- Opowiadanie: drakaina - Los caprichos

Los caprichos

Hasło: subtelne fiołki

 

Obrazek: oczywiście Francisco de Goya y Lucientes

 

Epizod, który – mocno przetworzony – legł u podstaw opowiadania opisałam tutaj, a cytaty z pamiętników Lejeune’a są autentycznie, choć minimalnie skrócone.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Los caprichos

Zatrzymaliśmy się u przeraźliwej mujer plagosa. Ta starucha o żmijowym sercu dała nam strawę, lecz nie odważyliśmy się jej nawet dotknąć ze strachu przed trucizną. Kiedy odjeżdżaliśmy, wiedźma, niezdolna przymusić strażników, by dokonali dzieła zniszczenia, które sam Bóg powstrzymał podczas potyczki, żegnała nas przekleństwami.

Pamiętnik pułkownika L.-F. Lejeune’a, kwiecień 1811

 

0

Pamiętam: wykrzywione twarze, palące żelazo, krew, wszędzie krew, posoka, czerwień przed oczami, wrzask, czerwień zalewająca twarz, czyjeś oczy wpatrzone we mnie, zabijające mnie, obejmujące mrokiem, czerwień wypełniająca gardło.

Turkot kół, pokrzykiwanie w języku, którym mówię od dziecka, a nie rozumiem ani słowa. Strach.

Potem cisza, ciemność.

Traídor! – Ten krzyk odbija się echem w całym moim ciele, rozciągniętym w nieskończoność, a zarazem ściśniętym do jednego punktu bólu.

Pamiętam to miejsce. Byłem tu dawno temu. Jestem tu od dawna. Ciemne kształty na granicy wzroku są źródłem bólu i nadzieją ocalenia.

Poruszam lepkimi od krwi palcami. Ręka ciągnie się daleko, nie widzę, gdzie się zaczyna, gdzie się kończy. Palce zaciskają się na broni. Wrastają w szablę, to ja uderzam, a nie martwa stal.

Uderzam w swoją własną rękę. Muszę ją odciąć, żeby się uwolnić. Żelazo wnika w skórę, w liście, w łodygę, roztapia się w ciele, płynie w żyłach. Powoli, bardzo powoli mnie zabija.

 

3

Jestem tym miejscem. Zostało mi podarowane przez moją Panią. Muszę go bronić, muszę rosnąć wraz z nim. Pamięć nie jest ważna, ważne jest tylko to miejsce, tylko dla niego żyję. Jestem jego ręką, jego bronią, jego mózgiem, jego okiem. W moich żyłach płynie krew Pani, jestem jej błogosławieństwem dla tej ziemi.

 

2

– Ruszaj się, Rodrigo! – Krzyk kaprala przywraca mnie do rzeczywistości.

Ocieram pot z czoła. Dziwne, myślę, nie jest wcale gorąco. Dopiero wiosna.

– Chory jesteś czy co?

Znowu stanąłem w miejscu. A przecież przywykłem do długich marszów.

– To słoń…ce… u…pał… – bełkoczę.

Widzę przestrach na twarzach towarzyszy. Widzę szary pył pokrywający ich mundury, dym, który nie przestaje unosić się z luf muszkietów. Kiedy była ostatnia potyczka? Tydzień temu? Wczoraj? Dzisiaj? A może jeszcze się nie odbyła.

– Rodrigo?

Znam tego młodzieńca, ma na imię Jean, niedawno uratowałem mu życie w bitwie. W jego spojrzeniu widzę niepokój, troskę.

– Już niedaleko, dasz radę – mówi, podając mi manierkę z winem.

Biorę ją do ręki i patrzę, jak między palcami wyrasta cienka, przezroczysta błona, niczym u żaby. Podnoszę wzrok na Jeana, wyciągam ku niemu dłoń z wijącymi się palcami, on patrzy niewidzącym wzrokiem.

– Pij – mówi. – To dobra woda.

 

1

Po przejściu gór zatrzymaliśmy się na popas w wiosce Santa Aparición. W posadzie przy głównej ulicy zjadłem cienki rosół: niedawno przechodzili tędy Anglicy, więc zapasy żywności były marne. Kiedy odchodziliśmy, córka karczmarza podała mi cynowy kubek z wodą. Miała ciemne oczy, jak większość hiszpańskich kobiet, lecz w ich głębi czaiło się coś więcej. Coś, co sprawiło, że od tej chwili myślałem o nich dniem i nocą.

Zdążyłem pociągnąć zaledwie jeden łyk, bo Jean wytrącił mi kubek z ręki. Krzyczał coś po francusku – nie słuchałem. Myślałem jedynie o ciemnych jak wino oczach nieznajomej.

Zobaczyłem je znowu dwa dni później, kiedy stanęliśmy w lesie. Na niebie jaśniał księżyc w pełni, Niedaleko obozu znalazłem staw z wodą czarną jak noc, w której odbijały się gwiazdy. W tej toni ujrzałem oczy pięknej nieznajomej z Santa Aparición. Spoglądały zapraszająco, obiecując spełnienie najskrytszych pragnień. Sięgnąłem ku nim; woda rozstąpiła się, a w jej głębi ujrzałem wieczność.

 

Dziennik Jeana Antoine’a Massarta, 7 kwietnia 1823

Jako oficer wojsk francuskich należałem podczas zarazy katalońskiej do kordonu sanitarnego, stacjonującego w Pirenejach. Dzisiaj nasza armia wkroczyła na ziemie hiszpańskie, ale ja wczoraj opuściłem jej szeregi, nie chcąc strzelać do ludzi, którzy usiłowali powstrzymać marsz Stu Tysięcy Synów Świętego Ludwika. Przeszedłem na stronę rebeliantów, na stronę tych, którzy dekadę temu byli towarzyszami mojego ojca. Za sobą słyszałem świst kul moich dawnych podwładnych.

Jutro ruszam co koń wyskoczy do Madrytu i dalej na zachód, w miejsce, dla którego zawsze chciałem przybyć do Hiszpanii.

 

1

Na biwakach Jean popatrywał na mnie dziwnie.

– Przyjąłeś wodę od wiedźmy – oznajmił pewnego wieczora, spluwając przez ramię. – Dlatego jesteś chory, dlatego masz gorączkę.

Kiedy opowiedziałem, że w Santa Aparición kubek podała mi najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek oglądały moje oczy, odsunął się i odwrócił plecami.

Leżąc na posłaniu z gałęzi i żołnierskiego płaszcza, wpatrując się w gwiazdy na czarnym niebie, myślałem, że istotnie córka karczmarza musiała być czarodziejką. Kiedy skończy się wojna, powtarzałem sobie, wrócę do niej i nigdy się nie rozstaniemy.

 

2

– Co z tobą, Rodrigo!

Ktoś szturcha mnie łokciem. Czas ruszać dalej. Tylko ten kwiat, który wczoraj zerwałem, pragnąc dać go mojej Pani, trzyma mnie w miejscu. Wrósł w ziemię, a ja muszę zabrać go ze sobą, więc mocuję się z nim, podczas gdy kolby muszkietów maszerujących towarzyszy obijają mi bok.

Kwiat poddaje mi się, tylko ręka zostaje, część mnie zostaje. Idę za oddziałem, choć w upale ziemia wydaje się pożerać moje kroki.

Jean podbiega i podtrzymuje mnie, ciągnie za sobą.

– Jesteś chory – mówi. – Gorączkujesz. Musisz dać radę, do miasta jeszcze kilka dni marszu.

Wiem, że myśli to, co wszyscy. Musimy iść szybko, za nami zdążają gerylasi.

 

3

Pamiętam. Człowiek, który pochyla się nade mną, wpatruje mi się w oczy, jakby chciał sięgnąć do samego dna duszy. Odpowiadam spojrzeniem i czuję, że stajemy się jednym. To na niego czekałem.

Pamiętam. Człowiek, który pochyla się nade mną, wpatruje mi się w oczy, jakby chciał sięgnąć do samego dna duszy. Wyrywam się, nie chcę być jednym z nim, nadaremno szukam obietnicy, która przyprowadziła mnie w to miejsce.

Dwie twarze dzieli otchłań rozciągnięta między gwiazdami na dnie jeziora a delikatnością zapachu, który rozgania mrok.

 

Dziennik Jeana-Antoine’a Massarta, 23 kwietnia 1823

Zatrzymam się w Madrycie tylko na tyle, by przekazać dowódcom sił rewolucyjnych informacje o marszu francuskich wojsk. Zamierzam jak najszybciej ruszyć do Illescas, skąd dwanaście lat temu rozpoczęła się wyprawa pułkownika Lejeune’a. Muszę odnaleźć miejsce, które uratowało dowódcę i mojego ojca, a zabiło jego przyjaciela. Przyrzekłem ojcu, że udam się tam, by spróbować zrozumieć. On nie zrozumiał do dziś.

 

3

Pochylony nade mną człowiek przytyka mi do ust zimne żelazo. Czuję bijącą od niego moc, wiem, że zostałem ocalony. Wokół wznoszą się wysokie mury, na pół zburzone… Nie, przemienione w materię ze snów, które zsyłała moja Pani. Rośliny wyciągają wici i gałęzie, spomiędzy liści i płatków spoglądają ciemne oczy głębokie jak gwiazdy.

Odnalazłem Santa Aparición.

Daleko za murami, przez mury, potwory wpatrują się we mnie czerwonymi oczami. Wyciągam ręce i chłonę życiodajne soki pnączy przerastających mury. Jeszcze trochę i będę miał siłę, by pokonać kamienne byki. Całuję zimne żelazo, które wypala resztę słabości. Człowiek odchodzi powolnym krokiem mnicha odprawiającego codzienny rytuał.

Moje ciało, skurczone do jednego punktu bólu, eksploduje nowym życiem. Nieśmiertelnością.

 

2

Nocami Pani pokazuje mi krainy, których nie oglądało ludzkie oko. Świat mieni się kolorami, jakich nigdy wcześniej nie widziałem. Wędrujemy wśród roślin o ludzkich twarzach, rzeźb zmieniających kształty za dotknięciem dłoni, kryształowych lasów.

Potykam się i przez mgnienie oka dostrzegam u korzeni drzew i wokół postumentów posągów wijące się smugi czerni, oplatające stopy Pani, podkradające się ku mnie. Podnoszę wzrok: języki ciemności sięgają naszych twarzy. Zaciskam pięść i unoszę ją ku własnej głowie, jakbym po coś sięgał. Oblicze tej, która mnie tu przywiodła, rozmywa się, rysy wykrzywiają się w koszmarny grymas.

Budzę się wśród zapachu wiosny, niedającej się z niczym pomylić woni fiołków, które przez noc wyrosły u mego wezgłowia. Zbieram bukiecik, by podarować go czarnookiej, kiedy znów przyjdzie i powędrujemy w krainy cudów nieznanych człowiekowi.

 

1

Przez dwa dni czułem się lepiej. Las pachniał wiosną, rozmowy z towarzyszami przynosiły ulgę. Jean nie rzucał mi już spojrzeń z ukosa.

Czułem jednak, że czegoś mi brakuje. Cząstka duszy pozostała gdzie indziej, choć nie pamiętałem, gdzie.

 

Dziennik Jeana-Antoine’a Massarta, 25 kwietnia 1823

Dziś rano wyruszyłem z Madrytu, szukać miejsca, o którym opowiadał mi ojciec. Miejsca, gdzie został ocalony od śmierci za sprawą interwencji boskiej czy nie-boskiej. Bandyci dwa razy strzelali do pułkownika, a ich broń nie wypaliła. Francuscy jeńcy ocaleli, lecz ich hiszpańskiego przewodnika spotkała przerażająca śmierć. Tak mówił.

Nie wiem o tym zbyt dużo. Ojciec opowiadał, że Hiszpan skarżył się na nieznośny upał, niezwykły na wiosnę, mieszający w umyśle. Opowiadał o napotykanych ludziach, którzy jednym jawili się jako demony, innym zaś jako aniołowie. O duchach byków i upiorach mnichów wychodzących ze zrujnowanego klasztoru. O fiołkach, które rosły u stóp kamiennych byków.

Przyrzekłem mu, że kiedyś udam się w te miejsca, poszukam Rodriga Quintany.

 

1

Na skraju lasu znów poczułem upał, choć towarzysze zdawali się tego nie zauważać.

– Quintana. – Pułkownik zawołał, więc podszedłem. – Co się z tobą dzieje?

Z rzuconego na ziemię plecaka wypadł bukiecik zerwanych rano kwiatów. Patrzyłem na nie, nie pamiętając, dlaczego je zbierałem, komu chciałem je dać. Upał zelżał, poczułem odświeżający zapach wiosny. Jest przecież kwiecień, pomyślałem, kiedy chłodny wiatr owiał mi twarz.

– To przez tę… – Chciałem powiedzieć: złą wodę, truciznę, wiedźmę. Powiedziałem: – To przez ten upał, panie pułkowniku.

– Porucznik Massart mówił, że gorączkujesz. Odpocznij, nie możemy stracić przewodnika. Już niedługo dotrzemy do Ávila.

Położyłem się w cieniu dębu, czując kojący zapach fiołków.

 

2

Tej nocy nie przyszła. Na próżno szukam jej oczu na niebie, wśród gwiazd, na próżno wypatruję ich w wodzie strumienia. Za obozem stoją kamienne potwory, ożywające, kiedy tylko do nich podejdę, zagradzające drogę do mojej Pani. Wielkie czarne byki, wpatrzone we mnie czerwonymi oczami.

Wyciągam rękę, by je skruszyć na proch – palce cofają się, czuję swąd palonego mięsa.

Rzucam im zebrane rano kwiaty pod kopyta i przez moment widzę, jak pradawne bestie zaklęte w kamień usiłują zerwać krępujące je więzy. Patrzę na własne skamieniałe dłonie, w których powoli zaczyna odżywać ciemna krew. W oddali słyszę dzwon, czuję siłę, by zniszczyć stojące mi na drodze potwory.

– Rodrigo? – Jean wskazuje głową na pułkownika, wspartego o kamienny posąg. Postać oficera rozmywa się w fiołkowej mgiełce.

Ruszamy dalej, choć nogi grzęzną w spalonej słońcem ziemi.

 

3

Pamiętam: ktoś rzuca mnie na wóz, całego we krwi. Człowiek z czarnym krzyżem w ręce pochyla się nade mną, mruczy coś, przytyka żelazo do rany, czuję, jak coś budzi się w moim ciele. Patrzę na ręce, które stają się nienaturalnie długie. Przyciągam je do siebie i widzę zamiast dłoni pąki kwiatów, które pokazała mi czarodziejka z Santa Aparición.

Pamiętam: mury wspinają się niczym pnącza ku niebu. Wiem, że tu jest moje miejsce, czekałem całym sobą, by tu przybyć, stać się jednym z budowlą, pożartą przez kwiaty takie jak ten, który zerwałem dla mojej Pani – ten, któremu pozostawiłem część siebie.

Człowiek z czarnym krzyżem kładzie mnie na ziemi i czuję jak korzenie murów wnikają w moje ciało. Słońce stojące wysoko na niebie wypala resztki bólu i krwi.

