- Opowiadanie: oidrin - Zajączek pana Mumacza

Zajączek pana Mumacza

Jedno z kilku podejść do tematu. Bo “destrukcyjny abnegat” okazał się być dość inspirującym hasłem.

Może nie jest to super weird, ale z przyczyny tego, że moja kwarantanna trwa już prawie 3 miesiące normalność wydaje mi się dziwniejsza od najbardziej odjechanej groteski. 

 

Update dialogów 5/5 zgodnie z dyspensą szanownego jury. Mam nadzieję, że jest lepiej. Jak nie, to proszę krzyczeć.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zajączek pana Mumacza

Kwedor

Ech, piękna była Koren o poranku, kiedy jej bose stopy dotykały zimnej posadzki. I wtedy kiedy jej rozpuszczone włosy błyszczały w pierwszych promieniach słońca. Elfy, o których opowiadali co bardziej przesądni Wenedanie, musiały mieć taki niewymuszony wdzięk i czar urzekający co bardziej podatnych nań śmiertelników. Myślami nadal przy jej boku, obgryzałem dorodną nogę kurczaka, zapijając piwem i nalewką z jeżyn. I byłby mi ten poranek już całkiem w smak, gdyby nie jeden drobny szczegół.

– Chłopcze, co tak stoisz i mi apetyt odbierasz? – mówiłem niewyraźnie, przeżuwając kęs soczystego mięsa. – Usiadłbyś dla towarzystwa chociaż.

– Dziękuję, postoję.

Chudy, ciemnowłosy chłopak mimo moich usilnych starań, wciąż uparcie nie chciał wyjść na ludzi. Szkoda, bo dopóki się stawiał, musiał siedzieć w zamknięciu. A wiedział zawsze skubany jak mi apetyt odebrać i fantazje zrujnować, pomyślałem, odłożywszy kurzą nogę na upaprany tłuszczem półmisek.

– Hej, ty, niczyj synu! – Pstryknąłem palcami na strażnika. – Posadzisz tego krnąbrnego syneczka, żebym mógł w spokoju się posilić?

Strażnik od razu zabrał się do dzieła. Chłopak, warcząc gniewnie jak wytargany za kark przez sukę szczeniak, usiadł, aż zaskrzypiało pod nim koślawe krzesło. Mnie zaś wrócił apetyt.

– Zjesz coś? Opowiesz może? Czy nie ma co liczyć, że zaczniesz zachowywać się jak człowiek?

Chłopak pochylił głowę, jakby martwił go głównie koślawy splot klamerek znoszonych butów. Zapiłem ostatni kęs kurczaka słodko-kwaśną nalewką i aż mlasnąłem z uznaniem nad tym niezgorszym połączeniem smaków.

– Czyli i dzisiaj nic z tego? – Wytarłem dłonie w serwetę. – To siedź sobie dalej i strasz zza krat. Prosił się nie będę. Straż, zabrać go stąd, ale migiem!

Drugi barczysty strażnik, który przyprowadził chłopca z podziemnych lochów, zarzucił mu worek na głowę i kopniakiem strącił z krzesła. Dzieciak podniósł się powoli i od niechcenia pomaszerował pchany nieostrym końcem włóczni w plecy. Brzęk kajdan dyndających mu przy nadgarstkach jeszcze długo dzwonił mi w uszach.

– To kogo tam teraz mamy? – Przeciągnąłem się leniwie.

Strażnik wyszedł za drzwi, a ja w międzyczasie ukryłem nalewkę w szufladzie. Nie spodziewałem się gości tak szlachetnych, bym musiał dzielić z nimi tę leśną małmazję. Oj, niewiele się tym tańczącym z żubrami wenedańskim barbarzyńcom udało tak jak ten niekiepski trunek.

– Mistrzu! – zawołał przez drzwi strażnik. – Naczelnik Nes prosi o słowo.

– Niech wchodzi i na dwa! – Machnąłem zapraszająco ręką.

Nes, rosły jak dąb i kanciasty w ruchach jakby go z tego dębu wystrugali, wgramolił się przed moje niezbyt chmurne oblicze. Skłoniwszy się, aż spleciona w kilka smętnych warkoczyków broda zamiotła kurz pod stołem, usiadł.

– To co powiesz, bracie? – Życzliwie podsunąłem mu kufel niedopitego piwa. – Transporty i towar bez zarzutu?

– To tak, mistrzu Kwedorze… – Tu pokiwał głową. – Wczoraj przywieźli gromadkę jeńców z Pogranicza. Chłopcy zdrowi i robotni, każdy z nich pójdzie po dwa-trzy dukaty. Dziewuch mniej, ale tak gładkie, że każda jedna warta trzech chłopców. Tylko dogadać to raczej się będą mieli problem, bo ten wasz język taki do niczego niepodobny…

– Do gadania to my nikogo nie sprowadzamy – zarechotałem złowieszczym śmiechem. – A z tym, do czego ich tam przysposobią, na migi też da radę. Do pługa, wideł czy innych domowych posług nikomu nie potrzeba daru wymowy.

– No, tak. – widocznie zdenerwowany pociągnął duży łyk piwa. – Ale ja tu tak po prawdzie z innym bólem przyszedłem.

Wsparłem twarz na dłoniach, patrząc na niego wyczekująco. Nes rozglądał się na boki niczym przestraszona trusia, co przy jego posturze wyglądało dość komicznie. A z tej wysoko sklepionej celi, którą przerobiłem na salę przyjęć, nie było żadnej ukrytej drogi ucieczki, odkąd kazałem zamurować okna.

– Otóż mistrzu – szeptał prawie – przyszło tu takie niby dzieciątko na twarzy zielonkawe, na dwa łokcie wysokie, czerwonym płaszczykiem owinięte. I nic tylko was wołać kazało, że sprawa gardłowa i zwłoki niecierpiąca. I Oszi, dureń jak się masz, przegonił je na cztery wiatry, bo co się najjaśniejszemu mistrzowi będzie ten pokurcz taki-owaki narzucał. Na włócznię go o mały włos nie nadział, a co mu naubliżał…. W każdym razie zamiast pójść sobie dzieciątko rozlało się w kałużę i w bruk wsiąkło. I tak sobie myślę, że to bardzo zły znak.

