- Opowiadanie: ninedin - Król umiera, czyli metamorfozy

Król umiera, czyli metamorfozy

Hasło konkursowe: LŚNIĄCA ILUMINACJA. 
iluminacja

1. «rzęsiste oświetlenie sztucznym światłem»

2. «nagłe uświadomienie sobie czegoś»

3. «oświecenie umysłu przez Boga jako nieodzowny warunek poznania» [SJP]

 

Moja pierwsza weirdowa próba, idąca raczej w niesamowitość niż w groteskę. Nie jestem pewna, ile ma procent weirda w weirdzie. 

 

Teoretycznie pasowałby jeszcze jeden tag, ale za nic w świecie nie chcę go dodawać. 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Król umiera, czyli metamorfozy

Król ma dziś umrzeć, choć zupełnie się tego nie spodziewa. Skąd wiem? Cóż, jestem bogiem.

Boskimi oczyma widać, jak sznureczki, na których wszyscy wisimy, w przypadku króla zbiegają się w jeden, niemożliwie splątany węzeł bez rozwiązania. Dzisiaj kończy się królewska nić.

Ludzie, naturalnie, nie mogą tego dostrzec. Niemniej, mam pewne podejrzenia. Nie tylko – jak sądzę – ja jeden wiem, że król musi umrzeć.

 

***

 

Podglądam rozmowę pierwszej żony władcy z synem. Jest ranek w dniu przyszłej śmierci króla. Jego eksmałżonka półleży na sofie, owinięta w jedwabny szlafrok i starannie nieuczesana.

–  Nie pocieszaj mnie, dziecko – mówi z westchnieniem. Książę siedzi naprzeciwko niej, dłonie o długich palcach zaciska na ozdobnych poręczach fotela. Zrobiono je z kości i mięsa dziewczyny, która nie chciała boga. Widzę, jak resztki jej świadomości dygoczą i próbują cofnąć się pod dotykiem rąk mężczyzny.

Za późno, złociutka, myślę do dziewczyny. To nie jest świat, w którym bunt przeciw bogom byłby rozsądnym pomysłem.

–  Mamo, zrozum, nie możesz aż tak się przejmować – zaczyna książę. Jest niezwykle podobny do królowej, a ojciec nie może mu tego wybaczyć. Młody nie raz już sobie wyobrażał, jak by się czuł w królewskim diademie. Wiem, że o tym myślał i że zastanawiał się, co by to musiało znaczyć dla ojca – inaczej czarne stwory, pełzające w ścianach od czasu, kiedy pradziadek księcia zamordował w tym pałacu swego ojczyma, nie kręciłyby się tak niespokojnie. One widzą przyszłość, czują krew.

–  Co mam zrozumieć? – była królowa wydaje się niespokojna i rozkojarzona. Choć może to tylko pozory: wiem, że potrafi znakomicie grać zmartwioną kobietkę. – Twój ojciec bierze nową żonę. Młodą. W twoim wieku. Wiesz, co to znaczy? Dla ciebie? Dla mnie?

–  Może nie trzeba było wszem i wobec rozpowiadać, że sypiasz z bogiem, zamiast z nim?! – syczy książę.

–  To wszystko przez tę małą intrygantkę – królowa udaje, że nie słyszała słów syna.

Książe nie odpowiada, zamyśla się. Palcami bębni po gładkiej poręczy fotela. Królowa może sobie gadać, że to bóg w postaci wielkiego węża wpełzł w nią i spłodził syna, ale ja wiem, że to nieprawda. Książę nie jest jednym z nas. Gdyby był, czułby wściekłość, jaką każde uderzenie jego palców budzi w zamkniętej w drewnie resztce dziewczyny.

–  Król mnie odeśle w jakieś paskudne miejsce. Może zabije – mówi królowa.

Książę kręci głową.

–  Nie przesadzaj, mamo – mówi bez przekonania.  

–  Pomściłbyś mnie? – pyta kobieta, spoglądając mu głęboko w oczy.

–  Nie – odpowiada książę lodowato. – Nie tak.

Zrywa się na równe nogi. Wycofuję się spod lekko uchylonych drzwi w głąb korytarza, zanim wyjdzie i zauważy, że podsłuchiwałem.

Zaczyna przychodzić mi do głowy pewien pomysł. Czuję, jak rozpycha się w mózgu, ogarnia mnie, prześwietla myśli. Co by było, gdyby, kusi. Co będzie, kiedy

 

***

 

W sumie sam jestem ciekawy, jak to się stanie. Król jest ledwie po pięćdziesiątce, ze starości nie zejdzie. Pęknie mu serce albo żyłka w mózgu? Znajdzie się zabójca z nożem, może z trucizną? Pocisk z daleka? Nie mam pojęcia. Nie wszyscy bogowie są wszechwiedzący.

Król oczywiście nie wie, że umieranie już się zaczęło. Rozsiadł się w towarzystwie starego kumpla, od dzisiaj – nowego teścia. Jest dopiero południe; panowie popijają wino. Na blacie (z kości naszej matki, wyrwanych jej na żywca, pociętych, wypolerowanych na błysk) straszą czerwone plamy. Krew, myślę. Umrze przez przelaną krew.

Albo nie. Nie jestem szczególnie biegły w sztuce czytania znaków. Pomysł w mojej głowie pulsuje jaskrawą aurą, zostawiając błyskawice powidoków. 

–  Stary, na coś ty mnie na…namówił! –  król niezbyt pewną ręką podnosi kielich, przepija do przyjaciela. – Nowa baba? No wiesz co?

Teść, z zawodu kanclerz, klepie władcę po kolanie.

–  Nie mów, że nie masz ochoty! – cmoka. – Zabawisz się, odmłodniejesz przy niej, a może i nowego syna się doczekasz. No wiesz, zdolnego, posłusznego tobie, a nie kolegom czy mamusi. Podobnego do ciebie…

Kanclerz urywa. Król spogląda na starego przyjaciela wzrokiem, który nagle wydaje się niebezpiecznie trzeźwy.

Cisza między nimi trwa o jedno uderzenie serca za długo. Kiedy kanclerz już zaczyna w myślach żegnać się z tym światem (tak zakładam: czuję, jak dygocą ze strachu uczepieni jego włosów i szat przodkowie– widma), król wybucha głośnym śmiechem.

–  Służba! – krzyczy. – Więcej wina!

Wynurzam się z kąta, w którym czekałem, i z malowanego dzbanka dolewam trunku do dwóch kielichów.

–  Za syna, nie maminsynka! – woła król, wznosząc naczynie w górę.

–  Za nowego, idealnego następcę! – odpowiada kanclerz.

Żaden nie słyszy szybkich, oddalających się kroków kogoś, kto właśnie szedł porozmawiać z ojcem, ale usłyszał słowa, które sprawiły, że nagle zmienił zdanie.

Hmm. Może jednak to będzie przez przelaną krew.

 

***

 

Król zamierza wziąć dziś nową żonę, a także formalnie dołączyć swoją osobę do grona państwowych bogów.  

Nie wiem, co na to sami nieśmiertelni, nie pytałem, ale powiedzmy sobie szczerze, nie wszyscy kapłani są z tego powodu zadowoleni.

Poszli to omówić na sekretnym spotkaniu pod miastem. Nie wiedzieli, że mogę ich słyszeć uszami dziewczyny, z mojego powodu przebitej niegdyś niebiańską strzałą i rosnącej dziś zagajnikiem ciemnych drzew na granicy królewskich posiadłości.  

To nie była miła rozmowa. Zdanie sobie sprawy, że do panteonu dojdzie nowy bóg, w mieście stanie dla niego świątynia, a władza sama wyznaczy kapłana – i że w to najnowsze sanktuarium i królewski kult wpompuje się sporo pieniędzy, które do tej pory szły do znanych od dawna centrów religijnych i, zwłaszcza, do ich duchowych przywódców – to nic przyjemnego, zwłaszcza dla tychże przywódców. Moja dawna przyjaciółka, obecnie ciałem i umysłem rozdarta między drzewa w zagajniku boga, którego dla mnie zdradziła, nie rozpoznała ich głosów i twarzy. Słyszałem ich przez nią jak rój monotonnie brzęczących owadów: zdrada, obraza, zniewaga, gniew bogów, gniew, gniew, gniew.

Hmm. O tym nie pomyślałem. Może króla faktycznie trafi z daleka jakiś widomy sygnał złości nieśmiertelnych? Nie byłby pierwszy, pewnie też nie ostatni. Kiedy sam jesteś jednym z nieludzi, codziennie widzisz, że ziemia jest pełna śladów po boskich atakach wściekłości. Dla ludzi to kwestia wiary – ja wiem. Nie da się nie wierzyć w coś, co jest.

Wśród słów, jakie brzęczały w zagajniku, nie było jednak mordu. Ani zabójstwa. Ani kary, wziętej we własne ręce.

A więc chyba nie kapłani. Może bogowie. A może jednak syn, który nagle się dowiedział, że ojciec czeka na nowego, lepszego następcę. Ciekawe, czy już podzielił się tą wieścią z przyjaciółmi.

 

***

 

Zaintrygowany sprawą przyszłej śmierci króla i prześladowany pomysłem, na śmierć zapomniałem, że udaję służącego i mam obowiązki. Moje zapomnienie z kolei nie umknęło bystrym oczom ochmistrza. Normalnie zapłaciłbym jutro za moje dzisiejsze niedbalstwo, ale jutro, po śmierci króla, będzie tu kompletne szaleństwo i raczej na pewno mi się upiecze. Zresztą – nawet jakby nie, to co? Żywię się przy tym dworze tak tłusto i obficie, że mogę znieść i chłostę od czasu do czasu. 

Na wszelki wypadek pokajałem się i przyniosłem pannie młodej świeżą wodę do wstawienia ślubnego bukietu.

Przyszła władczyni jest równie rozkojarzona, jak jej poprzedniczka, choć z zupełnie innych powodów.

–  Ty jesteś skończoną idiotką, wiesz?! – wrzeszczy na nią macocha.  – Skończoną! Dyplomacji się gówniarze zachciało! Leć do świątyni, durna, i składaj ofiary bogom milczenia, żeby król się nie dowiedział!

Rano, po skonsumowaniu małżeństwa, ta dziewczyna zostanie królową; w tej chwili wygląda, jakby miała skonać ze strachu przed własną opiekunką.

–  Posłuchaj – mówi kobieta, pozornie spokojniej, ale w jej głosie nadal słychać furię i jad. – Masz być młoda, ładna i głupia, pogódź się z tym. Król cię bierze po pierwsze dla tyłka i cycków. Po drugie, dla brzucha, bo możesz mu dać kolejnego syna, miejmy nadzieję lepszego, niż ten, którego ma. Twoim zadaniem jest nie dać się zastąpić i wspierać naszą rodzinę, kiedy się da. Od decyzji politycznych jest król, a radą ewentualnie może służyć twój ojciec, nie ty. Zrozumiano?

Dziewczyna chce coś powiedzieć, milknie. Rzuca spojrzenie w kierunku okna, gdzie stoi dzban, a w nim – czekający na świeżą wodę ślubny bukiet. Mój wzrok wędruje w tym samym kierunku.

Widzę kwiaty i zastygam, patrząc z fascynacją i odrazą jednocześnie.

Lepkie, czarne nici oplatają naczynie, wiją się wśród kwiatów. Kto je wybrał dla panny młodej? Przed moimi boskimi oczami niebieskie, żółte i czerwone płatki odsłaniają swą prawdziwą naturę. Te rośliny wyrosły z trujących wyziewów, z zębów i krwi ludzkich ofiar, ze śladów piekielnego paskudztwa, które w dniach chaosu wypełzło na ziemię. Między płatkami i łodygami sennie snują się pasma klątwy: ciężkiej, namacalnej, boskimi ustami wypowiedzianej. Doprawdy, trzeba być człowiekiem, żeby tego nie widzieć.

I trzeba zdecydowanie nim nie być, żeby wiedzieć, co się posyła. Albo mieć pod ręką znającego się na rzeczy nieczłowieka. Co, zdaje się, odpowiada na moje pytanie o autora wyboru.

 

***

 

Nie mogę tak po prostu zapytać ekskrólowej, czy to jej robota, ale niekoniecznie  muszę. O tym, że nasza władczyni bawi się czarną magią, mówi się od lat. Prawda jest taka, że jej wysokość jest dość kiepska w czarowaniu, za to znakomita w wyszukiwaniu ludzi i nieludzi, który zrobią to za nią.

Żeby się upewnić, zostawiam liścik dla księcia w miejscu, do którego powinien trafi dosłownie jak po sznurku.

Trafia. Gdzieś w połowie udawania, że kominek wymaga czyszczenia, słyszę chmurę wściekłości, otaczającą nadchodzącego księcia.

Kiedy wpada do komnaty, jego matka robi wrażenie szczerze zaskoczonej.

–  Co się stało? – zaczyna, ale książę ucisza ją gestem.