 

Dziennik Jeana-Antoine’a Massarta. 28 kwietnia 1823

Podróżując według wskazówek pozostawionych przez ojca oraz pułkownika Lejeune’a, dotarłem do miejsca, w którym, jak twierdzili, zdecydował się los ich małego oddziału. Istotnie, natrafiłem na starożytne posągi byków, stojące na skraju lasu. Postanowiłem przenocować w pobliskiej wiosce, niemniej w środku nocy, kiedy księżyc pojawił się na niebie, wymknąłem się z venty. Z oddali dochodził pomruk zwierząt.

Kiedy dotarłem na polanę, byki zdawały się wpatrywać we mnie czerwonymi oczami. Podszedłem do nich i – jak dawno temu pułkownik – przysiadłem, opierając się o jeden z posągów. Musiałem przysnąć, bo widziałem, jak z lasu ku polanie wysuwają się czarne liście i wici roślin, jakich nigdy w życiu nie widziałem. Usiłowały dosięgnąć kamiennych zwierząt, opierających się jedynie starożytną mocą skały, z której zostały wykute.

Przebudziły mnie promienie słoneczne i zapach wiosny. U stóp kamiennych byków zakwitły przez noc fiołki. Zerwałem kilka i wsunąłem między papiery trzymane w kieszeni, by zawieźć je ojcu – kwiaty jakże drogie wszystkim tym, którzy jak on roili wciąż o powrocie dawnej cesarskiej chwały.

 

3

Stary klasztor, którego mury wspinają się ku niebu pnączami i opadają ku dolinie korzeniami, jest moim domem. Przybyli tu też inni, widzę ich twarze wśród gałęzi, na pniach i we wnętrzu kwiatów.

Pamiętam ich ból, choć zapominam swój.

Tylko czasem, gdy wiatr przynosi z doliny woń fiołków, czuwająca nade mną twarz Pani zamienia się w przerażające trupie oblicze, a z moich ran płynie czarna krew.

W tych chwilach pamiętam: nazywam się Rodrigo Quintana, pochodzę z Andaluzji, byłem żołnierzem króla José.

Usiłuję sięgnąć daleko, w dolinę, zgnieść kamienne byki lub wyrwać ich korzenie z ziemi. Muszą mi się poddać, jak cała ta ziemia, cały świat. Księżyc zachodzi, wiatr zmienia kierunek, oblicze mojej Pani wygładza się, a czarne oczy prowadzą ku splendorom naszego pałacu.

 

2

– Rodrigo. – Zatroskana twarz Jeana pochyla się nade mną.

Leżę na ziemi, niezdolny do dalszego marszu.

– Musisz wstać, gerylasi są tuż za nami – szepcze przyjaciel. – Po co piłeś truciznę? – pyta. – Po co zadawałeś się z wiedźmą?

Odtrącam jego rękę ze złością. Jak może tak mówić o stworzycielce światów? On nie wie, uświadamiam sobie, tylko ja mogę oglądać te krainy, ponieważ piłem krew Pani.

– Znów gorączkuje – mówi Jean do kogoś, kto stoi obok niego.

To pułkownik. W ręce trzyma bukiecik fiołków, ten sam, który rzuciłem pod nogi kamiennych potworów. Dowódca odpowiada Jeanowi nagląco, towarzysze pomagają mi wstać, idziemy dalej, choć nogi zostają tam, gdzie upadłem, ciało wrasta tam w suchą, spaloną słońcem ziemię.

Z oddali dobiega głuchy głos dzwonu.

 

1

Następnego dnia koszmar ze snów stał się rzeczywistością. Idąc pogórzem trafiliśmy na polanę, gdzie stały kamienne figury. Pułkownik zarządził postój i usiadł pod jedną z nich, studiując mapę.

Wezwał mnie do siebie i zobaczyłem, że cały mundur ma pokryty płatkami fiołków, które kiedyś rzuciłem pod kopyta tych bestii.

Zakręciło mi się w głowie. Miałem wrażenie, że byki zwracają w moją stronę łby, a z ich nozdrzy bucha ogień.

Ktoś podał mi manierkę z winem, odprowadził w cień drzew.

 

Dziennik Jeana-Antoine’a Massarta. 29 kwietnia 1823

Zostałem na jeszcze jedną noc w wiosce, żeby dziś obejrzeć lepiej okolicę. Po moim śnie nie zostało śladu, posągi są tylko kamiennymi figurami, w których upływ czasu z trudem pozwala dostrzec majestatyczne kształty, jakie nadał im starożytny rzeźbiarz. Czym były? Co znaczą pokrywające je napisy? Ojciec twierdzi, że ich obecność powstrzymuje czarną magię wiedźmy z Santa Aparición, ale nigdzie po drodze nie trafiłem na taką miejscowość. Nikt nigdy o niej nie słyszał, a przecież nie znikła przez dwanaście lat.

Naszkicowałem kamienne byki, powracające uparcie w opowieściach ojca. Bywały takie dni, kiedy mówił jedynie o tym. I takie, kiedy jego opowieści wydawały mi się rojeniami chorego umysłu.

Przeszedłem się na skraj lasu i przez chwilę wydało mi się, że sen jednak powrócił, a może to wspomnienia ojca odzywały się w mojej pamięci.

Drzewa mają tu upiorny wygląd, a stopy z każdym krokiem zapadają się w klejący się do butów mech, który sięga aż do polany, choć na niej jest czarny i martwy, jakby wypaliło go słońce albo jakby przemienił się w kamień. Tam, gdzie kończą się czarne wici, widać zielone listki fiołków, wdzierające się na zagarnięty przez niezwykłe porosty teren. Jakby te dwie rośliny walczyły o miejsce na ziemi.

Jutro wyruszam w kierunku ruin klasztoru, o których wspominał ojciec. Tam napadli ich guerillas, tam po raz ostatni widział przyjaciela. Tam też cud ocalił pułkownika, który wraz z adiutantem został wzięty w niewolę, ale nie stracił życia.

 

1

Znów ruszyliśmy w góry. Zdarzały się chwile, kiedy nie wiedziałem już dokąd ani po co. Pragnąłem jedynie wrócić do Santa Aparición. Wierzyłem, że tam właśnie zdążam.

Towarzysze z oddziału zanosili modły, by nie napadli nas gerylasi. Modlitwy nie zdały się na wiele. Usłyszałem krzyki po hiszpańsku i chwilę później na ścieżce pojawił się oddział ubranych w czarne kapoty chłopów, dzierżących pistolety i noże. Nasi bronili się, a ja czułem wszechogarniającą słabość. Przez mgłę widziałem oczy Pani, tylko ona była zdolna mnie ocalić.

Widziałem, jak kule odbijają się od ciała pułkownika, jak zdumieni napastnicy zabierają go ze sobą, szepcząc o cudzie i opiece boskiej. W cieniu drzew dostrzegłem ciemne postacie byków, poczułem subtelny zapach, kiedy ze zdartego z Lejeune’a munduru posypały się płatki tych kwiatów, które kilka dni temu wyrzuciłem, zagniewany, że Pani nie przyszła.

Ja nie miałem tyle szczęścia. Poczułem, jak sztylet gerylasa zagłębia się w moim boku.

- Traídor! – wysyczały usta, z których dobywała się czerń.

 

2

Krew wypływa z boku i wsiąka w ziemię. To jest moja krew, zamieniająca się w korzenie, poszukujące pod ziemią życiodajnych soków, wody, którą napoiła mnie dawno temu Pani.

Gerylasi pochylają się nade mną, krzycząc „zdrajca”, ale zdrada nie ma już znaczenia. Staję się częścią czegoś znacznie większego niż wojna tocząca się teraz w Hiszpanii. Staję się narzędziem Tej, której oczy spoglądają z wykrzywionego oblicza mężczyzny wbijającego mi nóż w bok.

Nagle zapada cisza, bandyci cofają się, kiedy między nimi pojawia się człowiek, na którego czekałem. Ma mnisi habit i oblicze ukryte wśród liści drzew z krainy pokazanej mi przez Panią. Wyciąga rękę i moje ciało idzie za nim, pozostawiając skórę w miejscu, w którym upadłem.

Mijamy ludzi, których znałem, jeden z nich wyciąga ku nam ręce. „Rodrigo!” – woła, ale ja nie słyszę, bo wszystko zagłusza coraz donośniejszy dźwięk dzwonu.

Drugi ma nagie ciało pokryte kwiatami fiołków, a kiedy obok niego przechodzimy, szaty mojego przewodnika więdną i zamieniają się w pył, ale on idzie dalej, a ja za nim. Przez ułamek chwili, gdy w nozdrza uderza zapach wiosny, pamiętam swoje imię.

 

3

Zapach dusi mnie, przemienia oblicza wokół w groteskowe maszkarony, jak na starych kościołach. Ktoś tu idzie, prowadząc za sobą zionące ogniem byki. Czuję, że moje ciało wykręca ból, który nie jest już punktem, ale rozciąga się daleko, raniąc całą budowlę. Pnącza skręcają się, a ja poruszam lepkimi od krwi palcami. Ręka ciągnie się daleko, nie widzę, gdzie się zaczyna, gdzie się kończy.

Nie mam broni, muszę ją stworzyć.

W oddali widzę człowieka, na którego czekałem. Wyrywam się, czarne oczy Pani gasną, nie mogę pozwolić, by umarły.

– Rodrigo! – Wołanie wstrząsa sklepieniem, popiół czarnych liści opada, zasłania widok.

Moja ręka jest bronią, dawno temu ja stałem się bronią.

Człowiek, na którego czeka Rodrigo, schyla się i podnosi z ziemi zardzewiałą szablę. Muszę zabić Rodriga, zanim on zdoła zabić mnie.

Uderzam w swoją własną rękę. Muszę ją odciąć, żeby się uwolnić.

Człowiek, na którego czekałem, uderza w liście, w łodygę, żelazo roztapia się w ciele, płynie w żyłach. Powoli, bardzo powoli mnie zabija.

 

0

Dotarłem do opuszczonego klasztoru. Nie ma tu nic oprócz dziwacznych uschniętych roślin, jakich nie widział chyba żaden botanik. Chciałem je zabrać ze sobą, ale rozpadają się w pył, kiedy tylko ich dotykam.

Nie spotkałem tu nikogo, choć wyraźnie czułem obecność – jakby otaczał mnie legion duchów.

Siedzę i czekam. Wiem, że Rodrigo Quintana tu jest, znalazłem jego szablę.

Siedzę i czytam raz jeszcze notatki ojca. Czytam fragmenty wspomnień pułkownika. Czytam własny dziennik.

„Kiedy odjeżdżaliśmy, wiedźma, niezdolna przymusić strażników, by dokonali dzieła zniszczenia, które sam Bóg powstrzymał podczas potyczki, żegnała nas przekleństwami”.

Czuję, jak po plecach spływa mi zimny pot, kiedy uświadamiam sobie, że ojciec z pułkownikiem dotarli do Santa Aparición dopiero po odjeździe z tego miejsca, jako jeńcy.

W oddali słyszę głos dzwonów. Pędy wijące się po roztrzaskanym murze ożywają, a może to tylko wiatr nimi kołysze. Przez chwilę widzę kobiecą postać rozpostartą w miejscu, gdzie kiedyś było sklepienie kościoła – to tylko stare łachmany, które wiatr musiał przywiać tu z wioski.

Za sobą słyszę kroki. Odwracam się i widzę najpiękniejszą kobietę, jaką jestem sobie w stanie wyobrazić. Jej oczy są niczym gwiazdy na niebie, a za dotknięciem jej ręki budowla ożywa, niczym rajski ogród. Mujer plagosa – czarodziejka, bawiąca się magią dla uciechy ludzi.

Papiery wysuwają się z rąk, a spomiędzy nich wypada zasuszony bukiecik.

Czarowne kwiaty pnącz tworzących budowlę wysuwają pędy, kusząc wędrówką w nieznane krainy. Wśród ich płatków dostrzegam oczy i twarze, zachęcające uśmiechem, bym do nich dołączył.

Schylam się po szablę Rodriga i czuję, że jesteśmy jednym. Płatki fiołków przyklejają się do mojej dłoni. Twarze ukryte w czarnych kwiatach wykrzywiają się teraz w upiornych grymasach. Przede mną stoi mujer plagosa – wiedźma, która przynosi chorobę i śmierć.

Na granicy ruin, na granicy pola widzenia widzę ciemne kształty. Nie wiem, czy to widma mnichów, czy byki o czerwonych oczach.

Zaciskam powieki i uderzam na oślep szablą.

 

***

 

Ten budynek wznosi się wśród rozdzierających niebo szczytów, nad kamienną doliną, gdzie liczne bloki skalne, które upadły dość blisko siebie, zostały wyrzeźbione w kształty byków.

Pamiętnik pułkownika L.-F. Lejeune’a, kwiecień 1811

 

Koniec

Komentarze

Klimatyczne i nastrojowe, z jednej strony wpisujące się w typowe dla ciebie klimaty i koncepty twojego uniwersum, z drugiej – znacznie bardziej impresyjnie napisane. Nie tyle stricte weirdowe, co skupione na budowaniu niesamowitości i robiące to przy pomocy różnych poziomów opowiadanej historii. Klik ode mnie.

Draka, tylko znowu nie mów, że:

Ja akurat nie miałam chrapki na bycie ostatnią, tylko myślałam, że będę XD Miałam zaczęte – tak po kilka akapitów zaledwie – dwa inne teksty, które się nie kleiły, w końcu porzuciłam oba i machnęłam inny w ostatniej chwili…

;)

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ninedin pięknie podsumowała Twoje opowiadanie, drakaino. Jest wszystko, co znamy z Twojej twórczości, a przy tym napisałaś historię w sposób bardzo subtelny i stopniowo budowałaś napięcie. Nieco inaczej niż w innych opowiadaniach. Taki nowy zabieg robi to na mnie duże wrażenie i pewnie jeszcze wrócę do lektury Twojego opowiadania. Takie powroty uznaję za coś pozytywnego, bo często jestem czytelniczką, która nie lubi wracać do raz przeczytanych tekstów (też powieści). A chciałabym jeszcze raz chłonąć klimat i w pełni przeżyć, to co napisałaś. 

Deirdriu i Ninedin – dziękuję :)

 

Darconie – cóż, tym razem to był ten pomysł od samego początku, aczkolwiek do wczoraj wieczora kompletnie się rozsypujący :P Z tego, co napisałam wcześniej, w ostatecznym tekście pozostały strzępy. Btw pod którym tekstem to napisałam?

http://altronapoleone.home.blog

Zgadzam się, że klimatyczne. I dobrze napisane, no ale o tym to już w zasadzie nie powinienem pisać, jeśli coś staje się normą. Umiesz oddać ducha tamtych czasów. Mam tylko dwie uwagi, spotrzeżenia. 

Zdziwiłem się, że stanem zwykłego żołnierza zainteresował się pułkownik, ale mówił, że Rodrigo był przewodnikiem, więc to jakoś to wyjaśnia. Nie jestem tylko pewien, czy wcześniej jest ta informacja.

