- Opowiadanie: funthesystem - Prawie

Prawie

Hasło: neuropatyczna abolicja. 

Bardzo, bardzo proszę, żeby nie zaglądać do komentarzy przed lekturą. 
 

Słownik dla chętnych:

Neuropatia – choroba nerwu obwodowego (czuciowego, ruchowego lub autonomicznego).

Abolicja – zniesienie jakiegoś prawa/akt prawny nakazujący umorzenie lub niewszczynanie postępowania karnego. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Prawie

Przynajmniej dzieci wciąż się śmiały. Jedno płakało, mały wymuszacz waty cukrowej. Buzie rozrumienione zabawą na świeżym powietrzu, umorusane smakołykami, od których później rozboleją brzuchy. I rozrosną się brzuchy. Zaczną gnić stopy. Aż przyjdzie pan fotograf, przepraszam, czy można zrobić zdjęcie na paczkę papierosów? Ale to później.

Póki co dzieci śmiały się z Bartłomieja Lipca. Śmiały się z nim, śmiały się do niego, śmiały się dzięki niemu. A on żonglował: najpierw klasyczna kaskada pięcioma kolorowymi piłkami, tak długo, jak zdołał; potem jedna mu spadła, więc zaprezentował fontannę czteroma, z której przeszedł do synchronicznych kolumn – te jednak nie zdobyły większego uznania – zatem pozwolił kolejnej piłce wylądować na głowie i rzucał tylko trzema w kółko, jak w kreskówkach, udając, że rozgląda się za zgubioną. Spośród wszystkich wolontariuszy to właśnie przed nim zebrał się największy tłumek. Złośliwi mogliby powiedzieć, że zawdzięcza sukces swojej pociesznej tuszy – it’s funny because he’s fat – ale dziwnym trafem złośliwi w obecności Bartka zwykle milczeli.

Był klaunem, który nie nadawałby się do przyzwoitego horroru, i człowiekiem, który nadawałby się do średniego dramatu.

Złapał piłki. Ukłonił się w pas. Czuł brawa.

Aplauz zawsze nieprzyjemnie mrowił, najmocniej przy kącikach ust. Był trochę kwaśny, piekący i w niczym nie przypominał dźwięku wydawanego przez uderzane o siebie dłonie. Uczucie mijało dopiero, kiedy Bartłomiej przestawał się uśmiechać.

Tego dnia obiecał sobie wytrzymać do końca. Słońce górowało na bezchmurnym niebie, festyn pod zamkiem jak z bajki miał potrwać jeszcze kilka godzin. Bartłomiej skupił się na rododendronach. Różowych kwiatów nie czuł w żaden sposób i to go uspokajało.

– Hej, jak ty to robisz?

Głos Igi był jak wiatr na policzku. Bartek odwrócił się, uważając, by nie zgubić uśmiechu.

– Generalnie najpierw podrzucam, a potem martwię się łapaniem.

– Znam lepszych żonglerów, ale ty…

– Bo cały sekret polega na tym, żeby się za bardzo nie martwić i pozwolić czasem piłkom się wymknąć.

Poczuł jej krótki śmiech pod skórą. Jak pająki albo pochwała od ojca rzucona mimochodem znad gazety.

– Chciałam ci tylko powiedzieć, że cieszę się, że dołączyłeś do naszej grupy.

Odeszła. Bartkowi – w za dużych butach, z wielkim czerwonym nosem i w kolorowej peruce – dopiero teraz zrobiło się głupio. Chciałby porozmawiać dłużej, dlaczego nie wyszło? Z jednej strony miał wrażenie, że mogłoby mu się z Igą udać, a z drugiej strony czuł, że nie, to się nigdy nie stanie, taka dziewczyna go nie zechce, bo jest szczupła i zdrowa, a on otyły i chory. A jeśli nawet by schudł… Coś wtłaczało mu do głowy niechcianą myśl, że Iga jest jak marchewka na kiju zamocowanym do jego pleców. Nigdy jej nie dogoni.

Nie tylko z Igą tak miał. Od kilku lat każda okazja w życiu wydawała się właśnie taka: tuż poza zasięgiem. Zastanawiał się, czy ma to związek z chorobą.

Spojrzał na rododendrony, by poczuć się trochę lepiej.

Wieczorem zdjął kolorowy strój i zmył makijaż, stanął nagi przed lustrem. Twarz miał ładną, sympatyczną. Na skórze rozsiane ślady po wkłuciach, efekt długiej insulinoterapii. Lekarze mówili mu, że sam sobie zapracował na tak ciężką cukrzycę w wieku trzydziestu czterech lat. Chore nerki, oczy, nerwy, „jakby z podręcznika się pan przepisał”. Brakowało tylko studentów, zaglądających pod skarpetki, czy owa sławna stopa cukrzycowa już kwitnie.

Ale żadne podręczniki nie wyjaśniały tego, co czuł. Wyszedł poza granice klasycznej neuropatii: mrowienia, drętwienia, bólów czy przeczulicy; wzgardził synestezją, zrobił krok dalej. Jakby to nie cukier we krwi szargał mu nerwy. Coś innego uszkadzało Bartłomieja.

Teraz, jak zwykle po całym dniu, w jego gardle zbierała się ciemna gula ulepiona z tych wszystkich upokorzeń z dzieciństwa, z koszmarów, których nie było komu opowiedzieć, z rzeczy, które innym wychodzą lepiej, z tego krótkiego śmiechu Igi, jej podziękowania i odejścia, z tego, co w lustrze, i z tego, co dzisiaj bezradne będzie leżało w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Każdego wieczoru chciał gulę wypluć, z obrzydzeniem obejrzeć, poznać wroga, a potem go pokonać. Dzisiaj jeszcze nie miał siły, ale obiecał sobie, że następnego dnia to zrobi.

Później, bezradnie leżąc w łóżku, uświadomił sobie, że nie wszystko czuje w swoim ciele.  

 

***

 

Tego dnia w zachowaniu Bartłomieja Lipca pojawiły się drobne zmiany: innym ruchem zaczesywał włosy, koszulę zapiął od dołu do góry, zamiast odwrotnie, a w drodze do pracy kupił w Żabce wegetariańskiego hot-doga.

Te zmiany są na tyle niepokojące, że lepiej im się bliżej przyjrzeć.

Bartłomiej siedzi za biurkiem. Nic w jego osobie nie zdradza, co robił poprzedniego dnia ani jak się czuł. Ma łagodny wyraz twarzy. Mógłby myśleć o rododendronach i mógłby też myśleć o skórowaniu ludzi żywcem – nie sposób wyczytać z tych oczu wpatrujących się spokojnie w ekran.

Żarciki z kolegami, kawa z koleżankami, niespieszne wykonywanie tasków. Niby dzień jak co dzień.

Ale czemu w drodze do toalety, w której miał odbyć rytuał mierzenia glikemii, zrobił kilka tanecznych kroków? Nie wygląda przecież, jakby humor mu dopisywał. Nie uśmiecha się. Nie lubi tańczyć, bo nie umie. Dotąd coś takiego mu się nie zdarzyło. Staje przed lustrem, marszczy brwi, niektóre mięśnie twarzy tężeją. Sam jest zdziwiony swoim zachowaniem.

Potem, kiedy palce uderzają w klawiaturę, na ekranie pojawiają się słowa, których nie zamierzał napisać. Wzdryga się, wciska z całych sił backspace i rozgląda się, czy nikt nie zauważył.

Słodzi kawę, zamiast dolać mleka. A gdy sięga, by odłożyć cukier, jego ręka sama zbacza i delikatnie muska plecy koleżanki. Ten gest mógłby zostać źle odebrany. Bartłomiej rumieni się, wybąkuje przeprosiny.

Po pracy nie idzie na siłownię, rezygnuje z walki z nadwagą. Wraca prosto do domu. Pewnie jest głodny – nie jadł nic od czasu wegetariańskiego hot-doga. Ale nic nie zamawia, nic nie gotuje. Zdejmuje ubranie, kładzie się na łóżku, próbuje zamrzeć.

Drapie się po zewnętrznej powierzchni uda. Na czoło występują kropelki potu. Niepokoi się. Może wcale go nie swędziało, dlaczego to zrobił? Dlaczego bezruch mu się nie udaje?

Znów się drapie. Mięśnie same pracują: skurcze zginaczy na przemian ze skurczami prostowników, ruchy mimowolne. Drapie. I znów, i znów. Skóra na udzie się czerwieni, będą przeczosy, będzie krew, jak tak dalej pójdzie. I będzie fotograf, który zrobi mu zdjęcie-ostrzeżenie: nie palcie papierosów, bo skończycie jak on. Ta myśl go często prześladowała, choć nie palił. Jedni trafiają na okładki kolorowych magazynów, drudzy do podręczników medycznych. Bartłomiej bał się, że ludzkość zapamięta tylko jego rany. 

Nie wiadomo, o czym myśli teraz. Rododendrony czy rozdrapana do żywego mięsa noga? Nie wiadomo, co czuje.

Może jednak lepiej oddalić perspektywę? Może wycofać się z tej dokumentalnej narracji? Wtedy odzyskałby przewagę, byłby bardziej do przodu. A przecież te zmiany są niepokojące, nieplanowane, choroba wymyka się spod kontroli. Trzeba zapanować.

Bartłomiej próbuje powstrzymać rękę, ale ręka sama drapie.

Próbuję mu pomóc.

Ale i tak przeczosy, krew.

 

***

 

Bartłomiej Lipiec nie wkłada dziś koszuli, tylko strój klauna.

– Przyjdę po ciebie – mówi, choć jest w mieszkaniu sam.

Powinien iść do pracy, nie do szpitala. W autobusie śmieje się z niego dwóch nastolatków. Bartek pokazuje im sztuczkę z monetą. Miała mu się nie udać, piątak miał wypaść, potoczyć się po podłodze, aż do kierowcy. Ale się udaje, moneta znika.

Dwóch nastolatków śmieje się do niego.

W szpitalu go znają, pozwalają mu na niezapowiedziany pokaz. Przed pacjentami pediatrycznymi odgrywa swoje najlepsze numery. Próbuję mu je popsuć albo chociaż zmienić kolejność, Bartek stara się robić po swojemu, ale i tak wychodzi nieco inaczej. Drobne zmiany w sztuczkach, zmiany w ruchach, których chyba nikt nie dostrzega. Nie rozumiem, skąd się wzięły. Nie ode mnie. Od niego? Wygląda na zaniepokojonego. Mimo to uśmiecha się w trakcie żonglowania. Potem są brawa, a ja nie wiem, czy tym razem aplauz mrowi go w kącikach ust.

Mógłbym Bartłomieja porzucić. Na co mi bohater, który się wymyka spod kontroli? Miał chorować, miał cierpieć. A on, na przekór, lekceważąc narzucony wcześniej ton, łamiąc prawa narracji, omijając konwencję, wygląda teraz na szczęśliwego. Niesie radość innym i sam zdaje się z tego cieszyć.

