- Opowiadanie: Zanais - Miłość syreny

Miłość syreny

Po­nie­waż nie udało mi się zna­leźć ni­ko­go chęt­ne­go do be­to­wa­nia wsta­wiam jak jest :)

Pró­bo­wa­łem po­łą­czyć kli­mat bajki (szcze­gól­nie wer­sja Di­sneya) i dark fan­ta­sy w jed­nym.

Dzię­ku­ję za ko­men­ta­rze :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, Finkla, Użytkownicy IV

Oceny

Miłość syreny

Leira prze­mknę­ła nad po­fał­do­wa­nym dnem. Rybi ogon wzbi­jał ob­ło­ki pia­sku. Małe kraby, za­sko­czo­ne wi­zy­tą dziw­ne­go go­ścia, pierz­cha­ły na boki w po­szu­ki­wa­niu kry­jó­wek. Mor­ski lud rzad­ko za­pusz­czał się na Pół­noc­ną Fałdę. Cza­sem grup­ki dzie­cia­ków pod­pły­wa­ły tu, by po­czuć dresz­czyk emo­cji i udo­wod­nić przed to­wa­rzy­sza­mi swoją od­wa­gę, albo nie­śmia­łe pary od­da­wa­ły się piesz­czo­tom wśród po­kry­tych ko­ra­low­ca­mi gła­zów. Jed­nak­że mało kto pły­nął dalej, wśród usła­ne­go wą­wo­za­mi dna, w po­szu­ki­wa­niu wej­ścia do sie­dzi­by mor­skiej wiedź­my.

Na pewno nie córka króla.

Wzbi­ła się wyżej. Przy­sta­nę­ła, od­gar­nia­jąc dłu­gie czer­wo­ne włosy, ko­ły­sa­ne wodą ni­czym witki ukwia­łów. Pro­mie­nie słoń­ca, zmę­czo­ne pod­wod­ną wę­drów­ką do­cie­ra­ły na tę głę­bo­kość słabe i blade. Mimo to wśród ciem­no­ści jed­nej z roz­pa­dlin do­strze­gła błę­kit­ne roz­bły­ski.

Przy­ci­snę­ła do pier­si sple­cio­ny z wo­do­ro­stów wo­re­czek. Wciąż mogła za­wró­cić. Po­pły­nąć do pa­ła­cu, wśli­zgnąć się do błysz­czą­cej kom­na­ty, scho­wać twarz w mięk­kim łożu z gro­no­ro­stów.

I stra­cić na­dzie­ję? Leżeć zroz­pa­czo­na? O nie! Musi spró­bo­wać wszyst­kie­go.

Skrze­la nad bio­dra­mi za­fa­lo­wa­ły, wcią­gnę­ły wodę i Leira ru­szy­ła naj­szyb­ciej jak po­tra­fi­ła ku ciem­nej bruź­dzie wy­peł­nio­nej świa­tłem. Uj­rza­ła stado wę­go­rzy; wzdłuż ich ciał prze­su­wa­ły się pręgi nie­bie­skich bły­ska­wic. Po­dob­no mor­ska wiedź­ma trzy­ma różne stwo­rze­nia jako sługi, prze­mie­nia je, za­cza­ro­wu­je i pęta wię­za­mi magii. Taki los spo­ty­kał też wszel­kie sy­re­ny i try­to­nów, które nie­opatrz­nie do­sta­ną się w jej ręce, ska­za­ni na wiecz­ną służ­bą.

Bujdy.

Oj­ciec zmy­ślił pew­nie co naj­mniej po­ło­wę z tych opo­wie­ści. Miały za za­da­nie wy­stra­szyć nie­sfor­ną Leirę, aby sie­dzia­ła bez­czyn­nie w pa­ła­cu i uczy­ła się śpie­wu oraz in­nych nud­nych jak pa­ra­da ho­ma­rów zajęć god­nych mło­dej księż­nicz­ki. Ile razy oj­ciec po­wta­rzał, aby brała przy­kład ze swo­ich sióstr? Nie­do­cze­ka­nie. Rów­nie do­brze mógł­by pró­bo­wać za­trzy­mać rzekę i cof­nąć przy­pływ. 

Gdy pod­pły­nę­ła, w mgnie­niach roz­bły­sków uj­rza­ła sze­ro­kie jak wie­lo­ryb wej­ście do tu­ne­lu.

Na­resz­cie.

Za­ci­snąw­szy wargi, mach­nę­ła ogo­nem i wpły­nę­ła w ciem­ność, mi­ja­jąc z wa­lą­cym ser­cem dłu­gie wę­go­rze. Na szczę­ście nie wy­da­wa­ły się agre­syw­ne. Kilka z nich ru­szy­ło za nią, lecz trzy­ma­ły bez­piecz­ny dy­stans, ni­czym kró­lew­ska eks­or­ta. Ich mi­go­ty peł­za­ły po ciem­nych ścia­nach, ostrych kra­wę­dziach ka­mie­ni i ra­chi­tycz­nych szcząt­kach ro­ślin. Sy­ren­ka pły­nę­ła wciąż dalej i dalej, wciąż w dół, przez nagłe za­krę­ty, zdra­dziec­kie zwę­że­nia, nie­spo­dzie­wa­ne wiry, aż w końcu zza za­ło­mu po­ja­wi­ła się wiel­ka po­świa­ta o bar­wie zgni­łych zie­le­nic.

Leira przy­sta­nę­ła urze­czo­na. W roz­le­głej ja­ski­ni zmie­ści­ło­by się z tuzin ludz­kich stat­ków. Po­tęż­ne ko­lum­ny z sza­rej skały nik­nę­ły gdzieś w ciem­no­ści skle­pie­nia. Woda była tu zimna i nie­przy­jem­na. Zie­lo­ny blask do­bie­gał z za­wie­szo­nych nisko gir­land świe­cą­cych krysz­ta­łów. Nagły szum uświa­do­mił Le­irze, że wę­go­rze od­pły­nę­ły. Zo­sta­ła sama.

Albo i nie.

Wiedź­ma wy­szła zza sze­ro­kiej ko­lum­ny. Za­miast ogona miała dłu­gie grube macki, czar­ne jak dusza mu­re­ny i pod­bi­te ró­żo­wy­mi okrę­ga­mi przy­ssa­wek. Fa­lo­wa­ły, czub­ka­mi do­ty­ka­jąc nie­rów­ne­go pod­ło­ża.

Przez ostat­nie dni Leira czę­sto wy­obra­ża­ła sobie mo­ment spo­tka­nia z Ulzą, mor­ską cza­row­ni­cą. Cza­sem wi­dzia­ła ją w po­sta­ci pięk­nej sy­re­ny o lśnią­cych łu­skach i gra­cji miecz­ni­ka. Chwi­lę póź­niej umysł pod­su­wał jej obraz po­skrę­ca­nej syl­wet­ki po­two­ra, z re­ki­ni­mi zę­bi­ska­mi i dłu­gim cia­łem wod­ne­go węża. Wy­glą­da­ło na to, że obie wizje były jed­no­cze­śnie praw­dzi­we.

Mro­wie wi­ją­cych macek koń­czy­ło się fio­le­to­wą skórą pła­skie­go brzu­cha, która prze­cho­dzi­ła w duże pier­si za­sło­nię­te mo­zai­ką z musz­li i ko­ra­li­ków. Le­żą­ca na szczy­cie krót­kiej szyi głowa Ulzy przy­po­mi­na­ła Le­irze na­jeż­kę, ale potem spo­strze­gła, że wiedź­ma nosi maskę, bar­dziej hełm, z przy­krę­co­ny­mi ro­ga­mi mar­li­nów. Za­kry­wał po­licz­ki i czoło wiedź­my, od­sła­nia­jąc wy­krzy­wio­ne w uśmie­chu usta i parę wiel­kich oczu, które pa­trzy­ły wprost na Leirę. 

– Na wiel­ki przy­pływ, czyż to nie córka króla?

Upły­nę­ła dłuż­sza chwi­la nim Leira od­zy­ska­ła mowę.

– Znasz mnie? 

– Ależ oczy­wi­ście, droga Leiro. Wiem dużo… bar­dzo dużo.

Sy­re­na zgar­bi­ła ra­mio­na, tuląc mocno worek z wo­do­ro­stów. Może to jed­nak nie był taki dobry po­mysł? Nagle cały jej upór i od­wa­ga wy­da­ły się głu­pie i dzie­cinne. Nie po­win­na tu przy­pły­wać.

– Nie bój się, dziec­ko – uspo­ka­ja­ła Ulza, jakby czy­ta­jąc w jej my­ślach. – Co spro­wa­dza taką pięk­ną sy­ren­kę do sta­rej Ulzy?

Po­wie­dzieć? Nie po­wie­dzieć? Uciec? Zo­stać? Leira za­gry­zła wargę, strze­la­jąc ocza­mi po wiel­kiej ja­ski­ni. Ulza może jej pomóc. Nikt inny nie da rady.

– Po­dob­no ma pani moc.

– Znam się na spra­wach, o któ­rych inni boją się my­śleć. Czyż­byś po­trze­bo­wa­ła mojej wie­dzy?

– Jest pe­wien chło­pak…

Wiedź­ma prze­pły­nę­ła tuż za jej ple­ca­mi, a Leira wzdry­gnę­ła się, czu­jąc dotyk ośli­zgłej macki na ogo­nie.

– Ach, mi­łość – uro­czy­ście po­wie­dzia­ła Ulza. – Niech zgad­nę. Nie zwra­ca na cie­bie uwagi? Nie? Oczy­wi­ście, że nie, Ulzo! Któż by od­rzu­cił za­lo­ty tak pięk­nej dziew­czy­ny? Może ten chło­piec już kogoś ma? Jakaś nie­do­bra sy­re­na stoi na dro­dze praw­dzi­wej mi­ło­ści? Nie? Hm…

Za­trzy­ma­ła się przed Leirą. Chwy­ci­ła jej pod­bró­dek dłu­gi­mi pal­ca­mi, po czym de­li­kat­nie unio­sła.

– Och, moje dziec­ko. – Pa­trzy­ła Le­irze pro­sto w oczy – Czy przy­pad­kiem twój uko­cha­ny nie jest czło­wie­kiem?

Leira ucie­kła wzro­kiem.

– Tak. Na­zy­wa się Edward. Jest księ­ciem i…

Od­py­cha­jąc się mac­ka­mi, Ulza od­pły­nę­ła odro­bi­nę. Przy­ci­snę­ła dłoń do serca.

– Wszyst­ko jasne. Ja rów­nież byłam kie­dyś młoda i za­ko­cha­na, uwie­rzysz? – Mach­nę­ła mac­ka­mi, wzbi­ja­jąc gro­ma­dę bą­bel­ków, które szyb­ko ucie­kły. – Czło­wiek, po­wia­dasz? I za­ko­cha­łaś się w nim tak po pro­stu?

Leira spu­ści­ła oczy. Jak po pro­stu?! Przy­po­mnia­ła sobie wszyst­kie chwi­le, które spę­dzi­ła przy stat­ku Edwar­da. Co dwa ty­go­dnie pły­nął wiel­kim drew­nia­nym we­hi­ku­łem na wyspy na­le­żą­ce do jego kró­le­stwa. Od roku śle­dzi­ła te rejsy. No­ca­mi pod­pły­wa­ła do stat­ku i wspi­na­ła się na krzy­we ścia­ny. Edward lubił nocne spa­ce­ry. A ona lu­bi­ła go oglą­dać. Miała prawo się za­ko­chać! Czy wiedź­ma się z niej śmia­ła? Nie wie prze­cież, że Edward jest ide­al­ny. Nie wi­dzia­ła go, nie sły­sza­ła. Znacz­nie lep­szy niż na­dę­te try­to­ny w pa­ła­cu, cheł­pią­ce się po­tycz­ka­mi z re­ki­na­mi przed zgra­ją chi­cho­czą­cych sy­re­nek. Edward był przy nich jak wy­nio­sły del­fin wśród ła­wi­cy drob­nych sar­dy­nek.

– Jest bar­dzo miły! – krzyk­nę­ła z wy­so­ko pod­nie­sio­ną głową. – Nigdy nie krzy­czy na ma­ry­na­rzy. Pisze wier­sze pod­czas po­dró­ży, a potem czyta je gło­śno i… i… jest taki przy­stoj­ny! – Nawet teraz wes­tchnę­ła, przy­wo­łu­jąc obraz czar­no­wło­se­go księ­cia. – Ma włosy czar­ne ni­czym atra­ment ośmior­ni­cy, oczy jak młode wo­do­ro­sty, zęby jak…

– Jak perły z naj­dal­szych głę­bin! – do­koń­czy­ła Ulza. – Już, już! Nie dąsaj się dziec­ko, z pew­no­ścią jest tak pięk­ny jak mó­wisz. I cóż stara Ulza ma po­cząć z takim ide­ałem?

– My­śla­łam, że…

– Tak?

– Oj­ciec bar­dzo się zde­ner­wo­wał, kiedy mu po­wie­dzia­łam o Edwar­dzie. Na­krzy­czał na mnie i za­ka­zał zbli­żać do ludzi.

– Bie­dac­two. Jak mógł być taki nie­uprzej­my? – za­py­ta­ła Ulza, wzdy­cha­jąc głę­bo­ko, choć Le­irze wy­da­wa­ło się, że widzi cień uśmie­chu na twa­rzy wiedź­my.

– On nigdy mnie nie zro­zu­mie. Za to pani… może mnie pani prze­mie­nić w czło­wie­ka?

Wiedź­ma wy­bu­chła grom­kim śmie­chem. Okrą­ży­ła zdez­o­rien­to­wa­ną Leirę, wciąż trzę­sąc się od we­so­ło­ści.

– Och, nie. Tego do­ko­nać nie mogę.

Sy­re­na spu­ści­ła głowę. Czer­wo­ne włosy za­fa­lo­wa­ły jak umie­ra­ją­ca me­du­za. A więc ko­niec. Jakże była głu­pia, aby my­śleć, że kto­kol­wiek dys­po­nu­je taką mocą. Wszyst­ko na nic.

Wargi za­czę­ły jej drżeć, a w gar­dle po­czu­ła nie­przy­jem­ny ucisk.

– W takim razie… – wy­krztu­si­ła z tru­dem. – Ja już od­pły­nę.

Do pa­ła­co­wej kom­na­ty, gdzie zwi­nie się w kącie i bę­dzie spała przez resz­tę życia! I już nigdy nie powie nawet słowa do ojca i sióstr! 

– Sy­ren­ko! – za­wo­ła­ła Ulza.

Leira zwol­ni­ła. Wsty­dzi­ła się spoj­rzeć na wiedź­mę. Nie po­trze­bo­wa­ła żad­nych do­brych rad, pu­stych ni­czym po­rzu­co­na musz­la: znajdź sobie mi­łe­go try­to­na, ocean jest pełen ład­nych chłop­ców, za­po­mnij o lu­dziach, twoje miej­sce jest na dnie morza. Ile razy już to sły­sza­ła? Wszy­scy nagle byli tacy mą­drzy i trak­to­wa­li jej ma­rze­nia jak dzie­cin­ne wy­głu­py.

– Leiro!

Spoj­rza­ła na Ulzę. Jak chce to niech z niej drwi. Pro­szę bar­dzo. Niech cały świat się śmie­je.

Wiedź­ma pod­pły­nę­ła cał­kiem bli­sko. Ręce opar­ła o bio­dra i ob­na­ży­ła zęby w uśmie­chu.

– Ale mogę prze­mie­nić Edwar­da w try­to­na.

