleparz, Kazimierz… Duch Króla Kraka z dumą obserwował swoje dziedzictwo. Pomachał wesoło ze szczytu kopca przelatującemu jastrzębiowi.

Zapadał wieczór. Ulice, jedna po drugiej, rozświetlały się blaskiem nowoczesnych lamp łukowych, a kramarze z podzamcza poczęli zwijać swoje interesy przed nadchodzącą nocą. Ptak minął Plac Wszystkich Świętych i ulicę Franciszkańską, gdzie właśnie mijały się dwa konne tramwaje. Od wschodu dobiegł gwizd zbliżającego się leniwie do dworca pociągu pasażerskiego. Fabryki Zieleniewskiego i Peterseima nie zrażały się zmierzchem; pracowały pełną parą bez względu na porę, wyrzygując w ciemniejący błękit nieba nieprzerwane kłęby kleistego dymu.

Jastrząb zazwyczaj nie odwiedzał brudnych i hałaśliwych osiedli ludzkich, ale tego wieczora poczuł niezwykły zew, który ściągnął go aż tu, do centrum Krakowa. Nie dumał nad naturą zewu. Był tylko zwierzęciem podążającym za instynktami.

Przysiadł na Hejnalicy Kościoła Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, płosząc stadko gołębi. Złożył skrzydła i począł przeczesywać bystrym wzrokiem zatłoczony rynek. Nie wiedział, czego szuka. Nie wiedział, czy to znajdzie. Był jednakowoż cierpliwy z natury.

Jastrzębiowi obce były imiona takie jak Święty Florian czy Święty Tomasz, a nazywanie ulic od ich imion dalece wykraczało poza zdolności jego rozumowania. Zostawmy więc jastrzębia, a przyjrzyjmy się skrzyżowaniu wspomnianych ulic, a konkretnie stojącej opodal Kamienicy Cyrusowskiej. Tam bowiem znajdował się popularny, acz podły raczej szynk, o niewyszukanej nazwie Bandzioch.

Do Bandziocha najchętniej schodzili robotnicy fabryczni po drugiej zmianie i przesiadywali tam do późnych godzin nocnych. We wcześniejszych porach ruch był przeważnie znacznie mniejszy, jednakże tego akurat dnia jeszcze przed zmierzchem zwaliły się tam pokaźne tłumy. Powodem nie był ani nowy rodzaj napitku, ani żaden spektakl, którymi to lokale przeważnie nęciły klientelę. Nie był to przynajmniej spektakl sensu stricto, gdyby kto uparty chciał polemizować.

Stoły zsunięto pod ściany, a ławy i krzesła wszelkie skupiono w centrum, półokręgami niby w teatrze. Zasiadali na nich ludzie różnej proweniencji, od robotników, przez żaków i urzędników, aż po garstkę dżentelmenów w surdutach. Trafiło się nawet dwóch angielskich dandysów, przedstawiających się wszystkim jako Odley i Bashwell, nieznających ni słowa w języku polskim czy niemieckim, jednak znajdujących przyjemność w przedstawieniu nie mniejszą niż reszta gawiedzi.

Pośrodku, przy stoliku zastawionym mięsem i kuflami zarówno piwa jak i miodu, siedział człek postury takiej, że sam widok jego zapierał dech w piersiach. Ważyć musiał z trzy cetnary, choć tłuszczu w tym była pewnie ledwo garstka. Skórę miał ciemniejszą, niby Arab, acz rysy zupełnie u Arabów niespotykane. Choć zima jeszcze się nie skończyła, a kry ledwo ruszyły po Wiśle, miał na sobie wyłącznie płócienną spódniczkę. A ponieważ miał zwyczaj siedzieć w rozkroku szerokim, nielicznie przewijające się dystyngowane damy musiano błyskawicznie na zewnątrz eskortować, gdyż mdlały jedna po drugiej.