Chyba że to jego choroba wymyka się spod kontroli? Nie cukrzyca, tylko ta druga, którą mu dałem?

Nie rozumiem. Mógłbym porzucić, ale boję się spuścić z oczu.

Na pasiastych spodniach Bartłomiej wykwita ciemnoczerwona plama. Strupy po drapaniu puściły. Jeden dzieciak myśli, że to część sztuczki, ale inny, bardziej kumaty, zaczyna beczeć. Bartek blednie pod makijażem. Wychodzi. Ucieka do toalety. Płacze, chce zmyć z twarzy farbę.

Zdejmuje sztuczny nos.

Zakłada sztuczny nos.

Zdejmuje sztuczny nos.

Zakłada sztuczny nos.

Zdejmuje sztuczny nos.

Zakłada sztuczny nos.

Walczymy.

Próbuję zrozumieć, co poszło nie tak. Bartłomiej Lipiec miał chorobę ciała, a ja dorzuciłem mu chorobę duszy – cukrzyca uszkadza powłokę człowieka, a nadmiar nieuchwytnej, niemierzalnej goryczy niszczy wnętrze. Chciałem tylko zaburzyć mu czucie, trochę inaczej niż robi to nadmiar glukozy we krwi, trochę mocniej. Nie przewidziałem, że metaforyczna neuropatia ogarnie też sferę ruchową i autonomiczną, „jakby się z podręcznika przepisała”, przez co mój bohater zyska niezależność i wyzwoli się z literackich ograniczeń. Tłumaczę to sobie, by znów nad nim zapanować. Nie pomaga.

Bartłomiej zdejmuje sztuczny nos. Nachyla się, by przemyć twarz. Patrzy w lustro.

– Wiem, że jesteś – mówi.

Nie ingeruję.

– Czuję cię – mówi. – Czułem cię już wcześniej. Więc to pewnie kwestia czasu, aż będę mógł tobą poruszać. Aż będę mógł tobą kierować.

Zaskakujące, ile jadu się kryło w tym pociesznym człowieku. Trochę mnie to wszystko przeraża, trochę bawi, trochę fascynuje. Trochę mi wstyd.

– Udajesz, że cię nie ma? – pyta.

Nie ingeruję. Jestem bezpieczny. To tylko zmyślona historia. Zawsze mogę porzucić.

– Obejrzyj się – mówi dalej Bartek, patrząc w swoje odbicie, jakby myślał, że jesteśmy do siebie podobni. – Spójrz pod nogi.

Z lekceważącym uśmieszkiem rozglądam się po pokoju. Wszystko na swoim miejscu, ten sam znajomy bałagan.

Coś w twarzy Bartłomieja mięknie. Może traci pewność. Może dociera do niego, że zwariował. Bez przekonania dodaje:

– Wyjdź. Wyjdź z pokoju.

Jakby chciał, żebym odszedł od słów, w których jest zawarty.

Teraz to ja tracę pewność. Wariuję?

Wyjdę. W przedpokoju nic nie będzie.

 

***

 

Na podłodze w przedpokoju leżała moneta, piątak. Pewnie wypadł Ali z kieszeni.

Chciałem wrócić do pisania, ale Bartłomieja już nie ma. Zniknął.

 

***

 

Zostawiłem tę historię, ale historia nie zostawiła mnie. Czuję się nieswój. Udo często swędzi, w kącikach ust mrowi, a palce drętwieją i trafiają w złe klawisze. Na wszelki wypadek zrobiłem sobie badania – cukier w normie.

Chyba muszę znaleźć Bartłomieja.

 

***

 

Bartłomiej Lipiec jest tam, gdzie się go nie spodziewam: blisko Igi. Bliżej niż dotąd, ale wciąż nie tak blisko, jak by chciał. Siedzą przy kawie, rozmawiają niezobowiązująco.

Ostrożnie go sprawdzam. Najpierw niezauważalne drgnięcie palca, potem delikatne przesunięcie stopy, w końcu dotknięcie filiżanki. Porusza się tak, jak mu to napiszę. Nieświadomy mojej obecności. Muszę subtelnie podjąć opowieść. Byle nie spłoszyć.

Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zrobić inaczej, czy nie złamać zasady „wszystkie okazje w życiu Bartłomieja Lipca tuż poza jego zasięgiem”. Może dam mu Igę, a następnie odbiorę? Chcę, by poprawiła włosy. Nie słucha.

Znikąd pojawia się pokusa, by po cichu wejść do głowy Bartłomieja, wniknąć głębiej niż dotychczas i stamtąd pociągać za sznurki.

Wchodzę.

I jestem tam, gdzie się nie spodziewałem być: bliżej Igi. Wciąż nie tak blisko, jak bym chciał. Biorę łyk kawy, której smak przypomina lęk przed potrąceniem sarny. Staram się przez chwilę delektować tym niezrozumiałym uczuciem. Potem próbuję się skupić na tym, po co tu przyszedłem. Wiercę się w fotelu, szukam wygodniejszej pozycji, ale siedzi się tu jak…

To nie do opisania. Koncentruję się. Otwieram usta, by uczynić rozmowę bardziej zobowiązującą, ale z moich ust wydobywa się tylko:

– Dobra, ja muszę już spadać.

Wychodzę, choć chciałbym zostać.

W autobusie patrzy na mnie dwóch nastolatków. Wyciągam monetę, by pokazać im sztuczkę, ale piątak prześlizguje się między palcami, wypada. Toczy się po podłodze aż do kierowcy.

Dwóch nastolatków śmieje się ze mnie.

W domu zdejmuję ubranie, padam na łóżko i przez dwie godziny śmiertelnie znudzony trwam w bezruchu. Myśl o kwitnących rododendronach pomaga nic nie czuć. Potem – trochę przerażony, trochę rozbawiony, trochę zafascynowany – siadam przed komputerem.

Z odrobiną wstydu zaczynam pisać o Krzysztofie Matkowskim, niedoszłym autorze, którego przejrzałem i do którego jeszcze nie dociera, że wpadł w pułapkę. Teraz ja będę decydował, jak uszkodzę jego czucie, jego ruchy, jego autonomię.

Na początek odrywam go od komputera i każę żonglować. Krzysztof jest w tym gorszy ode mnie, pięcioma ledwo potrafi, jego trikom brakuje płynności. Ale coś umie, to pierwsze nasze podobieństwo. Przez chwilę napawam się tą mieszaniną zręczności i niezdarności niczym u kulawego tancerza. Potem wyślę go do ludzi, w jego relacjach przejrzę się jak w lustrze, poznam siebie, dopowiem Bartłomieja Lipca, bo przecież jestem niedokończony, ledwo naszkicowany, a gdy już wystarczy, skupię się na zepsuciu Matkowskiego.

 

***

 

W autobusie nikt nie patrzy na Krzysztofa Matkowskiego, nikt się z niego nie śmieje. Piszę go ostrożnie, by nie popełnić tego samego błędu. Gdybym zdradził swoją obecność, mógłby wykorzystać zniesione prawa narracji i odzyskać to, co mu odebrałem.

Krzysiek wyciąga książkę. Czyta, studiuje strukturę zdań i obraca w głowie sens słów. Cudze opowieści jak ziarno: teraz zasiane, popołudniu dadzą plon, który on zbierze, tworząc własne historie. Dzisiaj jeszcze na to pozwolę, ale od jutra zacznę podpalać jego pola, wyjaławiać ziemię, powykrzywiam mu pług i sierp, by całe żniwo było wypaczone.

Jutro. Dzisiaj jeszcze zbieram siebie.

Do Krzysztofa dosiada się „płetwonurek”, palacz, który przed wejściem do autobusu zaciągnął się głęboko, a dym wydmuchuje dopiero w środku. Z kieszeni wystaje paczka papierosów ze zdjęciem – nie inaczej – stopy cukrzycowej.

Zazwyczaj Krzysztof tylko się krzywi i patrzy spode łba na takich ludzi.

– Nie wszyscy lubią smród szlugów, wie pan?

Palacz odwraca się.

– Co powiedziałeś?

– Palił pan tuż przed wejściem do autobusu i teraz wszyscy muszą to wąchać.

– Możesz wysiąść, jak się coś nie podoba.

– Sam możesz wysiąść.

Muszę przyhamować. Zresztą jeden wpierdol byłby za małą karą. Mógłbym oczywiście trochę pomóc Krzyśkowi – więcej problemów by wynikło, gdyby to jednak on sprał palacza.

Ale to za proste. Matkowski nie dał mi depresji ani raka, śmierci w rodzinie ani traumatycznego dzieciństwa. Nie, on wolał podręczyć smutnawego, pulchnego klauna, postać niezbyt tragiczną, ale też umiarkowanie sympatyczną; podpsuć życie tak, żeby nikt nie współczuł, żebym nie miał niczego, co mógłbym winić za swój los. Nie zrobił ze mnie ohydnego tłuściocha, tylko pociesznego grubaska. Co to w ogóle znaczy „pocieszny”? Co śmiesznego w czyjejś tuszy? Po co robić dramat z nadmiarowych kilogramów?

Mój problem nie tkwił w cukrzycy ani otyłości. To nie przez chorobę wszystkie ważne okazje uciekały mi sprzed nosa. Te niepowodzenia – pozornie biorące się znikąd, nazywane mylnie pechem – pochodziły od Matkowskiego, od autora. Moje małe nieszczęście jak deus ex machina.

Palacz nic Krzyśkowi nie odpowiada, obaj milkną.

Potem szpital, zajęcia, seminaria, wywiady, badania, podpieranie ścian w korytarzu. Przysłuchuję się, jak Krzysztof mówi do kolegów, koleżanek, lekarzy, pacjentów. Szukam podobieństw między nim a mną, a w różnicach dostrzegam proste odwrócenia. Ja gruby – on nie. Ja niższy – on wyższy. Odwrotnie z głosem. Moja dykcja lepsza, jego czasem nie rozumieją, proszą o powtórzenie, może jakoś wykorzystam tę słabość? Z pacjentami pediatrycznymi radzi sobie gorzej: dziecko rozpłakuje się, kiedy próbuje osłuchać mu serce. Pomagają koleżanki, odwracają uwagę, zabawiają bobasa, ich sztuczki przypominają o moich – tęsknię za życiem, ale najpierw trzeba napisać.