–  Oszalałaś?! – mówi podniesionym głosem, nie zwracając uwagi na moją obecność. – Mamo, coś ty sobie myślała? Zatruty bukiet? Klątwa? Nie wiem, kto cię zdradził, ale skoro przekazał to mnie, to jest ryzyko, że wiedzą i inni. Nie spodziewałem się po tobie takiej… głupoty.

–  Jaki bukiet? – pyta królowa. – Nie mam pojęcia, o czym mówisz.  

Ten młody głupiec, książę, oczywiście jej nie wierzy. Stawia żądania i domaga się wyjaśnień. Matka, rozgniewana, odpowiada krzykiem. Dobrze, bardzo dobrze: czarne stwory pełzające w ścianach wystawiają łby, chciwie spijają powietrze ciężkie od złości i oskarżeń.

Książę nie wie, bo skąd i niby ma wiedzieć, że królowa nie kłamie. Trzeba być bogiem, żeby, patrząc na nią, mieć taką pewność.  

 

***

 

W zamieszaniu z klątwą i ekskrólową zupełnie zapomniałem o awanturze między jej następczynią a macochą. Nie dowiedziałem się, w jakiej to sprawie nasza przyszła pani zabawiała się dyplomacją i jaki to wszystko ma związek z nadchodzącą śmiercią króla.

Znając kanclerzową i jej uczucia do pasierbicy, nie miałem wątpliwości, że z satysfakcją doniesie mężowi o potknięciu dziewczyny. Doniosła, oczywiście. Ludzie bardzo rzadko mnie zaskakują w takich sprawach.

Jadowity szept kanclerzowej pełznie po ścianach, karmi czające się w nich stwory.

–  Ty ją musisz utemperować, kochanie – przynagla. – Jak tak dalej pójdzie, to tymi idiotycznymi intrygami od razu zniechęci do siebie króla i zrujnuje nam plany. Nie wiem, może ktoś jej źle doradza? Trzeba sprawdzić, kto z jej osobistego dworu mógł ją namówić na prywatne spotkanie z wysłannikiem cesarza…

Kanclerz, który do tej pory tylko udawał, że słucha, zrywa się z miejsca.

–  Z kim?! – prawie krzyczy, trudno powiedzieć, bardziej oburzony czy wystraszony. – Mówiło się jej tyle razy, żeby nie zgadzała się na żadne kontakty, żadne…

–  Przyznała w końcu, że poseł podarował jej naszyjnik – wtrąca usłużnie macocha. Oboje z satysfakcją patrzymy, jak ojciec przyszłej królowej czerwienieje na twarzy, jak zaciska pięści z narastającą wściekłością. – I przysłał te rzadkie kwiaty do ślubnego bukietu.

A to niespodzianka, myślę. Cesarz od dawna ma zakusy na to niewielkie, ale zamożne królestwo, a i nasz władca łakomie zerka na słabo bronione przygraniczne cesarskie prowincje. Pozory pokoju maskujące przygotowania do wojny: całe stada lepkich istot żywiących się kłamstwem utuczyłyby się na negocjacjach. Ale żeby działać tak bezpośrednio? Hmm.

–  To jest intryga przeciwko nam, mówię ci – szepcze kanclerz. – Pokazać nową królową jako marionetkę cesarstwa, zdemaskować jej rodzinę jako zdrajców, rozbić małżeństwo króla…

–  Jestem niemal pewna, że za tym stoi ta stara judzicielka – mruczy kobieta. Jej mąż kiwa głową.

–  Ja też nie mam wątpliwości. Trzeba będzie w końcu rozwiązać problem raz na zawsze – mówi.

Dobrze, myślę. Bardzo dobrze.

 

***

 

Dwójka durni-intrygantów wyobraża sobie, że wie, o co chodzi, ale dla mnie jest oczywiste, że ekskrólowa nie miała z bukietem nic wspólnego. Skądinąd, gdyby znała sprawę, zapewne żałowałaby, że nie wpadła na pomysł wykorzystania cesarstwa w swoich planach pozbycia się rywalki.

Po zastanowieniu się rezygnuję z idei osobistego zbadania domu cesarskiego posła. Obcy mają własnych bogów, nie zawsze zrozumiałych czy chętnych do współpracy. Nie będę pakować się w kłopoty ani ryzykować spotkania. W zasadzie nawet nie potrzebuję wiedzieć, o co chodzi cesarzowi; to zwykła ciekawość, którą zarazili mnie śmiertelni.  

Albo nie. Albo to on, pomysł, buzujący jaskrawo w mojej głowie. Coraz bardziej podejrzewam, czym musi być, i wcale mi się to nie podoba. Nikt z nas, bogów ani ludzi, nie chce być narzędziem tego, co zawiesiło nas na sznurkach, splątało węzły.

Ludzie boją się bogów, bogowie boją się bogów, wszyscy boimy się tego, co jest poza ponad bogami, splatania-nici.

Kiedy w pałacowych ogrodach dostrzegam wysłannika rozmawiającego z ulubionym muzykiem księcia, czuję, że tracę kontrolę. Chcę – on chce – wiedzieć. Sięgam w głąb ziemi, ku jej kościom i wyrastającym spomiędzy nich roślinom, które kiedyś miały ludzkie ciała i zmysły; słyszę ich zapamiętanymi uszami.

Za późno. Większość rozmowy już się odbyła. Trawa może i słucha, ale nie pamięta.

–  … zgodnie z umową – mówi poseł. Artysta potwierdza skinieniem głowy.

–  Jak rozumiem, to wszystko? – pyta. – Tylko tyle? Ten konkretny utwór?

–  Tyle – mówi poseł i wręcza mu niewielkie pudełko. – To dla pana. Za fatygę.

 

***

 

Kręcę się po korytarzach – godzina królewskiego ślubu zbliża się nieubłaganie – aż w końcu dostrzegam muzyka. Przewidywalnie, zmierza do skrzydła, w który mieszka książę. Doskonale. I tak miałem sprawdzić, jakie są szanse, że to on zabije władcę.

Książę jest trzeźwiejszy niż jego ojciec. Odrobinę trzeźwiejszy. Z wdzięcznością przyjmuje ode mnie misę świeżo upieczonych słonych precli.

Wycofuję się w kąt i znikam w cieniu. Państwo zwykle zapominają o moim istnieniu w momencie, kiedy tylko wykonałem bezpośrednie polecenie; do tego wcale nie muszę wykorzystywać boskich mocy.

Książę i jego najbliżsi towarzysze – piątka kuzynów i przyjaciół, z którymi się wychował – zapadli w głębokie fotele. Okiennice są zamknięte, półmrok pokoju rozpędzają tylko niewielkie lampki. Muzyk dostraja instrument, odchrząkuje, zaczyna grać.

