- Opowiadanie: Ana91 - Ulubienica płaczącego wiązu

Ulubienica płaczącego wiązu

Hasło – Holenderski skowyt

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Ulubienica płaczącego wiązu

I

 

Drzewo zaczęło płakać po raz pierwszy, kiedy Kinga miała szesnaście lat i zaszła w ciążę.

– Ty szmato. – Matka uderzyła ją w twarz. – Rozłożyłaś nogi, to teraz sama zajmiesz się bachorem. Palcem przy nim nie kiwnę.

– Jestem tobą rozczarowany – wyszeptał ojciec i zaciągnął się papierosem. – Potwornie rozczarowany. Ale to nasz wnuk, więc go wychowamy. Ty natomiast… Z tobą policzymy się później.

Kinga nie spała tamtej nocy i nie spało też drzewo. Wspaniały, okazały wiąz holenderski rósł blisko okna jej sypialni. Przypominał wywinięty przez wiatr parasol, miał jasnożółte liście. Para słowików, która uwiła sobie gniazdo w jego gałęziach, śpiewała wesoło każdego ranka.

Kinga leżała w łóżku, gdy usłyszała żałosny, pełen rozpaczy jęk. Wyjrzała za okno i uświadomiła sobie, że to wiąz łka i jęczy, potrząsając z rozpaczy gałęziami i gubiąc pojedyncze liście. Jeden wleciał do pokoju dziewczyny. Podniosła go i przycisnęła do policzka.

Wtedy drzewo nieco się uspokoiło. Zachęcona tym drobnym sukcesem Kinga pogładziła miękki liść, potem zaczęła śpiewać mu kołysankę. Utuliła wiąz do snu, jakby był jej dzieckiem. Wróciła do łóżka, kładąc liść na poduszce.

Rano znalazła tam pukiel jasnych włosów.

 

II

 

– To szaleństwo… Nie możecie przecież…

Nie dokończyła, bo matka uderzyła ją w twarz, chwyciła za włosy i wywlekła do ogrodu. Kątem oka Kinga zauważyła, że hiacynty zaczęły już kwitnąć, a tulipany wypuściły pierwsze pędy. Ogród pachniał delikatnie bzem i jaśminem.

Ojciec nie skomentował zachowania żony. Był zajęty montowaniem zamka w drzwiach. Rano rodzice zakomunikowali córce, że od tej pory ma zakaz wychodzenia z domu. Swobodnie mogła poruszać się jedynie po swojej sypialni, łazience i skrawku ogrodu, do którego prowadziły drzwi w jej pokoju.

Świętej pamięci dziadek Kingi otoczył ten fragment ogrodzeniem, aby hodowane przez niego psy nie niszczyły babci warzyw. Na pewno nie przewidział, że buduje więzienie dla własnej wnuczki.

– Trzeba było myśleć, zanim dałaś dupy! Co ty sobie wyobrażałaś? Nie wychowałam cię na dziwkę!

Kindze zakręciło się w głowie z nerwów. Opadła ciężko na ławkę. Pozwoliła jeszcze chwilę na siebie krzyczeć, nie odzywając się ani słowem. Po chwili, gdy miała już dość, wepchnęła gwałtownie dwa palce do gardła i narzygała matce na buty. Nie było to trudne, bo od rana czuła potworne mdłości.

Kobieta zamarła. Przestała się odzywać i przez chwilę stała jak wryta, patrząc to na córkę, to na ubrudzone buty. Potem skrzywiła się, rzuciła ostatnią gorzką uwagę, której dziewczyna nie dosłyszała i wróciła do domu, trzaskając drzwiami.

Zgrzyt klucza w zamku uświadomił Kindze, że od tej pory będzie żyć w więzieniu. Położyła ręce na brzuchu i spojrzała w górę, na parkę słowików. Westchnęła z zazdrością.

Kingą nigdy nie zainteresował się żaden chłopak. Adoratorzy nie zapraszali jej na randki, tajemniczy wielbiciele nie zostawiali w kieszeni jej kurtki uroczych karteczek z wierszykami ani róż na wycieraczce. Uczyła się w domu, a rodzice zakazali jej wychodzenia na imprezy, więc praktycznie nie miała okazji na poznanie nowych osób. Gdy szła ulicami, przemykała cicho jak mysz, ukrywając się jak ofiara przed myśliwym.