Przełknąłem głośno ślinę, bo nie myślałem, że ten dzień nadejdzie tak szybko, ale długi stare czy nowe zawsze trzeba spłacić.

– Nie martw się tym, Nes. – Poklepałem go uspokajająco po ramieniu. – Tylko ja sam mogę to odkręcić. Posiedź tu chwilę i popilnuj tych półgłówków, żeby mi większej biedy nie narobili.

 

Pan Mumacz

Mumacz nie lubi wychodzić z wody, nie kiedy ziemia jest nagrzana, bo praży go w stópki. W ogóle zamiast stópek woli rybi ogon pełen mieniących się łusek, którym to może machać na prawo i lewo, rozchlapując pełną rzęsy toń stawiku. Lubi też ścigać się z co żwawszymi karpiami i szczupakami, a nade wszystko łapać za kostki tych, co to nieopatrznie podchodzą do nieogrzmianej wody. No, jakby błagali, żeby zrobić z nich utopce…

Mumacz ma też rzeczy dużo mniej ulubione. Nie lubi tych ludzi paskudników, co mu w jego królestwie kłusują, żeby ryby na ruszcie położyć, masłem okrasić i zjeść. Nie lubi śmiałków, którzy na złość chcą mu wykraść jego rozliczne skarby. Najbardziej jednak obmierźli są mu ci, co nie dotrzymują danego słowa, albo bardzo, ale to bardzo długo zwlekają ze swoją częścią umowy.

– Panie Mumacz!

Głos Kwedora wyrwał Mumacza z lekkiej drzemki na dnie stawu, która należała mu się za trud porannego spaceru na dwóch nóżkach. Nie zamierzał jednak tak po prostu pokazać się temu, który nikczemnie igrał z jego cierpliwością, oj nie! Wypłynął cichaczem na powierzchnię, ukrył się w wonnych zaroślach tataraku i czekał.

– Panie Mumacz, wyjdź, proszę! Przyniosłem podarek.

Z uwagą przyglądał się Mumacz każdemu ruchowi gościa, bo mimo rybich skrzeli nie dusiło go chwilowe zasiedzenie się na powierzchni. Wysoki i jak na ludzkie warunki nie najbrzydszy Kwedor w zakłopotaniu potarmosił podgolony płowy łeb i kucnął tuż przy ciężkim przybrzeżnym kamieniu. Przyprowadził tłustą rozgdakaną kurę, której do nóżki przywiązał sznurek, do końca sznurka przymocował zaś kamień. Chwyciwszy tę misterną konstrukcję w ręce, zamachnął się i nieświadoma swojego smutnego losu kura z pluskiem poszła na samo dno stawu. Będą miały co jeść topielce i rusałki, a może i reszcie narybku coś skapnie. Mumacz rad z drobnego, ale zawsze, podarku, zanurkował i podpłynął do siedzącego na brzegu stawu Kwedora.

– Stary kum przypomniał sobie o Mumaczu?

– Nigdy nie zapomniałem przecież – szedł dalej w zaparte.

– A to ciekawe, ciekawe. – Wodnik wygramolił się na brzeg. – Mumacz musiał aż do kuma twierdzy zawitać, żeby go do pogawędki nakłonić. Czy krótka jest kuma pamięć? Bo kiedy uciekł był ze starego kraju z nędznym zawiniątkiem srebrnych monet, nie pomógł mu nikt inny jak Mumacz. Tu kraj nowy, dziki i żądny rąk do pracy, ale kumowi na jego handel ludzką menażerią nikt złota użyczyć nie chciał. Na swoich ziemiach dziedzic starożytnej krwi, a tutaj nikt. Kum prosił o pomoc Pana Miesiąca, a on, choć bywa kapryśny, wysłuchał i dał dobrą radę. Do Mumacza po pożyczkę przyjść.

– Wiem, że trochę mi się zeszło ze spłatą…

– Zapłata Mumaczowi niepotrzebna. – Machnął dłonią z palcami sklejonymi błoną pławną. – Ma dużo poważniejszy problem, co dla kuma, widząc, jakich ma w twierdzy rzezimieszków, powinien być łatwiejszy niż splunięcie.

Czarne rybie oczy Mumacza błyszczały jak u kogoś, kto wspomina szczęśliwe dzieciństwo.

– Lata temu Mumacz znalazł piękną zabawkę – drewnianego malowanego zajączka. I pieścił go i głaskał i na słoneczku suszył, coby mu od taplania się z nim w wodzie nie przegnił. Raz poprosił też Mumacz córkę młynarza, żeby zajączka odmalowała w zamian za nieprzemienienie jej w rusałkę. I cudeńko znów było ślicznie kolorowe. Ale któregoś dnia zajączka nie było na brzegu. Ukradł go jeden taki parszywy chciwiec i za nic nie chce oddać. Mumacz poszedł tam do niego, ale nic nie wskórał… Tamten wszystko na świecie ma i niczego się nie boi. Zajączek siedzi w koszyku, koszyk w skrzyni, a skrzynia na zamku podłego złodzieja. Czy kum pomoże?

– Postaram się, najlepiej jak potrafię.

– Jeśli kum tak się postara, że zwróci Mumaczowi zajączka, długu już nie będzie, zgoda?

– Jak najbardziej. To gdzie ten zamek?

Mumacz podskoczył i, pryskając Kwedora zimną wodą w twarz, machnął łuskowatym ogonem w stronę wysokiego wzgórza, od którego mimo otulających je chmur, biła iście magiczna złocista poświata.

– Ten tam złoty, z wieżami wysokimi jak strzeliste drzewa – rzekł, szykując się do odpłynięcia Mumacz. – Kum musi być ostrożny, bo chciwe ścierwo trzyma klucz od skrzyni tuż pod sercem. Tak głęboko, że trzeba mu je z piersi wyrwać.