Słucham melodii, a w jej tle słyszę echo wrzasku pół-zwierzęcia, pół-człowieka, któremu kiedyś wydarto jelita, by zrobić struny. Pierwsze słowa i już wiem, w co pogrywa wysłannik cesarza. Do tego nie trzeba mi wszechwiedzy, której mimo bycia bogiem nie posiadam.

Plum, plum, plum, toczy się smutna ballada o żołnierzu-wygnańcu, który porzucił swe ziemie i w końcu na obczyźnie umarł z rozpaczy, z zawiści wygnany przez wodza. Książę ociera oczy raz, drugi. Krzywię się. Nie sądziłem, że aż tak łatwo z nim pójdzie. Owszem, jest wstawiony i do ślubu raczej nie wytrzeźwieje, ale pytanie, czy łzawa piosenka i użalanie się nad sobą wystarczą, żeby go popchnąć do ojcobójstwa. 

Następca tronu staje przy zasłoniętym oknie, tyłem do towarzyszy. Schyla głowę. Muzyk nadal gra, kolejne monotonne zwrotki o cierpieniu i tęsknocie sączą się do uszu słuchaczy.

Dopiero kiedy jego najbliższy przyjaciel podnosi się z fotela i niepewnie podchodzi, by położyć mu rękę na ramieniu, do mojej ciężarnej pomysłem głowy przychodzi myśl, że może piosenka nie była wymierzona w księcia.

Ten głupiec myśli, że jego uczuć nie widać, ale się myli. Nawet dla ludzi musi być oczywiste, że jego obsesja na punkcie księcia nigdy nie była braterska. I nigdy nie miała granic – nie ma podłości, ohydy ani idiotycznego samopoświęcenia, przed którym ten człowiek by się nie cofnął, byle zadowolić swego pana. Obsesja zaślepia i ogłupia. Wysłannik cesarza nie mógłby znaleźć lepszego narzędzia. 

Ciekawe, jak na to wpadli, myślę i czuję nabrzmiewający w mojej głowie blaskiem pomysł, niteczki jego światła powplatane w plątaninę wiążącą nas wszystkich. 

Przyjaciel księcia ściska jego ramię.

– Król nie może cię wydziedziczyć – mówi cicho. – Nie pozwolimy na to. Nie martw się.

–  Ja się nie martwię – kłamie książę, a potem dodaje: –  Już czas. Chodźcie, bo się spóźnimy na ten cholerny ślub.  

Wychodzą, a ja za nimi, zastanawiając się, co będzie dalej. Jestem dobrym sługą i dobrym bogiem. Opiekuję się moimi chlebodawcami. Żywię ich ludzkim mięsem, ledwie co okrytym, po nakazanej przez bogów przemianie, zwierzęcą skórą. Poję wodą płynącą ze źródła łez; maskuję jej gorycz smakiem miodu zebranego z trujących kwiatów, żywię się tym, co mi za to dają. Kim będę, kiedy skończy się dzisiejszy dzień? Czuję pomysł, gotowy pęknąć w mojej głowie i rozlać się na świat.

 

***

 

Idą. Roztrzęsieni, wściekli, skłóceni, dworzanie i rodzina zmierzają na królewski ślub.

Panna młoda ma przeklęte kwiaty i złotą suknię. Król, powoli trzeźwiejący, patrzy na nią i usiłuje przypomnieć sobie, po co to robi.

Stoję z boku, wśród służby. Zapach kwitnących wokół świątyni róż miesza się z odorem przelanej krwi, nie jestem pewien: prawdziwej czy przyszłej.

Niechętni kapłani zaczynają inkantacje. Mówią o królu. O bogach i ich łasce. O królu– bogu. Tłum ludzi, obserwujących tę scenę, klaszcze w dłonie.  

Król, otoczony rodziną i towarzyszami, powoli rusza w stronę wrót świątyni.

Prawie się domyśliłem, że to będzie on. Najlepszy przyjaciel księcia stoi tuż obok niego i gdyby następca tronu patrzył choćby odrobinę poza czubek własnego nosa, domyśliłby się, że coś jest nie tak. Czyżbym widział sznurki, na moich oczach plączące się w morderczy węzeł, zrastające z królewskimi, nagle zakończone?

–  Dla ciebie. Za twoją krzywdę  – mówi do księcia jego przyjaciel, ten najbardziej zaufany ze wszystkich. Sięga po ukryty w rękawie nóż. Robi krok. Odwraca się w stronę władcy.  

Uderza. Uczył się na medyka, wie, gdzie trafić.

Król ciągle nie wie, że umiera. Osuwa się na ziemię, w miękkie ciało bogini, w której żyjemy, poruszamy się i jesteśmy.

– Tato? – syn łapie ojca za ramię, próbuje zatrzymać upadek, ale potem dostrzega krew. Ponosi wzrok. 

Książę i morderca jego ojca patrzą sobie przez moment w oczy. Uciekaj, mówi wzrok przyszłego władcy.

Zabójca nie zdąży, oczywiście. Ktoś mu podłoży nogę, ktoś strzeli. W zamieszaniu – książę szlocha, obie królowe krzyczą na siebie nawzajem, kanclerz zawodzi, kapłani bezsensownie wzywają bogów na pomoc – podchodzę do króla.

Nie jestem wszechmocny, wszechwiedzący ani wszechmądry, ale zawsze zupełnie nieźle radziłem sobie jako bóg udręki. Teraz jednak to nie ja; to on, pomysł. Podtrzymuje głowę rannego i podaje mu odrobinę wody. No dobrze: czegoś, co wygląda jak woda.

Król się krztusi; na usta występują mu bąbelki śliny pomieszanej z krwią. Patrzę mu w oczy i widzę w nich coś, czego nigdy wcześniej nie dostrzegałem u tego człowieka: strach.

Pozwólcie, że wam powiem, co teraz widzi król. Co widzę ja.

Pomysł wybucha falą światła przed naszymi oczyma, przetwarza ludzką świadomość, wiąże moją z nim teraz i na zawsze. Nad nami niebo – truchło pradawnego boga, wykastrowanego i pokrojonego jak zwierzęca ofiara przed spaleniem. Wokół nas rzeczy, każda dysząca resztką dawnego życia. Nic nie było tym, czym jest. Nic nie jest, w naszych oczach, tym, czym się ludziom wydaje.

Ranny wrzeszczy. Też bym wrzeszczał, na jego miejscu. Świat w swej pierwszej naturze nie stworzył się dla ludzkich oczu.

Światło rozcina węzeł. Nić króla rozjarza się, ognistym wężem wyrywa z plątaniny, biegnie ku nieskończoności.