Być może ją przegapiłem, bo moja druga uwaga dotyczy długości, trochę dla mnie za długie i trochę skanowałem wzrokiem, przyznaje się. Zawsze miałem trudności żeby skupić się na długich opisach ciężkich stanów bohaterów, narkotycznych, chorobowych, itp. To znaczy takich, które przez większość czasu są constans lub zmieniają się bardzo powoli.

Ale sumarycznie to ciekawe opowiadanie.

 

Ps. Pod Ciężkim Dyżurem.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dzięki, Darconie :)

 

Długie opisy są poniekąd pochodną weirdu – skupienia na obsesyjnych myślach bohatera…

 

A co do zainteresowania pułkownika: to jest mały oddziałek, historyjka jest zresztą bardzo luźno oparta na prawdziwych wydarzeniach, ewidentnie mocno zmityzowanych przez autora wspomnień, rzeczonego pułkownika. Pisałam tu co nieco o jednym aspekcie tej historii, a jak na dodatek znalazłam ten cytat o “wiedźmie”, to uznałam, że całość opowieści jest tak dziwaczna, że aż prosi się o wykorzystanie, zwłaszcza że jakiś epizod z dwóch wojen w Hiszpanii i tak planowałam od początku :)

http://altronapoleone.home.blog

Hejka!

W sumie to pierwszy tekst, jaki od Ciebie czytałem.

Faktycznie – jest klimat i nastrój, jak to powyżej zostało już powiedziane.

Stylowo – to nawet nie ma o czym gadać – świetnie. 

Dla mnie jednak trochę za mało dialogów. Co prawda opisy wypadają dobrze, ale jednak wolę kiedy jest trochę więcej dialogu ;p 

Czasami się trochę gubiłem, więc na tekst poświęciłem nieco więcej czasu.

No i właśnie. Opowiadanie widzę jest konkursowe, a z innych opowiadań jakie czytałem aż kipiało od tego specyficznego absurdu dla tematyki konkursowej. Tutaj jednak było go zdecydowanie mniej. Szczerze mówiąc nie przepadam, gdy absurdu jest na tyle dużo, aż kompletnie nie wiem o co chodzi ;p Ale rozumiem, że są sympatycy takiej formy. 

XIX wiek zamieszczony w tagu – czuć to w opowiadaniu. 

Dodam jeszcze, że najlepiej czytało mi się fragmenty bez dziennika (za tym też jakoś nie przepadam).

Podsumowując, jestem na tak. Ciekawy ten zarysowany przez Ciebie świat.

Ode mnie będzie klik ;D Jak ludziska mnie nie ubiegną to doleci.

Pozdrawiam.

 

Budujesz ciężki, oniryczny i bardzo weirdowy klimat. Moim zdaniem, aż za bardzo, przez co opowiadanie jest trochę ciężkostrawne. Miejscami miałem podobnie jak Darcon, ciężko było mi się skupić na tym co chcesz przekazać, przebić się przez natłok myśli i opisów. Opowiadanie jest dobrze napisane, widać że styl masz wypracowany, jednak jak dla mnie natężenie weirdu w weirdzie jest zbyt duże.

Dzięki za opinie :)

 

NearDeath – tylko jednego nie chwytam:

 

Opowiadanie widzę jest konkursowe, a z innych opowiadań jakie czytałem aż kipiało od tego specyficznego absurdu dla tematyki konkursowej. Tutaj jednak było go zdecydowanie mniej. Szczerze mówiąc nie przepadam, gdy absurdu jest na tyle dużo, aż kompletnie nie wiem o co chodzi ;p Ale rozumiem, że są sympatycy takiej formy. 

Absurdu nie ma, bo poszłam w weird, nie absurd. Ale nie wiem, czy ostatnie zdania są o moim tekście, czy nie XD

http://altronapoleone.home.blog

Coś za szybko musiałem pisać bo się zamotałem ;p 

Chodziło mi o to, że gdy absurdu jest bardzo duża ilość – to niezbyt moje gusta.

Jeśli jest mniej, czy też weird, jak napisałaś – bardziej mi to odpowiada. 

 

O, jak lubię dawać ostatni kliczek ;) A kliczek bo… bo jest mocno klimatycznie i mocno weirdowo, a poza tym ciągle dużo tu Drakainy, mimo że w moim odczuciu tekst trochę bardziej uciekł od historycznych faktów, le w tym konkretnym przypadku na dobre mu to wyszło :)

Ciężko i gęsto napisane opowiadanie, ale klimat mnie pochłonął. W pewnych momentach czułam się, jakbym odpłynęła razem z bohaterem. Podoba mi się sposób, w jaki przedstawiłaś jego stan. Bardzo dobre.

 

Katio i Saro – bardzo dziękuję! Po poprzednich komentarzach bałam się, że za bardzo “popłynęłam”, ale widzę, że niekoniecznie :)

 

w moim odczuciu tekst trochę bardziej uciekł od historycznych faktów

W przedmowie dodałam link do autentycznej historii, którą tu wykorzystałam i przetworzyłam, a i wyprawa “stu tysięcy” (których było tylko dziewięćdziesiąt) jest prawdziwa, ale owszem, jest tu więcej “nadbudowy” ;)

http://altronapoleone.home.blog

To pierwsze Twoje opowiadanie, jakie miałam okazję przeczytać i jestem pewna, że zaraz zabiorę się za kolejne. Bardzo mi się podoba, że to studium obłędu, wizje i urojenia są z jednej strony oniryczne i odrealnione, z drugiej zaś historia osadzona jest w konkretnych historycznych realiach z dbałością o szczegóły. Szczególnie w tych momentach, kiedy rzeczywistość prześwituje przez halucynacje. Stężenie weirdu dla mnie akurat :) 

Niezwykła opowieść i klimat jej niezwykły. Na dodatek zainspirowana historią. Jestem oczarowana

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Trochę zaimkozy, przykład:

Ktoś szturcha mnie łokciem. Czas ruszać dalej. Tylko ten kwiat, który wczoraj zerwałem, pragnąc dać go mojej Pani, trzyma mnie w miejscu. Wrósł w ziemię, a ja muszę zabrać go ze sobą, więc mocuję się z nim, podczas gdy kolby muszkietów maszerujących towarzyszy obijają mi bok.

Kwiat poddaje mi się, tylko ręka zostaje, część mnie zostaje. Idę za oddziałem, choć w upale ziemia wydaje się pożerać moje kroki.

Jean podbiega i podtrzymuje mnie, ciągnie za sobą.

Na Twoim miejscu przejrzałabym tekst jeszcze raz pod tym kątem, bo namnożenie zaimków jest srogie. Nie czyta się źle, właściwie mogłabym włączyć na to olewkę, ale dziś ujawniły się nietoperzowe ciągoty i muszę się czegoś poczepiać.

 

Wyrywam się, nie chcę być jednym z nim, nadaremno szukam obietnicy, która przyprowadziła mnie w to miejsce.

Jednym z nim? Czy może miało być “jednym z nich”?

 

a stopy z każdym krokiem zapadają sięklejący się do butów mech

Fujka, fujka.

 

Nastrojowe opowiadanie, najmniej hermetyczne z Twoich tekstów, które do tej pory czytałam, a więc najłatwiejsze w odbiorze. Opowieść toczy się nieśpiesznie, co z jednej strony pozwala na snucie tej historii, robienie atmosfery, ale z drugiej w pewnym momencie zaczęłam się nieco… No, może nie nudzić, ale wypatrywać akcji. Jednak senne majaki i oniryczne wizje narratora sprawiają, że tekst jest dość statyczny. Myślę, że przycięcie tu i ówdzie wyszłoby mu na dobre, zasadniczo bez szkody dla fabuły, która od pewnego momentu zdaje się kręcić w kółko. Ciężko się powstrzymać przed tylko pobieżnym przeleceniem wzrokiem niektórych fragmentów, szczególnie opisów przeżyć wewnętrznych.

Można to niby podpiąć pod opisanie rutyny codziennego życia żołnierza, przełamanej subtelną niesamowitością, ale… Czepialski nietoperz znów wygrywa.

Ale początek bardzo dobry, nastrojowy, zatrzymał mnie przy lekturze.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Dzięki, gravel, także za wyłapanie pewnych potknięć :) Miło, że choć trochę bardziej przypadło do gustu.

 

Co do zaimkozy – ona jest częściowo celowa, jest wyrazem skupienia bohatera na sobie samym, ale może przegięłam… I tak trochę wycięłam, bo oryginalnie było zawsze “moja Pani”…

 

Jednym z nim? Czy może miało być “jednym z nich”?

Nie :)

http://altronapoleone.home.blog

Hmmm. Odbiłam się od tekstu.

Za bardzo oniryczne, bredzące, rozmemłane… Nie potrafię (boję się?) wniknąć w taki tekst, spojrzeć oczyma bohatera. Odrzuca mnie. A tu jeszcze narracja pierwszoosobowa.

Miałam wrażenie, że tekst się zapętlił. Ciągle jakieś majaki, fiołki, byki, żołnierze, oczy czarownicy… Nie, to nie dla mnie.

Babska logika rządzi!

podoba mi się pomysł i realizacja. Opowiadanie jest klimatyczne nie tylko przez sam styl, który podkreśla nastrój psychozy, a nawet pewne wojennej psychodelii i oniryzmu, który kojarzył mi się z filmem Czas Apokalipsy, ale też przez to że został poukładany jak z klocków. Oddzielne segmenty tekstu, fragmenty z dziennika… to jest taki klasyczny sposób pisania, który przywodzi na myśl Rękopis znaleziony wiadomo gdzie. Ja to osobiście bardzo lubię i bardzo sobie cenię. Jest też oczywiście XIX wiek, który uwielbiam. 

 

Natomiast jeśli chodzi o samą realizację tego konkretnego pomysłu, to sądzę, że wychodzi to nieco zbyt monotonnie. poszczególne historie za bardzo się od siebie nie różnią, co jednak trochę zniechęca do czytania i przynajmniej mnie na końcu zostawiło z takim niedosytem w stylu so where is the point? Nie wiem, może czegoś nie zrozumiałem. Zabrakło mi tam odrobiny dosłowności, który uczyniłby ten tekst, skomplikowany już bardzo od strony formalnej, bardziej klarownym.

 

Od strony językowej, moim zdaniem piszesz bardzo ładnie, bardzo literacko, ale to przecież doskonale wiesz sama. 

Killmanie, porównanie do Potockiego to miód na moje serce heart

 

Natomiast

poszczególne historie za bardzo się od siebie nie różnią

tu mam zagwozdkę, bo może coś mi nie wyszło: poziomy 1-3 to jest ta sama opowieść, tylko przefiltrowana przez różne poziomy “zroślinnienia” bohatera…

 

Finklo – nie liczyłam, że będziesz czytelnikiem docelowym ;)

http://altronapoleone.home.blog

1-3 to jest ta sama opowieść, tylko przefiltrowana przez różne poziomy “zroślinnienia” bohatera…

Ja też to tak zrozumiałem, ale one i tak są do siebie bardzo podobne, przez co się zlepiają w jedno. Myślę, że w tym tekście brakuje nieco kontrastu.

A, rozumiem :)

Założenie było takie: 1 to tekst w miarę “normalny”, pisany w zwykłym czasie przeszłym, bez większych jazd i trzymający się chronologii; 2 już chronologicznie poplątany, dlatego pisany w czasie teraźniejszym, już lekko zdeformowany; 3 całkowicie zdeformowany, pozbawiony chronologii, “zawieszony” w czasie.

Może przekombinowałam ;)

http://altronapoleone.home.blog

Styl – świetny, jestem pod wielkim wrażeniem zdań, ich brzmienia, tego, jak do siebie pasują. Pod tym względem nie mam nic do zarzucenia. Jednak, podobnie jak Finkla, w trakcie czytania nabierałam poczucia pewnego zmęczenia. Tak naprawdę wciąż to samo, tylko w innych miejscach, czasie… Więc warsztatowo – tekst bardzo dobry, w kwestii przekazu – niestety, nie moja bajka.

Podobało mi się. Deliryczny tekst, zapętlona i zapętlająca się stale narracja dobrze oddaje klimat zagubienia się oddziału w górach. Jedyne co mnie zatrzymało to podwójna tożsamość Jeana, który jest jednocześnie sobą i swoim ojcem – rozwiązanie ciekawe, ale nie do końca mnie przekonujące i przeszkadzało mi w czytaniu – przy pierwszym fragmencie dziennika Jeana cofnęłam się, żeby zobaczyć, czy towarzysz Rodrigo też nazywał się Jean i doszłam do wniosku, że ojciec to Jean-Antoine a towarzysz to Jean, tak przynajmniej wynika z tekstu, że są to dwie różne osoby. Dopiero pod koniec okazuje się, że jest inaczej, ale sam zabieg utrudnia czytanie, a rozwiązanie dla mnie nie jest wiarygodne (wprowadzenie postaci ojca, a nie samo zapętlenie czasu i przestrzeni).

Napisane profesjonalnie, ale to wiesz :-). Czytałam z przyjemnością.

Dream big.

Dogs, cieszę się, że się spodobało!

Ale spieszę wyjaśnić, że Jean-Antoine (syn w 1823) w założeniu nie jest Jeanem (ojciec w 1811), aczkolwiek… interpretacja interesująca :) A ponieważ to zapętlony weird, to w sumie czemu nie?

http://altronapoleone.home.blog

Może źle to napisałam. Wiem, że nie jest ojcem, ale takie odniosłam wrażenie i mi się te dwie postaci zlewały.

Dream big.

A mi się to bardzo spodobało jako jedna z możliwości!

http://altronapoleone.home.blog

Do weird pasuje jak najbardziej :-D.

Dream big.

Przyznam szczerze, że miejscami męczyła mnie narracja oparta na majakach i wizjach – podobnie jak męczył się rozgorączkowany Rodrigo, może to też pomogło zanurzyć się bardziej w tekst :) Też gubiłam się trochę w czterech (0-3) liniach narracyjnych, były momenty w których zupełnie traciłam wątek. Może taki urok konwencji weirdu.

Jestem jednak pod ogromnym wrażeniem Twojego stylu – jest gęsty, piękny, bardzo dobrze buduje klimat, oddaje atmosferę epoki. Świetny warsztat. Ktoś wyżej napisał, że w tekście pięknie łączą się oniryczne wizje i historyczne detale, i to zdecydowanie prawda.

Przeczytałam też prawdziwą historię stojącą za tekstem, rzeczywiście bardzo barwna i nadająca się dla Potockiego :D Kurczę, chyba warto bliżej zainteresować się epoką napoleońską. 

Tekst w klimatach obrazów Goi, które można się wpatrywać godzinami, żeby odkrywać kolejne warstwy znaczeniowe. No, i oczywiście wszystkie załamania światłocieni. Stricte weird to nie jest, ale wpisuje się w oniryczno-magiczne tendencje, które sam gatunek ma w końcu u podstawy. Pomysł z wykorzystaniem źródeł pisanych z epoki też w punkt.

Dobrze się czytało :)

Przynoszę radość

Bardzo wzniosły tekst, taki trochę większy niż życie. Lubię oniryczny świat, który udało Ci się zbudować na twardym, namacalnym, historycznym gruncie, opresyjny ton oraz ciężki klimat opka.

Mam wrażenie, że niektóre motywy przewijały się nieco zbyt często i pod koniec trochę męczyły, zamiast pogłębiać jego tajemniczość (zwłaszcza fiołki i byki). Może rzeczywiście tekst jest ciutkę zbyt długi, jak na to co się w nim dzieje. Gdyby było w nim więcej (fabularnej) przestrzeni, to te potęgujące dziwność i niepokój akcenty mogłyby swobodniej oddychać.

Interesująca lektura ;)

Klimatyczny tekst, choć przyznam, że nieco znudziły mnie fragmenty z majaczeniem i uważam, że mógłby nieco zyskać, gdyby było ich mniej. Mimo to, czytało się dobrze, sama historia ciekawa i bardzo sprawnie napisana. :0

Zostaw ten żyrandol.

Całkiem dobre – gęste, niepokojące, nastrojowe. Zapętlenie fabuły, mimo że odrobinę nużące, wywołuje niepokój. Szczególnie spodobały mi się dziwności związane z kwiatami i cielesnością; odpadająca lub długa ręka czy zostawianie za sobą skóry.

Muszę przyznać, podobnie jak przedpiścy, gubiłam się nieco w opowieściach podpisanych cyframi, aczkolwiek ogólny wydźwięk chyba wydaje mi się jasny. Przeplatanie historii autentycznymi wpisami z dziennika bardzo trafione.

Doskonały warsztat u ciebie tym razem popsuło nieco za dużo zaimków, szczególnie dzierżawcze, ale nie ma tragedii :)

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki wam zbiorczo za opinie :)

 

Co do zaimków – trochę kwestia braku czasu na poprawki, a trochę to niestety wynika ze skupienia narracji na “ja”. Po konkursie pewnie z tym powalczę.

 

Przeplatanie historii autentycznymi wpisami z dziennika bardzo trafione.

Oczywiście pamiętnik Massarta jest fikcyjny – autentyczna jest tylko rama :) Aczkolwiek nazwisko Massart pojawia się w narracji Lejeune’a jako jednego z ludzi z jego oddziału.

http://altronapoleone.home.blog

Oczywiście pamiętnik Massarta jest fikcyjny – autentyczna jest tylko rama :) Aczkolwiek nazwisko Massart pojawia się w narracji Lejeune’a jako jednego z ludzi z jego oddziału.

tak, pisałaś w przedmowie, użyłam skrótu myślowego :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Jest klimat, jest XIX wiek w Hiszpanii, jest niesamowitość, są sprawnie poskładane zdania i fabuła. Ja również muszę przyznać, że nadmiar opisowej oniryczności w pewnym momencie utrudniał połapanie się w tym, kto prowadzi w danym momencie narrację i kiedy i mimo numerkowych podpowiedzi wracałem, przerywałem żeby zidentyfikować co i jak.

 

Natomiast sam temat hiszpańskich zawirowań, który stanowi tło dla historii małego oddziału, w połączeniu z lokalnym folklorem wydaje się być bardzo nośną kanwą dla opowieści grozy lub niesamowitych. Chętnie przeczytałbym coś mniej weirdowego w takim settingu.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Świryb :)

 

W Hiszpanii tego samego uniwersum – ale wcześniej, bo w 1789 roku, dzieje się “Gdy rozum śpi” – nie jest zbyt weirdowo, ale też nie jest militarnie ;) I niestety długo…

http://altronapoleone.home.blog

I cyk, rozumek do kolejki czytania ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wiedziałam, że będę musiała tu zajrzeć, gdy tylko zobaczyłam hiszpański tytuł. I bardzo się cieszę, że to zrobiłam. Jakie to ładne opowiadanie :)

 

Podobała mi się szarpana fabuła (zabawy z chronologią podrozdziałów), którą trzeba było czytać z kluczem – sprawiła, że skupiałam się przy lekturze i więcej dostrzegałam.

Na uznanie zasługuje research i podbudowanie opowiadania historią, no ale to nie nowość u ciebie. Zerknęłam jeszcze na wpis na blogu i ładnie sobie wszystko posplatałam. Fajnym kawałkiem historii się zajmujesz.

 

Cieszę się, że miałam okazję przeczytać cię w formie niekryminalnej, tzn. bez chodzenia po sznurku do rozwiązania zagadki. Treść jest spokojna, dajesz nam raczej obrazy niż wydarzenia i w takiej formie czyta się to naprawdę dobrze.

 

Bardzo jestem zadowolona z lektury. Dzięki :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki, kam! Bardzo sobie cenię Twoją opinię, więc ucieszyła mnie wielce :)

http://altronapoleone.home.blog

Przybywam z komentarzem jurkowym. :)

Jest to najlepszy Twój tekst, jaki dotąd czytałam, a myślę, że doceniłabym go lepiej, gdybym posiadała zasób wiedzy historycznej pozwalający lepiej zrozumieć background, tło sytuacji, w której bohater się znalazł. Niemniej wciąż: jest to najlepszy Twój tekst, jaki czytałam. Bardzo umiejętnie żonglujesz rzeczywistością, ubierając jej fragmenty w mroczne i niepokojące stroje, tak że łatwo odnieść wrażenie zatarcia granicy pomiędzy tym, co jest inspirującą Cię prawdziwą historią, a co Twoim fantastycznym jej przetworzeniem. Bardzo lubię ten efekt, ponieważ pozwala na wysoką immersję czytelnika w tekst. 

Pod względem wymogów konkursowych: fiołki pojawiły się i zostały mocno osadzone regionem geograficznym (myślę, że nie dałoby się ich tak po prostu zastąpić np. goździkami, to wymagałoby przynajmniej minimalnego zerknięcia, jakie kwiaty o danej porze roku w danym miejscu występują). Nieco mniej przekonana jestem co do ich subtelności – ostatecznie stały się tutaj niejako symbolem wiedźmy, kobiety, przez którą bohater popada w chorobę i właściwie to w szaleństwo. Językowo: wzorowo, operujesz językiem profesjonalisty, ale – co mnie raduje – odniosłam wrażenie, że na potrzeby tego konkursu i tego tekstu wychodzisz z zakresu Twojej strefy językowego komfortu (nie wiem, czy wyrażam się precyzyjnie – ale z reguły operujesz klimatem dużo mniej ponurym, gorączkowym) – i wychodzi to nieźle, co jest dla mnie dowodem, że stać Cię na pisarską wszechstronność.

Moim zdaniem trochę zaszwankowała fabuła. Czy może nie tyle fabuła, co sposób jej rozłożenia, kompozycja – tekst jest złożony z bardzo wielu bardzo króciutkich fragmentów, które skaczą po perspektywie. Z jednej strony świetnie podkreśla to ten klimat rozgorączkowania, majaków, niepokoju, ale z drugiej też wprowadza czytelnika w konfuzję, gdy ten próbuje wyodrębnić główną oś tekstu, po której będzie się poruszał. Wydaje mi się, że opowiadanie byłoby lepsze w odbiorze, gdyby ten “krótki chaos” przedzielał nieco dłuższe, bardziej “stabilne” fragmenty, których czytelnik mógłby się chwycić.

Gratuluję, bardzo fajne opowiadanie. :)

Wiktorio, miło mi, że uważasz tekst za mój najlepszy, choć w moim osobistym rankingu jest dużo dalej od tego pierwszego miejsca. No i zastanawiam się, ile tych moich tekstów czytałaś – bo na portalu to jest drugi skomentowany – po Kapsule czasu… Coś w becie, coś w Fantazmatach. Nie masz dużego porównania ;)

I nie, nie wychodzę tu ze sfery mojego komfortu językowego. Portal nauczył mnie pisania tekstów “normalniejszych”, ale ten element “gorączkowy” jest w kilku, także portalowych, do których raczej nie zajrzałaś, zwłaszcza że część z nich jest wcześniejsza od Twojej tu aktywności – były też najmniej docenionymi na portalu z tego, co tu publikowałam. Także ten, jak widać, sukcesu nie odniósł, więc niezależnie od wyrażonej tu przez Ciebie opinii, nie jest to chyba droga, którą powinnam podążać.

Co do fabuły – konkursowo założyłam weird pełną gębą, więc nie ma tu fabuły od A do Z i to rozgorączkowanie jest celowe. Limit nie pozwolił zaś napisać dłuższych kawałków.

http://altronapoleone.home.blog

PS. Pisząc poprzednio o innych aspektach, zapomniałam o najważniejszym. Nie sądzę, żeby była to wina tekstu, ponieważ nikt dotychczas tak nie uznał:

 

ieco mniej przekonana jestem co do ich subtelności – ostatecznie stały się tutaj niejako symbolem wiedźmy, kobiety, przez którą bohater popada w chorobę i właściwie to w szaleństwo.

Albo czegoś nie doczytałaś, albo sama nie wiem – fiołki, podobnie jak byki, są przecież dokładnie PRZECIWKO wiedźmie, negują jej czar! Wydaje mi się, że akurat te dwa szczegóły są w fabule tak jasno przedstawione, że bardziej w celowo niejasnej narracji się nie da. Fiołki chronią zarówno bohatera z 1811 (tylko on to odrzuca), jak i bohatera z 1823.

http://altronapoleone.home.blog

Po Twoim bardzo pozytywnym komentarzu do mojego opowiadania nie chciałbym być posądzany o jakiekolwiek rewanże, ale jednak przyznaję – to właśnie powodowany zaskoczeniem wywołanym brakiem opowiadania Drakainy wśród 26 tekstów zakwalifikowanych do antologii sięgnąłem po lekturę "Los caprichos". I dobrze zrobiłem.

To jeden z najlepszych i najdojrzalszych Twoich tekstów, Drakaino (i mówię to po przeczytaniu kilku z nich). I rzeczywiście jest to weird bardzo klasyczny, do tego niezwykle klimatyczny, idący pod ramię z realizmem magicznym natchnionym folklorem opisywanego regionu. Cieszę się, że nie uciekłaś w jakieś groteski i absurdy, tylko zaprzęgłaś weird do swojego uniwersum (a nie odwrotnie). Ty się pewnie mniej cieszysz z tego po ogłoszeniu wyników konkursu.

Warsztatowo sięgasz tutaj znacznie wyżej niż np. w ostatnich, lekkich i humorystycznych opowiastkach z czasów PRL, ale również wyżej niż w kilku innych „francuskich” utworach z Twojego świata. Mamy tutaj prawdziwe bogactwo języka, piękne zdania, plastyczne opisy, które mają w sobie nieznaną i zupełnie egzotyczną dla mnie magię. Czuć także moc symboli wplecionych w fabułę oraz głęboki research historyczny, z którego efektów jak zwykle korzystasz w tekście z ogromną swobodą.

Domyślam się też, jak bardzo przypasowały Ci te fiołki. Miłośniczka Francji i Napoleona, fiołkowego kaprala, nie mogła nie skorzystać z takiej okazji. Są w tym tekście symbolem dobra, chroniącą mocą (raz chyba nawet dosłownie, niczym zbroja), ale w rzeczywistości także symbolem Twojej ukochanej Francji, więc nic dziwnego, że uczyniłaś z nich siłę, która przeciwstawia się hiszpańskiej magii i zwodniczej iberyjskiej wiedźmie, która pragnie zguby francuskich żołnierzy i sprzyjającemu im hiszpańskiemu przewodnikowi (tak widzi to frankofil, zwłaszcza miłośnik Cesarza, wszak patrząc na wydarzenia będące tłem akcji z innej strony, ci wredni Hiszpanie walczyli o niepodległość).

Oczywiście jest to tekst wymagający skupienia i czytanie po łebkach zdecydowanie mu nie służy. Nieuważny czytelnik może się łatwo zgubić i podzielić zapętlony los oddziału umykającego przed hiszpańskimi partyzantami i magią Mujer Plagosa. A potem błądzić wokół magicznego Santa Aparición, uwięziony poniekąd przez czarną magię Drakainy, klątwę wiedźmy, przeciągany raz tam raz tu w tym starciu sił Dobra i Zła, wracający i odchodzący. Albo, patrząc inaczej, zwodzony przez weirdową logikę odmienionego świata. Bo przecież poznając losy syna idącego śladem ojca, odkrywamy, że nie o majaki chorego Rodrigo tu chodzi, nie o oniryzm, ale o prawdziwe zakrzywienie rzeczywistości odmienionej dziwnością Twojego świata i hiszpańską magią.

Dlatego skanowanie tekstu, o jakim wspomniał Darcon, traktowanie zawiłej i złożonej konstrukcji przelotną lekturą kończy się powierzchownym odbiorem i niezrozumieniem. A przecież nie ma większego komplementu dla czytelnika, niż to, że Autor stawia mu wymagania i zawierza jego inteligencji.

Moim zdaniem Twój mały francuski oddział błąkający się w czasie i przestrzeni (prosty i świetny zabieg z tym odwróconym odliczaniem rozdzialików) na granicy jawy i majaków, wśród weirdowych/magiczno-realistycznych (ale pewnie też twórczo rozwiniętych przez Autorkę) imaginacji folkloru iberyjskiego, powinien zawędrować nie tylko do antologii ale też do ścisłej czołówki konkursu. 

 

Na niebie jaśniał księżyc w pełni, Niedaleko obozu znalazłem staw z wodą czarną jak noc […]

– albo kropka po „w pełni”, albo „niedaleko".

Po przeczytaniu spalić monitor.

Moim zdaniem Twój mały francuski oddział błąkający się w czasie i przestrzeni (…) powinien zawędrować nie tylko do antologii ale też do ścisłej czołówki konkursu. 

Ale, że zacytuję, najwyraźniej sytuuje się gdzieś w drugiej połowie stawki…

 

Bardzo dziękuję za komentarz, wnikliwą (i trafną) lekturę, właściwe odczytanie fiołków :)

 

Jedna tylko uwaga merytoryczna:

 

ci wredni Hiszpanie walczyli o niepodległość

To jest narracja, z której wycofuje się już powoli nawet hiszpańska historiografia. “Powstanie” było podsycone przez kler i reakcyjną arystokrację w obronie ich własnych interesów, początkowo, co więcej, nie miało dużego poparcia, tylko przyszli Anglicy i je dodatkowo rozniecili. Z niepodległością nie miało to nic wspólnego, zwłaszcza że Burboni na tronie hiszpańskim siedzieli od raptem XVIII wieku i wcale nie byli rodzimą dynastią, zresztą wcześniej skłócili się wewnątrz własnej rodziny tak, że ostatecznie wszyscy abdykowali na rzecz Napoleona. Na dodatek później Ferdynand VII, jak tylko wrócił do władzy, to zrobił taką czystkę wśród liberałów, że Goya uciekał do Francji, a lojalny wobec Ferdynanda obrońca Saragossy został pozbawiony majątku. W 1821 wybuchła przeciwko królowi ta właśnie rewolucja, o której tu wspominam i którą – o ironio – stłumili Francuzi w ramach akcji Świętego Przymierza.

Powstanie hiszpańskie było takim samym wykorzystaniem ludu jak rojalistyczna Wandea, jak sanfediści na południu Italii pod koniec XVIII w., jak powstanie Hofera w Tyrolu.

A, jeszcze ciekawostka, bo skoro lubisz epokę, to pewnie znasz “Popioły”. Otóż niedawno jedna pani profesor Hiszpanka dowiodła, że opis zdobycia Saragossy, ten z gwałtami i rabunkiem kościołów, na którym wzorował się Żeromski, jest fałszywką i to rosyjską…

http://altronapoleone.home.blog

Na wstępie nie mogę nie powiedzieć, że dokładne realia historyczne są dla mnie strzałem w kopytko weird fiction. Jeśli nawet dałoby radę uniknąć autentyczności (i wiarygodności), która kłóci się z wierdem jak wymyte zęby i sok pomarańczowy, klasyczne osadzenie tekstu WF w dokładnym miejscu – rozkładając zarazem wachlarz powiązanych z nim profitów – jest poniekąd pójściem na łatwiznę – nie obrażam! – zwyczajnie jest łatwiej zburzyć świat, który już zbudowano i który już działa; a więc łatwiej zburzyć zrozumienie, niż zbudować niezrozumienie.

 

Moim głównym zarzutem jest jednak co innego, zwyczajnie nie czuję tej historii, nie ma w niej nic, co by mnie zdziwiło, wystraszyło, obrzydziło, zastanowiło lub zadało pytanie, które "rozbiłoby me jestestwo", lub choćby zostało w głowie na te parę dni. O czym mówię? Wydaje mi się, że rozumiem tekst. Przeczytałam go dwa razy. Tymczasem chciałabym go nie rozumieć.

 

Moim mniejszym zarzutem jest równoczesna "dosłowność" i "niedosłowność" opowiadania. Dosłowność kronikarska (prosty sposób na pokazanie czasu i miejsca), sytuacyjna oraz narracyjna, które same sobie niech będą, na które jednak grymaszę – przy założeniu, że czytam WF:

 

"– Ruszaj się, Rodrigo! – Krzyk kaprala przywraca mnie do rzeczywistości." – Czy to nie wynika samo przez się? 

 

"Kiedy była ostatnia potyczka? Tydzień temu? Wczoraj? Dzisiaj?" – Bardzo dosłowna ilustracja zagubienia. W weirdzie chciałabym napotykać nieco bardziej rozmyte obrazki.

 

"Zatrzymam się w Madrycie tylko na tyle, by przekazać dowódcom sił rewolucyjnych informacje o marszu francuskich wojsk." – Czy to jest niezbędne fabularnie, czy wynika stricte z Twojego przywiązania do tych klimatów? Nie winię, pytam. Wiem, że ciężko się powstrzymać choćby dla wyłącznej autorskiej przyjemności pisania/czytania. Edit: jednak nie będę czepiać się wpisów z dziennika, niech tworzą klimat.

 

"Na skraju lasu znów poczułem upał, choć towarzysze zdawali się tego nie zauważać." – Dlaczego pochłonięty wszystkim, co go gnębi, Rodrigo miałby zawacać sobie głowę tym, czego akurat nie zauważali towarzysze? Dodakową przeszkodą jest narracja pierszoosobowa, która zazwyczaj przepycha bohatera przez węższy niż normalnie świat przedstawiony, odzierając go tym samym z wielu zewnętrznych obserwacji; nie mówię może konkretnie o tym zdaniu, ale to wrażenie towarzyszło mi jeszcze jakiś czas – "dlaczego, cholera, on zawraca sobie tym głowę?"

 

"Patrzę na ręce, które stają się nienaturalnie długie" – nienaturalność wydaje mi się na siłę wrzuconą kategorią logiczną; chyba wystarczyłoby "dziwnie długie", czy na pewno spanikowany człowiek pomyślałby o "nienaturalności"?

 

"Odtrącam jego rękę ze złością. Jak może tak mówić o stworzycielce światów?" – Ten oburzony on również dałoby się przedstawić inaczej. Wg mnie, wgląda i brzmi to jak "marudu marudu" kapryśnego dziecka.

 

A tu mi z kolei zabrakło:

 

"Świat mieni się kolorami, jakich nigdy wcześniej nie widziałem." – Znaczy… jakimi? Może właśnie brakuje rozwinięcia tego niezrozumienia?

 

"Drzewa mają tu upiorny wygląd" – jaki? Jw.

 

"Nie ma tu nic oprócz dziwacznych uschniętych roślin, jakich nie widział chyba żaden botanik." – jw.

 

^Tu jest to niezarośnięte pole, które spokojnie można przekopać i zasadzić, nie wiem, choćby ogórki. Namieszać, niekoniecznie samymi widokami. Gdyby odsunąć na bok sprawozdanie wyłącznie z tego, co widać, odważniej pobawić się zapachami, kształtami, dźwiękami; przesycić je grozą – która gdzieś tam jest, ale IMO za daleko – tekst mógłby zboczyć z fiołkowej łączki i zgubić się w nawiedzonej puszczy, a ja razem z nim.

 

Te elementy weirdu, które pojawiają się po drodze, są niezłe: 

 

"Dwie twarze dzieli otchłań rozciągnięta między gwiazdami na dnie jeziora a delikatnością zapachu, który rozgania mrok."

 

"Ręka ciągnie się daleko, nie widzę, gdzie się zaczyna, gdzie się kończy."

 

Powracający zapach fiołków to dobry, konkretny szczegół.

Wspomnianą klasyczność tego tekstu widzę nie tylko w jego historycznych ramach, lecz głównie w jego gotyckich elementach – zła wiedźma, klątwa wiedźmy, demony, zniszczone, zarośnięte ruiny klasztoru, kamienne byki (w dodatku ożywione!), intensywność emocji (relacja z Panią; jedność z Panią) ogólna powojenna ponurość i smuta, naturalizm. Nie jest to minus, ale brakuje mi świeżości.

 

Mam również wrażenie (z ogólnych obserwacji), że im mniej dialogów, tym gęstniej, duszniej, trudniej. Więcej dialogów, więcej bohaterów, więcej pociętych i zszytych razem scen – niby "wierdowy" chaos, ale niekoniecznie działa. Gorączkowanie Rodrigo jest momentami za trzeźwe: poukładane zdania wynikające jeden z drugiego, epitety, oceny ("zatroskana twarz przyjaciela"). Dlaczego by wprowadzić szybszego tempa, który przecież świetnie by się przyjął? Pojawia się też fundamentalny problem, a mianowicie, jeśli zinterpretować rękę, Panią, skażone stream-of-conciousness Rodrigo, bycze łby oraz chaos narracyjny jako majaki wywołane gorączką, szczątkowy weird znika. Tekst staje się dramatem lub horrorem historycznym – w zależności, które elementy gdzie wpisać. Plus, "subtelne fiołki" – były po prostu subtelnymi fiołkami, trochę na przekór, ale jednak tylko nimi.

 

Dzięki za udział w konkursie!

Opowiadanie czytałem dwukrotnie. Za pierwszym razem w kolejności podanej bezpośrednio, bez zwracania uwagi na numerki, więc niewiele zrozumiałem. Miałem wrażenie, że historia opisuje oddział zamknięty w jakiejś pętli, kręcącej się wokół kamiennych byków. Za drugim razem przeczytałem kolejno fragmenty 1-3, a później 0, i wtedy cała fabuła nabrała więcej sensu (co, być może, z perspektywy weirdowego konkursu nie jest zaletą, ale dla moich subiektywnych gustów jak najbardziej). Po namyśle stwierdzam, że podoba mi się taka nieoczywista struktura opowiadania. Zmusza czytelnika, by trochę pogłówkował, ale też podsuwa mu klucz (którego zabrakło mi np. w “Krokach komandora”).

Niemniej mam przeczucie, że można było ten pomysł rozegrać nieco lepiej. Dobrze to zanalizowała powyżej Żongler, pozwolę sobie dorzucić jeszcze własne trzy grosze. Po pierwsze, wydaje mi się, że fragmenty z linii 1-3 nie są napisane konsekwentnie. Na przykład, w linii 1. narrator chyba ani razu nie wspomina o ścigających oddział gerylasach, w linii 2. robi to kilkukrotnie. Jeśli dobrze rozumiem cały koncept, powinien być bardziej świadom zagrożenia w pierwszej fazie zdrzewienia, a nie drugiej. Dalej, zabrakło mi jakiegoś skontrastowania myśli narratora z francuskimi żołnierzami, zaznaczenia, że jest Hiszpanem. Przykładowo:

Miała ciemne oczy, jak większość hiszpańskich kobiet

Wydaje mi się, że dla Hiszpana kobieta domyślnie jest “hiszpańska”. Powyższe zdanie sprawia bardziej wrażenie, że należy do myśli przebywającego w Hiszpanii cudzoziemca. Tu rodzi się zresztą pytanie fabularne, jak to możliwe, że Francuzi poznali lokalną wiedźmę, a hiszpański przewodnik nie?

Dalej, można mieć wątpliwości, co do fantastyczności tekstu. Właściwie mamy tu przecież opis majaków otrutego przewodnika i snu człowieka, który zdrzemnął się w zrujnowanym klasztorze po lekturze dziwacznego pamiętnika. Pewnym wyłamaniem są myśli Rodriga jako już drzewa, ale właściwie i one mogą należeć do snu.

Z drobnych uwag, ja bym fragmenty pamiętnika potraktował kursywą. Nie są długie, a wyróżniłoby to je od reszty narracji.

 

Przechodząc stricte do fabuły, nie załapałem, że fiołki miały charakter “antywiedźmi”. Jeżeli tak, to dlaczego Rodrigo myśli, że zebrał je dla swojej Pani? No i zafrapowało mnie, dlaczego ta “mujer plagosa” przesiaduje akurat w klasztorze i jaką funkcję przy niej pełnią mnisi? Jeżeli powstrzymywały ją  iberyjskie byki, sugerowałoby to, iż reprezentuje siły jeszcze przedchrześcijańskie.

Reasumując, podobało mi się, ale mogłoby byļ jeszcze lepiej ;)

 

Ośmielę się jeszcze na koniec wmieszać w historyczny offtop:

Z niepodległością nie miało to nic wspólnego, zwłaszcza że Burboni na tronie hiszpańskim siedzieli od raptem XVIII wieku[…]

Czyli i tak znacznie dłużej niż Bonapartowie, więc to trochę dziwny argument. A rodzimych dynastii w tym okresie generalnie było już chyba niewiele, jeśli chodzi o większe państwa.

“Powstanie” było podsycone przez kler i reakcyjną arystokrację w obronie ich własnych interesów […] Powstanie hiszpańskie było takim samym wykorzystaniem ludu jak rojalistyczna Wandea

Odnośnie Wandei, taki Cathelineau był przedstawicielem kleru czy reakcyjnej arystokracji? :)

 

@Żongler

dokładne realia historyczne są dla mnie strzałem w kopytko weird fiction

Cóż, powinnam zakończyć odpowiedź krótkim: w ten sposób przekreślasz ojców założycieli gatunku i kluczowe dla niego teksty, ponieważ 1) w “Studni i wahadle” Poe’go występuje osobiście najsławniejszy z napoleońskich huzarów, gen. Lasalle, a rzecz dzieje się podczas dokładnie tej samej wojny na Półwyspie Iberyjskim, co moje opowiadanie (nieścisłości historyczne nie są aż tak wielkie, żeby przekreślać historyczność); 2) “An Occurrence at Owl Creek Bridge” Bierce’a jest równie mocno osadzone w czasach wojny secesyjnej, a o dziejach głównego bohatera na tle ówczesnej historii dowiadujemy się bardzo dużo; 3) cała twórczość Lovecrafta jest osadzona w tu i teraz konkretnego miejsca w Nowej Anglii.

 

Dodam jednak coś jeszcze: może należało tę idiosynkratyczną definicję, którą zamieściłaś już w dyskusji wynikowej i wedle której oceniłaś moje opowiadanie, wpisać – wraz z przyjętymi w konkursie definicjami absurdu i groteski – w regulamin konkursu, wtedy ja i zapewne parę osób w konkursie też napisalibyśmy inne opowiadanie. Wybacz, ale to, co w innej recenzji nazwałaś weirdem, dla mnie jest czystą groteską, większość konkursowiczów poszła zresztą w groteskę i absurd, niemniej parę osób poszło właśnie w weird i większość z nich przegrała, mimo że na plakacie krzyczało “weird fiction”.

 

Zgadzam się, że mogłam pójść więcej w synestezję, ale to akurat wydaje mi się rzeczą “do wygładzenia”, że zacytuję opinię innej jurorki w innym miejscu. Niemniej dziękuję za zwrócenie na to uwagi – w stopniu takim, w jakim pasowałoby mi do bohatera, mogłabym to rozważyć.

 

I pytanie, zupełnie na serio. Piszesz “Tymczasem chciałabym go nie rozumieć.”, “W weirdzie chciałabym napotykać nieco bardziej rozmyte obrazki.” – jednocześnie bardzo wysoko oceniając tekst zrecenzowany tuż przed moim, leniwego. Ponieważ akurat ten uważam za porządnie napisaną groteskę, pozwolę sobie zadać pytanie: co tam jest niezrozumiałegorozmytego w takim sensie, jaki tu proponujesz? Pytam, bo absolutnie tego akurat tam nie widzę. Fabuła i narracja jest tam bardzo klarowna, metafora i groteskowe ujęcie tematu konsumpcjonizmu i motywu wciskania towarów – czytelna jak na dłoni.

 

Oraz:

Dalej, można mieć wątpliwości, co do fantastyczności tekstu.

No, to jest argument, który można zastosować do większości tekstów w tym konkursie, od drugiego miejsca poczynając, bo przecież tekst kam jest w dużej mierze świetnie opisaną projekcją lęku i fałszowania rzeczywistości przez molestowane dziecko, które nie rozumie, co się z nim dzieje. Oraz w zasadzie cała groteska i absurd jedynie oscylują na pograniczu fantastyczności (jak w świetnych tekstach japkiewicza i Pitowskiego), a moje opowiadanie jednak jest zdecydowanie: o wiedźmie, o przemianie człowieka w lovecraftowski “kolor z przestworzy” (to była jedna z głównych inspiracji, swoją drogą), o próbie zniszczenia tego “koloru” przez bohatera przybywającego tam dziesięć lat później. I ten bohater też się z tym zdecydowanie spotyka, czyli nie są to majaczenia chorego.

 

 

@ Światowider

 

Tak, gdybym na ten pomysł wpadła wcześniej, to na pewno pewne szczegóły bym dopracowała – i jeśli będzie mi się chciało, może to zrobię, bo ja ten tekst lubię i cenię, niezależnie od tego, jak go odczytały jurorki. Z Twoimi argumentami w kwestii 1 vs 2 mogę się w dużej mierze zgodzić, choć możliwe, że pisząc te ścieżki uznałam, że gerylasi do 2, czyli już poczucia zagrożenia lepiej pasują. Niemniej gdybym to redagowała, pewnie różne rzeczy jeszcze by się doklarowały.

 

Co do wiedźmy – cóż, w moim uniwersum jest tak, że są ludzie bardziej i mniej podatni na ten rodzaj czarów, a wiedźma niekoniecznie jest iberyjska, ona jest raczej tym, co uwiodło bohatera Kroków Komandora (to moje lovecraftowskie zło), a to coś w moim uniwersum jest mocno powiązane z “inkwizycyjnym” kościołem, stąd klasztor. To coś pradawnego (byki) opiera się “kolorowi z przestworzy”.

 

A co do Wandei – złapałeś mnie na skrócie myślowym, chodziło mi o to, że we wszystkich tych przypadkach masy chłopskie zostały wykorzystane przeciwko własnym interesom, a w interesie arystokracji i reakcyjnego duchowieństwa. Oczywiście, że idee rojalistyczne mogły mieć autentycznych zwolenników w dowolnych sferach społecznych i Le saint d’Anjou jest tego przykładem. Powody też mogły być różne. Niemniej ogólny wyraz tych konfliktów: Wandei w fazie rojalistycznej, rozwiniętego powstania hiszpańskiego, sanfedistów był podobny – walka z “rewolucyjną zarazą”, jak dokładnie nazwano to podczas francuskiej interwencji w Hiszpanii w 1823.

A co do “niepodległości” i dynastii – na kwestię Burbonów powołałam się dlatego, że powstanie hiszpańskie było w obronie Ferdynanda VII, a nie “niepodległości”. Na sztandarach i w propagandzie, zarówno hiszpańskiej jak i wspomagającej ją brytyjskiej, była głównie dynastia, bo idea niepodległości w ogóle zaczynała dopiero raczkować w tym okresie. Hiszpania także pod Bonapartymi utrzymała byt państwowy (choć już wcześniej, po śmierci Karola II, w przedeniu wojny sukcesyjnej, rozważano jej rozbiory), w przeciwieństwie do Polski po III rozbiorze, a to w owym czasie było decydujące o “niepodległości”. I cała walka była o Ferdynanda, którego następnie natychmiast znienawidzili. Anglicy zresztą też.

 

 

http://altronapoleone.home.blog

Zgadzam się z Drakainą. Teraz uważam wręcz, że na plakacie powinien pojawić się raczej Mrożek lub Topor.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Gdzie i kiedy cokolwiek przekreślam? Nie dyskwalifikuję Twojego tekstu za realia historyczne. Tak jak napisałam w wątku z wynikami, fantastyka historyczna w weirdzie jest według mnie niżej niż weird czysto psychologiczny, goły kontekstowo – ja chcę się bać, bo nie rozumiem co się dzieje, chcę czuć niesklasyfikowaną, niepojętą grozę. Co do twórców gatunku, można ich szanować, powielać, inspirować się nimi, ale samo podobieństwo w osadzeniu czegoś gdzieś kiedyś nie stawia jeszcze tekstu na równi z klasyką. Poe i Lovecraft potrafili mnie przestraszyć, zmylić i sprawić, że ich opowieści zostały w mojej głowie, pewnie dlatego są tą właśnie klasyką gatunku. Twój tekst niestety tego nie zrobił, mówi się trudno; czy naprawdę będziemy się przepychać o to, jak dane słowa działają na daną osobę? Nie widzę tu powodu do oburzenia – moje zdanie było jednym na trzy, odebrałam go po swojemu, rozpisałam w głowie i na kartce co doceniam, a co do mnie nie przemawia, przeczytałam znowu, napisałam opinię. Obawiam się, że jako juror więcej nie mogę zrobić.

W konkursie było naprawdę dużo klasycznych tekstów – klasycznych z różnych powodów – i wiele z nich zaszło naprawdę wysoko w końcowej punktacji; klasykę czytam z przyjemnością, doceniam klimat, atmosferę, strukturę i oryginalność ich stworzenia. Absurd, groteska, surrealizm oraz inne kategorie nie stoją niżej nad WF i gdyby pojawiły się tutaj, z radością bym je przeczytała. Nie wiń mnie proszę za to, którą koncepcję wybrałaś dla swojego opowiadania. Jeśli byłby to genialny absurd, byłby to genialny absurd, który jednogłośnie wygrałby konkurs. Pod Twoim opowiadaniem mówię wyłącznie o tym, czym jest dla mnie weird fiction, bo weird fiction widzę w Twoim tekście; nie ma tu chyba ani absurdu, ani groteski, ani niczego innego, w jakim celu mam więc szukać ich w “Los caprichos”?

 

Jeśli będziemy porównywać Twoją pracę konkursową z każdą przeze mnie ocenioną, to obawiam się, że stworzymy osobne opowiadanie i w dodatku znacznie przekroczymy limit.

 

Oraz:

Dalej, można mieć wątpliwości, co do fantastyczności tekstu.

To nie ja, to Światowider ;) 

 

Mr. Marasie, na plakacie była też kawa, czy mieliśmy skreślać teksty, które jej nie zawierają? 

Nie zrozumieliśmy się, Żongler. Ale to już w sumie nie ma znaczenia. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Mocne stwierdzenie o “strzale w stopę” pod moim tekstem odbieram jako bardzo wyraźne wskazanie, co było czynnikiem decydującym, zwłaszcza że umieściłaś informację o tej swojej idiosynkrazji również w wątku wynikowym – a może należało w konkursowym, bo jako żywo ani z definicji, ani z praktyki weird fiction nie wynika, że realia historyczne czy ogólnie: dokładne realia, są czynnikiem, za który lecą punkty. Ba, w obu tomach “Snach Umarłych”, które są antologiami polskiej weird fiction, są opowiadania, które dzieją się konkretnie w czasie odwrotu spod Moskwy… Ergo, ktoś, kto zobaczył patrona konkursu, miał pełne prawo spodziewać się, że poszukiwane będą teksty w stylu tego, co tam się publikuje.

“dokładne realia historyczne są dla mnie strzałem w kopytko weird fiction” – moje porównanie do klasyki nie miało na celu pokazania, że mój tekst dorównuje klasyce, ale wyłącznie to, że pisząc w ten sposób o dokładnych realiach historycznych sugerujesz, iż Poe czy Bierce we wspomnianych przeze mnie tekstach strzelili sobie w stopę jako pisarze weird.

 

Nie zamierzałam pisać groteski ani absurdu, więc nie wiń mnie za to, że ich tu nie ma. Napisałam weird. Podobnie jak Maras. Z którym zgadzam się, że konkursowi powinien patronować w największym stopniu Topor i groteska, a nie weird – po prostu.

 

Tak nawiasem mówiąc, osobiście uważam, że wplątanie grozy w realny świat jest trudniejsze niż wymyślanie “gołego” świata groteski. Właśnie dlatego, że pisarz musi się mierzyć z tym, że czytelnik ma jakieś wyobrażenie o tym realnym świecie, nieważne, czy współczesnym, czy historycznym. W wymyślonej grotesce autor nie jest niczym ograniczony – i fajnie, tylko że to są dwa różne gatunki. Klasycznym przykładem “łatwości” (co nie znaczy, że wszystko będzie wybitne, czy choćby dobre) jest wspomniany Roland Topor – jak masz model, możesz takie groteski tworzyć seryjnie, pisać pewien typ tekstów według klucza. Ja to lubię, ale celowałam w zupełnie inny gatunek.

http://altronapoleone.home.blog

Fantastyczność – nie wiem, jak to wyglądało w innych tekstach konkursowych, bo generalnie nie lubię weirdu, więc ich nie czytałem. Mi zresztą niejednoznaczność elementu fantastycznego jakoś bardzo nie przeszkadza, ale póki jesteśmy na portalu "fantastyka.pl", myślę, że warto na takie rzeczy przynajmniej zwracać uwagę ;)

Redakcja – myślę, że zarówno pomysł jak i samo opowiadanie zdecydowanie zasługują, żeby je jeszcze na spokojnie dopracować.

Zgadzam się, że ściśle rzecz biorąc, mówienie o walce o niepodległość jest dla Hiszpanii tego okresu nieco anachroniczne. Co więcej, poza Rzeczpospolitą chyba pierwsi do argumentów stricte patriotycznych odwołali się jakobini, więc tak pojętą ideę niepodległości można nawet uznać z perspektywy ówczesnych Hiszpanów za postulat rewolucyjny. Wcześniej jednak powszechnie walczono za króla i/lub wiarę, a patriotyzm był pewnym substytutem tych idei. Stąd wydaje mi się, że na gruncie języka potocznego Maras miał prawo stwierdzić, że walczący za prawowitą (a w każdym razie bardziej prawowitą od Bonapartych) dynastię gerylasi walczyli o niepodległość. Tym bardziej, że, patrząc na wojny karlistowskie, odwołania do legitymizmu były jeszcze długo w Hiszpanii nośne.

Co do Wandei, to nie do końca się zgadzam, że chłopi walczyli wbrew swym interesom (no, chyba że uznajemy, iż "byt kształtuje świadomość" i ludźmi kierują tylko przesłanki materialno-klasowe ;)), ale chyba nie ma sensu wchodzić w tę dyskusję.

Wandea – nie, nie ma sensu, bo to jest w ogóle bardzo złożony problem, zahaczający o mnóstwo elementów ówczesnej historii, zarówno wcześniejszy bunt przeciwko poborowi, jak i następnie uplątanie w armię hrabiego d’Artois itd. Natomiast zasadniczo jedno uważam: że porządek feudalny jest dla chłopa niedobry, to nie kwestia marksizmu ;)

 

nie załapałem, że fiołki miały charakter “antywiedźmi”. Jeżeli tak, to dlaczego Rodrigo myśli, że zebrał je dla swojej Pani

To zapomniałam wyjaśnić: on zakłada na początku, że zbierze po prostu ładne kwiatki dla dziewczyny, w której się zakochał (a już trochę traci percepcję rzeczywistości). Potem jest mowa o tym, że to coś z lasu walczy z fiołkami o miejsce na ziemi, przy bykach, w pamiętniku – tam jest wprost powiedziane, że to wrogowie :)

http://altronapoleone.home.blog

Żadne punkty nie lecą za realia historyczne. Punkty były przyznawane w trzech jasno określonych kategoriach. Każdy zinterpretował temat na swój sposób, dlatego również moje rozumienie weirdu pojawiło się na końcu, nie na początku. Patronat? Nie zakładam, że ktoś pisze tylko w celu dostania się do antologii. A patronat był tak samo wyraźnie określony, jak skład jury. Jeśli już czepiać się patronów, to nie było to wyłącznie wydawnictwo, była tam na przykład i Biblioteka, która wspiera po prostu dobre pisanie. 97 konkursowych tekstów to dużo, i jak się okazało, dużo dobrego pisania. Nie wiem, Drakaino, czym jeszcze mogę Cię przekonać. Ja miałam swoje oczekiwania, Ty swoje. Może warto zaczekać na opinię pozostałych jurków?

Nie przekonasz mnie, ponieważ “strzelić sobie w stopę” ma w języku polskim bardzo konkretne znaczenie i cokolwiek teraz napiszesz, używając tego konkretnego sformułowania, powiedziałaś mi jasno: “sama sobie zaszkodziłaś” (https://wsjp.pl/index.php?id_hasla=18556). Oczywiście, mogłam napisać to samo opowiadanie bez konkretnych realiów – o jakimś nieokreślonym zagubionym wśród dziwacznej grozy oddziałku. Czy byłoby lepsze? Moim zdaniem byłoby o niebo gorsze, między innymi dlatego, że takich opowiadań było na pęczki.

Nie przekonasz mnie również dlatego, że Twoja definicja weird jest bardzo specyficzna, a kiedy czyta się o konkursie współorganizowanym z wydawnictwem wydającym weird i zna się publikacje tego wydawnictwa (to, co piszesz o Bibliotece jest obracaniem kota ogonem i chwytem poniżej pasa, bo doskonale wiesz, co rozumiałam przez “patrona”), to zakłada się, że skoro nie ma dodatkowych wytycznych, definicje są zgodne z tym, co ukazuje się w tym wydawnictwie. A tu nagle okazuje się, że jedna z jurorek ma zupełnie inne wyobrażenie.

Komentarz drugiej jurorki już skomentowałam.

http://altronapoleone.home.blog

Problem realiów historycznych był tylko jednym z zarzutów, które wypisałam. Nawet jeśli byłby przeszkodą w moim odbiorze tekstu, to całość oceniam w oparciu o… no cóż, całość. Są i plusy, i minusy Twojego opowiadania. Jedno wyobrażenie jednej z jurorek nie jest absolutem, który dyktuje kolejność antologii.

Na wstępie zaznaczam – w żadnym wypadku nie zamierzam podważać werdyktu jury, ujmować sukcesu autorom wyróżnionym i zakwalifikowanym do antologii. To był Wasz konkurs, to Wy ocenialiście i wybieraliście teksty (a pracy było bardzo dużo) i kierowaliście się swoimi subiektywnymi kryteriami. I na tym moglibyśmy poprzestać. Ale mam jednak kilka pytań.

Oczywiście żal mam ogromny (głównie do siebie, poniekąd za sam udział), że nie udało mi się dostać do fajnie zapowiadającego się zbioru, bo nie ukrywam, że tylko i wyłącznie szansa na pojawianie się w tej antologii zmobilizowała mnie do udziału w konkursie (tak, zdecydowanie to był nie tylko główny, ale też jedyny powód jak dla mnie i być może również Drakainy oraz kilku innych uczestników).

Wstawię się jednak za Drakainą z innej przyczyny, bo poniekąd rozumiem jej dezorientację i gorycz. Otóż podobnie jak Drakaina odebrałem konkursowe hasło przewodnie (KONKURS WEIRD FICTION), okoliczności, patrona, główną nagrodę, jako zabawę w pisanie weird. O tym samym świadczy chyba też nazwa zapowiedzianej antologii (Weird fiction po polsku).

I oczywiście dlatego właśnie z weirdem, tak jak Drakaina, próbowałem się zmierzyć, bo groteska i absurd to zupełnie nie moja działka. Wiem, że gatunek to dosyć rozmyty, ale jednak znamy uznanych powszechnie ojców założycieli weirda, z których kilku przytacza powyżej Drakaina.

I podobnie jak Drakaina poszedłem więc jak ten głupi w klasyczny wierdowy klimat, widząc wszak, że konkurencja uderza głównie w absurd i groteskę.

Nie wiem, co nie zagrało w moim tekście, zapewne nędzne wykonanie, kiepska realizacja hasła, czy słaby pomysł, i nie będę zgadywał przed poznaniem opinii wszystkich jurorów. Rozumiem, że mogło zwyczajnie nie przypaść do gustu członkom jury. Zauważyłem jednak w dotychczasowych komentarzach Wiktora i Twoich (m.in. pod tekstem Drakainy), że po pierwsze weird jest w opinii większości jury zupełnie nie tam, gdzie ja go widzę oraz że traktujecie go dosyć specyficznie. I że na pewno to groteska i absurd niepodzielnie rządziły w konkursie i sercach jurorów.

Natomiast zabieram głos, ponieważ zupełnie nie rozumiem ujmowania weirdowości powyższemu tekstowi i ujmowania jego wartości z powodu umieszczenia akcji w realiach historycznych. Powiem więcej, literacko, językowo, warsztatowo jest on napisany na znacznie wyższym poziomie niż wiele tekstów z wyróżnionej 26. Zatem skoro nie warsztat (bo jest świetny), skoro nie jakaś nieweirdowość (bo tekst jest weirdowy), nie braki w realizacji hasła (bo jak rozumiem tego tekstowi nie zarzucasz, a Wiktor zwyczajnie nie zrozumiała znaczenia fiołków w powyższym tekście), to co spowodowało, że przegrał swoje miejsce wśród szczęśliwych wybrańców? I naprawdę rozumiem, że w ocenie jurorów zabrakło mu punktów do podium, bo oceniali zgodnie ze swoimi preferencjami, rozumiem, że nie załapał się na wyróżnienia, bo sama czołówka była mocna i wyrównana (i decydowały pewnie detale). Ale nie mam pojęcia, jak mógł nie dostać się chociaż do czołowej 26 konkursu. Dlatego bardzo chętnie zapoznałbym się z punktacją konkursową (chociaż oczywiście nie ma takiego przymusu i obowiązku i byłby to wyłącznie przejaw wspaniałomyślności jury).

Bo tak sobie myślę, że zamiast klimatycznego, literacko wyrafinowanego tekstu nawiązującego do klasyków weird w konkursie weird, Drakaina bez problemu mogła napisać prostym językiem absurdalne i zupełnie bezsensowne opowiadanie bardziej w stylu Topora, np. o schizofrenicznych krokodylach zajadających watę cukrową w sklepie z narzędziami rolniczymi i sprzedającymi bilety do krainy zakompleksionych odkurzaczy i pewnie jej szanse na antologię znacznie by wzrosły. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, czy naprawdę jesteś w stanie ocenić moje gusta literackie i schemat pracy jury przez sitko tych 6 komentarzy, które zdążyłam wkleić? 6 na 97, które napisałam? Gdzie w tych sześciu komentarzach dokładnie mówię, że wolę absurd od Lovecrafta? 

Nie rozumiem też zarzutu. Czy odnosi się bezpośrednio do tego, że podobał mi się tekst Leniwego? Czy do tekstu Edwarda, który wygrał, bo użył absurdu? Pragnę zauważyć, że bardzo wysoko zaszło opowiadanie RRobota “Zabawy z gulakami” (5te miejsce), które mistrzowsko reprezentuje klasyczny weird. To samo z opowiadaniem Kelina “Jałowy traktat, czyli (…)”, świeżo przeze mnie skomentowany. Odsyłam tam, chwalę równie żarliwie jak Leniwego, jestem tak samo zachwycona.

 

MrMarasie, do Twojego opowiadania nie zdążyłam jeszcze dotrzeć, ale czuję się sprowokowana do odpowiedzi. Ja uwielbiam klasykę. Studiuję ją nie bez powodu. Uwielbiam również odwagę w pisaniu oraz bardzo doceniam klimat, na którym – moim zdaniem – stoi wszystko inne. Mam wrażenie, że pytasz mnie wprost: “Dlaczego moje opowiadanie nie jest w antologii?”

Powiem tyle, miałam rozpisany swój osobisty ranking. W dodatku klasycznie, na kartce ;) Bardzo mi zależało na tym konkursie i zachowaniu równowagi między tym, co można pomylić z weirdem, a tym, czym weird rzeczywiście jest – i uprzedzając pytanie, “dziwność” i “brak zrozumienia”, (które stało się z jakiegoś powodu moją sygnaturką) weirdem nie jest.

W mojej rozpisce były osoby, które niekoniecznie doczekały się miejsca w antologiach: Mytrix, Shawarkar, rosebelle, również i Ty. W mojej ocenie wysoko zaszły opowiadania Ika, Japkiewicza, chrościska, Any91, MrBrightside’, Twoje. Złożone, ciężkie, poetyckie teksty, dokładnie takie, jaka sama lubię pisać i czytać. Nie wygrały konkursu. Co tego wynika? Ano to, że inni jurorzy mieli inne zdanie. A może to, że w zestawieniu świetnego teatru absurdu i tylko dobrej klasyki, wygrywa absurd? A może to tylko suma liczb i nic tak naprawdę nie ma znaczenia? Wszystko jest możliwe. Myślę, że to nasza dyskusja staje się prawdziwym weirdem.

A to błędne masz wrażenie. Pytałem wyłącznie o tekst Drakainy, pod tekstem Drakainy i w kontekście komentarzy pod tekstem Drakainy. A i po tych kilku pozostałych komentarzach sporo już można wywnioskować. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

W jakim celu w takim razie mówisz pod tekstem Drakainy o swoim opowiadaniu?

No to teraz widzę, jak radykalnie rozmija się nasza wizja weird, ponieważ – abstrahując od subiektywnej oceny samych tekstów, bo zdążyłam skomentować tylko część – dla mnie “Zabawy z gulakami” to taki horrorek z lekkim odcieniem absurdu i body horroru (który, owszem, uważam za istotny dla weird, ale nie decydujący o weirdowości), a “Jałowy traktat” – po prostu bardzo klasyczna fantastyka ze świetnym pomysłem*, lekko absurdalnym skrętem i bardzo niedorównującym pomysłowi wykonaniem (to sugerowałam już wcześniej pod inkryminowanym tekstem, więc powtarzam opinię). Ale jak dla mnie weirdu nie ma tam ani za grosz, podobnie jak horroru ani groteski. O niezrozumiałości to już nawet nie wspomnę, bo ten tekst kończy się jasnym i oczywistym rozwiązaniem zagadki.

Ergo – pozostaję nadal w lesie, jeśli chodzi o kryteria jury.

 

* Edytka: gdyby ten pomysł ubrać w dobrą formę literacką, to byłby dla mnie stuprocentowo drukowalny, choćby i w NF, czyli na złote piórko.

http://altronapoleone.home.blog

Bo z moim tekstem chodzę po tym samym lesie co Drakaina i zachodzi wiele analogii, ale to jej uważam za godny kruszenia kopii.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tekst nie jest stroną z segregatora, na której odhacza się kolejne rubryki. Niezrozumiałość nie zawsze pasuje. Niezrozumienie np. fabuły (bo zawiła) =/= niezrozumienie sytuacji, w której znajduje się bohater, jego bezradność, panika. Wspominając ją tutaj (”chciałabym nie rozumieć”), próbowałam zasugerować, że w Twoim opowiadaniu, Drakaino, można było zrezygnować z realiów, które sama doskonale znasz – co po prostu widać, więc widzę i ja – a pokombinować z grozą w grozie, pokusić się na niezrozumienie płynące również od Ciebie, od Autorki. Być może się nie zrozumiałyśmy.

 

Usilne zawężanie gustów jury (właściwie, to głównie moich) do przestrzeni malutkiego, ciasnego korytarza jest tylko krzywdzące. Wybieram wierzyć, że gdyby jakiś tekst był absolutnie genialny – nieważne, czego by dotyczył – na pewno zostałby zauważony, szczególnie czytany wielokrotnie, przez trzy różne osoby.

 

pokusić się na niezrozumienie płynące również od Ciebie, od Autorki

Po pierwsze nigdzie nie powiedziałam, że rozumiem, co tam się stało. Po drugie:

Jeśli autor zbyt mocno nie rozumie, co się dzieje w jego tekście, to zazwyczaj wychodzi bełkot.

 

A tak na marginesie. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że Twój “strzał w kopytko” przelał czarę goryczy, ponieważ przyszedł po komentarzu drugiej Jurorki, który – też dopiero w tej chwili sobie to uświadomiłam – jest tak naprawdę bardzo przykry. “Jest to najlepszy Twój tekst, jaki czytałam” (pomińmy, że z mniej więcej pięciu na w sumie około czterdziestu opublikowanych tu i gdzie indziej). “Najlepszy”, a jednak przegrał z dwudziestoma sześcioma (a pewnie i więcej) tekstami w tym konkursie, z których na dodatek część uznałam przy lekturze za bardzo słabe (niestety nie wszystkie na czas skomentowałam, czego teraz żałuję, bo teraz to inaczej zabrzmi). Co z tego wynika – ano, że pozostałe moje teksty są po prostu denne (a co najmniej trzy ze znanych Jurorce to teksty, które albo się już ukazały, albo niedługo się ukażą w publikacji). Zrozum mnie dobrze: mam szczerą nadzieję, że tak nie jest i przy całej kolosalnej różnicy naszych poglądów na literaturę nie jest to opinia Jurorki. Niemniej właśnie coś takiego wynika z tego komentarza. Podobnie jak z Twojego o strzale w stopę wynika, że wyborem pisania w realiach sobie konkursowo zaszkodziłam.

Ale może nie robiłabym wokół tego aż takiego halo, gdyby nie to, że do 26 nie trafiło kilka tekstów, które uważam nie tylko za najbardziej weirdowe w stawce, ale i zdecydowanie najlepsze w konkursie: głównie Marasa i Brightside’a.

http://altronapoleone.home.blog

Wydaje mi się, że to zupełnie nie tak Drakaino. Napisałaś bardzo dobre opowiadanie, naprawdę, nie wiem czy najlepsze, mnie podobają się bardziej te z detektywem. Ale dla mnie to jest klasyczne fantasty, za to takie na poważnie, które postawiłbym na półce obok Abercrombie. To jest duży komplement z mojej strony. Do antologii Twojego opowiadania bym jednak nie dał, bo nie jest to dzisiejszy weird, jakim go widzę.

Gdy nie udało mi się w jednym czy drugim konkursie nic zwojować, zapytałem kogoś, kto wygrał, jak pisać. Dostałem odpowiedź, którą niestety zrozumiałem po czasie. Trzeba umieć wstrzelić się w gusta jury i pisać wyłącznie na temat. Niby oczywiste, ale…

Zrobiłaś klasyczny błąd, jaki robiłem ja, wiem, bo przegrałem niejeden konkurs. :) Swoje ulubione pisanie chciałaś przekuć na konkurs. Próbowałem i ja i za żadnym razem się nie udało. Powyższe jest świetnym, ale praktycznie typowo gatunkowym opowiadaniem Drakainy, które probowałaś napisać na konkurs.

Nie ma konkursu, gdzie wszyscy będą zadowoleni, i widzę po czasie, że głównie chodzi o niezrozumienie.

Słuchowisko 2018 – zależało mi przede wszystkim na przeboju, przeboju dla wszystkich. A literaci na forum źli, że nie wygrała grecka tragedia z gejami. Jak miałbym to “sprzedać” przeciętnemu słuchaczowi, który literaturę widzi, jak mija księgarnię idąc chodnikiem?

Sowy i skowronki – ten pięknie, polsko brzmiący konkurs wygrała mitologia. Toż dostałem takiego szału, że chciałem wywalić laptopa przez okno. Musiałem dać upust złości, inaczej bym się udusił. Co zapewne jeszcze do dzisiaj pamiętasz.

Ciężki dyżur – napisałem hard SF, zajrzałem do wszystkich opek i pomyślałem, mało SF, w końcu mam jakieś szanse. I co? U zatwardziałych fantascienców wygrało opko, które nie tylko brzytwie Lema, a w ogóle przed kozikiem by się nie obroniło. Ale teraz już nie dyskutuje, bo dotarło do mnie powyższe, które piszę Tobie.

Gdybym miał się wypowiedzieć o konkursie Kawki, to można się było ładnie wstrzelić. Bowiem Żongler dała wyraźnie sygnał. Wskazała moje “Gadające głowy” jako przykład. To już dużo. Dlatego też coś napisałem, ale dałem się ponieść naciskowi tłumu, który pod “Głowami” mocno kręcił, że nie rozumie i dodałem za dużo obyczajówki dla zrozumienia. Ostatecznie sam nie byłem zadowolony z opka. Tyle tylko, że po przeczytaniu kilkudziesięciu opowiadań, wiedziałem, że praktycznie nikt nie zwrócił uwagi na sygnał Żonglerki. Nie przeczytałem bowiem żadnego opowiadania, które sam zaliczyłbym do takiego dzisiejszego weird. Weird naszych czasów. 

Kiedyś Katia takie pisała, “Mea cupla” to był dopiero wierd jakich mało. Szkoda, że takich tekstów nie ma już na forum.

Nie wiem, czy mój wywód coś Ci pomoże. Widzę tylko, że stoicie na tak rozbieżnych biegunach, co jest weirdem, że trudno chyba będzie znaleźć wspólny język. Powtarzam, czytać warunki i znać gusta jury. Broń Boże próbować naciągać swoje pisanie do konkursu. Nigdy nic mi z tego nie wyszło. Myślę, że najbliżej do “sukcesu” byłem właśnie w Dyżurze, ale napisałem w końcu coś, czego na ogół nie piszę.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Ale może nie robiłabym wokół tego aż takiego halo, gdyby nie to, że do 26 nie trafiło kilka tekstów, które uważam nie tylko za najbardziej weirdowe w stawce, ale i zdecydowanie najlepsze w konkursie: głównie Marasa i Brightside’a.

 

Zgadzam się z Darconem. Drakaino, napisałaś bardzo dobre opowiadanie, podobnie jak maras. Naprawdę oba są u mnie w rankingu na przyzwoitych pozycjach, wśród tych, które miałam okazję czytać (jeszcze kilka mam w kolejce). Ale. Ale wasze przelewanie goryczy na jurorów, za to, że nie dostaliście się do antologii jest niesmaczne.

Ja również nie zgadzam się z niektórymi decyzjami w tym konkursie, jednak mam na tyle przyzwoitości, żeby omówić tę kwestię w zaufanym gronie, a nie wymieniać się publicznie pochwałami i szczekać jak pierwsze 26. miejsc powinno poprawnie wyglądać. Jak zawsze w pierwszej kolejności doceniam ciężką pracę jurorów; ogarnięcie w tak krótkim czasie wyników dla prawie setki tekstów jest dla mnie niepojęte. To jest ich konkurs, ich gust, ich wybór. Była awantura o to, że Darcon robi aj waj o wyniki Sów i Skowronków, a widzę, że tu dzieje się to samo.

 

Serio, zarówno tobie, jak i marasowi, w ogóle wszystkim życzę samych sukcesów w każdym konkursie. Ważne jest, żeby zarówno wygrane, jak i porażki przyjmować z godnością. Zwłaszcza te drugie.

 

Ergo – pozostaję nadal w lesie, jeśli chodzi o kryteria jury.

Kategorie, w których oceniali jurorzy masz rozpisane w regulaminie. Reszta to jest kwestia gustu, jak w każdym konkursie.

 

Pozdrawiam.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Darconie, dziękuję za miłe słowo. Do Twojej rady zazwyczaj (*) się stosuję, tu jednak popełniłam inny błąd niż ten, o którym piszesz. Mianowicie uznałam, że definicja weird fiction, jaka będzie stosowana przez jury, pokrywa się z tą, jaką stosuje wydawca antologii, czyli Phantom Books w swoich weirdowych pubklikacjach. I w to starałam się wstrzelić, dlatego wybrałam taki sposób narracji, taki setting, taki rodzaj grozy.

Okazało się jednak, że jest inaczej i tu tak, mam żal do jury, że tego nie zaznaczyło w regulaminie, ponieważ był moment w trakcie trwania konkursu (długo przed tym, jak wymyśliłam i wrzuciłam swój tekst), kiedy zastanawiałam się, jak z zamieszczonych tekstów złożyć antologię weird fiction, jako że niewiele mi do tej kategorii pasowało. (Tu uwaga: jeśli masz rację, że “dzisiejszy weird” = groteska, to bardzo niedobrze, bo już wątłe granice gatunków całkowicie się rozmywają. Natomiast nie zgadzam się, że moje opowiadanie to fantasy – są tu elementy urban/rural fantasy, ale dominuje klasyczny weird z elementami grozy).

 

Sy, uważam, że Ty też pogrywasz tu nieładnie, pisząc o szczekaniu, ale zostawmy to, odniosę się do meritum. To nie jest pierwszy konkurs (portalowy czy pozaportalowy), w którym nic nie ugrałam. Zazwyczaj pod portalowymi konkursami, w których nic nie ugram (a były to choćby Mechy na strzechy, UFO, Psy i koty, Ciężki dyżur) nie odzywam się w kwestii wyników, nie krytykuję kryteriów jury (choć w dwóch pierwszych z wymienionych konkursów liczyłam na więcej, zważywszy charakter opowiadań), ponieważ zazwyczaj kryterium subiektywizmu jest tam wyższe.

I dopóki nawet o tekście, który kocham, jurorzy piszą mi, że “nie spasował”, nie mam problemu. (W UFO kruszyłam kopie o to, że mnóstwo osób, nie tylko z jury, tekst, który nie jest kryminałem, chciało widzieć jako kryminał i przez to mieli problem z oceną – ale nie robiłam tego w kontekście wyników konkursu czy gustu jurorów).

Tu natomiast dwa dotychczasowe komentarze odwołały się do kategorii “obiektywnych”. Najpierw Wiktor napisała o haśle, że “Nieco mniej przekonana jestem co do ich subtelności – ostatecznie stały się tutaj niejako symbolem wiedźmy, kobiety, przez którą bohater popada w chorobę i właściwie to w szaleństwo”. No, nie. Fiołki wyraźnie w tym tekście 1) powstrzymują działanie wiedźmy, 2) ukazują jej prawdziwe oblicze, 3) walczą o świat z tymi obcymi roślinami, które są zagrożeniem. Jeśli czegoś takiego nie wychwyci zwykły czytelnik (komu z nas nie zdarza się czytać pobieżnie i następnie zostać przekonanym przez autora, że coś przegapił?), nie mam problemu. Juror – hmmm. To tak w kwestii kryteriów. Dodatkowo Wiktoria niefortunnie (i zakładam, że nieświadomie) dała mi do zrozumienia, że fatalnie piszę ;)

A tu fragment, który powinien załatwiać wszelkie wątpliwości: “Drzewa mają tu upiorny wygląd, a stopy z każdym krokiem zapadają się w klejący się do butów mech, który sięga aż do polany, choć na niej jest czarny i martwy, jakby wypaliło go słońce albo jakby przemienił się w kamień. Tam, gdzie kończą się czarne wici, widać zielone listki fiołków, wdzierające się na zagarnięty przez niezwykłe porosty teren. Jakby te dwie rośliny walczyły o miejsce na ziemi.”

Nie wiem, czy naprawdę muszę powtarzać, o co chodzi mi od początku z komentarzem Żonglerki. Ale w skrócie: o zastosowanie kryterium “obiektywnego”, o charakterze definicyjnym, nienależącego do powszechnie znanego i uznanego repertuaru definicyjnego (’weird wyklucza dosłowność czy historyczność kontekstu fabuły’).

Bardzo możliwe, że stn-owi tekst się nie spodobał, nie spasował – zobaczę. Protestuję jedynie przeciwko konkretnym zarzutom wobec tekstu, które jak na razie dostałam.

 

To był wysokoprofilowy konkurs, nie o natkę pietruszki, jak większość na portalu, stąd i emocje większe.

 

(*) Pisząc na “Gladiatorów” Fabryki Słów z góry zakładałam, że mój tekst nie spodoba się jury, bo nie lubię większości tego, co publikuje Fabryka i nie piszę w ich guście – i nie będę się do tego zmuszać. Napisałam – bo rok temu pisanie było dla mnie terapią oraz dlatego, że temat spasował mi do jednego tekstu, który chciałam mieć napisany ze względu na uniwersum. Na dodatek dedlajny świetnie na mnie działają, więc poczucie, że biorę udział w konkursie, wymusiło na mnie skończenie tego tekstu. W efekcie czekałam jak zbawienia na ogłoszenie wyników, żeby tekst się uwolnił i żebym mogła z nim zrobić, co chcę – równie dobrze mogłam go nie posyłać ;)

http://altronapoleone.home.blog

Ok. Masz rację, to nie jest takie klasyczne fantasty, chciałem podkreślić, że u mnie bardziej leci w tym kierunku. Ja słabo dzielę fantastykę, tak naprawdę widzę SF, fantasy i mistycyzm/egzystencjalizm, do którego wrzuciłbym właśnie weird, surreal i psycho.

To ciekawe, w ogóle nie pomyślałem, żeby zajrzeć na stronę wydawcy.

Dla mnie weird to przede wszystkim trauma. Trauma opowiedziana “horrorem”, ale nie strasznym, tylko dziwnym. Napisałem w cudzysłowie, bo to dla mnie bardzo płynne i ciężko mi zdefiniować.

Jako ciekawostkę dodam, że dosyć podobnie widziałem wyniki konkursu. Sam dałbym zwycięstwo chyba Kam, na pewno w czołówce widziałbym Dziadka i Robota, ale także Sy i Edka. Jualari i Funa jeszcze nie czytałem.

A gdybym miał tak wszystko podsumować jednym zdaniem, to weird jest dla wrażliwców, a SF dla naukowców. Tak statystycznie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Moi drodzy, 

Pozwolę sobie przytoczyć dwa ustępy regulaminu:

Szatę graficzną pierwszego screena poznajecie, drugi jest wyciągnięty z pliku tekstowego online z formalną pełną wersją regulaminu, którą otrzymali nasi partnerzy: administracja NF, Biblioteka Atlanty, Wydawnictwo Phantom Books oraz Wojciech Gunia. Mieliście go podlinkowanego w temacie konkursowym na forum – na co nalegałam, aby użytkownicy mieli podgląd treści formalnej bez narracyjnych ozdobników Żongler. Jeżeli mimo tych zapisów coś było niejasne, byliśmy dyspozycyjni, aby udzielić Wam odpowiedzi.

Nasze oceny nie były oparte o weirdowość, półweirdowość, ćwierćweirdowość, weirdowość według Phantom Books i inne. Każdy tekst ocenialiśmy pod względem ww. kryteriów taki, jaki był. Ktoś napisał weird – dobrze. Ktoś trzymał się groteski – też dobrze. Nigdzie nie stwierdziliśmy, że należy trzymać się ścieżki obranej przez gust właściciela Phantom Books. Sądzę, że on też ma prawo podejmować działania w celu poszerzenia literackiej optyki własnej oraz swojego wydawnictwa.

System oceny przypominał ten stosowany przez Lożę – każdy przyznawał swoje punkty, a następnie na podstawie średniej arytmetycznej wybraliśmy to, co średnio całej trójce podobało się najbardziej.

Drakaino, nie rozumiem, w którym miejscu zarzuciłam Ci, że fatalnie piszesz. “Los caprichos” podobało mi się do tej pory najbardziej z tego, co czytałam, i nie potrafię pojąć, w którym miejscu równa się to zarzutowi, że jesteś złym autorem – a szanuję Cię jako twórcę i pozwolę sobie przypomnieć sytuację, w której zwróciłam się do Ciebie osobiście na PW z gratulacjami za opowiadanie. W komentarzu do “Los caprichos” zawarłam rzeczy, które oceniłam niżej: słabszy związek z pierwszym członem hasła (”subtelne”) i w moim odczuciu nieco zbyt poszarpaną kompozycję fabuły – niemniej jako ogół było to moim zdaniem opowiadanie naprawdę dobre i jeżeli moje słowa Cię dyskredytują, to przepraszam, ale nie pojmuję, dlaczego tak miałoby być.

 

Poproszona przez Żongler o jurorowanie dołożyłam starań, aby zapewnić nagrody książkowe, promocję, wsparcie Wojciecha Guni i publikację pokonkursową, a kiedy przybyło znacznie więcej świetnych opowiadań, negocjowałam, by możliwe było poszerzenie zbioru – co w nadchodzących miesiącach doda mi ogromu pracy wykonywanej pro bono. Miałam nadzieję, że w ten sposób konkurs Żongler sprawi uczestnikom przyjemność i da kolejną szansę do zadebiutowania opowiadaniem lub wzmocnienia swojego portfolio. Wasze słowa dają nam (a przynajmniej mi) dosadnie odczuć, że robiąc to wszystko, wyrządziliśmy ludziom krzywdę. Wobec tego pozostaje mi jedynie Was przeprosić i zastanowić się, zanim raz jeszcze się na coś takiego porwiemy.

 

Jejku. Okej, to jeszcze odpowiem. 

 

I dopóki nawet o tekście, który kocham, jurorzy piszą mi, że “nie spasował”, nie mam problemu.

Ale przecież takie właśnie dostałaś komentarze. Oba jurorskie odczytałam w taki sposób, że opowiadanie jest napisane dobrze, ale jurorzy nie poczuli chemii.

 

jeśli czegoś takiego nie wychwyci zwykły czytelnik (komu z nas nie zdarza się czytać pobieżnie i następnie zostać przekonanym przez autora, że coś przegapił?), nie mam problemu. Juror – hmmm. To tak w kwestii kryteriów.

Juror też czytelnik, też człowiek. Powiem nawet, że lepiej oceniający właśnie ze względu na ten fakt, że nie może bezpośrednio zapytać autora, co takiego miał na myśli. Juror zostaje z tekstem sam na sam, wyciąga więc meritum pozbawiony czynników “z zewnątrz”. Jurorowałaś przy masie konkursów, więc wiesz.

 

Dodatkowo Wiktoria niefortunnie (i zakładam, że nieświadomie) dała mi do zrozumienia, że fatalnie piszę ;)

Ja widzę w jej komentarzu mnóstwo pochwał; podkreśliła świetny klimat, jaki udało ci się zbudować, stronę językową, a na końcu napisała, że bardzo dobre opowiadanie. Widzę, że wyciągasz wnioski zbyt pochopnie – to, że stwierdziła, że to twoje najlepsze opowiadanie, nie oznacza od razu, że cała reszta jest fatalna. Wiktor miała prawo ocenić je tak, jak oceniła, nie odbieraj jej tego. 

 

zastosowanie kryterium “obiektywnego”, o charakterze definicyjnym, nienależącego do powszechnie znanego i uznanego repertuaru definicyjnego (’weird wyklucza dosłowność czy historyczność kontekstu fabuły’)

Żongler nigdzie nie napisała, że historyczność wyklucza się w weirdzie z definicji. Ja to odebrałam jako jej subiektywną opinię, że historyczność szkodzi weird. Jakby mnie o to zapytać, to się zgodzę – większość klasycznego weird nie posiada osadzenia w konkretnym czasie i przestrzeni i to może stanowić pewnego rodzaju wzorzec. Co nie znaczy, że twoje opowiadanie jest słabe. Widocznie w oczach Żongler trochę na tym straciło, w moich nie. Takie gusta.

 

Protestuję jedynie przeciwko konkretnym zarzutom wobec tekstu, które jak na razie dostałam.

To brzmi trochę jakbyś protestowała przeciwko merytorycznym komentarzom, gdzie jurorzy wypisują ci, co jest okej w tekście, a co nie. 

 

To był wysokoprofilowy konkurs, nie o natkę pietruszki, jak większość na portalu, stąd i emocje większe.

Zdaję sobie sprawę, że stawka była wysoka i stąd to rozgoryczenie, ale kurczę – powtarzam. To konkurs Żongler, organizowany przy pomocy Wiktora i stna. Mogli wyróżnić nawet Matkę Teresę, ich wola. Ich konkurs, ich wysiłek, ich nagrody. O to mi się głównie rozchodzi.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Gusta, tak, gustami, ale gdyby wynik każdego konkursu był zależny tylko od gustów jury, to wszelka rywalizacja staje się płytkim i nudnym wybieraniem najdorodniejszego ziemniaka albo jest równa wręczeniu talonu na balon ulubionej osobie. Zupełnie nie o to chodzi. Ideologicznie, konkurs to popis umiejętności, literackiego wyczucia i smaku, odwagi pisarskiej, świeżości spojrzenia, i odkryciu tychże u dowolnej osoby, choćby i Matki Teresy (sy :3).

 

Moje rozumienie weirdu opiera się i na klasyce: Kafka, Poe (ale tym w “Prawdziwym opisie wypadku z P. Waldemarem”) i Grabiński (Parkan), ale też (new) weird Guni – chociażby w “Pokoju Anny” albo ‘”Bardzo długo była tylko ciemność”. Wojciech Gunia jest również patronem konkursu, więc może to w jego gusta należało się “wstrzelić”?

 

Mam taki cytat Marka Wydmucha definiujący weird fiction:

“Nie wolno pod żadnym pozorem dopuścić do tego, by czytelnik podczas lektury choć przez chwilę poczuł się widzem: z widowni właśnie, z zewnątrz opowiadania, dostrzeże on najprędzej cały jego deszczowy szafraż i przejrzy błyskawicznie nieskomplikowany w gruncie rzeczy mechanizm tworzenia nastroju grozy”

 

IMO to już mistrzowskie WF, tych najwyższych lotów, choć i tak jedno z wielu jego “odmian” (?), oczywiście. Terror, traumę (zgadzamy się, Darconie) można wprowadzić z pomocą wielu technik i urządzeń, byleby tylko zrobić to dobrze.

 

Utarte ścieżki są wygodne i oczywiście się sprawdzają, ale konkurs, szczególnie dotyczący czegoś, co niekonieczne jest znane i lubiane, jest świetną okazją do skręcenia na nieznany grunt (o tym mówił konkretnie Darcon). Mój problem z historycznością weird fiction dotyczy tego, że przyjęte ramy jednak w jakimś stopniu wyręczają fabułę, przez co dużo trudniej pokazać niebanalne umiejętności autora. Nie świadczę, że nie można. Zwyczajnie dochodzi obowiązków. Należy skupić się w równej mierze i na historii, i na jej poprawności, i na konwencji, i na mnóstwie innych mnóstw. A te mnóstwa są dodatkowo ograniczone przez limit.

Gdyby przykładowy garncarz, który całe życie robi garnki, zapisał się na konkurs robienia porcelanowych filiżanek w niebieskie cętki, z większym podziwem i radością zobaczę u niego nie garnek w niebieskie cętki, a faktyczną porcelanową filiżankę – choćby i nie była najpiękniejsza; gdyby była, to garncarz mógłby spokojnie zmienić branżę i zarobić kokosy – taka próba i jej efekt jest stokrotnie ciekawszy i świadczy o nie byle jakich umiejętnościach. 

Coś takiego z pewnością zrzuciłoby mnie z krzesła. Może nawet spadłabym w nieznane. A jak rzecze klasyka, bo klasyki podobno mało: “Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym”.

 

Pozdrawiam Was mhrocznie.

u dowolnej osoby, choćby i Matki Teresy (sy :3)

Tak, przy założeniu, że Matka Teresa wstałaby z martwych i spełniła wymogi regulaminu :D

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Nowa Fantastyka