- Opowiadanie: Voycawojka - Dziewczyna w bluzie

Dziewczyna w bluzie

Temat konkursowy: efektowny samoopalacz

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Dziewczyna w bluzie

Kasia miała idealne karty na ręce, aby zakończyć grę w tej turze. Musiałaby się jednak odezwać, przerywając dyskusję pozostałych.

 – Czyli mówisz, że las nie jest nawiedzony, bo nie widziałeś w nim ducha? – argumentowała Jola. – Uważaj żebyś się nie udusił. Przecież nie widzisz powietrza.

 Kasia poznała ją kilka godzin temu, razem z innymi. Zrobiła dobre pierwsze wrażenie – miała wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia. Jednak ile można nawijać o demonach? Niestety Kacper tylko ją nakręcał:

 – To, że nie mogę udowodnić, że czegoś nie ma, nie znaczy, że to istnieje! – irytował się.

 Dziewczyna nie była pewna, czy ktoś jeszcze pamięta o rozgrywce w makao. Wszyscy trzymali karty w rękach, ale byli zbyt zajęci duchami.

 – To odprawmy jakiś rytuał! – podekscytowała się Jola. – Dawajcie, w końcu jesteśmy grupką studentów na wakacjach. I to w domku w środku lasu. Będzie jak w jakimś slasherze!

 – Przestań – wtrąciła się Monika. – Nie lubię horrorów. Poza tym mieliśmy grać. Wiem, zagrajmy w “nigdy nie”. Ja zacznę. Nigdy nie prowadziłam pijana.

 Wyglądało, że makaowe zwycięstwo Kasi pozostanie znane tylko jej. Karty pozostałych spoczęły chaotycznie na stoliku. Inni wyzwani wzięli po łyku piwa, przystając bezgłośnie na propozycję nowej gry. Dziewczyna zaczynała żałować, że dała się namówić Kacprowi na ten wyjazd. Nikogo nie znała.

 – Naprawdę tylko ja i Kasia jeździmy trzeźwe? – zdziwiła się Monika. – A w ogóle to tobie nie za gorąco w tej bluzie?

 Kasia skuliła się mocniej na kanapie, odruchowo chowając dłonie do kieszeni. 

 – Bez niej mi zimno. Grajmy dalej.

 – Jesteś chora? Ile jest? Ze dwadzieścia pięć stopni. – drążyła Monika.

 – Może wstąpił w nią demon. – Kacper spojrzał wymownie na Jolę.

 – Nie jestem chora. Tak mi dobrze. Naprawdę.

 Kasia liczyła, że Kacper uciszy swoich znajomych. Jako jej chłopak powinien jej bronić. Wiedział, że nie lubi o tym mówić. Cały wieczór zajmował się tylko kłótniami z Jolą. To była jego szansa na pokazanie, że jednak mu zależy.

 – Długie rękawy. Tniesz się? – zaciekawiła się Jola.

 – Ja mam pomysł! – włączył się milczący do tej pory Wiktor. – Zagrajmy w rozbieranego pokera. To prędzej czy później zoba…

 – Wystarczy – zainterweniował Kacper. – Nie gramy w żadne rozbieranie.

Wreszcie ukrócił gadanie znajomych. Nie zaszkodziłoby, gdyby zrobił to trochę wcześniej, ale liczy się, że wkroczył do akcji.

 – I nie, nie tnie się. Co to w ogóle za pytanie – kontynuował. – Zero taktu. Po prostu ma kompleksy, bo jest strasznie blada.

 Kasia oniemiała. Chciała się zapaść, rozpłynąć, wyparować, cokolwiek. Nie mogła uwierzyć, że mógł im zdradzić coś takiego.

 – Ojej, przepraszam! – wypiszczała Monika. – Nie jesteś blada. Poza tym jasna cera jest teraz modna. 

 Gdyby tylko mogła wsiąknąć w bluzę. Część Kasi chciała nakrzyczeć na chłopaka. O ile jeszcze nim jest.

 – Idź do solarium – niewzruszonym głosem podpowiedziała Jola.

 Dziewczyna wstała. I tak była już w centrum uwagi. Monika bez słowa położyła nogi na kanapie pozwalając jej przecisnąć się między meblami. Kasia wyszła. Zamykając drzwi usłyszała wypowiedziane głośnym szeptem: “no idź za nią”.