Kiedy spóźniał się jej okres, matka zmusiła ją do pójścia do ginekologa. Zaskoczony lekarz potwierdził i ciążę i dziewictwo, ale rodzice mu nie uwierzyli. Nie uwierzyli też własnej córce. Kinga czasem sądziła, że wszystko okaże się złym snem. Przecież nigdy nie była blisko z chłopakiem. Nie mogła zajść w ciążę. A jednak zaszła. I nie miała pojęcia, skąd wzięło się dziecko w jej łonie.

 

III

 

– Dzisiaj jest bardzo ładna pogoda. – Kinga chwyciła leżącą pod ścianą konewkę. – Nie zanosi się na deszcz, więc trzeba was podlać. Ciebie nie, ty sobie poradzisz.

Wiąz jęknął żałośnie i zaszumiał potwierdzająco. Potrząsnął gałęziami, zrzucając na ziemię kilkanaście liści. Dziewczyna skrupulatnie pozbierała je i schowała do kieszeni sukienki. Wiedziała, że rano zamienią się w coś interesującego.

– Bycie rośliną nie wydaje się takie złe. Dlaczego jesteś nieszczęśliwy?

Drzewo zawyło rozpaczliwie i zadrżało, kuląc się w sobie. Coś ciężkiego spadło na ziemię. Kinga podeszła, spodziewając się znaleźć gałąź. Zamiast tego ujrzała rozwalone gniazdo i dwa ptasie szkielety.

– Rozumiem – wyszeptała. – Denerwują cię żywe istoty. Nie, ty im zazdrościsz. Tak bardzo, że budzą twój gniew. Czy ja także?

Wiąz zaskowyczał. Kinga spędziła w odosobnieniu już wystarczająco czasu, aby nauczyć się odnajdywać w rozpaczliwym jęczeniu słowa i emocje.

– Ja nie? – Potwierdzający jęk. – Wszyscy, tylko nie ja? – Kolejne potwierdzenie. – Dlaczego?

Drzewo nie odpowiedziało.

Rano znalazła na poduszce kolejne pukle włosów. Zjadła zostawione jej pod drzwiami śniadanie, zastanawiając się, co powinna zrobić z włosami. Miały ładny, żółtawy odcień i pachniały ziemią. Zbierała je w jednym miejscu i planowała zrobić perukę, ale może jednak powinna znaleźć dla nich inne zastosowanie?

Wzięła kilka kosmyków i położyła je na pustym talerzu. Wystawiła go na korytarz przez niewielkie drzwiczki, jakie montuje się dla zwierząt. Skuliła się i czekała, aż rodzice odnajdą jej mały, brudny sekret.

– Co ty sobie wyobrażasz, gówniaro! Z głodu jesz liście? Ja ci zaraz pokażę prawdziwy głód!

Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie. Dokończy dzieła, uszyje sobie perukę i przemieni się w drzewo.

 

IV

 

Peruka była gotowa, ale jej to nie wystarczyło. Musiała mieć więcej części, aby przyozdobić się jak wiąz i dokonać całkowitej przemiany. Gdy patrzyła na siebie w lustrze widziała, jak jej skóra szarzeje i staje się chropowata, a peruka z jasnożółtych włosów dodawała jej uroku. Mimo to, gdy rozcięła palec, z rany sączyła się wciąż czerwona krew. Chciało jej się wyć.

Póki jeszcze brzuch nie przeszkadzał jej w poruszaniu się, postanowiła wspiąć się na drzewo i zdobyć więcej niż to, co wiąz oferował jej dobrowolnie. Gdy wyszła do ogrodu, trzymając w dłoniach sekator, drzewo zajęczało przestraszone i skuliło się.

– Przykro mi przyjacielu. Muszę się stąd wydostać.

Wiąz zatrząsł się gwałtownie i ostrzegawczo poruszył gałęziami. Mimo, że wciąż tylko jęczał, w jego głosie Kinga słyszała więcej gniewu niż rozpaczy czy strachu.