Leira otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy. Edward try­to­nem! Nie mu­sia­ła­by opusz­czać oce­anu. Zo­sta­wiać ojca, sióstr i przy­ja­ciół. Wy­obra­zi­ła sobie Edwar­da z po­ły­sku­ją­cym ogo­nem. Nagi od pasa w górę, z umię­śnio­ny­mi ra­mio­na­mi, do któ­rych tu­li­ła­by się każ­dej chwi­li, a on by ją ko­chał i mówił swoje pięk­ne wier­sze. Po­czu­ła jak po­licz­ki za­czy­na­ją jej pło­nąć. Przed ocza­mi uj­rza­ła czar­ne włosy Edwar­da, fa­lu­ją­ce od cie­płych prą­dów mor­skich, oraz wpa­trzo­ne w nią zie­lo­ne oczy.

Nie, nie mo­że­my mu tego zro­bić! Prze­cież gdzieś tam na lą­dzie, wśród ludzi, też ma swoją ro­dzi­nę. Z dru­giej stro­ny jego świat jest taki bez­barw­ny w po­rów­na­niu z cu­dow­nym oce­anem. Wi­dzia­ła prze­cież cuch­ną­ce porty, wbite drew­nia­ny­mi po­mo­sta­mi w ocean ni­czym okrut­ne mi­no­gi wgry­za­ją­ce się w ciała bez­bron­nych ryb. Ocie­ka­ją­ce szla­mem, po­kry­te gni­ją­cy­mi wo­do­ro­sta­mi stat­ki. Brud­ne chaty i su­ro­we za­mczy­ska z sza­re­go ka­mie­nia. Mia­sta roz­ra­sta­ją­ce się wśród lasów jak chora tkan­ka. Któż chciał­by tam miesz­kać?

Mógł­by żyć w oce­anie, wśród ko­lo­ro­wych raf i czy­ste­go pia­sku.

Za­miesz­kać z nią.

– To moż­li­we? – za­py­ta­ła.

– Oczy­wi­ście. Nie rzu­cam słów na fale. Nie jest to pro­ste, o nie, nie. – Ulza z uśmie­chem obej­rza­ła swoje pa­znok­cie – Jed­nak masz przed sobą mi­strzy­nię prze­mian. Je­stem naj­lep­sza – do­da­ła, jakby stwier­dza­ła coś oczy­wi­ste­go.

– Zro­bi­ła­byś to dla mnie? – Drżą­cy głos nie mógł ukryć eks­cy­ta­cji.

Wiedź­ma pod­pły­nę­ła do niej, okrą­ży­ła parę razy, mru­cząc coś pod nosem, a Leira cze­ka­ła ze ści­śnię­tym ser­cem na wyrok.

Nagle macki ob­ję­ły jej bio­dra, chwy­ci­ły ogon, po­gła­ska­ły włosy. Leira szarp­nę­ła się od­ru­cho­wo, ale bez­sku­tecz­nie. Była unie­ru­cho­mio­na jak zła­pa­na w re­ki­nie szczę­ki.

Ulza przy­bli­ży­ła twarz, pa­trząc Le­irze głę­bo­ko w oczy. W sre­brzy­stym heł­mie sy­re­na uj­rza­ła swoją znie­kształ­co­ną twarz.

– Krwa­wa magia to trud­ne czary – szep­nę­ła wiedź­ma. – Bar­dzo trud­ne i bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Uwiel­biam wręcz po­ma­gać roz­łą­czo­nym za­ko­cha­nym, nawet jeśli nie­któ­rzy z nich jesz­cze nie wie­dzą, że są za­ko­cha­ni, ale wszyst­ko ma swoją cenę. 

 – W worku… – wy­du­si­ła Leira.

Ulza za­bra­ła swoje macki. Z cie­ka­wo­ścią pa­trzy­ła na worek. Leira roz­plą­ta­ła sznu­ro­wa­nie, się­gnę­ła w głąb i wy­ję­ła złoty okrąg. Trzy­ma­ła ko­ro­nę wy­sa­dza­ną ko­lo­ro­wy­mi ka­mie­nia­mi. Blask kom­na­ty spra­wił, że na każ­dej kra­wę­dzi roz­ja­rzy­ły się pro­mien­ne gwiaz­dy.

– Zna­la­złam to w sta­rym wraku na po­łu­dniu.

Wiedź­ma za­chi­cho­ta­ła.

– Jest ide­al­na. – Wzię­ła ko­ro­nę. Ob­ra­ca­ła ją na wszyst­kie stro­ny. – I jakże sto­sow­na. Je­ste­śmy bar­dzo po­dob­ne do sie­bie, moja droga. Od­rzu­co­ne przez świat, wy­gna­ne z na­szych ma­rzeń. Dla­cze­go? – Wes­tchnę­ła, roz­kła­da­jąc ręce. – Bo nie chcia­ły­śmy pod­po­rząd­ko­wać się na­ka­zom. Chodź ze mną, coś ci po­ka­żę.

Po­pro­wa­dzi­ła Leirę za wiel­kie ko­lum­ny, wzdłuż wy­cio­sa­nych z czar­nych ka­mie­ni sto­łów, ugi­na­ją­cych się pod cię­ża­rem błysz­czą­cych bąbli, za­czo­po­wa­nych musz­li i przed­mio­tów, któ­rych prze­zna­cze­nia sy­re­na nie po­tra­fi­ła od­gad­nąć.

Mi­nę­ły na­stęp­ną ko­lum­nę i Leira za­mar­ła w bez­ru­chu. W ogrom­nej bańce po­wie­trza stały dzie­ła ludz­kich rąk. Wi­ze­run­ki miast i po­sta­ci na dziw­nych ka­wał­kach sukna, lśnią­ce włócz­nie i mie­cze, pan­ce­rze z two­rzy­wa od­bi­ja­ją­ce­go zie­lo­ną po­świa­tę. Leira zbli­ży­ła się do kra­wę­dzi sfery. Ko­lek­cja nie­praw­do­po­dob­nych rze­czy z po­wierzch­ni, znacz­nie bo­gat­sza niż ta, którą ukry­ła w ma­leń­kiej ja­ski­ni i nie tak po­psu­ta. Tu za­uwa­ży­ła za­le­d­wie kilka plam brą­zo­we­go na­lo­tu spra­wia­ją­ce­go, że jej zna­le­zi­ska sta­wa­ły się kru­che, prze­żar­te sta­ro­ścią i znisz­cze­niem. Stały tak bli­sko niej… wy­star­czy­ło wy­cią­gnąć rękę. 

– Ostroż­nie, sy­ren­ko. Nie wolno ich za­mo­czyć.

Leira nie­chęt­nie cof­nę­ła dłoń.

– Czyż nie są pięk­ne? – spy­ta­ła Ulza. – Nie tylko ty uwa­żasz, że świat na po­wierzch­ni jest fa­scy­nu­ją­cy. Ci głup­cy z pa­ła­cu nie ro­zu­mie­ją, ile mo­że­my osią­gnąć dzię­ki lu­dziom. My obie wręcz prze­ciw­nie. Mo­żesz mi za­ufać, Leiro.

– Więc po­mo­żesz mi? – za­py­ta­ła Leira, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ko­lek­cji wiedź­my. Ofia­ro­wa­na korona wy­da­wa­ła się nagle taka zwy­czaj­na.

– Oczy­wi­ście, ale po­wiedz­my, że po wszyst­kim wy­ko­nasz dla mnie jesz­cze jedną małą przy­słu­gę, do­brze?

– Jaką?

– Och, nie za­przą­taj­my sobie głów ta­ki­mi bła­host­ka­mi. Mu­si­my prze­cież zająć się pięk­nym Edwar­dem. Więc, moja droga, aby zmie­nić two­je­go uko­cha­ne­go w try­to­na, po­trze­bu­je­my dwóch skład­ni­ków. Chcesz znać pierw­szy?

Leira ski­nę­ła głową.

– Więc, moje dziec­ko, po­trze­bu­je­my sa­me­go Edwar­da.

 

***

– Osza­la­łaś?!

Awi­cja mach­nę­ła ogo­nem. Po­ma­rań­czo­we łuski za­sze­le­ści­ły.

– Prze­cież oj­ciec za­ka­zał kon­tak­tów z ludź­mi.

– Oj­ciec jest stary i głupi – Leira opar­ła dło­nie o bio­dra. Jej sio­stry spoj­rza­ły po sobie zszo­ko­wa­ne, ale nic nie po­wie­dzia­ły. Leira po­sta­no­wi­ła wy­ko­rzy­stać sy­tu­ację.

– Tylko gada bez prze­rwy o tym, że nie po­win­ny­śmy ata­ko­wać ludzi. Co dziś zja­dłaś, Cess? Glony i małże? A może kilka sar­dy­nek? A ty, Dalo? Ile razy mó­wi­łaś, że chcia­ła­byś spró­bo­wać ludz­kie­go mięsa.

Sy­re­ny po­pa­trzy­ły po sobie. Sie­dzia­ły na wiel­kich musz­lach w kom­na­cie kró­lew­skie­go pa­ła­cu. Za­wsze tu przy­cho­dzi­ły, aby po­roz­ma­wiać z dala od za­lot­ni­ków, dwor­skich do­stoj­ni­ków i, przede wszyst­kim, ojca.

Ma­ra­na, na­stęp­czy­ni tronu, za­bra­ła grze­bień od ja­snych wło­sów i roz­pro­sto­wa­ła ra­mio­na.

– Więc wiesz, sio­strzycz­ko, gdzie i kiedy bę­dzie pły­nął ten sta­tek?

– Jutro, za Pół­noc­nym Prze­smy­kiem, przy Ło­so­sio­wych Ska­łach. Są tam rafy.

Awi­cja pod­pły­nę­ła do Ma­ra­ny.

– Na­praw­dę za­mie­rzasz po­słu­chać Leiry? Chcesz na­paść na ludzi?

– Kie­dyś zja­dłam czło­wie­ka – wy­zna­ła Ma­ra­na.

Sy­re­ny wes­tchnę­ły i na­tych­miast okrą­ży­ły naj­star­szą sio­strę.

– Na­praw­dę?

– Kiedy?

– Jak sma­ko­wał?

Szcze­bio­ta­ły jedna przez drugą. Ma­ra­na uśmiech­nę­ła się, sięgając wstecz pamięcią.

– To był młody rybak. Sztorm mu­siał znieść jego łódź da­le­ko od brze­gu. Za­śpie­wa­łam i wsko­czył do wody. Jego smak? Cu­dow­ny. Mięso miał czer­wo­ne, słod­kie, de­li­kat­ne.

Mil­cza­ły, urze­czo­ne wspo­mnie­nia­mi Ma­ra­ny, jakby to one same skosz­to­wa­ły kie­dyś nie­szczę­sne­go że­gla­rza.

– Leira ma rację. Oj­ciec nie­dłu­go odej­dzie i to ja zo­sta­nę kró­lo­wą. Nie po­zwo­lę, aby­śmy jadły tylko ryby, sko­ru­pia­ki i glony. Po­pły­nę z tobą, Leiro. Ocean na­le­ży do nas i czas przy­po­mnieć o tym lu­dziom.

Leira rzu­ci­ła się Ma­ra­nie na ra­mio­na i uca­ło­wa­ła ser­decz­nie w po­li­czek.

– Dzię­ku­ję. Która z was jesz­cze do­łą­czy?

Zło­to­wło­se bliź­nicz­ki Cess i Il­loys jed­no­cze­śnie ski­nę­ły gło­wa­mi i za­chi­cho­ta­ły, Dala o pięk­nych płe­twach rów­nież się zgo­dzi­ła. Awi­cja, która nigdy nie lu­bi­ła Leiry, zmarsz­czy­ła brwi i prych­nę­ła.

– Niech bę­dzie – burk­nę­ła.

Wszyst­kie sy­re­ny spoj­rza­ły na ostat­nią, naj­młod­szą sio­strę. Bo­jaź­li­wa Atlyn­tia przy­ło­ży­ła piąst­ki do drżą­cej brody.

– Nie wolno wam. Wszyst­ko po­wiem tacie!

Leira pierw­sza do­sko­czy­ła do małej sy­ren­ki. Jak ta smar­ku­la śmia­ła stać na dro­dze do zdo­by­cia Edwar­da?! Jeśli wy­ga­da ojcu, to zni­we­czy cały plan. Spoj­rza­ła w wy­stra­szo­ne oczka Atlyn­tii.

– Pi­śnij cho­ciaż słów­ko, a po­ła­mię wszyst­kie twoje mu­szel­ki.

– Nie bę­dzie­my się już nigdy z tobą bawić! – do­da­ła Cess, a Il­loys syk­nę­ła, szcze­rząc kły.

– Kiedy zo­sta­nę kró­lo­wą, nie będę to­le­ro­wa­ła u sie­bie żad­nych zdraj­czyń – fuk­nę­ła Ma­ra­na. – Wy­gnam cię na Za­chod­nie Bez­kre­sy! 

Atlyn­tia pi­snę­ła, aż za­trze­po­ta­ły jej skrze­la.

– Nic nie po­wiem, na­praw­dę! Pro­szę, nie wy­ga­niaj mnie!

Leira za­ma­cha­ła ogo­nem, uno­sząc się pod sufit.

– Sta­tek prze­pły­nie Ło­so­sio­we Skały jutro w po­łu­dnie. Wy­ru­szy­my ran­kiem.

Il­loys za­chi­cho­ta­ła.

– No, po­wiedz jej! – rze­kła Cess, trą­ca­jąc sio­strę łok­ciem.

– Po­wiedz co? – Leira zmarsz­czy­ła brwi. Bliź­niacz­ki znów się ro­ze­śmia­ły, za­kry­wa­jąc usta dłoń­mi. W końcu Il­loys spoj­rza­ła na Leirę.

– Ti­lian szu­kał cię po całym pa­ła­cu.

Leira par­sk­nę­ła.

– Czego ten dureń znów chce ode mnie?

– Wszyst­kie wiemy, czego chce – z po­waż­ną miną rze­kła Cess, ale zaraz potem wszyst­kie sy­re­ny wy­bu­chły śmie­chem, nawet Atlyn­tia, choć nie wy­glą­da­ło na to, żeby tak na­praw­dę wie­dzia­ła. Leira skrzy­wi­ła się, jakby zja­dła zgni­łe­go małża.

Ti­lian na­przy­krzał się jej od dłuż­sze­go czasu. Do jego burzy żół­tych loków i ogona w ko­lo­rze wie­czor­ne­go morza wzdy­cha­ła każda służ­ka w pa­ła­cu. Na­dę­ty bufon. Był ni­czym w po­rów­na­niu do Edwar­da. Na do­da­tek mówił tylko o sobie, bez prze­rwy, nie­ustan­nie, cały czas.

Leira wy­wró­ci­ła ocza­mi.

– Bar­dzo za­baw­ne. Jutro o po­ran­ku – przy­po­mnia­ła na po­że­gna­nie ro­ze­śmia­nym sio­strom. 

****

 

Morze było spo­koj­ne i nieruchome. Leira wy­sta­wi­ła głowę nad taflę wody. Ostre słoń­ce pa­li­ło w oczy, kilka bia­łych chmur zda­wa­ło się tkwić w miej­scu. Sio­stry wspi­na­ły się po­wo­li na Ło­so­sio­we Skały. Ka­mie­nie były wy­gła­dzo­ne bi­ją­cy­mi o nie przez lata ty­sią­ca­mi fal, ale śli­skie i zdra­dziec­kie. Na ho­ry­zon­cie sa­mot­ny biały ża­giel rósł nie­zwy­kle po­wo­li.

