- Opowiadanie: Zawi47 - Siewca Żywych Snów

Siewca Żywych Snów

Zapraszam do lektury mojego najnowszego opowiadania – wszelkie słowa krytyki przyjmę z pokorą.

Błędy gramatyczne/stylistyczne/składniowe w wypowiedziach bohaterów są zabiegiem celowym – wszak postać nie polonista i wysławiać się poprawnie nie musi. Podobnie ma się sprawa z błędami ortograficznymi w jednym z listów, którego treść jest przytoczona dosłownie. Oczywiście, analogiczne błędy pojawiające się w narracji są moim niedopatrzeniem.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Siewca Żywych Snów

– No, maleńka, zabawimy się… – Jej nozdrza wypełnił oddech cuchnący podłym piwem. Mężczyzna przypierał ją do ściany, trzymając sztylet przy szyi. Odczuwała nieprzyjemne mrowienie w miejscu, gdzie chłodne ostrze dotykało skóry.

– Zostaw, bo pożałujesz – odparła. Palcami lewej ręki zaczęła wykonywać gesty, przyzywając do siebie energię magiczną.

– Przestań gadać i ściągaj łachy… – Urwał, gdy niewidoczna siła wykręciła mu rękę ze sztyletem i przygięła kark ku ziemi. Alissa ujęła głowę przeciwnika i z całej siły kopnęła go kolanem w nos. Nie musiała tego robić. Po prostu chciała.

W karczmie rozległy się gromkie brawa. Alissa omiotła spojrzeniem izbę – przestronne pomieszczenie o dębowej podłodze i ścianach wyłożonych polnym kamieniem. Karczma "Dziki Raj" w Koriandorze przyciągała zróżnicowaną klientelę – od bogatych kupców do ubogich mieszczan. Powiodła wzrokiem po twarzach zgromadzonych – czerwonych od alkoholu, wykrzywionych w rubasznych uśmiechach. Ten widok uświadomił jej, że w karczmie jest osoba, która z pewnością będzie na nią wściekła.

Uklęknęła przy Berenorze, próbującym zatamować krwawienie ze złamanego nosa.

– Jeju, przepraszam, poniosło mnie – powiedziała, czując, że czerwienieje ze wstydu.

– Kurwa, nie musiałaś odgrywać tego naprawdę – odparł.

– Wiem, jakoś tak po prostu wyszło.

– Wyszło? A co to ma, kurwa, znaczyć? – spytał, zaciskając palce na sękatym nosie.

– Pokaż. – Zmieniła temat. Odsunęła jego dłoń od twarzy i wykonała kilka precyzyjnych gestów. Chrupnęło nieprzyjemnie, Berenor wypuścił z sykiem powietrze i obmacał nos – krwawienie ustało. Otarł posokę, która zdążyła zaschnąć na górnej wardze, i rzucił Alissie nieprzyjazne spojrzenie.

– No dobrze, postawię ci piwo na przeprosiny.

– Wino – powiedział najemnik.

– Niech będzie – odparła. Wstali i zaczęli kierować się ku jednemu ze stołów. Gdy przechodzili, jeden z kupców rzucił im sztukę złota. Alissa zręcznie pochwyciła ją w palce lewej dłoni. Pokazała zdobycz Berenorowi, uśmiechając się nieśmiało.

Usiedli w kącie izby. Alissa skinęła na karczmarza, otyłego mężczyznę w średnim wieku. Gdy podszedł do stolika, zamówiła dwa puchary wina i rzuciła dwie sztuki srebra na blat, co stanowiło sowity napiwek. Właściciel ukłonił się głęboko i po paru chwilach wrócił z trunkami. Alissa pociągnęła z pucharu, czując na sobie spojrzenie Berenora.

Spotkali się w oberży, dwa dni drogi na północ od Koriandoru. Alissa wyszła z budynku, by udać się do lasu za potrzebą. Gdy tylko weszła między drzewa, dopadł do niej jakiś mężczyzna i próbował zgwałcić. Całą sytuację widział Berenor, który właśnie zostawiał konia w stajni. Podążył za nimi, jednak zanim zdążył zareagować, Alissa poradziła sobie z napastnikiem. Gwałciciel nie odszedł wolno – Berenor poderżnął mu gardło, a potem wspólnie ułożyli ciało pod rozłożystym dębem, by zajęły się nim zwierzęta. Od tamtej pory podróżowali wspólnie, choć najemnik nie mówił wiele i zdawał się nie pałać do niej sympatią. Dziś jednak wypili dość, by najemnik, ku jej zaskoczeniu, zgodził się odegrać z nią inscenizację tamtych wydarzeń.

Podniosła wzrok na Berenora. Był potężnych rozmiarów mężczyzną po trzydziestce, pomiędzy długie, rude włosy i gęstą brodę powoli wślizgiwały się pierwsze oznaki siwizny. Kanciasta twarz rzadko wyrażała emocje, a niebieskie oczy zdawały się być dwoma kryształkami lodu, obserwującymi otoczenie z chłodną obojętnością. Alissa była pewna, że pod maską opanowania skrywa się śmiertelnie niebezpieczny drapieżnik.

Do stolika zbliżył się karczmarz, niosąc dwa puchary z winem.

– Nic nie zamawialiśmy – zaprotestowała Alissa.

– Pan Margollan śle wyrazy szacunku – odparł karczmarz, odwracając wzrok. Alissa podążyła za jego spojrzeniem i natrafiła na jednego z kupców siedzących w przeciwległym kącie sali. Uniósł puchar z winem i lekko skłonił głowę.

– Kim on jest? – zapytał Berenor.

– Handluje kamieniem. Połowa Koriandoru zaopatruje się u niego w budulec.

– Idziemy? – spytała.

– Tak – rzekł Berenor, biorąc kielich z winem.

Podeszli do stolika kupca i usiedli. Margollan nie odezwał się od razu, obrzucając ich taksującym spojrzeniem. Alissa uczyniła to samo. Jej wzrok prześlizgiwał się od krótko przystrzyżonych, siwych włosów, poprzez szczupłą, pooraną zmarszczkami twarz, skończywszy na bogatych, błękitnych szatach haftowanych złotą nicią. Jej uwagę zwrócił złoty sygnet, nałożony na mały palec prawej ręki, z wygrawerowanym porożem jelenia.

Oględziny musiały wypaść pomyślnie, gdyż kupiec przemówił.

– Mam dla was zlecenie – powiedział Margollan. – Zainteresowani?

– To zależy – odpowiedział Berenor. – Nie będziemy w nic wchodzić w ciemno.

– Oczywiście. – Uśmiech, który pojawił się na ustach Margollana, nie miał w sobie wesołości, był efektem wyrachowania i kalkulacji. – Od jakichś dwóch miesięcy ktoś napada na transporty towarów między Esterhorn a Koriandorem. Ofiarą tych ataków padłem nie tylko ja, ale także kilku innych kupców. Oczywiście zgłaszaliśmy sprawę Gwardii Miejskiej, jednak ich działania nie przyniosły żadnych rezultatów – ustalili jedynie, że kryją się gdzieś w lasach na północ od miasta. Trwa to na tyle długo, że mieszkańcy miasta zaczęli nazywać bandytów Zjawami Koriandoru.

Kupiec umilkł, wodząc spojrzeniem po swoich rozmówcach. Alissa i Berenor cierpliwie czekali, aż postanowi kontynuować.

– Wraz z ostatnią dostawą zamówiłem pewien towar, na którym bardzo mi zależało. Karawana powinna zawitać do Koriandoru tydzień temu, jednak dotąd się nie pojawiła. Chcę, żebyście dowiedzieli się, co się wydarzyło i odzyskali moją własność.

– Co jest tym towarem? – spytał Berenor.

– Jest to czarna skrzynia, na której widnieje emblemat orła. Jest zabezpieczona magicznie, więc nikt jej nie otworzył.

– Co jest w środku?

– To moja sprawa.

Alissa zamyśliła się. Miała wrażenie, że Margollan ukrywa coś ważnego. Bandyci napadali na transporty od dwóch miesięcy, zapewne po to, by po prostu się wzbogacić. A jednak Margollan, choć nie powiedział tego wprost, zdaje się być przekonany, że Zjawy były szczególnie zainteresowane jego ładunkiem.

– Brzmi kusząco, ale jest jeden poważny problem – powiedział Berenor. – Aby ich odnaleźć i odzyskać skrzynię potrzebujesz całego oddziału, a nie dwójki ludzi.

– To błahostka. Jeżeli uznacie, że potrzebujecie więcej ludzi, wynajmiecie ich na mój koszt. Ale zapłacę dopiero wtedy, gdy będziecie mieli pewność, że jest to niezbędne.

– Skąd takie zaufanie?

– Ależ, panie Berenor. – Kupiec uśmiechnął się szeroko. – Pańska reputacja dotarła do Koriandoru. Zwłaszcza imponujące jest to, jak podniósł się pan po konflikcie z byłym kapitanem.

Były kapitan? – pomyślała Alissa. Podczas ich wspólnej podróży najemnik nie wspominał o swojej przeszłości. Chciała dowiedzieć się czegoś więcej, jednak najemnik szybko zmienił temat.

– Pięćset sztuk złota, połowa płatna z góry – powiedział Berenor.

– Niech będzie – zgodził się Margollan. Zdecydowanie zbyt szybko – pomyślała Alissa. Powinien negocjować, więc albo towar jest wart dużo więcej, albo jest to dla niego sprawa życia i śmierci. Sama nie wiedziała, która możliwość jest gorsza.

– Gdy już uda wam się odzyskać skrzynię, przewieźcie ją do mojego kamieniołomu na południu, po drugiej stronie Przełęczy Aczuria. I nie wjeżdżajcie z nią do miasta.

– Dlaczego? – spytała Alissa.

– W środku jest coś bardzo cennego, a ja nie chcę stracić połowy majątku na cle.

– To głupota, będziemy musieli omijać miasto, idąc lasem – rzekł Berenor.

– Idźcie przez miasto, jeśli chcecie, ale wtedy wszystkie koszty ponosicie wy – odparł kupiec.

– A jeżeli natkniemy się na Gwardzistów? Słyszałem, że organizują patrole wokół miasta, by wyłapywać przemytników.

– Wtedy powołacie się na mnie. Mam sporo kontaktów w Gwardii. Nie wystarczą wam, co prawda, by przekroczyć bramy miejskie bez kontroli, ale leśny patrol powinien was przepuścić.

Reszta rozmowy minęła na omawianiu szczegółów. Uzgodnili, że zaliczkę odbiorą rano w siedzibie Margollana, podobnie jak zapłatę za wykonanie zadania. Na prośbę Berenora kupiec wskazał im drogę do siedziby Gwardii Miejskiej, choć ich zleceniodawca wątpił, by mogli mieć jakiekolwiek użyteczne informacje, skoro do tej pory nie poczynili większych postępów w sprawie. Na koniec Margollan zafundował im kolejny puchar wina i wspólnie wznieśli toast za powodzenie misji.

Za oknem zapadł już zmierzch, więc pożegnali się kupcem i udali na piętro karczmy, gdzie znajdowały się pokoje gości.

– Kim był twój kapitan? – spytała Alissa.

– Kimś, kto kazałby ci nie zamęczać ludzi pytaniami.

Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale najemnik wyminął ją i udał się do swojej sypialni, położonej na końcu korytarza.

∗ ∗ ∗

Poranne promienie słońca prześlizgiwały się po krytych dachówką dachach Koriandoru. Nad większością budynków snuł się już szary dym uchodzący z ceglanych kominów – zapowiedź porannych posiłków. Po brukowanych ulicach krążyli już pierwsi ludzie chcący załatwić swoje sprawunki – niektórzy kierowali się do miejskich manufaktur, inni zmierzali na targ.

Alissa obudziła się, gdy słońce zaczęło nieznośnie świecić jej na twarz. Przeklęła w duchu sypialnie z oknami od strony wschodniej i niechętnie wygrzebała się spod pierzyny. Ubrała się w pośpiechu, przemyła twarz w misie z wodą i przejrzała się w lustrze z polerowanej miedzianej blachy.

Podkrążone, zielone oczy patrzyły na nią ze szczupłej twarzy o bladej cerze. Długie, czarne włosy opadały jedwabistą kaskadą na ramiona. Farbowała je od czasu, gdy wyrzucili ją ze Szkoły Magów. Nie ona była winna pożaru w gabinecie rektora, jednak prawdziwy winowajca pochodził ze znacznie bogatszej rodziny. Rodziny płacącej szczodre datki na rzecz uniwersytetu. A ona była zaledwie na drugim roku i znacznie odstawała od reszty grupy. Można ją było poświęcić.

Od tamtego czasu minęły trzy lata. Nie wróciła do domu, choć tęskniła za swoją rodziną, szczególnie za małym braciszkiem, który swoim słodkim śmiechem zawsze potrafił poprawić jej humor. Postanowiła, że będzie żyć na własny rachunek. Sporo ćwiczyła i teraz posługiwała się magią znacznie lepiej niż w szkole, doskwierał jej jednak brak dostępu do wiedzy. Podróżowała od miasta do miasta, sprzedając swoje usługi magiczne bez większych sukcesów. Nie raz wypomniano jej niskie umiejętności i braki w wykształceniu. Choć ledwie wiązała koniec z końcem, choć często czuła się wyczerpana i bezużyteczna, jakaś jej cześć wciąż odmawiała poddania się i powrotu do rodziny. Przyjechała do Koriandoru, bo bogate, kupieckie miasto, niedaleko Przełęczy Aczuria, wydawało jej się szansą na lepsze życie.