– A wiecie, co mnie najbardziej rozsierdza? – huknął mężczyzna ów tubalnym głosem. – Że wszyscy tu snują bajania o jakimś Prometeuszu! Że to on niby dał wam ogień. I co, dał się słabeusz pochwycić i teraz go zjada po wieczność jakiś ptak? Bzdury, mówię wam! To ja dla was ogień przyniosłem, jeszcze jak taki, o, mały byłem, ledwo od ziemi odrośnięty. Do cioteczki Mahuiki mnie wysłali po niego. Wrzucałem te jej ogniste pazury do wody dla zabawy, aż tak się wściekła, że miotać nimi we mnie zaczęła. Swoją drogą, trafiła jednym, franca jedna. O deszcz musiałem bogów błagać, żeby mnie ugasił. No ale jeden szpon poleciał też w te krzaki i tak je zaczarował, że macie z nich ogień bez potrzeby co i rusz błagania cioteczki. Stąd on, nie od jakiegoś Prometeusza, psia jego matka i babka!

Cała sala ryknęła śmiechem, a wielkiemu mężczyźnie podstawiono dwa kolejne kufle, które pochwycił bez patrzenia.

– A Słońce? – krzyknął ktoś z tłumu. – Co ze Słońcem na ten przykład?

– Ba, Słońce! Ten ciul, co po niebie zasuwał jakby mu kto pochodnię pod zad podstawił? Tak mu się co dnia spieszyło, że prania wysuszyć nie szło. No to wziąłem braciszków i poszliśmy go odwiedzić w jego norze, jak spał. Taki sukinsyn był gorący, że musieliśmy murem go obudować, żeby nas nie spopielił. Ale w końcu go złapaliśmy w sidła, akurat jak się do kolejnej szarży gotował. Ja wyciągnąłem wtedy szczękę babki i jak go nie zacząłem łoić po tym durnym łbie, żeby się uspokoił. Jął nas szybko przepraszać, ale ja znam takich jak on. Musiał mieć nauczkę, a solidną. Tak mu te wyścigi wytłukłem z głowy, że od tamtej pory się wlecze jak staruszek. O i proszę bardzo.

Kanonada śmiechu była tak głośna, że szło ją usłyszeć chyba i na Podgórzu. Obaj Brytyjczycy musieli wycierać rękawami łzy wesołości, choć, jeśli im wierzyć, ani słowa nie rozumieli.

– Panie złociutki – odezwał się jeden z robotników – to wszystko przecie brzmi jak stare dzieje, jak świat jeno powstawał. A co teraz robi taki heros, jak niebo i słońce normalnie się zachowują?

Ciemnoskóry wycelował w niego połowicznie obgryzionym udkiem z indyka.

– To bardzo dobre pytanie! Akurat, wyobraźcie sobie, nie dalej jak parę dni temu…

 

* * *

 

Przyfrunąłem tu jako gawron z okolic zwanych Piterburhem, na północy leżących, gdzie mróz znacznie ostrzejszy. Zazwyczaj unikam tych północnych lądów w tej porze roku, bo szarość i chłód nie są mi bliskie. Rzadko jednak, powodowany osobliwym smutkiem, spędzam ten czas w krainach zimowych, wśród śniegu i długich nocy. Miesiąc teraz spędziłem z przyjacielem Ilią Wasiliczem, polując w bezlistnych lasach i popijając gorzałkę, ale gdy nadeszły pierwsze oznaki wiosennej odwilży, pożegnałem się i odleciałem hen, bez konkretnego celu, na południe, wzdłuż linii morza przez was Bałtykiem zwanego.

Wieści o słynnym grodzie Kraka doszły mnie wieki całe temu, gdy dziadowie waszych dziadów jeszcze po tym świecie nie chodzili, jednak nigdy wcześniej nie miałem dobrej okazji do odwiedzin. A teraz byłem w okolicy, pomyślałem więc, czemu by nie! Osiadłem toteż we wsi Mogiła, tam za linią kolei, wiecie zresztą gdzie, wy wszyscy tutejsi przecież. W tartaku się nająłem, żeby zajęcie mieć, bo wiedzieć musicie, że ja pomimo boskiej krwi, najwięcej radości odnajduję w robotach prostych, gdy heroicznych w pobliżu brak. Deski rżnąłem o poranku, jak Miecio, syn gospodarza, przytruchtał, cały zaaferowany.

