- Opowiadanie: leniwy2 - Owoc jest blisko, wystarczy zerwać metkę

Owoc jest blisko, wystarczy zerwać metkę

kameralne zimno. przepraszam z góry za interpunkcję

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Owoc jest blisko, wystarczy zerwać metkę

 Od kiedy dostał zestaw noży ze stali nierdzewnej S30V marki Falters, mniej patrzył ludziom w oczy, a zwłaszcza jeśli chodziło o jego kobietę, na nią już w ogóle nie zwracał uwagi, chyba że na jej odbicie w głowni noża do chleba, który trzymał za czarną, plastikową, gładką rękojeść z powłoką SoftHold wzmacniającą uchwyt dłoni. Wówczas, w chłodnej tafli metalu, jego żona wyglądała pięknie.

Nadchodziła zima, ale noce były ciepłe i krótkie. Pory roku nie mają ostrych krawędzi ani smukłej sylwetki profilowanej pilnikiem ściernym o wysokiej gradacji, w czym są bezwzględnie gorsze niż noże ze stali nierdzewnej marki Falters, łóżko miało z kolei dwie krawędzie i szeroką połać prześcieradła, na której nikt nie spał. Dawniej robiono łóżka węższe i twardsze, człowiek czuł się jakby leżał na worku pełnym kruszonego szkła i na parę minut przed zaśnięciem nie przychodziła mu do głowy nawet jedna myśl.

Dzisiejsze materace były za to beznadziejnie miękkie. Hadley całą noc przekręcał się z boku na bok i budził rano, zmęczony, gdy w powietrzu wisiał chłód oraz ulotny zapach, drażniący śluzówkę nosa.

Zestaw noży dostał od Susan Liang. Susan nosiła dżinsy z wysokim stanem, czarne, dopasowane do figury swetry oraz okulary o grubych szkłach i wąskich oprawkach, a tego dnia, kiedy spotkali się przypadkowo w parku. wiatr rozwiał jej proste, ciemne włosy i wyglądała jak na siebie dosyć niesfornie. Znał ją z pracy – była recepcjonistką, która obsługiwała członków poszczególnych grup fokusowych firmy przed wejściem na główny Open Space w skrzydle A2, bramki E i F (nazywany Green Open Spacem od koloru ścian) i w zasadzie jedyną osobą, z którą Hadley utrzymywał tam bliskie kontakty. Co prawda, po wypełnieniu wszystkich procedur bezpieczeństwa wewnętrznego i higieny pracy rozmawiał zwykle z kolegami z sąsiednich boxów, ale mówił ściszonym głosem, a ich odpowiedzi były dla niego prawie niezrozumiałe, przykryte szumem komputerowych systemów chłodzących lub stukotem klawiatur, brzmiały jak wiersz albo modlitwa recytowana w różnych kierunkach i z różnych źródeł, tonąca bezpowrotnie w mieszaninie półcieni, sztucznego światła oraz mdłej łuny miasta, która przenikała do wnętrza budynku przez mętne okiennice Pomieszczeń Produkcji Intelektualnej.

W kontekście tych rozmów ciało Susan było bardzo namacalne i rzeczywiste. Kiedy kończył swoją zmianę uśmiechała się i pytała jak minął mu dzień. Wyobrażał sobie czasem, że kładzie ją na biurku recepcji, rozrywa czarny, dopasowany do figury sweter, całuje usta i piersi, a potem kocha łapczywie. Stawiałaby opór, ale czułaby też pierwotną dzikość, a jej pełne biodra, na początku nieruchome, rozluźniłyby się i w końcu same zaczęłyby go szukać. Uległaby mu, a on wypełniłby ją w całości na białej ladzie recepcji, wyprodukowanej z płyty melaminowanej, spełniającej ekologiczne standardy firmy i bardzo mocnej, i robiliby to szybko, bo nie było czasu, a potrzebowali ciepła.

Dlatego, owego dnia gdy spotkali się w parku, przywitał ją dość swobodnie, ona poprawiła okulary i przytrzymując włosy skinęła głową, i rozmawiali przez chwilę, głównie o pracy, kiedy wiatr kluczył między głogowymi żywopłotami ściętymi w równe prostopadłościany bez żadnej nieregularności. Wtedy też zauważył biało-pomarańczowe pudełko, które oparła o biodro.

– To zestaw noży kuchennych – powiedziała Susan, po czym zasłoniła usta, jakby nie należało o tym mówić głośno. – Są wykonane z materiałów dobrej jakości, nadają się do krojenia ciast i produktów pochodzenia zwierzęcego. Sama nie używam już innych noży.

Podniosła pudełko na wysokość oczu Hadleya. Było owinięte folią próżniową, u góry widniało logo firmy Falters, a tuż pod nim zdjęcie bloku noży w wysokiej rozdzielczości. Poniżej stempel z napisem: "Okazja – osełka gratis." Na odwrocie umieszczono kolejne kilka zdjęć prezentujących kształt i kolor głowni.

– Są ceramiczne?

– Nie, stalowe. – Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. – Chciałbyś je obejrzeć? Mogę odstąpić ci ten zestaw.

Hadley nie pamiętał kiedy ostatnio gotował, ani czy w ogóle coś kiedyś gotował i zestaw sześciu noży kucharskich był mu zupełnie niepotrzebny, ale pudełko z niewyjaśnionych powodów przyciągało jego uwagę. Jakby w małej przestrzeni zamknięto coś znacznie większego. Czuł również, że Susan spryskała się dzisiaj perfumami o przyjemnej woni białych owoców i widział, że wiatr niesie w stronę miasta chmury, w wyglądzie dosyć złowróżbne, bo brunatne i rozciągające się szeroko od krawędzi horyzontu niby olbrzymia sieć powoli opadająca na ziemię wraz kroplami deszczu. Zaczął zdejmować folię.

– Nie tutaj! – syknęła Susan, a jej oczy zwęziły się.

Lustrowała uważnie chodniki biegnące przez park. Daleko, przy jednej z ławek majaczyły dwie postacie, jedna z psem.

– Prezentacja powinna odbyć się w zamkniętej przestrzeni.

Zapytała potem czy ową zamkniętą przestrzenią mogłoby być jego mieszkanie, na co przystał dosyć ochoczo, tylko wchodząc po zakurzonych schodkach, które prowadziły do drzwi wejściowych pomyślał, że szkoda i gdyby wiedział wcześniej, to zastałaby wszystko wygładzone i eleganckie, i w razie czego nie musiałby przesadnie się tłumaczyć.

Przeszli obok pokoju o kremowych framugach, skąd Hadley usłyszał dźwięk podobny do dźwięku pękającego szkła, po czym skierowali się w stronę kuchni – małego, stosunkowo schludnego pomieszczenia, gdzie stał stół, dwa krzesła, lodówka oraz nowoczesna kuchenka elektryczna. Susan odpakowała noże. Wyciągała je pojedynczo i gdy chwytała za każdą kolejną plastikową rękojeść SoftHold jej oczy, zwężone ciągle od tego momentu w parku, otwierały się szerzej, twarz i nos oblewały delikatnym rumieńcem, piersi drżały, a oddech przyspieszał znacznie.

– Produkt spożywczy jest twardy i zimny – mówiła spoglądając na Hadleya ze skupieniem. – A rzeczy zimne bardzo łatwo przeciąć.

Wyciągnęła deskę do krojenia i ułożyła obok niej kilka marchewek, cukinię oraz tackę polędwiczek z kurczaka.

– Patrz.