Dość użalania się nad sobą – pomyślała. Narzuciła na siebie długi, ciemnozielony płaszcz i zeszła na dół. Berenor czekał już na nią. Wyraz jego twarzy mógł świadczyć zarówno o zniecierpliwieniu, jak i determinacji.

– Długo już czekasz? – Powitała go.

– Chwilę – odparł. – Jedz śniadanie, powinniśmy się zbierać.

– Mogłeś obudzić mnie wcześniej.

– Miałem, ale sam pospałem dziś trochę dłużej.

Zamówiła śniadanie i poszła z nim do jednego ze stołów. Berenor podążył za nią.

– Jaki plan? – spytała.

– Najpierw do Margollana po pieniądze. Potem do Gwardii Miejskiej, zobaczymy, co nam powiedzą.

– Nie uważasz – zaczęła z pełnymi ustami – że w ten sposób marnujemy czas? Jak dla mnie Margollan ma rację, jeżeli Gwardia wiedziałaby coś użytecznego na temat napadów, to sami by ich złapali.

– Być może, ale nie można ignorować potencjalnego źródła informacji.

– A jak nie będą nic wiedzieć?

– Mam w mieście kilka kontaktów.

Zjadła posiłek i wspólnie ze Berenorem udała się do siedziby Margollana. Alissa z zaciekawieniem rozglądała się dookoła – był to jej pierwszy pobyt w Koriandorze, mieście zbudowanym, by kontrolować ruch na położonej na południu Przełęczy Aczuria i osiągać olbrzymie zyski dzięki cłu. Gdy razem ze Berenorem przybyli do karczmy "Dziki Raj", jedyne o czym myślała to ciepły posiłek, nie zwracała więc uwagi na miejską architekturę. Teraz jednak, w jasnym świetle poranka, miasto przywodziło jej na myśl niedoceniany klejnot – szli szerokimi, brukowanymi ulicami, a po obu ich stronach wznosiły się wspaniałe kamienice, których fasady zdawały się niemal uginać od ogromu płaskorzeźb. Wiele z nich porosło bluszczem i winoroślą, sprawiając wrażenie, że mieszkańcom Koriandoru udało się zawrzeć tajemny pakt z siłami natury. Wrażenie to psuli jednak ludzie – brudni żebracy, zaczepiający przechodniów; prości, przygarbieni mieszczanie, przemykający pod ścianami budynków, jakby przytłoczeni wspaniałością własnego miasta.

Po około dwudziestu minutach marszu skręcili w boczną uliczkę i dotarli do domu Margollana. Kupiec nie przyjął ich osobiście, przez sługę przekazał im należną zaliczkę oraz oświadczenie, że zostali przez niego wynajęci i każdy, z kim rozmawiają w sprawie napadów, powinien traktować ich tak, jak samego Margollana.

Powrócili na główną promenadę i skierowali się do siedziby Gwardii. Nie minęło wiele czasu nim stanęli przed olbrzymim gmachem z białego marmuru o kolumnowej fasadzie. Gwardia utrzymywała porządek w mieście żelazną ręką, jednak Alissa słyszała pogłoski o przekupności samych gwardzistów. Podobno wiele razy pomagali lokalnym kupcom załatwiać nie do końca legalne interesy, choć nikt nigdy nie poniósł za to kary.

Weszli po schodach do środka. W przestronnym holu kręciło się wielu ludzi – w większości prostych mieszczan, próbujących udowodnić, że za ich wszystkie życiowe niepowodzenia odpowiedzialny jest parający się magią sąsiad, którego należy ująć jak najszybciej, by nie mógł już szkodzić innym własną niegodziwością. Urzędnicy wydawali się być ludźmi rozsądnymi i owi "czujni obywatele" byli wypraszani. Berenor i Alissa podeszli do jednego z rozstawionych na sali kontuarów. Siedział za nim szpakowaty jegomość w średnim wieku wyglądający na znudzonego życiem. Otaksował Berenora i Alissę beznamiętnym spojrzeniem przekrwionych oczu.

Berenor położył na marmurowym blacie pergamin, który otrzymali od Margollana.

– Margollan, tak? – powiedział urzędnik biorąc do ręki upoważnienie. – Niech no sprawdzę…

Rozpoczął przeszukiwać gruby plik dokumentów leżących obok niego. Czynił to bez najmniejszego pośpiechu. Alissa spojrzała na Berenora. Najemnik zaczął nerwowo bębnić palcami w blat kontuaru, jednak urzędnik nic sobie z tego nie robił.

– Ekhm, więc tak – powiedział po dłuższej chwili, znalazłszy odpowiedni dokument. – Mam was pokierować do porucznika Torrena. Schodami na drugie piętro, potem korytarzem w lewo, ostatnie drzwi po prawej. – Oddał im upoważnienie od Margollana.

Weszli na drugie piętro i znaleźli się w długim, ciągnącym się w obie strony korytarzu. Drzwi do pomieszczeń znajdowały się zarówno po lewej jak i po prawej stronie. Postąpili zgodnie ze wskazówkami urzędnika i zapukali do drzwi gabinetu na końcu korytarza.

– Wejść. – Dobiegł ich głos z głębi pomieszczenia.

Gabinet Torrena był skromny – jedynym jego wyposażeniem było dębowe biurko, solidne choć pozbawione ozdób, i dwoje krzeseł, jedno dla sierżanta i jedno dla gościa. Pomieszczenie nie miało okna, a ściany były na całej długości zastawione szafami, w których musiały znajdować się dokumenty – Gwardia szczyciła się tym, że wszyscy jej członkowie są piśmienni.

– W sprawie? – zapytał mężczyzna siedzący za biurkiem, zapewne Torren.

– Kupiec Margollan i napady na karawany kupieckie – odparł Berenor, podszedł do biurka i pokazał Torrenowi upoważnienie od Margollana. 

Porucznik poprosił, by usiedli. Berenor spojrzał na Alissę i skinął głową w kierunku krzesła. Dziewczyna usiadła.

– Przepraszam za brak miejsc – powiedział Torren. – Zazwyczaj nie miewam petentów, przychodzi tu tylko mój zwierzchnik.

– Jestem najemnikiem, poruczniku – rzekł Berenor. – Mierzyłem się już z większymi niewygodami niż brak krzesła.

– No tak. Przyszliście po informacje, a mnie poinstruowano, że mam ich udzielić Margollanowi lub jego przedstawicielom. Niestety nie mamy zbyt wiele – póki co ustaliliśmy jedynie, że bandyci ukrywają się gdzieś na północ od miasta. Podczas przeszukiwania lasów natknęliśmy się na kilka opuszczonych obozowisk, prawdopodobnie należących do nich, ale nic poza tym. Zdają się cały czas wyprzedzać nas o krok. Poszukiwania prowadzimy codziennie, jednakże nie możemy oddelegować do tego zbyt wielu ludzi, bo naszym głównym zadaniem jest utrzymanie porządku w mieście, a jak sami zapewne wiecie, nie jest to łatwe.

– Gdzie znaleźliście te obozowiska? – zapytał Berenor.

– Dwa na północny zachód od miasta, w pobliżu zakrętu gościńca, jedno na północny wschód. Mogę pokazać wam mapy sporządzone przez moich ludzi podczas poszukiwań, ale nie możecie zabrać ich ze sobą.

– Oczywiście. – Berenor i Alissa obserwowali, jak Torren otwiera jedną z szaf i wyciąga plik pergaminów.

– Możemy je skopiować? – zapytała Alissa. – Wszystko co potrzebne mam przy sobie.

– Nie mam tak dużo czasu.

Berenor przyjął od niego mapy. Oglądał każdą po kolei, starając się zapamiętać. W końcu odłożył je na biurko.

– To wszystko co macie?

– Obawiam się, że tak.

– Nie będziemy zabierać więcej czasu.

Zbierali się do wyjścia, gdy porucznik zagadnął:

– Do czego wynajął was Margollan, tak dokładniej?

– Mamy odzyskać towar ukradziony mu przez Zjawy – odpowiedział Berenor.

– Nic więcej? Nie wykupił waszych usług, że tak powiem, na stałe?

– Nie.

– W takim razie mam dla was coś jeszcze.

Porucznik odwrócił się w kierunku jednej z szaf i wydobył z niej niepozorny kawałek pergaminu i podał go Berenorowi.

– Przyszło dzisiaj, krótko przed waszym przyjściem. Przeczytajcie tutaj.

Najemnik pospiesznie przebiegł tekst wzrokiem. Alissa zobaczyła, jak jego twarz stężała. Berenor zmiął wiadomość w ręku, skinął porucznikowi głową i skierował się do wyjścia. Alissa podążyła za nim.

– Berenor, o co chodzi? – zapytała, ale najemnik podążał ku wyjściu z siedziby Gwardii.

– Berenor! – Byli już na ulicy.

– Nie drzyj się tak! – odparł jej towarzysz.

– Co jest takiego w tym liście?

– Nie twoja sprawa.

– Nie moja? Przyjęłam to zlecenie razem z tobą, więc to także moja sprawa.

– Nikt cię na siłę nie trzyma.

Alissa umilkła. Szybkim krokiem przemierzali ulice Koriandoru – minęło już południe. Na ile potrafiła ocenić, kierowali się z powrotem do "Dzikiego Raju". Berenor szedł przodem. Jego twarz zdradzała, że myśli nad czymś intensywnie.

– Niech co będzie – powiedział najemnik. – Ale nie tutaj, wyjaśnię ci wszystko w karczmie.

Gdy dotarli na miejsce, Berenor skierował się prosto do swojego pokoju na piętrze. Przepuścił Alissę w drzwiach, wskazał jej stołek, na którym mogła usiąść, i od niechcenia rzucił jej zmięty kawałek pergaminu. Rozwinęła i zaczęła czytać.

 

Witaj, Berenorze.

 

Doszły mnie słuchy, że jesteś w mieście i wynajął cię Margollan. Nie wiem, co dokładnie ci powiedział, ale sprawy nie wyglądają tak, jak je przedstawił. Nie mogę napisać nic więcej, na wypadek gdyby ten list do ciebie nie dotarł. Pewne sprawy można omówić tylko twarzą w twarz. Pojedź traktem na północ od Koriandoru i skręć w prawo w leśną drogę tuż przed pierwszym rozwidleniem. Moi ludzie będą tam na ciebie czekać dwie godziny po świcie, codziennie przez najbliższe trzy dni.

 

Dargol

 

PS. Nadal masz mój sztylet?

 

– Kim jest Dargol? – spytała.

– Najemnikiem. Kiedyś dla niego pracowałem.

– Czuję, że jednak chodzi o coś więcej.

Berenor spojrzał na nią spode łba. Alissa miała ochotę odwrócić spojrzenie, ale z jakiegoś powodu nie potrafiła tego zrobić. W końcu najemnik westchnął głęboko i zaczął mówić:

– Jako dziecko straciłem rodziców w Wielkim Pożarze Esphelim. Ktoś zaprószył ogień kilka domów dalej, ale ponieważ budynki stały blisko siebie, tamtego dnia spłonęło pół miasta. Nie pozostał mi nikt, tylko starsza siostra, Wirna. Wylądowaliśmy na ulicy. Aby przeżyć, musieliśmy kraść, zabieraliśmy jedzenie młodszym, słabszym dzieciom. Być może niektóre z nich nie przeżyły. Kilka miesięcy po pożarze w Esphelim pojawił się Dargol ze swoją drużyną. Na targu zobaczył, jak kradnę jedzenie z kilku straganów. W końcu zorientowałem się, że mnie obserwuje. Rozproszyło mnie to na tyle, że zostałem przyłapany. Prawa Esphelim są bardzo surowe, za kradzież groziło mi odcięcie ręki. Dargol zainterweniował. Nie pozwolił wezwać straży miejskiej. Czy odezwało się w nim współczucie, czy też od początku widział we mnie cenny nabytek, mogę tylko przypuszczać. Wziął mnie pod swoje skrzydła, a dla Wirny znalazł dom, w którym mogła pracować jako pomoc kuchenna. Z tego co wiem mieszka tutaj, w Koriandorze, i ma męża. Gdy już uporamy się z naszą sprawą, będę chciał ją odnaleźć. Początkowo Dargol wykorzystywał mnie do pozyskiwania informacji, gdy podrosłem, zostałem pełnoprawnym członkiem bandy. Nauczyli mnie wszystkiego, co powinien umieć najemnik, odebrałem nawet wykształcenie. Kiedyś, w jednej z potyczek z wrogą bandą najemników, zwaną Kompanią Dragonów, zostałem ranny. Musieliśmy szybko się wycofać. Rana nie była głęboka, jednak po trzech dniach zacząłem gorączkować i nie byłem w stanie utrzymać tempa. Tamci niemal na pewno już odpuścili, ale Dargol stwierdził, że nie może sobie pozwolić na opóźnienia. Zostawili mnie w środku lasu. Dargol zabrał wszystkie moje rzeczy, zostawił mi jedynie sztylet, na wypadek gdybym wolał podciąć sobie żyły zamiast konać przez kilka dni z gorączki. Uratował mnie myśliwy z pobliskiej wioski, który akurat wyruszył na łowy. Zabrał mnie do swojego domu, pomógł wyzdrowieć. Przez dwa lata pracowałem w miejscowym młynie. Gdy uzbierałem dość oszczędności zacząłem krążyć po okolicy i wynajmować się do nowych, nie do końca legalnych rzeczy. W końcu zarobiłem na tyle, by móc znowu zostać najemnikiem, tym razem pracując na własny rachunek.

Spojrzał na Alissę. Dziewczyna nie wiedziała, co powiedzieć.