– Jestem ci potrzebna? Ty mnie też. Ale potrzebuję czegoś w zamian.

Przez chwilę milczeli. Wiąz sprawiał wrażenie zafrasowanego jej prośbą i skomlał cichutko, szukając rozwiązania. Kinga usiadła na ławce, zmęczona i zniechęcona. Minął trzeci miesiąc odosobnienia, musiała wytrzymać jeszcze trochę. Gdy urodzi, gdy przekona się CO takiego urodzi, może wtedy zrozumie.

W końcu drzewo zaskowyczało przeraźliwie, o wiele głośniej niż dotychczas. Brzmiało bardziej jak zwierzę i Kinga zafascynowana patrzyła, jak napręża gałęzie niczym dorosły mężczyzna mięśnie, aby podnieść coś niesamowicie ciężkiego. Wstała, podeszła pod pień, uniosła głowę do góry. Usłyszała trzask, potem kolejny. Deszcz krwi zalał ją od stóp do głów. Zaśmiała się.

– Tak! Właśnie tak! Daj mi coś więcej! Daj mi siłę!

Na trawę spadła pierwsza gałąź, potem kolejne. Wiąz jęczał z bólu, ale uparcie łamał sobie kolejne kończyny, dając je dziewczynie w ofierze.

– Mój kochany. Obiecuję, że ja też spełnię twoją prośbę. – Objęła dłońmi pień. – Obiecuję.

Pozbierała wszystkie gałęzie i zabrała je do pokoju, aby zobaczyć, co może się z nimi stać, gdy da im czas. W skupieniu czekała całą noc, żeby zobaczyć cud stworzenia. Obserwowała, jak gałąź obrasta mięśniami, jak napęczniałe od krwi żyły tworzą na nim splątaną siatkę, jak skóra, komórka po komórce, otacza krwawą miazgę.

A potem pieczołowicie obdarła każdy kawałek ze skóry, odkładając ją na bok. Oddzieliła mięso od kości. Miała kolejne fragmenty. Jeszcze chwila i będzie mogła stąd uciec.

 

V

 

Śniło jej się, że tonie. Próbowała się wynurzyć, ale ilekroć wypływała na powierzchnię, ktoś zanurzał jej głowę z powrotem w wodzie. Płynęła w głąb jeziora, usiłując oddalić się od brzegu, aby wreszcie zaczerpnąć oddechu, ale tajemniczy napastnik zdawał się być wszędzie.

A potem wspaniałe, silne ręce podźwignęły ją i uniosły ponad powierzchnię wody. Przez chwilę sądziła, że umarła, potem jednak ujrzała, że to dzielny wiąz obejmuje ją gałęziami. Chropowata kora drażniła jej nagą skórę. Nie miała nic na sobie i zadrżała z zimna, więc drzewo usłużnie osłoniło ją liśćmi.

Czuła, jak miękkie pędy wnikają w jej ciało, jak komórka po komórce rozrywają jej wnętrze. Jęknęła i posłusznie otworzyła się na ich przyjęcie. Pachniały ziemią i wilgocią. Gdzieś w górze śpiewały ptaki, ale ona już ich nie słyszała. Czekała na spełnienie, ale wkrótce zrozumiała, że ono nie nadejdzie. Zamiast tego poczuła w sobie zalążek nowego istnienia.

Została wybrana. Już na zawsze będzie związana ze światem natury, który zamknie przed nią drzwi do swoich tajemnic, ale zostawi uchylone okno. I czasem będzie mogła tam zajrzeć i dostrzec, kim się stanie, gdy brama zostanie otwarta i przekroczy ją całą sobą.

Jeszcze tylko trzy miesiące.

 

VI

 

Dzień był zbyt pogodny i upalny, żeby siedzieć w pokoju, więc Kinga wyszła do ogrodu i usiadła w cieniu wiązu. Położyła ręce na brzuchu i mówiła cicho do dziecka, czekając na jego ruch. Delikatny szum drzewa ukołysał ją do snu.

Gdy się obudziła, wiąz obejmował ją łagodnie gałęziami. Pogładziła korę, przytuliła do niej policzek.