Nim Kwedor zdążył wykrztusić kolejne pytanie, Mumacz dał nura gdzieś pomiędzy grube liście lilii wodnych pływających po stawie. Lubił też przecież nocne pląsy pod czujnym, choć jeszcze troszkę zbyt chudym obliczem Pana Miesiąca, a nici by z nich były bez popołudniowej drzemki.

 

Kwedor

Odkąd sprowadziłem się do tego dzikiego kraju, nie ciągnęło mnie by zwiedzać szeroko pojętą okolicę. Byłem oczywiście w mieście portowym Torna, żeby odebrać kilka ładunków żywego towaru z północy. Byłem też w świętym gaju, nie z pobożności jednak, a z chęci dotrzymania towarzystwa pięknej Koren. Zawiało mnie też i do powiatu Kuanbyl, żeby dobić targu z jednym takim, co to przywłaszczył sobie kilkanaście mórg ziemi i założył na nich rozległe latyfundia. Na to zaś porośnięte gęsto bukami wzgórze nie udało mi się jeszcze wspiąć, bo nie gnały mnie tam ani interesy, ani ciekawość. To jest, dopóki nie zażyczył sobie tego Pan Mumacz.

– Widzisz, chłopcze – mówiłem wygodnie usadowiony w siodle – łaski to ja mam dla ciebie aż za dość. Z rana milczałeś jak gbur, a dobry ojczulek mimo wszystko zabrał cię na leśną przechadzkę. A tak byś tylko siedział i gnił w tej zatęchłej celi.

– Dziękuję za zbytek łaski – odezwał się tym razem sam z siebie. – Daleko tam jeszcze? Bo męczy mnie już i słońce i świeże powietrze. Twoja gadka też niewiele pomaga.

Zatrzymałem konia i szarpnąłem z całych sił łańcuch zwisający z obroży na szyi chłopaka, aż upadł na twarz wprost na kamienistą ścieżkę. Wytarłszy krew z rozciętej aż po brodę wargi, westchnął głośno i po omacku wstał. Oczy miał przewiązane opaską, więc nie udało mu się dostrzec mej nieskromnej satysfakcji ze wciąż słabo skutkujących metod wychowawczych.

– Oj, żmija tam pełzła po ścieżynce… – Kpiarski uśmieszek wykrzywił mi usta. – Chyba cię nie połamało, co?

Dzieciak w odpowiedzi splunął tylko pod nogi, ocierając dłonią krew, aż zadzwoniły wiszące mu u nadgarstków kajdany. Gwizdnąłem na konia i znów dało się słyszeć powolne stłumione kląskanie kopyt.

– Teraz pomówmy trochę o celu naszej wycieczki – rozprawiałem, popuściwszy lejce. – Żeby odpłacić za hojną przysługę, zobowiązałem się wydobyć od tego tu magnata pewien artefakt. Zapytasz: jaka w tym twoja rola? Otóż taka, że klucz do skrytki trzyma pod sercem jak kobieta nienarodzone dziecię. Znajdę zatem jakąś wymówkę, byś mógł się do niego zbliżyć na wyciągnięcie ręki, a potem zrobisz już swoje.

– To akurat masz pecha, bo nie jestem głodny – uciął.

– Łżesz, syneczku, i to jak pies. Bijącym sercem przecież nie pogardzisz.

Nie musiałem się mu przyglądać, by mieć pewność, że zaakceptował tę wielkoduszną ofertę. W końcu, dopóki nie wyjdzie na ludzi, trzeba było chłopaka jakoś karmić, by nie zmarniał z głodu.

Ostatnie kroki żmudnej bądź co bądź wędrówki upłynęły nam w ciszy. Wreszcie korony drzew przerzedziły się nieco, a wraz z nieśmiało przebijającym się przez nie światłem słonecznym uderzyła nas po oczach ciężka od złotego pyłu poświata. Rozkaszleliśmy się obaj, bo co jak co, ale do smaku ten gorzkawy metal nie mógł nikomu przypaść.

Zamek Mumaczowego złoczyńcy, jeśli nie wykuto go z czystego kruszcu, musiał być nim powleczony i to grubo na dwa palce jak nie więcej. Okna zdobiły mu bajecznie kolorowe witraże, a baszty wysadzane szafirami i rubinami drażniły moją szlachecką dumę. Splunąwszy obficie złotym pyłem, zatrzymałem konia tuż przed wyschniętą, lecz bardzo głęboką fosą.

– Dobrodzieju! – zawołałem, przyłożywszy dłonie do ust, by dodać ochrypłemu głosowi mocy. – Jestem Kwedor, syn Samijły. Prowadzę ci tu takiego brańca, którego próżno szukać nie tylko u innych możnych, ale i na królewskich dworach.

– Precz mi stąd, domokrążco! – odpowiedział starczy, ale pełen werwy głos. – Dla byle kogo mostu opuszczał nie będę.

– Doszły mnie plotki o waszym bogactwie i sławie, dobrodzieju – ciągnąłem kupieckim zwyczajem. – A czy posiadanie na stanie czegoś rzadkiego gatunku nie jest przywilejem możnych? Zobaczcie go na własne oczy. A jeśli już miałby wam nie podpaść, to klnę się, że przetrząsnę mury mojej cytadeli i nie spocznę, dopóki nie znajdę tego, czego szukacie.

– Powiadasz, że masz cytadelę? Trzeba tak było od razu.

Most zwodzony opadł tuż po tych słowach. Błyszczał oślepiająco złotem i szlachetnymi kamieniami we wszystkich kolorach tęczy, ba, nawet deptany końskimi kopytami robił nieziemskie wrażenie. I tylko krnąbrny dzieciak stanął jak słup, za nic nie dając się zaciągnąć za mury zamku.

– Nie pójdę, śmierdzi stamtąd złem i padliną – warknął przez zęby. – Sam rób, co uważasz, ja nie idę i koniec.

Zeskoczyłem z konia i pociągnąłem łańcuch przymocowany do obroży na szyi chłopaka, aż poczułem jego ciepły, nerwowy oddech na policzku. Obutą w rękawicę dłonią niby czule pogładziłem jego ciemne rozczochrane włosy.

– A ciebie ktoś pytał o zdanie, biedne skundlone szczenię? – wyszeptałem mu do ucha. – To słuchaj się poczciwego ojczulka, bo on wie, co dla ciebie najlepsze.

 

Koszczej

Goście ani przybłędy od lat nie zawitali w progi mojej siedziby. Powody tego mogły być różne jak to ludzkie widzimisię, ale najbardziej prawdopodobnym był strach. Bo słali tu na stracenie różnych śmiałków, zaciętych kapłanów i magów, żadnemu jednak nie udało się wrócić żywym. Odważny musiał być jak sam boski piorun ten Kwedor, przybysz z mojego starego kraju. My, Pogranicznicy już tacy jesteśmy – brawura i przesada nade wszystko, bo skorupy po tym wszystkim i tak zamiecie kto inny.

– Skromnie tu u was – ciągnął kupiecką gadkę Kwedor – lecz wielu dziedziców starożytnej krwi ceni proste życie, mimo onieśmielającego bogactwa.

Przebywszy złocone, srebrzone i migające klejnotami korytarze zamku, mój gość i jego niewolnik dotarli do jedynego pokoju, którego tak naprawdę używałem. Było w nim wielkie ozdobione pstrokatym witrażem okno i stare rozlatujące się krzesło. Na widoku nic poza tym, tylko gołe niebielone ściany i nierówna posadzka. Na krześle zaś skulony z nieufności do obcych siedziałem ja sam.

– Miło mi słyszeć znajomy zaśpiew – rozpromieniłem się wsłuchany w jego tożsamy z moim akcent. – To powiadasz, że też z Pogranicza tutaj przyjechałeś? Herbowy jesteś?

– Żmijowic z dziada pradziada, wygnany z Moczydołów przez…

– Tak, tak, znam te wasze prowincjonalne animozje. Znałem też twego ojca i dziadka i pradziadka. I tu się zatrzymamy, bo pomyślisz, że przeżyłem więcej niż sto lat – Roześmiałem się dla rozluźnienia atmosfery. – Ten tutaj niczyj syn ma jakieś szczególne talenty?

– I to rozliczne.

– To przekonajmy się, czemu nie… – Tu zwróciłem się do dzieciaka z przepaską na oczach. – Podejdź no, chłopcze, do Koszczeja.

Nieosłuchany widać z legendami z Pogranicza wyrostek szedł do mnie, próbując bez skutku wymacać w pustej przestrzeni przed sobą jakiś punkt odniesienia. Kwedor, przełknąwszy głośno ślinę, nadal udawał, że się nie boi, ale straszono go widać od kołyski Koszczejem ze wsi Bezśmiertka herbu dwa złamane piszczele.

– Pokaż, chłopcze, panu dobrodziejowi swoją najlepszą sztuczkę – nagabywał pociągającego nosem jak pies łowczy niewolnika. – No, dalej, nie wstydź się.

Działo się to zbyt szybko, bym mógł temu zapobiec. Dzieciak mimo zasłoniętych oczu wyciągnął rękę przed siebie i jednym sprawnym ruchem wbił mi palce tuż pod sercem. I bez pazurów przebierał nimi sprawnie, jakby doskonale wiedział, czego tam szuka. I znalazł kluczyk do mojej skrzyni skarbów, ale chciwemu pacholęciu zachciało się czegoś, czego od dawna tam już nie miałem.

– Serca mi z piersi nie wyrwiesz, chłopcze – rzekłem spokojnie, gdy zacisnął niepewnie dłoń na kluczyku. – To nie miejsce na takie klejnoty. Moje serce jest w skrzyni, w której jest koszyk, gdzie pod haftowaną chusteczką leży zając. W brzuchu zająca jest pstrokata kaczka, a w kaczce jajko…

Chłopiec otworzył usta ze zdziwienia i, w pośpiechu wyrwawszy mi z piersi klucz, zdarł sobie opaskę z oczu. Jęknął cicho, a szczęka nie przestawała mu latać na boki z nieszybko mijającego strachu i oszołomienia. Siedziałem przecież prosto i uśmiechałem się od ucha do ucha pomimo dziury, którą wyrwał mi tuż pod rozszczepieniem żeber.

– Dalej, niech twój żądny bogactw mistrz, otworzy skrzynię i nacieszy chciwe ręce skarbem.

Nieufny, ale mniej strachliwy Kwedor wyrwał trzęsącemu się chłopcu kluczyk z zakrwawionej ręki. Śledziłem go wzrokiem, dumnie wyprostowany pomimo ciemnej, serdecznej krwi wypływającej mi na przedwczorajszą przepoconą koszulę i niepierwszej młodości żupan.

– I oddasz mi swój skarb bez walki, Koszczeju? Nie godzi się tak przecież!

Wzruszyłem obojętnie ramionami, bo mogłem być bez serca, ale ostała mi się jeszcze głowa na karku. Cokolwiek bym mu nie przykazał, zrobiłby na odwrót, a tak Kwedor musiał wybrać sam. Widząc, że bezwzględnie chce położyć łapy na moim bogactwie, uniosłem pobłażliwie kościste ramię i wskazałem palcem na ciemny kąt za jego plecami.

Pociągnąwszy wyrostka za łańcuch przy szyi jak upartego pieska na przykrótkiej smyczy, Kwedor rzucił się do skrzyni. Zdążyłem przyjrzeć się moim przydługawym, zżółkłym paznokciom z obu stron, gdy tak gmerał w jej zamku oślizgłym od krwi kluczem. Nakręciłem też na palec rzadką kozią bródkę, nim zamek wreszcie chrupnął, a wieko trzasnęło o ścianę komnaty niesione siłą Kwedorowej łapczywości.

– Oszukałeś mnie! – wykrzyknął, rzuciwszy pobieżnie okiem na zawartość skrzyni.– Tu są same pożółkłe kości rzucone jedna na drugą!

– Pokory trochę, Kwedorze, synu Samijły – skarciłem go. – Czy rodzina to nie największy skarb?