 

***

 

Gałązki trzaskały Kasi pod stopami. Zboczyła z wytyczonego szlaku w jakąś wąską ścieżkę. Nie chciała, aby Kacper ją znalazł. Nie zanim wymyśli w jaki sposób powiedzieć mu jak się poczuła. Kiedyś zachowywał się inaczej. Cierpliwie przekonywał ją, żeby się rozebrała. Zapewniał, że nie ważne co Kasia myśli o swoim ciele, dla niego zawsze będzie piękna. Teraz za to opowiadał wszystkim jaka to ona jest “strasznie blada”. 

 Bzzz. Coś zabzyczało w oddali. Brzmiało trochę jak olbrzymia mucha.

 Kasi zaczynał coraz bardziej doskwierać upał. W lesie nikogo nie było. Ściągnęła bluzę. Spojrzała na swoje okropne, blade ręce. Może Kacper nie zrobił niczego źle? Może to z nią był problem. Ktoś inny na jej miejscu zbył by Monikę błyskotliwą ripostą i wszyscy zapomnieliby o incydencie. 

Ktoś inny nie byłby taki blady.

Bzzz. Bzyczenie się zbliżało. Może to była osa? Na pewno jakiś owad. Ale jaki insekt jest tak głośny?

Dziewczyna nie mogła już ignorować dziwnego dźwięku. Odwróciła się. Dostrzegła postać chowającą się za drzewem. Zrobiła krok w tył.

– Ka.. Kacper? – zawołała. – Wiem, że tam jesteś!

Bzyczenie się nasiliło. 

– To jakaś apka? Wyłącz to!

Postać wychyliła się zza drzewa. Dziewczyna zastygła. To coś miało olbrzymie, czerwone oczy, a w miejscu ust znajdowała się trąbka.

Kasia próbowała uciekać najszybciej jak mogła. Przedzierała się przez krzaki i obijała o pnie. Bzyczenie momentami zdawało się coraz bliższe, aby zaraz potem ucichnąć i rozbrzmieć ponownie z innego kierunku.

Wybiegła z lasu na parking przy szosie. Po drugiej stronie widać było budynek ze świecącym banerem “Drogeria”. To była jej szansa. Pełnym sprintem rzuciła się w kierunku wejścia. 

Nie słyszała już bzyczenia. Mimo to nie chciała się obracać.

Udało się. Niemal uderzyła w drzwi swoim ciałem. Weszła do środka. Przez chwilę zdawało jej się, że przez szybę widzi stworzenie wychodzące za nią z lasu. To musiało być złudzenie. Wewnątrz drogerii roznosił się kojący zapach. Poczuła się bezpiecznie. Nie była nawet zmęczona.

 

***

 

Obeszła sklep, ale nikogo nie znalazła. Żadnych klientów, ani pracowników. Tylko kosmetyki. Wróciłaby do domu, ale intuicja podpowiadała jej, że w lesie nie jest bezpiecznie. Tak jakby przytrafiło jej się tam coś złego. Nie mogła skojarzyć co.

Ktoś wszedł do środka.

– O, dzień dobry! – przywitał się starszy mężczyzna. – Przepraszam, wyszedłem na chwilę przejść się po lesie. Zwykle nie mam klientów o tej porze. Mogę w czymś pomóc?

– Nie, ja tylko…

Kasia zawahała się. Co ona tu właściwie robiła? Spojrzała na swoje gołe ręce. Przypomniała sobie! Była tu przez Kacpra. Nie kochał jej, bo jest zbyt blada.

– Coś krępującego? Nie przejmuj się, możesz mi powiedzieć. Kierownik drogerii jest jak farmaceuta. Może przedstawmy się sobie, będzie ci łatwiej. – Wyciągnął rękę. – Łukasz Muszny. Przyjaciele mówią mi Belzek.

– Kasia. 

Uścisnęli sobie dłonie. Mężczyzna wytarł rękę w ozdobną chusteczkę, którą schował do kieszeni. Dziewczyna zauważyła na niej coś czerwonego.

– Ja… ja mam dość tej bladej cery! Chciałabym się jej pozbyć. Sam mnie pan widzi.

 Pan Muszny zamyślił się na chwilę, po czym wszedł do jednej z alejek. Machnął ręką, aby dziewczyna podążyła za nim. Przeglądał półki. Momentami chwytał butelki, saszetki lub inne opakowania. Przyglądał im się mamrocząc “cera, cera…” i odkładał je na miejsce.

 – Aha! – Uniósł triumfalnie jeden z kremów. – To nada się idealnie. Po bladej cerze nie będzie ani śladu.