– Tak bardzo chciałabym być tobą – wyszeptała. – Wolna, silna, niebojąca się niczego. Jestem gotowa na kolejny krok! – dodała głośniej.

Wiąz zaskamlał, jakby samo wyobrażenie tego, co musi się stać, zadało mu ból. Jednak nie śmiał się sprzeciwić. Posłusznie wbił pędy w jej nadgarstki i przedramiona, a potem zaczął wnikać coraz głębiej w ciało, drążąc pod skórą tunele w mięśniach.

Bolało straszliwie. Kinga zacisnęła zęby na kawałku drewna, łzy płynęły jej ciurkiem po twarzy. Ale, jednocześnie przerażona i zafascynowana, patrzyła na wijące się pod skórą wypukłości. Bała się cierpienia, nie tego, że coś jej się stanie. Przeobrażała się w roślinę, o wiele odporniejszą na urazy ciała niż człowiek.

Gdy było po wszystkim, gdy roślinny sok krążył w krwioobiegu, nadając dziewczynie mocy, oderwała gałęzie, które jeszcze niedawno znajdowały się w niej, obdarła je z kory. Chwyciła nabrzmiałe od krwi włókna, do złudzenia przypominające żyły i wyrwała je, zachlapując sobie ubranie.

– Teraz już nie możemy zawrócić. Jesteśmy powiązani. Słyszysz? Należymy do siebie!

 

VII

 

– Kiniu, kochanie, uznaliśmy, że ta izolacja nie wpływa na ciebie dobrze. To znaczy… hm… ja od początku uważałem, że to nie ma sensu. Ale matka… Wiesz, jaka jest, jak się uprze.

– Wiem. Wiem też, że to jej dom i pieniądze, które są dla ciebie ważniejsze ode mnie.

– Nie, to nie tak. Ja… – Ojciec zawahał się. Spojrzał na wypukły brzuch córki, skrzywił się. – Masz szesnaście lat, spałaś z chłopakiem i zaszłaś w ciążę. Jak miałem zareagować? Ale jesteśmy skłonni ci wybaczyć, jeśli powiesz, kto jest ojcem i wyjdziesz za niego za mąż.

– Ojcem jest ten wiąz za oknem.

– Nie żartuj sobie ze mnie.

– Nie żartuję.

Mężczyzna westchnął. Rozglądnął się po pokoju. W powietrzu dało się wyczuć mocny zapach ziemi i zgnilizny. Kinga zamarła, przerażona, że ojciec odkryje jej sekret. Naciągnęła rękawy bluzki, aby ukryć ślady po cięciach. Wykonała ich w ostatnim czasie kilkanaście, za każdym razem przeszczęśliwa, bo wypływająca z nich krew wyglądała na coraz bardziej rozcieńczoną.

– Matce może zmięknie serce, gdy zobaczy wnuka, ale jeśli chcesz wyjść stąd wcześniej, musisz się postarać. Powiesz mi kto jest ojcem, porozmawiam z nim, wszystko załatwię.

– Ojcze, kto powiedział, że ja chcę stąd wychodzić? – zapytała, oczy jej zalśniły. – Mam tutaj to, czego potrzebuję. Ojciec dziecka jest przy mnie. A niedługo… niedługo będę wolna.

– Córeczko, chyba nie jest z tobą najlepiej. Porozmawiam z matką, może wtedy…

– Nie! – przerwała mu. – Nie rozmawiaj. Tylko ją rozsierdzisz i każe mi siedzieć tutaj jeszcze dłużej. Jest dobrze. Dwa miesiące do porodu i wszystko będzie jak dawniej. Lepiej już idź. Nie chcemy, żeby matka nas tutaj nakryła.

Mężczyzna nie wydawał się być przekonany. Wstał i ruszył do drzwi, ale w połowie drogi przystanął. Odwrócił się, spojrzał na córkę, otworzył usta, ale po chwili zrezygnował. Był już za drzwiami, gdy Kinga pobiegła za nim i przytuliła go.