– Panie! – krzyknął od progu. – Pana widzieć ktoś chce!

– Mnie? – zdziwiłem się. – Kto i gdzie?

– Tamój, na polu, w kolasce!

To mnie zdziwiło dopiero! Ledwo sfrunąłem na ziemię, w obcej krainie, a tu już ktoś pyta o mnie. Ruszyłem więc za Mieciem, ciekaw, kto może chcieć mnie widzieć. Istotnie, przy drodze stał powóz, skromny, lecz duży, w dwa konie zaprzęgnięty. Kotarami miał okna wszystkie pozaciągane. Ledwo się zbliżyłem, a drzwi same się przede mną otwarły, do środka zapraszając, do ciemnicy okrutnej. Mignęła mi wówczas czerwona szata i z miejsca pewne pojęcie miałem, kto w środku czekać może. To ci niespodzianka, pomyślałem, stary znajomy tutaj, w Europie.

– Witaj, przyjacielu – rzekł mi, niewzruszony. Nie zdradzę jego imienia, bo nie wiem, czy by sobie tego życzył. Nie uśmiechał się, gdyż ludzie jego pokroju nigdy nie unoszą się ani gniewem ani radością.

– Witaj, stary druhu – odparłem rozradowany, jako że mnie wstrzemięźliwość nie obowiązywała. – Jak ci się powodzi? Jak twoja misja?

– Nasza wspólna misja, przyjacielu. To za jej sprawą los splótł nasze ścieżki teraz, na jej końcu, tak samo, jak zrobił to na jej początku. Nie zapomniałeś chyba o jej znaczeniu.

– Znasz moje zdanie. Nie tędy droga, by zniweczyć klątwę – rzekłem.

– Twój lud ma swoją mądrość, a mój ma swoją. Choć są różne, nie muszą być sprzeczne. On – wskazał na tyły powozu – walczy, by spełnić twoje własne marzenie, a poświęca się przy tym po tysiąckroć bardziej niż ty.

Na tyłach bowiem leżał mężczyzna, tak samo łysy jak mój przyjaciel i tak samo ubrany, to jest w zgrzebną czerwoną szatę. Gdy spotkałem go po raz pierwszy, był piękny, emanujący wigorem i mocą. Teraz wyglądał jak nieszczęście, pomarszczony, zmarnowany i tylko cienką nicią trzymający się życia.

– Bardzo niewiele już z niego zostało – powiedział przyjaciel mój, bez smutku w głosie. – Na Aoraki ty przekazałeś ziemi tylko koronę, jego mądrość. Ja, podróżując po świecie, pomogłem mu oddać prawie całą resztę. Teraz pozostało mu już tylko to, co na dnie. Jest mniej niż zwierzęciem, mniej niż insektem. Gdy straci swą świętą muladharę, umrze. Ale taka jest jego wola. Poświęcenie, takie jak twoje, gdy dałeś przegryźć się przeklętym zębom.

Nie miał całej słuszności, gdyż ja życia swego nie poświęciłem, lecz tylko poddałem ryzyku. I choć poniosłem porażkę, to, jak sami widzicie, nie umarłem, wbrew niektórym podaniom. Rzec mogę tyle tylko, że lud mój niewiele wiedział o dżdżownicach.

Rzecz jasna, przystałem na nalegania mego przyjaciela. Wszak zgodziłem się mu pomóc dawno już temu, wnosząc na szczyt Aoraki cząstkę mocy jego boskiego towarzysza. Cóż tak patrzycie? Myśleliście, że jestem jedyną boską istotą, która stąpa pośród was? Ha!

Jasnym dla mnie było, dokąd nieszczęśnik ma udać się w swoją ostatnią podróż na tym świecie. Wzgórze Wawelskie dosyć pełne jest mocy i historii, by oczywistym stać się kandydatem. Zrazu pomyślałem o niegdysiejszej jamie smoka, o którym legendy wasze swoją drogą błędne są, gdyż żaden szewczyk Skuba go nie ukatrupił. Smok sam stąd odleciał nieproszony, według woli własnej. W każdym razie, przyjaciel mój nie jamę sobie upodobał, a grób królowej waszej Jadwigi w wawelskiej katedrze.