Potem znowu autobus, bez incydentów, tylko korki. Mieszkanie, Alicja, obiad, drzemka, już późno, pisać czy się uczyć – pozwalam: niech jeszcze dziś sam decyduje. W końcu kolacja we dwoje, taka miła: wino, dobre sery, szynki z Hiszpanii, oliwki z Tesco i świeże pomidory, swojskie, z dziadkowego ogródka. Nie wie, że ostatni raz tak mu smakuje. Od jutra inaczej. Od jutra budujemy w gardle Krzysztofa Matkowskiego ciemną gulę z tych wszystkich szans, których nie wykorzystał, z przykrych rzeczy, które mówi i pisze zbyt często, z niewypowiedzianych złości i niewypowiedzianych przeprosin, z drobnych zaniedbań, z których sobie nie zdaje sprawy i z których zdaje sobie sprawę; z zaniedbań, które są jak niezdrowe przekąski między posiłkami, niech mu się odłożą w duszy.

 

***

 

W zachowaniu Krzysztofa Matkowskiego pojawiają się drobne zmiany: słowa nienapisane, wiedza nieprzyswojona, trudno to zauważyć. Przepełniony zlew mógłby być jakimś sygnałem, ale przecież to się zdarza każdemu. Warstwa kurzu rośnie. Powinien posprzątać, odkłada to jednak na później i to „później” w nim też się odkłada, jak tłuszcz w wątrobie alkoholika.

Te zmiany są na tyle obiecujące, że mogę się powoli wycofywać; niech proces postępuje, jakby mnie nie było.

W autobusie Krzysztof odwraca wzrok i udaje, że nie widzi ledwo stojącej staruszki.

Na zajęcia spóźnia się bardziej niż zwykle.

Pacjentów traktuje bez wyczucia.

Ze znajomymi rozmawia niechętnie; w czasie przerwy odchodzi, staje pod ścianą i po prostu patrzy w ciemny ekran zablokowanego telefonu.

W autobusie powrotnym nie czyta. Czas prześlizguje mu się między palcami, spada, rozpływa się po podłodze, znika, a Krzysiek udaje, że tego nie widzi.

Mieszkanie, obiad, pora na drzemkę, ale nawet płytki sen nie przychodzi, więc zostaje gapienie się w sufit. Alicja jeszcze niczego zauważa, na razie zdenerwowała się jedynie o bałagan w kuchni. On obiecał, że posprząta. Sprząta, ale tylko trochę, byle się od niego odczepiła. Nauka czy pisanie? Nic, prokrastynacja. Każdemu się zdarza, jak przepełniony zlew. Narzeczona pociesza, nie przejmuj się, potrzebujesz odpoczynku i tak zawsze dużo robisz. Oglądają razem serial, jedzą kolację. To i to bez szału. Jednak nie najgorsze.

Krzysiek idzie brać prysznic, staje przed lustrem i wpatruje się intensywnie w swoje odbicie, jakby chciał coś sobie przypomnieć. Mimowolnie drapie się po udzie.

Potem leży w łóżku. Ręka przez chwilę sama z siebie wykonuje dziwne ruchy, jakby obracała między palcami monetę. W końcu przestaje, zamiera.

W gardle coś dławi. To minie, tłumaczy sobie Krzysiek. Trzeba odpocząć, później będzie lepiej.

Oczywiście nie będzie. Będą drugie i trzecie terminy egzaminów, frustracja twórcza, kłótnie z Alicją, ślub pod znakiem zapytania, kłótnie z rodzicami, przyjaźnie pod znakiem zapytania, niechęć i niemoc, niemoc znikąd, niemoc nie do przezwyciężenia, niemoc nieuleczalna, postępująca. Będzie bezruch – jakby ktoś poprzecinał sznurki, dzięki którym Krzysztof Matkowski może funkcjonować.

 

***

 

Chciał dojechać chociaż do jeziora. To było jedno z tych miejsc, w których spędził relatywnie mało czasu, a które miało znaczący wpływ na ukształtowanie go jako człowieka. Obozy w podstawówce, żeglowanie w gimnazjum, rowery w liceum, spacery na studiach – do każdego etapu przypisana inna aktywność, życie rozpisane jak plan powieści, aż za bardzo się wszystko zgadzało. Ale to tylko przypadkowa zależność.

Zostawił miasto, minął wioski, pola, pedałował przez las. Słońce grzało kark, zapach igliwia chłostał po twarzy. Krzysztof czuł to wszystko inaczej niż dawniej, jakby coś wyssało z niego zdolność do cieszenia się jazdą. Nie potrafił się jednak przejąć tą stratą, tak samo jak nie martwiły go inne rzeczy wymykające się z rąk, uciekające przez palce resztki tego, co zbierał przez ćwierć wieku. Głowę prześladowała myśl, że od jakiegoś czasu jego życie przypomina przelewanie wody sitem. Może dlatego właśnie nad wodą chciał usiąść.

Nogi odmówiły posłuszeństwa zaledwie kilkaset metrów przed jeziorem, na leśnej ścieżce, którą Krzysiek chciał sobie skrócić drogę. W niczym nie przypominało to „odcięcia prądu”, którego doświadczył już kilkukrotnie na stromych podjazdach. To nie mięśnie zawiodły – raczej nerwy zdradziły. Jak poprzecinane sznurki.

Przewrócił się razem z rowerem. Próbował wstać, ale kolejne partie ciała buntowały się w ciszy, bez bólu. Zdołał się przeczołgać dwa metry w pyle i trawie, w końcu legł na plecach i utkwił wzrok w niebie prześwitującym między koronami drzew. Czekał, aż ustanie oddech. Kształty się rozmyją. Zmysły umilkną. Jeszcze przez jakiś czas będzie świadom, a pełna nicość pozostanie tuż poza zasięgiem. Ale to później.

Póki co Krzysztof Matkowski zasługiwał na takie porozsypywane życie. Był przecież człowiekiem, który nie nadawał się już do niczego. Można by go już zostawić. Porzucenie opowieści jako łaska, umorzenie kary. Ale nie do końca.

Krzysztof poczuł mrowienie w tych częściach palców, którymi dawniej dotykał klawiatury. W głowie pojawiła się myśl znikąd, myśl niechciana, niewygodna, myśl absurdalna i dziwaczna. Mógł spróbować. Te wszystkie złe rzeczy, które go spotkały, świadczyły o tym, że świat był chory, uszkodzony, zrujnowany jak kraj po wojnie: gruz, upadek moralny, brak granic, bezprawie. A bez praw można wszystko – czyli Matkowskiemu mogło się udać. Taką dostał szansę.  

Poruszył palcami, przymknął powieki i skupiony, zaczął sobie wyobrażać, że pisze, pisze o sobie, pisze sobą i pisze siebie. Pisał tak innego Krzysztofa Matkowskiego, Krzysztofa, na którego przejdzie to całe nieszczęście, ta gula w gardle, ta niemoc, odrętwienie, bezruch, przeciekanie, uciekanie, wyciekanie. Niech ten drugi odbywa karę, a tymczasem pierwszy będzie sobie żył – cierpiał i się cieszył, kochał i nienawidził, zbierał i tracił – poza opowieścią.

Prawie się udało. Szansa na ocalenie była tuż poza zasięgiem.

Koniec

Komentarze

Świetny tekst. Wrócę z obszerniejszym komentarzem. Na razie klik i idę zgłaszać do piórka.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No i to jest to!!!!!!!!!!

OBJAWIŁO SIĘ TU WEIRD FICTION

No nie wiem czy to akurat takie weird fiction, raczej przełamanie czwartej, a nawet piątej :) ściany w absurdalnej, literackiej zabawie postmodernistycznej.

Po przeczytaniu spalić monitor.

a co to jest weird fiction?

A pogadamy przy tym tekście o Lovecrafcie, Mieville, Grabińskim, Peake albo Ligottim? Czy jednak raczej o Toporze, Calvino, Vianie i np. Rosendorferze?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Noo. 

Jestem pod wrażeniem. Zagrałeś w postmodernistyczny autotematyzm, ale nie zabawnie i ironicznie, a raczej – nie tylko ironicznie, bardziej okrutnie. Odbijasz autorów i bohaterów tej historii jak w serii zwierciadeł, niby krzywych, chwilami bardziej, chwilami mniej.

Ja tu będę chciała napisać więcej, ale na razie krótko uzasadniam klika i przyszłego TAK-a. Wrócę z dłuższą opinią/ analizą.  

Pogadamy i o tych, i o tych, bo te zbiory nie są rozłączne, termin “weird fiction” jest nieostry zupełnie tak samo, jak nieostry jest termin “postmodernizm”. Pisząc “objawiło się weird fiction” miałem na myśli to, że ten tekst jest prawdopodobnie przypadkowo zbieżny z tekstami pojawiającymi się obecnie w Vastarien czy antologii Year’s Best Weird Fiction, które wykorzystują tego typu (lub nawet prawie dokładnie takie w przypadku Kurta Fawvera) środki stylistyczne. Najwybitniejsze teksty fikcji metafizycznej i psychoanalitycznej jakie czytałem – “Kamienica panny Kluk”, “The Gods in Their Seats, Unblinking” nie są ortodoksyjne narracyjnie, co nie znaczy, że nie są jednocześnie weird fiction. Weird fiction imo określa coś w treści, dajmy na to jakieś doświadczenie numinotyczne, chociaż czy na pewno to? Nie wiem, ale w tym opowiadaniu kolegi Matkowskiego takie doświadczenie (w połowie tekstu) znajduję, a dokładnie tego szukam w weird fiction, więc dla mnie jest to weird fiction (i teksty Topora czy Kafki też są weird fiction, chociaż wykorzystują inne środki, niż teksty dajmy na to Lovecrafta).

edit: w ogóle to nie jestem za wyrażeniem “weird fiction”, mimo że sam go używam. To ekstremalnie nieostre wyrażenie. Powinniśmy pomyśleć nad: fikcja/fantastyka metafizyczna, psychoanalityczna, teologiczna etc. 

To się różnimy w odbiorze gatunku, nawet tak rozmytego. Mam wrażenie, że weird fiction (i ogólnie fantastyka) rości sobie “prawa” i “anektuje” wszystko w literaturze, co ma w sobie jakikolwiek “nierealistyczny” wątek. Literatura postmodernistyczna (również cokolwiek nią jest), absurdalna, groteskowa, alegoryczna, surrealistyczna, istnieje i istniała zawsze, obok podgatunków fantastyki i nie trzeba jej wrzucać do worka weird fiction z automatu, tylko dlatego, bo ta ma w nazwie “dziwna”. Weird ma swoich klasyków i awangardzistów, ma pewne reguły i niemal obowiązkowe powtarzalne elementy. Literatura, którą uprawiają czasem Fun i np. SzyszkowyDziadek też ma swoich klasyków, awangardzistów i pewne ramy konwencji. Ja w tekście Funa widzę absurd, postmodernizm, autotematyczną zabawę literaturą z ciekawym przełamaniem czwartej ściany. Ty widzisz weird fiction. Nie przekonamy się.

Po przeczytaniu spalić monitor.

#teammaras, mam wrażenie, że autotematyczność i gra z kwestią pisania/pisarza/postaci/narracji jest tu ważniejsza od fantastyczności traktowanej jako kluczowa cecha tekstu.

ok

Świetnie to ujęłaś, Ninedin.