– Jeśli będziesz czegoś potrzebować…

– Właściwie mam jedną prośbę. Mógłbyś mi przynieść łopatę? Tulipany przekwitły, chciałabym wykopać cebulki.

 

VIII

 

Któregoś z kolei dnia niewoli Kinga zeszła na dół i zobaczyła, że ogród zaczął usychać.

Trawa wokół wiązu początkowo utraciła swój soczysto-zielony kolor, zmatowiała i pożółkła, aż w końcu całkiem zbrązowiała. Okoliczne krzewy traciły bardzo szybko liście, jakby z powodu choroby garściami wypadały im włosy. Z kwiatów opadały płatki. Rośliny stawały się drobniejsze, pokurczone jak przygarbieni starzy ludzie.

– Co się dzieje? – Kinga krzyczała każdego dnia w stronę wiązu tak długo, aż traciła oddech, ale ten odpowiadał jedynie długotrwałym, monotonnym skowytem.

Osobliwa zaraza rozprzestrzeniała się w oszałamiającym tempie. Tydzień później już połowa rabat umarła. Dziewczyna starała się grzebać zwłoki swoich przyjaciół, ale ostatecznie nie starczało jej czasu, aby pochować wszystkich i, patrząc na pokryte błotem pobojowisko, płakała nad stertami trupów.

– Dlaczego?! Odpowiedz mi! – Biła pięściami w pień, ale drzewo nie odzywało się. Cały czas jęczało w ten sam, tym razem niezrozumiały dla niej sposób.

Wkrótce prawie cały ogród obumarł. Kinga chodziła wśród powykręcanych ciał i starała się ulżyć w cierpieniu wciąż żyjącym roślinom. Znajdowała szkielety zwierząt, które przypadkowo znalazły się w ogrodzie. Ptaków, wiewiórek, kretów. 

Ostatni usechł wiąz. Jego liście całkowicie straciły swój jasnożółty, soczysty odcień i przypominały poskręcane, zbrązowiałe kartki papieru. Wkrótce wszystkie opadły. Kinga zebrała je co do jednego, mimo że spora część pokruszyła się jej w dłoniach i zaniosła do pokoju. Chciała zobaczyć, co się wydarzy, ale nie stało się nic.

– Czy ty umierasz? – zapytała bezlistne, pokurczone drzewo. – Czy może… już umarłeś?

Wiąz zajęczał rozpaczliwie i tym razem w końcu zrozumiała, co chce jej powiedzieć. Nie umierał. Zbierał siły. Na co? Zgodnie z nakazem wróciła do pokoju. Zobaczyła, że w miejscu, gdzie zostawiła stertę wyschniętych liści, coś leżało.

Podeszła bliżej. Serce. Śliskie od krwi, pachnące żywicą. Wgryzła się w nie i z trudem oderwała kawałek. Przeżuła gumowate mięso i wzięła kolejny kęs. Natrafiła zębami na żyłę i długo próbowała ją rozgryźć, aż w końcu poddała się i przełknęła całość. Krew wypełniła jej usta i ściekała po brodzie, brudząc kołnierzyk koszuli. Kinga odgryzała kolejne kawałki i prawie natychmiast je połykała.

Z trudem powstrzymując wymioty położyła się na łóżku. Ostatni element układanki był na swoim miejscu. Teraz należało czekać.

 

IX

 

Wody odeszły jej w ogrodzie, gdy chodziła wśród grobów swoich przyjaciół i zbierała pojedyncze szkielety zwierząt. Nie wezwała lekarza, czuła, że go nie potrzebuje. Położyła się pod wyschniętym wiązem, który znalazł siły, aby opleść ją korzeniami. Zacisnęła dłonie na konarach i czekała.

Pierwsze bolesne skurcze nadeszły godzinę później. Kinga była na nie przygotowana. Śpiewała głośno ulubione piosenki, aby się uspokoić i odciągnąć uwagę od przeszywającego bólu, ale gdy skurcze stały się zbyt silne, przestała śpiewać i jedynie krzyczała.

Wiąz rodził wraz z nią i płakał wraz z nią. Czuła jego wsparcie i siłę od początku porodu aż do momentu, gdy spocona i wymęczona, wypchnęła z siebie noworodka.