Moja pierwsza wizyta w samym Krakowie miała zatem miejsce ciemną nocą, gdy wszyscy sprawiedliwi już spali, ewentualnie na późnej zmianie fabrycznej pot przelewali. Planty, łyse przed wiosną, straszyły w ciemności upiornie, a błoto ze śniegu leniwymi strużkami płynęło do Wisły. Jadąc wśród ponurych duchów miasta, zatęskniłem za domem. Miałem jednak przed sobą ważne zadanie.

Powóz nasz zajechał od ulicy Bernardyńskiej, gdzie moja rola zacząć się miała. Upewniwszy, że nikogo w pobliżu nie widać, zmieniłem się w pająka i nicią przypasałem nieruchawego męczennika do własnego odwłoku, a następnie jąłem wspinać się po wzgórzu i murach zamkowych. Za obwarowaniami, szczęściem, straży do unikania już nie było. Niesionego biedaka usadziłem chwilowo pod ścianą opodal katedry – wszak odejść stamtąd nie miał jak – a następnie przez okno wpełzłem do środka w poszukiwaniu sarkofagu królowej. Dzięki instrukcjom przyjaciela, odnalazłem go od razu i siłą moją nadludzką odsunąłem wieko, odsłaniając wiekowy szkielet.

Już wracać po świętego nieboraka miałem, gdy wzrok mój uchwycił w głębi nawy postać. Poznałem ją od razu – wysoką, nagą, ciemniejszą niż nocne niebo. Słyszałem nawet zgrzyt okrutnych zębów z obsydianu.

– Próżny trud – rzekła do mnie Pani Nocy.

– Nie masz nade mną władzy – odparłem, niewzruszony.

– Próżny trud! – wysyczała niczym wąż i rozwiała się w ciemności. Uśmiechnąłem się, gdyż w syku owym brzmiały wściekłość i bezradność.

Pewny zwycięstwa, wróciłem po męczennika, ażeby złożyć go w królewskim grobie i wypełnić ostatnią część jego woli. Jednak gdy jako lelek wyfrunąłem przez uchylone okno, w jego miejscu zastałem tylko błyszczący jaskrawo obłok czerwonej mgły. Z gardła mego wyrwał się szczebiot rozpaczy, gdyż dotarło do mnie, że Hine-nui-te-pō znów zatriumfowała. W miejsce, gdzie pył po ciele świętego już się rozwiewał, pędziła para zaalarmowanych strażników. Targany goryczą zleciałem na dół, do powozu przyjaciela, aby zakomunikować mu o mojej porażce.

– Zbyt pochopnie się kajasz – powiedział on jednak, wpadając mi w słowo. – Grób miał być tylko symbolem. Ważne, że duch oddany został Wzgórzu. Nawet gdyby muladhara jego zaklęła się w jednym tylko kamieniu.

 

* * *

 

– To powiedziawszy, odjechał powozem w stronę Mostu Podgórskiego – skwitował swą historię ciemnoskóry mężczyzna i zwilżył wyschnięte gardło potężnym łykiem z kufla.

W Bandziochu zapadła cisza, ciężka niby pierzyna.

– Czy to prawda wszystko? – odezwał się w końcu któryś z żaków. – Nic nie zmyślacie?

– Płazem puszczam insynuację, ale ostrzegam, że kto mi raz jeszcze kłamstwo zarzuci, ten pożałuje nie mniej niż sam Irawaru.

– Mówiono na rynku dzisiaj o czerwonych światłach na Wawelu zeszłej nocy – szepnął głos z tłumu.

– Ale co to właściwie miało zdziałać? – wykrzyknęła z tyłów młoda dziewczyna, najpewniej studentka.

– To nieistotne – odezwał się szorstki głos zza jej pleców.

Wszelkie głowy zwróciły się w stronę otwartych na oścież drzwi wejściowych. Stało tam dwóch konstabli, uzbrojonych w długie pałki.

