- Opowiadanie: Bellatrix - Wypowiedz słowa, które chcę usłyszeć

Wypowiedz słowa, które chcę usłyszeć

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Wypowiedz słowa, które chcę usłyszeć

Ta­bo­ret nigdy za wiele nie mówił. Toteż gdy pew­ne­go dnia oznaj­mił, że musi od­wie­dzić miej­sce z jego prze­szło­ści, wie­dzie­li­śmy, że to coś na­praw­dę bar­dzo waż­ne­go. A gdy ci­chym gło­sem dodał, że chciał­by tam mieć przy sobie naj­bliż­szych przy­ja­ciół, a ty, Irek, je­steś jed­nym z nich, po­czu­łem, jak wzru­sze­nie ści­ska moje gar­dło. Tak bar­dzo, że le­d­wie zdo­ła­łem wy­krztu­sić, że oczy­wi­ście, pójdę z nim.

Wszę­dzie, nawet na samo dno pie­kła. Tego już mu nie po­wie­dzia­łem, nie są­dzi­łem, by od­wza­jem­niał moje uczu­cia.

Po­dob­nie jak nie przy­pusz­cza­łem, że wo­lał­bym do tego pie­kła.

 

#

 

Mary po raz pierw­szy za­czę­ła ża­ło­wać wy­bra­nia się z Ta­bo­re­tem w mo­men­cie, gdy au­to­bus linii, o któ­rej ist­nie­niu wcze­śniej nie miała po­ję­cia, prze­był naj­dłuż­szy prze­jazd ko­le­jo­wy, jaki kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła. Sześć par torów, sześć mo­men­tów, gdy umie­ra­ła, wi­dząc za­po­mnia­ny przez dróż­ni­ka roz­pę­dzo­ny po­ciąg. Gdyby tylko kto­kol­wiek ją uprze­dził, że będą prze­jeż­dżać przez coś ta­kie­go, zna­la­zła­by pierw­szą lep­szą wy­mów­kę. Ale, mimo że z Ir­kiem i Glut­kiem się przy­jaź­ni­li, żaden z nich nie miał po­ję­cia o jej lę­kach. Au­to­bus tuż po mi­nię­ciu ro­gat­ki zło­śli­wie skrę­cił w prawo tak, że gdyby chcia­ła, to mo­gła­by do­kład­nie ten prze­jazd jesz­cze raz obej­rzeć.

Nie chcia­ła, zde­cy­do­wa­nie. Wbiła wzrok w listę przy­stan­ków i, wi­dząc, że naj­bliż­szy nosi nazwę „Areszt Śled­czy” a Ta­bo­ret wstał z miej­sca i le­ni­wie ru­szył w stro­nę drzwi, za­czę­ła za­sta­na­wiać się, co wła­ści­wie o nim wie, poza tym, że był typem mrocz­ne­go przy­stoj­nia­ka, któ­re­go ta­jem­ni­cę chcą zgłę­bić wszyst­kie dziew­czy­ny. Zer­k­nę­ła na Irka, do­da­jąc w my­ślach, że nie tylko dziew­czy­ny. Cóż, o Ta­bo­re­cie wie­dzia­ła za­ska­ku­ją­co nie­wie­le, ba, nawet nie po­tra­fi­ła po­wie­dzieć, czemu mó­wi­li na niego „Ta­bo­ret”. Choć, jak uzna­ła, i tak była w lep­szej sy­tu­acji, niż nieco młod­sza od nich blon­dyn­ka, jego przy­ja­ciół­ka z ja­kie­goś in­ter­ne­to­we­go por­ta­lu. Ta wła­śnie zna­la­zła się z trój­ką zu­peł­nie ob­cych i jed­nym in­ter­ne­to­wym kum­plem w dziw­nym au­to­bu­sie pod­ska­ku­ją­cym wła­śnie na krzy­wej try­lin­ce. I spra­wia­ła wra­że­nie mocno prze­stra­szo­nej.

Mary wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, jej umie­ra­nia na to­rach nikt nawet nie za­uwa­żył, więc i ona nie czuła po­trze­by so­li­da­ry­zo­wa­nia się z blon­di. Zresz­tą, to War­sza­wa, śro­dek wio­sny, drze­wa po obu stro­nach ulicy cie­szy­ły wzrok so­czy­stą zie­le­nią, słoń­ce świe­ci­ło wy­so­ko na bez­chmur­nym nie­bie, czego tu się bać?

Prze­jaz­dów.

Torów.

I po­cią­gów.

 

#

 

Wy­sie­dli­śmy na na­stęp­nym przy­stan­ku za aresz­tem. Szum­na nazwa „Osie­dle Du­dziar­ska” zde­cy­do­wa­nie była na wy­rost. Trzy smut­ne bloki z odła­żą­cą pła­ta­mi ele­wa­cją, ko­śla­wy­mi sym­bo­la­mi Legii i dyk­ta­mi za­miast po­ło­wy okien stały po­środ­ku ni­cze­go. Za nimi lipy i to­po­le czę­ścio­wo za­sła­nia­ły nasyp ko­le­jo­wy. Mię­dzy nimi mi­gnął elek­trycz­ny, w stro­nę Su­le­jów­ka.

– I? Po co tu przy­je­cha­li­śmy? – Sa­kra­men­tal­ne py­ta­nie padło z ozdo­bio­nych rzad­kim wąsem ust Glut­ka, gdy tylko au­to­bus za­trza­snął z obrzy­dze­niem drzwi, za­wró­cił i od­je­chał.

– Miesz­ka­łem tu kie­dyś – od­parł cicho Ta­bo­ret. – Chciał­bym, że­by­ście mi po­mo­gli.