Mie­li­zna i pasma sza­rych raf ota­cza­ły Ło­so­sio­we Skały – sta­tek z pew­no­ścią omi­nie to miej­sce. Leira miała na­dzie­ję, że głos sze­ściu syren do­trze do za­ło­gi. Za­nur­ko­wa­ła i skry­ła się u pod­nó­ża skał. Sy­re­ny wy­glą­da­ły spo­mię­dzy ka­mie­ni, ostroż­nie, by lu­dzie nie zdo­ła­li ich wy­pa­trzeć. Leira wie­dzia­ła, że nie tylko ona jest pod­eks­cy­to­wa­na. Ma­ra­na trzy­ma­ła się kra­wę­dzi, aż bie­la­ły jej kłyk­cie, Il­loys i Cess szcze­bio­ta­ły do sie­bie, jak zwy­kle za­kry­wa­jąc usta, a Dala gry­zła ko­smyk wło­sów. Nawet Awi­cja ma­cha­ła ner­wo­wo ogo­nem, jed­no­cze­śnie ob­li­zu­jąc usta. Leira pa­trzy­ła na nią z iry­ta­cją. A tak nie chcia­ła pły­nąć! Pew­nie bę­dzie pierw­sza do skosz­to­wa­nia czło­wie­ka. Ma­rud­na, głu­pia brzy­du­la! Gdyby Leira nie po­trze­bo­wa­ła swo­ich sióstr, ka­za­ła­by jej zo­stać. Oczy­wi­ście, Atlyn­tia zo­sta­ła w pa­ła­cu. Przed wy­ru­sze­niem w drogę upew­ni­ły się, że smar­ku­la jest wy­star­cza­ją­co za­stra­szo­na, aby mil­czeć. Teraz już nic i nikt nie za­trzy­ma wy­da­rzeń.

Jedna tro­ska cią­ży­ła Le­irze na sercu. Jak w całym nad­cią­ga­ją­cym cha­osie zna­leźć Edwar­da, ura­to­wać go i wy­mknąć się z nim aż do kry­jów­ki Ulzy? Od rana za­drę­cza­ła się my­śla­mi o ataku. Nie mogła po­wie­dzieć sio­strom, że przy­by­ły tutaj, by pomóc jej zdo­być uko­cha­ne­go księ­cia. Córka króla Mor­skie­go Ludu i czło­wiek! Nie­by­wa­łe!

Póź­niej nikt nie bę­dzie pytał, co się stało. Wtedy wszyst­ko się ułoży. Leira nie ufała Ulzie. Nie była tak głu­pia i na­iw­na, za jaką brała ją mor­ska wiedź­ma, ale na razie nie miała wy­bo­ru. Cza­row­ni­ca sta­no­wi­ła jej je­dy­ną szan­sę, ale z pew­no­ścią za­żą­da cze­goś wię­cej niż zło­tej ko­ro­ny. Ta przy­słu­ga, o któ­rej wspo­mi­na­ła? O co może cho­dzić?

Nie­waż­ne.

Zrobi co trze­ba, aby zy­skać Edwar­da, nawet jeśli ma oddać Ulzie wszyst­kie skar­by ludzi ze swo­jej ko­lek­cji!

Słoń­ce su­szy­ło skórę i płe­twy, więc co pe­wien czas sy­re­ny nur­ko­wa­ły do ożyw­czej wody i znów wra­ca­ły na skałę. Sta­tek zbli­żał się nie­mi­ło­sier­nie po­wo­li, aż Leira za­czę­ła mo­dlić się do mor­skich du­chów o ze­sła­nie wia­tru. Za­dzi­wia­ją­ce, ale wi­cher wkrót­ce nad­szedł. Wydął ża­giel i sta­tek ru­szył, tnąc fale bry­zga­mi bia­łej piany.

– Teraz! – roz­ka­za­ła Ma­ra­na i sy­re­ny wy­szły z ukry­cia, sia­da­jąc na gład­kich ska­łach. Ze stat­ku do­bie­gły zdu­mio­ne okrzy­ki. Leira wi­dzia­ła ma­leń­kie po­sta­cie bie­ga­ją­ce w różne stro­ny na grzbie­cie tego drew­nia­ne­go po­two­ra i za­sta­na­wia­ła się, czy któ­raś z nich to Edward.

Ma­ra­na za­in­to­no­wa­ła pieśń. Ostry ni­czym żądło płaszcz­ki Głos po­niósł się da­le­ko. Sy­re­ny do­łą­czy­ły do sio­stry.

Krzy­ki na stat­ku uci­chły, bie­ga­ni­na usta­ła. Przez chwi­lę zda­wa­ło się, że wszyst­ko za­mar­ło, aż nagle mała syl­wet­ka sta­nę­ła na bur­cie i sko­czy­ła, ma­cha­jąc roz­pacz­li­wie rę­ka­mi. Druga zro­bi­ła to samo i ko­lej­na, i jesz­cze jedna. Ma­ry­na­rze ska­ka­li do wody, po czym pły­nę­li w stro­nę syren, które wciąż śpie­wa­ły. Leira pa­trzy­ła na opę­ta­nych ludzi i dzi­wi­ła się jak wielu ich było. Pró­bo­wa­ła doj­rzeć Edwar­da, ale była za da­le­ko. Nagle trwo­ga ści­snę­ła jej serce, gdy po­my­śla­ła, że nie wie, czy Edward umie pły­wać. Za­nur­ko­wać, aby go od­na­leźć? Za późno! Nie mogła się zdra­dzić przed sio­stra­mi, więc tylko śpie­wa­ła dalej. Wkrót­ce nikt już nie ska­kał. Sta­tek dry­fo­wał dalej, pcha­ny obo­jęt­nym wia­trem. Lu­dzie pły­nę­li co sił w kie­run­ku na­gich uwo­dzi­cie­lek. Nie­któ­rych opusz­cza­ły siły i zni­ka­li pod spo­koj­ną taflą oce­anu, zo­sta­wia­jąc za sobą gro­ma­dę drob­nych bą­bel­ków.

– To wszy­scy – prze­mó­wi­ła Ma­ra­na, ury­wa­jąc pieśń. – Nie zo­staw­cie ni­ko­go ży­we­go!

Sy­re­ny wsko­czy­ły do wody na spo­tka­nie ludzi.

Leira pę­dzi­ła co sił. Szu­ka­ła czar­no­wło­se­go księ­cia odzia­ne­go na biało, z czer­wo­nym pasem na bio­drach. Jak go zna­leźć, gdy spod wody wszy­scy wy­glą­da­li tak samo? Cie­nie na tle błę­kit­ne­go nieba.

Lu­dzie zwol­ni­li, za­trzy­ma­li się. Hip­no­ty­zu­ją­cy czar sy­re­nich pie­śni prze­mi­jał i ma­ry­na­rze roz­glą­da­li się oszo­ło­mie­ni. Nie­któ­rzy coś krzy­cze­li.

Wtedy po­mię­dzy nich wpa­dły sy­re­ny i krzy­cze­li już wszy­scy. Za­pa­no­wał chaos. Leira krą­ży­ła mię­dzy ludź­mi, wy­pły­wa­ła na po­wierzch­nię, pa­trzy­ła od jed­nej prze­ra­żo­nej twa­rzy do dru­giej, znów nur­ko­wa­ła i szu­ka­ła dalej w innym miej­scu. Wciąż ani śladu Edwar­da – Leira jęk­nę­ła z roz­pa­czy. Co, jeśli nie wsiadł na sta­tek? Nie­moż­li­we! Prze­cież za­wsze nim pły­nął. Może któ­raś z sióstr wcią­gnę­ła go już w głę­bię i opa­dał teraz bez życia w kie­run­ku mor­skie­go dna? Lu­dzie byli tacy słabi i nie­zdar­ni. W wo­dzie przy­po­mi­na­li świe­żo wy­klu­te na plaży żół­wi­ki, roz­ry­wa­ne dzio­ba­mi żar­łocz­nych mew, brną­ce nie­zdar­nie do upra­gnio­ne­go oce­anu.

Obok Cess po­chwy­ci­ła bla­de­go chło­pa­ka o wyłupiastych oczach. Zdą­żył tylko na­brać po­wie­trza, nim znik­nął pod wodą. Sy­re­ny wy­su­nę­ły kły. Gład­kie twa­rze wy­krzy­wi­ły się w twar­de pyski. Zęby za­to­pi­ły w mięk­kich cia­łach, szar­piąc i rwąc. Wstę­gi krwi za­bar­wi­ły wodę. Ma­ry­na­rze roz­pierz­chli się we wszyst­kich kie­run­kach. Sy­re­ny to­pi­ły lub za­gry­za­ły ucie­ka­ją­cych, po­rzu­ca­ły i ru­szy­ły ku na­stęp­nym, zo­sta­wia­jąc po­si­łek na póź­niej.

Leira za­klę­ła.

Nie mogła być jed­no­cze­śnie wszę­dzie. Za­nur­ko­wa­ła, prze­pły­nę­ła przez chmu­rę kar­ma­zy­no­wej cie­czy, wcią­ga­jąc w skrze­la słod­ki po­smak krwi, ru­szy­ła ku gru­pie pły­ną­cych ludzi. Byli tak po­wol­ni!

Do­strze­gła Edwar­da.

Roz­po­zna­ła go od razu. A potem rzu­ci­ła się mu na pomoc, bo sza­mo­tał się prze­ra­żo­ny, wcią­ga­ny w od­mę­ty przez Awi­cję.

Za­wsze ona!

Już w dzie­ciń­stwie pod­bie­ra­ła Le­irze za­baw­ki. Skar­ży­ła na nią do ojca, wy­po­mi­na­jąc każdą wy­pra­wę po ludz­kie skar­by. I teraz za­mie­rza­ła po­zba­wić ją uko­cha­ne­go!

Edward wy­ma­chi­wał ka­wał­kiem ostre­go me­ta­lu, ale nie mógł do­się­gnąć trzy­ma­ją­cej go za wy­so­ki but na­past­nicz­ki.

Może Awi­cja miała zgrab­niej­szy ogon, pięk­niej­sze łuski o ko­lo­rze naj­czyst­sze­go błę­ki­tu, ale to Leira pły­wa­ła naj­szyb­ciej. Teraz zaś, by ra­to­wać Edwar­da, po­mknę­ła prę­dzej niż nie­do­ści­gnio­ne ża­gli­ce.

Z sy­kiem ude­rzy­ła w Awi­cję i za­dra­pa­ła szpo­na­mi jej twarz, aż krew sy­re­ny zmie­sza­ła się z po­so­ką ma­ry­na­rzy. Na­stęp­nie zo­sta­wi­ła oszo­ło­mio­ną sio­strę i chwy­ci­ła Edwar­da. Miał za­mknię­te oczy. Dreszcz prze­ra­że­nia prze­szył ją od ogona po głowę, ale wy­pchnę­ła księ­cia na po­wierzch­nię. Chwy­ci­ła jego twarz i po­ca­ło­wa­ła mocno, wdmu­chu­jąc po­wie­trze do sło­nych ust.

Za­kasz­lał, prych­nął kro­pel­ka­mi wody, ale zanim Leira zdą­ży­ła się uśmiech­nąć, coś chwy­ci­ło ją w bio­drach i po­cią­gnę­ło w głę­bi­nę. 

Brą­zo­we włosy Awi­cji prze­pla­ta­ły się z krwią pły­ną­cą z roz­dar­te­go po­licz­ka. Leira po­czu­ła ostre zęby na bio­drze, ale ude­rzy­ła Awi­cję w skroń i szczę­ki pu­ści­ły. Za­uwa­ży­ła opa­da­ją­ce po­wo­li ciało Edwar­da. Za nim, w od­da­li, bru­nat­na woda za­sła­nia­ła obraz rzezi. Leira pi­snę­ła, gdy pięść tra­fi­ła ją w skrze­la i sama od­da­ła cios, tłu­kąc głowę Awi­cji, dra­piąc i szar­piąc za włosy. Zdo­ła­ła się uwol­nić z uści­sku roz­wście­czo­nej sio­stry, zgię­ła się, zro­bi­ła obrót i po­pę­dzi­ła do Edwar­da. Jeśli on umrze, to wszyst­ko stra­co­ne. Przez mo­ment my­śla­ła, jak wy­tłu­ma­czy sio­strom atak na Awi­cję. Usły­sza­ła za sobą wście­kły krzyk i skon­cen­tro­wa­ła się na ma­cha­niu ogo­nem. Jedna rzecz na raz – po­wta­rzał jej czę­sto oj­ciec, gdy była mała, i choć w wielu spra­wach uwa­ża­ła go za sta­re­go ma­ru­dę – tę lek­cję za­pa­mię­ta­ła na za­wsze. Zo­ba­czy­ła błysk w ręku księ­cia. Bez­wład­ne palce pu­ści­ły ostrze, które za­czę­ło po­wo­li opa­dać wraz z Edwar­dem. Leira mo­men­tal­nie wpa­dła na ide­al­ny po­mysł. Po­stra­szy Awi­cję ludz­kim żą­dłem, za­bie­rze Edwar­da i uciek­nie. Niech sobie sio­strzycz­ki plot­ku­ją, co chcą!

Zręcz­nie chwy­ci­ła ostrze, od­wró­ci­ła się, by ostrzec Awi­cję, jed­no­cze­śnie wy­su­wa­jąc przed sie­bie ludz­ką broń. Awi­cja była zbyt bli­sko, pły­nę­ła zbyt szyb­ko. Leira nie zdą­ży­ła za­re­ago­wać. Po­czu­ła szarp­nię­cie w ręku i ostrze za­głę­bi­ło się w bla­dej pier­si Awi­cji. Zde­rzy­ły się ze sobą, obie z roz­sze­rzo­ny­mi w zdu­mie­niu ocza­mi. Obie z otwar­ty­mi w prze­ra­że­niu usta­mi. Leira na mo­ment za­po­mnia­ła o księ­ciu, o mor­skiej wiedź­mie i umie­ra­ją­cych że­gla­rzach. Krwa­wy bąbel wy­le­ciał spo­mię­dzy warg Awi­cji ni­czym rak pu­stel­nik ucie­ka­ją­cy z nie­przy­dat­nej sko­ru­py. Po chwi­li pękł i czer­wo­ny obłok za­sło­nił twarz sy­re­ny. Jej głowa opa­dła bez­wład­nie.

Za­bi­ła ją. Za­bi­ła wła­sną sio­strę.

Ciało Awi­cji spły­nę­ło z ostrza i za­czę­ło opa­dać, cią­gnąć za sobą kar­ma­zy­no­wy stru­myk z rany.

Edward!

Był nie­da­le­ko. Wy­rzu­ci­ła ze wstrę­tem okrop­ny ludz­ki kolec. Chwy­ci­ła Edwar­da i po­ca­ło­wa­ła tak jak wcze­śniej, wdmu­chu­jąc po­wie­trze w jego usta. Wło­ży­ła rękę pod ma­ry­nar­ską ko­szu­lę, szu­ka­jąc bicia serca, prze­ra­żo­na, że się spóź­ni­ła. Mu­sia­ła się zmu­sić, aby pa­mię­tać o na­bie­ra­niu dłu­gich od­de­chów skrze­la­mi. Jeśli żył – po­trze­bu­je po­wie­trza, jeśli nie… 

Wo­la­ła o tym nie my­śleć.

Wy­czu­ła ude­rze­nia serca i za­la­ła ją fala ulgi. Teraz wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Ob­ję­ła go rę­ko­ma i ru­szy­ła w drogę do ja­ski­ni Ulzy.