Patrzył uważnie jak Susan szybkimi, stanowczymi ruchami szatkuje warzywa. Nóż dzielił korzeń marchwi na nieregularne, drobne bryły miąższu, które nie przypominały niczego konkretnego. Hadley podrapał się w głowę – nie wiedział na co dokładnie ma zwracać uwagę. Czas płynął wolno, wolniej niż zwykle, światło żarówek przygasło i kuchnię wypełnił półmrok. Powietrze zgęstniało.

Zdarza się, że w cieniu, odległości stają się umowne. Dźwięki cichną, ściany tracą swoją konsystencję, a korytarze prowadzą w inne miejsca, dalej i głębiej niż za dnia. Jeśli człowiek stanie wówczas na krawędzi tego, co ciemne… Jeśli stanie na niej jak na czubku noża, a potem przekroczy, zagnie kształty i powierzchnie świata, bez poruszenia nawet jednym paznokciem. Jeśli przekroczy też krawędź, która jest za krawędzią, możliwe że tułając się pośród ciemnych tuneli, natrafi na ciche miejsce, które rozwidla się jak ogon jętki. Na jego końcu znajdzie tętniące źródło istnienia.

Hadley nagle poczuł ciężar na piersi i chwycił za oparcie krzesła, żeby nie upaść.

– Co się dzieje?

Nikt mu nie odpowiedział, zresztą w gruncie rzeczy nic się nie działo, możliwe, że miał gorączkę albo migrenę, starał się więc skupić na tym co robiła Susan, która odcinała akurat ścięgna od polędwiczek i robiła to zręcznie.

Puścił oparcie i stanął prosto. To co wziął za ciężar, nie było tak naprawdę ciężarem, tylko zwykłym ciepłem wyzwalanym w procesie krojenia. Przyjemnym. Przetarł zgrabiałe dłonie, po czym zbliżył się do Susan, i trwał tak w milczeniu, próbując się ogrzać, gdy jego umysł, jak korzeń marchwi, dzielił się na coraz mniejsze fragmenty, aż nie zostawało w nim absolutnie nic oprócz niezmąconej myślą przestrzeni. Mogłoby tak być już zawsze. Mrowić.

– Wspaniałe, prawda? – zapytała.

Lodowate powietrze wdarło się z powrotem do jego płuc. To koniec. Prezentacji i ogólnie wszystkiego. Ciepło rozproszyło się, a Hadley czuł jakby miał za chwilę umrzeć.

– Słucham?

– Noże. Są wspaniałe. – Susan przesunęła palcem po stali i spojrzała na Hadleya. – Chciałbyś je mieć na własność, prawda?

Jej usta były różowe i pełne, ale w tym momencie nie zwracał na to nawet uwagi. Czemu skończyło się tak szybko?

– Miałaś rację, te noże są świetne.

Wyciągnął plik banknotów i podał jej, bez liczenia.

– Zwrotów nie przyjmujemy – dodała patrząc mu w oczy. – W razie wątpliwości, proszę zapoznać się z instrukcją.

Dobrze, już dobrze, drżącymi rękami odebrał pudełko i zamknął za Susan drzwi.

Tej nocy, po raz pierwszy od dawna, bez oporów położył się we własnym łóżku. Podziwiał przez chwilę ostrość i smukłość głowni noża do filetowania, po czym zapadł w długi, spokojny sen. Śniły mu się kobiety.

Kim była Susan Liang? Skąd się wzięła? Gdy na drugi dzień przyszedł do pracy, powitała go nowa recepcjonistka o surowych rysach twarzy, która nie chciała odpowiadać na najuprzejmiej zadawane pytania i nigdy nie słyszała o żadnej dziewczynie z orientalnie brzmiącym nazwiskiem, która pracowałaby w skrzydle A2 rozległego budynku firmy.

 

Nadchodziła zima, Hadley zauważył zaś, że pory roku mają ledwie wyczuwalne kontury, które można dotknąć opuszkami palców, zbadać, a potem opisać przy pomocy geometrii figur płaskich lub muzyki. Potrzebował na to tylko trochę czasu.

Po tym jak zniknęła Susan, jego oczy zapadły się głębiej w czaszkę i zaczęły ruszać szybkimi zrywami, jakby nieustannie coś mierzył, szukał kątów, wzdłuż których można by poprowadzić wektory, punktów styku na granicach rozmaitych płaszczyzn i linii oddzielających jedną przestrzeń od drugiej.

On sam mocno schudł i w sytuacjach społecznych prawie się nie odzywał, przytakiwał jedynie rozmówcom z udawanym entuzjazmem, czekając na odpowiedni moment, by usunąć się w cień. Chodził szybkim, nierównym krokiem, wlepiając czasem spojrzenie w jakiś punkt gdzieś poniżej linii horyzontu, mimo że tam gdzie patrzył, najczęściej nie znajdowało się nic, na czym można by zawiesić wzrok.

Ciepło zawarte w pojedynczym nożu ze stali nierdzewnej S30V marki Falters wystarczało na około dwie doby użytkowania – dłużej, jeśli konkretna głownia lub rączka posiadały niespotykane w innych modelach udogodnienia, atrakcyjny schemat kolorystyczny bądź pochodziły z limitowanej edycji specjalnej. Kupował je nie patrząc kasjerom w oczy, burczał tylko coś pod nosem i pytał o resztę, żeby ukryć drżenie rąk podczas tych paru chwil, gdy chował kolejne pudełka, jedno po drugim, głęboko do torby. Nie dochodził z nimi do domu. Skręcał biegiem w boczną uliczkę i kurczył się za pojemnikiem na śmieci, z opakowaniem w ręku. Kolorowa tektura była miękka w zetknięciu z jego dłońmi, śliska. Rozerwanie jej prostsze, niż rozbicie skorupki kurzego jajka.

Kreślił później w powietrzu linie czubkiem noża, pozwalając by ciepło uderzało w ciało jak fala, parzyło język i powieki. Opierał się wtedy plecami o ścianę albo siadał na ziemi, bo nogi plątały się, nie mogąc znaleźć twardego gruntu.

Po godzinie pierwsze uderzenie mijało. Hadley wycierał usta i wstawał powoli, otrzepując się z kurzu, niedopałków i mokrych torebek foliowych, przyklejonych do jego ubrania. Zasadniczo nic nie stało na przeszkodzie, by chował wtedy nóż z powrotem do pudełka, ale zwyczajnie nie chciało mu się tego robić. Czekał więc aż niebo pociemnieje i wracał do mieszkania pod osłoną wieczornej szarówki, przez całą drogę nie puszczając rękojeści, choć oczywiście trzymał ostrze między połami płaszcza, bo mężczyzna idący ulicą z wyciągniętym nożem to jednak nieprzyzwoity widok i jeszcze komuś wpadłoby do głowy, żeby wezwać policję, co było ostatnią rzeczą, której Hadley wtedy potrzebował.

W domu kroił wszystko co mógł – warzywa, owoce, wołowinę, drób i jakiekolwiek wyroby cukiernicze, znajdujące się akurat w lodówce. Z każdym ruchem poszerzało się jego rozumienie świata, zauważał, po czym zapamiętywał nachylenia, wzdłuż których, mógł na stałe kształtować rzeczywistość. Podczas tego procesu, ciepło słabło stopniowo, aż w końcu znikało w zupełności, a zimny podmuch, przedostający się do reszty mieszkania przez szparę pod drzwiami pokoju o kremowych framugach, trząsł Hadleyem jak liściem osiki.