– Nie rozumiem…

– To spieszę ci wytłumaczyć. Widzisz, kiedy zgromadzisz już całe kłujące najobrotniejszych kniaziów po oczach bogactwo, pragnienie czegoś więcej nie ustaje. I pali tak, że twoje żony i dzieci stają się tylko przedłużeniem twojej własności. Niedługo już trzymanie ich w złotej klatce i łajanie za byle durnotę to za mało. A co jest ostatecznym aktem posiadania? Zjedzenie każdego z nich i wyssanie szpiku z ich kości co do kropelki. Bo nie po to gromadziłem to dziedzictwo, żeby się rozeszło i nie zostało w rodzinie.

Szczęk opadającego ciężko wieka przerwał mi ciąg myśli. Patrzyli na mnie obaj oczyma wielkimi jak spodki, jakbym to ja był ten dziwny, a nie oni dwaj. Może myśleli, że i ich kości zaraz połamię i wyliżę do czysta, ale nie mogli być w większym błędzie.

– No, i chciałeś mnie przechytrzyć – zwróciłem się do Kwedora – a popatrz, że moje na wierzchu. Wpuściłem cię tu, tylko po to byś zamknął mnie w tej swojej cytadeli. Bo jestem gatunkiem ginącym, który trzeba chronić przed resztą zepsutego świata. A skoro na zamek weszliście nawet i wy dwaj, to i bardziej zawziętego dzika nie zatrzymają już moje czary…

Kwedor omiótł mnie nieufnym spojrzeniem, podczas gdy chłopiec przezornie schował za jego plecami. Dość już tego niedorzecznego przekomarzania się, pokażę im, że nie ma się czego bać, to uspokoją się wreszcie i przestaną udawać wystraszone myszki uciekające przed sprytnym kocurem.

– Dajcie już spokój jeden z drugim! – Wyciągnąłem zza pasa ostry nożyk. – Wszystko musi zostać w rodzinie. Nie po to przecież starałem się nie mieszać z plebsem, żeby dla was, niedojdy, wyjątek zrobić.

Nieczuły od stuleci na ból, odciąłem sobie serdeczny palec, wetknąłem między zęby i przeżułem powoli. Za dużo zachodu na taki nędzny strzęp mięsa, osądziłem, zupełnie jak z kurzymi łapkami. Nieprzekonani tym gestem przyjaźni goście wciąż zbierali się do ucieczki. Oj, trudno jest być ginącym gatunkiem pośród zdurniałego ogółu.

– Kwedorze, oddam ci ten złoty zamek – powiedziałem, oblizując się – i wszystko, co nie jest kośćmi moich bliskich. Tylko zamknij mnie tam, gdzie nikt nie przyjdzie posmakować, jakim rarytasem jest moje chude mięsko.

– Stoi, dobrodzieju! – Nie spuszczał ze mnie czujnego oka. – Pozwolisz tylko, że jeszcze raz zajrzę do tej twojej skrzyni?

Rozłożyłem bezradnie ręce, bo ograniczonemu śmiertelnością Kwedorowi nie udało się pojąć powagi sytuacji. Przyjmując to za gest przyzwolenia, mój gość popchnął chłopca na skrzynię, jakby sam brzydził się w niej grzebać. Dzieciak niechętnie uchylił wieko i gmerał w niej tak i szperał, aż wyciągnął przykryty haftowaną chusteczką koszyczek. Czyli Kwedor po moje przekleństwo tu przyszedł, myślałem, to niech ma na zdrowie, jeśli zdoła się nie udławić.

 

Kwedor

Ach, jakże piękna będzie Koren dziś wieczorem, kiedy jej policzki zapłoną jak czerwcowa piwonia, myślałem, stojąc na brzegu Mumaczowego stawu. Choć może nawet bardziej wtedy, gdy zakwili i uśmiechnie się kącikami uniesionych z rozkoszy ust.

Wodnik tym razem nie kazał na siebie czekać, znęcony chęcią odzyskania ulubionej zabawki. Gdy ciągnąć za sobą opasły łuskowaty ogon wypełzał na brzeg, zważyłem w dłoni drewnianego zajączka. Po wyjęciu z niego kaczki i jajka był lekki jak piórko.

– Oj, się kum postarał! – pokiwał głową z uznaniem. – Żeby Pan Mumacz o pożyczce zapomniał, musi mu tylko oddać jego własność.

Pochyliłem się, by wręczyć mu upragnioną zgubę. Pan Mumacz wyszarpnął mi kolorowego zajączka z ręki jak zepsute dziecko i z wyszczerzywszy szczupacze zębiska, rozpogodził twarz. Potrząsnął zajączkiem raz i drugi, jakby chciał sprawdzić, czy coś jeszcze ma w środku. Zielonkawa niczym szuwary twarzyczka wodnika zachmurzyła się, a jego czarne rybie oczka ścięły mnie pytającym spojrzeniem.

– Zajączek nie był pusty – zauważył. – Czyżby podły złodziej otworzył go i zabrał to i owo?

– Ależ skąd! – zaprzeczyłem. – Na prośbę Koszczeja sam go otwarłem. Po tym, jak oddał mi swoje bogactwa za to, bym zamknął go w twierdzy, nie wypadało odmówić.

– To gdzie są kaczka i jajko?

– Kaczka biega gdzieś po dziedzińcu cytadeli, a jajko jak prosił Koszczej rozgniotłem w drobny mak.

– Ojojoj! – Złapał się za głowę. – Mumacz myślał, że kum więcej oleju ma w głowie. Ale teraz to i on nic nie poradzi.

– Jak to?

– W jajku było serce złodzieja. Teraz on w spokoju zamknie oczy, a jego rozliczne przekleństwa przejdą na kuma. Źle zrobił był kum, bo wystarczyło tego zajączka nie otwierać, a nikt nie byłby stratny.

Usiadłem ciężko strapiony, zasłaniając usta dłonią, by nie wydobył się z nich rozpaczliwy krzyk. Co prawda zabito mi żonę, a dzieci trzymano zakładnikami w starym kraju, ale na samą myśl, że mógłbym ogryźć ich kości i trzymać w kufrze jak złote monety, cierpła mi skóra.

– Niech kum się nie martwi, złodziejowi zeszło się parę setek lat, zanim zgłupiał na dobre. Tak teraz trzeba się tylko pachnidłem spryskać, bo czuć od kuma padliną.

Zdezorientowany obwąchałem ramiona owinięte ciemnozielonym płaszczem. Rzeczywiście, zamiast kwaśnym letnim potem pachniało ode mnie przejrzałym mięsem.

– Kum nie płacze, tylko się dobrze zabalsamuje, bo taki już los nieumarłych. Inaczej ta jego ruda turkaweczka ze świątyni radym go mieć nie będzie. Głowa do góry, bo i Mumacz nie pociągnie tyle, ile kum. Oby mu tylko nikt jego własnego zajączka przedwcześnie nie podprowadził. Bo te robaczki z kuma brzuszka tłuste są nadzwyczaj i smaczne.

To mówiąc, bez ceregieli chwycił w połączone błoną pławną palce obłą glistę, która wypełzła mi gdzieś z okolic pępka. Gdy Mumacz mlaskał ze smakiem, poczułem uporczywe swędzenie wierzchu dłoni. Zerwanie rękawicy utwierdziło mnie tylko w tym, że wpadłem jak śliwka w kompot. Czarna plama żarłocznych mrówek wygryzała się w moją martwą bladą skórę.

 

 

Koniec

Komentarze

Bardzo podoba mi się klimat – no i nawiązanie do rosyjskich baśni (pamiętam z dzieciństwa ten motyw z kaczką, jajkiem i igłą!). Puenta trochę przewidywalna, ale w sumie przy stylizacji na baśń morał musi być wink Stylizacja językowa bardzo pasuje, ostatnio mam dość czytania osadzonych w przeszłości historii z wtrętami w stylu “melanż” i “najebka”, więc doceniam! 

Montserrat och, nie! a tak bardzo chciałam napisać o Panu Kmicicu na melo, a teraz to już nie napiszę wink chociaż nie, nie dałabym chyba rady. dzięki za lekturę i uwagi.

Wiktor Orłowski, dzięki za odwiedziny smiley

Ładna zabawa z rosyjską bajką. Spodobała mi się stylizacja języka wodnika – jak on fajnie o sobie mówi! Nie kojarzę tego chłopaczka. To ktoś znany?

Zapis dialogów do remontu.

Babska logika rządzi!

Finkla dzięki za miłe słowo, nad dialogami przysiądę w weekend. Chłopaczek nie jest jeszcze zbyt znany, ale może któregoś dnia zarobi sobie na sławę i chwałę. Albo i na fejm w mediach społecznościowych, kto go tam wie. 

 

Żongler miło, że wpadłaś smiley

Oidrin, ciekawa historia, czytałam z przyjemniścią, pozdrawiam

Ode mnie kolejny kliczek, bo mnie też się podoba :) Zgadzam się z poprzednimi komentującymi odnośnie stylizacji językowej. Naprawdę robi wrażenie, a sama historia też niczego sobie. Fajny pomysł z wykorzystaniem rosyjskiej bajki.

Powodzenia w konkursie :)

Olciatka i Katia dzięki wam! Miałam nieco wątpliwości, czy ten tekst się nadaje, bo jednak klasyka gatunku to trochę inna bajka. Przywracacie mi wiarę w kobiecą intuicjęwink

Jakie fajne opowiadanie!

Lekkie, sympatyczne, podane w przyjemnej stylizacji z charakterystycznym panem Mumaczem…

…i stertą dialogów do poprawy. ;-)

Nie będę się jakoś mocniej rozpisywał, bo ani czas nie pozwala, ani ten tekst jakiejś mocnej analizy nie potrzebuje, ale naprawdę bardzo mi się. ;-)

Chętnie zawnioskuję o klika do biblioteki…

…oczywiście jak tylko poprawisz zapis tych nieszczęsnych dialogów.

Co może trochę potrwać, bo znając zasady konkursów, teraz nie można już chyba nic poprawiać.

Może też być tak, że do tego czasu wpadną inni, którzy przymkną oko na dialogi i wprowadzą Ci ten tekst do biblioteki, co będzie mi w sumie na rękę, bo jak znam te Użytkownikowe dziady to i tak mi wniosek o klika odrzucą ze względu na krótki komentarz.

W każdym razie bardzo przyjemny powiew świeżości w konkursie.

Zostawiam portalowy poradnik zapisywania dialogów, może Ci się przyda.

https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM dzięki, że wpadłeś i cieszę się, że tekst przypadł ci do gustu.

Co do dialogów, to wiadomo, będzie trzeba poprawić, ale skoro teraz nie można, to będzie trzeba poczekać, aż nie będzie to szczytem rewolty i kontrabandy smiley to mój w sumie drugi tekst po tym, jak zrozumiałam, co robię nie tak i z racji braku betowania, kwiatki są, ale mam nadzieję, że wkrótce ich skutecznie ubędzie.  

Ładne. Wykorzystałaś do weirda stylistykę baśni, w historię opartą fabularnie i stylistycznie na klasycznej ludowej opowieści wplotłaś na dodatek sporo absurdu, i to bez prostego parodiowania czy śmieszkowania. Stylizacja na początku tekstu minimalnie, moim zdaniem przesadzona, potem się rozpędzasz, a tekst płynie ci równo i gładko. Czytałam naprawdę z dużą przyjemnością. Ten tekst dostaje ode mnie klika biblioteki, a twoje kolejne będę śledzić z zainteresowaniem.  

ninedin bardzo mi miło smiley postaram się nie zawieść, bo już ostrzę sobie pióro (klawiaturę?) na Twój konkurs. Lubię baśniowe motywy, bo wbrew pozorom sporo można z nich wykrzesać w każdym kontekście i stylizacji. Jako antropolog wierzę, że w baśniach i mitach z całego świata jest dużo prawd i mądrości uniwersalnych i przystępnie podanych, tak żeby każdy mógł zrozumieć coś dla siebie. 

 

Co do tej przesadzonej stylizacji na początku, mogłabyś rozwinąć? Bo chętnie się nad tym zastanowię przy re-edycji tekstu. 