Nie­ste­ty, nie po­wie­dział w czym. Prze­szedł po wy­le­nia­łym traw­ni­ku i sta­nął przed skraj­nym bu­dyn­kiem. Za­darł głowę do góry, przy­pa­try­wał się uważ­nie oknom na dru­gim pię­trze. A potem stało się coś nie­zro­zu­mia­łe­go. Ta­bo­ret do­tknął umę­czo­nej ele­wa­cji i, jakby wbrew wła­snej woli, za­czął wcho­dzić na górę po pio­no­wej ścia­nie. Wspi­nał się lekko, z ła­two­ścią jak jakiś spi­der­man. Z po­cząt­ku wy­da­ło mi się to oso­bli­we, a po chwi­li w upior­ny spo­sób nie­na­tu­ral­ne. Wspa­nia­łe. Znik­nął za dyktą, na któ­rej ktoś czar­nym ma­za­kiem na­kre­ślił śred­nik, myśl­nik, za­my­ka­ją­cy na­wias.

;-)

Przez mo­ment my­śla­łem, że wio­sen­ne słoń­ce za mocno przy­grza­ło i mam ja­kieś zwidy. Ale Mary i Glu­tek ga­pi­li się z głu­pi­mi mi­na­mi w to samo okno, Ta­bo­re­ta nie było, a blon­dyn­ka wy­szep­ta­ła zbie­la­ły­mi war­ga­mi:

– O ja pier­do­lę… – i za­wró­ci­ła na przy­sta­nek. Gdy ją uświa­do­mi­łem, że na­stęp­ny au­to­bus po­ja­wi się tu po po­łu­dniu w po­nie­dzia­łek, po­wie­dzia­ła, że w takim razie wraca pie­szo i szyb­kim kro­kiem ode­szła w stro­nę, z któ­rej przy­je­cha­li­śmy.

Glu­tek tym­cza­sem pod­szedł pod blok, spró­bo­wał po­wtó­rzyć sztucz­kę, ale mu nie wy­szło. Krzyk­nął tylko:

– Ta­bo­ret? Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Cze­ka­li­śmy dłuż­szą chwi­lę, ale od­po­wie­dzi nie było.

– Wejdź­my do środ­ka, za­pu­ka­my, a w razie po­trze­by wy­wa­ży­my drzwi – po­wie­dzia­łem, ob­li­cza­jąc w gło­wie, które to miesz­ka­nie.

 

#

 

Mary od­ru­cho­wo się cof­nę­ła. Z klat­ki scho­do­wej bił odór zgni­li­zny i cze­goś dziw­ne­go, czego nie po­tra­fi­ła na­zwać. Jak­kol­wiek ab­sur­dal­nie to nie brzmia­ło, uzna­ła, że spo­sób Ta­bo­re­ta na wej­ście do miesz­ka­nia był zde­cy­do­wa­nie lep­szy. Omi­jał ten fetor i wąt­pli­wej ja­ko­ści ar­tyzm, wy­ry­ty i wy­ma­lo­wa­ny na obrzy­ga­nych ścia­nach czy scho­dach ogra­ni­czo­nych prze­rdze­wia­ły­mi po­rę­cza­mi. Ktoś kogoś ko­chał, ktoś inny był fra­je­rem, a więk­szość je­ba­ła po­li­cję. Na dru­gie pię­tro we­szli w mil­cze­niu, pró­bu­jąc mi­ni­ma­li­zo­wać po­wierzch­nię styku z tą ru­de­rą, aż sta­nę­li przed miesz­ka­niem. Irek za­pu­kał na­tar­czy­wie w ob­skur­ne, otwie­ra­ne na ze­wnątrz drzwi. Ze środka od­po­wie­dział im głos, jakby znie­kształ­co­ny, przy­tłu­mio­ny, inny niż ten, do któ­re­go przy­wy­kli. Po­wtó­rzył dwa razy: „Za­bierz­cie mnie stąd!”, za­skrzy­piał i za­milkł. Irek szarp­nął za klam­kę, która bez trudu ustą­pi­ła, jed­nak to była ostat­nia rzecz, która łatwo po­szła. Za drzwia­mi fra­mu­gę wy­peł­nia­ły białe be­to­no­we blocz­ki po­łą­czo­ne za­pra­wą mu­rar­ską.

– Tędy nie wej­dzie­my. – Glu­tek za­uwa­żył oczy­wi­stość. – Chyba że znaj­dzie­my gdzieś łom.

Z braku lep­szych po­my­słów po­de­szli do są­sied­nie­go miesz­ka­nia. Tu drzwi otwie­ra­ły się do we­wnątrz i nie skry­wa­ły po­dob­nych nie­spo­dzia­nek. Nie­mal się roz­pa­dły po sil­nym pchnię­ciu.

Mary pierw­sza we­szła do środ­ka. Przez roz­bi­te okna wpa­da­ło ja­skra­we, sło­necz­ne świa­tło i gi­nę­ło gdzieś w za­sło­nie z kurzu i pa­ję­czyn. Pod­ło­ga, chyba li­no­leum, przy­kry­ta dy­wa­nem naj­prze­róż­niej­szych śmie­ci, do­słow­nie się le­pi­ła. Z su­fi­tu zwi­sał ży­ran­dol z pęku cho­in­ko­wych lam­pek, przy­wią­za­nych pod nie­gdyś be­żo­wym klo­szem. Mary z obrzy­dze­niem dała krok w tył, wpa­da­jąc na Glut­ka. Je­dy­nie Irek, naj­wy­raź­niej prze­ję­ty misją, od­gar­nął stopą trzy ślepe ma­skot­ki, ze­rwał naj­bliż­sze pa­ję­czy­ny, po­trą­cił sto­ją­cy na zde­fa­so­no­wa­nym re­ga­le na­grob­ny znicz i za­czął prze­wra­cać szu­fla­dy w po­szu­ki­wa­niu sto­sow­ne­go na­rzę­dzia.