 Kasia wzięła od niego specyfik. Naklejona kartka z napisem “samoopalacz” zasłaniała oryginalną nazwę marki. Wszystkie inne informacje zapisane były w nieznanym jej języku. Nigdy nie widziała nawet takiego pisma.

 – Aramejski – wyjaśnił Belzek. – Towar z importu. Zadziała natychmiast. Pierwsze efekty widać w ciągu kilku minut od posmarowania. Dla ciebie niech będzie – staruszek policzył coś szybko na palcach – sto dwadzieścia złotych. Zainteresowana?

 Przez chwilę Kasia myślała, że wszystko się ułoży. Cena produktu szybko przywróciła ją do smętnej rzeczywistości. Tyle pieniędzy nie miała nawet na koncie. 

 – Oh, za dużo? – Kierownik jakby czytał jej w myślach. – No tak. Każdy był kiedyś studentem. Jaki masz budżet? Osiemdziesiąt? Nie? Może czterdzieści?

 – Mogę mieć czterdzieści! – podekscytowała się Kasia.

 Mężczyzna ponownie nachylił się nad półkami. Po chwili grzebania chwycił inny krem.

 – Ten mogę oddać za czterdzieści. Działa podobnie, tylko nie tak szybko. Smaruj się codziennie przez dwa miesiące.

 Kasia liczyła, że będzie mogła dostać pierwszy krem za nową cenę. Nie mogła czekać tyle czasu. Kacper musiał zobaczyć ją opaloną jeszcze tego dnia. Spojrzała błagalnie na mężczyznę. Niezmiennie uśmiechał się czekając na odpowiedź. Nie miała wyboru.

 – Wezmę ten tańszy.

 – Wspaniale! Płatność gotówką?

 – Mogę tylko telefonem.

 – Ah, no tak. Młodzi teraz nie noszą gotówki. Muszę iść na zaplecze po terminal. Zanieś proszę ten krem do kasy i poczekaj na mnie.

 Oddalił się i zniknął za półkami. Kasia spojrzała tęsknie na krem warty ponad dwukrotność jej majątku. Pojemnik nie różnił się niczym od tańszego specyfiku. Też przyklejono do niego nalepkę “samoopalacz”. Obcojęzyczne napisy były podobne, jeśli nie identyczne. Dziewczyna rozejrzała się szybko. Nie widziała nigdzie pana Musznego. Drżącą ręką odkręciła nakrętkę pojemnika. Wychyliła się za alejkę. Czysto. Otworzyła drugi kosmetyk i pospiesznie podmieniła wieczka. 

 W momencie, w którym podeszła do kasy, usłyszała za sobą głos starca:

 – Przepraszam, że musiałaś czekać. Ciężko było znaleźć tę maszynę.

 Mężczyzna trzymał w ręce terminal. Kasia sięgnęła odruchowo po telefon. Nie miała go. Musiała zostawić urządzenie w domku.

 Kierownik wziął do ręki krem, który dziewczyna przyniosła do lady. Przyjrzał mu się. 

 – Niestety okazało się, że terminal jest uszkodzony – powiedział. – Nie działa. Bardzo przepraszam za kłopot. W takim wypadku możesz skorzystać z promocji. Wystarczy, że coś podpiszesz i oddam ci to za darmo. 

 – Jakaś subskrypcja, zgoda na przetwarzanie danych?

 – Tak. – Uśmiechnął się. – Można tak powiedzieć.

 Usiadł za ladą. Wyciągnął dokument, długopis oraz schowaną wcześniej do kieszeni chusteczkę. Wytarł czerwoną substancję w końcówkę wkładu.

 – Czasami trochę zasycha – wyjaśnił.

 Kasia podpisała zgodę bez czytania. 

 

***

 

Dziewczyna wyszła z drogerii prosto do lasu. Wydawało jej się, że wcześniej była tu szosa i parking. Na ziemi leżała jej bluza. Odwróciła się i dostrzegła więcej drzew. Po sklepie ani śladu. Musiała być zmęczona. Zauważyła, że jest pokaleczona. Otarcia na rękach. Na prawej dłoni rozcięcie i rozmazana krew. W głębi umysłu świtało jej, że biegła przez las, ale nie mogła pozbierać myśli.

 Cały czas trzymała krem. “Skoro ma zadziałać natychmiast”, pomyślała i posmarowała twarz i ramiona. Resztę schowała do bluzy. 

 – Kasia! – zawołał Kacper. – Kasia! Jesteś! Szukałem cię. Słuchaj, Monika powiedziała, że powinienem cię przeprosi… – przerwał.

 – Co? Mów dalej.

 – Spacer dobrze ci zrobił! Może to przez światło tutaj, ale jakoś tak… nabrałaś kolorów. Nawet spoko wyglądasz.

 Podobała mu się. Miała najlepszego chłopaka na świecie.

 

***

 

Na noc wysmarowała się cała. Każdy kawałek jej skóry został pokryty specyfikiem mającym odmienić jej życie. Spała w jednym łóżku z Kacprem. 

 – Czujesz? – obudził ją.

 – Co? – jęknęła wtulona w ścianę.

 – Ten zapach – skrzywił się. – Coś jakby… nie wiem… jakby spalenizna.

 Pociągnął Kasię za ramię, aby się odwróciła.

 – A! – krzyknął. – Jesteś cała czerwona! Dotykałaś w lesie jakichś roślin? Idę po apteczkę.

 Dziewczyna czuła się świetnie. Zanim zdążyła powiedzieć o tym Kacprowi, kołdra zajęła się ogniem. Chłopak zrzucił pościel na podłogę próbując ją udeptać. Kasia wstała by mu pomóc, ale powstrzymał ją przerażony wzrok jej wybranka.

 – Ty płoniesz! – krzyknął. – Czemu jesteś spokojna? To jakaś sztuczka, tak? Widziałem takie portfele dla iluzjonistów, które płoną jak się je otworzy. To to? 

 Kasia spojrzała na siebie. Jej ciało pokrywały płomienie. Odczuwała lekkie ciepło, ale poza tym czuła się wyśmienicie. Na twarzy Kacpra malował się coraz większy niepokój. 

 – To nie jest śmieszne. To sztuczka, czy nie? Wołać pomoc?

 W jednej chwili jego źrenice zajęły niemal całą powierzchnię oka. Dyszał szybko. Głos mu się łamał. Zemdlał. Kasia pobiegła zawołać innych. Spotkali się w drzwiach.

 – Słyszeliśmy krzyki! Co się… – Jola zaniemówiła.

 Wiktor krzyknął. 

 – Kacper zemdlał, niech ktoś mu pomoże! – błagała Kasia.

 – Jola, to twoja sprawka? – oburzyła się Monika. – Jednak przeprowadziłaś jakiś rytuał. Nie wierzę, że naprawdę przywołałaś demona.

 – Przestań – skarciła Monikę Jola. – Czy to jakiś żart?

 – Nie, Kacper naprawdę zemdlał! Tam leży! – przekonywała Kasia.

 Monika wydała z siebie przeraźliwy pisk.

 – Wszyscy, spokojnie – rozkazała Jola. – Kasiu, nie czujesz, że płoniesz. Jeśli to nie żart, możesz mieć uszkodzony mózg. Przyznaj się, że to sztuczka, albo zadzwonię na pogo… O Jezu! Dajcie mi telefon, szybko! Wiktor, weź jakiś koc, ugaś ją!

 Kasia nie rozumiała, czemu wszyscy na nią krzyczeli, zamiast pomóc jej chłopakowi. Czyżby było z nią coś nie tak? Pobiegła szybko do pokoju i chwyciła walającą się na stoliku puderniczkę. Spojrzała w lusterko i zastygła z przerażenia. Widać było jej kości, gdzieniegdzie zdobione odpadającymi kawałkami spalonej skóry i mięśni. W miejscu twarzy znajdowała się tylko czysta, biała jak śnieg czaszka. Kasia była jeszcze bledsza niż wcześniej.

Koniec

Komentarze

Czyta się szybko, groteski w tym trochę jest, zakończenie niezłe, ale całość taka jednak średnia mi się wydaje.

Veni, vidi, readici.

 

Samotna drogeria pod lasem… jest weird :)

Pierwszy fragment czytało mi się z oporami, ale od momentu wyjścia Kasi do lasu jest już całkiem nieźle – czyta się płynnie, akcja wciąga. Koniec trochę mnie zaskoczył tym, że to koniec. A to znaczy, że miałem ochotę dowiedzieć się, co dalej.

 

Pomysł ciekawy, troszkę mało groteski, ale atmosfera grozy zbudowana pierwsza klasa. Początkowe dialogi wydawały mi się trochę nienaturlne, ale potem zwłaszcza od momentu oddalenia się bohaterki i wejścia do drogerii jest już dużo lepiej. Zakończenie też satysfakcjonyjące.