Przez chwilę leżała i nie mogła się zmusić, aby na niego spojrzeć. Bała się, że będzie chory lub zdeformowany. Po dłuższej chwili, gdy usłyszała płacz, podniosła się i popatrzyła na dziecko.

Synek. Wydawał się zdrowy, ale jednocześnie inny niż dzieci, które do tej pory widziała. Jego ruchy wyglądały na nienaturalne, a płacz brzmiał mechanicznie. Kinga podniosła go w objęcia i nakarmiła. Przytulała go przez cały czas rodzenia łożyska. Potem, w łazience, umyła niemowlę i chwyciła nożyczki. Gdy przecinała pępowinę, ta wydała suchy trzask jak łamana gałąź.

– Spokojnie – pogładziła jasne włosy dziecka. – Wszystko będzie dobrze.

Wyszła z dzieckiem do ogrodu, ułożyła syna na trawie. Wróciła do domu dwukrotnie, najpierw po pudełko z kośćmi i skrawkami ciała oraz łożysko, potem po łopatę i perukę. Pomiędzy wystającymi konarami wykopała niewielki dół, rzuciła na dno kości. Ułożyła na nich śpiącego spokojnie noworodka i zasypała dół ziemią.

– Spokojnie. Ciiii – starała się uspokoić syna, gdy ten obudził się i zaczął płakać. – Wszystko będzie dobrze. Zaśpiewam ci coś.

Nie przerywając śpiewu, nawoziła ziemię łożyskiem, skórą i żyłami. Nałożyła na głowę perukę. Usiadła przy niewielkim kopczyku, zamknęła oczy i czekała całą noc, aż nadejdzie jej czas.

 

Epilog

 

To był ostatni raz, gdy słyszała tajemniczy skowyt wiązu holenderskiego. Dzień, w którym jej dusza uleciała ku drzewu i schroniła się w jego zacisznym, pachnącym wolnością wnętrzu. Napełniona niesamowitą energią sprawiła, że wiąz znów obrósł liśćmi i odzyskał dawny blask. Stopniowo naprawiła inne rośliny, aż znów mogła cieszyć się ich bliskością i przyjaźnią.

Widziała rodziców, którzy zaniepokoili się milczeniem córki i odnaleźli ją, wciąż krwawiącą po porodzie, leżącą w ogrodzie obok ubrudzonej ziemią łopaty.

– Co się stało? Gdzie dziecko?

Matka szarpała córkę za włosy, domagając się odpowiedzi. Dopiero ojciec zauważył świeżo rozkopaną ziemię. Szybko złapał za łopatę i zaczął odkopywać miniaturowy grób. Wkrótce odsłonił drobną, zaciśniętą w piąstkę dłoń.

– Zakopałaś własne dziecko! – Matka wpadła w histerię, uderzyła córkę w twarz. – Co za szaloną sukę wychowałam. – Uderzyła raz jeszcze.

Dziewczyna siedziała niewzruszona zachowaniem matki. Z kącika ust ciekła jej ślina, rozglądała się wokoło niewidzącym wzrokiem. Pusta, nic nieznacząca powłoka.

– Mój Boże… – Mężczyzna wydobył spod ziemi zsiniałe, brudne od ziemi dziecko – Ono… – zamarł. Przez chwilę nie odzywał się, potem zbladł i upuścił dziecko.

Owinięte drobnymi korzeniami zwłoki chłopca upadły na plecy. Matka pisnęła, widząc poranione, puste ciało noworodka.

– Ty dziwko. Co ty mu zrobiłaś?

Kobieta ponownie zaczęła okładać niewzruszoną córkę pięściami, mężczyzna szlochał cicho, pochylając się nad drobnym ciałem. W tym całym szaleństwie prawie nikt nie zauważył drobnego jasnowłosego człowieka, przemykającego pod ogrodzeniem.

Nikt oprócz Kingi, która patrzyła na niego z góry. Człowieczek także zatrzymał się i spojrzał na dorodny wiąz. Nie mogli się nawzajem usłyszeć, ale zrozumieli się bez słów. Dobra robota. To była perfekcyjna zamiana. 

Koniec

Komentarze

Ale fajny, pomysłowy tekst o takiej prawie-mitologicznej metamorfozie! Koncepcyjnie spójny, ładnie napisany, z pomysłem, klimatyczny i nie tyle weirdowy, co po prostu ciążący ku opowieści niesamowitej. Klik ode mnie. 

Jest horror pełną gębą – jest zaniepokojenie, elementy gore i umiejętnie budowane napięcie. Tekst nie straciłby na skróceniu niektórych porównań i dłuższych zdań, bo zwalniają tempo. Ale bardzo ciekawa propozycja. 

O kurczę, jaka mocna, zaczarowana opowieść. Do tego pięknie napisana. Podoba mi się, że jest zarazem niepokojąca, miejscami nawet brutalna, i mimo wszystko… delikatna? Przede wszystkim bohaterka ukazana jest z dużą empatią, a relacja jej i wiązu ma w sobie dużo piękna. Bardzo mi się podoba. Całość ma atmosferę rasowej mrocznej baśni. Bardzo ciekawy koncept.

Przeczytałam pierwszy fragment i stwierdziłam, że może wrócę później. A jak już wróciłam, to mnie wessało i nie mogłam się oderwać :D Klimat trochę przywodzi mi na myśl “Bluszcz cmentarny na Przełęczy Kościotrupa” ze zbioru “Ballada o Narayamie” (zbiór japońskich opowiadań grozy). Zgadzam się z przedmówczynią, że jest jednocześnie brutalnie i subtelnie, dosłownie i delikatnie. Fajna koncepcja, świetne wykonanie!

Dziękuję za pozytywne opinie :) Gdy pisałam to opowiadanie, zależało mi, aby oprócz horroru i całej nadnaturalnej otoczki było też w nim coś uniwersalnego, żeby poruszało codzienne problemy jak samotność, odrzucenie, szukanie zrozumienia. Cieszę się, że udało się to uchwycić i że się podobało.

 

@Żongler: Wspaniały obrazek, bardzo trafny :)

Taki horror, który na dobrą sprawę mógłby być przeróbką niejednej legendy o niepokalanym poczęciu z twistem. Wciągająca narracja, dobrze się czyta.

Ciekawe :)

Przynoszę radość :)

O, dziwna i niepokojąca historia o metamorfozie. Okrutni rodzice zamykający zbrzuchaconą córkę tacy wymagający zawieszenia niewiary, ale potem mknie sobie tą opowieść. Ładnie napisane, płynie. I jest tam niepokój, proces zmian i w ciężarnej i w jej dziwacznej relacji z wiązem. I krzywda dziecka jest, podwójnie nawet. Motyw wprawdzie nienowy, ale sprawnie podany.

Gdybym miał się czepiać, to tych mało wiarygodnych rodziców. Gdybym miał wskazywać braki – jeśli dziewczę blisko pół roku jest zamknięte w niewoli, a w wieku jest szkolnym, to co się dzieje w świecie zewnętrznym (opowieść jest skupiona na proragonistce i wiązie, jakby świat na zewnątrz nie istniał – z jednej strony fajny zabieg, podkreslajacy odizolowanie, z drugiej: nie miała żadnych znajomych? Szkoła się nie upomniała? Do lekarza na kontrolę nie trzeba? To zawieszenie poza światem sprawia, że rzecz wydaje się być mocno odrealniona, w konwencji baśni.

Dobrze opowiedziana historia niesamowita, dziękuję za lekturę.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Pierwsze, co przykuło moją uwagę, to naprawdę dojrzała kontrola języka – masz go pod kontrolą, prezentujesz myśli w sposób bardzo zdyscyplinowany i dzięki temu klarowny. Dobra kompozycja, nie miałam wrażenia, byś w jakimś miejscu nadmiernie przyspieszała lub traktowała treść zdawkowo. Jeśli miałabym jakieś zastrzeżenia, to raczej do samej koncepcji odosobnienia Kingi – jest ona raczej umowna, skoro nie wsadzili jej do żadnej zamkniętej na siedem kłódek piwnicy i mogła przemieszczać się po ogrodzie swobodnie.