W jaskrawej iluminacji, rozdzierającej jego umysł i przekształcającej go na obraz i podobieństwo boga, król jednak nie umiera. Spełni swoje marzenie. Konając, przemieni się w połowę mnie, wiecznego czciciela: człowiekoboga, na wieki po ludzku cierpiącego, ale widzącego świat jak nieśmiertelni. Biedak. Jeszcze nie wie, jak trudno być współbogiem.

Koniec

Komentarze

Ha, skądś znam historię tej rodziny królewskiej ;) Sprytnie to uprościłaś, że bez imion wychodzi w zasadzie uniwersalny fantasyland. Znam też pomysł na te ajtiologiczną fantasy, uważam, że jest świetny i mogłabyś go rozwinąć w rozbudowany świat.

Zastanawia mnie tylko, co to za bóstwo? Ktoś konkretny czy wariacja na temat mitologii?

http://altronapoleone.home.blog

Pięknie i frapująco poprowadzona intryga. Widać też ogrom wiedzy mitologicznej. Bardzo spodobał mi się zabieg bez nadawania imion, ani wyboru konkretnego miejsca. Sprawiło to wrażenie zawieszenia jako baśni, którą można umieścić praktycznie wszędzie. Czytałam z wielkim zainteresowaniem. Ale muszę się przyznać, że jest lekki niedosyt, bo może jednak dodasz jeden mały detalik, jakieś imię. Daję temu głosowi ucichnąć. Podoba mi się tak jak jest. 

Ninedin, ale mi się podobało! Z humorem, z pomysłem:-) zaintrygowało mnie to zdanie:"Doprawdy, trzeba być człowiekiem, żeby tego nie widzieć." Pozdrawiam

Bardzo zgrabnie przedstawiona niby klasyczna, dworska intryga, ale z mocno nie-klasycznym elementem nadprzyrodzonym. Spodobało mi się odwrócenie konwencji – wiemy, że zginie, nie wiemy jak. Nastrojowo wkomponowane ‘weirdowe’ detale, jak poręcze z kości mających szczątkową świadomość. No i jeszcze delikatna szczypta tęczy ;) klikam :)

w miejscu, do którego powinien trafi dosłownie jak po sznurku.

Książe nie odpowiada, zamyśla się.

Literówki

klaszcze w dłonie.

Chyba niepotrzebny pleonazm. 

 

Kurczę, bardzo sprawnie poprowadzona intryga. I ten świat! Podoba mi się, jak żywa jest w nim mitologia, jak nieustająco obecni bogowie i duchy. Dzięki temu wszystko zdaje się jednocześnie pełnokrwiste i zaczarowane. 

Bardzo fajnie sobie to wszystko wymyśliłaś :) Bardzo mi się podobało. Historia pomieszana z weirdem i to w wyjątkowo umiejętny sposób. A poza tym, jak to U Ciebie, świetnie napisane.

Oczywiście klikam bibliotekę :)

Powiem szczerze, myślałam, że przy lekturze kafkowych opków będę się okrutnie, bo nie przepadam za nadmiarem absurdu i dziwności w literaturze, ale muszę przyznać, że co rusz trafiam na teksty, które mi się podobają. Twój niewątpliwie do nich należy. Fantastyczny pomysł z przedstawieniem intrygi widzianej oczami pomniejszego boga. Sama intryga wydaje mi się znana, choć za cholerę nie potrafię jej nigdzie umiejscowić. Może jeszcze doświadczę iluminacji ;)

Wstawki w stylu fotel z kości i mięsa dziewczyny, która nie chciała boga są rewelacyjne i dodają opku smaczku. Fantastycznie splotłaś wątki mitologiczne z dworską intrygą.

No, śliczne to było. Klikam oczywiście :D

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przedstawienie całego tego zamieszania wokół korony z perspektywy kogoś innego niż któryś z jej uczestników było bardzo dobrą decyzją. Tekst nie jest super weirdem, ale ma sporo ciekawych smaczków bardzo a propos smiley wpisując się w kanon konkursu udało Ci się zachować swój bardziej osobisty sposób wyrazu, a to sztuka i to nawet nie taka tylko dla sztuki. 

Bardzo dziękuję wszystkim za miłe słowa, cenne poprawki i jurorskie wizyty :)

 

Ten tekst ma, owszem, inspirację, a nawet dwie; pewna część intrygi luźno oparta jest na konkretnym historycznym zamachu na pewnego króla, ale pozmieniałam na tyle dużo faktów, na czele z tym kluczowym – kto i czemu zabił – że odeszłam od pierwowzoru daleko. Drugą inspiracją był dramat, któremu opowiadanie zawdzięcza tytuł – od układów między postaciami nieco podobnych jak w sztuce, zaczął się mój pomysł na ten konkretny tekst, inspiracja znaną mi historią doszła później. Przy czym oryginalna, historyczna wersja tego zamachu jest bardzo paskudna i bardzo inspirująca i bardzo, bardzo nie zmieściłaby się w 24 000 znaków.

A ja nie wiem, co to za rodzina. Świat jakoś przypomina grecki, tytuł raczej pcha w stronę Rzymu. W sumie, jedno nie wyklucza drugiego.

Ciekawy punkt widzenia obrałaś.

Interesująca historia, dobrze się czyta.

Wykastrowane niebo. Kronos rozstał się z klejnotami. Uranos też?

Masz trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za odwiedziny, Żonglerko, i za komentarz, Finklo. Będę tropić literówki. 

 

Finklo, świat, w sensie – zwłaszcza to, jak widzi go narrator – rzeczywiście jest inspirowany greckim, ale nie ortodoksyjnie, w sensie – sporo motywów wymyśliłam. Dość daleki od ostatecznej fabuły, ale będący inspiracją zamach na króla, na którym oparłam część swojej polityczno-dworskiej historii, zdarzył się z kolei na dworze macedońskim. Starałam się wyjąć życie dworskie z konkretu historycznego, stąd na przykład brak imion i przemieszanie rekwizytów (tu świątynie i diademy, tam fotele, sofy i jedwabne szlafroki).  

Świetny tekst, bardzo mi się podobał. Intrygujący już od samego początku (te fotele, czy raczej sposób ich opisania). Również przypadło mi do gustu, że nie ma zbędnych imion, dzięki temu całość zyskała uniwersalny wyraz. Czytało się dobrze i z przyjemnością, choć mnie osobiście takie wątki denerwują – wymiana królowej na młodszą, nowa królowa tylko po to, by była do łóżka itd. – za dużo mi tego w historii świata, ale trudno o to mieć pretensje do opowiadania, który w końcu ma korzenie historyczne… Podsumowując – sprawnie poprowadzona historia, ciekawe pomysły, nic, tylko więcej takich tekstów.

Dzięki za odwiedziny i pochwały, Silvo. To prawda, zazwyczaj niespecjalnie fajnie było być królową w dawnych czasach :D – choć tu starałam się przemieszać epoki i nie dawać konkretnych, wskazujących na dane czasy tropów: moja królowa jednocześnie sugeruje, jakby żyli w czasach, kiedy władca mógł skazać żonę na śmierć z czystego kaprysu, i odgrywa współczesną żonę, powiedzmy, milionera, odstawioną na boczny tor dla młodszej, ale ciągle obecną w jego życiu choćby przez syna :) 

Twoim zadaniem jest nie dać się zastąpić i wspierać naszą rodzinę, kiedy się da.

Brzydko to wygląda.

 

Książę nie wie, bo skąd i niby ma wiedzieć, że królowa nie kłamie.

A tu Ci się Yoda włączył. Dwa razy czytałam to zdanie, szyk zupełnie nie zagrał, proponuję zmianę → Książę nie wie, bo i skąd ma niby wiedzieć…

 

Ludzie boją się bogów, bogowie boją się bogów, wszyscy boimy się tego, co jest poza ponad bogami, splatania-nici.

Tak chyba nie miało być.

 

Przewidywalnie, zmierza do skrzydła, w który mieszka książę.

Coś się urwało temu słowu.

 

Brak imion z jednej strony pozwala na szerszą interpretację, osadzenie opowieści poza jednym konkretnym uniwersum, ale rykoszetuje pewnym chaosem wśród postaci. Nie mają nawet imion, co zmusza Cię do lawirowania i określania ich kolejnymi tytułami/funkcjami. Weźmy przykładowo ten fragment:

W zamieszaniu z klątwą i ekskrólową zupełnie zapomniałem o awanturze między jej następczynią macochą. Nie dowiedziałem się, w jakiej to sprawie nasza przyszła pani zabawiała się dyplomacją i jaki to wszystko ma związek z nadchodzącą śmiercią króla.

Znając kanclerzową i jej uczucia do pasierbicy, nie miałem wątpliwości, że z satysfakcją doniesie mężowi o potknięciu dziewczyny.

Karkołomne.

 

Jeśli chodzi o styl, to moim zdaniem jest trochę nierówno: z jednej strony są bardzo ładne zdania, jest humor i celne spostrzeżenia, z drugiej pojawiają się też zdania nieco sztywniejsze od pozostałych, jakby dopisywane na kolanie. Zwłaszcza początek, mam wrażenie, został napisany dużo prostszym i bardziej neutralnym językiem. Później to wrażenie znika, jakbyś się rozkręciła, niemniej sporo jest zdań za długich, albo z dziwnie przestawionym szykiem, albo z siękozą i czasownikozą.

Zerknij na przykład na to zdanie:

 

Zdanie sobie sprawy, że do panteonu dojdzie nowy bóg, w mieście stanie dla niego świątynia, a władza sama wyznaczy kapłana – i że w to najnowsze sanktuarium i królewski kult wpompuje się sporo pieniędzy, które do tej pory szły do znanych od dawna centrów religijnych i, zwłaszcza, do ich duchowych przywódców – to nic przyjemnego, zwłaszcza dla tychże przywódców.

Już pomijając te dwa “zwłaszcza” jedno pod drugim – nie dałoby się skrócić? 

 

Jeszcze ostatni zarzut pod adresem stylu: nie podobały mi się dialogi, zwłaszcza te z udziałem króla, omawianiem ponownego ożenku itd. Wiem, że teoretycznie Twój tekst nie dzieje się w żadnych sprecyzowanych realiach, ale wydały mi się zbyt unowocześnione, współczesne. Imo dużo lepiej sprawdziłaby się w tym wypadku chociaż odrobina stylizacji, pójście mniej uczęszczaną drogą, ubarwienie trochę tych postaci.

 

Weirdowe bardziej w szczegółach, niż w nastroju/klimacie, ale właśnie te szczegóły dodają smaczku. Podobały mi się te wstawki body horrorowe, lubię takie drobne dziwności.

Sam pomysł na bohatera też niezgorszy; bóstwo, które faktycznie służy ludziom, a nie tylko wymaga od nich posługi. I fakt, że jest ciągle obecny, choć niewidoczny, ale jednak zawsze obserwuje, czyha, knuje. No, niezły motyw na horror pełną gębą.

Rozpisawszy się, zakończę stwierdzeniem, że jest bardziej okej, niż nieokej, ale dupopupy nie rwie.

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

Gravel,

 

Bardzo ci dziękuję za solidną i staranną lekturę i za uwagi, które w absolutnej większości przyjmuję. Ten tekst pewnie rzeczywiście skorzystałby na stylistycznej redakcji i po zakończeniu konkursu się tym zajmę. 

 

Rozpisawszy się, zakończę stwierdzeniem, że jest bardziej okej, niż nieokej, ale dupopupy nie rwie.  

W tym konkursie poziom jest taki wysoki, że w ogóle się człowiek zastanawia nad sensem porównywania się z tymi tu najlepszymi :) (niezależnie od jakoś-tam-obiektywnej oceny tekstu w kontekście pozakonkursowym). 

Podobał mi się pomysł przedstawienia całej historii z perspektywy “służącego”. Generalnie dzięki temu miałem takie poczucie, jakbym był ciut bliżej tej historii. Oczywiście ów służący jest tylko pewną rolą przyjętą przez bohatera, tym nie mniej, dla mnie, z punku widzenia czytelnika, ważna była perspektywa, jaką daje mi ten bohater. Słowem, obserwuję zdarzenia jak gdyby jego oczami, czuję, jakbym był tam blisko, jakbym kręcił się gdzieś pomiędzy głównymi zainteresowanymi w tej historii. Jasne, to drobiazg, ale bez wątpienia pozwolił mi się lepiej w tym opowiadaniu odnaleźć.

Za ciekawy uważam pomysł połączenia weirdu i dworu? świata królów? (nie do końca wiem, jakie słowa będą tu najlepsze, ale zakładam, że z grubsza wiesz, o co mi chodzi). Weird jest tu przy tym bardzo subtelny i uważam, że akurat przy tym koncepcie to bardzo dobrze. Przy mocniejszym brnięciu w dziwactwa ten tekst, moim zdaniem, zmieniłby się w jakiś osobliwy miszmasz.

Tekst na pewnym poziomie jest dosyć odważny, ponieważ część kart odkrywasz jakby z góry. Generalnie od pierwszych zdań wiemy, do jakiego zakończenia zmierzamy, a cała wątpliwość dotyczy tego, w jaki sposób ono nastąpi i co wydarzy się po drodze.