Bez prze­rwy wi­dzia­ła w my­ślach twarz Awi­cji. Te zdra­dzo­ne oczy, gdy na­dzia­ła się na ostrze. To był wy­pa­dek, to była wina Awi­cji. Gdyby tylko jej nie ści­ga­ła, gdyby od­pły­nę­ła i zo­sta­wi­ła Edwar­da w spo­ko­ju…

Leira mknę­ła przez pod­wod­ny świat, bez prze­rwy ofia­ro­wu­jąc księ­ciu po­wie­trze.

Nim do­tar­ła do ja­ski­ni Ulzy, płuca i skrze­la pa­li­ły jak chło­sta­ne od pa­rzy­de­łek me­du­zy. Za­cią­gnę­ła Edwar­da przez tunel oświe­tlo­ny mi­go­czą­cy­mi roz­bły­ska­mi wę­go­rzy; wpły­nę­ła do ja­ski­ni, za­sta­na­wia­jąc się, co ma teraz zro­bić? Prze­cież nie mogła go pu­ścić – uto­nął­by na­tych­miast. Oby Ulza miała jakiś po­mysł.

Wiedź­ma po­ja­wi­ła się z głębi groty. Su­nę­ła po­spiesz­nie na mac­kach, uśmiech­nię­ta sze­ro­ko, uka­zu­jąc drob­ne spi­cza­ste zęby.

– Płyń, dziec­ko, płyń. Tu za mną.

Leira po­dą­ży­ła za Ulzą.

– Lu­dzie nie znio­są długo tu­tej­sze­go zimna. Uwa­żaj na ka­mie­nie. Ile już czasu obie­cu­ję sobie, że je sprząt­nę? Tam. – Wska­za­ła na przy­cze­pio­ny do skal­ne­go dna bąbel po­wie­trza. Tuż obok dru­gie­go, który wi­dzia­ła wcze­śniej, wy­peł­nio­ne­go zdo­by­cza­mi z wra­ków ludz­kich stat­ków. Były od­dzie­lo­ne wąską ścia­nę wody.

W środ­ku bańki spo­czy­wa­ło łoże z glo­nów i mięk­kich ko­ra­low­ców.

– Połóż go – roz­ka­za­ła Ulza.

Gdy tylko Leira zna­la­zła się w bąblu, po­czu­ła cie­pło, znacz­nie przy­jem­niej­sze niż chłód wody do­oko­ła. Ode­rwa­ła wy­cień­czo­ne usta od Edwar­da i zło­ży­ła jego głowę na glo­nach. Bez sił legła obok, dy­sząc cięż­ko ze wzro­kiem wpa­trzo­nym w nik­ną­ce w ciem­no­ści skle­pie­nie.

Macki Ulzy unio­sły księ­cia i de­li­kat­nie zło­ży­ły na po­sła­niu.

– Nie zu­ży­waj po­wie­trza, dziec­ko. Te sfery kosz­tu­ją mnie wiele sił i cza­rów. No już, sio!

Leira nie­chęt­nie wpeł­zła w ścia­nę zim­nej wody. Pa­trzy­ła na nie­przy­tom­ne­go Edwar­da. Był tu, w głę­bi­nach, za­le­d­wie na wy­cią­gnię­cie ręki. Do­ko­na­ła tego. Od­dy­chał spo­koj­nie, kro­ple spły­wa­ły mu z czoła i skle­jo­nych wło­sów, mokre ubra­nie ob­le­pia­ło umię­śnio­ne ciało, któ­re­go tak po­żą­da­ła. Po­czu­ła na­ra­sta­ją­ce cie­pło w pod­brzu­szu. Chcia­ła­by za­mknąć się z Edwar­dem na za­wsze w po­wietrz­nym bąblu i za­po­mnieć o całym świe­cie. Uśmiech­nę­ła się do sie­bie, ale dobry na­strój pry­snął, gdy przy­po­mnia­ła sobie opa­da­ją­ce ciało Awi­cji.

– Leiro! – krzyk Ulzy po­wiał chło­dem. – Nie czas na od­po­czy­nek. Ksią­żę żyje, ale przed nami wciąż wiele pracy. Na razie utrzy­mam go we śnie.

– Co mam zro­bić? Mó­wi­łaś, że po­trze­bu­je­my jesz­cze cze­goś.

– Mamy już górną część two­je­go wy­ma­rzo­ne­go męż­czy­zny. Teraz czas na ogon.

– Skąd go weź­mie­my?

– Przy­pusz­czam, że są przy­cze­pio­ne do try­to­nów. – Za­śmia­ła się z wła­sne­go żartu.

Na­to­miast Leira wcale nie była roz­ba­wio­na. Po­ma­so­wa­ła szczy­pią­ce miej­sce, gdzie ugry­zła ją Awi­cja, i cze­ka­ła, aż wiedź­ma prze­sta­nie pleść głup­stwa.

Tylko że Ulza nic nie mó­wi­ła.

Bar­dzo nie­po­ko­ją­ce i sza­lo­ne po­dej­rze­nie za­czę­ło kieł­ko­wać w gło­wie Leiry.

– Nie mó­wisz po­waż­nie…

– Ogon i skrze­la try­to­na, Leiro. Muszę je mieć. Jak naj­śwież­sze. Och, nie patrz tak na mnie. Do­brze, do­brze, po­mo­gę ci. Przy­pro­wadź tu ja­kie­goś mło­de­go try­to­na, a dobra Ulza zaj­mie się resz­tą.

Le­irze za­wi­ro­wa­ło w gło­wie.

– Nie! Nic o tym nie mó­wi­łaś!

Spoj­rza­ła na śpią­ce­go Edwar­da. Czy to jej wina, że za­ko­cha­ła się w czło­wie­ku? Szlak tej za­ka­za­nej mi­ło­ści zna­czy­ła krew. To przez nią Awi­cja i dzie­siąt­ki ma­ry­na­rzy stra­ci­li życie. A teraz Ulza do­ma­ga się ko­lej­nej ofia­ry. Czy to się nigdy nie skoń­czy?

– Nie mogę… – wy­szep­ta­ła. 

Ulza od­wró­ci­ła się bez słowa, wzno­sząc macki ponad głowę i kre­śląc nimi dziw­ne wzory.

– Och, cóż. W takim razie myślę, że po­wie­trze nie bę­dzie już księ­ciu po­trzeb­ne.

Był to pro­sty, bru­tal­ny i okrut­ny szan­taż. Leira za­ci­snę­ła pię­ści i syk­nę­ła cicho, po­ka­zu­jąc kły. Prze­cież do­pro­wa­dzi­ła do śmier­ci Awi­cji, zbun­to­wa­ła sio­stry prze­ciw­ko wła­dzy ojca, zła­ma­ła tyle zasad, że resz­tę życia po­win­na spę­dzić za­mknię­ta w swo­jej kom­na­cie. Za­pła­ci­ła tak wiele za swoją mi­łość, a dług wciąż rósł. Na mo­ment znie­na­wi­dzi­ła Edwar­da, jego ludz­kie ciało, tak słabe i bez­bron­ne, jego wier­sze, szep­ta­ne no­ca­mi na stat­ku tym spo­koj­nym, cie­płym, miłym gło­sem…

– Za­cze­kaj!

Unie­sio­ne macki za­mar­ły.

– Zro­bię to. Przy­pro­wa­dzę try­to­na – Leira nie wie­rzy­ła, że to mówi. Ze spusz­czo­ną głową pod­nio­sła się z dna.

– Na pewno?

– Tak!

– Ru­szaj, dziec­ko! Twój ksią­żę na cie­bie liczy.

Wciąż sły­sza­ła śmiech Ulzy, gdy opusz­cza­ła ja­ski­nię.

 

***

 

Młode try­to­ny za­ku­te w pan­ce­rze z musz­li i sko­rup wy­peł­nia­ły krąg tre­nin­go­wy. Wy­ma­chi­wa­ły bro­nią nawet nie w po­ło­wie tak chęt­nie, jak prę­ży­ły umię­śnio­ne ciała i lśnią­ce ogony.

Jak za­wsze.

Młode sy­re­ny z ru­mia­ny­mi po­licz­ka­mi oraz za­chwy­tem w oczach wy­mie­nia­ły mię­dzy sobą spro­śne żar­ci­ki, co rusz zer­ka­jąc na wal­czą­cych mło­dzień­ców i pi­skli­wie chi­cho­cząc.

Jak za­wsze.

Oczy­wi­ście, Ti­lian był bli­sko wi­dow­ni. Owi­nię­tym w wo­do­ro­sty mie­czem z rogu na­rwa­la okła­dał wła­śnie ja­kie­goś nie­szczę­śni­ka, a każde ude­rze­nie wy­wo­ły­wa­ło za­rów­no za­chwy­ty pu­blicz­no­ści, jak i po­głę­bia­ło upo­ko­rze­nie prze­gra­ne­go.

Leira prze­pły­nę­ła nad gło­wa­mi syren. Przy­gry­zła wargę, po raz ostat­ni za­sta­na­wia­jąc się, czy zna inny spo­sób na za­cią­gnię­cie Ti­lia­na do ja­ski­ni wiedź­my i po raz ko­lej­ny nie wy­my­śli­ła ni­cze­go no­we­go. Nie mogła ode­rwać wzro­ku od ogona Ti­lia­na. Długi, o sy­me­trycz­nych, ciem­no­nie­bie­skich łu­skach, z płe­twa­mi beż żad­nych po­strzę­pień. Ide­al­nie współ­grał z do­sko­na­łym cia­łem po­wy­żej.

Ti­lian spa­ro­wał cios, ude­rzył prze­ciw­ni­ka ogo­nem w twarz i po­pra­wił mie­czem. Wy­star­czy­ło, aby po­ko­na­ny try­ton uciekł sku­lo­ny poza krąg. Sy­re­ny za­pisz­cza­ły z za­chwy­tu. Ti­lian zdjął hełm, uwal­nia­jąc plą­ta­ni­nę krę­co­nych wło­sów, tak ja­snych, że nie­mal bia­łych. Po­ma­chał wi­dow­ni.

I wtedy ją do­strzegł.

Leira była pewna, że Ti­lian zwró­ci na nią uwagę. Za­wsze po­cią­ga­ły go ru­do­wło­se pięk­no­ści. Łowił je wzro­kiem jak lu­dzie nie­szczę­sne ryby. Córka króla o tym ko­lo­rze wło­sów sta­no­wi­ła­by naj­wspa­nial­sze tro­feum.

Spo­tka­li się wzro­kiem i od­po­wie­dzia­ła mu lek­kim uśmie­chem, choć w środ­ku czuła mdlą­ce skur­cze. Nigdy nie po­tra­fi­ła flir­to­wać, od ma­łe­go bar­dziej za­fa­scy­no­wa­na świa­tem na ze­wnątrz niż go­do­wy­mi pod­cho­da­mi swo­je­go ludu.

Ti­lian bły­snął uśmie­chem, dum­nym ru­chem od­gar­nął włosy i za­trze­po­tał ogo­nem, wy­wo­łu­jąc falę pod­eks­cy­to­wa­nych wes­tchnień. Oddał miecz i zbro­ję po­moc­ni­ko­wi, na­stęp­nie ru­szył w kie­run­ku Leiry, nawet na chwi­lę nie spusz­cza­jąc z niej wzro­ku. 

Rzu­ci­ła mu, jak miała na­dzie­ję, uwo­dzi­ciel­skie spoj­rze­nie i skry­ła się, ale nie za do­brze, w pa­ła­co­wych ogro­dach. Przy­sta­nę­ła z nie­win­ną miną pod ka­mien­ną ścia­ną ob­ro­śnię­tą czer­wo­ny­mi wit­ka­mi ko­ra­low­ca.

Przy­pły­nął po­wo­li, z ele­gan­cją sunąc obok sta­ran­nie przy­cię­tych ro­ślin.

– Nie wie­dzia­łem, że naj­pięk­niej­sza księż­nicz­ka in­te­re­su­je się wal­ka­mi – za­czął. Głos miał czy­sty i me­lo­dyj­ny, lecz brzmia­ła w nim słod­ko­gorz­ka obiet­ni­ca. Leira z całej siły pró­bo­wa­ła za­cho­wać na twa­rzy uśmiech.

Prze­su­nął wzro­kiem od jej płetw, smu­kłe­go ogona, coraz wyżej i wyżej, za­trzy­mał się odro­bi­nę dłu­żej na pier­siach, zmu­sił z tru­dem oczy, aby pod­ję­ły wę­drów­kę do szyi i ust, tym­cza­sem ru­mie­niec Leiry rósł jak wy­stra­szo­na na­jeż­ka. Pra­gnę­ła czmych­nąć jak naj­szyb­ciej od spoj­rzeń nie­bie­skich oczu Ti­lia­na, ale gdyby to zro­bi­ła, wy­da­ła­by na Edwar­da wyrok. Wiedź­ma nie utrzy­ma po­wietrz­ne­go bąbla w nie­skoń­czo­ność.

– Każdy musi do­ro­snąć – od­po­wie­dzia­ła drżą­cym gło­sem, li­cząc na to, że Ti­lian uzna to za wyraz pod­eks­cy­to­wa­nia jego osobą.

– Otóż to. Naj­pięk­niej­sze sy­re­ny szu­ka­ją naj­pięk­niej­szych try­to­nów, a oni są, no cóż… tutaj, w kręgu.

Przy­su­nął się bli­sko, we­dług niej – zde­cy­do­wa­nie zbyt bli­sko. Na szczę­ście jej nie do­tknął; sama nie wie­dzia­ła, co by wtedy zro­bi­ła. Na­chy­lił się – wiel­ka góra gład­kich mię­śni, per­ło­wo­bia­łych zębów i roz­pusz­czo­nych wło­sów.

– Pro­szę. Znam miej­sce… – po­wie­dzia­ła w pa­ni­ce, wi­dząc zbli­ża­ją­ce się usta. – Nie chcę plo­tek.

Prze­chy­lił głowę i szep­nął jej pro­sto do ucha.

– Oczy­wi­ście. Jak mógł­bym od­mó­wić proś­bie księż­nicz­ki?

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, Leira od­sko­czy­ła spod ścia­ny.

– Znasz Pół­noc­ną Fałdę?

Uniósł jedną brew.

– Nie za­mie­rzasz chyba mnie cią­gnąć aż tam?

Opar­ła dło­nie o bio­dra i zmru­ży­ła oczy.

– Za da­le­ko? – Unio­sła pod­bró­dek. – Masz mnie za jedną z tych dziew­czyn z wi­dow­ni, które same roz­kła­da­ją przed tobą łuski? – Dla pew­no­ści wy­pię­ła do przo­du pier­si, wy­pro­sto­wa­ła ogon i za­trze­po­ta­ła płe­twa­mi, pre­zen­tu­jąc wszyst­kie swoje wdzię­ki. 

Ti­lian skło­nił się, nie spusz­cza­jąc wzro­ku z ciała Leiry. 

– Naj­moc­niej prze­pra­szam, Wasza Wy­so­kość. Dla cie­bie po­pły­nę choć­by na kra­niec oce­anu.

– No, myślę. Ła­ska­wie ci wy­ba­czam. – Mru­gnę­ła do niego. – Ten jeden raz. A więc Fałda. Będę na cie­bie cze­kać…, ale nie za długo. – Do­da­ła, po czym od­pły­nę­ła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Gdy była pewna, że już jej nie widzi, zgar­bi­ła się i skrzy­żo­wa­ła ręce na pier­siach. Serce dud­ni­ło i za nic nie chcia­ło się uspo­ko­ić. Na prze­kór roz­sąd­ko­wi spró­bo­wa­ła wy­obra­zić sobie, co Ti­lian robił z nią w swo­ich my­ślach i aż po­czu­ła mdło­ści. Sku­pi­ła się na ma­cha­niu ogo­nem oraz wy­pa­try­wa­niu sióstr. Od ataku na ludz­ki sta­tek nie po­ka­za­ła się w pa­ła­cu. Może sio­stry wciąż jej szu­ka­ły? Może zna­la­zły ciało Awi­cji i bały się, że Leirę spo­tkał taki sam los?