Niemniej przymknę na to oko, bo opowiadanie jest raczej symboliczne. Postanowiłaś zmierzyć się ze zjawiskiem o tyle przykrym, że prawdziwym – opisany przypadek jest patologią skrajną, ale istnieje przecież znacznie więcej piekiełek mniejszego kalibru. Bardzo uderzyło mnie „Co za szaloną sukę wychowałam” padające z ust matki, w kontekście jej uprzednich działań. Mocna rzecz.

Jeśli zaś o samą matkę chodzi, w moim odczuciu jest najsłabszym ogniwem opowiadania; jej wrzaskliwość i wulgarność trochę niweluje Ci stonowany, starannie kreowany nastrój narastającej psychozy. Myślę też, że przytoczone wyżej zdanie miałoby jeszcze większą siłę, gdyby było to jedyne wypowiedziane przez matkę przekleństwo. W kreacji tego bohatera postawiłaś na jawnie wyrażoną agresję – wydaje mi się, że w kontekście weird fiction ciekawszym mechanizmem byłoby ukazanie piekła pasywnej agresji takiej mamusi.

Zawarłaś tu jeden z ciekawszych przykładów realizacji hasła konkursowego. Skowyt jest, mocno zakorzeniony – holenderski zaś ujęłaś w nazwie gatunkowej drzewa. Clever, w punkt.

Stworzyłaś solidne opowiadanie i uważam, że masz zasoby, by tworzyć kolejne, jeszcze lepsze – jeśli mogę coś doradzić, spróbuj nakierować uwagę na pogłębienie psychologii bohatera.

Świetna interpretacja hasła. Zaryzykuję stwierdzeniem, że o to własnie chodziło. Samo jego odrealnienie dyktuje niepokój całości opowiadania. Pierwsze zdanie szokuje i wciąga, jak powinno.

Na uwagę zasługuje kontrast realnego świata – patologii, brutalności matki, powolnej zmiany ojca, który z czasem wątpi w dyktaturę żony; sam czas i jego poczucie, podzielone miesiącami ciąży – oraz surrealizmu, nie absurdu ani eksperymentalnego postmodernizmu, lecz wypaczonego emocjami czarnego świata tabu i niezrozumienia.

Odwrócona konwencja tego ostatniego polega na świetnym kontraście niezrozumienia gniewu rodziców ze zrozumieniem mowy wiązu, którą protagonistka odszyfrowuje powoli, przez pryzmat własnego bólu. To bardzo ‘bolesny’ tekst – wykluczenie, poród, bycie powiązaną z wiązem, uciemiężenie, dziwaczna infantylność drzewa; składa się na prawdziwą metamorfozę percepcji. Jest to kafkowo klasyczne, tak jak jest romantyczne w swoim naturaliźmie, tak jak jest męczeńskie w ofierze złożonej z noworodka. Powtarzający się turpizm (szkielety zwierząt, pukle włosów, “holenderski skowyt”) i kronikarskie odliczanie czasu tworzą konkretną formę opowiadania.

Pięknie poetycki, emocjonalny tekst, mocny i zapadający w pamięć.

 

Dziękuję Ci za udział w konkursie.

Ode mnie też klik. Świetny tekst, w zasadzie mogę się podpiąć pod komentarz Żongler. Fajna wycieczka w głąb psychozy.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Bardzo dziękuję za wszystkie uwagi i komentarze!

 

@Wiktor Orłowski

Pisząc o odosobnieniu miałam głównie na myśli brak kontaktu z innymi ludźmi. Może słowo “osamotnienie” pasowałoby tutaj lepiej, choć z drugiej strony osamotnionym można się czuć nawet w grupie ludzi. W każdym razie dzięki za zwrócenie uwagi, pomyślę jeszcze nad tym.

 

Fajnie szalona historia.

Trochę nasuwa skojarzenia z grecką mitologią – tam przemiany ludzi w rośliny zdarzały się nagminnie. A i Zeus potrafił nieźle kombinować, jeśli chciał uwieść jakąś śmiertelniczkę – jeśli nie jakieś zwierzątko, to złoty deszcz. Czemu by nie wiąz? ;-)

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka