- Opowiadanie: Exalaris - Stworzenie świata według Belerofontian

Stworzenie świata według Belerofontian

Hasło: Bordowe Odludzie

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Stworzenie świata według Belerofontian

Troje ludzi przedzierało się z ogromną determinacją przez Bordowe Odludzie. Szeregowy Kornik, kapral Blorth oraz doktor Lindhorm, ubrani w ciężkie wojskowe egzoszkielety chroniące przed zabójczymi warunkami naturalnymi panującymi na Meduzie, uciekali przed hordą Koherentnych Ghuli. Była to grupa przypominająca zombie istot, z których duża część jeszcze kilka godzin wcześniej była ich całkiem żywymi towarzyszami. Horda pojawiła się nagle w bazie Kandum w Kaskadzie, formacji skalnej położonej w samym sercu Odludzia, gdzie znajdowało się źródło wszelkiej dziwności, z której słynęła Meduza – Szczelina. Zaskoczona załoga nie miała większych szans z masą wrogów. Z masakry uratowała się tylko dwójka żołnierzy i uczona zajmująca się badaniem Szczeliny. 

Mała biała kropka na jaśniejąca na zielonym niebie– gwiazda neutronowa, wokół której krążyła Meduza– zbliżała się nieubłaganie ku horyzontowi, a na wschodzie zaczęły się pojawiać ogromne smugi. 

– Zaraz będzie noc! – powiedział Blorth. – Musimy znaleźć schronienie!  

Wszyscy wiedzieli, że na każdej planecie warto spędzać noc w jakiej kryjówce, ale na Meduzie noce, chociaż z powodu jej budowy i położenia wcale nie były ciemne, były niewyobrażalnie niebezpieczne. 

– Tam, za wzgórzem, jest chyba jakaś jaskinia! – Kornik wskazał na ciemniejszy kontur wybijający się z masy bordowych skał. 

To rzeczywiście była całkiem przestronna jaskinia. Kilkadziesiąt metrów kwadratowych powierzchni pokrytej ciemnoczerwonym pyłem i gdzieniegdzie drobnymi czarnymi strzępkami grzybni niemal niewidocznej przy znikomym świetle dla oka. 

– Wersal to to nie jest, ale nie ma co narzekać – oceniła Lindhorm. – Zawsze mogło być gorzej. 

– Bywało gorzej– rzekł szeregowy. – Na placówce na planetoidzie w układzie Delta Mjolniri musieliśmy przez tydzień spać w acetonowym jeziorze razem z ławicą dzikich kloprów. To dopiero były spartańskie warunki. Przy tamtym ta pieczara jest całkiem przytulna. – Uśmiechnął się nostalgicznie. 

– Dobrze, musimy odpocząć. Szeregowy, wy weźmiecie pierwszą wartę. Zmienię was za parę godzin. 

– Tak jest, kapralu!  

– My, pani doktor, powinniśmy już iść spać. Jutro musimy ułożyć plan dalszego działania i ruszyć w drogę! 

Doktor Lindhorm przytaknęła i ułożyła się do snu. 

– Pani doktor, pani się zna na rzeczy, to mi może pani wytłumaczy, skąd biorą się te wszystkie dziwne rzeczy na tej przeklętej planecie– powiedział Kornik. 

– Przychodzą przez Szczelinę. 

– No, to wiem. Ale skąd? 

– Hmm. Nie do końca wiadomo, ale ja uważam, że Szczelina prowadzi do Kuriozum. 

– Gdzie? 

– Jest taka historia pochodząca z planety Belerofont w fermi-konstelacji Hulka. Opowiada o stworzeniu świata. 

– Świetnie, tylko jeszcze wykładu nam do szczęścia brakowało! – burknął Blorth. 

– To nie wykład, tylko opowieść. Do poduszki, można by rzec.– broniła się Lindhorn. 

– Proszę się nie przejmować, pani doktor. Kapral tak tylko marudzi, bo ma to we krwi. Nie nam pani opowiada, i tak nie mamy nic lepszego do roboty. 

– No dobrze. 

 

Na początku nie było niczego. Nie było światła, ciemności, bytów konkretnych ani abstrakcyjnych, nie było nawet pustki, bo nie było na nią miejsca, skąd niby miałoby się wziąć? Na początku nie było niczego, ale nikomu to jakoś nie przeszkadzało. I to nie tylko dlatego, że w ogóle nie było nikogo, a gdyby był, to nie miałby czasu na narzekania (bo, jak pewnie zgadliście, czas też jeszcze nie istniał), ale dlatego, że ten przed-przedwieczny stan Niebytu był całkiem niezły. Jedyny moment idealnej równowagi, bezkresnej stabilizacji, całkowitego spokoju. I tak trwała ta wieczność skupiona w jednym punkcie, niezniewolona jeszcze prawami czasu, przestrzeni i elementarnej przyzwoitości, aż nadszedł jej koniec– Początek. A Początek nastał, gdy pojawili się Oni. 

Gatf, Vlin i Dypz– trzy istoty o nieodgadnionej naturze i nieograniczonych mocach, które dziś nazwaliśmy transcendentnymi, ale wtedy byli tak po prostu. Nie wiadomo, skąd się wzięły ani jak powstały– czy pojawiły się przez przypadek, czy może zrodził ich jakiś wewnętrzny mechanizm Niebytu, a może stworzył je jakiś jeszcze bardziej transcendentny byt? Uczeni do tej pory głowią się nad tym zagadnieniem, a wśród teorii wyjaśniających genezę Onych największą popularnością cieszą się dwie teorie o wdzięcznych nazwach: „Zamknij się” i “Nie zadawaj durnych pytań”. Nie to jest jednak najważniejsze w tej opowieści – najważniejsze, a zarazem najciekawsze, jest to, co Oni zrobili, gdy już zaczęli być. 

Oni byli rodzeństwem, o ile można tak określić istoty tego pokroju. Każdy z nich był uosobieniem jednego z aspektów Absolutu, nieograniczonym z natury. Gatf był wszechmocą: mógł jednym słowem i pstryknięciem metafizycznych palców stworzyć i unicestwić absolutnie wszystko– gwiazdy, mgławice, galaktyki, czarne dziury, białe góry, blatfy, uklehmanogi, a nawet same alakazaramy. Ale był tu też haczyk. Nie można bowiem stworzyć alakazaramów, jeśli nie wie się, czym są alakazaramy. Nie wystarczy powiedzieć „Niech powstaną alakazaramy”– trzeba je sobie wyobrazić, zrozumieć, określić ich tożsamość. A Gatf wiedzę i wyobraźnię miał słabą, co czyniło jego wszechmoc co najmniej bezużyteczną. Na szczęście był przy nim Vlin – uosobienie wszechwiedzy. On wiedział wszystko, co można było wiedzieć – i odrobinę tego, czego wiedzieć się nie dało. Był logiką – sprawiającą, że rzeczy mające działać, działają – ale zimną, bezduszną, bezcelową. To była słabość Vlina. Dlatego trzecim Onym, dopełniającym pierwszą dwójkę był Dypz – wszechdobro. W przeciwieństwie do nich Dypz rozumiał nie tylko swoje własne jestestwo, ale potrafił wczuć się w innych. Pragnął, aby każda istota, która miałaby się kiedykolwiek pojawić, mogła żyć szczęśliwie w harmonii z innymi istotami, i to prawie tak mocno, jak producenci parówek pragną, by nikt nie dociekał, skąd biorą mięso do swoich kiełbasek. 

W pewnym momencie, zmęczeni tylko własnym towarzystwem, Oni postanowili stworzyć jakiś świat. Wzięli się więc do roboty. Vlin przygotował miliony milionów planów nowego świata – każdy z nich wypełniony niezliczoną liczbą bytów, znaczeń, miejsc, praw i oczywiście istot. Każdy z tych potencjalnych światów był starannie zaprojektowany, niczym precyzyjny zegar ze skomplikowanym mechanizmem wymyślonym przez genialnego, acz moralnie upośledzonego wynalazcę. Dlatego wszystkie te projekty musiał przejrzeć Dypz i wybrać z nich te, w których żywe istoty nie miały być uwięzione w niekończącej się pętli wiecznej agonii. Co ciekawe, ten niezbyt wygórowany warunek udało się spełnić ośmiu projektom, z których tylko w trzech żywe organizmy nie musiały zmagać się z przeciwnym im środowiskiem naturalnym, a tylko w jednym nie odczuwały usilnej potrzeby unicestwienia siebie nawzajem. Gaft, całkiem zadowolony z faktu, że dostał gotowy plan i nie musiał babrać się w jakże trudnej sztuce myślenia, skupił się na swoim akcie kreacji i pstryknął palcami. Tak powstało Paradisum– raj. 

Oni byli zadowoleni ze swojego dzieła. Gaft podziwiał jego rozmach, Vlin elegancję, a Dypz napawał się radością zamieszkujących go istot. Niestety, bracia szybko się pokłócili, a poszło o to, że Dypz, według reszty Onych, nie miał żadnej istotnej roli w stworzeniu Paradisum. W wyniku tej sprzeczki Dypz postanowił opuścić boskie trio zaszyć się w raju, podczas gdy Vlin wpadł na jakże genialny pomysł, aby razem z Gaftem udowodnić swoją rację. Zaprojektował więc nowy świat, jeszcze bardziej idealny niż poprzedni, bo nieograniczony takimi absurdalnymi koncepcjami jak “dobro”, “etyka” czy “podstawowe zasady współżycia społecznego”. Jego fantastyczny projekt zyskał natychmiastową aprobatę Gafta, który bez chwili namysłu wcielił go swoją wolą w życie. Efektem ich wspólnych wysiłków był, co mogła przewidzieć każda istota myśląca w stopniu przewyższającym możliwości intelektualne gąbki morskiej, mroczny świat pełen rozżarzonej lawy, wiecznie płonących skał i kwasowego powietrza, zamieszkały przez plugawe istoty o umysłach spaczonych chęcią szerzenia chaosu, rozpaczy i niskich standardów higieny osobistej wszędzie dookoła. Tak powstało Infernum– piekło. 

Widząc, jak gorzkie piwo nawarzył, Vlin postanowił udać się do Dypza z przeprosinami, a przy okazji posiedzieć sobie trochę w raju. Gaft uznał to za akt zdrady, a że na liście jego największych zalet (ułożonej notabene przez niego samego, co naprawdę wiele wyjaśnia) pierwsze miejsce zajmuje kompletny brak umiejętności nauki na własnych błędach, postanowił samodzielnie stworzyć jeszcze jeden świat, tym razem całkowicie według własnego projektu. Używając całych swoich zapasów kreatywności, wyobraził sobie coś, co przypominało mu (i tylko jemu) dobrze funkcjonującą rzeczywistość, a że nie wykazywał się nadmierną cierpliwością (co jest zrozumiałe– skoro można wszystko, to po co miałoby się na cokolwiek czekać?), to natychmiast ucieleśnił swoją koncepcję. Tak powstał świat bez rozumu ani serca– Kuriosum. 

Kuriosum było dziwnym, niestabilnym planem egzystencji. Choć nie zajmowało wiele miejsca w Niebycie, to wewnątrz było nieskończone. Nieograniczoną pustkę wypełniały w nim niezliczone byty, których istnienia nie da się ogarnąć rozumem; dinozaury-poruszające-się-tylko-wspak, prawdziwie fraktalne pasożytnicze grzyby, alakazadary w kształcie pączków z dziurką to ich naprawdę najbardziej racjonalne przykłady. Kiedy Gaft przechadzał się po swoim arcydziele, powili docierało do niego, że mógł popełnić duży błąd. Jednak w prawdziwy popłoch wpadł, gdy zauważył, że przebywając w tym świecie, jego nieskończone jestestwo ciągle stawało się coraz mniej nieskończone. Zdawało się, że chaotyczna, nieskrępowana zasadami logiki przestrzeń Kuriosum pochłaniała wszystko, co pochodziło z zewnątrz, i zmieniła w część wymiaru. Gdy udało mu się stamtąd wyrwać odkrył, że Kuriosum ciągle się rozrasta i zaczęło już pochłaniać Infernum. Postanowił więc naprawić swój błąd i wymazać swoje dzieło z egzystencji, kiedy jednak pstryknął palcami, Kuriosum nie tylko nie zniknęło, ale nadal rozrastało się niczym ciasto drożdżowe do którego ktoś zamiast zwykłych drożdży, wsypał fraktalne. Gaft udał się po pomoc do swoich braci, którzy jednak też nie wiedzieli, co robić. Vlin doszedł do wniosku, że nie dało się zniszczyć Kuriosum, ponieważ nie wiedzieli, jak było zbudowane i w jaki sposób działało, a akt niszczenia to tak naprawdę akt tworzenia, tylko z przeciwnym znakiem, więc w obydwu aktach działają takie same zasady. Oni musieli znaleźć inne rozwiązanie, więc zgodnie ze starym porzekadłem “gdy nie możesz usunąć problemu, schowaj go pod dywan”, postanowili zjednoczyć siły i wspólnie stworzyć jakąś zaporę, mur obronny, strefę buforową oddzielającą kłopotliwy świat od reszty stworzenia. Ta zapora musiała być stabilna i uporządkowana, aby nie została wchłonięta od razu w wyniku działania zasady nieodróżnialności (która to stanowi, że jeżeli byt atakowany jest nieodróżnialny od bytu atakującego, to od razu staje się de facto jego częścią), a jednocześnie chaotyczna, nieprzewidywalna i ciągle się powiększająca, by ciągle się odnawiać. Tak samo jak na początku historii, Vlin stworzył rożne plany, Dypz wybrał najlepszy z nich a Gaft wcielił go wcielił go w życie. Tak powstał nasz Wszechświat. 

Trzej Oni pogratulowali sobie znakomitej roboty, doszli do wniosku, że mają dość tworzenia i postanowili odejść na wieczną emeryturę do Paradisum. Wszystkie stworzone przez nich światy zaczęły żyć własnym światem, a Wszechświat spełniał swoją rolę perfekcyjnie, dzięki czemu Kuriosum już nie zagrażało innym planom egzystencji. W każdym razie do czasu, kiedy w samym sercu Bordowego Odludzia, obszaru leżącego na planecie Meduza okrążającej starą gwiazdę neutronową gdzieś na obrzeżach Wszechświata, nie pojawiła się mała międzywymiarowa szczelina. 

– No i tak podobno było. Czy to prawda? Kto to wie? Belerofontianie w to wierzyli. Ja uważam, że może być w tym ziarno prawdy. – podsumowała Lindhorm. Żaden z jej towarzyszy nie odpowiedział. – Hej, już śpicie? Kapralowi się nie dziwię, ale wy, szeregowy, mieliście stać na warcie! – powiedziała żartobliwym tonem. Znów nikt nie odpowiedział. Podniosła głowę, spojrzała na Kornika i zamarła. W słabym świetle prześwitującym przez wejście do jaskini zobaczyła, że cały pancerz szeregowego był szczelnie pokryty czarną, śluzowatą grzybnią. Od razu rozpoznała jedną z najniebezpieczniejszych form życia na planecie– fraktalne grzyby. Te pasożytnicze istoty były niemal niezniszczalne dzięki swojemu kształtowi. Tak jak matematyczne fraktale, miały nieskończoną długość i zerową powierzchnię, dzięki czemu były odporne na większość znanych metod eksterminacji. Grzyb musiał zaatakować Kornika, kiedy ona opowiadała historię. Wiedziała, że nie ma już dla niego ratunku. Strzępki pasożyta z pewnością zaczęły przerabiać jego ciało na łatwą do wchłonięcia papkę. Teraz musiała myśleć o sobie. Chciała uciec z jaskini, ale kiedy próbowała wstać, zorientowała się, że grzyb już oblepił jej egzoszkielet od brzucha w dół, skutecznie przytwierdzając go to podłoża. Wpadła w panikę i zaczęła się szarpać, mimo że zdawała sobie sprawę z beznadziei swojej sytuacji. 

Nie minęło wiele czasu nim nieskończony grzyb zgasił ostatnie tlące się światełka ludzkiego życia na Meduzie. I znów na tej niezwykłej planecie jedynymi istotami były te, które przybyły z Kuriosum. 

Koniec

Komentarze

Pomysł jakiś w tym jest, są jakieś zaczątki kreacji nastroju, nawet niezłe, ale fabuła się sypie. Mam wrażenie, że w niewielki limit próbujesz upchnąć za dużo tła, zbyt skomplikowaną historię i za wiele detali świata. Efekt jest taki, że bardziej chwilami streszczasz niż piszesz opowiadania. IMHO żeby to był udany tekst, trzeba jeszcze nad nim popracować, ale perspektywy są :) 

Jest jakiś pomysł, ale niewykorzystany. Dla mnie to bardziej streszczenie niż opowiadanie.

Przynoszę radość

Zgodzę się z przedpiścami: opowiadanie składa się praktycznie tylko z mitu stworzycielskiego, brak w nim rozwinięcia fabuły. Gdzieniegdzie literówki.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Troszkę efekt streszczenia, chociaż atmosfera, jaką stworzyłeś w tym tekście jest bardzo interesująca i obiecująca. Widzę tu jednak tylko zalążek czegoś, co można by i trzeba rozwinąć smiley

Ciekawy świat przedstawiony, któremu jednak zabrakło w moim odczuciu trochę fabuły. Początek dotyczący losów ekipy badawczej i obstawy, który mógłby z powodzeniem stanowić mięsisty wstęp do tej historii, traktujesz właściwie jak streszczenie wydarzeń, chcąc jak najszybciej przejść do sceny noclegu i opowieści. Sama opowieść w moim odczuciu mogłaby być stylistycznie i formalnie wyodrębniona, na upartego mogłaby stanowić osobny utwór. I jest ciekawa, mam jednak nadzieję, że cała reszta – troje bohaterów, których dałoby się ciekawiej zarysować, i tajemniczy, dość skąpo opisany świat, który moglibyśmy poznać lepiej – wszystko to powstało jedynie po to, by mieć gdzie wstawić przypowieść o Onych. Hasło konkursowe jest tu wmanipulowane, ale w moim odczuciu raczej po linii najmniejszego oporu; wprawdzie istnieje jako nazwa geograficzna, ale nic więcej się z nim nie dzieje. Ani to odludzie szczególnie bordowe, ani istotne dla toku akcji. Gdyby było Szmaragdowym Pustkowiem, też wyszłoby na to samo. W związku z tym jestem zmuszona uznać, że hasło konkursowe zrealizowane jest w raczej połowicznie. Pod względem stylistycznym jest przyzwoicie, dopatrzyłam się paru zakłóceń, myślę też, że należałoby popracować nad tym, aby język, prócz pełnienia funkcji informacyjnej, sam w sobie był barwnym elementem opowiadania.

Nie miałabym większego problemu ze skumulowanym tekstem, gdyby dotyczył weird fiction i płynącej świadomości bohatera, tutaj widzę jednak przygodę trójki bohaterów brnących przez topornie zarysowany świat przedstawiony, opisany równie toporną manierą narratora. Kuriozum rzeczywiście się rozrasta, i miałoby to swoje zastosowanie w powieści sci-fi, ale ciężko tu odszukać podstawowe założenia konkursu. Samo istnienie Kuriozum i “dziwność” jego mechanizmów jest wytłumaczalne nieznajomością świata. Próżno również szukać tutaj zwyczajnej grozy – wpadasz w kronikarskie światotwórstwo, krzywdząco streszczone limitem. W dodatku nie jesteś konsekwentny, wplatając subiektywne oceny narratora: “Co ciekawe”, “Ale był tam haczyk”, itp. Dostojność świata koliduje z czyimś nieustannymi wtrąceniami. Nie byłby to minus, gdybyś trzymał taką stylizację przez całości historii, ale wydaje mi się, że tutaj wszystko niezdrowo się zmieszało.

 

zasady nieodróżnialności (która to stanowi, że jeżeli byt atakowany jest nieodróżnialny od bytu atakującego, to od razu staje się de facto jego częścią)

Wtrącenia wtrąceń, zupełnie zbędne.

 

“starym porzekadłem “gdy nie możesz usunąć problemu, schowaj go pod dywan”

 

Porzekadło to ludowe powiedzenie, zwykle zawierające jakąś sprawdzoną mądrość.

 

“byty, których nie da się ogarnąć rozumem”

 

Masz problem z dosłownością. Samo podważenie logiki (jakim rozumem? o jakich granicach? co ogarnąć?; z bytem kosmologicznym nie ma tak łatwo, niestety) nie pokazuje, że coś jest ciężkie/trudne, a przez to absurdalne lub dziwne. Gdybyś pokazał to “nieogarnięcie” czymś więcej, niż stwierdzeniem, może dałoby się z tej dosłowności wybronić i pójść w konkretny surrealizm/bizarro.

 

Samo hasło również jest wyjątkowo dosłowne, w dodatku łatwo je zastąpić.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

 

Nowa Fantastyka