– Powinniśmy spotkać się z Dargolem? – Spytała w końcu.

– Tak sądzę. Wie, że pracujemy dla Margollana, pewnie ma nam coś do powiedzenia na ten temat.

– Czy to bezpieczne? – zapytała z powątpiewaniem.

– Uwierz mi, gdyby Dargol chciał nas wyeliminować, nie ujawniałby się. On doskonale wie, kiedy działać jawnie, a kiedy pozostawać w cieniu.

∗ ∗ ∗

Poranek był wyjątkowo ponury – niebo zasnuło się stalowoszarym całunem chmur, z którego leciała na ziemię gęsta mżawka, mocząc ubrania i przenikając chłodem wszystkie członki ciała. W smętnym półmroku sylwetki ludzi przemykających ulicą wydawały się jeszcze bardziej przygarbione, jeszcze bardziej żałosne, jeszcze bardziej pozbawione życia.

Alissa zeszła do dolnej izby karczmy. Berenor siedział już przy jednym ze stołów. Zamówiła dla siebie śniadanie i dosiadła się do niego.

– Piękny dzień – rzekł smętnie Berenor. Alissa zauważyła, że najemnik, zwykle zachowujący spokój, wyglądał na przybitego.

– Coś się stało? – zapytała.

– Jedz, musimy się spieszyć, jeżeli mamy zdążyć. – W jego głosie słychać było rozdrażnienie.

– Dargol?

Spojrzał na nią dziwnie pustym wzrokiem.

– Jedz -powiedział. – Nie mam ochoty na rozmowy.

∗ ∗ ∗

Wyszli z miasta bramą północną, dziękując bogom, że trakt jest wybrukowany, dzięki czemu nie musieli grzęznąć po kostki w błocie. Alissa chciała wypożyczyć konie, jednak Berenor stwierdził, że w lesie nie mieliby z nich żadnego pożytku. Maszerowali na północ wśród zacinającego deszczu. Zauważyli, że mimo złej pogody trakt wypełniony jest podróżnymi jadącymi z i do miasta. Przemoczeni, zbliżali się do zakola gościńca.

– Jeszcze jedno – odezwał się Berenor. – Nie wspominaj, że jesteś magiem. Lata temu, Dargol stracił oko w pojedynku z jednym z was. Miał szczęście, że był to nowicjusz, bo gdyby natknął się na w pełni wykształconego maga, to nie miałby żadnych szans. W każdym razie od tamtej pory Dargol nienawidzi wszystkich, którzy parają się magią. Zwykł nazywać ich cudacznymi skurwysynami.

Alissa kiwnęła głową.

Z głównego traktu odbili w leśną ścieżkę, o której pisał Dargol. Alissa obejrzała się za siebie – nikt ich nie śledził. Berenor twierdził, że Margollan prawdopodobnie kazał ich śledzić. W mieście nie mogli nic z tym zrobić, jednak na pustej ścieżce szpieg powinien być widoczny. Zagłębiali się coraz bardziej w bór, czując, jak stopy zapadają się w rozmokłym podłożu. Szli jakieś dziesięć minut, gdy zza pobliskiego drzewa odezwał się głos:

– Stać.

Zatrzymali się. Zza pobliskiego pnia dębu wyłonił się mężczyzna dzierżący naładowaną kuszę. Spomiędzy drzew po drugiej stronie ścieżki wyszło dwóch kolejnych ludzi.

– Ty musisz być Berenor. Pasujesz do opisu – powiedział. Był młody, miał najwyżej dwadzieścia kilka lat. Długie, kruczoczarne włosy, zlepione wodą, opadały mu twarz ciężkimi strąkami. Na lewym policzku miał rozległe blizny po oparzeniach, które ściągały kącik jego ust w grymasie wiecznego niezadowolenia.

– A kim ty jesteś?

– Tigran. Miło mi poznać. – Na widok Alissy prawa strona jego twarzy rozjaśniła się uśmiechem, lewa pozostała kamienną maską niezadowolenia. Jego spojrzenie padło na Alissę. – A kim jest ona?

– Pracujemy razem – rzekł Berenor. – Zdaje się, że mieliście nas gdzieś zaprowadzić.

– Ach, tak. – Chłopak odłożył kuszę i zaczął grzebać w torbie przewieszonej przez ramię. – Będziemy musieli zawiązać wam oczy.

– Chyba sobie żartujesz – powiedziała Alissa.

– Kapitan nie jest pewny waszych intencji. Dlatego nie chce, abyście poznali położenie naszego obozu.

– Ale…

– Wszystko w porządku – przerwał jej Berenor. – Dostosujemy się.

Tigran podszedł do nich z dwoma kawałkami czarnego materiału i zawiązał im oczy. Alissa poczuła, że ktoś chwyta ją za ramię i zaczyna prowadzić przed siebie.

Drogę do obozu pokonali w milczeniu. Alissa potknęła się kilka razy o wystające korzenie, ale podtrzymujące ją ramię było silne i nie pozwoliło jej upaść. Musieli wyjść na otwartą przestrzeń, gdyż poczuła, że krople deszczu zaczynają częściej spadać na jej głowę. Mocne szarpnięcie zdarło opaskę z oczu. Przez chwilę mrugała, oślepiona światłem.

Jej oczom ukazała się spora polana, otoczona szaro-zieloną ścianą drzew. Na jednym z jej końców, naprzeciwko miejsca, w którym stała Alissa, wznosiło się niewielkie, strome wzgórze porośnięte gęstą, wysoką trawą. W jego zboczu ujrzała ziejącą czernią szczelinę, dostatecznie szeroką, by przeszedł przez nią człowiek – zapewne wejście do jaskini.

Na polanie znajdowało się około trzydziestu ludzi o srogich, zaciętych twarzach. Byli w różnym wieku – począwszy od gibkich wyrostków, skończywszy na siwowłosych mężczyznach, którzy najdalej za kilka lat mieli utracić zdolność do walki. Ze zdziwieniem zauważyła kilka kobiet, równie czerstwych jak otaczające je mężczyźni. Spostrzegła, że przez środek otwartej przestrzeni zmierza ku nim mężczyzna.

Sądząc po siwych, rzadkich włosach i zmarszczkach bezlitośnie tnących mu twarz, musiał dobiegać sześćdziesiątki, jednak nie poddawał się upływającemu czasowi – szedł dumnie wyprostowany, a muskularne ciało miało w sobie dozę lekkości. Czarna, skórzana opaska zakrywała prawy oczodół. Spod niej widać było pas czerwonej, poparzonej skóry, który rozciągał się w kierunku prawej skroni i deformował małżowinę. Człowiek ten instynktownie napełniał Alissę niepokojem – jego postawa, zwinne ruchy i drapieżny wyraz twarzy wręcz zdawały się mówić, iż nie jest to człowiek, z którym można sobie pogrywać.

Dargol stanął przed nimi, położył dłonie na biodrach i zaczął im się przyglądać. Gdy spojrzenie pojedynczego, stalowoszarego oka padło na Alissę, poczuła jak serce jej zamiera, jednak nie spuściła wzroku. Kącik ust najemnika delikatnie drgnął do góry.

– Nie stójmy na deszczu jak tanie dziwki. Właściwy obóz jest w jaskini – przemówił.

Odwrócił się poszedł w kierunku zbocza, a Berenor i Alissa podążyli za nim. Gdy dotarł do szczeliny, pierwszy się przez nią przecisnął i stanął nieco z boku, robiąc miejsce gościom. Jeden z jego ludzi, stojących pod ścianą kamiennego korytarza, podał mu pochodnię. Dargol zaczął iść w głąb jaskini i gestem dłoni nakazał im podążać za sobą. Po około dwudziestu metrach korytarz zaczął się rozszerzać, płynnie przechodząc w rozległą salę.

Alissie zaparło dech w piersiach za widok bogatej szaty naciekowej – widziała wszelkie możliwe kształty i rozmiary stalaktytów i stalagmitów – od maleńkich, przypominających sopelki tworów po olbrzymie kolumny, zdające się ciąć pomieszczenie na pół. Na środku płonęło duże ognisko, wokół którego krzątało się kilka osób. Dym uchodził z sali przez metrowej średnicy otwór w sklepieniu. Deszcz wpadający przez dziurę gromadził się w widocznej w podłożu szczelinie, którą odpływał w kierunku dalszych sal jaskini w postaci małego strumyka.

Dargol poprowadził ich w kierunku ogniska, gestem wskazując miejsca koło siebie. Jeden z najemników podszedł do niego i wyszeptał kilka słow. Dargol pokiwał energicznie głową, a mężczyzna oddalił się. Alissa zauważyła, że do sali, jedna za drugą, wchodzą kolejne, przemoczone osoby. Ujrzała wśród nich Tigrana.

Dargol zwrócił twarz w ich kierunku.

– Wiecie, czemu was tutaj zaprosiłem?

– Żeby powspominać dawne czasy? – spytał Berenor z wyraźną kpiną.

– Masz mi coś do zarzucenia? – Jedyne oko najemnika zmieniło się w wąską szparkę.

– Poza zostawieniem mnie w lesie na pewną śmierć?

– Sam dobrze wiesz, jak było. Wycofywaliśmy się, a ty nie potrafiłeś utrzymać tempa. Trzeba było cię poświęcić, aby drużyna mogła przetrwać.

– Tak to pamiętasz? Kontakt z Dragonami straciliśmy trzy dni wcześniej, najpewniej odpuścili, mogliśmy pozwolić sobie na małe opóźnienie. A ty nie zrobiłeś nic, aby to sprawdzić, od razu kazałeś mnie zostawić.

– Posłuchaj, gówniarzu. Poświęciłem całe swoje życie dla tej drużyny. Dzięki mnie moi ludzie mają co włożyć do ust. Dla tej bandy zrobiłbym wszystko. Wszystko, rozumiesz? To dla jej dobra przygarnąłem cię lata temu, dla niej zostawiłem cię w tym lesie. I gdybym miał wybierać znowu, to bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz. Gdyby od tego zależało przetrwanie moje i moich ludzi, to zatłukłbym cię gołymi pięściami. – Odwrócił twarz w kierunku ogniska. Tańczące światło rozjaśniało jego profil. – Jak ci się to nie podoba, to możesz wracać do Esphelim i przytulić się do kupy śmieci, którą nazywałeś domem, nim cię znalazłem.

Usta Berenora stały się wąską, napiętą linią, a ręce zaczęły niebezpiecznie dygotać.

– Berenor, nie! – zawołała Alissa zduszonym głosem, przeczuwając nadciagające niebezpieczeństwo. – Zabiją nas, jeśli go zaatakujesz – wyszeptała.

Dargol odwrócił ku nim twarz.

– Twoja kobieta ma rację. Może to z nią powinienem rozmawiać? – zapytał.

Berenor zamknął oczy i przełknął ślinę. Zaciśnięte pięści nadal drgały. Wziął kilka głębokich oddechów i wypuścił z sykiem powietrze. Gdy otworzył dłonie, na ich wnętrzach miał głębokie ślady po paznokciach.

– Więc czemu chciałeś się z nami zobaczyć? – powiedział po chwili nienaturalnie spokojnym głosem.

– Bo jesteśmy tu z tego samego powodu co wy. Gwardia Miejska wynajęła nas z powodu napadów na karawany – o tej współpracy wiedzą jedynie Generał Gwardii i porucznik Torren – obaj mają opinię nieprzekupnych. Gwardziści ustalili, że bandyci muszą przebywać gdzieś w tych lasach, jednak nie mają dość ludzi, by prowadzić regularne poszukiwania. Pięć dni temu schwytaliśmy człowieka przedzierającego się przez las, chyba chciał dojść do traktu i wkroczyć do miasta jako zwykły przybysz. Miał przy sobie bardzo ciekawy list, mam go tutaj.

Wyciągnął zwitek pergaminu zza pazuchy i podał Alissie.

 

Mamy twuj towar. Jeżeli hcesz go dostać, to masz zapłacić wiencej, niż się umawialiśmy. Tszy razy wiencej. Wiesz, jak się z nami skontaktować.

 

Alissa podała list Berenorowi.

– Zbyt wiele to nie mówi. Żadnych konkretów – powiedziała.

– Owszem – powiedział Dargol. – Ale po treści listu uznaliśmy, że adresat prawdopodobnie jest bogaty. Wykorzystaliśmy naszych ludzi w mieście, by nieco przyjrzeć się kupcom i ich interesom. Tak się składa, że odkryliśmy ciekawą rzecz – wszyscy zdają się sporo tracić przez napady na karawany, jednak jest ktoś, kto radzi sobie wyjątkowo dobrze w obecnej sytuacji.

– Margollan – rzekł Berenor. Słowo to zawisło między nimi.

– Tak – odparł Dargol. – Właśnie on. A przedwczoraj wieczorem do obozu wpadł posłaniec mówiący, że nie dość, że pojawiłeś się w mieście, to jeszcze na dzień dobry wynajął cię Margollan. Cóż za zbieg okoliczności.

– Czyli wy sugerujecie – przerwała im Alissa – że Margollan jest w coś zamieszany?

– Pomyśl przez chwilę – powiedział Berenor.

– Margollan wynajął tych bandytów, aby zubożyć swoich konkurentów – odparła, puszczając jego uwagę mimo uszu.

– Na to wygląda – rzekł Dargol. – Oczywiście na swoje własne karawany również kazał napadać, ale najwyraźniej tylko na te, które nie przewoziły zbyt wartościowego towaru. Dość zgrabnie to sobie wymyślił. Jego udział w całym procederze jest praktycznie nie do wykrycia, o ile nie podejrzewasz go od początku.

– Nie, przecież to bez sensu – powiedziała Alissa. – On chce, żebyśmy odnaleźli tych bandytów. Skoro jest z nimi w zmowie i wie gdzie ich znaleźć, to czemu nie powiedział nam od razu, dokąd mamy się udać?

– Bo przyznałby, że wie więcej, niż powinien – wyjaśnił Berenor. – Poza tym on pewnie wie tylko, jak się z nimi spotkać, nie zaś gdzie jest obóz.

– Nie mógł nam tego przekazać anonimowo?

– To na kilometr śmierdziałoby pułapką. Nie poszedłbym na coś takiego.

– Co mieliście dla niego zrobić? – spytał Dargol.

– Powiedział, że bandyci napadli na karawanę przewożącą towar, na którym bardzo mu zależało. Prosił, żebyśmy ich odnaleźli i odzyskali zgubę.

– Co jest tym towarem.

– Nie powiedział. Wiemy jedynie, że był przewożony w czarnej skrzyni z emblematem orła. Margollan jest pewien, że skrzynia nie została otwarta. Pewnie jest zamknięta magicznie.

– Całkiem możliwe. Margollana z pewnością stać na usługi tych cudacznych skurwysynów.

– Zaraz – odezwała się Alissa. – Jeżeli naprawdę zakładamy, że to Margollan stoi za napadami, to jedna rzecz nie trzyma się kupy. Skoro tak zależy mu na skrzyni, cokolwiek by w niej nie było, to dlaczego nie kazał swoim ludziom, żeby nie napadali na transport, którym był przewożony?

– Z tego samego, z którego kazał nam omijać miasto, idąc lasami. W środku musi być coś nielegalnego, co nie może dostać się do Koriandoru w zwykły sposób.

– A on nie ma przypadkiem kamieniołomu gdzieś w okolicy? – rzekł Dargol. – Mógłby kazać dostarczyć towar tam, a potem wynająć przemytników.

– Ma, ale po drugiej stronie przełęczy. Karawana z północy nie da rady tam dotrzeć, nie przejeżdżając przez miasto.

– Więc po co w ogóle transportuje skrzynię karawaną? Nie mógł po prostu wynająć przemytnika? – zapytała Alissa.

– Pewnie transportowanie jej zwykła karawaną jest po prostu tańsze.

– Dobra, w tej chwili dalsze dywagacje nie mają sensu – oznajmił Dargol. – Ważniejsze jest to, jak zamierzamy ich znaleźć.

– My? – Berenor uniósł brwi ze zdziwieniem.

– Sami nie macie szans i dobrze o tym wiecie – powiedział Dargol. – I mówię nie tyle o ich odnalezieniu, co o odzyskaniu skrzyni na własną rękę. Zapewne mają nad wami sporą przewagę liczebną. Potrzebujecie nas. A my potrzebujemy was. – Spojrzenie jasnego oka spoczęło na twarzy Berenora. – Przeczesywanie lasów na oślep może zająć wiele tygodni. Dlatego jeśli mamy ich znaleźć, to właśnie wy musicie wyciągnąć z Margollana jakieś wskazówki. A my, w zamian za to, pozwolimy wam zabrać skrzynię i odebrać nagrodę, zanim wydamy Zjawy w ręce Gwardii.

– Zgoda – rzekła Alissa.

– Więc moje zdanie kompletnie nie będzie tu miało znaczenia? – zapytał Berenor.

– Wiesz dobrze, tak samo jak ja, że go potrzebujemy.

– Możemy wynająć dodatkowych ludzi, jak doradzał Margollan, i to za jego pieniądze.

– Nie bądź dzieckiem! Wynajęcie ludzi zajmie za dużo czasu.

– Nie ufam Dargolowi za grosz, więc jak mam z nim pracować?

– Przecież jesteście najemnikami, powinno ci wystarczyć, że macie wspólny cel.

– I bardzo wiele okazji do zdrady – odparował.

Dargol obserwował kłótnię z uśmiechem.

– Dobrze wiesz, że to ja powinienem obawiać się zdrady z twojej strony – w końcu skąd mam wiedzieć, że nie wbijesz mi noża w plecy, by pomścić swoje krzywdy? – Spojrzał wymownie na Berenora. Rudy najemnik milczał. – Sam widzisz. Zaufałem ci. Tak samo, jak lata temu zaufałem biednemu sierocie, który musiał kraść jedzenie na targu.

Berenor spojrzał na byłego kapitana spode łba. Nie wyglądał na przekonanego.

– Niech ci będzie – odezwał się Berenor. – Im szybciej doprowadzimy tę sprawę do końca, tym szybciej będę miał cię z głowy.

– Nareszcie zaczynasz mówić z sensem. Macie plan działania?

– Mamy – odparła Alissa. Berenor spojrzał na nią, szczerze zaskoczony.

– Jaki?

– Nie twoja sprawa – powiedział Berenor. Alissa zdziwiła się, że jej towarzysz tak ochoczo ją poparł.

– Mamy współpracować, więc to jak najbardziej moja sprawa.

– Właśnie, współpracujemy, a nie służymy pod twoimi rozkazami. My wykonamy naszą część zadania, ty wykonaj swoją.

– Niech będzie – odparł Dargol, mierząc Berenora zirytowanym spojrzeniem.

– Tak z ciekawości, skąd wiedziałeś, że pójdziemy do siedziby Gwardii i odbierzemy twój list? – spytała Alissa, żeby rozładować napięcie.

– Nie wiedziałem. To był najmniej ryzykowny sposób na przekazanie wam go. Gdybyście go nie dostali, wymyśliłbym coś innego. A teraz idźcie już, macie coś do zrobienia.

∗ ∗ ∗

Alissa z radością zauważyła, że podczas ich pobytu w jaskini przestało padać, jednak niebo nadal było zasnute grubą warstwą chmur. Jako przewodnika ponownie dostali Tigrana. Zasłonięto im oczy i poprowadzono przez las. Gdy opaski zostały zdjęte, nadal stali pośród drzew.

– Poczekajcie chwilę – powiedział Tigran. – Muszę się upewnić, że nikogo nie ma ścieżce, zanim was na nią wyprowadzę.

Przeszedł kawałek wśród zarośli i, wychylając się zza drzewa, spojrzał na ścieżkę. Cały czas mieli go w zasięgu wzroku.

– Czysto – oznajmił, gdy wrócił. – Idźcie. Jak będziecie chcieli się z nami skontaktować, to pójdźcie do karczmarza w "Dzikim Raju" i powiedzcie mu "głupie ludzie pól już nie orzą". To nasz człowiek, jak usłyszy hasło, to powie wam co i jak.

– "Głupie ludzie pól już nie orzą"? – W głosie Berenora brzmiała kpina. – Niezbyt wyszukane.

– Hasło nie ma być wyszukane, tylko skuteczne – odparł chłopak.

– Co prawda, to prawda. Bywaj, Tigranie.

– Wy również. – Tigran skinął na swoich towarzyszy i zniknął w głębi lasu.

– Więc możesz mi zdradzić, co to za genialny plan? – zapytał Berenor, gdy rozpoczęli marsz w kierunku Koriandoru.

– Jaki plan?

– Na zmuszenie Margollana do gadania.

– Ach, to. – Zamyśliła się. Nie wiedziała, co skłoniło ją do przejęcia inicjatywy. Może to pewność siebie Dargola, władczy ton, jakim wydawał polecenia swoim ludziom, a może fakt, że Berenor zaczynał tracić panowanie nad sobą w obecności byłego kapitana. Przez krótką, cudowną chwilę znów poczuła się ważna i potrzebna, tak jak w dniu, gdy dowiedziała się, że przyjęli ją do Szkoły Magów. Zwykle wypierała wszelkie myśli o niej, a przecież nie wszystkie były złe, przeżyła tam również dobre chwile. Przez krótki moment poczuła przebłysk dawnej siebie, teraz jednak, gdy zmierzali do miasta, znowu pojawiły się wątpliwości.

– Więc? – ponaglił ją najemnik.

– Właściwie wszystko opiera się na założeniu, że Margollan faktycznie jest tak chciwy, jak zakładamy. Zainwestował w nas zaliczkę i nie będzie chciał jej stracić. Pójdźmy do niego i powiedzmy, że wyczerpaliśmy wszystkie tropy i nie znaleźliśmy nawet najmniejszego śladu Zjaw i rezygnujemy ze zlecenia. Może skłoni go to do ujawnienia, jak skontaktować się z bandytami, choćby anonimowo.

– Ryzykowne. – Berenor pokręcił głową z niezadowoleniem. – Przede wszystkim możemy się mylić i Margollan jednak nie jest zamieszany w nic podejrzanego, poza tym może po prostu pozwolić nam odejść, a potem nasłać skrytobójców, aby zemścić się za porażkę. – Zamyślił się. Alissa wyczekiwała jego kolejnych słów w napięciu. – A najgorsze jest to, że zbyt słabo znam Margollana, żeby wymyślić coś lepszego.

– Może Dargol nam coś podpowie?

– Nie mam zamiaru oglądać jego jednookiego pyska częściej, niż to konieczne.

– Porucznik Torren?

– Wątpię, by wiedział coś użytecznego. Poza tym nie powinniśmy kontaktować się z nim zbyt często, byłoby to podejrzane.

Alissa spuściła głowę. Tak wiele rzeczy mogło pójść źle. Nagle zapragnęła po prostu opuścić miasto i zapomnieć o tym głupim zleceniu. Nie wątpiła jednak, że Margollan jest na tyle wpływowy, by być w stanie uprzykrzyć im życie za ucieczkę. Pozostawało im jedno rozwiązanie – wypróbować jej śmiały plan i mieć nadzieję, że cena nie będzie zbyt wysoka.

Było późne popołudnie, gdy dotarli z powrotem do "Dzikiego Raju". Postanowili, że wizytę u Margollana odłożą na następny dzień.

∗ ∗ ∗

Poranek przywitał ich ciepłym, słonecznym uśmiechem, choć bruk wciąż nosił ślady nocnych opadów. Tak piękny dzień, a ja nie potrafię się nim cieszyć – pomyślała Alissa, nie mogąc pozbyć się złych przeczuć.

Pospiesznie zjedli poranny posiłek i udali się do domu Margollana. Alissa chciała, by przechadzka wśród skąpanych w słońcu kamienic Koriandoru trwała jak najdłużej, jednak, jak to zwykle w takich przypadkach bywa, zdecydowanie zbyt szybko znaleźli się przed dębowymi drzwiami domu Margollana. Berenor wyciągnął rękę i zastukał kołatką w kształcie głowy jelenia – rodowego symbolu Margollana.

Drzwi uchyliły się i pojawiła się w nim łysiejąca głowa starszego służącego.

– Chcielibyśmy zobaczyć się z Margollanem – powiedział Berenor.

Starzec skinął głową i zniknął w środku budynku. Poczekali przed drzwiami, a gdy wrócił, powiedział:

– Mój pan was oczekuje.

Weszli za służącym do środka i znaleźli się w niewielkim holu, wyłożonym błękitnym dywanem. Ze zdziwieniem zauważyli, że ściany są nagie – na czerwonych cegłach nie wisiał żaden obraz. Po lewej i po prawej stronie widzieli drzwi prowadzące do pomieszczeń, zaś przed sobą mieli schody prowadzące na piętro i to właśnie tam skierował się służący. Po pokonaniu kilkudziesięciu schodów znaleźli się w długim korytarzu. Łysiejący jegomość poprowadził ich do drzwi na końcu, delikatnie zapukał i otworzył je.

– Najemnicy Berenor i Alissa – zapowiedział.

Weszli do gabinetu Margollana. Było to średniej wielkości pomieszczenie, wyłożone, podobnie jak hol na dole, błękitnym dywanem. Wzdłuż nieotynkowanych, ceglanych ścian biegły półki z książkami, zauważyła także dwa wysokie sekretarzyki o szklanych drzwiach, w których kupiec musiał trzymać dokumenty. W centrum pomieszczenia stało piękne, mahoniowe biurko rzeźbione w roślinne wzory, ale nie było w nich przesady. Wokół niego stały cztery starannie wykonane, obite niebieską tapicerką fotele – jeden dla gospodarza i trzy, ustawione po przeciwnej stronie biurka, przeznaczone dla gości. Wyposażenie gabinetu przypadło Alissie do gustu – kupiec stawiał raczej na elegancki pragmatyzm niż bogaty przepych. Jej spojrzenie padło na siedzącego za mahoniowym blatem kupca i poczuła, jak niepokój znów ściska jej gardło żelazną pięścią.

– Siadajcie – powiedział Margollan łagodnym głosem, wskazując im fotele prze biurkiem. – Jakie postępy poczyniliście w mojej sprawie?

– Niewielkie – rzekł Berenor.

– To znaczy?

– Próbujemy ich odnaleźć, ale bez większych rezultatów. Gwardia Miejska nie wie praktycznie nic, znaleźli tylko kilka opuszczonych obozowisk. Sprawdziliśmy je, jednak nie było tam żadnych śladów, które mogłyby nam pomóc, nie mamy nawet pewności, że to obozowiska Zjaw. Próbowaliśmy rozpytywać w karczmach, ale nie dowiedzieliśmy się niczego, a niestety nie mamy z Alissą żadnych kontaktów w mieście, które mogłyby nam pomóc.

Margollan odchylił się w fotelu i splótł dłonie na brzuchu, biorąc głęboki, świszczący oddech.

– Więc z czym do mnie przychodzicie? Jeśli po pieniądze to od razu ostrzegam, wynajęcie małej armii dla regularnego przeczesywania lasów wykracza poza moje możliwości.