– Po co on tam w ogóle wła­ził?! – Mary w końcu wy­buch­nę­ła. – I czy nie może wyjść tą drogą, którą wszedł?

Glu­tek schy­lił się po zżół­kłe i po­bru­dzo­ne po­pio­łem wy­da­nie „Super Eks­pre­su”. Bez słowa po­ka­zał je ko­le­żan­ce.

– Irek! – Głos Mary za­tań­czył na wy­so­kich re­je­strach. Ta­bo­ret za są­sied­nią ścia­ną aż się skrzy­wił, Irek był tego pe­wien. – Spa­da­my stąd!

– Czemu?

Drżą­cym pal­cem wska­za­ła ga­ze­tę. Pół szpal­ty zaj­mo­wa­ło zdję­cie uśmiech­nię­te­go Ta­bo­re­ta. Z całą pew­no­ścią to był on, choć żadne z nich nie pa­mię­ta­ło, by się kie­dyś tak szcze­rze i bez­tro­sko uśmie­chał. Jed­nak to nie uśmiech był pro­ble­mem.

Krót­ki ar­ty­kuł pod zdję­ciem in­for­mo­wał, że ciało Ta­de­usza B. zna­le­zio­no pod na­sy­pem ko­le­jo­wym, osiem­na­ste­go maja, nie­opo­dal osie­dla. Przy­czy­ną śmier­ci było kil­ka­na­ście cio­sów w głowę, tępym na­rzę­dziem. Dru­gie, mniej­sze i nieco nie­wy­raź­ne zdję­cie przed­sta­wia­ło za­krwa­wio­ny, drew­nia­ny sto­łek oświe­tlo­ny bły­ska­mi fle­szów.

Też się uśmie­chał.

 

#

 

Pa­trzy­łem na tę ga­ze­tę sprzed dwu­dzie­stu lat, na to zdję­cie i za­sta­na­wia­łem się, kim był facet, któ­re­go ko­cha­łem. I czy na­praw­dę umarł wkrót­ce po tym, jak się uro­dzi­łem. I kto do nas mówił przez za­mu­ro­wa­ne drzwi. Mary i Glu­tek mieli rację, po­win­ni­śmy stąd spa­dać. Wró­cić sa­mo­cho­dem, z dra­bi­ną albo z prze­ci­na­kiem i po­rząd­nym mło­tem. Choć tak na­praw­dę bałem się, co mógł­bym zo­ba­czyć w tym miesz­ka­niu. A z dru­giej stro­ny wciąż sły­sza­łem jego słowa, znie­kształ­co­ne, za­be­to­no­wa­ne. Za­bierz­cie mnie stąd. Czy na­praw­dę mogę go tak po pro­stu zo­sta­wić? Gdy po­trze­bu­je po­mo­cy?

Ze­szli­śmy na dół, żadne nie bar­dzo wie­dzia­ło co po­wie­dzieć. Cze­kał nas ładny ka­wa­łek drogi. Za­pro­po­no­wa­łem skrót, przez bocz­ni­cę ko­le­jo­wą, żeby nie nad­kła­dać ki­lo­me­trów, ale Mary sta­now­czo i nieco na­zbyt eks­pre­syw­nie od­mó­wi­ła.

I wtedy ją zo­ba­czy­li­śmy.

 

#

 

Bie­gła za­ta­cza­jąc się, a burza zło­ci­stych loków tań­czy­ła wokół jej wy­krzy­wio­nej nie­na­tu­ral­nym uśmie­chem twa­rzy. Krzy­cza­ła i pła­ka­ła, jed­no­cze­śnie się śmie­jąc. Ręce i nogi drga­ły cha­otycz­nie, nie­za­leż­nie od sie­bie, jakby każda z koń­czyn żyła wła­snym ży­ciem.

Trój­ka przy­ja­ciół po­pa­trzy­ła po sobie z kon­ster­na­cją.

– Dla­cze­go wró­ci­łaś? – za­py­tał ostroż­nie Glu­tek. Blon­di wy­trzesz­czy­ła oczy i spró­bo­wa­ła coś po­wie­dzieć, jed­nak język też plą­sał we wła­snym ryt­mie. Mary tylko ści­snę­ła spa­zma­tycz­nie ramię Irka.

Dziew­czy­na ru­sza­ła się jesz­cze przez chwi­lę, zu­peł­nie jak ma­rio­net­ka na sznur­kach znu­dzo­ne­go lal­ka­rza, po czym opa­dła nagle na ko­la­na, a włosy za­sło­ni­ły jej twarz.

– Stąd nie ma wyj­ścia – wy­char­cza­ła. – On nas nie wy­pu­ści, do­pó­ki mu nie po­mo­że­my.

– Jak mamy mu pomóc? – spy­tał Irek. – Drzwi są za­be­to­no­wa­ne, pój­dzie­my kupić na­rzę­dzia, dra­bi­nę, co­kol­wiek.

Blon­di znów za­czę­ła się śmiać, pła­kać i plą­sać. Po­bie­gła za bloki, ki­wa­jąc ręką. Prze­szli za nią przez plac zabaw, stra­szą­cy wy­rwa­ny­mi huś­taw­ka­mi i po­rzu­co­nym ro­wer­kiem, za­ska­ku­ją­co nowym, jakby ja­kieś dziec­ko zo­sta­wi­ło go tylko na chwi­lę i po­bie­gło się po­ba­wić z kimś cie­kaw­szym. Na końcu placu, tuż przy śmiet­ni­ku, leżał duży, so­lid­ny młot.

Jakby na nich tam cze­kał.

 

#

 

Wzią­łem ten młot i wró­ci­li­śmy pod miesz­ka­nie. We dwój­kę, ja z Glut­kiem. Mary i Blon­di zo­sta­ły na dole. Wy­ko­na­łem so­lid­ny za­mach i pierw­sza cegła roz­pa­dła się w pył. Potem druga, trze­cia… wa­li­łem jak opę­ta­ny, do­pie­ro głos Glut­ka, cichy, prze­ra­żo­ny, przy­wró­cił mnie do rze­czy­wi­sto­ści. Spoj­rza­łem na swe dzie­ło.

W pyle, odłam­kach, śmie­ciach i cho­le­ra wie, czym jesz­cze, stał ta­bo­ret. Nie nasz przy­ja­ciel ze stu­diów, tylko ten ze zdję­cia w ga­ze­cie. Drew­nia­ny.

– Dzię­ku­ję – po­wie­dział tylko.

Glu­tek wrza­snął jak opę­ta­ny i uciekł.

A ja po­chwy­ci­łem ta­bo­ret w ręce i unio­słem wy­so­ko, ni­czym tro­feum, szep­cząc przy tym naj­czul­sze słowa. Jak zwy­kle, był po­wścią­gli­wy, ale jego Irek, wkrót­ce bę­dzie­my jed­no­ścią, wy­star­czy­ło za wszyst­kie słowa świa­ta. Po­bie­gli­śmy razem w dół, a potem na prze­łaj przez trawę i tory, la­wi­ru­jąc mię­dzy sto­ją­cy­mi na bocz­ni­cy wa­go­na­mi. Ktoś za nami krzy­czał, ktoś wołał, ktoś robił zdję­cia, ale nic mnie to nie ob­cho­dzi­ło.

Ja mia­łem jego.

On miał mnie.

 

#

 

Trzask, za­ma­za­ny ekran, ostrość sku­pia się naj­pierw na lo­ko­mo­ty­wie, w tle sły­chać:

– Ty, patrz, jakiś świr, bie­gnie przez tory i przy­tu­la ta­bo­ret.

– Haha, fak­tycz­nie, na­gry­waj. Wrzu­ci­my na ju­tu­ba, bę­dzie hit. Koleś zo­sta­nie „Ta­bo­re­tem” do końca in­ter­ne­tu.

Ręka drża­ła, nie­wy­raź­na po­stać tań­czy­ła na gra­ni­cy życia i śmier­ci. W ka­drze po­ja­wi­ła się druga lo­ko­mo­ty­wa. Roz­pę­dzo­na.

– Ej czy on to widzi?! Krzyk­nij mu coś! EJ TY!

Mary za­mknę­ła oczy.

Fil­mik koń­czył się prze­cią­głym gwiz­dem po­cią­gu.

Koniec

Komentarze

Nastrojowe. Obyczajowych horrorów w zasadzie bez groteski, skupionych na postaciach i ich relacjach, nie było w tym konkursie wiele, a twój się wśród nich wyróżnia czymś, co jest zwykle u ciebie – zrozumieniem i psychologiczną prawdziwością bohaterów. Umiałaś napisać poniekąd opowiadanie o człowieku, który był stołkiem, nie uciekając się ani do groteskowości, ani do dalekiego dystansu narracji od bohaterów. Do tego zaskakujący, dobrze pomyślany twist. Dobry tekst, wyciszony i pomysłowy, mam nadzieję, że nie zginie w nawale konkursowych propozycji. 

Dziękuję, Ninedin :) Czy nie zginie w konkursie to się zacznę martwić, jak Jury wyda decyzję, czy mnie nie zdyskwalifikować za sekundę po czasie ;)

To zależy z której strony tych zer w liczniku skończyłaś. Ktoś pisał o milisekundach, więc według mnie to musiała być ta milisekunda przed północą ;) nie zapominajmy, że od kliknięcia do zapisu na portalu też mija kilka milisekund.

A jeśli chodzi o opowiadanie. Bardzo mnie urzekło. Nie wiedziałem, że lubię czytać takie historie a ta sobie tak płynęła, że nie zauważyłem kiedy zacząłem czytać komentarz Ninedin… nie, no jasne że zauważyłem.

Jedynie zdanie “Jak zwykle, był powściągliwy, ale jego Irek, wkrótce będziemy jednościąwystarczyło za wszystkie słowa świata.” musiałem przeczytać dwa razy, bo kursywa “mi się nie dowidziała”.

Spodobało – pozdrawiam

Jest piękny klimat, intrygująca historia, która jest domknięta w tekście, ale nie czułam się porwana przez narrację. Nie mogłam wejść w to opowiadanie, chociaż bardzo podoba mi się sposób ugryzienia hasła konkursowego. Zdania trochę za długie? Brakuje im dynamizmu, chociaż na moment? Może jednak ten klimat zbyt gęsty? Naprawdę trudno mi powiedzieć, bo fabularnie wszystko się układa, jest spójnie.

Bello, są Twoje znaki rozpoznawcze w tekście, ale czytałam o wiele lepsze Twojego autorstwa. A może po prostu zabrakło mi SF w tym wszystkim? ;)

@Peter Barton – cieszę się, że spodobało :) Gdy klikałam ‘gotowe’ była 23:59, ale gdy strona się odświeżyła – już 00:00. Ale kiedyś musiało się nie udać ;)

@Deirdriu – szkoda, że tym razem ‘nie’, ale za to spore SF się pisze :)

Mam trochę, jak Deirdriu, świetnie napisane, czyta się płynnie, jest fajny pomysł, klimacik, całość trzyma się kupy, a jednak czegoś brakuje. Nie wiem, może to po prostu kwestia taboretu. Niby można straszyć wszystkim, więc czemu nie taboretem, ale jakoś nie potrafię tego wziąć na poważnie ;)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Mary z obrzydzeniem dała krok w tył 

Jakoś nie pasuje mi wyrażenie “dać krok”, może lepiej “zrobiła krok”?

 

Myślę, że określenie, którego użyła ninedin, “obyczajowy horror”, jest bardzo trafne. Jest niepokojąco, ale też lekko, postacie są na tyle wyraziście zarysowane, nawet drobną wzmianką (rzadki wąs Glutka z jakiegoś powodu zapadł mi szczególnie w pamięć :D). Czyta się bardzo płynnie i przyjemnie. Jedyne co mnie jakoś nie przekonało to dwie narracje, jedna pierwszo, druga trzecioosobowa; jakoś nie przepadam za tym zabiegiem, szczególnie w krótkich tekstach. Ale to już bardzo subiektywne. 

Bardzo udanie absurdalne. Niby zwykły taboret… ale… Jak to u Ciebie, świetny warsztat bardzo dobrze się czytało, wyszło trochę strasznie, trochę emocjonalnie, mocno weirdowo. Niezły pomysł, fajny klimat i bardzo dobrze nakreślone postacie. 

Ode mnie oczywiście kolejny biblioteczny kliczek :)

Ładnie wywiązałaś się z powziętego hasła, jak na odpowiedzialną pisarkę przystało! Wprawdzie wykorzystałaś dobrze znane motywy (tak mi się wydaje) ale ułożyłaś ciekawą historię. Napięcie udało Ci się osiągnąć nie na poziomie zaskoczenie, ale zręcznego i pomysłowego opisu. Wykonanie ładne, a opowiadanie klimatyczne. Lubię twoje kreacje bohaterów, bo zawsze budzą moje emocje i poruszają jakąś nutę :-)

Mój komputer jest po polsku

bello, bardzo podobało się mi. :)

Zrobić z człowieka taboret to jest sztuka. Początek mnie nieco rozbawił. Sposób, w jaki opisujesz wydarzenia, prowadzenie narracji tak Ci leciutko poszło, ale nie prosto. Miewasz tu takie słowne “strzały”, dzięki którym opowiadanie i postaci nabierają charakteru. 

Obrazowo opisujesz sytuacje, wszystko ma sens, historia układa się w płynną całość. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestałam się śmiać, a zaczęłam bać. 

Bardzo fajne. Bardzo podobało się. 

 

Polecam w bibliotecznym wątku. :)

Taboret to ludzki pan.

Płynnie i z rozpoznawalnym mrugnięciem homoromantycznym wątkiem, który zawiesiłaś jako strzelbę, by z niej wypalić w finale. Opisy robio robotę, przeskoki między postaciami wydają się naturalne. Czwórka przyjaciół, niczym nóżki taboretu, podtrzymuje stabilnie całą fabułę. Bardzo zacny przeskok z obyczajowego klimatu w rejony dziwne, niepokojące, odjeżdżające w pewnym momencie w kierunku horroru. Zacny epilog, choć i koniec pięknej, nastoletniej miłości.

 

Ależ ty masz łatwość pisania!

I jak mi się to spodobało! Dziwne, odrobinę niepokojące, oryginalna zabawa z konwencją survival / urban horror – mniam, połknąłem przynętę.

 

 

P.S> Ja tu się tak wpiernikolę z edytką teraz, żeby formalne wymogi spełnić:

 

Proszę Państwa, proszę również zwrócić uwagę, że konstrukcja tekstu jest bardzo przemyślana: wątek homopłciowej miłości – wybucha w finale. Torowisko będzie potrzebne w epilogu, więc lekki niepokój na torowisku wkracza wcześnie w tekście. Taboret nóg ma zazwyczaj cztery, to i czwórka przyjaciół jest (a dla fanów trójnogów to Blondie na chwilę znika). Tak się szkielety buduje! A na tym szkielecie jest historia trochę straszna, trochę dziwna, ze swadą opowiedziana.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo wszystkim dziękuję za przeczytanie i kliki osobiste i polecone :)

@Saro, tym ‘nie zauważyłam, kiedy przestałam się śmiać, a zaczęłam bać’, zrobiłaś mi dzień :) ekhm, wieczór :)

@Mersejku, owszem, wykorzystałam znane motywy, to osiedle istnieje naprawdę i z grubsza tak wygląda ;)

@Katiu, ‘mocno weirdowe’ to duży komplement w tym konkursie. Dziękuję!

@Artemisiu (Artemisio? jak właściwie się odmieniasz?:), przyznam Ci się, że sama miałam/mam wątpliwości, co do tej narracji i ‘przerzucania’ punktu widzenia z 1os na 3 i vice-versa. Ot, taki eksperyment.

@Irko, taboret był wymogiem formalnym zawartym w haśle konkursowym :) A czego brakuje, to ja się domyślam – czasu zabrakło, na dopieszczenie tekstu. Może parę akapitów więcej i bym Cię przekonała ;)

Och i jeszcze Rybę na przynętę złapałam <3 :)

Ja w sumie łakomczuch jestem ;-)

 

P.S. jasne, mogłabyś postraszyć bardziej, ale to już ozdabianie solidnej konstrukcji

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobry, zgrabny tekst. Nieco przerażający. Postaci też barwnie zarysowane, choć blondi i Glutek w porównaniu do reszty potraktowani trochę po macoszemu. Przy tym wszystkim opowiadanie jest mocno Kafkowe. Przyznaję, w pierwszej scenie naprawdę pomyślałam, że oni gadają z taboretem. A to, że się bardzo nie myliłam… cóż. :D 

Zostaw ten żyrandol.

Taboret to ludzki pan.

Otóż nie, bo jak mówi stare chińskie przysłowie – są ludzie i są taborety 8)

 

Bello, misię. Nie wiem, czy pisane na ostatnią chwilę, czy tylko na ostatnią chwilę dodane, ale jeśli to pierwsze to jestem pod wrażeniem :3. Dziwne to to fest, nie wiadomo, kiedy taboret to człowiek, a kiedy stołek, wydarzenia przytrafiające się czwórce przyjaciół mocno niepokojące.

Zakończenie chodziło mi po głowie, bo dość często wspominałaś o torach, przesypach, ciuchciach i tak dalej, ale i tak pozostaje ciekawe.

Widzę, że nie ma jeszcze kompletu klików, więc zgłaszam do biblio.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Toteż gdy pewnego dnia oznajmił, że musi odwiedzić pewne miejsce z jego przeszłości, wiedzieliśmy, że to coś naprawdę bardzo ważnego.

Powtórzenie w drugim zdaniu? Bello, no co też Bella?

, przebył najdłuższy przejazd kolejowy, jaki kiedykolwiek widziała.

 Nawet Tobie nie do twarzy z aliteracją, Bello. Chyba żeś poetką.

Irek zapukał natarczywie w obskurne, otwierane na zewnątrz drzwi. Z wnętrza odpowiedział im głos,

No co też Bella?

 

Początek nieco kanciasty, taki, jak to początki pisane na ostatnią chwilę. Ale dalej jest już bosko. Niektóre opisy osiedla, bloku, palcu zabaw, bardzo dobre. Atrakcyjne połączenie ironii, humoru i grozy.

Troszkę z narracją skaczesz, bo raz jest Mary, raz Irek, i trudno się od razu zorientować, kiedy następuje przeskok.

Ogólnie lektura satysfakcjonująca.

Kliku-klik.

@Verus ależ jak to po macoszemu! Glutek i blondi są jedynymi postaciami, które dostały jakąś cechę fizycznego wyglądu ;)

@Sy, pisane na ostatnią chwilę do ostatniej minuty. W planach było jeszcze parę scen, ale gdzieś o 23:40 się zorientowałam, że nie zdążę i musiałam polecieć skrótem.

@Chrościsko, Bella się wstydzi. Bella by się wytłumaczyła pisaniem na ostatnią chwilę, ale w sumie akurat początek powstał wcześniej i nawet go przeczytałam przed wrzuceniem. No, wnętrz i zewnętrzy już nie ;) Nie wiem, czy mogę poprawić? A narracja leci naprzemiennie po gwiazdkach :)

 

Dziękuję za kliczki, chyba nazbierałam już z 7 a biblioteki jeszcze nie ma ;)

wnętrza odpowiedział im głos,

“Ze środka” brzmiałoby lepiej. :)

Namówiłeś :)

Fajny tekst, ale na początku pogubiłam się z narracją. Irek, nagle dziewczyna, potem zdaję sobie sprawę, że czasowniki są w męskiej odmianie i zgłupiałam :D Ale jak już ogarnęłam co i jak, to opowiadanie samo się przeczytało. Absurd jest tu wyważony, końcówka przewrotna, a ogólnie to zgodzę się z ninedin, że masz takie fajne psychologiczne podejście do swoich bohaterów. Zawsze wydają się być pełnokrwiści , nawet gdy nie zdradzasz na ich temat zbyt wiele.

 

Za nimi lipy i topole częściowo zasłaniały nasyp kolejowy. Między nimi mignął elektryczny, w stronę Sulejówka.

Tutaj powtórzenie, akurat rzuciło się w oczy :)

 

Podobało mi się :)

Tekst przypomina mi porządny horror klasy B i to nie jest obelga ;) Wykonanie jest oczywiście znacznie lepsze, ale udało się zachować podobny klimat – znajomi, odludne miejsce, dziwne zdarzenia. A, jako że uwielbiam dobrze zbudowane horrory więc i tu świetnie się bawiłam. Dzięki temu tekstowi, na swojej liście przedziwnych morderczych przedmiotów, wypełnionych lodówkami, łóżkami, fotelami, oponami i koszykami piknikowymi mogę spokojnie dopisać taboret! Żyć nie umierać :)

@Aryo, cieszę się, że uważasz moich bohaterów za pełnokrwistych, a za powtórzenie przepraszam :( fakt, brzydkie jest.

@Kasjopejatales, witam koleżankę z prawie-że-sąsiedniego gwiazdozbioru :) Horror klasy B nie brzmi źle, gorzej jakbyś napisała, że “Z” :)

Dziękuję za przeczytanie i zostawienie opinii!

Horror klasy B nie brzmi źle, gorzej jakbyś napisała, że “Z” :)

Z jak z. Ja mam zarezerwowaną specjalną kategorię „Ź” dla Martwicy mózgu; niezapomniane przeżycie… nieważne jak się człowiek stara ;) To dopiero było „arcydzieło”; chyba ¾ budżetu poszło tam na sos pomidorowy z takimi małymi fragmentami pomidorków.

Ech, takie marnotrawstwo sosu pomidorowego. A ile pizzy/makaronu można takowym obdzielić :)

Przynajmniej tytuł adekwatny ;)

Mmm pizza :) A tak zupełnie poważnie to film nie był tragiczny, a miejscami nawet zabawny. Jednak co ważniejsze reżyserem był Peter Jackson. Tak, dokładnie ten od Władcy Pierścieni (skubaniec wyrobił się przez te lata).

Ale o so chozi?

Pogubiłam się. Nie wiem, kiedy taboret jest mebelkiem, kiedy ludzikiem. Nie rozumiem, jak można kochać taboret. W sumie, niby kocham książki, ale to nie to samo. Moja miłość jest bardziej platońska, do idei skierowana. Tak z przedmiotem, pojedynczym egzemplarzem… Nie, to się w sercu nie mieści.

Szalony tekst, zabrakło mi logiki, myśli przewodniej…

Babska logika rządzi!

@Finklo, spójrz na to tak – bohater kochał kolegę-człowieka, ale jego uczucie, w przeciwieństwie do formy zewnętrznej kolegi, pozostało niezmienione :)

I hint: Taboret wielką literą = człowiek, małą = ten drewniany :)

A że szalony tekst, to dobrze, wszak miał być weird, starałam się ;)

No to w moim przypadku przestrzeliłaś z weirdem czy innym absurdem. Ale nie przejmuj się.

Babska logika rządzi!

Się nie przejmuję :) Dzięki za przeczytanie i komentarz :)

Dziękuję Szanownej Jurorce za wizytę i za pana z Taboretem :)

Jeszcze nie wiem co sądzić o taborecie xD

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

jak się dowiesz, to daj znać ;)

Przypomniało mi się kiedyś zasłyszane przekleństwo: “ty końskim ch… po łbie bity taborecie!”. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo mi się spodobało. Dziwne, absurdalne, ale trzymające się kupy. Od początku liczyłam na to, że w końcu taboret okaże się pełnoprawną postacią i na szczęście nie pomyliłam się. Urzekł mnie opis artykułu w gazecie i zdjęcia taboretu-mordercy – jak wypisz wymaluj prawdziwe brukowce :D I końcowa scenka też miodzio, taka autentyczna z tym jutubem. Styl lekki jak piórko. Dla mnie super.

Finklo, nie znałam :) ale dobre :)

Silvo, ciesze się, że Ci sie spodobało :) Dziękuję za przeczytanie!

Dobra, to tak, zdecydowanie sympatyczne i motyw z taboretem absurdalny/wiredowy.

 

Ja nie umiem takich zdań:

Wbiła wzrok w listę przystanków i, widząc, że najbliższy nosi nazwę „Areszt Śledczy” a Taboret wstał z miejsca i leniwie ruszył w stronę drzwi, zaczęła zastanawiać się, co właściwie o nim wie, poza tym, że był typem mrocznego przystojniaka, którego tajemnicę chcą zgłębić wszystkie dziewczyny.

A tu masz powtórzonko:

 

Ta właśnie znalazła się z trójką zupełnie obcych i jednym internetowym kumplem w dziwnym autobusie podskakującym właśnie na krzywej trylince.

Świryb dobrze podsumował to Twoje opowiadanie. Ja mam wrażenie, że jest napisane lekko i bardzo dobrze ale pospiesznie? Jakbyś nie dopieściła wszystkiego z jakiegoś powodu – takie miałem wrażenie, czasem jakby pomiedzy ładnie skomponowane zdania, opisy i akcję, gdzieś tam wtryniał się lekki chaos.

Ale oprócz tego wrażenia to mi się podobało :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Mytrixie, masz bardzo dobre wrażenie, bo pisałam na ostatnią chwilę i tym razem trochę przesadziłam :p Cieszę się, że mimo tego Ci się spodobało :)

Fajne :)

Przynoszę radość

Podobało mi się, choć wydawało się nieco za krótkie. Początek nieco wolniejszy, gdzieś od połowy się rozkręca i idzie w ciekawym kierunku. Wtedy zaczyna się robić nieco bardziej dziwnie, okazuje się, że Taboret to jednak taboret, czyli zmyłka podwójna, bo wszyscy od początku oczekiwali, że w tym konkursie będzie o taborecie a nie o Taborecie. I jak już się przyzwyczailiśmy do człowieka to okazało się, że tytułowy bohater jest jednak, tak naprawdę, cały z drewna :).

Podoba mi się też końcówka, jest jednocześnie smutna i pozytywna. No i to zdanie fajne:

Ktoś kogoś kochał, ktoś inny był frajerem, a większość jebała policję.

Przyjemna lektura.

@Anet – fajnie :D

@Edwardzie, cieszę się, że dziwnie i że te zmyłki wyszły :) I że zdanie Ci się spodobało :) pozdrawiam!

Dziękować Jurorce Kroczącej Po Wodzie :)

Bardzo sympatyczne.

Doskonale podłożone podbudowanie pod kolejne sceny – jak mistrz sztuki z precyzją podrzucasz czytelnikowi elementy, do których później powrócisz. Architekt doskonały. Przy zakończeniu aż sapnęłam :D

Do pełni szczęścia zabrakło pełnego rozbudowania historii – zaczęłaś powoli, kończyłaś szybko. Prosi się o dopełnienie środka. Skakanie narracjami też dodało chaosu.

Czytało się płynnie, bardzo gładki i przyjemnie napisany tekst.

Dobra robota.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dziękuję Kam <3 Tak, zdaję sobie sprawę, że historia powinna mieć ze 3 akapity więcej. Uroki pisania na ostatnią chwilę, ech ;)

Bardzo szybko i dobrze się czytało. I spodobało mi się to, jak wykorzystałaś konkursowe hasło na potrzeby tego tekstu. Klimat opowieści godnej pierwszych stron Superaka z horrorowatym plot twistem urzekasmiley

Tymczasem ja zacznę od góry, dla równowagi.

 

Taboret nigdy za wiele nie mówił. Toteż gdy pewnego dnia oznajmił, że musi odwiedzić miejsce z jego przeszłości, wiedzieliśmy, że to coś naprawdę bardzo ważnego.

Sprzeczność logiczna byłaby idealnym wprowadzeniem do absurdu, ale… no właśnie, czy na pewno jest tu sprzeczność? Czy to, że taboret nie mówi wiele, automatycznie znaczy, że “Muszę odwiedzić miejsce z mojej przeszłości” mówi dużo więcej? Można powiedzieć coś znaczącego, nie używając wielu słów. Nie czuję wagi tej “ważności”, nie widzę różnicy.

 

“Taboret dotknął umęczonej elewacji i, jakby wbrew własnej woli, zaczął wchodzić na górę po pionowej ścianie.”

 

^A to akurat element, jaki rzeczywiście mnie zdziwił. Był niezapowiedziany i nielogiczny, mylący. Choć późniejszy element popkultury (spiderman) przywraca normalność sytuacji. Nie zdążyłam się najeść, a Ty już zabierasz danie główne.

 

Po pierwsze, nie widzę tu weirdu, widzę za to luźno występujące cechy Teatru Absurdu, który – gdyby odważniej zaatakował formę opowiadania, mógłby najeżyć go niepokojem i egzystencjalizmem, idealnym dla weird fiction. Przede wszystkim, brakuje mi konsekwentności narracji – spiętrzenie sytuacji nonsensu powinno analogicznie zwiększyć bezsilność (absurd to w dużej mierze stan mentalny, ww. egzystencjalizm), która z kolei mogłaby przejść nawet w fantastyczną groteskę: groteskowa zamiana przedmiotu martwego na żywy. Tutaj wszystko opiera się na morderczym Taborecie, samo jego ożywienie mi nie wystarcza – czy Taboret równie dobrze nie mógłby być człowiekiem o ksywie “Taboret”, bez znacznej szkody dla fabuły? - tak samo jak nie wystarcza mi chaos narracji, która – kontrastowo – jest obyczajowa, swobodna, lekka, rysuje schemat parodii, ale praktycznie jej nie eksploatuje. Również na przekór groteskowości, psychologia postaci wcale nie jest uproszczona – w grotesce ciężko o indywidualność, o “życie” bohaterów (Mary). W głównej mierze ta historia jest o Mary, nie o taborecie.

Nie widzę zastosowania dla dwójki narratorów, prócz zmiany kąta padania akcji – prócz osoby (1 & 3), w której się wypowiadają, nie ma szczególnych różnic w stylu postrzegania przez nich świata. Zmiana narracji to IMO niekoniecznie dobry pomysł w weird fiction, którego cała koncepcja polega na rozbiciu percepcji jednostki. Na koniec ten szczątkowy absurd taboretowy okazuje się być tylko narracyjny, nie całoświatowy (mówię o końcówce), a to jednak tak, jakby zakończyć onirystyczny horror słowami: “To był tylko sen i wszystko wróciło do normy”. Cała beztroska przygody i bezpośrednia akceptacja “dziwaczności” może być elementem pokręconego horroru, który skręca w zwykłe szaleństwo. Taboret sadysta i wieczne umieranie Nietzschego  Mary niestety mnie nie przekonują. Suma sumarum, jest to nieco przykrótki, ale niezły horror.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Oidrin, dziękuję za przeczytanie i przepraszam, że dopiero teraz – jakoś mi umknęło, że miałam odpisać :(

Żonglerko, jak to miło, że zaczynasz ‘od końca’ :) Jeśli chodzi o pierwsze zdanie – chodziło w nim o to, że nie mówił za wiele w ogóle (a nie, że nie mówił o przeszłości) i wypowiedzenie 6 słów jak na niego, to było sporo :). Z zarzutami, że ‘mało weirdu w weirdzie’ muszę się zgodzić – nie siedzę na tyle w tym gatunku, żeby się wybronić (ani, żeby swobodnie pisać ‘w kanonie’). Fakt – horror jest mi bliższy. Dziękuję za obszerny komentarz! A z ciekawości, czy mogłabym prosić o udostępnienie punktacji opowiadania?

Wyślę Ci PW z punktami :)

PW doszedł, ciekawość zaspokojona :) Dziękuję!

Hej! Na wstępie – przepraszam, że wracam z komentarzem tak późno; pokonało mnie życie osobiste (wniosek grantowy :<), a miałam już przygotowane w pliku komentarze dla wszystkich z wyjątkiem trzech tekstów, no i teraz nadrabiam. 

Po pierwsze: temat. Wychodzisz od koncepcji rzeczonego “małomównego taboretu”, traktując sam taboret przez długi czas jako ksywę bohatera (co akurat nieszczególnie mi się podobało, bo pół tekstu czytałam w obawie, że poprzestaniesz na tym zabiegu, bez wprowadzenia faktycznego mebla, co w moim odczuciu byłoby linią najmniejszego oporu). Nie mam jednak poczucia, by ten taboret – lub Taboret – w istocie był aż tak małomówny. Podkreślasz tę cechę na początku, ale wydaje mi się, że później się do niej nie odwołujesz – wprawdzie Taboret nie strzela kwiecistych monologów, ale na tle innych bohaterów nie odebrałam go jako wyraźnie lakonicznego. Sama koncepcja tekstu – zatarcia granicy pomiędzy człowiekiem a krzesłem, lekko paranoidalny, skutkujący samobójstwem bohatera nastrój – całkiem mi się podobała, ale nie miałam też odczucia, by stan psychiczny narratora, wyrażony poprzez całą tę sytuację, mówił nam coś ważnego, miał coś podkreślić i zostawić czytelnika bogatszym o materiał do przemyśleń. Opowiadanie odebrałam jako nieźle napisane ćwiczenie na rozruch z groteski/light horroru i wydaje mi się, że zaszkodził tu pośpiech, w jakim powstało.

O czym pisała tez Żonglerka – styl jest bardzo lekki i luźny, dobrze pasujący do opowieści urban fantasy/realizmu magicznego, ale wydaje mi się, że nie eksploatuje w pełni klimatu historii, którą wykreowałaś. 

Nowa Fantastyka