Czas na­glił. Póź­niej, kiedy Edward bę­dzie bez­piecz­ny, wróci do pa­ła­cu i wszyst­ko wy­tłu­ma­czy. Tylko jak? Nie­waż­ne. Coś wy­my­śli, za­wsze po­tra­fi­ła zna­leźć gład­kie słów­ka. Z wy­jąt­kiem spo­tka­nia z Ti­lia­nem. To wiel­kie ciało z błę­kit­ny­mi ocza­mi po­tra­fi­ło przy­tło­czyć. Na szczę­ście, że z wy­jąt­kiem kłę­bów mię­śni, Ti­lian pre­zen­to­wał je­dy­nie pust­kę w gło­wie.

 

***

 

Nie cze­ka­ła długo. Syl­wet­ka Ti­lia­na nad­pły­wa­ła z po­łu­dnia, le­d­wie wi­docz­na w na­ra­sta­ją­cej ciem­no­ści zmierz­cha­ją­ce­go dnia. Leira dry­fo­wa­ła nad wej­ściem do ja­ski­ni Ulzy. Krą­żą­ce po­ni­żej wę­go­rze oświe­tla­ły sy­re­nę bły­skiem wy­ła­do­wań.

Po­cze­ka­ła, aż się zbli­ży. Zbla­dła, gdy uj­rza­ła róg na­rwa­la, który przy­piął sobie do pasa sznu­rem wo­do­ro­stów. Znów ufała, że Ulza bę­dzie wie­dzia­ła, co robić.

Po­wi­ta­ła Ti­lia­na uśmie­chem, ale on pa­trzył je­dy­nie na wę­go­rze.

– Na Matkę Wodę, co to za stwo­rze­nia?

– Zna­la­złam je tutaj. Są pięk­ne, praw­da?

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Ra­czej dziw­ne.

– Mnie się po­do­ba­ją.

– Tak, sły­sza­łem, że lu­bisz… dziw­ne rze­czy. Ludzi z ich skar­ba­mi. Do­praw­dy, Leiro, po­win­naś po­rzu­cić te głu­po­ty i sku­pić się na waż­nych spra­wach. Ta­kich jak ja.

Leira skrzy­wi­ła się, jakby wpły­nę­ła w plamę ry­bich szcząt­ków.

– Oczy­wi­ście, Ti­lia­nie. Dla­te­go tu je­ste­śmy, praw­da? Tam jest ja­ski­nia, gdzie nikt nas nie zo­ba­czy.

Try­ton obej­rzał się przez ramię.

– Ni­ko­go tu nie widzę – mruk­nął.

– Nie mogę ry­zy­ko­wać – od­po­wie­dzia­ła wy­nio­słym tonem. Oj­ciec uży­wał ta­kie­go, aby wy­mu­sić po­słuch u dwo­rzan. Wy­star­czy­ło go na­śla­do­wać. – Wę­go­rze oświe­tlą nam drogę. Płyń za mną, do­brze?

– Dzi­wac­twa, jak mó­wi­łem. – Po­tarł po­li­czek. – Cóż, do­brze, ale jeśli któ­reś z tych stwo­rzeń mnie do­tknie, to po­czu­je miecz.

Leira z ulgą wpły­nę­ła w wej­ście do groty i po­pro­wa­dzi­ła Ti­lia­na przez długi tunel. Co pe­wien czas zer­ka­ła, czy nie zre­zy­gno­wał. Na szczę­ście, try­ton na­praw­dę chciał się do­brać do jej łusek.

Im Leira była bli­żej ja­ski­ni, tym bar­dziej na­ra­stał w niej strach. Co, gdy już tam do­pły­nie? A jeśli Ulzy tam nie ma? I zo­sta­nie sama z pod­eks­cy­to­wa­nym Ti­lia­nem? Może go zwo­dzić przez pe­wien czas, ale w końcu znu­dzi się pod­cho­da­mi i…

Od­rzu­ci­ła okrop­ne myśli.

Za­wsze lu­bi­ła ry­zy­ko. Ina­czej nie zwie­dza­ła­by za­to­pio­nych ludz­kich stat­ków, wy­peł­nio­nych ostry­mi przed­mio­ta­mi i nad­gni­łym drew­nem. W po­szu­ki­wa­niu skar­bów i pa­mią­tek pe­ne­tro­wa­ła ła­dow­nie oraz ka­ju­ty, które nie raz oka­zy­wa­ły się kry­jów­ka­mi wście­kłych mor­skich istot. Wy­do­sta­wa­ła się z róż­nych opre­sji, więc teraz rów­nież sobie po­ra­dzi. Ti­lian był po pro­stu in­ne­go ro­dza­ju dra­pież­ni­kiem, ale po­lo­wał na jej ciało tak samo, jak re­ki­ny albo mu­re­ny. Po­cie­sza­ła się myślą, że in­te­lek­tem rów­nież przy­po­mi­nał śred­nio roz­gar­nię­te­go małża.

Uj­rza­ła zie­lo­ne świa­tło ja­ski­ni i wkrót­ce zna­la­zła się w środ­ku. Pły­nę­ła jakby wie­dzia­ła dokąd zmie­rza, jed­no­cze­śnie wzro­kiem szu­ka­jąc Ulzy. Nie za­mie­rza­ła po­pro­wa­dzić Ti­lia­na aż do bąbla z Edwar­dem, na szczę­ście ko­lum­ny za­sła­nia­ły głąb pie­cza­ry.

– Leiro! – za­wo­łał Ti­lian.

Sta­nął nie­da­le­ko ze zmarsz­czo­ny­mi brwia­mi. Oglą­dał ja­ski­nię i naj­wy­raź­niej nie był za­do­wo­lo­ny.

– Cóż, przy­zna­ję, ni­cze­go sobie zna­le­zi­sko, ale nadal myślę, że wy­star­czy­ło­by coś mniej… cu­dacz­ne­go.

Leira ukry­ła strach za uśmie­chem. Co miała teraz zro­bić?

Ti­lian pod­pły­wał z bły­skiem w oku, który się jej nie po­do­bał.

– A więc Wasza Wy­so­kość, nikt nas tu nie zo­ba­czy…

Cof­nę­ła się, pa­trząc jak od­wią­zu­je róg na­rwa­la i upusz­cza na pod­ło­że.

– Nikt nas nie usły­szy…

Coś po­ru­szy­ło się za ple­ca­mi Ti­lia­na.

– Z pew­no­ścią nie bę­dzie żad­nych plo­tek…

Skró­cił dy­stans tak nagle, że nie zdą­ży­ła nawet pi­snąć. Wiel­kie łapy chwy­ci­ły ją za ra­mio­na. Trzy­mał mocno, a lu­bież­ny uśmiech świad­czył o tym, że nie za­mie­rzał cze­kać dłu­żej.

Zbli­żył swoje usta, a ona od­su­nę­ła głowę ze wstrę­tem. Jeśli pierw­szy po­ca­łu­nek odda temu bez­mó­zgie­mu bru­ta­lo­wi, to nigdy sobie nie wy­ba­czy!

Krzyk­nę­ła, gdy ostry ból prze­szył jej ciało. Zdu­mio­ny Ti­lian rów­nież jęk­nął. Za jego ple­ca­mi nie­bie­ski błysk wę­go­rza zgasł tak szyb­ko, jak się po­ja­wił.

– Za­tłu­kę te stwo­rze­nia! – krzyk­nął Ti­lian, ob­ra­ca­jąc się w po­szu­ki­wa­niu mie­cza.

Leira scho­wa­ła się za ko­lum­ną i wy­sta­wi­ła głowę, nie­pew­na, co zo­ba­czy. 

Ti­lian trzy­mał róg, ale broń wy­da­wa­ła się ni­czym w po­rów­na­niu do ota­cza­ją­cej go chma­ry wę­go­rzy. Krą­ży­ły w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, co pe­wien czas strze­la­jąc li­nia­mi świa­tła.

Spró­bo­wał dziab­nąć pierw­sze­go, ale chy­bił. Za to wę­go­rze jak na ko­men­dę ru­szy­ły w stro­nę try­to­na i Leira mu­sia­ła za­mknąć oczy, po­draż­nio­ne ośle­pia­ją­cym bły­skiem. Krzyk Tiliana wypełnił jaskinię.

Gdy pod­nio­sła po­wie­ki, wę­go­rze już gdzieś znik­nę­ły. Ciało Ti­lia­na dry­fo­wa­ło bez­wład­nie, wciąż ści­ska­jąc w dłoni róg na­rwa­la.

– Jesz­cze żyje. – Głos wiedź­my do­bie­gał z góry.

Plą­ta­ni­na czar­nych macek opusz­cza­ła się po­wo­li, pro­sto w kie­run­ku nie­przy­tom­ne­go try­to­na.

– Chcesz to zro­bić, dziec­ko?

Leira tkwi­ła oszo­ło­mio­na w bez­ru­chu.

– Zro­bić co?

– Zabić go, oczy­wi­ście. Weź jego miecz, wy­ce­luj w…

– Nie!

Ulza ob­ję­ła mac­ka­mi ciało Ti­lia­na. Za­bra­ła róg i przy­ło­ży­ła mu do ucha. Leira pa­trzy­ła, choć wcale nie chcia­ła. Palce roz­bo­la­ły od ści­ska­nia chro­po­wa­tej ścia­ny ko­lum­ny. Wie­dzia­ła, co się sta­nie.

Macki przy­trzy­ma­ły głowę Ti­lia­na.

– Do­sko­na­ły okaz, Leiro. Ro­zu­miesz, moja droga, mu­si­my go za­cho­wać ra­czej nie­tknię­te­go, ale z pew­no­ścią nie po­trze­bu­je­my głowy.

Pchnę­ła miecz przy wtó­rze ohyd­ne­go trza­sku i Le­irze żo­łą­dek pod­szedł do gar­dła. Cien­ka smuga krwi wy­pły­nę­ła z czasz­ki try­to­na. Ulza chwy­ci­ła zwło­ki i za­tar­ga­ła w kie­run­ku bąbla z Edwar­dem.

– Nie ma czasu do stra­ce­nia – mruk­nę­ła, mi­ja­jąc sku­lo­ną Leirę.

 Ile jesz­cze krwi po­pły­nie przez jej mi­łość?

Awi­cja, Ti­lian, ma­ry­na­rze. Czy ten kosz­mar się nie skoń­czy? Dla­cze­go nie mogła po­ko­chać kogoś z Mor­skie­go Ludu? Dla­cze­go za­wsze pra­gnę­ła wię­cej i wię­cej? Ryby nie la­ta­ją pod nie­bem, roz­gwiaz­dy nie śpie­wa­ją pie­śni, a sy­re­ny nie biorą ludzi za ko­chan­ków. Ra­ni­ła na­tu­ral­ny po­rzą­dek świa­ta i każda prze­la­na kro­pla krwi ob­cią­ża­ła jej su­mie­nie.

Pod­nio­sła głowę, zmu­si­ła ciało do wy­sił­ku i po­pły­nę­ła za Ulzą.

Za­pę­dzi­ła się tak da­le­ko, że nie było od­wro­tu, ale jed­no­cze­śnie nie wie­dzia­ła, jak da radę wy­trwać w kosz­ma­rze, który sama stwo­rzy­ła.

W mac­kach i rę­kach Ulzy tkwi­ły cien­kie ostrza, sze­ro­kie ostrza, ostrza po­łą­czo­ne sta­lo­wy­mi nićmi, albo które kształ­tem przy­po­mi­na­ły małe płaszcz­ki. Bar­dzo dużo ostrzy i wszyst­kie pod­no­si­ły się, po czym opa­da­ły nad cia­łem Ti­lia­na, po­ło­żo­nym tuż przy Edwar­dzie.

– Wi­dzisz, moja droga? – Ulza nawet nie od­wró­ci­ła głowy. Lśnią­ca krew bar­wi­ła suche glony, gdzie leżał Try­ton. – Cu­dow­ne.

Dźwięk roz­dzie­ra­ne­go ciała znów wy­wo­łał w Le­irze mdło­ści. Była wdzięcz­na, ze zza ple­ców Ulzy nie mogła do­strzec, co się dzie­je w bąblu. Tylko obawa przed po­zo­sta­wie­niem Edwar­da w rę­kach wiedź­my po­wstrzy­my­wa­ła Leirę przed omdle­niem lub uciecz­ką. 

Mu­sia­ła zo­stać. Nie wie­rzy­ła Ulzie i nie po­zwo­li, aby zro­bi­ła Edwar­do­wi coś strasz­ne­go.

– Ma… – Ulza za­chi­cho­ta­ła. – Miał silne skrze­la. Po­trze­bu­ję też tro­chę tego.

Trzask ła­ma­nej kości.

– I tego.

Coś zo­sta­ło wy­cią­gnię­te, ka­łu­ża krwi na pod­ło­żu rosła szyb­ko.

– Jesz­cze to…

Krew do­tknę­ła ścian bąbla, za­bar­wi­ła wodę i Leira po­czu­ła w skrze­lach mdlą­cy po­smak.

– No chodź…

Od­głos miaż­dżo­nej sko­ru­py mło­de­go żół­wia.

 – I go­to­we. Oczysz­czę ogon i pora na księ­cia.

Spoj­rza­ła na nogi Edwar­da, owi­nię­te nie­zna­nym jej ma­te­ria­łem, ze skó­rza­ny­mi płe­twa­mi na spo­dzie. Pa­mię­ta­ła, jak jeden z ma­ry­na­rzy ze stat­ku na­zy­wał je bu­ta­mi, wska­zu­jąc na te, które nosił. Na­rze­kał, że są po­dziu­ra­wio­ne i na lą­dzie spra­wi sobie znacz­nie lep­sze.

Od dawna ma­rzy­ła, aby mieć nogi, móc tań­czyć i ska­kać, wspi­nać się i bie­gać. Teraz miała wra­że­nie, że jej ma­rze­nia były mdłe i nie­doj­rza­łe. Je­dy­na na­dzie­ja, je­dy­ny sen, któ­re­go jesz­cze nie od­pu­ści­ła, to wspól­ne życie z Edwar­dem. Tu, czy na lą­dzie – bez zna­cze­nia.

Byle tylko byli razem.

– To już nie bę­dzie po­trzeb­ne – po­wie­dzia­ła Ulza i wy­rzu­ci­ła szcząt­ki Ti­lia­na w wodę. Leira szyb­ko za­mknę­ła oczy, a gdy je otwo­rzy­ła, po Ti­lia­nie zo­stał tylko nik­ną­cy w ciem­no­ści ślad szyb­ko roz­my­wa­ją­cej się krwi.

Ulza sta­nę­ła nad Edwar­dem i wy­mam­ro­ta­ła ja­kieś za­klę­cia.

– Teraz nie grozi mu wy­krwa­wie­nie. Nie pro­szę cię o asy­sto­wa­nie, dziec­ko. Oba­wiam się, że nie znio­sła­byś tego wi­do­ku. Mo­żesz od­pły­nąć i wró­cić póź­niej.

Leira za­drża­ła. Matko Wodo, jak bar­dzo by chcia­ła!

Za­miast tego za­ci­snę­ła pię­ści i po­wie­dzia­ła:

– Zo­sta­nę.

– Jak sobie ży­czysz. No, do dzie­ła.