 

Był tylko jeden nóż, który nie zużył się w przeciągu tygodnia – Falters Exclusive Chef's Choice 300E, o karbowanej, seledynowej, gumowej rękojeści oraz dwucentymetrowej górnej krawędzi tnącej, w zestawie z eleganckim etui (100% naturalnej skóry) i bonem zakupowym na inne produkty firmowe. Na rynek wypuszczono ledwie dwa tysiące sztuk, a Hadley wiedział, że musi nabyć ten produkt, jeszcze zanim do końca zdał sobie sprawę z jego istnienia.

– Falters Exclusive, mądry wybór – powiedział sprzedawca w sklepie sieciowym, zdejmując plastikowe plomby zamontowane na opakowaniu.

Robił to wyjątkowo ślamazarnie. Hadley odchrząknął i zabębnił palcami w ladę.

– Tak, ten nóż jest świetny. Wypuszczono tylko dwa tysiące sztuk – odpowiedział w końcu.

– Nie wiem, czy taki świetny – warknął sprzedawca. – Moim zdaniem dobry. Prawie dobry. Może być, ale Sweitzner robi lepsze noże.

– Lepsze? – Przesłyszał się. – Jak to lepsze?! Pan raczy żartować!

Hadleya zaskoczyła arogancja i kompletny brak wychowania sprzedawcy. Zresztą co on tam mógł wiedzieć, pewnie nigdy nie miał noża marki Falters w ręku!

– Zresztą co pan może wiedzieć, pewnie nawet nie miał go pan w ręku!

– Miałem, używam od tygodnia – odrzekł sprzedawca ze złośliwym uśmiechem. – I powiem panu, że pod względem ostrości, do Sweitznerów się nawet nie umywa.

Słowa "nie umywa", Hadley odczuł z takim impetem, jakby dostał pięścią w twarz. Złapał opakowanie, po czym cisnął banknotami o blat.

– Za grosz szacunku dla klienta! Nigdy tu nie wrócę! – krzyknął i trzasnął za sobą drzwiami.

– Do widzenia – odpowiedział sprzedawca drwiącym tonem.

Policzki piekły, a ręce latały tak mocno, że nie trafiały z powrotem do kieszeni. Na zewnątrz było lodowato. Musiał otworzyć pudełko, szybko – park, w parku są drzewa i głogowe żywopłoty, które nawet bez liści całkowicie zasłoniłyby osobę o szczupłej sylwetce. Przeszedł przez ulicę, przekroczył mosiężną bramę.

Dziesięć minut szukał dogodnego miejsca, ale o tej porze dnia i roku, na dworze roiło się od ludzi. Zmiął w ustach przekleństwo i ruszył biegiem z powrotem w stronę bramy.

Właśnie wtedy po raz drugi, w ciągu tych kilku miesięcy, natknął się na dziewczynę z orientalnie brzmiącym nazwiskiem o imieniu Susan.

– Jestem z ciebie dumna – powiedziała swoim ciepłym głosem i uśmiechnęła się. – Widziałam, co zrobiłeś w sklepie.

Susan była niegdyś recepcjonistką, nosiła dżinsy z wysokim stanem, okulary o grubych szkłach, jak i różne inne ubrania, jednak w istocie rzeczy składała się tylko z kilku różnobarwnych płaszczyzn oraz uplasowanych między nimi krawędzi. Białe mięso szyi odcinało się od czarnego golfu, a pomalowane bordową szminką usta od reszty twarzy, tak samo jak połać trawy odcinała się od płyt chodnika i ziemia odcinała się od nieba, i znając odpowiedni sposób, Hadley wszystkie je mógł oddzielić od siebie na stałe, tworząc zupełnie nowe całości. Znów poczuł zapach białych owoców, ale tym razem aromat był mniej intensywny.

– To nic takiego… – podrapał się w kark.

– Ależ nie, to bardzo dużo.

Pozwoliła by słowa zawisły na moment w powietrzu.

– Widzisz, ja też szukałam tego noża… Może otworzylibyśmy opakowanie razem? – dodała potem nieśmiało.

Skinął głową. Zrobili to więc po zmroku, ukryci pośród drzew i po raz pierwszy w życiu doświadczyli takiego gorąca.

 

Obudził się w nocy, Susan leżała skulona obok, z głową na jego piersi. Była bardzo blisko, ale nie wiązały się z tym żadne zbyt wielkie emocje. Po chwili podniosła się, wytarła nadgarstkiem załzawione oczy i poprawiła materiał swetra. Pociągnęła nosem.

– Już rozumiem – powiedziała, a na jej twarzy widniało coś na kształt podziwu. – Myślę, że powinniśmy spotkać się tu ponownie. Najlepiej jutro.

Przez kolejną dobę nie zmrużył oka. Kiedy przyszedł o wyznaczonej godzinie, wzięła go za rękę (nie protestował) i poprowadziła ukrytymi uliczkami miasta, które nocą lśniły jakby wyrzeźbiono je z jasnego marmuru. Na swojej drodze nie spotkali nikogo, za wyjątkiem cieni i gromad bezpańskich psów. Niebo przybrało kolor lawendy.

Szli długo, aż dotarli do bulwaru, wzdłuż którego ciągnęły się rzędy niskich, kremowobiałych domów. Powietrze było pełne drżenia, trzepotu owadzich skrzydeł, urwanych melodii, szeptów i śmiechu, i zapachu przypraw. Wchodzili jedno za drugim, do kameralnych klubów i kawiarni, otwierających się tylko gdy miasto śpi, pomieszczeń dusznych od dymu i barw, odwiedzali wystawy, muzea, oglądali tajemnicze spektakle, podczas których nie można odetchnąć więcej niż raz, ani więcej niż dwa mrugnąć, i w całym tym zgiełku stopniowo gaśli, a później przesiąkali czymś gęstym, co w bezinteresownym prezencie dawała im noc.

Przesiadujący tam ludzie nosili zwiewne stroje, błyszczące od blichtru i odsłaniające smukłe, piękne ciała. Ruszali się swobodnie i miękko, jakby nic w bezpośrednim otoczeniu nie było w stanie ich zaskoczyć – sprawiali wrażenie oschłych, znudzonych, a nawet zmęczonych, ale równocześnie kryli w sobie coś tajemniczego i intrygującego. Niektórzy patrzyli na dwójkę z góry, ale gdy zauważali lśniącą powierzchnię noża marki Falters, kiwali lekko głowami, możliwe, że z uznaniem.

Rozmawiając z nimi Hadley odkrywał na nowo to, co od dawna wiedział, a przynajmniej przeczuwał. Uczył się i analizował ostrość zawartą w ich spojrzeniach, które osiadając lekko na przedmiocie mogły całkowicie wyciąć go z rzeczywistości, bo rzeczywistość, na dobrą sprawę, była tylko kolejnym, zmrożonym, gotowym do obróbki produktem. Dało się w niej rzeźbić jak w brudnej glinie i nie było w tym nic zaskakującego.

W końcu gesty, półsłówka i spojrzenia ludzi stały się niecierpliwe, a Hadley i Susan zrozumieli, że czas już wracać. Wymknęli się chyłkiem z bulwaru i szli tymi samymi uliczkami, które ich tam zaprowadziły, zauważając, że przeistoczyły się one na powrót w normalne drogi stołeczne z betonu i asfaltu. Niebo przybrało zwykły kolor czerni i wszystko wokół wyglądało jak dosłowne, fasadowe przedmioty bez drugiego dna.

Prawdopodobnie dochodziła czwarta, kiedy wyszli z parku i stanęli przed wysoką halą sklepu sieciowego, wzniesioną pospiesznie, bez troski o zasady estetyki czy harmonię przestrzeni publicznej, a jednocześnie nienaturalnie foremną, w której Hadleya spotkało tak dotkliwe upokorzenie.