A przede wszystkim kto się do niego przyczyni i w oparciu o jakie motywy. Powiem Ci, że nawet mi się taka koncepcja podoba, choć pewnie wolałbym ją zapisaną w piętnastu tysiącach znaków. Inna rzecz, że akurat ostatnią uwagą nie należy się szczególnie przejmować, bo ja przy co drugim tekście weirdowym życzę sobie skrócenia. Widać weird, niezależnie od jego “stężenia” w tekście, podchodzi mi tylko do określonej długości tekstu. ;)

Jeśli czegoś mi w tekście brakło to chyba takiego jednego elementu, który jakoś mocniej by go wyróżnił. Zawalczył o moją pamięć, wybił ponad “tłum” (czytaj: zalew tekstów konkursowych). Strasznie trudno owo “coś” nazwać, czy choćby podjąć próbę sprecyzowania. Bo historia jest dobra, intrygująca, napisana z taką fajną świadomością tego, jak poskładać ze sobą wszystkie elementy. Z całą pewnością potrafi być zwyczajnie ciekawa dla czytelnika, raczej trudno się tu wynudzić, ale…

I chociaż stawianie zarzutu, że czegoś brakuje jest trochę nie fair, kiedy nie wiem, czego bym właściwie oczekiwał, to koniec końców wspomniane “ale…” przesądza o tym, że tekst jest interesujący, ale nie bardzo ma argument, żeby przy okazji coś czytelnikowi “urwać”. ;)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

@CM: bardzo dziękuję za obszerny komentarz, za docenienie tego, co się spodobało i krytyczne uwagi o tym, co by mogło być inaczej. Powiem ci (i @gravel również), że sama mam poczucie, że z tej koncepcji istnienia dwóch różnych sposobów postrzegania świata, z zamieszkania w świecie dwóch klas istot, które rzeczywistość dookoła widzą fizycznie inaczej, a zarazem – kiedy istnieje możliwość przekroczenia granicy między tymi klasami – dałoby się było wyciągnąć więcej, niż w tym tekście zrobiłam. Że jest w tej idei potencjał na coś ciekawszego i bardziej odważnego, tylko ja w tym tekście go nie zrealizowałam.  

Fajna historia, dobrze się czytało. Podobała mi się perspektywą sługi/Bóstwa i to że trzymasz czytelnika w szachu bo wiemy kto zginie, ale chcemy się dowiedzieć jak i kto go zabije. Ciekawe są te relacje między członkami rodziny i bardzo umiejętnie je nakreślasz. Dosłownie w kilku słowach dajesz jasny sygnał długoletnich sporów i waśni i całej historii, która się za nimi ciągnie.

No i to zdanie jest świetne, szczególnie, że wrzucone trochę jakby mimochodem:

Zrobiono je z kości i mięsa dziewczyny, która nie chciała boga.

Przyjemna lektura.

 

Nie wiem też czy tutaj nie brakuje literki:

Ponosi wzrok. 

Miły zabieg z tymi twistami-nietwistami (bo czy zapowiadany twist jest twistem?), nadającymi historii oryginalne tempo. Dworskie intrygi to nie moja bajka, ale i tak fajnie mi się to czytało.

Fajne :)

Przynoszę radość

Bardzo podobał mi się element fantastyczny w postaci cieni skroplonych w ścianach, przodków we włosach i w ogóle motyw

Nic nie było tym, czym jest.

aż zazdraszczam!

 

I powiedz, jaki to zamach był tak inspirujący? ;)

Bo strasznie ciekawa jestem.

I would prefer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

jaki to zamach był tak inspirujący? ;)

Na Filipa II Macedońskiego, ojca Aleksandra Wielkiego :)

http://altronapoleone.home.blog

No i tak Drakaina popsuła mi plan ujawnienia inspiracji :D 

Podoba mi się sposób ujęcia tematu: ciekawość jako lajtmotiw, nie “czy?”, ale “jak?”. Punkt widzenia, protagonista, jako pomniejszy bóg – również ciekawy. Dworska intryga, niby niespieszna, z kulminacja spodziewaną i sygnalizowaną, przedstawiona szalenie pomysłowo i z mnóstwem drobnych, ciekawych smaczków (pomniejsze bóstwo kryjące się w słudze, żywe i nie żywe elementy tła jako echa dawnych bożych niesnasek lub karygodnych czynów ludzkich etc. etc., trochę większej polityki wplątanej w ten dzień).

 

To takie opowiadanie-zachęcacz do lektury czegoś większego, bardziej rozbudowanego w tym świecie.

 

Bardzo przyjemne interludium ;-)

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajna mieszanka weirdu z mitologią. Podoba mi się boska perspektywa, z której opowiedziana jest cała historia, a także wykreowany świat. Przedmioty, w których zawierają się resztki duszy czy też świadomości żyć, z których zostały utworzone – cudna koncepcja.

Tylko jednego nie jestem pewna: król ostatecznie przeżył zachowując ludzkie ciało czy też stał się czymś bliższym narratorowi?

Zostaw ten żyrandol.

Bardzo dobre opowiadanko.

Ciekawy punkt widzenia na wpół ludzkiego boga, co to ani nie jest najmądrzejszy, ani najbardziej przebiegły, a i w hierarchii bogów też nie jest jakoś wysoko – dzięki temu całe opowiadanie zyskuje na świeżości. Również podobały mi się wstawki z niewidocznymi dla człowieka elementami, chociażby jak ten fotel czy instrument zrobiony z ciała czy kości.

Fajny pomysł ze zdradzeniem na początku zakończenia – całą historię czytałam z dużym zainteresowaniem, żeby dowiedzieć się, kto ostatecznie zabije króla i co się stanie z bohaterami, zwłaszcza z narratorem.

Żeby nie było za kolorowo to powiem, że po drodze zdarzyło się parę literówek i powtórzeń, ale nie aż tak tragicznych, żeby zepsuły ostateczny odbiór opowiadania. Nic, czego nie można by poprawić w późniejszym czasie :)

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo powili, nadrabiam teksty konkursowe i cieszę się, że zaczęłam od twojego :) I choć trudno powiedzieć coś więcej niż już zostało powiedziane, to mam wrażenie, że trochę inaczej sobie to wszystko wyobraziłam. Bo od początku opowieść skojarzyła mi się… z teatrem. Autentycznie widziałam deski sceny, scenografię, aktorów i narratora. Boga w przebraniu służącego, który odgrywa swoją rolę, ale jednocześnie co jakiś czas mówi coś do siebie lub widowni – takim ściszonym, konspiracyjnym głosem. Tak, abyśmy mogli razem z nim śledzić intrygę i rozwiązać zagadkę.

I może nie był o to zamysłem autorki, ale urzekła mnie taka forma. Coś jak połączenie sztuki i kryminału, na deskach teatru z takimi nietypowymi efektami specjalnymi – jakby z innego świata wychodziły stwory żywiące się bólem i cierpieniem. Taki futurystyczny teatr, choć wątpię, aby to określenie oddało to, co siedzi mi w głowie. Ważne jest to, że dzięki opowiadaniu w mojej głowie rozegrał się doprawdy cudowny spektakl!

Opowiem Ci anegdotkę: zepsuł mi się czajnik i teraz nie wyłącza się sam, gdy woda osiągnie odpowiednią temperaturę, trzeba go pacnąć łapką, inaczej szlag trafi grzałkę. Nastawiłam sobie wodę i wróciłam do komputera z myślą, że zaraz obrócę raz jeszcze po herbatę, no i tak się zaczytałam, że prawie spaliłam ten czajnik. Tak to jest, jak się za naprawdę ciekawy świat przedstawiony zabiera ktoś, kto wyraźnie go zna i lubi.

Ale do rzeczy.

W warstwie językowej: muy bien, nie mam się do czego przyczepić (kimże zresztą jestem, by to robić); rzuciły mi się w oczy jedynie drobne pierdoły typu zgubiona spacja albo niepotrzebnie wciśnięta po dywizie pełniącym funkcję łącznika. Narracja toczy się bardzo wartko, a jednocześnie jej stylizacja ciekawie rozmywa nam pojęcie o czasie, do którego moglibyśmy tę historię przypisać, co czyni ją w pewnym sensie uniwersalną. Wydaje mi się, że formą początku nawiązywałaś do jakiegoś utworu, który jest mi znany – wyglądało znajomo – ale zabij mnie, nie wiem, co dokładnie. „Metamorfozami” na pewno nawiązujesz do Owidiusza, skoczyłam sobie do drugiej zakładki i z pobieżnej kwerendy na Wikipedii dowiedziałam się tyle tylko, że polski przekład najprawdopodobniej wykonałam ja (Walerian Oftinowski). No cóż, ma się te talenty.

Zgodność z hasłem: jest, choć raczej zakamuflowana. Wprawdzie koniec końców wszystko doprowadza do wielkiej iluminacji, mogę pod nią też podciągnąć wiedzę o śmierci króla, jaką posiada bóg, sądzę jednak, że dałoby się ten element nieco podbić, stylistycznie wplatając wtrącenia kojarzące się z jasnością, naturą światła, czymś lśniącym, błyszczącym (kryształy, suknie, lustra, cuda wianki, takie rzeczy). Nie wskazuję tego jako błąd, raczej coś, co przyszłoby mi do głowy, że mogłoby wybrzmieć tu fajnie.

Fabuła: naprawdę udana. Najbliższy nam bohater, czyli boski narrator, jest bierny, pomijalny, ale przez spektrum jego odczuć poznajemy ten świat – zabieg dość ryzykowny, ale w Twoim przypadku świetnie wysznięty. Bardzo ujęły mnie świadomie wplatane motywy makabry opartej na tych mroczniejszych aspektach wyznawania religii związanej ze składaniem ofiar. Myślę, że jest to trafny komentarz na temat obrazu tego rodzaju wyznań w ogóle – oprócz tego, że są ultraciekawe i stanowią bogate źródło inspirujących motywów, z perspektywy ludzi, którzy je kultywowali, bywały też mroczne i straszne.

Podobało mi się oddanie postaci boskiej jako istoty bliższej pojęciu człowieka niż klasycznie pojmowanego Boga – jest to taki heros+, który nie wie wszystkiego, ma prawo do błędu i też miewa swoje sprawy. I z chęcią przeczytałabym coś więcej w tym uniwersum.

Bardzo dziękuję za ocenę, jurorko :). I bardzo mi miło, że się podobało (i perwersyjnie nawet mi miło z powodu omal-nie-spalonego czajnika). Chciałabym zrobić z tym światem coś więcej: podkręcić go (mam kawałek innego tekstu w podobnie rozumianym świecie, bardziej makabrycznego i niesamowitego, ale z fabułą rozłażącą się i nie dającą złożyć w całość), poszerzyć, wykorzystać – mam wrażenie, że w takiej podwójności świata jest potencjał. Bardzo się cieszę, że udało mi się ukazać go, przynajmniej trochę, też w tym tekście. 

Początek iście gordyjski. Narrator plącze, coś tam pociąga, coś poluzuje… ale czuć, że to on opowiada, to jego supeł. Tekst czyta się tak jak wpis do dziennika, jest odpowiednio zdystansowany – paradoksalnie wie, że nie wie (”Nie mam pojęcia. Nie wszyscy bogowie są wszechwiedzący.”). Dawkowanie wiedzy działa bardzo dobrze, narracja to najmocniejsza część opowiadania. W miarę czytania, narrator nabiera kształtu. Opowiadając historię, zdradza tym samym swoje cechy, czasami kpi, czasami przesadza, wplata różne ‘płynne’ elementy (”plum plum plum”) – jest dynamicznie i rzeczywiście czuć przepływ myśli. “Jestem dobrym bogiem” zestawia czytelnika z problemem “ale czy na pewno?”, zachęca do wystawienia własnej oceny, do dialogu. Na koniec powstaje nieprzyjemny dla oka obraz, jest nieswojo, niewygodnie. Niedbałość w przyznaniu narratora jak to jest, być współbogiem, dodaje tylko niepokoju.

Zmiana perspektywy patrzącego na znaną rzecz przednio się udała, choć wolałabym zobaczyć coś całkowicie odrębnego. Hasło traktuję jako regulowany strumień światła-myśli narratora, o którym teatralnie decyduje, oświetlając czytelnikowi kolejne sceny. Trochę teatr cieni, trochę kryzys egzystencjalny boga-ponuraka.

 

Dziękuję za udział w konkursie!

Żonglerko, przepraszam, że dopiero teraz, ale serdecznie dziękuję za jurorski komentarz i docenienie tekstu. Z iluminacją szłam też trochę w kierunku rozumienia jej jako przejścia między egzystencją człowieka i boga, momentu strasznego oświecenia w chwili, od której nie da się już odwidzieć tej innej, nie przeznaczonej dla ludzkich oczu wizji świata.

Cieszę się, że moja pierwsza próba napisania czegoś bliższego temu, jak rozumiem weird, okazała się udana w twoich oczach – sama mam poczucie, że można było z tego zderzenia postrzegań świata wyciągnąć więcej, niż mi się w tym tekście udało.

Nowa Fantastyka