Dosłownie pierwsze zdania, z tym lekko zaśpiewowym charakterem, mi zgrzytnęły, ale poza tym stylizacja ci IMHO wychodzi, a to cenna i nieczęsta umiejętność. Tak czytając, właśnie myślałam o konkursie i że świetnie byś się w nim sprawdziła. Ja jestem pożeraczką retellingów, wyjątkowo je lubię, jeśli są dobrze zrobione, więc ten twój tekst na wyjściu, jak się tylko zorientowałam, w jakie klimaty idziesz, miał moje zainteresowanie, ale też wysoko postawioną poprzeczkę. No i podołał, jestem zdecydowanie zadowolona z lektury.  

Teraz zrozumiałam, o co chodzi z tym początkiemsmiley. I od razu wytłumaczę, skąd to się wzięło. Podczas pisania tego tekstu towarzyszyła mi playlista irlandzkich piosenek ludowych i tak mi się popełniło lekką parafrazę “Star of a County Down”. Chodziło o to, żeby przejść do weirda powoli z klasycznego klimatu fantasy, ale pomyślę nad tym przy re-edycji. 

Chętnie, ale nie wiem, czy teraz można…frown Jak dostanę dyspensę, to z zabieram się za to już jutro .

Spoko, byle po konkursie to zrobić, plus na przyszłość się przyda :)

I ja dołączę do obietnicy bibliotecznej, jeśli któryś mój poprzednik zapomni, jeżeli tylko dialogi poprawisz.

 

Co jest, kurła, co za zaraźliwa stylizacja. Brrr.

 

Podobało mi się. Ładnie przetworzony motyw baśni, historia, morał no i przezacnie sportretowany pan Mumacz. Takie bajki to ja lubię czytać :-) Nic więcej, co nie zostało już powiedziane, nie dodam.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish miło, że wpadłeś i oczywiście dziękuję za dobre słowo. Update będzie, jak tylko będzie możnasmiley

Trzeba poprawić zapis dialogów, ale czytało się przyjemnie :)

Przynoszę radość

Podobało mi się. Ciekawa historia z fajnym klimatem :)

Anet i Patryk Mikulski dziękuję za lekturę i cieszę się, że podeszło smiley

Oo, ale fajnie, że postanowiłaś stworzyć coś inspirowanego mitologią słowiańską! Bardzo sympatyczne opowiadanko z bardzo sympatyczną postacią pana Mumacza. Zgodzę się z przedpiścami, że stylizacja wyszła ci udana, zwłaszcza wypowiedzi bohaterów. Roztopiła mnie ta baśń.

Zapisy dialogów to jakaś masakra, ale jak je poprawisz opowiadanie będzie pełnowartościową, wartą biblioteki lekturą :3.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

sy dzięki za miłe słowa. Co do dialogów obecnie mnie też kłuje w oczy ich zapis, ale muszę niestety poczekać na sprzyjające wiatry czyli koniec konkursu indecision 

ale na samą myśl mógłbym ogryźć ich kości

Czy tu nie zgubiło się “że”?

O zapisie dialogów już zostało wspomniane, więc nie będę powtarzać.

 

Kurczę, ale dobry tekst. Napisany lekko i z bardzo sprawną stylizacją, urzekło swojskością i humorem. Świetny klimat słowiańskich baśni, przesympatyczny pan Mumacz, naturalny rytm, ciekawe postacie. Początkowo zdziwiłam się, że tak łatwo im poszło zdobycia zajączka – ale z lekka makabryczna końcówka wszystko wyjaśniła i zaskoczyła. 

Artemisia, dziękuję i cieszę się, że wrażenia z lektury były pozytywne. 

 

Co do dialogów – udało mi się uzyskać dyspensę od jury, więc postaram się poprawić jak najszybciej smiley 

Przyjemna, lekka historia z pomysłem. Mumacz bardzo mi się spodobał. Napisana sprawnie i poprawnie – a przynajmniej mi nie udało się nic wyłapać, poza tymi wspomnianymi już dialogami. ;) W tekście czuć dużą naturalność i płynnie się go czyta.

Zostaw ten żyrandol.

Verus dziękuję i cieszę się oczywiście z pozytywnego komentarza smiley Co do dialogów – trochę zaczęłam już z nimi walczyć, mam nadzieję, że niedługo wszystko będzie już wyprostowane.

 

 

edit– podziękowania także dla ostatniego tajemniczego klikaczayeswink

W zasadzie przedmówcy powiedzieli chyba wszystko, co samemu przyszło mi do głowy, nie napiszę niczego odkrywczego: dobry tekst w przyjemnej, baśniowej konwencji. Pan Mumacz zdecydowanie wybija się na pierwszy plan, kupuję tę postać w całości :)

Całkiem sympatyczna bajka, tylko ten “abnegat” dyskusyjny. Coś tam nie zagrało czasem, o na przykład:

wenedńskim barbarzyńcom

wydaje mi się że raczej “wenedyńskim”,

ale ogólnie klimat całość trzyma.

Mnie również bardziej ten chłopiec interesuje i jego historia. Ale to już inna bajka ;)))

adam dziękujęsmiley. Mumacz rozważy powrót ku uciesze ludu, jeśli Pan Miesiąc pozwoli. Nałapać mu trzeba utopców dla obstawy przed kolejką przy stawie. 

 

enderek, miło, że wpadłeś. chłopiec wystąpi w innej bajce, nieco mniej gościnnie.  

 

Co do abnegata, użyłam definicji poniżej, co głównie skupiło się w niedbałości o efekt glamour u Koszczeja. Inspirujące było też dla mnie to, że w średniowieczu ideał katolickiej ascezy opierał się na tym samym, co później zostało podciągnięte pod stylowy przejaw bycia aspołecznym i jak to gra z pozorną chciwością magnata. Wiadomo jednak, że słowa mają wiele znaczeń i w tego typu tekstach można grać zarówno ich różnorodnością, jak i dosłownością. A litrówkę już poprawiam, miało być wenedańskim, bo nazwa kraju to Wenedaniasmiley 

 

https://nck.pl/projekty-kulturalne/projekty/ojczysty-dodaj-do-ulubionych/ciekawostki-jezykowe/abnegat--nie-taki-zly-na-jakiego-wyglada.ajax

„– Skromnie tu u was – ciągnął kupiecką gadkę Kwedor. – lecz wielu dziedziców starożytnej krwi ceni proste życie, mimo onieśmielającego bogactwa.