Teraz, nocą, podniósł nóż, po czym przeciągnął nim wzdłuż krawędzi dachu, a rzeczywistość, w której osadzona była hala handlowa, rozszczepiła się z mokrym mlaśnięciem. Przymknął oko i odmierzał coś przez chwilę, później złapał rękojeść oburącz i zrobił to samo z bokami oraz podstawą budynku.

Sklep sprawiał wrażenie, jakby znajdował się trochę nie na swoim miejscu, niby zdjęcie, przyklejone do kolażu pod złym kątem, niepasujące zupełnie do jego pozostałych elementów. Hadley uderzył bryłę budynku otwartą dłonią, a ta rozproszyła się i zniknęła w ciemności. Po sklepie została tylko pusta przestrzeń między dwiema innymi, równie nudnymi halami.

Perlisty śmiech Susan przeszył chłodne, nocne powietrze. Niósł się wysoko w niebo, sięgnął pewnie księżyca i gwiazd. Zamilkła nagle i przytuliła się do Hadleya. Ruszyli dalej drogą pośród cieni.

 

Świat to otchłań tętniąca dziwnym rytmem, w której blade strzępy materii zderzają się i łączą, przez moment stanowią całość i natychmiast potem dzielą, tak szybko, że nie ma możliwości ani nawet pretekstu, by powstało z nich cokolwiek naprawdę godnego uwagi.

Pierwszego dnia zimy na śniadanie zrobił sobie dwie kromki chleba z masłem i kawę. Usiadł przy kuchennym stole, obrócił kubek w dłoniach, przetarł usta. Rzędy pomarańczowo–białych, tekturowych pudeł wypełniały wolną przestrzeń od podłogi po sufit, zajmowały półki, blaty, szafki, ciągnęły się wzdłuż ścian, między nogami krzeseł i stołu, zasłaniały okna jak ceglany mur. Po drugiej strony ulicy ktoś odśnieżał chodnik, trzeszczał lód i ślizgająca się po nim szufla. Nadeszła zima, ale na skórze było czuć tylko mętne ciepło.

Hadley rozdmuchał parę, wstał i wylał zawartość kubka do zlewu, a chleb wyrzucił. Susan zawsze przekraczała próg jego domu nie pukając ani nie naciskając dzwonka.

– Kocham to miejsce – powiedziała na przywitanie i rozpuściła włosy.

Susan była kobietą, a składała się z zestawu białych, świetlistych linii, unoszących się swobodnie niby babie lato w smoliście-czarnej, wibrującej od własnego ciężaru pustce. Dwieście sześć spośród nich stanowiły linie krzywe, zawierały się w tym zbiorze rysy twarzy oraz obwód sylwetki, około dwudziestu kilku – linie proste. Osiem było wektorami, po których prowadząc krawędź tnącą dało się bez wysiłku podzielić ciało na inne, mniejsze fragmenty, jedna linia zaś nie miała żadnych cech charakterystycznych i przerwanie jej na zawsze usunęłoby Susan Liang z rzeczywistości.

Wzięła go za rękę, pocałowała i poprowadziła do szerokiego łóżka, które stało w sypialni. Gdy zdjęła ubranie, wektory przetasowały się i zatrzymały na innych pozycjach, część prostych zniknęła i oddała przestrzeń pod nowe krzywizny.

Seks z Susan nie przypominał niczego konkretnego. Hadley widział przesuwające się przed oczami figury geometryczne i kształty, które to podrywały się, to opadały miarowo, jakieś błyski, powidoki, czuł wątły zapach białych owoców, podobny do fali oblepiającej nozdrza i mętne ciepło na skórze. Kochali się często od tamtej nocy w parku, widocznie popchnęły go do tego jakieś wspomnienia, ale zwykle już podczas stosunku, zdawał sobie sprawę, że mógłby w tym czasie robić cokolwiek innego, na przykład odpakowywać nowy nóż.

Doszedł i położył się na łóżku, a ona obok. Gładziła jego włosy i mówiła coś cicho. Nie wstając podniósł z szafki nocnej Falters Exclusive model 300E o seledynowej rękojeści i zataczał nim kręgi w powietrzu.

Dziwne, że zrozumiał to akurat wtedy, może rolę grało rozczarowanie, zmęczenie albo coś rzeczywiście przestawiło się w jego umyśle wraz z pierwszym dniem zimy, grunt, że zdał sobie nagle sprawę, że wcale nie potrzebuje do niczego noży Falters ani stali nierdzewnej, zwłaszcza tej typu S30V. Sam w sobie był bowiem nożem i krawędzią tnącą płótno rzeczywistości.

Wstając przez przypadek dotknął bladej kobiecej dłoni, a zbiór powierzchni i krzywizn, którym była Susan, rozpadł się i rozpierzchł w ciemności, jak dym.

Kiedy Hadley wychodził do sklepu sieciowego, zatrzymał się na moment przed pokojem o kremowych framugach. Podszedł do zamkniętych drzwi i zapukał ostrożnie. Nikt nie odpowiedział, z dziurki od klucza wyleciał jedynie strumień zimnego powietrza.

Koniec

Komentarze

Efektowne. Styl / redakcja rzeczywiście prosiłyby się o przejrzenie i poprawki, ale tekst stoi pomysłem, a ten jest bardzo dobry. Czytało się dobrze i szybko, choć tekst gęsty i sięgający daleko w absurd. Dobrze budujesz nastrój i umiejętnie, przy pomocy niepokojącego gadżetu, kreujesz groteskowość. 

Trochę się pogubiłam w końcówce – rozmyła się nieco, moim zdaniem, albo ja czytając -naste opowiadanie dziś przestałam przyswajać – ale tekst generalnie zdecydowanie udany. 

Dziękuję ninedin, zdecydowanie za późno wziąłem się za pisanie i w efekcie musiałem wrzucić tekst po jednym i pół draftu. W końcówce jest dużo niedopowiedzeń więc może być gubiąca, ale fajnie że mimo to ci podeszło.

 

edit: nic już więcej dzisiaj nie dam rady zrobić, oddaję tekst w ręce czytelników

Bardzo fajny, ostry (może to kwestia stali) tekst. Fakt, że trzy ostatnie akapity troszkę się od tej ostrości odcięły.

Przeczytane, polubione.

Czy mi się zdaje, czy też dopasowywałeś styl do opowieści? Początkowo zdania są długaśne, gubiłam się w nich, ale w miarę umacniania się związku bohatera z nożami stają się krótsze, a przynajmniej ostrzejsze, bardziej przejrzyste. To oczywiście może być przypadek, ale wyszło interesująco. Pomijając oczywiście mój ból głowy po zmierzeniu się z pierwszym zdaniem ;)

Nie jestem do końca przekonana, czy wiem, co przeczytałam. Mam wrażenie, że Susan była tu jego mistrzynią albo raczej muzą. W którymś momencie przestała być potrzebna. Czy on ją, jak to ładnie wcześniej ująłeś, usunął ją z rzeczywistości, przerywając linię bez żadnych cech charakterystycznych? ;)

Gdzieś mi się po drodze zgubiła szacowna małżonka, ta z odbicia w głowni noża z pierwszego zdania (czytałam je trzy razy, więc zapamiętałam) ;) Czy ona też pożegnała się z rzeczywistością?

Dobra, krótko mówiąc mam wrażenie, że przeczytałam studium psychopaty, ale mogę się mylić, mnie się często zdarza widywać duchy :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Cześć Peter, miło że wpadłeś :)

 

Hej Irko, rzeczywiście tekst miał eskalować w miarę czytania (przynajmniej w warstwie charakterologicznej), więc masz chyba rację co do końcówki. Krótkie zdania potrafią być trochę agresywne/pozbawione emocji i taki nastrój chciałem tam wprowadzić. 

Hmm Susan to muza, którą Hadley pobawił się i porzucił, podoba mi się ta interpretacja, melancholijna trochę :) Obiecuję, że żona gdzieś też tam jest, tylko może nie na wierzchu.

A co do samego Hadleya, to nie jest raczej wzorem do naśladowania, ani nawet osobą o mocnym zapleczu moralnym, ale czy można go aż nazwać psychopatą, to już pozostawiam w gestii czytelnika.

Bardzo mi miło, że wpadłaś, dzięki za klika do biblioteki!

Przeczytałem

Obiecuję, że żona gdzieś też tam jest, tylko może nie na wierzchu.

Ok wierzę na słowo chociaż nie widzę.

 

Natomiast mam własną interpretację tekstu. Noże jako metafora narkotyków. Pierwsza porcja za darmo–prezentacja noży. Szukanie coraz mocniejszych wrażeń związanych z tym że noże “wyczerpywały” się dość szybko (coraz mocniejsze narkotyki). Ukrywanie się z tym za śmietnikami czy w parku – “branie w żyłę”. Następnie przedstawienie nocnego życia przez Susan, powrót o czwartej gdy “haj” się skończył. Właśnie, przechodzimy do kreowania rzeczywistości i innego jej postrzegania gdzie odnajduje zwyczajną “fazę” po narkotykach. W ostatniej scenie mamy już barona narkotykowego w którego mieszkaniu jest pełno paczek z białym proszkiem. Nie jestem tylko pewien jak na moją teorię przełożyć ten fragment:

zdał sobie nagle sprawę, że wcale nie potrzebuje do niczego noży Falters ani stali nierdzewnej, zwłaszcza tej typu S30V. Sam w sobie był bowiem nożem i krawędzią tnącą płótno rzeczywistości.

Myślę jednak że tutaj mógł mieć już własną “produkcję” lub dorobić się tylu pieniędzy by uniezależnić się od sprzedawania narkotyków i zająć czymś innym.

 

Tekst ogólnie bardzo mi się spodobał chociaż nie do końca wiem o czym był a właściwie jak rozumieć ten tekst i jaka interpretacja jest poprawna (jeśli tekst wgl ma jakąś jedną właściwą interpretację).

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Cześć Kuba, miło Cię tu gościć ;)

Ok wierzę na słowo chociaż nie widzę.

Bo dobrze się ukrywa ;p

Hmm nie chcę podawać gotowej interpretacji opka, lubię jak tekst pozostaje wieloznaczny, ale Twój trop jest bardzo dobry, bo te noże rzeczywiście mają w sobie coś z narkotyku, prawie jakby skonstruowano je tak, by protagonista i inni bohaterowie nie mogli się w żaden sposób od nich uwolnić.

Myślę jednak że tutaj mógł mieć już własną “produkcję” lub dorobić się tylu pieniędzy by uniezależnić się od sprzedawania narkotyków i zająć czymś innym.

To możliwe, chociaż niby nie potrzebuje, a na koniec znowu idzie do jakiegoś sklepu…

Fajnie, że tekst ci podszedł, pozdrawiam Cię serdecznie

Ciekawe opowiadanie i, cóż, przerażające! Powróciłeś w dobrej formie, nie ma co mówić. :-)

Dla mnie jest stadium popadania w szaleństwo, a może… odkrywania prawdziwej rzeczywistości dla niego – postaci z Twojego świata ostrych noży ze stali nierdzewnej S30V marki Faltres.

Wycinanie rzeczywistości i fasadowy świat z kartonu były dla mnie najmocniejszymi fragmentami opowieści, plus wektory, które nieodmiennie kojarzą mi się z czasoprzestrzenią. Włączyłabym do tego zbioru również „kremową barwę”. Po jej kilkukrotnym powtórzeniu zaczęła mnie frapować. Pytanie, czy używałeś jej celowo?

 

Klimat i nastrój jest, historia też, ale mi, podobnie jak Irce, rozmazuje się końcówka. Chciałabym wiedzieć, co się stało. Nie wiem tego, nie jestem pewna, co się wydarzyło?Nie potrzebował już noży, a wychodząc do sieciowego sklepu zapukał ostrożnie do kremowego pokoju i kto tam był, czy ktoś był? Odbicie żony na nożu, Sara?

 

No dobrze podsumowując. Podobała misię Twoja opowieść. Jest brrr, a czytelnik wchodzi w nią jak nóż w masło. Oryginalne słownictwo, ale bez przeginania oraz przeplatające się wizje. Konsekwentnie prowadzona narracja. Długie zdania ok, choć w kilku miejscach rozdzielałabym na dwa kawałki, bo są wystarczająco długie i wkrada się niepotrzebne niezrozumienie tj. zatrzymują (moje subiektywne zdanie). Sceny intymności z kobietą IMHO – dobrze napisane, udały się.

 

Szkoda, że nie miałeś czasu, aby jeszcze jeden – dwa razy przejrzeć. Przy czym mniej mi chodzi o poprawność zapisów (pod tym względem jest naprawdę nieźle, biorąc pod uwagę szybkość powstania, acz, jak może przypominasz sobie, żaden ze mnie ekspert w tym obszarze), ale bardziej o samą opowieść i jej wybrzmienie. Przyjrzenie się jej jeszcze raz chłodniejszym okiem

 

Kilka kiksów, które udało mi się wychwycić:

w głowni do noża chleba

„Do” niechaj przeskoczy o jeden wyraz do przodu.

stukotem klawiatur, brzmiały jak wiersz albo modlitwa

Zamiast przecinka w tym zdaniu, z którego fragment przekopiowałam, postawiłabym kropkę. I tak oba będą wystarczająco długie. ;-) Jeszcze kilka podobnych miejsc zauważyłam.

wiatr niesie w stronę miasta chmury, w wyglądzie dosyć złowróżbne, bo brunatne i rozciągające się szeroko od krawędzi horyzontu niby olbrzymia sieć powoli opadająca na ziemię wraz kroplami deszczu.

Tu można byłoby pewnie coś pokombinować z rozciąganiem (jest do-od) i siecią. Wybierasz horyzont, czyli od, na początku jest dokąd, czyli ciągną w ich kierunku. mamy powierzchnię na której rozpinamy sieć, no, dwie linie. Hmm. Może wystarczyłoby gdzieś postawić przecinek, albo zmienić kolejność skąd dokąd, tj. zacząć od horyzontu. 

bo rzeczywistość przecież, na dobrą sprawę, była tylko kolejnym, zmrożonym, gotowym do obróbki produktem.

Coś za dużo, chyba „przecież” usunęłabym.

Hadley uderzył bryłę budynku otwartą dłonią, a ta rozproszyła się i zniknęła w ciemności.

Popchnął, chodzi mi o wyrażenie „uderzył otwartą dłonią”. Spróbuj uderzyć w coś otwartą dłonią,  jednak również zważ, że mam fanaberie słowne.

 

Naturalnie skarżę do biblio, może nikt mnie nie ubiegnie. Gratki i srd pzd :-)

a

PS. Boję się tej Waszej pisarskiej wyobraźni. wink

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć Asylum!

Kremowa barwa przewija się w kontekście pokoju o kremowych framugach, jedynego miejsca w mieszkaniu, gdzie Hadley się nie zapuszcza. Co do końcówki, nie chciałem, żeby wszystko było ładnie wyjaśnione. W pokoju o kremowych framugach zdecydowanie ktoś jest, zwłaszcza, że wydobywa się z niego tyle chłodu.

Hmm nie wiem czy akurat konstrukcja tekstu i brzmienie opowieści uległyby zmianie, nawet jeśli miałbym więcej czasu – tekst był rozplanowany dawno temu, po prostu pisałem go na parę dni przed terminem. Dobrze, że nie czytałaś wtedy, co ninedin, bo językowo mniej się wówczas bronił.

Ooo ale ja lubię moje długie zdanka ;)

 „Do” niechaj przeskoczy o jeden wyraz do przodu.

Dzięki, poprawione. Ale długich zdanek proszę mi nie ruszać ;p

Coś za dużo, chyba „przecież” usunęłabym.

I miałabyś rację ;)

Popchnął, chodzi mi o wyrażenie „uderzył otwartą dłonią”. Spróbuj uderzyć w coś otwartą dłonią,  jednak również zważ, że mam fanaberie słowne.

Otwartą dłoń zostawiam. To po prostu ładne sformułowanie na “klepnięcie”.

Też pozdrawiam Asylum i dzięki serdeczne za klika :)

Hmm nie chcę podawać gotowej interpretacji opka, lubię jak tekst pozostaje wieloznaczny

Rozumiem i się w sumie nie dziwię. Tak jest czasami lepiej.

 

ale Twój trop jest bardzo dobry, bo te noże rzeczywiście mają w sobie coś z narkotyku, prawie jakby skonstruowano je tak, by protagonista i inni bohaterowie nie mogli się w żaden sposób od nich uwolnić.

Ha! Ha!Cieszy mnie to bardzo bo u mnie tak zazwyczaj średnio z domyślaniem się i szukaniem drugiego dna.

 

To możliwe, chociaż niby nie potrzebuje, a na koniec znowu idzie do jakiegoś sklepu…

Mówię nie byłem tego pewny.

 

Również pozdrawiam Cię bardzo serdecznie.

Pisz to co chciałbyś czytać, czytaj to o czym chcesz pisać

Tekst jest napisany niestarannie, nie tylko jeśli chodzi o przecinki. Miałam wrażenie, że po prostu pisałeś bez autoedycji i miejscami nie do końca nad tekstem panujesz. Zdania spaghetti na początku – niektóre udane, efekt narracyjny ciekawy, takiego trochę przelewania się treści z wątku do wątku, ale było też sporo takich, w których treść gdzieś tam sobie płynie bez kontroli i ociera się o bełkot.

Wątek żony – miga na początku, a potem znika zupełnie, i właściwie sprawia wrażenie błędu konstrukcyjnego – jakby autor o nim zapomniał. Szczególnie że zachowanie bohatera jest na tyle dziwne, że powinno wywołać reakcję żony (niezliczone pudełka noży w mieszkaniu, wizyty kochanki). A w tekście nie ma nic.

Nie do końca też zrozumiałam scenę bazarową – choć to nie tyle zgrzyt, co znak zapytania.

Mimo tych niedoróbek tekst mi się podobał. Pomysł świetny, rozkładanie rzeczywistości na linie, płaszczyzny i wektory przedstawiony przekonująco i intrygująco. Dawka niepokoju i zagęszczająca się atmosfera dziwności też bardzo udane. Scena wycinania magazynu – surrealistyczna i pokazana w przekonujący sposób. Obsesja bohatera, jej kulminacja i samo zakończenie odpowiednio wyważone.

Jestem zadowolona z lektury.

Zgłaszam do biblio.

Dream big.

Świetny tekst. Dowodzi, że infodumpy mają swój urok. Te wszystkie szczegóły na temat noży tworzą przyjemnie nieprzyjemną atmosferę. W skrócie: ukończyłam tę lekturę wielce zaniepokojona i ukontentowania zarazem.

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Długich zdanek proszę mi nie ruszać ;p

Nie dutknę, nie dutknę. :-) Nie  bojaj się, już nie będę – przysięgam. Baw się nimi do woli, czasem tylko zerknij i pokombinuj jak zbudować/połączyć w inny sposób, bo nie o długość mi chodzi. :p 

Przy okazji wspomnę, że ciągle jeszcze miewam nieznośną predylekcję połączoną z niewytłumaczalną słabością do długich zdań, a na rekordowe, przekraczające najczęściej kilkanaście stron, natrafiłam, czytając „Wolę nieba” Lundkvista, w tłumaczeniu Zygmunta Łanowskiego, o czym muszę Ci koniecznie wspomnieć, gdyż kapitalnie wywiązał się ze swojego zadania, biorąc pod uwagę skalę trudności tłumaczenia takich tasiemców przy utrzymaniu ich lekkości i, co wzbudziło mój autentyczny zachwyt, sprawiło, że zaabsorbowana treścią straciłam żołnierską okopową czujność, nie zauważając prawie zupełnego braku kropek, po czym dopiero po przeczytaniu opracowań, gdy z desperacją godną lepszej sprawy wróciłam do książki w akcji pod kryptonimem „W poszukiwaniu zaginionych kropek”, bo niewierny Tomasz ze mnie, chociażem dziewczyna i naocznie przekonałam się, że jest ich tam jak na lekarstwo, zachwyt ogarnął mnie bezbrzeżny po raz drugi, co – mam nadzieję – stanowi wystarczającą rekomendację do zaproponowania Ci tej książki jako interesującej lektury, naturalnie jako jednej z miliarda możliwych opcji.

 

Otwartą dłoń zostawiam. To po prostu ładne sformułowanie na “klepnięcie”.

Hi, hi, klepnięcie od uderzenia troszku się różni, ale zgoda „otwarta dłoń” – ładne. :-) Wiesz, ze mną jak z dzieckiem, spory oddaję walkowerem, ale pomędrkować lubię, taka przypadłość, skaza genetyczna. wink

 

Srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Cześć @dogsdumpling, miło cię widzieć. Hmm jeśli chodzi o przecinki to nie tak, że nie poprawiałem najlepiej jak umiem, po prostu przed każdym moim tekstem dodaję ten disclaimer, bo zwykle nie ważne jak długo nad nimi siedzę i tak wszystkiego nie jestem w stanie wyłowić.

Nie wiem za bardzo co masz na myśli pisząc, że nie panuję nad tekstem i że pisałem bez autoedycji. Akurat nad tymi fragmentami, z którymi masz problem spędziłem najwięcej czasu ;d

Pomogłoby mi, gdybyś dała jakieś przykłady tych zdań, gdzie treść płynie bez kontroli i ociera się o bełkot. Mam wrażenie, że nawet w tych długich zdaniach zawierałem tyle informacji ile było potrzebne. Ale no ja jestem autorem, więc ten. Jeśli mi coś podasz będę mógł się odnieść.

Żony jest w tekście tyle, ile potrzeba, pisałem już ;d

Cieszę się, że jesteś zadowolona z lektury i dzięki serdeczne za klika :)

 

Hej @fleurdelacour, bardzo się cieszę, że tekst się spodobał. I oczywiście dziękuję za klika!

 

@Asylum dzięki za piękną rekomendację ;D Jeśli jest reprezentatywna względem powieści, to z przyjemnością się zapoznam. Pozdrówka :^)

 

Dzięki za przeczytanie i obrazek @Żongler. Trzy miecze, hmm. 

Leniwy2, za szybko się skończyło:-( świetnie opisujesz uzależnienie od noży, ich ciepła, a także fascynację Susan. Zakończenie mnie zaskoczyło. Jak już ją zdobył, przestała go interesować. Tak samo noże, wyssał z nich wszystko, czego potrzebował a później uznał, że już ich nie potrzebuje. Stał się samowystarczalny? :-) świetne opowiadanie! Powodzenia i pozdrawiam

Jeśli jest reprezentatywna względem powieści, to z przyjemnością się zapoznam

Rekomendacja jest nieudacznym naśladownictwem. Tam w wielu przypadkach jest dynamiczna, logiczna akcja, filozoficzne rozkminki i inne, nie będę spojlerować. W każdym razie zajmująca nie tylko z uwagi na styl, ale  również treść. 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Przykłady:

Od kiedy dostał zestaw noży ze stali nierdzewnej S30V marki Falters, mniej patrzył ludziom w oczy, a zwłaszcza jeśli chodziło o jego kobietę, na nią już w ogóle nie zwracał uwagi, chyba że na jej odbicie w głowni noża do chleba, który trzymał za czarną, plastikową, gładką rękojeść z powłoką SoftHold wzmacniającą uchwyt dłoni.

 

Trudno przedrzeć się przez to zdanie, poszczególne części nie łączą się ze sobą gładko; trzy określenia rękojeści sprawiają wrażenie nadmiaru; mam też wątpliwości czy powłoka może “wzmacniać” uchwyt, to trzymający może go wzmocnić, a powłoka mu tylko w tym “pomaga”, poszukałabym innego określenia.

mniej patrzył ludziom w oczy, a zwłaszcza jeśli chodziło o jego kobietę, na nią już w ogóle nie zwracał uwagi, – na poziomie przyczynowo-skutkowym ten fragment zgrzyta – źle użyte słowo “zwłaszcza”; gdyby to było jeszcze osobne zdanie to ok, bo wiadomo, o co chodzi, ale to jest część dłuższego zdania i sprawia, że czytelnik się potyka.

A jest to zdanie wprowadzające do tekstu – byłoby dobrze, gdyby zachęcało do kontynuowania lektury.

 

Pory roku nie mają ostrych krawędzi ani smukłej sylwetki profilowanej pilnikiem ściernym o wysokiej gradacji, w czym są bezwzględnie gorsze niż noże ze stali nierdzewnej S30V, łóżko miało z kolei dwie krawędzie i szeroką połać prześcieradła na której nikt nie spał.

 

Tu np. wychodzi, że pory roku są bezwględnie gorsze od noży ze stali nierdzewnej; i dlaczego “z kolei” w odniesieniu do liczby krawędzi łóżka? wcześniej mówisz o cechach krawędzi, nie o ich liczbie, to określenie nie ma tu sensu. Przecinek po prześcieradła.

 

A np. to zdanie bardzo fajne. (Tylko albo bez przecinka po modlitwa, albo wiersz i modlitwa, recytowane… tonące)

 

Co prawda, po wypełnieniu wszystkich procedur bezpieczeństwa wewnętrznego i higieny pracy rozmawiał zwykle z kolegami z sąsiednich boxów, ale mówił ściszonym głosem, a ich odpowiedzi były dla niego prawie niezrozumiałe, przykryte szumem komputerowych systemów chłodzących lub stukotem klawiatur, brzmiały jak wiersz albo modlitwa, recytowana w różnych kierunkach i z różnych źródeł, tonąca bezpowrotnie w mieszaninie półcieni, sztucznego światła oraz mdłej łuny miasta, która przenikała do wnętrza budynku przez mętne okiennice Pomieszczeń Produkcji Intelektualnej.

 

 

Dream big.

Miło mi Cię widzieć @Olciatka, fajnie, że opko dało radę się spodobać, a nawet zaskoczyć ;p

 

@Asylum w takim razie na pewno się zapoznam.

 

@dogsdumpling 

Trudno przedrzeć się przez to zdanie, poszczególne części nie łączą się ze sobą gładko; trzy określenia rękojeści sprawiają wrażenie nadmiaru; mam też wątpliwości czy powłoka może “wzmacniać” uchwyt, to trzymający może go wzmocnić, a powłoka mu tylko w tym “pomaga”, poszukałabym innego określenia.

Hmm mi tam te trzy określenia dobrze leżą i nie sprawiają wrażenia nadmiaru (albo inaczej, sprawiają, ale mi się podoba), więc pokieruję się swoim gustem. Ale co do powłoki to w sumie się zgadzam ;d

na poziomie przyczynowo-skutkowym ten fragment zgrzyta – źle użyte słowo “zwłaszcza”; gdyby to było jeszcze osobne zdanie to ok, bo wiadomo, o co chodzi, ale to jest część dłuższego zdania i sprawia, że czytelnik się potyka.

Czytelnik ma się potknąć, bo ma uważać. Chciałem, żeby zdanie brzmiało eratycznie, jakby ktoś podszedł do ciebie na ulicy i zaczął opowiadać wszystko naraz.

Tu np. wychodzi, że pory roku są bezwględnie gorsze od noży ze stali nierdzewnej; i dlaczego “z kolei” w odniesieniu do liczby krawędzi łóżka? wcześniej mówisz o cechach krawędzi, nie o ich liczbie, to określenie nie ma tu sensu. Przecinek po prześcieradła.

No wychodzi bo tak jest napisane i tak ma wychodzić ;d “Z kolei” nie jest odniesieniem do liczby krawędzi tylko do faktu ich posiadania bądź nie.

 

Dzięki za przecinki, ale dalej nie widzę, żebym ocierał się o bełkot ;)

 

No wychodzi bo tak jest napisane i tak ma wychodzić ;d “Z kolei” nie jest odniesieniem do liczby krawędzi tylko do faktu ich posiadania bądź nie.

 

To zdanie jest wtedy źle skonstruowane, bo tak użyte “z kolei” wskazuje na liczbę.

 

Czytelnik ma się potknąć, bo ma uważać.

Hmmm, mnie takie potknięcia nie zachęcają do uważania, raczej przeszkadzają w skupieniu się na treści.

 

Dzięki za wyjaśnienia :-).

Dream big.

@dogsdumpling nie ma problemu i dziękuję, za Twoje. Co do potknięć, to nie wiem jaką literaturę czytasz, ale zdarza się, że książki są napisane skomplikowanym językiem/składnią ;p

To zdanie jest wtedy źle skonstruowane, bo tak użyte “z kolei” wskazuje na liczbę.

Czemu? Ten chłopiec nie ma lizaków, tamten z kolei ma dwa. Nie widzę problemu.

Czyli jeden chłopiec ma zero lizaków, drugi dwa – w przypadku obu chłopców jest odniesienie do jednej i tej samej właściwości/cechy.

 

W zdaniu z opowiadania:

 

Pory roku nie mają ostrych krawędzi ani smukłej sylwetki profilowanej pilnikiem ściernym o wysokiej gradacji, w czym są bezwzględnie gorsze niż noże ze stali nierdzewnej S30V, łóżko miało z kolei dwie krawędzie i szeroką połać prześcieradła na której nikt nie spał.

 

Właściwością pór roku nie jest brak krawędzi tylko to, że nie są ostre ani smukłe, a właściwością łóżka to że ma dwie krawędzie – te właściwości nie mają ze sobą związku.

 

To tak jakby powiedzieć: Ten chłopiec nie ma żółtych lizaków, a tamtem z kolei ma dwa lizaki.

 

Edytka. Nie mam problemu ze skomplikowaną składnią, tylko z niepoprawną składnią, która nie sprawia wrażenia bycia niepoprawną celowo :P.

Dream big.

@dogs ale ja dalej nie widzę niepoprawności składni pierwszego zdania ;d

Ten chłopiec nie ma żółtych lizaków ani soku pomarańczowego, tamten z kolei ma dwa lizaki. Dla mnie dalej brzmi ok (w zdaniu nie było łącznika “a”). Ale mogę się mylić. 

Może przenieśmy dyskusję na PW, bo mi zaraz rozłożysz całe opko na czynniki pierwsze i nie będzie czego czytać :^)

 

Istotne przesłanie. Kiedy ktoś daje jakiś cenny produkt za darmo, to będą to albo narkotyki, albo, niedajboże, MLM. Urzekła mnie scena kupowania tego supernoża, bo bohater zachowywał się jak tradycyjny hobbysta (używasz tych szmelcowych sznurówek GlBX87 ze wzmacnianego tytanem jedwabiu? Masz tu 80 powodów, dla których sznurówki KLJJ63C z kevlaru-9000 biją je na głowę w każdym teście chodzenia do sklepu).

Masz duże pokłady oryginalnej frazeologii, co też mi się bardzo podoba.

Miejscami ciutkę męczyło rozbuchaną poetyckością, ale tylko ciutkę i tylko miejscami. Ogólnie bardzo fajne.

Fajne :)

Przynoszę radość

Bardzo mi się podobało. Ładnie napisane, dużo ciekawych sformułowań i zdań, które niosą też jakąś melancholię. Te dwa najbardziej mi utkwiły, więc pozwolę sobie je przytoczyć:

 

Uległaby mu, a on wypełniłby ją w całości na białej ladzie recepcji, wyprodukowanej z płyty melaminowanej, spełniającej ekologiczne standardy firmy i bardzo mocnej, i robiliby to szybko, bo nie było czasu, a potrzebowali ciepła.

 

przesiąkali czymś gęstym, co w bezinteresownym prezencie dawała im noc.

Fajne było również oddalanie się bohatera od świata realnego i zapadanie we własne wariactwo i ta chorobliwa fascynacja nożami i kształtami.

Edycja: no i bardzo podobał mi się tytuł.

Bardzo przyjemna lektura. 

Haha, przesłanie rzeczywiście istotne, dobrze, że je dostrzegłeś japkiewiczu ;) Scenka ze sprzedawcą prawie dosłownie z życia autora (bądź grona jego przyjaciół) wzięta. Zdarza mi się być czasem lekko poetycko-patetycznym, z czym walczę, ale czego nie chcę też wyplenić do końca. Dzięki za odwiedziny, fajnie, że się podobało.

 

Hejka Anet ;)

 

Cześć Edwardzie, fajnie, że udało mi się uprzyjemnić trochę dzień. Tytuł jak tytuł, moim zdaniem nie jest zły ;p Fajnie, że wpadłeś.

 

Dzięki za przeczytanie Wiktorze.

Żona jako uosobienie kameralnego chłodu. Odskocznia w romans, zdawałoby się – biurowy, a jednak nie do końca. Dziwaczność zbudowana wokół noży i fanbojowskich zachowań oraz klasycznych objawów nałogu, po którym przychodzi pustka. Trochę satyry na tradycyjny komiwojażeryzm (pierwsze noże, elitaryzm) i konsumpcjonizm (jako nałóg właśnie). Bardzo mi się.

 

Językowo – niektóre zdania są cudownie przeszarżowane, inne tylko przeszarżowane. Gdzieś ten taniec na krawędzi ostrza momentami nie jest taki płynny, zdarza się faux pass, ale ogólnie – in plus.

 

Przeczytałem z przyjemnością. Bibliotekę bym klikał bez pudła, gdyby mnie nie ubiegli. Nie dość że dziwne w formie, to jeszcze ma jakąś zrozumiałą fabułę. Po wycyzelowaniu byłoby świetnie.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

To jest weird, który czytałam z przyjemnością.

 

Mogę wymienić szczegółowość i jej konsekwentność, zatarcie i rozmycie granic, indukcyjną obsesję, rytmiczną zmianę narracji (”Świat to otchłań tętniąca dziwnym rytmem”), dosłowną i metaforyczną jedność z nożem.

Opowiadanie zaczyna się z dystansu (”od kiedy dostał”), co generuje przestrzeń; później doskonale ją dozujesz, dzieląc ją – tnąc – na mniejsze, ostrzejsze fragmenty, wycinasz jak puzzle, które układają się i w glowie Hudleya i czytelnika. Niektóre wchodzą z oporem na swoje miejsce, niektóre pasują idealnie. Dużym plusem tekstu są jego nazwane emocje, na początku Hudley ocenia wszystko i wszystkich (”beznadziejne materace”, “namacalne pełne ciało”, itd), jego świat jest fizyczny i materialny, kipi seksem, żądzą, chęcią. Im dalej, tym subtelniej, aż do “babiego lata w smoliście czarnej pustce”, i choć seks zostaje, jest inny, erotyzm jest inny. Zmianę percepcji i zaburzenie moralności można byłoby interpretować jako konsekwencję uzależnienia, ale nie jest to absolutna konieczność. Nóż jest rekwizytem na teatralnej scenie. Susan nim jest, Hudley również (”sam był sobie nożem”). Sceneria przesuwa się za nimi jak czarno-białe slajdy na projektorze, równie dobrze mogą być puste, bo nie mają większego znaczenia.

Nieuchwytna, dominująca siła noża rani, ale nie zabija. Ponura, niesprawiedliwa, zadająca ból wizja nowoczesnej hamartii. 

 

Ważne jest za to, że nadzieja się zapętla, jest nierdzewna, ale bezużyteczna; na co komu nóż, gdy nie ma się ręki? Kończy się tak, jak się zaczęło, zagubieniem, które prowadzi do zrozumienia i chęci zmiany – klamra: kupno noża/sklep z dziurką od klucza – ale jest frustracja z niemocy, bo ze zmiany nici. Poniekąd tekst bardzo klasyczny (ironia tragiczna, egzystencjalizm Kafki, spekulatywny seksualizm Ellisona), ale też przyjemnie świeży. Tytuł przyciąga uwagę, prowokuje (”wystarczy”). Przecinki do poprawy, ale to drobiazg.

 

Ten konkurs był właśnie dla takich opowiadań.

Dzięki za udział!

Hej! Wracam z komentarzem – przepraszam, że tak późno, życie mnie dopadło i tak jakoś wyszło. Ale już jestem!

Przede wszystkim – bardzo klimatyczne, niepokojące i nastrojowe opowiadanie, dobrze wpisujące się w kanon weirdu dzięki uproszczonemu settingowi i skupieniu na wewnętrznych przeżyciach bohatera. Wybitnie ciekawe zafiksowanie na cechach noży. Bardzo podobał mi się motyw Susan – miałam lekkie zawahanie wiary wobec tej recepcjonistki, seksu w recepcji i tak dalej, ale bardzo płynnie rozwiązałeś ten problem, tworząc z niej postać-figuranta, raczej symbol, pretekst, przez który świat kontaktował się z bohaterem. Hasło zostało zrealizowane – wprawdzie bardziej przypisałabym tekst do “kameralnego ostrza”, a nie “zimna”, ale zimno również się pojawia i jest dobrze zaakcentowane w kreacji nastroju. Potrafisz bardzo dobrze, dyskretnie wplatać zgrabne, niepokojące zdania. Opowiadaniu zaszkodził pośpiech – widziałam opowiadanie w pierwszej wersji chwilę po wstawieniu i dziabnęły mnie na początku błędy interpunkcyjne, składniowe. Kiedy już dotarłam do czytania, było znacznie lepiej, ale wciąż wyłowiłam trochę byków. Mam nadzieję, że uda się to wyprostować w redakcji do wersji papierowej.

Niezły tekst, gratuluję. :)

Nowa Fantastyka