Gdy Leira uj­rza­ła za­krwa­wio­ną nogę od­pa­da­ją­cą od ciała Edwar­da, za­mknę­ła oczy, ję­cząc cicho. Trzy­ma­ła za­ci­śnię­te po­wie­ki przez wiecz­ność, wsłu­cha­na w prze­kleń­stwa Ulzy, ka­ko­fo­nię szar­pa­nia i cię­cia, chlu­po­tu krwi, tar­cia kości o kość, na­cią­ga­nych błon i skro­ba­nych łusek.

– Nie martw się, Leiro. Byłam bar­dzo ostroż­na. To, co męż­czyź­ni cenią naj­bar­dziej, ma nie­na­ru­szo­ne. No już, mo­żesz otwo­rzyć oczy.

Leira za­po­mnia­ła o kosz­mar­nych dźwię­kach, gdy tylko uj­rza­ła Edwar­da. Jego boki zna­czy­ły krzy­we pręgi, czer­wo­ne spuch­nię­te linie po­kry­te za­schnię­tą krwią i ście­ga­mi czar­nych nici. Płaty skrze­li spo­czy­wa­ły nie­ru­cho­mo.

Nie mogła ode­rwać oczu od ogona Ti­lia­na, złą­czo­ne­go plą­ta­ni­ną na­brzmia­łych lini z cia­łem czło­wie­ka… nie, teraz już try­to­na.

Klat­ka pier­sio­wa Edwar­da uno­si­ła się i opa­da­ła po­wo­li. Strzę­py ubrań, ro­ze­rwa­ne przez ostrza Ulzy, le­ża­ły w bąblu lub pły­wa­ły w zim­nej wo­dzie.

– Udało się? – za­py­ta­ła Leira.

Za­opie­ku­je się Edwar­dem. Za­bie­rze go do pa­ła­cu i spro­wa­dzi naj­lep­szych me­dy­ków. Z cza­sem rany znik­ną, po­zo­sta­wia­jąc tylko ró­żo­we bli­zny. Nie stra­ci nic ze swego uroku. Ilu wo­jow­ni­ków no­si­ło ślady kłów i pa­zu­rów? To nic. Wciąż był jej uśmiech­nię­tym Edwar­dem, pi­szą­cym no­ca­mi wier­sze na roz­ko­ły­sa­nym stat­ku.

Ulza odło­ży­ła ostrza na po­bli­ski stół. Ru­sza­ła się po­wo­li, wy­raź­nie zmę­czo­na, cie­nie pod jej ocza­mi sczer­nia­ły, twarz pod heł­mem po­sza­rza­ła.

– Zszy­łam jego ciało, a magią zro­bi­łam to czego nie mo­głam me­ta­lem. Każdy głu­piec, który zna się tro­chę na wnętrz­no­ściach, może pod­łą­czyć ogon, ale skrze­la? – Cmok­nę­ła i wy­cią­gnę­ła ze słoja coś ma­łe­go, co szyb­ko wsa­dzi­ła sobie do ust i prze­żu­ła. – A od­czu­wa­nie tem­pe­ra­tu­ry? Ci­śnie­nie? Skóra i oczy? Nawet mózg! Ten ludz­ki nie po­tra­fi ma­chać ogo­nem.

Leira uda­wa­ła, że słu­cha. Plą­dru­jąc wraki stat­ków na­uczy­ła się, że droga do osią­gnię­cia celu jest nie­waż­na, cho­dzi­ło o na­gro­dę. Kiedy za­bie­rze stąd Edwar­da?

– Tak, tak… dzię­ku­ję. Chcia­ła­bym za­brać go do pa­ła­cu.

– Och, zo­sta­je jesz­cze jedna spra­wa.

Leira miała wra­że­nie, że ostat­nio za­wsze zo­sta­je jesz­cze jedna spra­wa, ale uśmiech­nę­ła się naj­szcze­rzej jak po­tra­fi­ła.

– Tak? Jeśli cho­dzi o skar­by ludzi, mam ich…

Ulza opar­ła się łok­cia­mi o stół. Oglą­da­ła swoje pa­znok­cie ze znu­dzo­ną miną.

– Złota mam już nadto. Cho­dzi o drob­ną przy­słu­gę. Nic wiel­kie­go, moje dziec­ko. Spro­wadź tu swo­je­go ojca.

Wizja ata­ko­wa­ne­go przez stado wę­go­rzy Ti­lia­na wró­ci­ła do Leiry jak żywa.

– Po co? – za­py­ta­ła, pró­bu­jąc ze­brać myśli.

Sku­li­ła się, gdy wiedź­ma pod­pły­nę­ła, ob­ję­ła ją mac­ka­mi i przy­cią­gnę­ła do sie­bie.

– Mamy sobie parę daw­nych spraw do wy­ja­śnie­nia. Nic wiel­kie­go. Spójrz na bied­ne­go Edwar­da. – Ob­ró­ci­ła Leirę w stro­nę księ­cia. – Czyż nie wy­cier­piał już wy­star­cza­ją­co? A ty, dro­gie dziec­ko? – Są­czy­ła słowa pro­sto do ucha sy­re­ny. – Po­mkniesz do pa­ła­cu, zmy­ślisz ojcu jakąś hi­sto­ryj­kę… prze­cież je­steś w tym dobra. Przy­pły­nie tutaj i sobie po­roz­ma­wia­my. W tym cza­sie za­bie­rzesz stąd Edwar­da. Bę­dzie­cie razem, Leiro. Już na za­wsze. Wy­star­czy tylko przy­pro­wa­dzić króla. Po­słu­chasz się, praw­da? – Ostat­nie słowa za­koń­czy­ła moc­nym uści­skiem kle­ją­cych macek, od któ­re­go Leirę prze­szedł dreszcz.

To nie był czas na bo­ha­ter­stwo.

– Do­brze – zgo­dzi­ła się, bo cóż in­ne­go jej po­zo­sta­ło.

Uścisk ze­lżał, a wtedy Leira od­pły­nę­ła poza za­sięg macek.

– Nie zro­bię tego! – krzyk­nę­ła. – Chcesz go zabić! Tak jak Ti­lia­na.

Wiedź­ma prych­nę­ła obu­rzo­na. Ru­szy­ła w stro­nę Leiry, ale sy­re­na była zbyt szyb­ka i zwin­na. 

– Zro­bisz, co każę! Przy­pro­wa­dzisz króla!

– Dla­cze­go? – do­py­ty­wa­ła Leira.

– Prze­cież nic dla cie­bie nie zna­czy! – Dło­nie Ulzy za­ci­snę­ły się w pię­ści. – Sama mó­wi­łaś. Nie po­do­ba mu się ani jak ży­jesz, ani twoja fa­scy­na­cja ludź­mi! Po­myśl, co zrobi, gdy się dowie, że jed­ne­go z nich po­ko­cha­łaś?

Czary i prze­mia­na Edwar­da wy­czer­pa­ły wiedź­mę. Jej ruchy były po­wol­ne, macki od­py­cha­ły się od dna z tru­dem. Leira z na­ra­sta­ją­cą wście­kło­ścią ob­ser­wo­wa­ła, jak śla­ma­zar­na cza­row­ni­ca brnie przez wodę jak przez gęsty muł. Wy­da­wa­ła się taka słaba, taka… nie­szko­dli­wa.

– Chcesz króla, a co potem? – Prze­mknę­ła nie­da­le­ko Ulzy. Macki wy­cią­gnę­ły się, by ją po­chwy­cić, ża­ło­sna próba, której Leira z ła­two­ścią unik­nę­ła. – Moje sio­stry? Ko­lej­nych try­to­nów? – I znów spro­wo­ko­wa­ła wiedź­mę, pod­pły­wa­jąc bli­sko.

Ugry­zio­ny bok draż­nił przy każ­dym ruchu, zmę­czo­ne mię­śnie szczy­pa­ły, ale w końcu czuła się sil­niej­sza od Ulzy. Miała dość słu­cha­nia jej po­le­ceń. Za­pła­ci­ła­by klej­no­ta­mi, zło­tem i ludz­ki­mi skar­ba­mi, ile tylko by chcia­ła, ale ko­niec z za­bi­ja­niem!

– Nigdy się od cie­bie nie uwol­nię, praw­da?

Wy­star­czy za­brać Edwar­da i uciec. Zo­sta­wić wiedź­mę w ja­ski­ni i nigdy wię­cej się do niej nie zbli­żać. Ale czy to bę­dzie takie pro­ste? Nagle ogar­nę­ły ją wąt­pli­wo­ści. Co, jeśli się nie uda? Może Ulza rzuci jakiś czar? Albo nie­spo­dzie­wa­nie od­zy­ska siły? Kto wie, czego się spo­dzie­wać po wiedź­mie?

– Zro­bisz, co ci każę, albo za­bi­ję Edwar­da!

Leira za­ci­snę­ła zęby. Czuła jak z warg wy­su­wa­ją się kły. Jak ona śmia­ła! Skoro tak mocno chce wię­cej krwi, to ją do­sta­nie. Przy­go­to­wa­ła się do ataku.

Edward! Nie za­po­mi­naj o Edwar­dzie, upo­mnia­ła sie­bie, otrzą­sa­jąc się z żądzy krwi. Wiel­ka ko­lum­na z sza­re­go ka­mie­nia przy­sło­ni­ła księ­cia.

– Dla­cze­go mój oj­ciec? Co ci zro­bił? – spy­ta­ła Leira i scho­wa­ła się szyb­ko za sze­ro­ki filar. Gdy usły­sza­ła szum nad­cią­ga­ją­cej Ulzy ru­szy­ła szyb­ko w stro­nę Edwar­da.

– Nie twoja spra­wa!

Ksią­żę leżał spo­koj­nie, nie­świa­do­my i bez­bron­ny. Brud­na tka­ni­na okry­wa­ła jego tors, na łu­skach ogona krze­pła ciem­na krew. Opuch­nię­te skrze­la wy­glą­da­ły jak głę­bo­ka rana.

Leira po­czu­ła ucisk w pier­si, a gar­dło zdła­wił jej szloch.

Nie zo­sta­wi tu Edwar­da. Nie zo­sta­nie więź­niem obłą­ka­nej wiedź­my, tu, głę­bo­ko w strasz­nej ja­ski­ni, sam w nie­zna­nym miej­scu.

Już nigdy go nie opu­ści.

Wzrok Leiry prze­śli­zgnął się do dru­gie­go bąbla, wy­peł­nio­ne­go skar­ba­mi z da­le­kie­go świa­ta.

Wszyst­ko wy­da­wa­ło się nagle takie pro­ste. Koń­ców­ki dłu­gich włócz­ni od­bi­ja­ły zie­lo­ne świa­tło kom­na­ty. Dłu­gie kły z błysz­czą­ce­go two­rzy­wa le­ża­ły, cze­ka­jąc na chęt­ną dłoń.

Nie było in­ne­go wy­bo­ru.

Wcią­gnę­ła głę­bo­ko wodę, wciąż słod­ka­wą od krwi.

Prze­pły­nę­ła obok ścia­ny bańki, dło­nią zwin­nie chwy­ta­jąc włócz­nię. Kosz broni prze­wró­cił się, metal za­brzę­czał, a Leira już na­wra­ca­ła roz­pę­dzo­na i wście­kła.

Zza ko­lum­ny wy­ło­ni­ła się Ulza z wy­krzy­wio­ny­mi ze zło­ści usta­mi, macki pcha­ły ją w kie­run­ku bąbli. Uj­rza­ła Leirę i zwol­ni­ła za­sko­czo­na, aż w końcu sta­nę­ła.

– Słu­chaj się mnie! – krzyk­nę­ła, ale na próż­no. Sy­re­na wiąż pę­dzi­ła. Wiedź­ma unio­sła ręce nad głowę i za­czę­ła mru­czeć za­klę­cie.

Zbyt wolno, zbyt późno.

Leira uj­rza­ła roz­sze­rzo­ne w na­głym stra­chu oczy, usta zgu­bi­ły ta­jem­ne słowa, macki wy­strze­li­ły w górę, aby ją po­chwy­cić…

Włócz­nia tra­fi­ła w pierś, roz­pry­sku­jąc okry­cie z ko­ra­li­ków i musz­li jak spło­szo­ną ła­wi­cę. Prze­szy­ła ciało i wy­szła ple­ca­mi, przy akom­pa­nia­men­cie chra­pli­we­go krzy­ku Ulzy. Nie­sio­na siłą roz­pę­du Leira pu­ści­ła broń, ude­rzy­ła o bark cza­row­ni­cy i prze­to­czy­ła się nad nim. Coś pękło jej w środ­ku, w oczach roz­bły­sło białe świa­tło. Krzyk­nę­ła, gdy po­czu­ła jak kolec z hełmu roz­ci­na jej ramię. Ob­ra­ca­ła się w chmu­rze krwi, za­rów­no swo­jej, jak i cza­row­ni­cy, de­spe­rac­ko ma­cha­jąc ogo­nem, by od­zy­skać kon­tro­lę.

Ramię pa­skud­nie pie­kło. Żebra bo­la­ły jakby po zde­rze­niu ze skałą. Skrze­la wcią­ga­ły pełną krwi wodę – po raz ko­lej­ny tego dnia – aż mdły po­smak usa­do­wił się z tyłu gar­dła i nie chciał odejść. Za­mru­ga­ła, roz­gar­nia­jąc zmą­co­ną wodę. Mu­sia­ła do­trzeć do Edwar­da. Wraz ze śmier­cią Ulzy, bąbel znik­nie…

Mu­sia­ła pły­nąć!

Tylko nie miała już sił…

Wiedź­ma pa­trzy­ła pro­sto na Leirę. Obej­mu­ją­ce włócz­nię macki ści­snę­ły drew­no, aż pękło, po­sy­ła­jąc drza­zgi w wodę.

– Ty… ! – Szarp­nę­ła po­zo­sta­ło­ści drzew­ca i wy­cią­gnę­ła je z ciała. – Je­steś jak twój oj­ciec. Po­rzu­cił mnie! Wy­gnał! – Za­kasz­la­ła, a krew pły­nę­ła z jej ust. – Znisz­czył naszą mi­łość. Za­pła­cisz za niego! Za­pła­cisz… Patrz jak twój uko­cha­ny tonie! – Zro­bi­ła drob­ny gest rę­ka­mi.

Bańka po­wie­trza znik­nę­ła. Krót­ki syk ucichł, gdy woda w mgnie­niu oka wy­peł­ni­ła łap­czy­wie pustą prze­strzeń.

Edward leżał bez­wład­nie na swoim roz­la­tu­ją­cym się łożu, po­obi­ja­ny, zra­nio­ny i bli­ski śmier­ci.

Ulza krwa­wi­ła jak ranny wie­lo­ryb i Leira li­czy­ła na to, że rana okaże się śmier­tel­na. I to szyb­ko. Każda sy­re­na, a nawet try­ton dry­fo­wa­ła­by już mar­twa. Prze­klę­te wiedź­my!

Coś chwy­ci­ło ją za ogon – macka Ulzy. Wiedź­ma krwa­wi­ła z dziu­ry na pier­si, krwa­wi­ła z ple­ców i roz­chy­lo­nych ust, gdzie czer­wo­ne plwo­ci­ny wy­sta­wa­ły spo­mię­dzy zębów. Char­cza­ła z tru­dem, ale jej zmru­żo­ne oczy pa­trzy­ły wście­kle, a na­stęp­ne macki się­ga­ły w kie­run­ku sy­re­ny.

Leira szarp­nę­ła ogo­nem, ale na próż­no. Krzyk­nę­ła z wście­kło­ści. Dla­cze­go ta wiedź­ma nie może po pro­stu umrzeć!? Schy­li­ła się i ude­rzy­ła pię­ścia­mi w mackę. Rów­nie do­brze mo­gła­by pró­bo­wać skru­szyć pal­ca­mi ka­mie­nie. Edward tonął, a ona nie mogła mu pomóc. Wi­dzia­ła kie­dyś to­ną­cych ludzi, ich roz­pacz­li­we próby utrzy­ma­nia się na po­wierzch­ni, stłu­mio­ne wodą bła­ga­nia i po­wo­li za­mie­ra­ją­ce ruchy, aż w końcu zo­sta­wa­ły tylko sze­ro­ko otwar­te w nie­do­wie­rza­niu oczy. Teraz Edward pró­bu­je na­brać po­wie­trza, zimna woda wlewa się mu do płuc, ciało sztyw­nie­je, serce za­mie­ra…

A ona nie może mu pomóc!

– Ura­tuj go! – wy­chry­pia­ła. – Bła­gam!

Nie wsty­dzi­ła się pro­sić. 

Boki Edwar­da buch­nę­ły krwią. Skrze­la za­drża­ły. Ksią­że wcią­gnął pierw­szy stru­mień wody, wy­pu­ścił ciem­ną po­so­kę, na­brał płynu raz jesz­cze i oddał wodę.

Od­dy­chał.

– Je­stem naj­lep­sza… – rze­kła Ulza. Źre­ni­ce ucie­kły jej do góry, wy­wa­li­ła język i znie­ru­cho­mia­ła. Macki opa­dły.

Leira nie pa­trzy­ła wię­cej na cza­row­ni­cę. Po­pły­nę­ła, krzy­wiąc się z bólu, a jed­no­cze­śnie szczę­śli­wa jak nigdy. Wzię­ła Edwar­da w ob­ję­cia. Od­dy­chał. Po­wo­li i płyt­ko, ale od­dy­chał, a ona tu­li­ła go, przy­ci­ska­jąc po­li­czek do roz­pa­lo­nej głowy. Jęk­nął. Otwo­rzył oczy.

Uśmiech­nę­ła się i sło­dycz za­la­ła jej serce.

Krzyk­nął jak nowo na­ro­dzo­ny try­ton, pełen bólu, zdu­mie­nia i stra­chu.

Chwy­ci­ła go, po czym po­pły­nę­ła w stro­nę wyj­ścia.

W stro­nę pa­ła­cu.

 

***

 

Sio­stry spro­wa­dzi­ły przed ob­li­cze króla ciało Awi­cji, prze­ko­na­ne, że zgi­nę­ła od ludz­kiej stali. Oj­ciec długo roz­pa­czał nad stra­tą córki, aż po wielu dniach zrzekł się tronu na rzecz Ma­ra­ny. Za­sma­ko­waw­szy ludz­kie­go mięsa, nowa kró­lo­wa zła­ma­ła stare trak­ta­ty. Oce­any spły­nę­ły krwią, a ma­ry­na­rze z naj­wyż­szą nie­chę­cią za­pusz­cza­li się na głę­bo­kie wody.

Tak jak sobie obie­ca­ła, Leira we­zwa­ła do Edwar­da me­dy­ków ze wszyst­kich stron oce­anu. Strza­ska­ne ciało wra­ca­ło szyb­ko do zdro­wia – tak wiel­kie były umie­jęt­no­ści Ulzy. Umysł księ­cia wy­ma­gał wię­cej czasu. No­ca­mi, wśród la­zu­ro­wych ko­ry­ta­rzy i wy­ło­żo­nych per­ła­mi sa­lach, roz­brzmie­wa­ły krzy­ki i za­wo­dze­nia ran­ne­go try­to­na. Nikt nie wie­dział, skąd przy­był, ale pytania zostawały bez odpowiedzi. Z cza­sem, dzię­ki cier­pli­wej tro­sce Leiry, Edward umilkł i kilka mie­się­cy póź­niej wy­pły­nął z pa­ła­cu. Ob­ję­ty przez czer­wo­no­wło­są sy­re­nę, stał i pa­trzył na swój nowy świat.

Wkrót­ce uło­żył pierw­szy wiersz.

Leira nigdy nie wy­zna­ła Edwar­do­wi prawdy. Nawet gdy no­si­ła w łonie jego dziec­ko, wciąż po­wta­rza­ła, że zna­la­zła go w gro­cie mor­skiej cza­row­ni­cy i ura­to­wa­ła od strasz­li­wych eks­pe­ry­men­tów. Kłam­stwo było nie­wiel­ką ceną za mi­łość.

Była szczę­śli­wa.

Cza­sem śniła, że jest czło­wie­kiem, ma dłu­gie nogi i tań­czy z Edwar­dem w wiel­kiej sali kró­lew­skie­go zamku, lecz były to tylko ma­rze­nia dziec­ka.

Po­zwa­la­ła im umrzeć w świe­tle po­ran­ka. 

Koniec

Komentarze

Literówka w tytule trochę straszy…

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Wybacz, już poprawione. 

Przeczytałam i wydaje mi się, że mimo takiej próby umrocznienia znanego motywu, to dalej było to bardzo lekkie. Moim zdaniem jest tu trochę taki rytm: zdanie, zdanie, bardziej podniosły opis, który przeradza się w taki komiczny oddech. Osobiście bardzo mi się to podobało, bo przy czytaniu nie męczy i też mam wrażenie, że wszystko szło w miarę prędko. 

Minusem dla mnie jest uproszczenie trochę wątku miłości syrenki i Edwarda, co może mogło być celowym działaniem, ale ja bym osobiście jako czytelnik chciała, żeby ukazane były jakieś większe więzi emocjonalne motywujące działanie dziewczyny. W sumie jednak w większości bajek ta miłość naradza w błahy sposób, więc ciężko tu się przyczepiać. Końcówka dla mnie też trochę była przyspieszona i może w pewnych momentach pasowałby dłuższy opis sytuacyjny, mogłyby być bardziej rozbudowane.

Czytając raczej miałam pogodne odczucia, mimo rozgrywających się różnych scen :D Na końcówce poczułam taki trochę smutek i podobało mi się, że zdecydowała się na kłamstwo, bo dzięki temu uniknęliśmy sentymentów. 

Dziękuję, Horangi, że przebrnęłaś. Cieszę się, że Ci się podobało :)

Faktycznie wątek miłości Edwarda i syreny jest prosty specjalnie. W bajce syrenka „poleciała” tylko na wygląd księcia, więc tutaj również chciałem pokazać ją jako niedojrzałą samolubną panienkę, która dopiero z czasem odkrywa cenę swoich marzeń.

“rogami marlinów” → myślę, autorze, że chodziło Ci tutaj o narwale? Marliny wyglądają tak: https://images.app.goo.gl/D6aY8eyNaXqCnCcRA

 

“Nagle cały jej upór i odwaga wydały się głupie i dziecięcy.” → literówka, myślę zresztą, że tutaj prawidłowym słowem byłby “dziecinny” nie “dziecięcy”

 

“mgnieniach rozbłysków” → co to są mgnienia rozbłysków?

 

“Ich migoty pełzały po ciemnych ścianach” → ponownie, czym są migoty węgorzy?

 

“Ofiarowana koron wydawała się nagle taka zwyczajna.” → literówka

 

Na razie mam czas na tyle. Wrócę później z resztą łapanki i komentarzem. Na razie przeczytałam pierwszy segment i jest całkiem ciekawie, podoba mi się pomysł, zobaczymy, jak go rozwiniesz :)

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Bardzo spodobał mi się pomysł tego odwrócenia i zrobienia mrocznym znanego motywu z bajki. Dobrze i miło się czytało, lekko. To, że nie zostało przedstawione, jak zrodziła się miłość pomiędzy Edwardę i Leirą albo bardziej – uczucia Leiry do marynarza, jeszcze uwypukla infantylność Disney’owskich Zdecydowała się na takie radykalne czyny z miłości, którą w ogóle nie została nakreślona w bajce, a potem specjalnie w opowiadaniu.

Leira nigdy nie wyznała Edwardowi prawy. 

Literówka → prawdy

A chęcią przeczytałabym więcej takich przeróbek znanych bajek, czyli “jakby to mogło wyglądać w realnym, okrutnym świecie”. Bardzo spodobała mi się idea. 

Nie wiem, jak odbierają to inni czytelnicy, ale mnie trochę wybijały z rytmu te akapity na jedną linijkę. 

Pozdrawiam :)

Rosebelle – dziękuję za komentarz, czekam na resztę :) co do narwali i marlinów to patrzyłem na szkielet marlina i chodziło mi dokładnie o niego. Może źle to nazwałem rogiem.

Migoty to za PWN – drgający lub przerywany błysk światła.

Dzięki za literówki :) Poprawione

 

MoNoMu – dziękuję. Miło, że Ci się spodobało :) Co do tych akapitów to sporo książek, które czytałem miało tak samo i chyba przez to wziąłem tę manierę.

Chodziło mi nie tyle o samo słowo migoty, co ich relację z węgorzami. O ile mi wiadomo, węgorze nie migoczą. 

 

“Zawsze tu przychodziły, aby porozmawiać w spokoju od zalotników, dworskich dostojników i, przede wszystkim, ojca.” → tutaj wygląda mi to na sklejenie dwóch konstrukcji “w spokoju” i “z dala od”. Nie dam głowy, że to błąd, ale moim zdaniem kiepsko wygląda. 

 

“Syreny westchnęły i natychmiast okrążyły najstarszą siostrę.

– Naprawdę?

– Kiedy?

– Jak smakował?

Szczebiotały jedna przez drugą. Marana uśmiechnęła się i westchnęła.” → powtórzenie

 

“To był młody rybak. Morderca ryb.” → brzmi dziwnie, skoro same przed chwilą mówiły o tym, że jedzą ryby. 

 

“Spojrzała w wystraszone oczka Atlynti.” → Atlyntii

 

“Co ten dureń znów chce ode mnie?” → może to stylizacja dialogowa, ale powinno być “czego”

 

Sorry, że tak w odcinkach, ale mam dość poszatkowany dzień dzisiaj i staram się zaglądać w przerwach między pracą. Tyle z drugiego podrozdziału. Na razie rozwija się ciekawie. Interesuje mnie, jak syrenka przekona siostry, żeby nie zjadły jej ukochanego. Fortel wydaje się mieć sporo luk, ale może jakoś z tego wybrnie? (krótko mówiąc, dobrze Ci idzie stawianie pytań, które wciągną czytelnika w lekturę. Zobaczymy, jaki będzie “pay-off”) :)

 

 

 

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

“Morze było spokojne i płaskie” → wiem, co chciałeś tym “płaskie” przekazać, ale nie brzmi to najlepiej. Już szczególnie jako otwarcie akapitu. 

 

“Ostry niczym żądło płaszczki Głos poniósł się daleko.” → dlaczego “głos” wielką literą tutaj?

 

“Obok Cess pochwyciła bladego chłopaka o wystających oczach.” → słyszałam o wyłupiastych oczach, ale o wystających nie. 

 

“Gdyby tylko ją nie ścigała, gdyby odpłynęła i zostawiła Edwarda w spokoju…” → jej

 

“Krzyk Tiliana rozbrzmiał bólem.” → niezbyt dobrze to brzmi

 

“że jej marzenia były mdły i niedojrzałe.” → literówka

 

“– Przecież nic dla ciebie nie znaczy! – Dłonie Ulzy zacisnęły się w pięści. 

– Sama mówiłaś. Nie podoba mu się ani jak żyjesz, ani twoja fascynacja ludźmi! Pomyśl, co zrobi, gdy się dowie, że jednego z nich pokochałaś?” → nie rozumiem, dlaczego rozbiłeś wypowiedź Ulzy na dwa akapity, to bardzo mylące”

 

“Przemknęła niedaleko Ulzy. Macki wyciągnęły się, by ją pochwycić, żałosna próba, którą Leira z łatwością uniknęła.” → której

 

“Zrobisz, co ci każę, albo zabije Edwarda!”  → literówka

 

“Nocami, wśród lazurowych korytarzy i wyłożonych perłami salach, rozbrzmiewały krzyki i zawodzenia rannego trytona, o którym nikt nie wiedział, skąd przybył.” → niezbyt zgrabne to zdanie

 

Ogólnie mi się podobało, więc jak poprawisz błędy (przynajmniej te ewidentne, reszta rzeczy to tylko sugestie) chętnie nominuję do biblioteki. Chcę coś więcej powiedzieć o tym tekście, ale muszę sobie to jeszcze przemyśleć, więc wrócę pewnie jutro z bardziej rozbudowanym komentarzem odnośnie treści. 

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rosebelle – dziękuję bardzo. Poprawione wszystko. Co do tych węgorzy, to owszem, prawdziwe nie migoczą. Tutaj są zmienione magią czarownicy, o czym wspomina Leira, gdy widzi je po raz pierwszy i, później Tilian, pytając co to za stworzenia (tryton by nie pytał o zwykłe węgorze). Może za mało podkreśliłem, że to magiczne stworzenia :)

Chętnie przeczytam co myślisz o tekście. Wyszedł dłuższy niż myślałem, ale nie wiem, czy coś wypadałoby uciąć.

Ogólnie powiem tak: pomysł miałeś ciekawy i wykonałeś go dobrze, ale zastrzeżenie mam takie, że przy tej ilości ofiar śmiertelnych historia troszkę traci na wiarygodności. Chodzi mi o to, że w bajce Disneya syrenka musi poświęcić tylko coś swojego, więc można uwierzyć, że w imię miłości by się na to zdecydowała. W baśni Andersena podobnie, tylko ona musi cierpieć katusze. A tutaj bohaterka zapędza się w spiralę śmierci i z jednej strony ładnie przedstawiasz to, że skoro już zaczęła, to nie było odwrotu, ale z drugiej strony ta jej chęć bycia z Edwardem jest coraz mniej zrozumiała i wiarygodna? No, ale nie wiem, z drugiej strony jej rys psychologiczny jest dość sensowny – naiwna dziewczynka, przyzwyczajona do tego, że zawsze dostaje to, czego chce, której sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli. 

Podobało mi się też, że z Ulzy zrobiłeś bardziej złożoną postać. Chętnie bym przeczytała w ogóle takie opowiadanie z jej perspektywy. Nie mówię, że ten tekst jest zły, ale ta postać mnie zaciekawiła, więc jakbyś chciał dalej tak eksperymentować, to chętnie przeczytałabym właśnie opowiadanie z perspektywy Ulzy, bo jej motywacje nie są dla mnie do końca jasne. Dlaczego w ogóle pomaga syrence? Czy naprawdę sądzi, że dziewczyna pozwoli na zabicie własnego ojca?

Największe “ale” mam do samej końcówki, w której Edward akceptuje swoją przemianę i związuje się z Leirą. Syndrom sztokholmski? Nie mówię, że to nie jest możliwe, bo znów, ładnie wytłumaczyłeś, że syrenka go zmanipulowała, ale mnie się to po prostu wydało dziwne. Podsumowałeś to w zaledwie kilku zdaniach, więc nie mamy okazji, jako czytelnicy zobaczyć, co się z nim działo, jak w ogóle zaakceptował to, że nagle jest pół-rybą. Jak dla mnie taka trauma zrobiłaby z niego wrak, nie mężczyznę i liczyłam, że tu właśnie będzie taki twist, że Leira nie dostanie tego, czego chciała, bo po drodze ten człowiek został za bardzo zniszczony. Trochę jak motyw z wskrzeszeniem Khal Drogo w “Grze o Tron”. Natomiast, gdybyś miał wchodzić w całą te historię ze szczegółami to miałbyś pewnie kolejne 50k znaków i mini nowelę ;)

Jeśli chodzi o przestrzeń do cięć, to pewnie by się znalazło kilka zbędnych zdań, ale ogólnie cała narracja jest prowadzona poprawnie. Nie ma tutaj zbędnych scen, wszystko składa się w sensowną całość, a przestrzeń dla przemyśleń syrenki też musi być, żeby można było tę historię kupić. 