Przebywszy złocone, srebrzone i migające klejnotami korytarze zamku, mój gość i jego niewolnik dotarli do jedynego pokoju, którego tak naprawdę używałem.”

Aż się nasuwa stary dowcip:

„Pojechał raz ruski nowobogacki do Luwru.

– Czyściutko – stwierdził z zadowoleniem. – Skromnie, ale czyściutko.”

Przyznaję, że mam z tym opowiadaniem pewien problem. Technicznie i merytorycznie jest świetne. Po pierwsze: język. Bardzo gładki, nie wiem, kiedy zleciała mi lektura opowiadania, a nie jest przecież wcale najkrótsze. Jest siódma rano, a ja nie czuję, żeby mnie w jakikolwiek sposób zmęczyło, czytałam z prawdziwą przyjemnością i uwagą. Sprawnie lawirujesz, dostosowując styl wypowiedzi do konkretnego bohatera, co dowodzi świadomości języka. Dojrzała i przemyślana stylizacja, ani bez anachronicznych wtrętów, ani bez krojenia na modłę chłopskiej mowy tudzież tak quasi-średniowiecznej gadki, że konieczność deszyfracji zabrałaby czystą, prostą przyjemność obcowania ze słowem. Super, język oceniam wysoko.

Po drugie: fabuła i świat przedstawiony, który, jakem Wiktor Orłowski nie jest (bo nie jest, chociaż trochę jest) i jak quasi-medieval fantasy nie lubię (bo nie lubię, chociaż trochę lubię), kupił mnie po całości. Niebanalny, niesztampowy, w moim odczuciu nie-ctrl+c-ctrl+v. Zachowujesz wręcz profesjonalną równowagę pomiędzy potrzebą odmalowania nam tych realiów a władowaniem w tekst encyklopedii lokalnego lore. W naprawdę świetny sposób bazujesz na kojarzonych gdzieś z kultury motywach mitologii słowiańskiej i nie tylko (czy ja tu dobrze widzę wtręty Davy’ego Jonesa i Szewczyka Dratewki?), ale zarazem nie biegasz z neonowym banerem „TU SĄ KREATYWNIE WPLĄTANE MOTYWY LITERACKIE”.

Teraz w całym tym miodzie łyżka dziegciu. A właściwie to trzy.

Łyżka pierwsza: mam wrażenie, że postać chłopca jest drastycznie niewyeksploatowana. Jeżeli on również jest zainspirowany czymś, czego akurat nie znam, i przez to nie rozumiem, to trochę klops i wina mojego nieoczytania – natomiast utwór muszę ocenić moim nieimponującym rozumkiem i taką bazą, jaką posiadam. No więc uważam, że osoba krwiożerczego chłopca mogłaby być przedstawiona mi lepiej (bo zainteresowała).

Łyżka druga, do przełknięcia z pierwszą: w moim odczuciu tekst słabo wiąże się z hasłem „destrukcyjny abnegat”. Są tu dwie ścieżki interpretacyjne – abnegatem jest Koszczej (a następnie Kwedor); w tej sytuacji ta destrukcyjność i abnegacja są omówione raczej peryferyjnie, stanowią dodatek interpretacyjny, a nie silny rdzeń fabuły. Opcja druga – destrukcyjnym abnegatem jest nasz krnąbrny chłoptaś, ale że jego osoba została mi przedstawiona słabo, to i słabo znam też jego (ponoć destrukcyjną) abnegację.

Łyżka trzecia, którą, wnosząc z przemowy, już przełknęłaś sama: tekst właściwie mało wpisuje się w zakres konwencji konkursu, w moim odczuciu jest raczej świetnym fantasy. Nie jest tu zbyt mrocznie, stylizacja raczej lekka, pola do toczenia rozważań na temat natury rzeczy nie ma, niepokoju i drżenia duszy też nie. Wciąż jest to jednak tekst naprawdę dobry i mimo ucięcia paru punktów za zgodność z hasłem i klimatem, oceniam go wysoko. 

Wiktor Orłowski, dzięki za obszerną analizę tekstu. Chociaż z tym dziegciem, to powiem tak, że od dziecka lubię gorzkie smaki, więc będę wyobrażać sobie, że to papryczka habanero, która jest mi obmierzłą, tak żeby był efektlaugh

Co do pierwszej łyżki, to miało tak być, że to przede wszystkim historia Kwedora, a chłoptaś ma zainteresować, tak może na przyszłość, kto wie? Widzę, że chyba zasługuje na osobną historię, ale w tej tutaj wplatanie całego jego rodowodu i życiorysu trąciłoby mi myszką i takim zbyt klasycznym przedstawieniem lore, którego nie lubię. Do kolejnej edycji tekstu rozważę ewentualnie jakieś lekkie dopieszczenie wątku, ale przeładowywanie go nie do końca zrobiłoby przysługę głównej linii wydarzeń. 

Co do drugiej i trzeciej, peryferyjność abnegata, którym jest głównie Koszczej, jest trochę winą tego, że była to jedna z x prób, która jednak najbardziej zahaczała o tematykę konkursu. Ogólnie pisanie dobrego weirda wymaga chwili pozytywnego zakręcenia, które skłania do głębszych przemyśleń, a nie udało mi się do końca wejść w ten stan. Stwierdziłam jednak, że a co tam, bo chciałam spróbować na zasadzie, a nóż widelec. Chyba jednak widelec, ale i tak miałam dużą frajdę.

Co do słoika miodu, mam nadzieję, że był bio i z akacji, bo tak smakowałsmiley. Może konkurs nie ten, ale cieszę się, że to, co robię poniekąd idzie w dobrym kierunku.

Nowa Fantastyka