– O ile dobrze zrozumieliśmy, pan niniejszym przyznał się do włamania na teren wawelskiej katedry i sprofanowania grobowca, co zaiste miało miejsce zeszłej nocy. Jesteście zatem aresztowani, panie, pod wspomnianymi zarzutami.

Uczynili krok w stronę rozpartego pośrodku lokalu obcego. Kilku bardziej rosłych robotników zrazu zerwało się, ażeby zagrodzić im drogę. W Bandziochu nie zawsze respektowano władze z austriackiego nadania.

– Spokojnie. – Przybysz dopił resztkę ze swojego kufla i wstał, nie czyniąc gwałtownych ruchów. – Jestem łagodnego usposobienia i po dobroci się dogaduję. Pójdę z panami dokąd trzeba i na pewno rozwiejemy wszelkie nieporozumienia.

To powiedziawszy, przecisnął się między zgęstniałą już do granic możliwości ciżbą i stanął przy policjantach, górując nad obydwoma więcej niż głową. I wówczas nastąpiło to, czego ludy Ziemi całej przez długi czas zrozumieć nie mogły, nim wieści z Krakowa dobrze się nie rozeszły. Cały świat przeniknął potężny wstrząs, niby puls, acz nie fizyczny i nie słyszalny, a jakby duchowy, przewracający w kiszkach i stawiający włosy na karku.

– Czyżby? – wymruczał obcy, jak gdyby do siebie. Następnie bezceremonialnie ujął głowę jednego z konstabli w wielką jak talerz dłoń i grzmotnął nią z całej siły o ciężki dębowy stół. Rozległo się ohydne chrupnięcie i mundurowy wpierw wyprężył się, a potem zwiotczał, trupem padając na miejscu.

Tłum zebrany w Bandziochu powinien był naraz wrzasnąć i rzucić się do ucieczki. Nikt jednak nie miał odwagi choćby drgnąć. Wszyscy, jak jeden mąż, zastygli w niemym przerażeniu.

Wtedy to brutalnie zamordowany konstabl drgnął i, jak gdyby nigdy nic, podniósł się do pionu, trzepiąc głową na boki jak pies po wyjściu z wody.

– On… – wykrztusił ktoś przez zduszone gardło – on… on…

– Cóż mogę rzec – rzekł potężny mężczyzna, uśmiechając się wesoło od ucha do ucha – jak nie: drobnostka!

Następnie zmienił się w wielkiego jastrzębia i wyfrunął przez otwarte drzwi, a wizg jego ptasi brzmiał jak przepełniony radością śmiech.

Koniec

Komentarze

Twoją postać znam z Vaiany, więc mniej więcej potrafiłam sobie wyobrazić i Mauiego i jego umiejętności:) Podoba mi się sposób Twojej narracji. Taki opisowy, barwny – zupełnie inny niż u Reaulca, ale tu ma to swój urok. Oddałeś klimat swojej epoki, ze szczegółami, które budują go. Historia fajna, zakończenie również ( sprawdzenie czy ludzka nieśmiertelność działa:) ). Przeszkadzał mi tylko brak wiedzy odnośnie tamtych dwóch jegomości (albo jestem po porostu niedomyślna:). Klikam.

Monique.M

Dziękuję bardzo! Tych dwóch typków to taki mały easter egg, drobny hołd dla jednej z moich ulubionych powieści.

Jest i ,,mój" Kraków roku 1901 :)

Opowiadanie czytało mi się bardzo dobrze, Twój styl jest barwny i sugestywny. Stylizacja językowa to stąpanie po grząskim gruncie, ale mam wrażenie, że Tobie ta sztuka się udała. Mitologii polinezyjskiej nie kojarzę, ale legendę o czakramie jak najbardziej. Doceniam pomysł.

Świetne opowiadanie, bardzo ładnie napisane, obrazowo, czuć było swoisty klimat tamtych lat. Umiejętna stylizacja języka. Chodź tych postaci z mitologii zupełnie nie znam, tekst był dla mnie zrozumiały, tylko przy końcówce dopiero po kilku chwilach zajarzyłam, że ta nieśmiertelność mu się udała, bo strażnik nie umarł.

Choć zima jeszcze się nie skończyła, a kry ledwo ruszyły po Wiśle, miał na sobie wyłącznie płócienną spódniczkę. A ponieważ miał zwyczaj siedzieć w rozkroku szerokim, nielicznie przewijające się dystyngowane damy musiano błyskawicznie na zewnątrz eskortować, gdyż mdlały jedna po drugiej.

Mistrzostwo :D

Mnie z kolei stylizacja zmęczyła, choć z całą pewnością tekst jest napisany sprawnie. Główny bohater ciekawie i nietuzinkowo wypada na tle naszego Krakowa. Po lekturze mam odczucie, że sam początek jest trochę przydługi w porównaniu do reszty tekstu, zwłaszcza, że nie ma aż tak bezpośredniego związku z późniejszymi wydarzeniami. No, ale może to takie moje wrażenie.

Nietypowy mariaż lokalizacji i bohatera wypadł tu całkiem zacnie. Podoba mi się też, jak zresztą wielu przedmówcom klimat krakowski i oddanie realiów epoki. Co do samej historii zapożyczonej z legendy, fajnie wplotłeś ją jako rozwinięcie, ale chyba zgodzę się po części z Silvą, że proporcje pomiędzy poszczególnymi częściami tekstu można by trochę przemyśleć. Czytało się jednak z przyjemnościąsmiley

Dobre opowiadanie, sprawnie napisane. Zgadzam się, że początek trochę przydługi i męczący. Umiejętnie oddałeś klimat epoki, a momentami nawet rozbawiło, np. te mdlejące damy. ;) Również nie znałam tych mitologicznych postaci, ale nietrudno było się połapać, o co w tekście chodzi. 

Udane opowiadanie. 

Sympatyczne :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Dziękuję wszystkim za przeczytanie i komentarze. Bardzo mi miło, że się podobało!

Stylizacja to raczej jednorazowy eksperyment, zainspirowany settingiem i nie spodziewam się, że będę w coś takiego kiedykolwiek jeszcze celował.

Fajny pomysł i dobra jego realizacja. Na plus plastyczne opisy, ładnie oddany klimat Krakowa z początku dziewiętnastego wieku, dobrze wypada również stylizacja językowa. Ja też zaliczam do zadowolonych z lektury czytelników.

Klikam bibliotekę i życzę powodzenia w konkursie :)

Tekst rzucił mi się w oczy na stronie startowej i pomyślałam sobie, że japkiewicza wypada przeczytać :) Tym razem pozwoliłam sobie zrobić to wyłącznie dla przyjemności, bez czepiania się tych drobnych szczegółów (choć na początku musiałam się hamować, ale potem na tyle wciągnęło, że zapadka przeskoczyła). Noo, z wyjątkiem jednego: zastanowiło mnie, jak głowa trzaśnięta o stół z całej nadludzkiej siły uniknęła zmiażdżenia czy choćby jakiegoś pogruchotania kości czaszki? Nasuwa mi się tu z jakiegoś powodu obraz pękającego arbuza, ach ta moja wyobraźnia… Co do wielokrotnie już w powyższych komentarzach przywoływanej stylizacji, rzeczywiście bardzo przekonująca. Natomiast wydaje mi się, że jej pewna zdolność do męczenia czytelników może wynikać z tendencji, którą obserwuję nader często również u siebie przy tego typu stylizacjach – mianowicie masz skłonności do stosowania momentami nawet dość skomplikowanych inwersji :) Osobiście je lubię, ale w swoich tekstach staram się obecnie trochę redukować ich nadmiar, bo już zwrócono mi uwagę, że są niepotrzebne, męczące albo w ogóle dziwne. Taka przypadłość skorelowana ze stylizowaniem, przewlekła, ale uleczalna ;) Wykorzystanie legend bardzo fajne, ale o tym też już tu mówiono. Osobiście nie mam nic do dłuższego początku. Lubię ładne widoki. A jeszcze bardziej lubię jastrzębie. Skradłeś mi z trudem wykrojony kawałek czasu, na którego deficyt ostatnio cierpię, gratuluję. W każdym razie cieszę się, że tu trafiłam :) I powodzenia życzę!

Spodziewaj się niespodziewanego

katia72 NaNa

Dziękuję za komentarze, niezmiernie mi miło!

 

Nasuwa mi się tu z jakiegoś powodu obraz pękającego arbuza

Też mi to przeszło przez myśl, ale uznałem, że nie będę tu robił sceny jak z chińskiej bajki, z gore, które później się skleja do kupy jak na odwróconym filmie.

Co do inwersji, zazwyczaj unikam, bo zazwyczaj preferuję styl jak najmniej nadęty, ale tu mi pasowały do konwencji monokla i cylindra z przełomu XIX i XX wieku.

Zgadzam się, że pasuje – zresztą, jak mówiłam, osobiście lubię inwersje. Niemniej mogę trochę utrudniać odbiór czy męczyć.

W każdym razie dobre opowiadanie, ale to też już było xD

Spodziewaj się niespodziewanego

Ale fajne! Bardzo podobał mi się początek z lotem ptaka i opisem Krakowa.

(a w głowie mi teraz gra: “What can I saaaay – you’re welcome!” :D )

Dziękuję!

Pierwotnie chciałem użyć “you’re welcome”, ale uznałem, że będzie przekombinowane i stanęło na polskiej wersji i “drobnostce”.

I bardzo dobry wybór, angielskie byłoby zbyt mocnym *mrugnięciem*, a tak wyszło pysznie ;) 

(swoją drogą szłam dzisiaj św. Tomasza i myślałam o tym opowiadaniu, dzięki Ci za to! :D) 

A ponieważ miał zwyczaj siedzieć w rozkroku szerokim, nielicznie przewijające się dystyngowane damy musiano błyskawicznie na zewnątrz eskortować, gdyż mdlały jedna po drugiej.

Serio? :) 

Co w podłym szynku robią aż tak dystyngowane damy? 

 

gdy wszyscy sprawiedliwi już spali, ewentualnie na późnej zmianie fabrycznej pot przelewali

Zamierzony rym?

 

Klikając w link, który podałeś w oierwszym komentarzu, miałem nadzieję natrafić na Vaianę. XD

A serio to szykowałem ironiczny komentarz o fanfiku, ale jak widzę, sam zdecydowałeś się na nawiązanie. :) 

 

Bardzo ładnie opisałeś miasto, kilka zdań było wręcz ślicznych. Podobał mi się styl oraz stylizacja mowy, sama historia dość prosta i troszkę dla mnie niezrozumiała, bo nie znam się na polinezyjskiej mitologii, więc zagadkowa postać nadal jest dla mnie zagadkowa, tak samo jak ich misja i rola tego-który-umiera. Muladhara brzmi jak hinduska nazwa czakry, domyśliłem się, że to jakiś rodzaj energii. Mimo tego, że ta warstwa fabularna była dla mnie zagadką, tekst czytało się dobrze, a na końcu nawet się uśmiechnąłen, choć nie wien, czy "drobnostka" nie burzy trochę klimatu, ale co tam, było fajnie. 

Pozdrawiam

 

Cześć Gekikara, dziękuję za wizytę i lekturę, jak również za miłe słowa!

 

Co w podłym szynku robią aż tak dystyngowane damy?

Przywiało je z ulicy poruszenie. Wcześniej było, że pomimo charakteru knajpy, klientela tego wieczoru była przeróżnej proweniencji.

Zamierzony rym?

Ups, niezamierzony.

nie znam się na polinezyjskiej mitologii, więc zagadkowa postać nadal jest dla mnie zagadkowa, tak samo jak ich misja i rola tego-który-umiera

Ależ nigdzie nie było powiedziane, że oni też są z mitologii polinezyjskiej:> Maui, jak sam mówił, podróżował dużo po świecie i spotykał przeróżnych ludzi i niekoniecznie-ludzi. Z tym “przyjacielem” poznał się na Aoraki (maoryska nazwa Góry Cooka, na której wg polskiego niuejdżu też znajduje się jeden z czakramów Ziemi), gdzie został poproszony o pomoc.

Muladhara brzmi jak hinduska nazwa czakry, domyśliłem się, że to jakiś rodzaj energii

Tak, to konkretnie czakra podstawy, “to, co na dnie”.

Rzeczywiście, miałeś japku rację, że to opowiadanie trochę jest skrzywdzone małą ilością komentarzy, bo jest dobre. Szczególnie fajnie wypada tu stylizacja i odpowiednio dobrany narrator. Opowieść jest lekka, nieco humorystyczna, ale trzyma się kupy i konwencji, a Kraków uszyty jest na miao swojej epoki.

Mnie początkowo odrzucała przedmowa – przedmowa która się jednakowoż przydała, bo o mitologii polinezyjskiej pojęcia nie mam – a odrzucała dlatego, że ja średnio trawię mitologię. A tutaj jest tak swojsko wpleciona w klimaty fantastyczne.

Risercz wykonałeś – tak mi się zdaje – a i przyczepić się tu do czego nie ma. Klikałbym bibliotekę. To dobre, krótkie, treściwe opowiadanie, które cały czas utrzymywało moje zainteresowanie, a scena karczemna wypadła dobrze, co jest niełatwe, bo trzeba się postarać by uniknąć sztampy znanej z fantasy.

Ci dwaj anglicy to ewidentne mrugnięcie, zresztą jest ich chyba więcej, ja nie wiem o co chodzi, bo jestem za słabo oczytany, ale podobało mi się szczególnie to:

Kanonada śmiechu była tak głośna, że szło ją usłyszeć chyba i na Podgórzu. Obaj Brytyjczycy musieli wycierać rękawami łzy wesołości, choć, jeśli im wierzyć, ani słowa nie rozumieli.

Jestem ukontentowany, czyli :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

O, Mytrix, dziękuję za wizytę.

 

a odrzucała dlatego, że ja średnio trawię mitologię

Cóż, w tym konkursie mitologia jednak jest warunkiem koniecznym:)

Risercz wykonałeś – tak mi się zdaje

Oj, żebyś wiedział. Dwa dni ślęczałem nad mapami i zapiskami historycznymi. Wyobrażeniu pomogło to, że spędziłem pięć lat życia w Krakowie, ale o historii miasta przed zabraniem się za to opowiadanie nie wiedziałem praktycznie nic.

Ci dwaj anglicy to ewidentne mrugnięcie

Tak, to nawiązanie do jednej z moich najukochańszych powieści, tj. Szkarłatnego płatka i białego Michela Fabera. Było tam takich dwóch arystokratów-dandysów, Bodley i Ashwell (tu ich delikatnie przekręciłem), którzy lubowali się w spektaklach, osobliwych ludziach i wszelkiego rodzaju dziwadłach. Ich obecność w tym miejscu to też mrugnięcie do współczesnych trendów, według których Kraków to turystyczna Mekka Anglików.

Mam ogromną słabość do głównych postaci męskich, którzy są w jakiś sposób niezwykli. A tu – wypisz, wymaluj – właśnie takiego dostałam. Facet od razu wzbudza sympatię (tak jak wśród ludzi w szynku), a z drugiej ma też cel i zadanie do wykonania. Wydaje mi się nawet, że bardziej podobał mi się bohater niż sama opowieść (mimo że ta w żaden sposób nie była nieciekawa). Po prostu facet jakoś tak przypadł mi do serduszka i już na nic nie zwracałam uwagi :) Choć muszę przyznać, że motyw z jastrzębiem też cudny.

kasjopejatales

Dziękuję pięknie. Bardzo się cieszę, że się podobało!

http://altronapoleone.home.blog

Dołączam do grupy zadowolonych ze stylizacji. Mam wrażenie, że to głównie ona robi ten tekst.

Ładne splecenie różnych legend.

Maui wcześniej właściwie nie znałam – słowo obiło się o uszy, ale to wszystko.

Aha, czy Prometeusza ktoś potem nie uwolnił? Herakles albo inny heros?

Babska logika rządzi!

Finkla

Dzięki!

Jak nie znasz Mauiego, to polecam Moanę Pixara. Bardzo fajny film.

A co do Prometeusza, to masz rację, wikipedia potwierdza.

Nowa Fantastyka