A z takich rzeczy, za które na pewno mogę tekst pochwalić to konsekwentne stosowanie “morskich” metafor i porównań i adekwatne przeinaczanie znanych wyrażeń. Taka stylistyka nie jest łatwa w utrzymaniu, a Tobie udało się przy niej pozostać, także brawo. 

Podsumowując, jest to wcale niezły retelling znanej Disneyowskiej baśni. Idę nominować do Biblioteki :)

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rosebelle – dziękuje raz jeszcze. Co do śmierci właściwie odpowiedziałaś sobie sama. Leira jest rozpuszczona tak jak w bajce i w pewnym momencie zostaje jej tylko dokończyć całą sprawę bez względu na cenę.

Końcówka miała być słodko-gorzka. Tutaj też zgadłaś, że nie chciałem rozpisywać się bardziej, bo i tak uznałem pod koniec, że opowiadanie jest za długie (dlatego szukałem betujących). Uznałem, że postawiony przed faktem dokonanym Edward w końcu zaakceptuje swój los. Oczywiście, Twoja wersja byłaby również dobra :)

Miło mi, że spodobała Ci się stylistyka :) i dziękuję za nominację.

 

Bardzo lubię takie opowiadania :-) Może warto by było napisać je również z perspektywy Edwarda? To dopiero byłoby coś! Zamiana człowieka w trytona :-)

Spodobały mi się liczne “oceaniczne” metafory i porównania. Takie smaczki, jak np. sformułowanie “nie rzucam słów na fale”, świetnie oddają mentalność syreniego świata. W pewnym momencie odczułam przesyt, jednak ogólnie pod tym względem – duży plus.

W paru miejscach mało zgrabnie wypadło opisywanie poruszania się syren – zarówno określenia “wzbiła”, jak i “przystanęła” mi osobiście nie pasują do pływających stworzeń (pierwsze ma rację bytu w opisywaniu latania, a drugie – jednak dotyczy chodzących istot).

Pomysł również mi się podoba. Leira wpada w spiralę kolejnych poświęceń, z której nie może się wyplątać, choć jest coraz bardziej przerażona konsekwencjami swego kaprysu. Dla mnie jest to okej, nawet jeśli sytuacja mocno się eskalowała.

Szkoda, że Edward został potraktowany w opowiadaniu dość po macoszemu. Najpierw jest idealizowanym obiektem westchnień, potem nieprzytomnym więźniem, a gdy się budzi, cała sprawa zostaje podsumowana w kilku zdaniach. Spodziewałabym się tutaj czegoś więcej, skoro lwia część opowiadania dotyczy wysiłków podjętych właśnie w tym celu, aby Leira mogła być z Edwardem.

Może nie do końca przemawiają do mnie te klimaty, ale czytało się dobrze i lekko. Ogólnie całkiem fajny tekst :)

Silva dziękuję za odwiedziny. Co do określeń na temat poruszania się syren, rozumiem o co Ci chodzi, ale akurat wzbiła się uważam, że pasuje :P przystanęła owszem, lepsze „zatrzymała”. Problem taki, że nie chciałem cały czas używać „popłynęła w górę”, „popłynęła wyżej/niżej”.

Edward specjalnie miał być taką marionetką, żeby pokazać, że syrena walczy po prostu o nową zabawkę. Chciałem pokazać Leirę jako rozkapryszoną dziewczynkę, która tupnie nogą (machnie płetwą) i ma dostać czego chce. Poza tym rozbudowanie wątku Edwarda wydłużyłoby opowiadanie, a i tak nie sądziłem, że kogoś zainteresuje do końca.

Dzięki jeszcze raz za przeczytanie i pozdrawiam :)

Mnie również się podobało. W szczególności, jak wspomniały rosebelle i Silva, zwracają uwagę zgrabne metafory.

Mimo, że tekst dość długi, to tutaj nie nuży i czyta się go lekko i przyjemnie.

You get what anybody gets - you get a lifetime.

Dzięki za odwiedziny MrWindy :)

Fajnie wykreowany świat. Podobały mi się morskie porównania – dodawały mu życia. Skoro świat ma swoje idiomy, to musi tętnić życiem.

Ładne odwrócenie motywów starej bajki. I jakby jej sequel zarazem. Chyba niepotrzebnie opublikowałeś przed Z(a)mianą.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Finklo, że zechciałaś przeczytać i cieszę się, że świat przypadł do gustu :) . Wtedy jeszcze tu nie patrzyłem na konkursy, szczególnie że nikogo do bety nie znalazłem.

 

Wtedy chyba jeszcze nie była ogłoszona, ale nie pamiętam dokładnie.

Babska logika rządzi!

Nie znam bajki Disneya, więc nie mogę porównać z nią Twojej Miłości syreny. Mogę natomiast powiedzieć, że nie lubię Leiry, nie spodobała mi się – ot, młodziutka księżniczka, rozkapryszona i rozpuszczona jak dziadowski bicz, w dodatku dążąca do spełnienia wyłącznie własnych marzeń, po trupach zmierza do celu. I choć w jej planach nie było krwawej jatki, kiedy ta ma miejsce, pannica z niczego nie rezygnuje i nad wszystkim przechodzi do porządku dziennego.

Nie wiem, Zanaisie, dla kogo jej przeznaczona ta bajka – dla dorosłych, jak na mój gust, jest dość infantylna, a dla dzieci chyba zbyt krwawa i okrutna.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

i udo­wod­nić przed to­wa­rzy­sza­mi swoją od­wa­gę… ―> …i udo­wod­nić towarzyszom swoją od­wa­gę

Udowadniamy coś komuś, nie przed kimś.

 

piesz­czo­tom wśród po­kry­tych ko­ra­low­ca­mi gła­zów. Jed­nak­że mało kto pły­nął dalej, wśród usła­ne­go… ―> Powtórzenie.

 

Jed­nak­że mało kto pły­nął dalej, wśród usła­ne­go wą­wo­za­mi dna… ―> Wąwozy nie są w stanie usłać ani dna morza, ani powierzchni ziemi. Nie można też płynąć wśród dna, które jest jedno.

 

Wzbi­ła się wyżej. ―> Masło maślane – czy można wzbić się niżej?

Proponuję: Popłynęła wyżej.

 

Mro­wie wi­ją­cych macek koń­czy­ło się fio­le­to­wą skórą pła­skie­go brzu­cha… ―> Mam wrażenie, że macki wyrastały z brzucha i tam się zaczynały, a nie kończyły.

 

– Tak. Na­zy­wa się Edward. ―> – Tak. Ni imię ma Edward.

 

Na­krzy­czał na mnie i za­ka­zał zbli­żać do ludzi. ―> Na­krzy­czał na mnie i za­ka­zał zbli­żać się do ludzi.

 

Wiedź­ma wy­bu­chła grom­kim śmie­chem. ―> Wiedź­ma wy­bu­chnęła grom­kim śmie­chem.

 

Ulza za­bra­ła swoje macki. ―> Zbędny zaimek – czy mogła zabrać czyjeś macki?

 

Ma­ra­na, na­stęp­czy­ni tronu, za­bra­ła grze­bień od ja­snych wło­sów i roz­pro­sto­wa­ła ra­mio­na. ―> Raczej: Ma­ra­na, na­stęp­czy­ni tronu, przestała czesać jasne włosy i roz­pro­sto­wa­ła ra­mio­na.

 

Leira rzu­ci­ła się Ma­ra­nie na ra­mio­na… ―> Leira rzu­ci­ła się Ma­ra­nie w ra­mio­na

 

wszyst­kie sy­re­ny wy­bu­chły śmie­chem… ―> …wszyst­kie sy­re­ny wy­bu­chnęły śmie­chem

 

ka­za­ła­by jej zo­stać. Oczy­wi­ście, Atlyn­tia zo­sta­ła w pa­ła­cu. ―> Powtórzenie.

 

Zrobi co trze­ba, aby zy­skać Edwar­da… ―> Zrobi co trze­ba, aby zdobyć Edwar­da

 

co pe­wien czas sy­re­ny nur­ko­wa­ły do ożyw­czej wody… ―> …co pe­wien czas sy­re­ny nur­ko­wa­ły w ożyw­czej wodzie

Nurkuje się w czymś, nie do czegoś.

 

pa­trzy­ła od jed­nej prze­ra­żo­nej twa­rzy do dru­giej… ―> A może: …pa­trzy­ła kolejno na przerażone twarze

 

Jedna rzecz na raz… ―> Jedna rzecz naraz

 

za­czę­ło po­wo­li opa­dać wraz z Edwar­dem. Leira mo­men­tal­nie wpa­dła na ide­al­ny po­mysł. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję w drugim zdaniu: Leirze w jednej chwili zaświtał ide­al­ny po­mysł.

 

płuca i skrze­la pa­li­ły jak chło­sta­ne od pa­rzy­de­łek me­du­zy. ―> …płuca i skrze­la pa­li­ły jak chło­sta­ne parzydełkami me­du­zy.

 

Wska­za­ła na przy­cze­pio­ny do skal­ne­go dna bąbel po­wie­trza. ―> Wska­za­ła przy­cze­pio­ny do skal­ne­go dna bąbel po­wie­trza.

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

W środ­ku bańki spo­czy­wa­ło łoże z glo­nów i mięk­kich ko­ra­low­ców. ―> Można spocząć na łożu, ale łoże nie spoczywa.

Proponuję: W środ­ku bańki umieszczono/ znajdowało się łoże z glo­nów i mięk­kich ko­ra­low­ców.

 

Ode­rwa­ła wy­cień­czo­ne usta od Edwar­da… ―> Czy usta mogą się wycieńczyć?

 

– Przy­pusz­czam, że są przy­cze­pio­ne do try­to­nów. ―> A może: – Przy­pusz­czam, że są częścią try­to­nów.

 

ob­ro­śnię­tą czer­wo­ny­mi wit­ka­mi ko­ra­low­ca. Przy­pły­nął po­wo­li, z ele­gan­cją sunąc obok sta­ran­nie przy­cię­tych ro­ślin. ―> Zdaje mi się, że koralowce to zwierzęta, nie rośliny.

 

– Naj­moc­niej prze­pra­szam, Wasza Wy­so­kość. ―> Dlaczego wielkie litery?

Formy grzecznościowe piszemy wielkimi literami, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

Będę na cie­bie cze­kać…, ale nie za długo. ―> Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Na szczę­ście, że z wy­jąt­kiem kłę­bów mię­śni, Ti­lian pre­zen­to­wał je­dy­nie pust­kę w gło­wie. ―> Na szczę­ście, z wy­jąt­kiem kłę­bów mię­śni

 

Syl­wet­ka Ti­lia­na nad­pły­wa­ła z po­łu­dnia… ―> Przypuszczam że nadpływał Tilian, nie jego sylwetka.

 

pe­ne­tro­wa­ła ła­dow­nie oraz ka­ju­ty, które nie raz oka­zy­wa­ły się… ―> …pe­ne­tro­wa­ła ła­dow­nie oraz ka­ju­ty, które nieraz oka­zy­wa­ły się

 

– A więc Wasza Wy­so­kość, nikt nas tu nie zo­ba­czy… ―> Dlaczego wielkie litery?

 

Była wdzięcz­na, ze zza ple­ców Ulzy… ―> Literówka.

 

złą­czo­ne­go plą­ta­ni­ną na­brzmia­łych lini z cia­łem… ―> Literówka.

 

Strzę­py ubrań, ro­ze­rwa­ne przez ostrza Ulzy… ―> Strzę­py ubrania, ro­ze­rwa­ne przez ostrza Ulzy

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach – odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Po­słu­chasz się, praw­da? ―> A może: Będziesz posłuszna, prawda?

 

Włócz­nia tra­fi­ła w pierś, roz­pry­sku­jąc okry­cie z ko­ra­li­ków… ―> Raczej: Włócz­nia tra­fi­ła w pierś, rozrywając okry­cie z ko­ra­li­ków

 

– Ty… ! ―> Zbędna spacja po wielokropku.

 

czer­wo­ne plwo­ci­ny wy­sta­wa­ły spo­mię­dzy zębów. ―> Plwocina jest płynem i chyba nie może wystawać.

Proponuję: …czer­wo­na plwo­ci­na sączyła się spo­mię­dzy zębów.

 

wśród la­zu­ro­wych ko­ry­ta­rzy i wy­ło­żo­nych per­ła­mi sa­lach, roz­brzmie­wa­ły krzy­ki… ―> …wśród la­zu­ro­wych ko­ry­ta­rzy i wy­ło­żo­nych per­ła­mi sa­l, roz­brzmie­wa­ły krzy­ki

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję za wizytę regulatorzy. Twoje posty są, jak zawsze, najbardziej pomocne. Część błędów, aż się zastanawiam, jak mogłem przepuścić, wydają się teraz tak oczywiste ;) Z niektórymi mam większy problem, np. wydawało mi się, że dopuszczalna jest też forma “wskazać na coś”, podobnie “wybuchła”, a “wybuchnęła” – czy śmiechem można tylko wybuchnąć? Też myślałem, że obie formy są dobre.

 

Co do ogólnych wrażeń, to Leira miała być rozpuszczoną, egoistyczną księżniczką. Ja też bym jej nie polubił, ale pisanie o niej było zabawne :) Co do grupy docelowej to młodzież, ani nie dzieci, ani dorośli (choć dużo dorosłych lubi infantylne fabuły).

Dziękuję raz jeszcze i pozdrawiam

Bardzo proszę, Zanaisie. Miło mi, że uwagi okazały się przydatne. ;)

…wy­da­wa­ło mi się, że do­pusz­czal­na jest też forma “wska­zać na coś”, po­dob­nie “wy­bu­chła”, a “wy­buch­nę­ła” – czy śmie­chem można tylko wy­buch­nąć? Też my­śla­łem, że obie formy są dobre.

Obie formy są poprawne, ale wskazać coś, moim zdaniem, brzmi lepiej, np: Wskazał jej krzesło, na którym usiadła.

Takoż ma się sprawa z wybuchła/ wybuchnęła – obie formy są poprawne, z tym że czasownik wybuchnęła jest zarezerwowany dla istot żywych (Ewa wybuchnęła gniewem), natomiast wybuchła dla rzeczowników nieożywionych (po prelekcji wybuchła gorąca dyskusja).

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję, dobrze wiedzieć :)

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zanaisie, językowo opowiadanie podoba mi się niezmiernie, bo oddanie klimatu podmorskiego królestwa za pomocą odpowiednich frazeologizmów i opisów udało Ci się śpiewającosmiley. Jeśli chodzi o samą historię, to chyba nie do końca porwała, bo ta krwawość magicznego rytuału i naiwność bohaterki wydają się nieco przesadzone. No, i jak na bajkę przystało powinien być jakiś morał, a trochę go jednak zabrakło.

Niemniej uważam, że ten tekst jest dobrym czytadłem z interesującą, jak wyżej wspomniałam, warstwą językową, więc nie pozostaje nic innego jak dać klika. Pozdrawiam.

oidirin dziękuję za wizytę. Historia rozwlekła się trochę dłużej niż planowałem. Naiwność bohaterki była celowym zabiegiem, to nastolatka, jakich wiele – zbyt naiwna i łatwowierna. Morału faktycznie nie ma, lubię zakończenia, gdzie zło nie zawsze przegrywa, ale to kwestia gustu :) Cieszę się, że językowo Ci się spodobało i dziękuję za wizytę i klika :)

Nowa Fantastyka