Świadomy kompromis w postaci braku porozumienia to też porozumienie, Ik :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Właściwie nie wiem, co powiedzieć. Genialne to, niepokojące i intrygujące do granic. Piszesz wspaniale, obrazowo, niczego nie trzeba było się domyślać, a z tekstem płynąłem. Nie mogłem się oderwać.

Zabieg podziwiam, ponieważ jest trudny (zacząłem pisać coś kilka tygodni temu z załamaniem relacji bohater-autor jak w tym tekście, ale poległem po kliku zdaniach, kiedyś planuję wrócić), a Ty zrealizowałeś to perfekcyjnie, podkreślając wszystkie drobnostki z początku, mam wrażenie, że przemyślane było dosłownie każde zdanie w tym tekście.

Jestem pełen podziwu i zazdrości. Chciałbym kiedyś tak pisać. Powodzenia w konkursie, choć nie wiem, czy te życzenia są Ci potrzebne. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ciekawe. Był moment, około środka, że coś zazgrzytało w konstrukcji, ale niemal natychmiast wróciło na tory. No i hermetyczny dodatek w tekście, dla osób, które coś wiedzą o autorze, też wyszedł tak, że w ogóle nie będzie przeszkadzać osobom, które tego nie wyłapią – to sztuka sama w sobie. Płynnie napisane, zmyślne, z jakąś taką sugestią do tworzenia światów w literaturze.

Czy piórkowe… nie wiem, to jeszcze muszę sobie rozważyć, choć póki co bardziej skłaniam się do “nie”, ale jeszcze musi się przetrawić, więc możliwe, że zmienię jeszcze ten głos. Warsztat warsztatem (jest bardzo dobry, tekst praktycznie czyta się sam), ale ja z tych czytelników, dla których ważniejsze są inne pola tekstu (których doszukałem się choćby w Twoich Wielorybach z błota i piasku). Na pewno jednak jest wysoko ponad typową bibliotekę.

Swoją drogą:

W autobusie śmieje się z niego dwóch nastolatków.

(…)

Dwóch nastolatków śmieje się do niego.

Tak proste zestawienie dwóch zdań, a naprawdę bardzo wyraziste, dające bardzo dużo tekstowi, dużo mówiące o tym jak ludzie patrzą, ale też o tym jak ludzie widzą patrzenie innych.

„płetwonurek”, palacz, który przed wejściem do autobusu zaciągnął się głęboko, a dym wydmuchuje dopiero w środku

Bardzo ciekawa definicja ;)

 

No, ogólnie tekst bardzo nastrojowy i refleksyjny.

Bardzo taki… o dążeniu do równowagi tych z dołu do góry i tych z góry do dołu, tylko… ez zatrzymania się w pół drogi. Smutne to, nawet jeśli jednemu alter ego się udało.

 

Marasie, Lk, Ninedin, MaSkrolu, Wilku – dziękuję Wam za błyskawiczne komentarze, nominacje itd. :) 

I cierpliwie czekam na dłuższe opinie od tych, którzy obiecali. 

Piszesz potoczyście, samo się to czyta, Fun.

Widać, że zwracasz uwagę na strukturę, przejrzystość opowiadania; chodzi mi o proporcje między akapitami – o długości zdań konkretnie. Ładnie to wygląda i nadaje tempa. Zresztą, tak samo opowieść dynamizuje zabieg ze zmianami czasu teraźniejszy/przeszły; umiejętnie skaczesz między nimi, a czytelnik wraz z Tobą. 

Perspektywa, na co zwrócił uwagę już Wilk, te dwa zdania; bardzo ciekawe zestawienie. 

W kwestii treści… jest tu dążenie do równowagi, ale – wydaje mi się – też znajduje się tutaj obraz pewnego wypalenia, marazmu. 

Jeśli chodzi o postacie, szczególnie jedną, to taki zabieg może skracać dystans między Tobą a czytelnikiem, Fun. To przydatne. Zresztą, nie tylko to może zrobić, ale w sumie to teoretyzowanie.

Reasumując, ciekawe i warsztatowo świetne opowiadanie. ;)

Oj zakręciłeś bardzo. Wąż zjadł swój ogon i nie wiadomo już gdzie jest głowa.

Wróciłem, aby sprawdzić, jak Bartłomiej przejął władzę nad Krzysztofem. Mam. Bartek zaczął pisać.

Ale dlaczego?

Świetnie napisane. Wykreowałeś dobre portrety psychologiczne obu bohaterów. Przelewasz z jednego naczynia do drugiego – również moją sympatię do bohaterów. Jedna szklanka jest do połowy pełna, druga do połowy pusta, ale nie wiem czyja.

I w sumie, niestety, nie wiem co chciałeś przekazać. Chyba że właśnie tyle – ale jakoś nie wierzę.

Fajne, podobało mi się, że tak zacznę po Anetowemu. Przyjemnie się czyta (chociaż fabularnie oczywiście przyjemnie nie jest). Gładkie pióro i fajny pomysł na opko, z internetowych memów przyszedł mi na myśl Undertale i DDLC. Ładnie, bez potknięć punkt ciężkości przechodzi z pana klauna na pana pisarza.

Z rzeczy, które nie podobały się “aż tak”, dla mnie początek, scena za sceną mocno przywodzi na myśl Jokera, jest kobieta z którą by chciał, a nie mógł, taniec w okolicach łazienki i ludzie śmiejący się w autobusie, tylko że klaun gruby (jak w tym wywiadzie z Joaquinem Phoenixem) i może trochę mniej samotny (?).

Oprócz tego, masz bardzo charakterystyczny głos, dla mnie trochę dużo dramatu (ale mój gust też ma swoją specyfikę).

No może jeszcze to, że pisarstwo = autoterapia, autor = sadysta to trochę ograne tropy?

Sorki, że czepiam się takich popierdółek, ale skoro chce mi się pisać o Twoim tekście, to znaczy, że jest raczej dobry. Klikałbym bez problemu do biblio, ale nie mam jeszcze takich przywilejów.

Draconis, dziękuję za wizytę :) 

W kwestii treści… jest tu dążenie do równowagi, ale – wydaje mi się – też znajduje się tutaj obraz pewnego wypalenia, marazmu. 

Co masz na myśli?

 

Fizyku, dzięki za opinię. Cieszę się, że wykreowałem dobre portrety psychologiczne Bartłomieja i mnie ;) 

 

Leniwy, dzięki za komentarz. Wstyd przyznać, ale “Jokera” jeszcze nie oglądałem, może to jakaś podświadoma inspiracja wszechobecnymi zwiastunami? 

No może jeszcze to, że pisarstwo = autoterapia, autor = sadysta to trochę ograne tropy?

Wskażesz jakieś przykłady, gdzie zostało to dobrze rozegrane? Też mi się wydaje, że takie motywy to nic nowego, ale nie potrafię sobie przypomnieć nic konkretnego. 

 

Żonglerko, fajna ilustracja, czekam na jurorski komentarz ;> 

Wiesz co, Fun, jednak się pobawię w teoretyzowanie. XD

Postawienie siebie jako postaci w opowiadaniu skraca dystans między pisarzem a odbiorcą i dodatkowo świadomość, że to prawdziwa osoba sprawia, iż czytelnik wsiąka w tekst.

Z ciekawości. 

Z ludzkiej ciekawości, bo ludzie lubią wiedzieć o innych, lubią sprawdzać, co tam komu Anastazja i dlaczego, a po co Halynka coś tam. 

Czy jest tutaj hermetyczność?

Myślę, że nie do końca. ¯\_(ツ)_/¯

Bo nawet jeśli dana osoba Cię nie zna, to jednak widzi – imię i nazwisko autora to samo, które figuruje w opowiadaniu. A ludzie przecież widzą i mają zdolność do sprawdzania oraz kojarzenia.

Do czego zmierzam?

To może ewentualnie sprawić, że dany czytelnik zacznie zastanawiać się, czy naprawdę opisywałeś pewne kwestie ze swojego życia (bo może to zabieg? może wodzi za nos autor? może wcale autor nie upakował siebie w tekst, tylko wziął specjalnie tak nazwał postać?), czy nie. 

Jeśli uzna, że zrobiłeś sobie literacką sekcję, pewnego rodzaju studium, to być może zacznie traktować Cię jako nie autora, skrytego za m.in. swoimi postaciami, lecz kogoś, kto po prostu odważył się opowiedzieć część swojej historii, przez co czytelnik może odczuć pewną więź do Ciebie z różnych przyczyn i polubić. 

Tylko że każdy kij ma dwa końce – zawsze może pójść w drugą stronę.

Czytelnik może poczuć, że albo się żalisz, bo robisz sobie autoterapię przez tekst, i nie do końca może być przez to zadowolony, że musi jeszcze czytać o problemach drugiego człowieka (też tak może być). 

Może wyjść też tak, że poczuje do Ciebie antypatię – po prostu, ot tak, segregując sobie treść w głowie, mieląc. 

I pozwól, że ujmę Ci to tak, Fun: zasiałeś opowiadanie, które nie wiadomo na jaką glebę trafi, jeśli chodzi o odbiór. 

Bo może wszystko będzie cud-miód, ludzie stwierdzą, że podzieliłeś się z nimi sekretami swymi, uznają Cię za kogoś im bliskiego. 

Cóż, to tyle, co mi wpadło, Fun. 

 

Co mam na myśli? :p

Tego nie wie nikt. ^^

A na poważnie, wypalenie pi razy oko i szkiełko widzę tutaj: 

 

(…) drobne zmiany: słowa nienapisane, wiedza nieprzyswojona, trudno to zauważyć. Przepełniony zlew mógłby być jakimś sygnałem, ale przecież to się zdarza każdemu.

I tu:

Na zajęcia spóźnia się bardziej niż zwykle.

Pacjentów traktuje bez wyczucia.

Ze znajomymi rozmawia niechętnie; w czasie przerwy odchodzi, staje pod ścianą i po prostu patrzy w ciemny ekran zablokowanego telefonu.

W autobusie powrotnym nie czyta. Czas prześlizguje mu się między palcami, spada, rozpływa się po podłodze, znika, a Krzysiek udaje, że tego nie widzi.

 

Wypalenie – czyli po prostu wczoraj, dajmy na to, ktoś uczył się i sprawiało to mu ogromną przyjemność, bo pamiętał wszystko i rozumiał, powtarzał szybko różnorodne zagadnienia. No problem.

Natomiast dzisiaj już nie. 

Nic, prokrastynacja. Każdemu się zdarza, jak przepełniony zlew.

Ledwo może się do tego zabrać. Czuje, że nie może, że jest jak wypełniony po brzegi dzban. I – choć sprawiało to dużo przyjemności – to, choćby tę osobę bito, torturowano; po prostu nie da rady. 

 

(…) niemoc, niemoc znikąd, niemoc nie do przezwyciężenia, niemoc nieuleczalna, postępująca. Będzie bezruch – jakby ktoś poprzecinał sznurki, (…)

Ma świadomość, że to niedobrze i w końcu dochodzi do wniosku, że trzeba coś zrobić i cofa się parę kroków, żeby odszukać się i to, co z stracił – po prostu naprawić się, żeby z powrotem było dobrze. 

Generalnie wypalenie może mieć albo drobny sygnał lub ich szereg, że coś jest nie ten, albo stanie się to pewnego dnia. 

Ja w tym tekście coś takiego widzę. 

 

Swoją drogą, tak drążąc – dostrzegam z tymi sznurkami coś w rodzaju marionetki. 

 

Wczoraj przeczytane i stemplowane, dziś komentowane. Cześć.

Ostatnie zdanie trochę mi nie gra – zabija optymistyczny przekaz, snujący się między wierszami epilogu. A przynajmniej ja taki dostrzegam w pisaniu siebie na nowo. W poszukiwaniu siły, która umożliwi kształtowanie swego życiorysu. Jakbyś mówił – weź los w swoje ręce.

Choć z drugiej strony… być może chciałeś pokazać małostkowość, która podszeptuje nam, by spychać problemy na innych, by żyć z wyzysku.

Sam nie wiem. Nie wiem nawet, czy tak właśnie chciałeś filozofować.

 

Opowiadanie na pewno spektakularne – burzenie czwartej ściany to świeży, budzący żywe emocje motyw. Skojarzyło mi się trochę to opko z Niekończącą się historią.

Zarazem wydaje mi się jednak, że zbyt duży nacisk postawiłeś tu na formę, a zbyt mały na treść. Opowiadanie jest jak koncert Rammsteina – porywa, ale, moim zdaniem, niesie niewielki przekaz. Swoją drogą ciekawe, jak odpowiadasz tu sobie na pytanie “co chciałeś przekazać tym tekstem”. Jeśli tę moją propozycję z drugiego i trzeciego akapitu, to wybrzmiewa ona ładnie, choć jest bardzo uniwersalna. Tylko to ostatnie zdanie… Tym bardziej, że tytuł zdaje się wskazywać, że to ważne.

Dlaczego Matkowski miałby przegrać z tym klaunem?

Nieee no. Wierzę w Ciebie, dasz sobie radę ;)

Słowem – opowiadanie robi wrażenie. I jest to wrażenie pozytywne. Taki… pokaz siły.

 

Nie oglądałeś Jokera, Fun? Myślałem, że na premierę poszliście.

Heh, widać wtedy kontrolę przejął Bartłomiej Lipiec ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Draconis, cieszy mnie taki długi i treściwy komentarz. Tym bardziej, że chciałem zasiać wątpliwości w głowach czytelników. Wydaje mi się, że między innymi tym powinien się charakteryzować weird – poczuciem niepewności. A przynajmniej taki weird chciałem napisać. Nie bełkotliwy, na siłę mroczny. Marionetki, o których wspominasz pod koniec swojej wypowiedzi, to puszczenie oka do jednego z najbardziej klasycznych/sztampowych motywów “gatunku”. Takimi sznurkami w nas są przecież nasze nerwy, czyli w luźniejszym rozumieniu struktury przekazujące sygnał, tak jak tekst przekazuje czytelnikowi opowieść ;) 

Część z opisanych tu rzeczy jest naprawdę o mnie, część to fikcja. Chciałem, by to “działało” niezależnie od tego, ile ktoś o mnie wie. Ali, która zna mnie najlepiej, się podobało, choć stwierdziła, że piątaka to by nie zgubiła – z czego ja doskonale zdaję sobie sprawę ;) Z kolei Fizyk, który (jeśli dobrze interpretuję jego komentarz) może nie kojarzyć mojego prawdziwego nazwiska, też był zadowolony z bohaterów. A jeśli chodzi o marazm, to – tutaj spoiler i odarcie z tajemniczości ;) – jest on już skutkiem ingerencji Bartka. Więc uspokajam: naczynia są pozmywane!!! Przynajmniej większość. 

 

Hrabio, dzięki, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością. 

Optymistyczny przekaz?! Toż to weird, nie opowiadania Primagena ;) 

Cieszę się, że wrażenia koniec końców pozytywne. 

Że się podoba, to wiadomo.

A pochwalę szczególnie za konstrukcję – bardzo udanie się te światy zazębiają, a potem rozsprzęgają. Z jednej strony wygląda to naturalnie, płynnie, z drugiej, kiedy się przyjrzeć budowie kolejnych scen (a analizuję, żeby podpatrzeć technikę) widać matematyczną precyzję. Świetny ten fragment “zdejmuje/zakłada nos”, wraz z podsumowaniem.

No i w ogóle widać kontrolę emocji – jest ryzyko pójścia na całość, ekshibicjonistyczno-narcystycznego stripteasu twórcy, ale nie dajesz się ponieść, moim zdaniem jest tego elementu “siebie” w sam raz.

Cudze opowieści jak ziarno: teraz zasiane, popołudniu dadzą plon, który on zbierze, tworząc własne historie.

Tak, tak to działa. I tak się rozsiewa.

Skoro już wywołałeś fizyka, to coś dopowiem.

Czytając Twoje opowiadanie, byłem przekonany, że narrator jest autorem (a może odwrotnie?). Ale w pewnym momencie (zaraz spróbuję go znaleźć) tak mną zakręciłeś, że doszedłem do wniosku, ze jednak nie, że narratora (a może autora) jednak wymyśliłeś. 

No i mam, zwątpiłem wtedy, gdy Bartek zaczął pisać Krzyśka, tylko nadal zastanawiam się, co go do tego skłoniło.

Ciekawe. Coś mi zazgrzytało, gdzieś w środku, mniej więcej w momencie przejścia z pisania Bartka na pisanie Krzyśka, ale czytało mi się tak dobrze, że nie zaznaczyłam, a potem już nie umiałam znaleźć. Wciąga to Twoje opko. Trochę z ciekawości, co tam o sobie zdradzisz ;) I trochę bardziej ze względu na konstrukcję opka. Doskonały pomysł, świeży. Fajnie to rozegrałeś, obie narracje do siebie pasują, nic się tu nie rozłazi, nie ma dziur.

Choć szczerze mówiąc wolałabym, żeby był to jakiś bohater i jakiś autor, a nie Ty i Twój bohater. Dodanie siebie z imienia i nazwiska oraz zawodu odwraca uwagę od treści. Czy tego chcę, czy nie, myślę bardziej o Tobie, niż o tym, co napisałeś. To jest bardzo ludzkie, mam tutaj dołek u kogoś, kogo znam (no dobra, “znam”) i na tym się skupiam. Nie wiem, może ja po prostu tak mam ;) Z drugiej strony, zgadzam się z Coboldem, jest tu kontrola emocji, dystans do siebie, nie przeginasz.

 

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Interesujący pomysł.

Były już różne burzenia czwartej ściany, ale z takim rodzajem demolki jeszcze się nie spotkałam.

Aż głupio się przyznawać (czy nawet dla siebie określić), komu kibicuję. Bo z jednej strony stawiasz Bartka na paskudnej pozycji, nie dziwota, że chce oddać. Ale i Tobie źle nie życzę.

Czyli chyba jednak nie należy znęcać się nad bohaterami. Piszmy happy endy, niech protagoniści będą młodzi, piękni i bogaci, a potem żyją długo i szczęśliwe. ;-)

Wykonanie bez zarzutu, ale to nic specjalnie nowego.

Jestem na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Hmm pierwsze co mi przychodzi do głowy z literatury to “Stowarzyszenie Umarłych Poetów” i Freudowska sublimacja. Ogólnie w psychologii temat twórczości jako mechanizmu obronnego się dużo przewija, pewnie dlatego można mieć wrażenie, że gdzieś się o tym słyszało, ale nie wiadomo skąd.

A co do Jokera, to gorąco polecam, naprawdę niezły film i całkiem aktualny :)

Ładnie napisane, przyjemnie się czyta, choć tak naprawdę to nic nowego. To znaczy ta zmiana narratorów. Tyle że o tym już się tak nie pamięta, bo cały ten postmodernizm poszedł w odstawkę. A przecież wyczyniano kiedyś nie takie rzeczy, cała ta francuska nowa powieść i tym podobne, ale dziś raczej zapomniane. Mnie się przypomniał Cortazar, jego słynny “Aksolotl” i inne jego fenomenalne utwory. Choć na pewno nie pisano o jego twórczości “weird fiction”, prędzej realizm magiczny, i też moim zdaniem do takiego gatunku nalęży “Prawie”.

Dobry pomysł, jeszcze lepsze wykonanie.

Najbardziej spodobał mi się fragment, w którym Bartłomiej przejmuje nad Tobą kontrolę – wyszło to naprawdę świetnie. Ogólnie Bartek jest trochę bardziej sadystyczny od Ciebie, ale styl pisania macie zaskakująco podobny.

Jeśli coś miałbym zmienić w tekście (zupełnie subiektywnie), to być może na dobre wyszłaby delikatna redukcja liczby słów. Dość sporo bawisz się słowami, co jest ogólnie fajne, ale zdarza się, że niewiele wnosi. Pewnie dałoby się wszystko z powodzeniem zamknąć w 15k znaków. Ale tak jak pisałem, to zupełnie subiektywne i wcale nie mam pewności, że uwaga jest słuszna.

W każdym razie – czytało się świetnie, trzymam kciuki w konkursie.

 

 Na pasiastych spodniach Bartłomiej wykwita ciemnoczerwona plama.

Bartłomieja.

 

Alicja jeszcze niczego zauważa, na razie zdenerwowała się jedynie o bałagan w kuchni.

Alicja jeszcze niczego nie zauważa…

Coboldzie, dzięki, cieszę się, że zagrało, bo bałem się Twojej ceny – coś w tym tekście kojarzyło mi się z “Doczłowieczeniem”, które ci nie podeszło. 

 

Fizyku, pytasz, co skłoniło Bartka?

To nie przez chorobę wszystkie ważne okazje uciekały mi sprzed nosa. Te niepowodzenia – pozornie biorące się znikąd, nazywane mylnie pechem – pochodziły od Matkowskiego, od autora. 

Co byś chciał zrobić z człowiekiem, przez którego wszystko Ci nie wychodzi?

 

Irko, dziękuję za komentarz. Wydaje mi się, że z fikcyjnym autorem to nie byłoby to samo ;)

 

Finklo, dziękuję za TAK-a. 

Czyli chyba jednak nie należy znęcać się nad bohaterami.

Zawsze można wysłużyć się innym bohaterem, który poznęca się nad naszym protagonistą ;)

 

Leniwy, ale tutaj nie była celem moja (w sensie mnie z opowiadania) autoterapia czy mechanizm obronny, więc gdzie widzisz takie elementy? 

 

Agroeling, dziękuję za wizytę. Do Cortazara kiedyś zajrzę i porównam. Ale czy realizm magiczny wyklucza się z weirdem? ;)

 

Perrux, dziękuję :) Skondensować, by się pewnie dało, ale czy to zmieniłoby coś na lepsze – nie wiem. 

Zawsze można wysłużyć się innym bohaterem, który poznęca się nad naszym protagonistą ;)

Zawsze protagonista i antagonista mogą się dogadać za Twoimi plecami. ;-)

Babska logika rządzi!

Hmm sorki chyba ta autoterapia trochę tu namieszała, można to tak nazwać, ale precyzyjniej, chodziło mi o motyw pisania/twórczości jako przerabiania własnych traum/samorealizacji. Np. w ostatnim akapicie:

Poruszył palcami, przymknął powieki i skupiony, zaczął sobie wyobrażać, że pisze, pisze o sobie, pisze sobą i pisze siebie. Pisał tak innego Krzysztofa Matkowskiego, Krzysztofa, na którego przejdzie to całe nieszczęście, ta gula w gardle, ta niemoc, odrętwienie, bezruch, przeciekanie, uciekanie, wyciekanie. Niech ten drugi odbywa karę, a tymczasem pierwszy będzie sobie żył – cierpiał i się cieszył, kochał i nienawidził, zbierał i tracił – poza opowieścią.

Jasne, osadzone to na osi fabularnej, ale jak spojrzeć z boku to całkiem uniwersalnie wybrzmiewa ;)

Zawsze protagonista i antagonista mogą się dogadać za Twoimi plecami. ;-)

No i jest pomysł na sequel :) 

 

Leniwy, dzięki za wyjaśnienia :) 

Znakomite.

Napisane zwykłymi słowami, a wyczarowujesz zdania błyskotliwe i nowe. Płynność tekstu jest niesamowita, czyta się doskonale. Niektóre zdania mogą zdawać się błahe, napisane od niechcenia, ale nie są, tutaj wszystko jest precyzyjnie zaplanowane.

Parę osób zwróciło uwagę na błyskotliwe zdania ja dodam jeszcze od siebie te, choć było ich znacznie więcej:

Był klaunem, który nie nadawałby się do przyzwoitego horroru, i człowiekiem, który nadawałby się do średniego dramatu.

„jakby z podręcznika się pan przepisał”

To szczególnie udany fragment w kontekście fabuły.

Jedni trafiają na okładki kolorowych magazynów, drudzy do podręczników medycznych

EDYCJA: Mała edycja bo zapomniałem o tym zdaniu

Szansa na ocalenie była tuż poza zasięgiem.

 

Jeśli chodzi o fabułę, poziom trzymasz równie wysoki. Zaczynasz od bohatera “przegrywa”, niespiesznie dodajesz czwartą ścianę, która zostaje zburzona i zdobyta, autor wpada w pułapkę postaci którą stworzył, potem widzimy jak “ofiara” powoli znęca się nad “oprawcą”, jak odpłaca mu w ten sam sposób, mimo że ona jest świadoma jak to jest. Ale czy można ją winić? Chyba nie.

Świetnie wykorzystujesz też możliwości tej historii w momencie kiedy autor wchodzi do bohatera i kiedy postacie nie do końca zachowują się tak jak autor by chciał.

Ogólnie myślę, że trudną sztukę wplecenia siebie samego w swój tekst uznać w tym wypadku można za niezwykle udaną.

I w końcu jest jeszcze jeden element tego opowiadania. Piszesz w paru momentach o samym pisaniu. Cobold wspomniał o jednym udanym fragmencie ja przywołam jeszcze jeden:

tęsknię za życiem, ale najpierw trzeba napisać.

To wydaje mi się bardzo celne zdanie. Świetnie podsumowuje nieustanną potrzebę pisania, nawet wtedy kiedy się nie do końca chce i kiedy chciało by się po prostu pożyć. Bardzo, bardzo dobre.

Podsumowując: zmiotło mnie z planszy. Nominację już masz, ale dołożę od siebie jeszcze wyraz satysfakcji z tego tekstu w piórkowym wątku.

 

Absolutny sztos. Napisane jakby mimochodem, zdania są proste, ale czuć, że żadne z nich nie znalazło się w opowiadaniu przypadkiem. Niepokojący nastrój rośnie z każdą kolejną linijką. Narracje płynnie się przeplatają, wykorzystane czasy również. Widać, że pisał doświadczony autor, świadomy własnych mocnych stron i słabości.

Przeczytałam z ogromną przyjemnością. Dodaję do zakładki ulubionych na portalu. 

 

Powodzenia w konkursie, funie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Edwardzie, miło mi czytać taki komentarz. Cieszę się, że wskazałeś konkretne zdania, które szczególnie przypadły Ci do gustu. Dziękuję :)

 

Sy, dzięki. Nie wiedziałem, że jest zakładka ulubionych na portalu :D 

Sy, dzięki. Nie wiedziałem, że jest zakładka ulubionych na portalu :D 

Pff, proszę cię, takie luksusy na portalu? Mam swoją szufladkę w przeglądarce :3

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Fajne :)

Przynoszę radość

To fajnie :)

  1. Perełka.

Zabawa ze ścianą między twórcą a tworzonym, czwartą zdaje się. Bartłomiej, pisany niezbyt szczęśliwie i zdrowo, walczy o swoją niezależność i z-życia-radość pisząc swojego pisarza. Nie dość, że przejmuje nad nim kontrolę, to jeszcze się odwdzięcza z nawiązką. A i tenże pisarz, w przebłysku oświecenia, postanawia zagrać podobnie, pisząc kolejnego pisarza… To ile tych ścian jeszcze? 

 

Czy pisanie to forma autoterapii, w trakcie której pisarz “przepracowuje” swoje nieszczęścia i choroby na stworzonych bohaterach? Co, jeśli postaci zbuntowałyby się przeciw swoim dramatom, aktywnie – albo przeprowadziły podobną autoterapię? Poszedłeś w tym tekście nie w pudełkowość, a w spiralę, ale i tak potencjał “przerzucania” jest nieskończony. No właśnie – czy raz zaczęta, taka pętla, zakładając, że pisany i pisarz potrafią połapać się w porę, kiedykolwiek ma szansę się skończyć? Ile tych nieszczęśliwych, chorych bytów, które będą dźwigać cudze nieszczęścia na sobie, musiałoby powstać?

 

Napisane językiem nie udziwnionym, a doskonale wprowadzona “dziwność”. Jak rozumiem, zabawa autotematyczna, ale podana w sposób nie wymagający dogłębnej znajomości “tematu” (nowa ksywa funa: Temat ;-) . Świetne.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Rybo, za komentarz i nominację :)

To ile tych ścian jeszcze? 

Jeszcze pisarz czy już murarz? 

Fun – jak ja Ci zazdroszczę swobody pisania ( Twoje teksty się nie czyta, tylko sie przez nie płynie), a przede wszystkim takiej, hm, błyskotliwo-inteligentnej pomysłowości :) Jestem pod ogromnym wrażeniem.

A tak poza tym, moim zdaniem, Twój świetny pomysł wcale nie był prosty do zrealizowania, a ty rewelacyjnie sobie z nim poradziłeś. 

Oczywiście popieram piórkową nominację :)

Jeszcze pisarz czy już murarz? 

 

Temat, ty jesteś akurat to, co się napisze. Jak ściana, to ściana, jak wypruwanie siebie w tekst, to wypruwanie, na …uj drążyć Temat? ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Katiu, dziękuję :) 

 

Psycho, i tak nie przebijesz ksywki, którą nadała mi Żonglerka :P Ale takie rzeczy to tylko na wrocławskich piwach, musisz kiedyś wpaść, jak już się sytuacja ogarnie. 

Ależ to jest dobre. :D

Z jednej strony motyw przełamania czwartej ściany pojawia się dość często, ale moim zdaniem świetnie go ująłeś. W bardzo umiejętny sposób stopniowo zmieniasz narratora – fajny zabieg, przekładający się na płynność tekstu. 

Zostaw ten żyrandol.

Świetne.

Na początku przypominało mi to “Jokera”. Potem doszło skojarzenie z “Ciekawym przypadkiem Harolda Cricka”, ale gdzieś w połowie opowiadania wypłynąłeś na znacznie dziwniejsze wody. Bardzo kuszący pomysł – uciec od własnej frustracji, przelewając ją na bohatera pisanego… zaczynam się zastanawiać, czy sam tak nie robiłem O.o

Jest dziwno, ale nie przesadnie dziwno. Jest nutka humoru, ale nie ma parodii. Wreszcie – jest porażka bohatera. Czyli:

 

Precz z sygnaturkami.

Verus, Kosmito, dziękuję za komentarze, cieszę się, że się Wam podobało :) 

Fun, Wrocław zawsze. ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobry tekst. Ciekawy pomysł na zabawę narracją i zależnością autor-bohater. Opowiadanie skłania do refleksji, czym dla autora są jego postaci. Odebrałam to tak, że autor ma udane życie i nie wiedzieć czemu, wyżywa się na jakimś swoim bohaterze, ale po co ma się wyżywać w takim wypadku? Przelał na bohatera swoje potencjalne niepowodzenia (mówię tu o pierwszej części tekstu), co wydaje mi się nienaturalne. Chociaż może tak właśnie czasami robimy, lecz wydaje mi się, że częściej to nasi bohaterowie są dla nas lustrem i też tu była o tym mowa, ale chyba nie w znaczeniu, w jakim ja to lustro interpretuję – bo ja tak po prostu – że w wielu bohaterach jest cząstka samego pisarza, natomiast tutaj klaun jest dokładnym przeciwieństwem autora, więc hmm… Może dlatego, że odbicie w lustrze jest odwrócone i pisząc o postaci, która jest naszym przeciwieństwem, możemy się w niej przejrzeć? Ale to droga trochę naokoło, chociaż przyznaję, że to mogłoby być ciekawe doświadczenie, nie tyle pisarskie, co psychologiczne.

Dzięki za opinię i garść przemyśleń, Sonato :) 

W temacie opowiadań autotematycznych chyba nigdy nie da się powiedzieć ostatniego słowa, zwłaszcza w tak ciekawej konwencji. Bardzo podobało mi się też stopniowanie napięcia i stopniowane wchodzenie na kolejne poziomy absurdu. Zakończenie frapujące i zostawiające intrygujący niedosyt.

Cieszę się, że się podobało, Oidrin, dzięki za wizytę :) 

Bo ty tak fajnie piszesz, fun, masz taki głos, którego się dobrze słucha – barwna narracja, kolorowe porównania, błyskotliwe metafory, robisz z językiem co chcesz w taki sposób, że czytelnika kąciki ust szczypią z zazdrości. Skąd to się wszystko bierze w twojej główce?

 

Ta narracja jest też powodem, przez który trudniej jest na spokojnie ocenić fabułę – przyrównując, powiedziałabym, że zabierasz czytelnika na kolejkę górską i w tym oszołomieniu trudno jest dostrzec, czy mijamy piękne góry i doliny, czy też wysypiska na śmieci. Dlatego musiałam wrócić do tekstu po czasie ;)

 

Bardzo fajnie zazębiasz dwa światy. Kolejne sceny pozwalają czytelnikowi nadążyć za twoją układanką, rozeznać się w życiach Krzysztofa i Batłomieja. Jakbyś podrzucał monetę, orzeł, reszka, orzeł. Przełamujesz to dopiero w zakończeniu, tworząc… eee, trzecią stronę monety.

Zakończenie zresztą wprawiło mnie w niezłą konsternację – narracja jest dość wesoła, czytelnik zaczyna Krzysztofowi kibicować, Krzysztof odkrywa rozwiązanie swoich problemów…

Po czym nagle przychodzisz i mówisz, że nie.

Nie.

XD

Tylko właściwie dlaczego nie? Wchodzimy w świat na twoich zasadach (trudno opierać się na własnej logice w tekście, w którym postać przejmuje władzę nad człowiekiem), ty mówisz nam, że Krzysztof znalazł rozwiązanie problemu, po czym… po czym stwierdzasz, że jednak nie. No dobra, ale dlaczego.

 

Czytałeś Horyzont Małeckiego? Tam też taka zabawa: Jakub Małecki stworzył Mańka Małeckiego, który pisze książkę o Jakubie Małeckim… Choć tam było to jeszcze inaczej rozegrane.

 

Ogólnie tekst milusi i puchaty, czytało się fajnie, będzie takowane ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki za opinię i TAK-a, Kam :)

Tylko właściwie dlaczego nie?

A dlaczego potwory w horrorach zabijają? :P 

 

“Horyzont” czytałem, a właściwie słuchałem audiobooka. Faktycznie był tam taki zabieg, pewnie kolejna podświadoma inspiracja, a raczej bodziec, by odważyć się wpleść w tekst swoje nazwisko, swoją osobę. 

Ogólnie tekst milusi i puchaty

No i o to w tym wszystkim chodzi. 

Przyszłam tylko piórkowo potwierdzić, że będę na TAK.

Lubię w literaturze zabawy z czwartą ścianą i z łamaniem bariery między autorem, czytelnikiem a tekstem, ale muszą być dobrze zrobione, zarówno koncepcyjnie, jak i literacko. Tu dostałam je właśnie w takiej postaci, jaką cenię.

Tekst wygrywa faktem, że w sposób przemyślany i pomysłowy balansuje między ironicznym przymrużeniem oka a dość specyficznie rozumianą powagą. Bohater, który wyrywa się spod kontroli, marzy o odegraniu się na bezinteresownie krzywdzącym go autorze, robi na niego zamach, przejmuje nad nim władzę – to jest temat, który prosiłby o lekko komiczne albo ironiczne potraktowanie, co przecież nieraz już było robione. Ty jednak – nie pierwszy raz, bo mam wrażenie, że ta umiejętność patrzenia inaczej na utarte pomysły to jedna z cech twojego pisarstwa; skądinąd taka, którą szczególnie cenię – znajdujesz inne spojrzenie na ten temat. Do takiego lekko ironicznego ujęcia dodajesz sporo – nieważne, szczerej czy odegranej, bo literacko bardzo przekonującej – autodemaskacji i zaskoczenie ostatniej sceny. Kam ma sporo racji, pisząc o wycieczce kolejką górską – miałam podobne odczucia, czytając pierwszy raz, także na poziomie emocji w tekście. 

Poza tym na poziomie samej fabuły też jest bardzo dobrze – czyta się tek tekst znakomicie, jest wciągający, pomysłowy, przebiega człowiek wzrokiem kolejne linijki i zastanawia się, co autor jeszcze wymyśli, a autor ciągle go umie zaskoczyć. Plus, to jest fantastycznie napisane, od strony czysto językowej – metaforyki, sformułowania, precyzji opisów, krótkich, ale w punkt.  Dla mnie to bodaj czy nie najmocniejszy piórkowy tekst kwietnia. Oczywiście, że będę na TAK.

Początek zdaje się być prostą historyjką o Bartłomieju, który ma problemy ze zdrowiem i z sobą też, ale realizuje się w pracy z chorymi dziećmi. I nagle coś przestaje być takie jak zawsze, coś się zmienia… Pojawia się moment, w którym dochodzi do zamiany ról i to Bartłomiej, przejąwszy klawiaturę, zaczyna decydować o Krzysztofie i już nie wiem, któremu z nich bardziej współczuć, ale boję się Bartłomieja…

Nigdy nie pisałam, więc obce są mi relacje autor – bohater, ale jeżeli tworzenie opowieści dostarcza takich doznań, jak te przedstawione, to szczerze gratuluję Funie, że napisałeś Prawie i niezmiernie się cieszę, że mogłam opowiadanie przeczytać. :)

 

od któ­rych póź­niej roz­bo­le­ją brzu­chy. –> …od któ­rych póź­niej roz­bo­lą brzu­chy.

Chyba że rozboleją jest celowe.

 

Na pod­ło­dze w przed­po­ko­ju le­ża­ła mo­ne­ta, pią­tak. Pew­nie wy­padł Ali z kie­sze­ni. –> Piszesz o monecie, więc: Pew­nie wy­padła Ali z kie­sze­ni.

 

Biorę łyk kawy… –> Wypijam/ Upijam łyk kawy

Łyków się nie bierze.

 

jak ziar­no: teraz za­sia­ne, po­po­łu­dniu dadzą plon… –> …jak ziar­no: teraz za­sia­ne, po ­po­łu­dniu/ popołudniem da plon

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ninedin, dziękuję za rozwinięcie komentarza :) 

 

Reg, dzięki za poprawki i cieszę się, że się podobało :) 

Bardzo proszę, Funie, miło mi, że mogłam się przydać. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, odważny autotematyzm. Świetne przejście od Bartłomieja do Krzysztofa. Dobry kawałek o pisaniu, zwalczyłam nawet szpitalny trigger ;) Dobra robota, funie.

http://altronapoleone.home.blog

Wracam na moment. Mój głos będzie na nie, choć jednocześnie bardzo, ale to bardzo doceniam poziom techniczny tekstu i jego nastrojowość. To naprawdę mocne strony, choć po dwóch tygodniach od przeczytania stwierdzam, że jednak pod względem “czegoś zapamiętywalnego” (co w moich kryteriach jest istotne). Miałem wątpliwości co do tego głosu, ale generalnie o ile z wspomnianych przeze mnie w poprzednim komentarzu “Wielorybów” do teraz coś trzyma, to z tego tekstu wrażenia już się rozwiewają.

Swoją drogą ocena pod kątem piórka w przypadku “Prawie” jest też o tyle ciekawa, ze o ile mam wątpliwości z punktu widzenia wyróżnienia portalowego, to jednocześnie wydaje mi się, że ten tekst – mający przecież element fantastyczny – znacznie lepiej by się wpasowywał w portal literacki “zwykły” (jakkolwiek dziwnie by ta opinia nie zabrzmiała).

 

We wcześniejszych komentarzach wspomniałem o burzeniu czwartej, a nawet piątej ściany w Twoim tekście. Teraz nazwałbym zabieg, jaki zastosowałeś w opowiadaniu raczej przechodzeniem czwartej ściany. I to w naprawdę zaskakującym kierunku, mianowicie przechodzeniem ze strony Autora do wnętrza opowieści. A nawet pisaniem Autora przez fikcyjną postać i niejako ufikcyjnieniem (przelaniem na papier) owego Autora.

Wielokrotnie już powtarzałem, przy tych nielicznych portalowych tekstach, w których zastosowano podobne zabawy metaliterackie (?), że jestem wielkim miłośnikiem tego typu chwytów w literaturze, kinie, sztuce. Że bardzo sobie cenię takie zabawy np. u Szekspira, czy jego postmodernistycznych naśladowców (Np. znakomity „Rozenkranc i Gildenstern nie żyją” Stopparda). W polskiej fantastyce chyba najlepszym przykładem takich gierek z czytelnikiem i materią dzieła nadal pozostaje „Gniazdo światów” Marka S. Huberatha.

Co się dzieje, gdy spotkają się np. „Przypadek Harolda Cricka” i „Być jak John Malkovich"?". Otóż dzieją się zazwyczaj rzeczy bardzo ciekawie. Jednak w przypadku Twojego opowiadania, Funie, napotkałem całkiem autorską, oryginalna i świeżą koncepcję przełamywania granic rzeczywistości literackiej i realnej, z jaką jeszcze nie miałem do czynienia. I już za ta artystyczną i twórczą kreatywność należy Ci się piórko.

Fabuła, którą nam prezentujesz, wykracza poza prostą historię Lipca i Matkowskiego, przenika działo literackie oraz świat odbiorcy i wywołuje ciekawe interakcje (chociażby poprzez naszą portalową znajomość z samym Matkowskim).

Jak dalece to wszystko jest kreacja literacka, w jakim stopniu autotematyczność, na ile zabawa, a na ile dzieło w pewnych wątkach autobiograficzne, nie wnikam. Trzeba jednak przyznać, że nie brakuje Ci odwagi i wyobraźni, Funie. A pisząc taką prozę wykraczasz znacznie poza swoje dotychczasowe osiągnięcia i zawieszasz poprzeczkę bardzo wysoko.

No właśnie. Po nabuzowanych (TAMTARADEJ!) i rozedrganych emocjonalnie „Wielorybach”, które uznaję za wypadek przy pracy, wracasz na nasz literacki top. Świetne zdania, mądre myśli, piękne słowa, znakomity zmysł obserwacji i dobre ucho do dialogów. O warsztacie nawet nie ma co wspominać. Jest tutaj jakiś ekshibicjonizm twórczy, jest rozbebeszanie kreacji literackiej i samego procesu pisania, relacji Autor i jego Bohater, ale wszystko to pomimo niedookreślonego smutku, powagi i niepokoju fabuły, podane w formie zabawy tworzywem i zabawy z czytelnikiem.

Na wszelkie zarzuty odnośnie braku fantastyki odpowiadam – ona jest, ale nie w treści tylko w formie i koncepcji tekstu. I tak jak wspominałem we wcześniejszej polemice z lk-em – nie jest to moim zdaniem weird, tylko niezwykle udana próba wpisania się w konwencję literatury postmodernistycznej czy nawet hipermimetycznej (bo to mimetyzm podniesiony do kwadratu).

Nominuję i trzymam kciuki za piórko oraz sukces w konkursie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Drakaino, dzięki :)

 

Wilku, dziękuję za uzasadnienie głosu :)

 

Marasie, dzięki za rozwinięcie opinii :)

Zaczynasz klimatem „Joylandu” S. Kinga, by płynnie skręcić w zaskakującą, dojrzałą stronę. Tekst pod wieloma aspektami wyjątkowy: przede wszystkim – dobrze skomponowany i kompletny, bez śladu przycinania historii tak, aby zmieściła się w narzuconych ramach objętościowych. Stylistycznie nienaganny, z właściwym Tobie gorzko-cynicznym, clever humorem. Ale przede wszystkim merytorycznie odstrzelony w kosmos.

Wydaje mi się, że nie jesteśmy Ci tutaj potrzebni. To opowiadanie powstało o Tobie i przede wszystkim dla Ciebie – a taką formę literatury, która stanowi prywatny instrument autora służący do kontaktu z rzeczywistością, uważam za najlepszą. Przyznaję, że zaraz po lekturze przyszło mi do głowy, czy może napisać do Ciebie z pytaniem, czy wszystko u Ciebie w porządku – ale wydaje mi się, że pisanie tekstów takich jak „Prawie” to właśnie mechanizm zaprowadzania rzeczonego „w porządku”.

Tekst imponujący z powodu wnikliwej analizy psychiki – nie tyle bohatera-Bartka, co samego autora. Opowiadanie jest intymne i przez to odważne, szczególnie w odbiorze ludzi, którzy Cię przynajmniej powierzchownie znają (i potrafią zidentyfikować faktyczne imiona, wydarzenia i miejsca). Myślę, że tego rodzaju literacka autowiwisekcja musiała Cię sporo kosztować – ale wydaje mi się, że wykonałeś ją przede wszystkim dla samego siebie.

Aspekt językowy i fabularny oceniłam bardzo wysoko, nieco mniej – zgodność z tematem. Neuropatia została Bartkowi przydana, ale miałam wrażenie, że gdyby zastąpić to schorzenie innym, postać zagrałaby równie dobrze. Abolicja została wywołana pod koniec „z imienia i nazwiska”; odniosłam wrażenie, ze interpretacja z „uchyleniem/umorzeniem” w kwestii wzajemnej relacji Krzysztof-Bartek pojawiła się tu nieco na siłę. Dużo lepiej czytało mi się ten tekst po raz trzeci, już po ocenie, bez poczucia, że muszę szukać interpretacji hasła – po prostu taki, jakim go napisałeś.

A że jest to tekst po prostu świetny, cieszę się, że trafi do antologii.

Dziękuję za jurorski komentarz, Wiktorio :) 

Neuropatia została Bartkowi przydana, ale miałam wrażenie, że gdyby zastąpić to schorzenie innym, postać zagrałaby równie dobrze. Abolicja została wywołana pod koniec „z imienia i nazwiska”; odniosłam wrażenie, ze interpretacja z „uchyleniem/umorzeniem” w kwestii wzajemnej relacji Krzysztof-Bartek pojawiła się tu nieco na siłę.

Tylko że właśnie w neuropatii są “składowe” czuciowa, ruchowa i autonomiczna – i tutaj Bartek od czucia tego, czego bohater nie powinien czuć (narratora), przechodzi do zyskania niezależności, niejako znosząc prawa obowiązujące w literaturze (czyli główne wykorzystanie abolicji, nie to umorzenie, o którym wspominasz). Wyobraziłem też sobie, że bohater literacki jest w jakiś sposób przedłużeniem autora, autor nim kieruje, tak jak człowiek kieruje mięśniami, a żeby mięśnie się poruszały, potrzebne są nerwy, czyli w zasadzie “przekaźniki sygnałów”, czyli na poziomie prozy – proces pisania, narracja. Tutaj ta narracja choruje: czuciowo (bohater mnie czuje, ja czuję się nieswojo), ruchowo (bohater robi rzeczy, których nie powinien; ja też wbrew sobie wychodzę do przedpokoju, niejako zmanipulowany), a w końcu autonomicznie (kontrolowany przejmuje kontrolę, kontrolujący kontrolę traci).

To wszystko potraktowałem jako punkt wyjścia do stworzenia spójnej historii, która będzie działać przy założeniu, że czytelnika antologii (będą w niej podane te hasła?) nie obchodzi wykorzystanie hasła, tylko efekt końcowy. Myślałem, że oceniana będzie przede wszystkim zgodność z ideą konkursu, a hasła to jedynie inspiracja i zapewnienie różnorodności tekstów :P 

Jeszcze raz dzięki za konkurs ;> 

To opowiadanie ma w sobie coś unikatowego. Nie spotkałam się wcześniej z taką formą i podejrzewam, że przy odrobinie mniejszej sprawności, można było napisać tekst, w którym człowiek totalnie by się pogubił. Tymczasem wszystko jest jasne, klarowne a jednocześnie zawiłe na tyle, aby wciągnąć czytelnika jak ruchome piaski.

Czasem zastanawiam się, jak Ty to robisz, że Twoje opowiadania są tak “pełnokrwiste”. Nasycone prozą życia, emocjami, o zwykłych ludziach. I bardzo pomysłowe.Przedstawiona przez Ciebie historia zostanie w głowie na dłużej :)

Uwielbiam autotematyzm. I aż japa mi się otwiera z radości plus wrażenia, kiedy autorowi zbiera się i zbiera, i zbiera na odwagę, by pozwolić sobie wpleść elementy własnego życia w świat fikcji literackiej. I już mniejsza o tę czwartą albo piątą ściankę, ważne, że technicznie jest bardzo dobrze, bardzo plastycznie i potoczyście. I że to, co znajduje się u góry po prostu samo się czyta (poświęciłem 20, sądząc, że upłynęły jakieś 2 minuty i straciłem zupełnie rachubę, a to dobry znak). Gratuluję serdecznie w pełni zasłużonego piórka! :-) 

Przepraszam, będzie krótko, bez pomysłowych metafor i ględzeniowych popisów:

Napisane zwykłymi słowami, a wyczarowujesz zdania błyskotliwe i nowe. Płynność tekstu jest niesamowita, czyta się doskonale. Niektóre zdania mogą zdawać się błahe, napisane od niechcenia, ale nie są, tutaj wszystko jest precyzyjnie zaplanowane.

To opinia któregoś z przedpiśców i świetny wyznacznik Twojego stylu, na co zwróciłem uwagę już dawno (na pewno stosując jakąś wydumaną, motoryzacyjną metaforę). Uwielbiam takie pisanie, bo skuteczne przekonanie czytelnika o tym, że wszystko co czyta (niezależnie od głębii treści) powstało lekko i naturalnie, choć wcale tak bezwysiłkowo nie było, wymaga ponadprzeciętnego talentu. 

I właściwie do niczego nie mogę się tu przyczepić. Być może burzenie którychśtam kolejnych ścian (niespecjalnie czaję te literackie określenia) to nie jest nic nowego, tym bardziej podejmowanie zabawy z czytelnikiem, ale w przypadku tego konkretnego tekstu, zabawa owa nie ma spodziewanego, postmodernistycznego heheszkowania, jest to zabawa (a może lepiej – gra) zupełnie serio. I jest w tym tekście pewna wolność, takie wystąpienie przeciwko literackim murom. Ale (to na plus) nie rozpierniczasz ich buldożerem, tylko sprytnie przeskakujesz, jak nindzia. I w bardzo ciekawy literacko sposób prezentujesz coś, co jest mocno osobiste, ale jednocześnie uniwersalne i łatwe do zrozumienia (a nawet utożsamienia się) dla zwykłego czytelnika. Tak wygląda solidne, wartościowe pisarstwo. Dlatego byłem na TAK. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Aryo, Maćku, Thargonie – dziękuję za Wasze budujące opinie :) 

Neuropatia – choroba nerwu obwodowego (czuciowego, ruchowego lub autonomicznego).

 

Można zasugerować stwierdzenie, że sam tekst jest chory, bo łamie go w kościanych ścianach i jakoś inaczej się wysławia, myli fakty, gorączkuje. Widać lekarską rękę. Znaczy metaforycznie widać, bo dosłownie to podobno ciężko lekarza rozczytać, a tu czyta się bez przeszkód.

 

Co mi się podoba? To, jak równomierne jest “Prawie”. Nie ma wypustek, potknięć ani zgrzytów, wszystko zazębia się tam, gdzie powinno. Nie czuć przesytu. Z meta-fikcją jest tak, że łatwo z nią przesadzić, przedawkować uświadomienie (Hej ty! Tak, ty! Mówię do ciebie!), ale Ty zespalasz fikcję (Bartka) z rzeczywistością (sobą) – nie łączysz (wydaje mi się, że w czymś, co jest tylko złączone, x wciąż znacząco równi się od y), tylko zespalasz, przesycasz narracje sobą nawzajem.

Dobra meta zabawa (nie mylić z inną metą, po której też ludzie się bawią) nieustannie przypomina, kto tu rządzi, podkreśla, że czytelnicy czytają, pisarz pisze, “szansa na ocalenie jest poza zasięgiem” – jest dosłowna. Ironiczne, straszne. Ta natychmiastowa zamiana ról doskonale burzy światy – ten z liter również – bawi się zawieszeniem wiary: w co i komu mamy wierzyć, jak się ratować? Samoświadomość zagłębia się w metafizykę, która z kolei jest skrajnie pesymistyczna – na końcu zostajemy z paranoją i niezrozumieniem, prawie ocaleni. Prawie jest bolesne i niesprawiedliwe, nie tylko w fikcji, ale szczególnie w prawdziwym życiu: bycie prawie kimś, prawie gdzieś. No fuj.

Dobra autorefleksja to przede wszystkim taka, która trzyma: 1. w napięciu, 2. za rogi. Trzymasz. Być może jest swojego rodzaju medytacją – na pewno przeszedłeś przez parę faz, pisząc ten tekst – jest bardzo “żywy”, pokazuje życie, jego aspekty, procesy, miejsca. Nie w stylu parodii, a właśnie realizmu; dodaje wiarygodności, którą meta analogicznie odbiera, “budząc” bohaterów, tworząc paradoks zamiany i subiektywność narratorów (w “zemście” Bartka przejmującego władzę). Wytykasz wady, nie przerysowując ich. Wytykasz, ale tłumaczysz – rozumiemy, kim są bohaterowie, co z kolei sprawia, że możemy im współczuć. Tu pojawia się znaczące pytanie – czy po tym wszystkim, co nam wytłumaczono, mamy kibicować Krzyśkowi, czy wręcz odwrotnie?

Jako że tynkowanie tej czwartej ściany jest w literaturze od jakiegoś czasu, ciężko ją wrzucić do cv konkretnego gatunku, nie jestem pewna czy akurat “weird fiction”, może bardziej surrealizm/postM? Tak czy siak, była to przyjemna, niepokojąca lektura – jedno nie wyklucza drugiego ;)

 

Dzięki za udział w konkursie.

Dziękuję za jurorski komentarz, Żonglerko :) 

Nowa Fantastyka