– Tak właściwie, to chcieliśmy zrezygnować ze zlecenia – powiedziała Alissa, czując jak drży jej głos. Miała nadzieję, że kupiec tego nie wychwycił.

Margollan powoli przesuwał wzrok z jednego rozmówcy na drugiego, po czym utkwił spojrzenie z powrotem w Berenorze.

– Muszę przyznać, że po kimś o pańskiej reputacji spodziewałem się znacznie więcej. – W jego głosie brzmiał zawód.

– Jesteśmy tylko ludźmi – odparł najemnik. – Czasem nie jesteśmy w stanie wykonać zadania.

– Ja jednak nie przyjmuję odmowy. Pracujecie nad sprawą od niecałych trzech dni, musi być coś, co jeszcze możecie zrobić. Daję wam dodatkowe trzy dni, jeżeli nic nowego nie znajdziecie, przyjmę waszą rezygnację. I mam nadzieję, że oddacie zaliczkę.

– Tam, skąd pochodzę, najemnik zawsze zachowuje zaliczkę, niezależnie od powodzenia misji.

Oczy Margollana zmieniły się w wąskie szparki.

– Niech tak będzie – rzekł. – Trzy dni. A teraz żegnam, muszę wracać do swoich spraw.

Pożegnali się i wyszli. Służący odprowadził ich do drzwi.

– I co o tym sądzisz? – zapytała Alissa.

– Nie wiem – odparł Berenor. – Mam jednak dziwne przeczucie, że właśnie wpakowaliśmy się po uszy w gówno.

∗ ∗ ∗

Kolejne dni nie obfitowały w wydarzenia. Uznali, że należałoby pozorować wysiłki, na wypadek, gdyby Margollan kazał ich śledzić. Zaczęli rozpytywać po karczmach, jednak ich starania nie przyniosły żadnych rezultatów, tak jak się spodziewali.

Wieczorem trzeciego dnia siedzieli w głównej izbie "Dzikiego Raju". Jak dotąd, nie otrzymali żadnej wskazówki od Margollana.

– Wygląda na to, że twój plan nie zadziałał – stwierdził Berenor.

– Sama nie wiem, czego się spodziewałam. – Alissa zwiesiła smętnie głowę. – Co robimy dalej?

– My? Nie ma żadnego my. Odnajdę siostrę, a potem wyjeżdżam z miasta. A ty rób co chcesz. – Podniósł się z miejsca. – Idę spać.

Alissa siedziała jeszcze chwilę, sącząc wino, po czym również udała się na spoczynek.

Obudziły ją odgłosy walki dochodzące z korytarza. Nim zerwała się z łóżka, drzwi jej pokoju otwarły się z hukiem i wtargnął przez nie mężczyzna o wyglądzie gwałtownika. W ręku miał nóż. Przetoczyła się po łóżku i spadła na podłogę. Podniosła się szybko. Mężczyzna był tuż przy niej. Splotła energię magiczną i uderzyła. Chciała zabić, ale w pośpiechu coś pokręciła i zbir jedynie zgiął się w pół. Nim upadł, do pokoju wpadł drugi mężczyzna. Gdy tylko zorientował się, co się dzieje, doskoczył do Alissy, chwycił ją za ręce i uderzył czołem w twarz, łamiąc jej nos. Poczuła, jak ciepła krew zalewa jej usta.

– Będziesz już grzeczna? – Czyjaś ręka pociągnęła ją za włosy, zmuszając do odchylenia głowy. Poczuła na szyi chłód sztyletu. Potaknęła, czując napływające do oczu łzy. – Masz kuszę? – zwrócił się do towarzysza gramolącego się z podłogi.

– Mam – odparł towarzysz. Pogrzebał w połach długiego płaszcza i wydobył z nich małą, kieszonkową kuszę.

– Ubieraj się. – Zbir pchnął ją na podłogę. – Jeden gwałtowny ruch, lala, a zarobisz bełta w rzyć – ostrzegł ją.

Alissa czuła się upokorzona, przebierając się na oczach dwóch oprychów. Przeklinała dzisiejszą pełnię. W bladym świetle księżyca widzieli o wiele więcej, niżby sobie tego życzyła.

Gdy się ubrała, zbir ze sztyletem, skrępował jej ręce, złapał ją pod ramię i bezceremonialnie wypchnął z sypialni. Wyszli przed karczmę. Po chwili dołączył do nich Berenor w towarzystwie pięciu mężczyzn. Najemnik miał skrępowane ręce i podbite oko.

– Nie było problemów? – zapytał trzymający ją bandyta. Jeden z otaczających Berenora pokręcił głową. – Zatem idziemy.

Poprowadzili ich pustymi ulicami Koriandoru. W pewnym momencie zatrzymał ich patrol Gwardii Miejskiej, jednak nim Alissa mogła odetchnąć z ulgą, trzymający ją mężczyzna wydobył odznakę.

– Nie wtrącać się, są aresztowani.

– A, to ty, Carhan – rozpoznał go dowódca patrolu. – W takim razie idziemy w swoją stronę. Powodzenia.

– Dzięki – odparł Carhan i przynaglił ich do dalszego marszu.

Szli dalej krętymi uliczkami Koriandoru, aż dotarli do niewielkiego, obskurnego budyneczku położonego w jednej z biedniejszych dzielnic miasta. Carhan i jego ludzie popchnęli Berenora i Alissę w kierunku schodów prowadzących do piwnicy. Znaleźli się w chłodnym pomieszczeniu o krzywych, ceglanych ścianach.

Stało w nim dwoje ludzi. Jednym z nich był Margollan – Alissa zauważyła, że zwykle łagodna, pociągła twarz kupca była napięta – bardziej niż ludzkie oblicze przypominała łeb drapieżnego zwierza, gotowego kąsać swoje ofiary. Obok niego stała skromnie ubrana kobieta. Nieliczne siwe włosy widoczne na jej głowie wskazywały, że dobiegała czterdziestki. Miała skrępowane dłonie i twarz obficie zroszoną łzami. Alissa była pewna, że widzi ją pierwszy raz w życiu.

– Wirna? – spytał Berenor, wbijając spojrzenie w kobietę.

– Berenor! – zawołała, a po jej twarzy pociekło więcej łez. – O co w tym wszystkim chodzi? W co ty się wplątałeś?

– Cisza. – Głos Margollana był spokojny, choć czaiła się w nim groźba. – Czas na rodzinne spotkanie po latach będzie później. Najpierw interesy. Nie było żadnych problemów po drodze? – zwrócił się do Carhana.

– Napotkaliśmy jeden patrol Gwardii, ale przepuścili nas bez zadawania pytań.

– Dobrze, sierżancie.

Margollan założył ręce za plecy i zaczął przechadzać się po piwnicy, zbierając myśli. Przez chwilę jedynym słyszalnym dźwiękiem było ciche szlochanie Wirny.

– Powiedz mi – zwrócił się do Berenora – jak to możliwe, że najemnik o twojej reputacji może sądzić, że nie sprawdziłem go przed zatrudnieniem, a potem nie kazałem śledzić? A ty masz czelność przychodzić do mnie i kłamać w żywe oczy. Owszem, byłeś w siedzibie Gwardii i sprawdzałeś obozowiska znalezione przez nich w lesie, ale rozpytywanie po karczmach zacząłeś dopiero po rozmowie ze mną. A kontakty w tym mieście masz, byłeś tu już wiele razy. Na twoje szczęście jesteś dla mnie bardziej użyteczny żywy niż martwy. – Podszedł do Wirny i zaczął gładzić ją po policzku. Kobieta zamknęła oczy i cała zesztywniała pod jego dotykiem. – Twoja siostra jest moim honorowym gościem. Jak widzisz, na razie włos z głowy jej nie spadł. Niestety, nie można tego samego powiedzieć o jej mężu.

– Naprawdę sądzisz, że zabijanie może ujść ci na sucho? – zapytał Berenor.

– Sierżancie?

– Najemnik Berenor zabił szwagra, gdy dowiedział się, że ten zdradzał jego siostrę – wyrecytował Carhan. – Wirna nie mogła się z tym pogodzić i żalu podcięła sobie żyły.

– Słyszysz? – spytał kupiec. – Tak to będzie wyglądać, jeżeli nie zrobisz tego, co chcę. A teraz posłuchaj – pójdziesz do łaźni koło bramy wschodniej i powiesz obsługującemu, że zeszłej nocy miałeś piękny sen, zupełnie jak żywy. On powie ci, jak dotrzeć do ludzi, którzy mnie okradli. Ty zaś odzyskasz skrzynię i zawieziesz ją do mojego kamieniołomu. Ponieważ zmusiłeś mnie do zrobienia rzeczy, których wolałbym nie robić, nie dostaniesz za to zapłaty. Po prostu pozwolę żyć twojej siostrze. Zawiedziesz mnie po raz kolejny… Sam domyśl się reszty.

Margollan skinął głową Carhanowi i sierżant rozciął krępujące ich więzy. Jeden z przekupionych Gwardzistów otworzył drzwi od piwnicy, nakazując im wyjść.

Przemierzając ulice Koriandoru, Berenor pędził tak, że Alissa miała kłopoty z dotrzymaniem mu kroku. Nie miała jednak odwagi poprosić go, by zwolnił. Nie chcąc później tracić na to czasu, wzięła się za leczenie złamanego nosa. Gdy wpadli do "Dzikiego Raju", Berenor wszedł za szynkwas, kierując się ku drzwiom do sypialni karczmarza.

– Czekaj… – powiedziała Alissa, stąpając tuż za nim.

– Nie mamy czasu. – Pchnął drzwi z dużą siłą. Trzask obudził karczmarza i jego żonę. – Głupie ludzie pól już nie orzą – rzekł od progu.

– Co? – Zdezorientowany karczmarz pocierał zaspane oczy.

– Podałem hasło!

– Panie, jakie hasło? Nie było żadnego hasła, przecie wiem kim jesteś, więc po co jakiekolwiek hasło?

– Zabiję go – oświadczył Berenor, wyobrażając sobie poparzoną twarz Tigrana. Miał ochotę zmasakrować drugą jej część.

– Kogo?

– Nieważne. Muszę się widzieć z Dargolem, jak najszybciej. Poślij gońca.

– Dobrze, dobrze, jego ludzie będą na was czekać zaraz po świcie, w tym miejscu co poprzednio. Ale czy coś się stało?

– Poślij gońca. Ja idę spać. – Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Alissa zrobiła, jak jej się wydawało, przepraszającą minę i wyszła bez słowa.

∗ ∗ ∗

Opuścili miasto, jeszcze zanim pierwsze promienie słońca skąpały świat swoim blaskiem. Przed wyjściem zapłacili karczmarzowi, by ten posłał gońca do łaźni i podał hasło. Goniec z odpowiedzią od bandytów miał udać się prosto do obozu Dargola.

– Wiesz, że jeżeli on faktycznie nas śledzi, to będzie wiedział, że udaliśmy się do lasu, zanim odwiedziliśmy łaźnie. – Obejrzała się za siebie. Trakt był pusty, jednak była pewna, że ktoś ich obserwował, zanim opuścili miasto.

– Nie obchodzi mnie to.

– Zaryzykujesz życie siostry?

– On może ją zabić, nawet jeżeli dam mu to, czego chce. A ja wolę działać, zamiast bawić się w podchody.

Nie rozmawiali już ze sobą aż do momentu dotarcia do obozu Dargola. Gdy opaski zostały ściągnięte z ich oczu, Alissa poczuła dziwną ulgę na widok starego najemnika. Dargol wysłuchał ich opowieści z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

– Niedobrze – powiedział, gdy skończyli mówić. – Ten cały plan był bardzo ryzykowny. Dziwię się, że się na to zgodziłeś – rzekł, patrząc na Berenora. – Musimy działać szybko, a niestety będziemy tylko znali miejsce spotkania, nie lokację obozowiska. Zrobimy tak – ja skompletuję oddział, sześciu, może siedmiu ludzi potrafiących poruszać się po lesie i sam go poprowadzę. Wy pójdziecie na umówione spotkanie, a my będziemy trzymać się w tyle, ale tak, by mieć was w zasięgu wzroku. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze i nie zostaniemy wykryci, powinniśmy trafić prosto do ich obozu.

– Siedmiu ludzi? – zapytał Berenor. – To ma wystarczyć?

– Gdy atakują karawany, zawsze zostawiają część towaru. Myślę, że nie ma ich zbyt wielu – dziesięciu, może piętnastu ludzi. Poza tym, gdyby Margollan utrzymywał małą armię, powinniśmy widzieć to w jego finansach.

– Ale możesz się mylić.

– Mogę – przyznał Dargol – ale nie mamy lepszego wyjścia. Jeśli wezmę więcej ludzi, zostaną wykryci i nie uratujemy twojej siostry. Jeśli uda nam się uderzyć z zaskoczenia, siedmiu ludzi powinno wystarczyć.

Berenor skrzywił się. Alissa zdawała sobie sprawę, że nie chce pokładać nadziei na ocalenie Wirny w planie, w którym było zbyt wiele niewiadomych. Gdy tylko istniał inny sposób… Tyle że przecież istniał.

– Dargolu – powiedziała, czując strach na myśl o słowach, które musiały paść z jej ust. – Jest inne wyjście.

– Kolejny genialny plan? – Najemnik spojrzał na nią sceptycznie. – Poprzednio nie popisałaś się zdolnościami przywódczymi.

– Nie. – Nabrała powietrza w płuca. Po prostu to powiedz – ponagliła samą siebie. – Dargolu, jestem magiem.

Zobaczyła, jak twarz najemnika napina się. Jedyne, stalowoszare oko, dotąd patrzące z pobłażaniem, wyraźnie pałało niechęcią. Pochwyciła wzrok Berenora – w jego oczach dojrzała nie tylko zaskoczenie, ale też coś na kształt uznania. Ten widok dodał jej otuchy.

– Prawie magiem – dodała. – Wyrzucono mnie ze szkoły, gdy byłam na drugim roku, zresztą to teraz nieważne. Znam pewne zaklęcie, które może magicznie związać ze sobą dwa przedmioty. Gdy ktoś weźmie do ręki jeden z nich, będzie wyczuwał, gdzie znajduje się ten drugi, nawet jeżeli nie jest magiem. W ten sposób będziesz mógł zabrać więcej ludzi i podążać za nami w większej odległości, nie ryzykując wykrycia.

 Przez chwilę Dargol wpatrywał się w nią intensywnie, po czym odchylił głowę i wybuchnął śmiechem – zimnym, pozbawionym wesołości rechotem.

– Magiczne sztuczki – powiedział wolno. – Zatajasz przede mną, kim naprawdę jesteś, a teraz chcesz, żebym zawierzył magicznym sztuczkom! Skąd mam wiedzieć, czy ten twój magiczny przedmiot po prostu nie zabije mnie przy pierwszym dotyku?

– Dargolu, proszę – odezwał się Berenor. Alissa pierwszy raz widziała, by kogoś błagał. – Tu chodzi o Wirnę. Alissa nie powiedziała ci, kim jest, za moją namową. Gdyby chciała cię zabić, to zauważ, że miała już wiele okazji, by to zrobić, i z żadnej nie skorzystała.

Dargol zmierzył dziewczynę od stóp do głów spojrzeniem pojedynczego oka po czym zwrócił się do Berenora:

– Ufasz jej?

– Tak – odparł Berenor bez chwili namysłu.

– Niech będzie. Mam nadzieję, że tego nie pożałuję. – Podszedł do Alissy. – Zaczaruj to – powiedział, ściągając opaskę i wciskając ją dziewczynie w dłoń.

Alissa rzuciła zaklęcie w pośpiechu, starając się nie patrzeć na wielką, czerwoną dziurę widoczną na twarzy najemnika. Oddała opaskę Dargolowi, po czym, po chwili zastanowienia, rzuciła identyczne zaklęcie na własny but.

– Faktycznie, wyczuwam go – rzekł Dargol. – Zajmę się doborem oddziału.

Czekali może godzinę, gdy do obozu wpadł goniec wysłany przez karczmarza z "Dzikiego Raju". Oznajmił, że Zjawy Koriandoru chcą się spotkać niedaleko źródła pobliskiej rzeki, w miejscu, gdzie dno koryta zapadło się, tworząc niewielki wodospad. Do wyznaczonego czasu spotkania mieli około pół godziny.

– Ruszajcie – powiedział Dargol. – My wyruszymy piętnaście minut po was.

Zaczęli iść przez gęstą knieję, uważając, by nie potknąć się o plątaninę korzeni. Po chwili Alissa poczuła, że Dargol i jego ludzie zaczęli iść za nią i Berenorem. Brnęli przed siebie, aż doszli do umówionego miejsca spotkania. Czekało na nich trzech wychudłych, obdartych mężczyzn.

– Hasło? – zapytał najwyższy z mężczyzn, najwyraźniej dowódca. Jego towarzysze podnieśli kusze i wycelowali je w Berenora i Alissę.

– Zeszłej nocy miałem piękny sen, zupełnie jak żywy – odpowiedział Berenor.

– Dobrze – powiedział przywódca, a jego towarzysze opuścili broń. – Czyli kupiec zapłaci więcej?

– Nie do końca – powiedział Berenor. Alissa wyczuła, że gdzieś w tyle Dargol kazał swoim ludziom zatrzymać się. – Przyszliśmy negocjować.

– Ja się nie znam na żadnych neglacjacjach. Płacicie więcej, czy nie?

– Zapłacimy więcej niż w umowie, ale nie tyle, ile chcieliście.

– Ile?

– Najpierw pokażcie, że macie towar.

– Nie mamy go tu – powiedział zbir. – I co, z dupy mam ci wyciągnąć?

Cała trójka zarechotała wyrafinowanego żartu.

– A co, nie dasz rady? – powiedziała Alissa zirytowanym tonem.

– Te, niunia, ja cię mam tak po prostu zaprowadzić do naszego obozu? Jak tak cię chcica bierze, to skoczym tu pod drzewko i załatwim co trza…

– Jak nie zobaczymy skrzyni, to chuj z forsą – powiedział Berenor. – Zostaniecie z towarem, który wam nie jest potrzebny i którego nikt nie odkupi, bo inny kupiec prędzej na was doniesie niż uwierzy, że macie coś wartościowego.

Trzech zbirów spojrzało po sobie z wyraźną konsternacją. Na ich twarzach odmalował się ów charakterystyczny wyraz czystej niewinności, wskazujący, że idiota próbuje myśleć.

– To niby ma sens. Idziemy – oświadczył przywódca.

– Ochujałeś, Dago? Szefo ci łeb ukręci, jak ich do obozu przyprowadzim.

– Ukręci, nie ukręci – powiedział Dago. – Jak z niczym wrócim na pewno ukręci. Zawiązać im oczy i idziem.

Po chwili wyruszyli w kierunku obozu bandytów, przedzierając się przez gęstą knieję. Zbir, prowadzący Alissę, próbował macać jej pośladki, uderzyła więc łokciem w bok i z zadowoleniem usłyszała ciche stęknięcie, gdy trafiła w miękkie ciało. Przez resztę drogi zbój nie już próbował naruszać jej cielesności.

Gdy opaski zostały zerwane, znajdowali się na dość dużej, wąskiej polance, o wiele bardziej zarośniętej niż ta, na której Dargol zorganizował obóz dla swoich ludzi. W wielu miejscach, tuż przed linią drzew, ustawiono różnego rodzaju skrzynie, kufry i worki – łup z napadów na karawany. Większość leżała w nieładzie, najwyraźniej zbiry wybrały to, co według nich było wartościowe, zaś reszta leżała pod gołym niebem, niszczejąc.

– Kurwa, Dago, na chuj ich żeś tu przyprowadził?! – Rozległ się donośny głos. Alissa odwróciła głowę i dostrzegła wysokiego, barczystego mężczyznę o długich włosach zmierzającego w ich stronę. Wyglądał na równie nieokrzesanego jak reszta jego bandy, ale zauważyła, że na jego palcach i szyi pobłyskuje zrabowana biżuteria.

– Neglecjować chcieli – odparł Dago. – I powiedzieli, że jak towaru nie zobaczą, to nic nam nie zapłacą. Ale spokojna głowa, ja im oczy zawiązał, więc potem tu nie trafią, choćby chcieli.

– A sprawdziłeś, idioto, czy nikt ich nie śledził?

– Tak – odpowiedział z dumą Dago. – Kazałem Korgowi zostać trochę z tyłu i żadnego znaku nie dawał, znaczy się w zasięgu wzroku nikogo nie było.

– No proszę, przebiegłość o jaką cię nie podejrzewałem. Będziesz mógł wybrać sobie co chcesz z następnej karawany.

Dago podziękował i oddalił się.

– Chcemy zobaczyć skrzynię – powiedział Berenor.

– Chodźcie za mną – powiedział przywódca i zaczął prowadzić ich w kierunku przeciwległego krańca polany. Alissa czuła, że Dargol i jego ludzie zbliżają się, jednak potrzebowali jeszcze trochę czasu.

Doszli na skraj polany, gdzie leżała czarna, sześcienna skrzynia z wymalowanym na niej symbolem orła. Była mniejsza, niż Alissa się spodziewała – sięgała jej nieco powyżej kolana. Pilnowało jej dwóch ludzi uzbrojonych w kusze.

– Oto i jest – powiedział dowódca, wskazując na skrzynię. – Nie udało nam się jej otworzyć, ani roztrzaskać, więc nie wiem, co jest w środku. Ponownego wstępu do obozu mieć nie będziecie, więc albo płacicie od razu i zabieracie ją sami, albo najpierw przekazujecie nam pieniądze, a potem liczycie, że dostarczymy ją tam, gdzie wskażecie. Wszystko jasne?

– Jasne – odparł Berenor.

– Świetnie. To ile oferujecie?

– Sto pięćdziesiąt procent.

– Pro… Co? – Przywódca bandytów był bardziej rozgarnięty od swoich ludzi, jednak najwyraźniej nie odebrał starannego wykształcenia.

– Tyle, ile umawialiśmy się na początku plus połowę tego.

– Chyba żartujesz…

Ciszę na polanie przerwał ostry gwizd, dochodzący gdzieś spomiędzy drzew.

– Co do… – rzekł przywódca. Zagwizdał dwa razy, ale odpowiedź nie nadeszła.

Alissa poczuła, że Dargol wyraźnie przyspieszył, tak jakby oddział zerwał się do biegu. Byli tuż tuż…

– Teraz – zawołała do Berenora. Z energii magicznej uformowała krąg wokół szyi jednego z kuszników i zaczęła go dusić. Berenor wyszarpnął sztylet z przypiętej do pasa pochwy i jednym wprawnym ruchem rozpłatał gardło przywódcy Zjaw.

Pozostał drugi z kuszników. Przez chwilę patrzył zaskoczony, jak jego towarzysze padają bez życia, potem jednak wzniósł kuszę, celując prosto w pierś Berenora. Alissa w ostatniej chwili zdążyła ukształtować energię i zbić kuszę w dół. Bełt wystrzelił i zamiast wbić się między żebra, przebił na wylot prawe udo najemnika. Berenor krzyknął i upadł na ziemię, uniósł się lekko na łokciu i cisnął sztyletem w kusznika. Oręż wbił się po rękojeść, tuż obok serca. Mężczyzna wypuścił kuszę i otworzył usta, jednak zamiast krzyku wydostała się z nich krew. Mimo wszystko ustał na nogach, dobył wiszącego mu u pasa krótkiego noża i ruszył w kierunku Berenora. Alissa chwyciła magicznie tkwiący w jego piersi sztylet i zaczęła obracać nim na wszystkie strony, powiększając ranę. Kusznik zatrzymał się, sparaliżowany bólem, a z jego ust ciekło coraz więcej krwi. W końcu musiała przekłuć serce, gdyż mężczyzna osunął się na ziemię bez życia.

Alissa odwróciła się w kierunku drugiego końca polany, gotowa do dalszej walki. Kilku bandytów leżało martwych, pozostali zaś skryli się za skrzyniami z towarem, skąd posyłali bełty w kierunku drzew, od strony zarośli jednak nadlatywało znacznie więcej pocisków. Zbóje jeden po drugim padali zabici, aż na polanie zapadła cisza. Spomiędzy drzew wychodzili najemnicy.

Spojrzała na Berenora. Najemnik miał zawzięty wyraz twarzy, a dłonie kurczowo zaciskał na rannej nodze. Spod bełtu wypływało sporo krwi. Naprawdę sporo. Uklęknęła przy nim.

– Tylko draśnięcie – powiedział Berenor z wyraźnym wysiłkiem. – Będę żył.

– Nic nie mów. – Rozdarła spodnie Berenora w okolicy rany. Wiedziała, że nie poradzi sobie sama. rozejrzała się po polanie. Zauważyła, że pojawił się na niej Dargol. – Tutaj! – krzyknęła, machając do niego ręką. Jednooki najemnik odwrócił głowę i zaczął iść w ich kierunku.

– Rzuć na to okiem – powiedziała, gdy Dargol przyklęknął obok niej.

– Kurwa – zaklął. – Przebita tętnica. Potrafisz to wyleczyć?

– Chyba tak, ale nigdy nie zasklepiałam tak dużej rany.

– Musisz dać radę, inaczej on umrze. – Stalowoszare oko wpatrywało się w nią natarczywie.

– Dobrze.

– Chwyć bełt za lotkę. Ja odłamię grot, a wtedy ty pociągniesz z całej siły. Będziesz musiała działać szybko, inaczej on się wykrwawi.

– Kończcie gadać – wtrącił się Berenor.

Dargol złapał za końcówkę bełtu.

– Trzy… Dwa… Jeden… – Przełamał pocisk, a Alissa wyciągnęła go z rany. Tryskająca krew ochlapała jej szatę. Skupiła wolę, wyczuła rozerwaną tętnicę i zaczęła ją naprawiać. Gdy się udało, wzięła się za pozostałe naczynia, nerwy, mięsień i wreszcie za skórę. Gdy po ranie pozostała jedynie czerwona, jaśniejąca blizna, odetchnęła z ulgą. Miała jeszcze trochę energii, więc naprawiła spodnie Berenora. Spojrzała na jego twarz. Najemnik był blady, a na jego skórę wystąpiły krople potu. Żył.

– Jak się czujesz? – spytała.

– Wyliżę się. Pomóż mi wstać – zwrócił się do Dargola. Starszy mężczyzna wyciągnął rękę i podźwignął byłego podopiecznego. Berenor zachwiał się, ale utrzymał równowagę.

– Wam jak poszło? – spytał.

– Gładko – rzekł Dargol. – Mieli za mało ludzi, żeby wystawić porządne czujki. Chyba liczyli na to, że żaden zorganizowany oddział nie zawita do nich ot tak, no i się przeliczyli.

– Jakieś ofiary?

– Cara. Dostała bełtem w szyję, nawet nie próbowaliśmy jej ratować. A wy jak, macie to, czego szukaliście?

Alissa wskazała na czarną skrzynię leżącą niedaleko trupa dowódcy.

– Tyle zachodu o tak niewielką rzecz – westchnął Dargol. – Jesteś w stanie ją otworzyć?

Wysłała wolę. Zaklęcie zamykające nie było zbyt skomplikowane. Wykonała kilka szybkich gestów dłonią i wieko odskoczyło.

Wewnątrz, w pozycji embrionalnej, siedział mały chłopiec. Mógł mieć trzy, może cztery lata. Błękitne loki opadały na pucołowatą twarz.

– Magicznie uśpiony – powiedziała Alissa. – Moment… – Ściągnęła zaklęcie.

Dziecko uniosło głowę i otworzyło oczy – zaropiałe oczy o czerwonych tęczówkach. Wzięło oddech, w którym wyraźnie było słychać rzężenie.

– Cholera, cofnąć się! – krzyknął Dargol. – Jest chory na aspheliusa!

Odeszli w tył. Czerwone, załzawione oczy wpatrywały się w nich. Chłopiec zaczął się podnosić, chcąc wyjść ze skrzyni.

– Uśpij go! Na co czekasz!

Alissa wymamrotała zaklęcie i drobne ciałko opadło z powrotem na drewniane dno.

– Przecież to nie ma sensu – powiedziała, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Mały chłopiec chory na aspheliusa… Epidemie tej choroby już nie raz dziesiątkowały całe miasta. Władcy bali się jej bardziej niż wojen. Wszystkie osoby, u których ją wykryto, musiały być poddawane przymusowemu odosobnieniu. Jakiekolwiek uchybienia w przypadku aspheliusa karane były śmiercią. Przemycanie chorego do centrum dużego miasta wydawało się kompletnym szaleństwem.

– Niestety, to ma sens – powiedział Dargol. Alissa po raz pierwszy zobaczyła na jego twarzy odrazę. – Niewiele osób o tym wie, ale z wątroby chorego na aspheliusa, po odpowiedniej obróbce, można uzyskać pewną substancję. Jest bardzo rzadka, a najmniejszy błąd przy próbie jej pozyskania kończy się śmiercią, dlatego osiąga zawrotne ceny.

– Ale co ona robi? – Alissa czuła, jak w brzuchu rodzi się jej nieprzyjemne uczucie.

– To narkotyk – odpowiedział Dargol. – Halucynogen. Tak silny, że zwą go Siewcą Żywych Snów.

Zapadło milczenie.

– To co robimy? – spytała. Dargol i Berenor wymienili ze sobą spojrzenia. – Chyba nie chcecie oddać go temu zwyrodnialcowi? – powiedziała.

– Nie mamy innego wyjścia – odparł Berenor.

– Nie, nieprawda, musi być inne wyjście! – Czuła, że do oczu napływają jej łzy. Spojrzała na wątłe ciałko spoczywające na dnie skrzyni. Był tak podobny do jej brata… Musiała coś zrobić.

– Alissa, tu chodzi o moją siostrę. – powiedział Berenor łagodnym tonem. – On i tak umrze, a jej możemy pomóc.

Odwróciła twarz. Wiedziała, że najemnik ma rację, ale tak bardzo nie chciała mu jej przyznać.

– Powiedz, że przynajmniej on poniesie za to karę – zwróciła się do Dargola z nadzieją, choć przeczuwała, jaką odpowiedź dostanie.

– Obawiam się, że nie. Nie dasz rady udowodnić, że Margollan jest w to zamieszany, dopóki nie oddasz mu skrzyni. A jak doniesiesz już po dostarczeniu, to pójdziesz na stryczek razem z nim, za to że wiedziałaś o chorym na aspheliusa i tego nie zgłosiłaś.

Alissa zwiesiła smętnie głowę. Czuła się bezsilna i wykorzystana. Po jej policzkach płynęły mokre strużki.

– Zamknij skrzynię – powiedział Berenor. Miała ochotę spoliczkować go za to, że powiedział to tak beznamiętnie. Wykonała niezbędne gesty, nawet nie podnosząc wzroku. Poczuła, że wieko opadło na swoje miejsce tak jak powinno.

– Poślę w waszym imieniu gońca do Margollana – powiedział Dargol. – Odpocznijcie tak z godzinę, zwłaszcza ty – zwrócił się do Berenora. – Potem idźcie prosto do kamieniołomu, miejcie to jak najszybciej za sobą.

∗ ∗ ∗

Kamieniołom Margollana położony był dwie godziny drogi na południe od Koriandoru, po drugiej stronie Przełęczy Aczuria. Miejsce było odosobnione.

Berenor szedł z przodu, kolory wróciły już na jego twarz, jednak dalej utykał na prawą nogę. Alissa podążała za nim, siłą woli utrzymując w powietrzu czarną skrzynię z emblematem orła. Czekający na nich mężczyzna poprowadził ich w kierunku niewielkiego budynku administracji. Alissa zauważyła, że w kamieniołomie nie ma pracowników. Porozrzucane w nieładzie narzędzia wskazywały, że zostali oni w pośpiechu wyproszeni. 

Weszli do budynku, w którym stał Margollan w towarzystwie Carhana i jego ludzi. Wirna stała obok kupca. Miałą skrępowane ręce. Na widok czarnej skrzyni prowadzonej przez Alissę w oczach Margollana zapłonęło pożądanie.

– Otwórz ją. Muszę zobaczyć, czy z towarem wszystko w porządku.

Alissa postawiła skrzynię na ziemi i ściągnęła zaklęcie zamykające.

– Dobrze – mruknął kupiec z zadowoleniem. – Zamknij.

Spełniła polecenie.

Margollan wyciągnął nóż i rozciął krępujące Wirnę więzy.

– Jesteś wolna – powiedział. – Zgodnie z umową.

Wirna podbiegła do Berenora i wtuliła się w jego pierś.

– Możecie odejść – rzekł Margollan. – I zastanówcie się dobrze, zanim znowu spróbujecie oszukać kogoś o mojej pozycji. Ktoś inny na moim miejscu mógłby nie być tak wyrozumiały.

– Naprawdę wydaje ci się, że jesteś nietykalny? – spytała Alissa.

– Tak, moja droga, tak mi się właśnie wydaje – odparł Margollan, a Alissa pomyślała, że kupiec faktycznie może mieć rację.

Koniec

Komentarze

Cześć, Zawi47. :-)

Uprzedzam, trafiłeś (opublikowałeś opowiadanie w piątkowy dyżur), więc smaruję komentarz. Nie przepadam za fantasy, a już widząc 70 k, zapewne czeka mnie czytanie o elfach, czarodziejkach, zabójcach, gwałcicielach dzierlatek, facetach bez osobowości, a kiedy czasem jest ożywcza – zdawałoby się – odmiana, bo to kobieta jest wojownikiem, niestety niewielka różnica, jeden pies, gdyż ona również bez charakteru. Eh, mogliby nawet i być bez charakteru, ale warunek – ludzie bez właściwości. Poza tym jeden świat podobny drugiemu, a wszystkie wzorujące się pi razy oko na tasiemcach fantasy, rpegach, grach i sama nie wiem czym. 

W dobrej fantasy konieczne jest, moim zdaniem, silne światotworzenie i mocni bohaterowie, a nie postaci idące w łeb w łeb, jak duplikujący się Matrixowcy czy Obserwatorzy we Fringe (tak wiem, to stare, ale ciągle jare, bo logiczne i konsekwentne, a trójca reżyserska wybrnęła z wielu dziur, co nie było takie hop-siup). Nie wspomnę już o Tolkienie i Le Guin, czy Wiedźminie (opowiadania). Jednak nie przesądzajmy, czytajmy.

 

Po przeczytaniu.

Niestety, mój komentarz będzie nieprzychylny opowiadaniu, a właściwie fragmentowi fantasy, ponieważ tekst odbieram jako wprowadzenie do powieści, czyli przedstawienie bohaterów, które IMHO jest przydługie, ale rozumiem, że chciałeś przedstawić pierwszą akcję i współpracę pary Alissa&Berenor.

Dla mnie sztampa i raczej nazwałabym ją szkolną. Jeśli pojawia się już coś nieschematycznego, ciekawego, np. pierwsza scena, która jest dobra, czy przygarbieni mieszczanie przemykający wzdłuż ścian budynków, to pomijasz to milczeniem i nie rozwijasz – dlaczego? 

Zacznijmy od początku – odegrania sceny w karczmie, mamy zero wyjaśnienia, a mogłoby coś więcej powiedzieć o tym świecie i parze bohaterów? Czy tak zarabiała? bo raczej nie oni, jeśli wędrowali ze sobą od dwóch dni.

Świat – nie ma w nim nic nowego, panują zasady takie jak w wielu innych, podobnych opowieściach, w niewielkim stopniu oryginalne. 

Bohaterowie – nie mają ikry, a ich wcześniejsze losy, które odsłaniasz w postaci streszczeń w dialogach, typowe. I teraz tak – nawet wtórni bohaterowie mogą zagrać dobrze swoje role (tak domniemuję), gdy będą mieli ciało i krew w żyłach, wracającą do serca, zamiast lodu. Twoje postaci są raczej:

– papierowe,

– nie czują,

– motywacja niby jest, lecz raczej typowa (powtórzenie), co nie jest błędem, natomiast że po łebkach, już tak.

Dialogi – nienaturalne, ugrzecznione, nie zdradzają temperamentu i chęci postaci.

Sama fabuła – niewiele się dzieje.

Kłopot jest też ze stylizacją, dotyczy to w równej mierze świata, jak i sposobu wyrażania się postaci. 

 

Poniżej znajdziesz kilka przykładów związanych z moim komentarzem.

oddech cuchnący podłym piwem

Jeśli piwo to zawsze cuchnące i podłe. ;-)

uśmiechając się nieśmiało.

Uśmiech kobiety do mężczyzny – nieśmiały. Zawsze.

– Jeju, przepraszam, poniosło mnie – powiedziała, czując, że czerwienieje ze wstydu. 

Ile nasza czarodziejka ma lat? czy zna życie, bo trochę sama się już porusza i radzi sobie.

Kanciasta twarz rzadko wyrażała emocje, a niebieskie oczy zdawały się być dwoma kryształkami lodu, obserwującymi otoczenie z chłodną obojętnością. Alissa była pewna, że pod maską opanowania skrywa się śmiertelnie niebezpieczny drapieżnik.

Opis Berenora – zawsze najemnik jest drapieżnikiem z oczami jak kryształki lodu. Niestety. Zazwyczaj nieurodziwy, gdyż kobiecie ten przywilej przynależy.

Poranne promienie słońca prześlizgiwały się po krytych dachówką dachach Koriandoru. Nad większością budynków snuł się już szary dym(+,)uchodzący z ceglanych kominów – zapowiedź porannych posiłków. Po brukowanych ulicach krążyli już pierwsi ludzie(+,) chcący załatwić swoje sprawunki – niektórzy kierowali się do miejskich manufaktur, inni zmierzali na targ.

Alissa obudziła się, gdy słońce zaczęło nieznośnie świecić jej na twarz. Przeklęła w duchu sypialnie z oknami od strony wschodniej i niechętnie wygrzebała się spod pierzyny. Ubrała się w pośpiechu, przemyła twarz w misie w wodą i przejrzała się w lustrze z polerowanej miedzianej blachy.

Podkrążone, zielone oczy patrzyły na nią ze szczupłej twarzy o bladej cerze. Długie, czarne włosy opadały jedwabistą kaskadą na ramiona. Farbowała je od czasu, gdy wyrzucili ją ze Szkoły Magów. Nie ona była winna pożaru w gabinecie rektora, jednak prawdziwy winowajca pochodził ze znacznie bogatszej rodziny. Rodziny płacącej szczodre datki na rzecz uniwersytetu. A ona była zaledwie na drugim roku i znacznie odstawała od reszty grupy. Można ją było poświęcić.

Wstawiłam tak długi fragment, aby spróbować pokazać Ci, co wydaje mi się wtórne.

Wyboldowane są dla mnie szczególnie standardowe. 

Opisanie przebudzenia jest fajne, ale już to, co pokazujesz niekoniecznie, zaskocz nas bohaterem. Nawet nie wiem, dlaczego się spieszyła. 

Drugie wyboldowane – powtórzenie. 

Samo miasto – zaciekawiły mnie manufaktury, ale niestety to tylko słowo, a dalej już nic o tym nie ma.

Opis Alissy – niestety, typowa postać i w dodatku dajesz streszczenie jej losów. Szkoda, że np. przeglądając się w lustrze nie zobaczyła sceny wyrzucenia ze szkoła, momentu upokorzenia, gdy nie zapłaciła, nie wiem, cokolwiek, to Twoja opowieść. :-)

Teraz jednak, w jasnym świetle poranka, miasto przywodziło jej na myśl niedoceniany klejnot – szli szerokimi, brukowanymi ulicami, a po obu ich stronach wznosiły się wspaniałe kamienice, których fasady zdawały się niemal uginać od ogromu płaskorzeźb. Wiele z nich porosło bluszczem i winoroślą, sprawiając wrażenie, że mieszkańcom Koriandoru udało się zawrzeć tajemny pakt z siłami natury. Wrażenie to psuli jednak ludzie – brudni żebracy, zaczepiający przechodniów; prości, przygarbieni mieszczanie, przemykający pod ścianami budynków, jakby przytłoczeni wspaniałością własnego miasta.

Popatrz, tutaj kolejny fragment.

Pierwsze wyboldowane – dla mnie niejasne, kto i z jakiego powodu niedoceniał? Wspaniałości nie widzę, raczej piszesz, że kamienice były wspaniałe, bo uginały się od płaskorzeźb i porastał je bluszcz oraz winorośl. Dla mnie byłoby raczej nieładne, gdyż przeładowane, ale rzecz gustu, bohaterce się może podobać, a jeśli tak, to jest to jej cecha, przekonanie osobiste, może odzwierciedlać jej tęsknoty, marzenia, pragnienia. Wyjaśnij to. Może jej przypominały Szkołę Magów, rodzinne miasto, nie wiem, ale Ty to wiesz. ;-)

Co mnie w tym fragmencie zainteresowało: tajemny pakt z siłami natury i przygarbieni wspaniałością swojego miasta mieszkańcy. Niestety dalej już nic o tym nie ma. Szkoda.

W końcu najemnik westchnął głęboko i zaczął mówić:

– Jako dziecko straciłem rodziców… tym razem pracując na własny rachunek.

 Tu mamy streszczenie losów Berenora. Niepotrzebnie, gdyż w tym momencie pozbawiasz napięcia przyszłą scenę spotkania z Dargolem.

od maleńkich, przypominających sopelki tworów po olbrzymie kolumny, zdające się ciąć pomieszczenie na pół.

Nielogiczne. Pojedyncza kolumna nie tnie pomieszczenia na pół.

Dym uchodził z sali przez metrowej średnicy otwór w sklepieniu. Deszcz wpadający przez dziurę gromadził się w widocznej w podłożu szczelinie, którą odpływał w kierunku dalszych sal jaskini w postaci małego strumyka.

Hmm, nielogiczne i niepraktyczne. Jeśli była to ich główna siedziba, można byłoby inaczej rozwiązać.

 

I cóż, tak cały czas leci. Komentarz i tak jest straszliwie długi, więc kończę. 

 

Podsumowując. 

Napisane poprawnie, przy czym mam na myśli interpunkcję, choć nie jestem tutaj znawcą. W każdym razie nie zauważyłam brakujących przecinków, lecz jakąś jedną pominiętą spację, trochę przycinków. Za to – plus, bo wiem że niełatwo. :-) Inne plusy: inicjatywa i pomysł Alissy, zawartość skrzyni oraz to, że historia zrozumiała i rozwija się.

Z kolei na minus, że nudne i bardzo ugrzecznione ze wstawkami przekleństw, aby zobrazować złych ludzi i wiele odmian nazywania kobiety: dziwka, dziewka, kobieta i inne.

Gdybym miała coś rekomendować, byłyby to dwie rzeczy: przeczytaj kilka piórkowych opowiadań (tag fantasy), a potem rozpisz swój tekst jeszcze raz na poszczególne sceny (momenty), aby zdynamizować akcję.

Ostatnie słowo – nie jestem znawcą i amatorem fantasy, więc mogę mieć spore luki w tym, co się czytelnikom podoba. Poczekaj na komentarze innych użyszkodników.

 

Pozdrawiam serdecznie :-)

piątkowa asylum w niedzielny wieczór

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Hej Asylum,

dzięki za słowa krytyki. Przykro mi, że opowiadanie nie przypadło ci do gusty, dlatego tym bardziej doceniam, że chciało ci się przez nie przebrnąć (wszak dyżury obejmują jedynie 50% opublikowanych tekstów, więc teoretycznie nie musiałaś), a po tym wszystkim wysmażyć tak długi komentarz, bylebym tylko miał z czym pracować. Przyznaję tekst rozrósł się trochę poza moją kontrolę, sam bym wolał, żeby wyszło ok. 40 tys. znaków, jednak wolałem opisać to co mam w głowie w pełni. Wygląda na to, że popełniam typowe błędy nowicjusza – popadanie w schematy i sztampa. Dzięki wielkie jeszcze raz i mogę mieć tylko nadzieję, że następny mój tekst przeczytasz z przyjemnością, a nie z przymusu :)

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Zawi, :-), niech Ci nie będzie przykro, dyżur jest dyżurem i nie wybiera. Pamiętaj, że nie jestem znawcą, a nawet więcej nie przepadam za fantasy, ponieważ mnoży się jak króliki w Australii swego czasu i jest “pospieszna i zbyt łatwa”, tak mi się zdaje. Dla mnie fenomenem jest, że wszyscy ją piszą i się sprzedaje, chociaż tu nie mam pewności, bo brak dostępu do danych. 

 

Rozumiem wyjaśnienie, pisz, bo było logiczne i po kolei, więc to + poprawność i kilka odmiennych pomysłów – fajne.

 

PS. Spróbuj dać się poznać przez komentowanie opek innych osób. Może spróbuj sił w konkursach, to dobre ćwiczenie, a kilka ich jest na tapecie. :-)

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Droga Asylum,

Nie musisz tak martwić się o moje uczucia! ;) Przecież to nie tak, że teraz chlipię sobie w poduszkę, to tylko moje niepokorne ego chcące pochwał za coś, nad czym się napracowałem. Wystawiając to widok publiczny doskonale wiedziałem, że może się nie spodobać i nie mam z tym problemu. Widziałem kiedyś takie fajne powiedzenie – “ja nigdy nie przegrywam – albo wygrywam, albo się uczę”. Po prostu dzisiaj przyszedł czas na naukę :)

PS. Za komentowanie opowiadań innych już się wziąłem :)

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Za komentowanie opowiadań innych już się wziąłem :)

W takim razie, powodzenia :D

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Ja lubię dłuższe opowiadania, a to przyjemnie mi się czytało. Czekam na więcej, no i powodzenia w przyszłych opowiadaniach.

Dzięki za miłe słowo, Serce Wiatru.

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Jako fanka fantasy czułam się niemal zobowiązana, by zapoznać się z tym opowiadaniem, chociaż niemal równiutkie 70k znaków budziło we mnie grozę. Koniec końców jestem po lekturze i… hm, niestety, nie było łatwo.

Zacznę od tego, że opowiadanie napisane jest poprawnie. Nie ma dużych problemów interpunkcyjnych, z językowych też nie rzucały się w oczy żadne potworki, czyli teoretycznie: dobrze. Brakowało co prawda czegoś, co by wyróżniło styl, nadało pazura, albo chociaż trafiło się jakieś zapadające w pamięć porównanie. Nic to, liczę na to, że będzie lepiej w następnych tekstach.

Jednak problemem tekstu jest to, że trudno się w niego wciągnąć – przynajmniej tak było w moim przypadku. A kiedy w grę wchodzi dodatkowo taka długość, trudno dociągnąć do końca. Tak naprawdę interesująco zrobiło się dla mnie w chwili, gdy została ujawniona zawartość skrzyni. To jest najlepszy pomysł w tym opowiadaniu i, niestety, jak na mój gust nie doczekał się satysfakcjonującego rozwiązania. Przyznam też, że byłabym pod większym wrażeniem, gdyby kupiec zamierzał wykorzystać swój cenny towar do zgoła innego celu, niż ten przedstawiony w tekście.

Sposób opisania wyglądu Alissy był… trochę nieporadny. Skojarzył mi się z pierwszą książką Trudi Canavan (którą osobiście uważam za straszną grafomankę), gdzie zastosowano podobny zabieg. Ten opis nawet nie jest aż tak niezbędny, wystarczyłaby np. wzmianka o poprawianiu długich włosów. W innym miejscu trafiła się podobna niezręczność, gdy Alissa pyta towarzysza o jego historię, po czym oczom czytelnika ukazuje się ogromny akapit z wyłożoną jak kawa na ławę przeszłością najemnika. A ten przecież kreowany był na mruka, niechętnego do dzielenia się informacjami o sobie, i tak nagle wyskakuje z całą historią życia?

Nim zerwała się z łóżka, drzwi jej pokoju otwarły się z hukiem i wtargnął przez nie mężczyzna o wyglądzie gwałtownika.

Zaskoczyło mnie określenie “gwałtownik”. Wyczytałam, że to synonim dla “nerwus”. Jednak jak wygląda (wygląda – a nie zachowuje się) nerwus, nie mam pojęcia.

W scenie pierwszego spotkania z Wirną zabrakło emocji. Alissa, która przecież wymyśliła cały plan i była odpowiedzialna za konsekwencje, powinna czuć się przeraźliwie winna, natomiast o jej uczuciach nie ma prawie ani słowa. Berenor też reaguje dość… bezemocjonalnie.

Kwestią czysto subiektywną są imiona – szczególnie Dargol tutaj kiepsko wypada.

No i nie przekonuje mnie odgrywanie scenki udawanego gwałtu na samym początku. Nie wiem, dlaczego mieliby to robić, albo dlaczego ktoś chciałby za to płacić. Jeśli Alissa nie była jakąś twardzielką, na której nic nie robi wrażenia, to chyba odgrywanie traumatycznego przeżycia powinno budzić w niej dyskomfort.

Technicznie nie jest źle, w tekście jest fajny pomysł (jak wspomniałam – zawartość skrzyni – i to właśnie o tym, i o dalszych jej losach, chciałabym poczytać), jednak różne usterki sprawiły, że nie czytało się zbyt gładko. Mam nadzieję, że Cię nie zniechęcę, a następne teksty będą dużo lepsze. Pozdrawiam!

Nie Silvo, nie zniechęcisz mnie. Ja doskonale zdaję sobie sprawę, że tylko w bajkach bohater podbija świat po tym, jak wysilił się na coś jeden jedyny raz. Publikowałem po to, by wiedzieć, na co zwrócić uwagę następnym razem i teraz mam materiał do przemyśleń.

Dzięki, że dobrnęłaś do końca, serdeczne pozdrowienia.

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Mam mieszane uczucia po przeczytaniu tego tekstu. Opowiadanie czytało się dosyć dobrze, mimo długości. Zaciekawiła mnie ta historia. Widać w niej trochę wątków typowych dla fantasy, również dla wspomnianych już wcześniej książek Canavan. Na plus – silna postać kobieca i Dargol, dawny wybawca jednego z bohaterów, a jednocześnie czarny charakter.

Zazgrzytała mi logika wydarzeń. Po ciekawej scenie wprowadzającej nie dostajemy wyjaśnienia, czemu inscenizacja gwałtu miała służyć. Pomysły Alissy w trakcie zlecenia też mnie zdziwiły. Za to doceniam twist w zakończeniu z chłopcem ukrytym w skrzyni. Szkoda, że ten wątek nie został rozwinięty.

Myślę, że kolejne teksty będą jeszcze lepsze. Warto zastanowić się nad radami przedpiśców odnośnie budowania postaci. Zastanów się też nad relacjami pomiędzy bohaterami, jak pokazać towarzyszące im emocje.

 

Dzięki, ANDO, za komentarz. Rady twoich przedpiśców wziąłem sobie do serca i następny tekst obiecuję bardziej dopracować.

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Początek nie ujmuje. A to ważne, bo liczba 70k znaków potrafi wystraszyć. Pierwszy fragment musi więc zadziałać jak haczyk, by czytelnik go łyknął i chciał pójść dalej. Twój niestety nie chwycił – jest bowiem mocno standardowy. Dwójka najemników w karczmie symuluje walkę. Nie wiem kim są, stąd nie za bardzo kupuję ich znajomość – to, ze koleś pomógł jej, gdy inny chciał ją zgwałcić przeleciało obok mnie emocjonalnie przez suchy opis tego wydarzenia. Zaraz potem ktoś najmuje ich do pracy w tak standardowej scenie, że tylko przewróciłem oczami. Brakuje w tym pierwszym fragmencie czegoś, co by mnie zainteresowało co do ciągu dalszego.

Potem ten standard nie odpuszcza. Eks-magiczka wyrzucona za status społeczny, dawny towarzysz jej druha jako konkurent. Wszystko okraszone opisami, ale idzie w miarę po sznurku. Postacie… są. Dajesz im cechy, motywacje, ale przez pozbawianie opisów słów nacechowanych emocjonalnie czynisz je suchymi, a sami bohaterowie wydają się przez to bez życia. Choćby żal Alissy za wyrzucenie może wyjść ze stosowania ostrych słów wobec prawdziwego winowajcy (nawet w narracji!).

Na szczęście język całości jest niezły :) Ciekawie się czyta opisy, umiesz też dynamicznie opisać walkę. Gdyby nie sztampa w fabule i prezentacji świata, tekst czytałoby się całkiem-całkiem :)

Tak więc koncert fajerwerków standardowy do bólu, ale dobrany z niezłych składników. Trzeba tylko popracować nad treścią.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za lekturę i komentarz.

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Na początek powiem że nie każdego odrzuca długość tekstu. Jeśli jest co czytać, czyta się dobrze to w czym problem?

Fabularnie niczego bym się nie czepiał,  podobnie stylu. Tylko dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy.

jedynym jego wyposażeniem było dębowe biurko, solidne choć pozbawione ozdób, i dwoje krzeseł

Następnie wspominasz że ściany są zastawione przez szafki. Niby nic wielkiego ale wciąż.

Druga rzecz to wypowiedź Brenora.

– Jako dziecko straciłem rodziców w Wielkim Pożarze Esphelim…

Jednym tchem opowiada historię swojego życia. Jest ona dość długa i zwyczajnie tam nie pasuje. Może lepiej rozbić to na dialog pomiędzy bohaterami a jeszcze lepiej skrócić ten monolog i zostawić tylko najważniejsze informacje które dotyczą ich obecnej sytuacji.

To tyle. Mam nadzieję że moja opinia była pomocna.

 

Dzięki za komentarz.

NIgdy nie przegrywam - albo wygrywam, albo się uczę.

Nowa Fantastyka