No faktycznie nawet przyjemnie się czytało, a końcówka najbardziej mi się spodobała. Zwłaszcza ostatnie zdanie ;p

Możliwe spoilery:

Prosta fabuła, napisane okej, tylko do końca nie wiem, dlaczego samoopalacz zadziałał w taki sposób. Jakiś rodzaj kary za kradzież nasuwa się na myśl. 

No nic. Całkiem fajne. 

Pozdrawiam.

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Ten tekst byłby naprawdę bardzo dobry, gdyby jego część realistyczna była… no, trochę bardziej realistyczna.

Zawieszałam na rozwiązaniach takich jak drogeria pod lasem, otwarta w nocy; oraz wiem, że ludzie mają różne kompleksy i problemy, ale kłopot bohaterki ze zbyt bladą skórą wydawał mi się – w tym, jak jest tu ujęty – mniej psychologicznie prawdopodobny, a bardziej symboliczny i wprowadzony dla wygody autora, jako sztuczka narracyjna. To nie znaczy, że to jest zła motywacja, bo ludzie naprawdę, jak mówiłam, potrafią mieć ze sobą problemy z najbłahszych powodów – ale ja mam trochę problem z tym, że jej ujęcie w tekście nie do końca przekonuje, może warto byłoby ten akurat aspekt w przyszłości wzmocnić. Bo wtedy kontrast między zwyczajnością a niesamowitością wychodzi jeszcze mocniej, a opowiadanie jest bardziej efektowne.

Co powiedziawszy, przejdę do zasadniczej części komentarza. Poza tymi niedociągnięciami tekst jest moim zdaniem udany. Bardziej to opowieść niesamowita idąca w kierunku horroru, ale w konkursowych wymogach się mieści. Akcję, dość przewidywalną od momentu, kiedy zidentyfikuje się belzebubowe aluzje, budujesz sprawnie, opowiadanie trzyma w napięciu, jedne wydarzenia płynnie wynikają z drugich. Narracja z punktu widzenia bohaterki wychodzi ci dobrze i wiarygodnie. Generalnie, jest to naprawdę niezły tekst.  

Makabreska czy groteska? Nie jestem pewien.

 

Jest pomysł, który za łatwo sprzedajesz. Do momentu spotkania tajemniczego demona w lesie napięcie rośnie, obyczaj powolutku i złowrogo pełznie w stronę horroru aż tu nagle: drogeria. Pod lasem. Ok, dalej jest dziwnie, coś się dzieje.

I znienacka sprzedawca przedstawia się jako pan Muszny, alias Belzek. Łopata. Czar pryska. Ponadto przyspieszasz akcję strasznie: o ile jeszcze scena w sklepie toczy się w jakimś tempie, pi razy oko , to w momencie stwierdzenia, że etykieta jest po aramejsku, z importu i potem oferty oddania kremu w zamian za jakąś subskrypcję łopatą walisz po łbie raz za razem. Można to było rozegrać lepiej, inaczej i później sprzedać wyjaśnienia. Przykładowo: a tu mam promocję, próbka, wróć po więcej z pieniędzmi, a za próbkę proszę, podpis; aramejski mógł paść w epilogu, kiedy Kacper (fan demonów, tak?) spogląda na bladokościstą narzeczoną po ocknięciu się; spotkanie w lesie z chłopakiem i scena w nocy gnają do przodu zabijając zupełnie budowanie napięcia.

 

Warto poćwiczyć, potencjał jest.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Podoba mi się klimat i sam pomysł. Podobnie jak PsychoFish, myślę, że tych aluzji było trochę za dużo. Nie rozumiem np. po co podpisanie tego cyrografu, skoro sam zakup (a w sumie kradzież) samoopalacza wywołałby… zamierzony efekt ;) Zgadzam się też z oidrin, że na początku dialogi były trochę nienaturalne, ale potem czytało się całkiem przyjemnie. Myślałam, że scena w drogerii to dopiero początek, a tu nagle opowiadanie się kończy – myślę, że warto rozbudować ten dalszy ciąg, bo jest potencjał na fajną, dłuższą historię :)

Przyznaję, że początek trochę zazgrzytał mi w zębach. Sięgasz po popularny motyw horroru klasy Z – grupa młodych ludzi gdzieś wyjeżdża i dzieją im się rzeczy – ale go twórczo nie przetwarzasz. Po pierwsze, oprócz tak zdawkowo rzuconego settingu fajnie byłoby cokolwiek o tych ludziach wiedzieć – kim byli, gdzie pojechali, dlaczego akurat w takiej paczce? Trudno mi się przejąć losem kogokolwiek z tej grupy, a już zwłaszcza Kasi, której losem przejąć się należy (bo jest główną bohaterką). Decydujesz się też na zabieg, który osobiście uważam za raczej denerwujący: autoironizowanie z tak przyjętych ram opowieści. Pomysł wyjściowy nie stanie się ciekawszy od tego, że bohater zacznie z niego żartować.

Co do samej fabuły: bardzo na plus jest to, że starałaś się wyeksploatować ten samoopalacz, kontrastując go z kompleksami bohaterki na tle bladości, nie poszłaś na łatwiznę, wpisując hasło od czapy, a cały tekst kreując o czymś innym. Przez całą lekturę miałam jednak poczucie, że sama reakcja Kasi jest przesadzona. Trudno mi uwierzyć w to, by kolor karnacji dla kogoś w naszym kręgu kulturowym był aż takim problemem. Myślę, że łatwiej bym to przyjęła, gdyby akcja dotyczyła np. Azjatki zafiksowanej na punkcie bladości (co jest bardzo powszechne np. w Korei Pd i Tajlandii).

Podobne zawieszenie wiary miałam przy etapie podpisywania cyrografu – jeśli towar w sklepie jest drogi (a sklep na zadupiu, czyli raczej o klienta walczy), to wydaje mi się dziwną praktyką, by został oddawany za prawo do przetwarzania danych. Podobnie zastanawiające wydaje mi się, że rozgarnięta młoda kobieta, studentka, tak po prostu podpisuje taki świstek, wykazując zaledwie cień zdziwienia. Ale co do tej kwestii się nie czepiam aż tak bardzo – ludzie są różni.

Same przedstawione tutaj wydarzenia wydają mi się bardzo proste, co w połączeniu z raczej niewyrafinowanymi wskazówkami (nazwisko sprzedawcy, czerwony wkład do długopisu) dało mi poczucie, że jestem prowadzona przez rękę. Za przewodnikiem szłam bez bólu, ale też bez szczególnej euforii. W moim odczuciu najsłabiej wypadła końcówka: mimo że dzieje się rzecz dramatyczna (Jezu, dziewczyna przecież żywcem płonie), przedstawiasz ją bardzo zdawkowo. Miałam też wątpliwości co do postępowania samego diabła: dostał podpisany cyrograf, więc zabił kontrahenta? Zwykle podpisywano go, by do śmierci cieszyć się urokami życia doczesnego; fakt, że Kasia umarła mniej niż dobę po aplikacji samoopalacza, otrzymują za to w sumie niewiele (usłyszała, że jest ładna?), czyni ją najmniej fartowną klientką ever.

Na marginesie: kości nie spalają się na śnieżną biel, istnieje pięć stopni przepalenia w zależności od temperatury stosu i ten najsilniejszy jest taki kremowo-szary; w przypadku całopalenia kolor nie będzie jednolity. J

Jeżeli wszystkie elementy stereotypowego horroru potraktować jako paliwo zasilające jego parodię, to jakieś wnioski można z lektury wyciągnąć.

 

Mamy to, co jest zawsze:

– Któraś bohaterka mówi: nie lubię horrorów, po czym horror się dzieje;

– Stacja pierwsza: makao, stacja ostatnia: całospalenie – tempo toczącego się głazu;

– W lesie nic nie było, ale jednak było.

– Pachniało przyjemnie, więc poszła.

– Belzek jest mało kreatywny, ale to wypada. Negocjuje, sprzedaje towar.

 

Jest jednak problem powracającego kompleksu bladości Kasi. Fakt, że na tym skupione są reflektory, sugeruje absurd. Widzę go tu - Kacper nie kochał Kasi, bo była zbyt blada. Diabeł jest drugoplanowy, sprzedanie duszy właściwie też, chodzi tylko o bladość i zapobieganie dalszemu blednięciu. Kasia smaruje się kremem, bo musi natychmiast go wypróbować – to mógłby być miły żarcik z konsumpcjonizmu. Jeśli iść dalej absurdalnym tropem, mamy też reakcję Kacpra: jego ukochaną pełga żywy ogień – “o, to jakaś sztuczka?”

Później problem wraca, bo nie wiadomo, czy to Autor celowo podszył horrorek subtelnym absurdem, czy to intepretujący na siłę dojrzał absurd w horrorku.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

OK, jest jakiś pomysł. Trochę mało oryginalny, ale niech tam.

Zdziwiło mnie, że studentka nie rozpoznaje tak oczywistych tropów. Miała giertychowską maturę czy jak?

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka