- Opowiadanie: Sonata - Folia natręctw

Folia natręctw

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Folia natręctw

Folia jest wszędzie. Przemieszczając się, napinamy ją i zrywamy, za nami wirują srebrzyste poły polietylenu. Cząsteczki zastygają, zdezorientowane, a potem łączą się w całość na nowo. Rośnie pod skórą i na zewnątrz, zdrapujemy z siebie jej płaty, gdy czujemy lęk. Lata rozproszona w atmosferze Ziemi. Wypełnia rzeczy. Otula, gdy przedzieramy się przez pokłosie naszych działań zmierzających do osiągnięcia stanu idealnej wygody. 

 

*** 

 

Maria zanurkowała prawą dłonią w lewym rękawie i mocno potarła ramię, od barku aż po łokieć. Następnie, ignorując wielką torbę na zakupy, która przykleiła się do jej twarzy, lewą wcisnęła w prawy rękaw i potarła drugie ramię. Dopiero wtedy zerwała siatkę i cisnęła na bok. 

– Ile procent miał teraz lęk? – Terapeutka odgoniła woreczek na bułki latający koło jej głowy. 

Maria nie lubiła tych pytań. To, co niewyrażalne, musiała wyrażać w procentach. 

– Sto – mruknęła. 

Terapeutka zapisała coś w notesie.

– Teraz chciałabym, żebyś opowiedziała mi więcej o Laurze. Jaka ona jest? 

– Cudowna. – Maria rozmarzyła się. – Bardzo mądra, wykłada literaturę, przeczytała mnóstwo książek, no, i jest piękna.

– Uważasz ją za idealną?

– Tak. Chociaż… Mamy trochę inne sposoby spędzania czasu. Wie pani, ona kocha łażenie po sklepach, chodzenie do kosmetyczek, jakieś kawy na mieście i tak dalej… Ja się tym nie kręcę. 

Długopis terapeutki znowu zatańczył nad notesem. 

– Dobrze. Jaki jest teraz poziom lęku? 

– Teraz lęku nie ma. Ale ogólnie nie nazwałabym tego lękiem, tylko raczej taką… hmm… elektryzacją i ja nie mogę jej znieść. 

Terapeutka zrzuciła ze stolika dwie przeciągające się foliówki z logo Auchana i położyła pustą kartkę. 

– Przy zaburzeniach obsesyjno-kompulsywnych – powiedziała, rysując dwie prostopadłe, stykające się linie – czujesz lęk, on narasta – z punktu zbiegu poprowadziła kreskę pod kątem ostrym – wtedy pojawia się kompulsja, którą ucinasz lęk, czyli w tym przypadku pocierasz ramię. – Zamaszyście maznęła pionową kreskę na końcu wznoszącej się linii i uniosła brwi na widok miny pacjentki. 

– Powiedziała pani tę spółgłoskę… dwa razy… – stęknęła Maria i kolejny raz potarła oba ramiona. Nie było to łatwe, rękaw swetra ciasno opinał ciało i musiała mocno się nagimnastykować, żeby dotrzeć dłonią aż do barku.

– Nie powiedziałam… 

– Tak! 

Terapeutka wzruszyła ramionami i kontynuowała: 

– Wtedy lęk spada. Ale zaraz znowu się pojawia i ponownie wykonujesz kompulsywną czynność… 

Lęk… Maria ponownie odprawiła czary. Ślepo wykonywała kompulsje, w pełnym zaufaniu do rozkazów natręctw, choć nie wiedziała, co było tym, czego się bała. 

– Tedy… Tedy! Niech pani nie mówi tego słowa! Bo na początku wymawia pani… 

– Dobrze, dobrze. Chcę ci pokazać, że jeśli nie wykonasz kompulsji, to lęk będzie narastał – narysowała kolejną kreskę wznoszącą się od punktu zbiegu poprzedniej z poziomym ramieniem wykresu – a po jakimś czasie powoli zaniknie – linia zaczęła opadać z powrotem. 

Torby foliowe o różnym umaszczeniu latały po gabinecie, bawiąc się i dokazując. Siatka z logo Biedronki obijała się o szybę w oknie, dwa niebieskie woreczki skakały z biurka na podłogę – za spadochrony mając folie z uszami; pięć torebek tańczyło w kółeczku breakdance obok fotela terapeutki. 

– Nie, pani nie rozumie, to tak nie wygląda… Może inni, ale ze mną to tak nie jest… – wydukała Maria. – Bo to się stało… Byłam.. eee.. we supermarkecie i widziałam, jak starsza pani, taka już bardzo stara, pakowała jabłka do… do… 

– …foliówki? 

– NIE! Miała pani nie mówić tej litery!

– Przepraszam. Proszę mówić dalej.

– No, te jabłka włożyła do torebki – kontynuowała Maria, zapamiętale pocierając ramiona – i taki dźwięk usłyszałam, szelest! I tego… tedy się zmieniłam. Stałam się czymś, co jest podatne… Dlatego muszę się zabezpieczać. 

Foliówka bzyczała jej koło ucha, Maria przypłaszczyła ją ze złością do oparcia kanapy. 

– Tylko ci się wydaje, że tak jest. Na podstawie różnych doświadczeń stworzyłaś pewne przekonania i założenia, które mają cię chronić przed tymi przekonaniami. Taki system immunologiczny umysłu. I gdy pojawia się bodziec, masz negatywne myśli, które powodują określoną emocję i ona napędza cię do wykonywania natrętnej czynności, bronisz się nią przed negatywnymi myślami. 

– Bronię się, bo stanie się coś strasznego, gdy tego nie zrobię! – Rękaw Marii nieco się rozciągnął, teraz łatwiej mogła w nim grzebać. 

– Nic się nie stanie, uwierz mi. 

– Nie, pani się myli. – Maria nagle wstała, a potem, jakby przerażona własną odwagą, zawahała się. – Ja stąd wychodzę – powiedziała w końcu i rzuciła na stolik pomiętą stówkę.

Terapeutka milczała, obserwując foliówkę pływającą w kółko jak ryba wrzucona do wiadra. Maria wyszła. Gdy zamykała drzwi, przytrzasnęła jedną siatkę. Wkopała ją z powrotem do gabinetu, ale ta, zamiast tam zostać, przylgnęła do jej kozaka i zamiauczała. Dając za wygraną, Maria zamknęła drzwi i ruszyła po schodach z foliówką na bucie. 

 

*** 

 

Widzę, jak patrzy na książki. Rozpacz w jej oczach tnie moją duszę na kawałki. 

– Lauro, czy ja już nigdy nie będę mogła czytać? – pyta. 

Błądzi palcem po grzbietach. Gdy dociera do Ferdydurke, jak opętana zrzuca sweter i pociera oba ramiona po kolei. Sparzyła się. Znowu.

– Cały czas możesz – mówię ciepło, tuląc do siebie jej blade i obwisłe ciało. 

Czerwona folia przelatuje nam nad głowami z donośnym furkotem śmigła. 

Maria przesuwa mi dłoń po karku, a potem brutalnie go naciska, przyciągając moją głowę do twarzy. Nie jestem wyższa, ale mam na sobie szpilki. Nasze usta łączą się w jedną śliską całość. 

– Dobrze, że mam chociaż ciebie – wzdycha. 

Odsuwa się, ale jej wzrok znów wędruje do grzbietu Ferdydurke, przy którym wiruje biały woreczek foliowy. Pociera lewe ramię.

– Naprawdę wierzysz? – pytam, otwierając szafkę. 

– Co? – burczy, teraz trąc prawe. 

– Że stanie się coś strasznego, gdy tego nie zrobisz – wskazuję na jej rękę prześlizgującą się po ramieniu. 

– Tak, tak i jeszcze raz, tak! – wrzeszczy. 

Wyciągam prześcieradło i zarzucam je na regał z książkami, wzbijając w powietrze gromadę foliówek. 

– Nic się nie stanie, kochana. – Podaję jej sweter. – Załóż, bo zmarzniesz. 

– Ty nie wiesz, jak to jest. Ty nic nie wiesz – mówi. 

 

*** 

 

Pocierała. Wstała i otworzyła okno. Do środka wpadła zroszona reklamówka. Czego ty się boisz? Nic się nie stanie. To absurdalne.

Westchnęła. Podeszła do szuflady i wyciągnęła książkę. Proces Kafki. Była w trakcie tej właśnie lektury, kiedy się zaczęło. Zakładka tkwiła gdzieś przy końcu, od miesięcy więżąc K. i księdza w murach katedry. Czekali w zawieszeniu, jak czekał człowiek z opowieści o odźwiernym próbujący wejść do prawa, aż Maria otworzy książkę i pozwoli im skończyć rozmowę. 

Okładka była fioletowa, w jej centralnej części widniała serpentyna krętych schodów. Droga na górę zajęłaby mnóstwo czasu, jeśli w ogóle schody miały kres, chociaż Maria nie miała pojęcia, po co ktoś miałby się tam wspinać, nie wiedząc, co jest na szczycie.

Spojrzała na dane autora wypisane drukowanymi literami. „FRANZ KAFKA”. Lęk przyszedł natychmiast, naelektryzował. Był jak przepaść, na dnie której w czarnej wodzie pływają trupy. Żołądek zaczął pulsować, a serce omal nie wyskoczyło z piersi. Nie mogła. Lewa ręka, potem prawa. Tarcie, dwa razy. Ulga. Książkę schowała w szufladzie. Znowu tarcie. 

Wyszła do kuchni i zobaczyła ją, jak siedzi przy stole, stukając w klawiaturę macbooka. Było w niej coś… Maria przekrzywiła głowę. Obok Laury stał kubek z zielonym logo Starbucksa, przykryty plastikową pokrywką. Popijała z niego kawę. Dlaczego kupiła ją na mieście, wracając do domu? Miały przecież słoik nescafé i filiżanki. Leżący na stole iPhone co jakiś czas wydawał dźwięk nowego powiadomienia. Plusk! Plusk! Laura zręcznie odganiała foliówki siadające co jakiś czas na klawiaturze. Była taka… idealnie wpasowana w otoczenie i czynności, które wykonywała. Dlaczego Maria wcześniej tego nie zauważyła? 

– Boję się – wyznała. 

– Nie masz się czego bać, kochana. Później do ciebie przyjdę, teraz jestem zajęta – mruknęła Laura. 

Jej uwagę w całości pochłaniało urządzenie z logo przedstawiającym nadgryzione jabłko. Zdradza mnie z nim, z nimi wszystkimi – pomyślała Maria. 

Wiedziała, że na klawiaturze laptopa jest kilkanaście liter F, dlatego na nią nie spojrzała, ale gdy wróciła do pokoju, i tak potarła każde ramię po dwadzieścia razy, na wszelki wypadek. Była niesamowicie zmęczona, chociaż nic właściwie dzisiaj nie robiła poza wizytą u terapeutki. Zamknęła okno i, zrzuciwszy z łóżka cztery torebki foliowe, położyła się. 

 

*** 

 

Niebo wyglądało jak grota pełna półprzezroczystych stalagnatów. Słońce wpadało przez sufit, nagrzewając połyskującą podłogę. Miasto w chmurach. Maria szła, nie słysząc swoich kroków. Przyklęknęła i zbadała podłoże. Miękkie, śliskie i sprężyste. Folia. Stalagnaty też z niej były, skręconej i ściśniętej, twarde, spinały sufit i podłogę mocno, jakby chciały je zbliżyć. 

Wędrowała foliowymi korytarzami, niczego nie szukając i na nic nie czekając. Problemy, leżące teraz na granicy niepamięci, nie niepokoiły prawie wcale. Zauważyła coś kolorowego i podeszła. 

Dolna połowa ciała człowieka, ubrana w dżinsy i buty z logo Lacoste’a, spoczywała na foliowej podłodze w kałuży zakrzepłej krwi. Z brzucha, pionowo, wystawała długa rura ze ściśniętej folii. Na szczycie tego stalagmitu sterczała reszta nieboszczyka, osadzona jak czapeczka. Część wnętrzności dotykających folii była przezroczysta. 

Maria znalazła jeszcze kilka takich konstrukcji. Niektóre już niemal połączyły się z sufitem, a resztki ciała i ubrania prawie całkiem zmieniły się w folię, inne dopiero zaczynały rosnąć, przypominając ogryzek jabłka. Gdy minęła kolejny z takich ogryzków, ujrzała Laurę. 

Szła w tej granatowej sukience do kolan, materiał dokładnie opinał małe, idealnie okrągłe piersi. Na nogach miała czarne szpilki, jej twarz o wystających kościach policzkowych i ostrych rysach przypominała maskę. Cienie wokół oczu – zazwyczaj sprawiające, że spojrzenie Laury elektryzowało – teraz poszarzały, a tęczówki były zimne jak dwie planety błądzące po wszechświecie bez gwiazd. 

Pojawiało się na niej coraz więcej szczegółów. Szyję oplatała srebrna smycz, na której wisiał połyskujący smartfon, w dłoniach dyndało kilka torebek z logami sieciówek ubraniowych, okulary przeciwsłoneczne ze złotymi oprawkami, osadzone w gąszczu ciemnych włosów, przypominały koronę. Laura i jej przyjemności. Szła jakby na czele jakiegoś niewidzialnego pochodu, jak madonna, jak królowa, królowa gadżetów, wygody i nadmiaru. Gwałtownie zatrzymała się przed Marią, wzięła w ręce jej ramiona. Spod tipsów kobiety zaczęły wypływać serpentyny folii, które, jak sznury, związały Marię. 

 

*** 

 

Było już ciemno. Maria, rozbita drzemką w środku dnia, poszła zrobić herbatę. Nie wiedziała, gdzie jest Laura, a chciała ją jak najszybciej zobaczyć, by zetrzeć nieprzyjemne wrażenie po jej wyimaginowanej wersji. Zawołała, ale nie dostała odpowiedzi. Jaką by herbatę…? Malinową, tak. Szlag. „Raspberry flavour”. Znowu to pieprzone F!

Nie będzie tego robić! Nie ma ochoty! Nie. Musi to robić, nie ma wyjścia. Jest zamknięta w ciasnym pokoiku swojego umysłu, który nie pozwala jej żyć jak inni. Potarła ramiona, jednak kątem oka dostrzegła opakowanie herbaty. Wrzuciła je do szafki, zamknęła drzwiczki i znowu wykonała natręctwo. Wtedy zdała sobie sprawę, że w szafce jest pełno opakowań z literami F w długaśnych listach składników… Zdjęła sweter. Ile razy musi się potrzeć? Sto, dwieście? Trzysta będzie w sam raz. 

Liczyła, płacząc, a skóra na jej ramionach robiła się coraz bardziej czerwona. Naelektryzowane ciało świerzbiło, po kręgosłupie przebiegały pajączki. Nie wiedziała wcześniej, że aż tyle liter… Czy naprawdę, naprawdę musi? Nic się nie stanie, gdy nie wykona kompulsji. Najwyżej przez dwadzieścia minut będzie drapała ściany, póki lęk nie opadnie. 

Wyjęła herbatę. Wnętrzności zatańczyły, wargi zwilżył zimny pot, a w myślach zapanował chaos. Próbując nie zwracać na to uwagi, drżącą ręką wrzuciła torebkę do szklanki. Gdy woreczek delikatnie pacnął o dno, ze stołu zerwała się gromadka torebek foliowych, trzepocząc skrzydłami i piszcząc. Maria podskoczyła. Lęk pożerał mózg, roznosił ból po wszystkich nerwach. Nic się nie stanie, nic się nie stanie! To jest w twojej głowie! Zaraz minie! 

Usiadła na krześle, dłonie zacisnęła na brzegach siedzenia. Napięcie, dwa tysiące woltów. Miała wrażenie, że coś ciężkiego gniotło jej płuca. Nic się nie… Spod obgryzionych paznokci wystrzeliła folia. Maria wrzasnęła. Serpentyny robiły się coraz dłuższe i dłuższe, po chwili wyglądała, jak rekordzistka w długości paznokci. Spojrzała na paski folii i załkała. Jak węże albo ohydne tasiemce. Rosły, rosły bez końca. Nie wiedząc, co robić, potarła się, ale to nic nie dało. Usłyszała otwieranie drzwi i wzbijając w powietrze stado foliówek, pobiegła na korytarz. Wirowały w kuchni jak płatki białych róż. 

– Mario, co się dzieje? – zapytała przerażona Laura, stawiając na podłodze papierowe torby ze sklepów odzieżowych. 

– Nie potarłam! Nie potarłam! 

– Uspokój się. – Kobieta odgarnęła dziesięć metrowych już serpentyn i złapała Marię za ramiona. Ta uczyniła z nią tak samo. Sznury z folii zaczęły oplatać ciało Laury, jakby chciały zamienić ją w mumię. Wrzeszczała, wykrzywiając zwykle opanowaną twarz w strasznym grymasie. Maria nie mogła oderwać rąk, były jak przyssane. Dopiero gdy jej druga połówka całkiem znikła pod warstwami folii i umilkła, dziewczyna z głuchym pyknięcięm odczepiła dłonie. Uklękła, ostrożnie kładąc przerażająco sztywną mumię na podłodze i spróbowała ją rozerwać, ale wielowarstwowy kokon był twardy jak stal i folii nie dało się choćby podważyć. 

Przeklęta terapeutka i przeklęci wszyscy – pomyślała Maria. Nic się nie stanie, akurat. Zerknęła na porozwalane na podłodze torby z sieciówek. Przyjemności, kochanki Laury. Ogarnęła ją wściekłość. 

 

*** 

 

Folia jest nade mną i pode mną. Pieści mnie, otula niczym suknia, zbliża się. Najpierw zgniata każdy włosek, potem wypełnia mikroskopijne wąwozy w skórze, następnie blizny i głębsze zmarszczki, wlewa się pod powieki, do dziurek w nosie, uszu i ust. 

Jest we mnie. Cząsteczki polietylenu mieszają się z komórkami mojego ciała. Czuję, jak ściskają się na powitanie. „Lata minęły!”, „Ale wyrosłaś!” – wykrzykują. Teraz łączą się, by stać się tym, czym były na początku wszystkiego.

Jestem cząsteczką polietylenu. Zaczynam wędrować krętymi schodami z folii, przezroczyste ściany cichutko szeleszczą, gdy wpełzam coraz wyżej i wyżej, skacząc ze stopnia na stopień. Nie zwracam uwagi na to, że od bardzo dawna jestem zajęta wchodzeniem i tylko wchodzeniem, nie starcza mi już czasu na inne rzeczy, ale to nieważne, bo na górze czeka przyjemność. Nieważne też, że mogę tam wcale nie dotrzeć przed końcem czasu, który mi dano. Liczy się tylko wchodzenie.

Po wielu latach docieram wreszcie na szczyt schodów, lecz są tam tylko drzwi. Zbliżam się do nich, nagle drogę zagradza mi człowiek z reklamówką na głowie, opleciony bandażami z folii. 

– Nie mogę cię wypuścić – mówi. 

– Wypuścić? A nie wpuścić? – dziwię się. – Ale… Kim ty w ogóle jesteś? 

– Odźwiernym. Ale nieważne, kim ja jestem, ważne, czym są wszyscy. 

– To czym są wszyscy? 

– Moimi filarami i karmicielami. Ale nie ty. 

– Nie? 

– Ty jesteś moją królową. To dla ciebie tak długo rosłem. Teraz jestem już odpowiedni. 

– W takim razie wpuść mnie, wspinaczka była tak męcząca… 

– Szłaś po schodach przeznaczonych dla kogoś innego. Te drzwi prowadzą do upadku. Łatwo mogłaś się pomylić, bo to droga dla twojej bliskiej osoby. Dla niej nie ma we mnie miejsca, dlatego musi spaść. 

Wieża nagle kurczy się i spłaszcza, znika, a ja stoję teraz na podobnych schodach, tyle że idę w dół. 

– Te są twoje – słyszę. – Idź, królowo. Spotkamy się na dole. Wtedy poprowadzimy naszą armię. 

W głębi schodów błyska światło. Wabi mnie. 

 

*** 

 

Foliówki zachowywały się dzisiaj niespokojnie. Maria siedziała na parapecie i obserwowała, jak nerwowo polatują nad ulicami Warszawy. Z dziesiątego piętra miała doskonały widok. Od dawna nie liczyła potarć ramion – przestała, gdy doszła do tysiąca. Dotykające skóry dłonie były teraz rozżarzonymi węglami.

Światło księżyca barwiło wieżowce różem, Pałac Kultury wyglądał jak tort weselny. Superpełnia, mówili w wiadomościach. Maria obejrzała się przez ramię i zadrżała na widok białego kokonu leżącego na podłodze. W jego fallicznym kształcie coś niepokoiło. Nie wiedziała, ile razy musi się potrzeć, żeby go odczarować, ale była gotowa siedzieć tak nawet całą noc.

Spojrzała w niebo, próbując się przebić przez opary benzyny, torby foliowe i sztuczne światło tam, gdzie odległe gwiazdy, nieskażone pragnieniem dostatku i wygody. Zrozumiała, czego się bała przez cały czas. Ale to nie rozwiązało problemów. 

Usłyszała głuchy trzask. Kokon zaczął pękać. Wzięła głęboki wdech i mocno ścisnęła rękę. Foliowa skorupa rozdzieliła się na dwoje. Ze środka wypełzł wielki motyl i rozłożywszy błyszczące skrzydła, podleciał do okna. Maria zeskoczyła z parapetu, by natychmiast je otworzyć. Stworzenie wyfrunęło, ale nie skierowało się w stronę dalekich galaktyk, nie poleciało też na księżyc. Poszybowało w stronę centrum handlowego, gdzie czekali na nie kolorowi niewolnicy. 

Maria miała dwa wyjścia. Ustąpić temu, co nieuniknione albo próbować walczyć z rzeczą, przed którą lęk odkryła. Bo, chociaż nie da się przewrócić wszystkich żuków leżących na grzbietach, mogła zmienić świat choć trochę.

 

*** 

 

Dziewczyna leżąca na ulicy to jedyna naturalna cząstka w otoczeniu. Twarz ma dziewiczo bladą, a ciało zupełnie nagie, pozbawione obcych elementów. Krew przelewająca się do studzienki kanalizacyjnej jest nieskalana sztucznymi substancjami. Samochody, z których wychodzą moi markowi poddani, błyszczą cudnie, asfalt skrzy się w pomarańczowym świetle latarni, z każdego rogu biją neonowe szyldy, świetliste bilbordy i krzykliwe reklamy. Unoszę się przy jednej z nich, trzepocząc obitymi w polietylen skrzydłami. Torebki foliowe harcują na chodniku, obserwowane przez ukrytego za hydrantem kota z odblaskową obrożą. 

Dziewczyna nie pasuje. Tak bardzo nie pasuje. Nie ma tu dla niej miejsca. 

Gdy patrzę na jej zaczerwienione ramiona, coś mi się przypomina, ale za chwilę ucieka na skraj świadomości i drażni, a potem chowa poza moje myśli. Pogrążam się w błogim zapomnieniu. 

Koniec

Komentarze

Betowałem, więc autorka zna moją opinię.

Ale nie zna jej reszta świata! Oto więc ona:

 

Doceniam “Folię” za kilka rzeczy. To dość oryginalna historia z głębią przekazu. Utwór można rozczytywać oraz interpretować na różne sposoby. Jest on nieoczywisty i moim skromnym zdaniem to jego zaleta. Mamy tu ciekawe motywy i nawet rozbudowaną główną postać, co przy konkursowym limicie znaków warto docenić. Wykonanie jest na pewno przepracowane, a Sonata posługuje się całkiem ładną polszczyzną. Bardzo fajne opowiadanie :-)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Dzięki, Mersejku :)

I moją opinię już znasz, więc podsumowując, opowiadanie dziwne, ale solidnie wykonane i przemyślanie. Klikam do biblioteki.

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam heart

Przeczytałam, doceniam pomysł, szczególnie podobała mi się scena u terapeutki i (nie)wymawianie TEJ litery :) Ładne studium psychozy (Laura to nie była prawdziwa, co? ;)) okraszone delikatnie tęczą :) I szczelnie owinięte folią :P

Bello, dziękuję za komentarz! Można zinterpretować, że Laura nie była prawdziwa, a można inaczej :)

Można :) nie wiem w sumie, co gorsze ;)

:)

Już sam tytuł zachęca do przeczytania. Zajrzałam i nie rozczarowałam się. Fakt, opowiadanie dość dziwne, ale w sposób przemyślany (ach, te woreczki foliowe ;) ). Odebrałam je jako pokazanie świata osoby zmagającej się z natręctwami i chyba z jakimś głębszym zaburzeniem. Ładnie napisane, być może warto by było przyciąć w niektórych miejscach, zdynamizować, ale ogólnie ciekawe. Zgłaszam do wątku bibliotecznego.

 

Edit.

Zapomniałam napisać o stylu. Opowiadanie dobrze i szybko się czytało, ładne metafory, np. przy pełni.

 

ANDO, bardzo dziękuję za komentarz! Bohaterka zmaga się z natręctwami i wieloma innymi dopustami, nie tylko swoimi :)

Bardzo dobre opowiadanie, miejscami powolne, ale niepokojące, czyta się szybko. Podoba mi się opisanie tej fobii oraz podoba mi się, jak w ten sposób pokazałaś cały świat w tworzywie sztucznym, którego każdy używa i każdy ma. Nie podobają mi się tylko te skoki narracyjne, burzyły flow, momentami musiałem się zastanawiać o kogo teraz chodzi. Ale ogólnie bardzo jestem zadowolony, to drugie dno jest zdecydowanym plusem… a i klimat! Klimatem tekst stoi, bardzo gęsty, wręcz mięsisty i przytłaczający, dobre opowiadanie.

Piorun, dwa tysiące voltów.

To musiał być naprawdę delikatny piorun. A tak na poważenie, oddziaływanie na organizm ludzki ma bardziej natężenie prądu – ampery, volty oczywiście też są bardzo niebezpieczne, ale w tabelach mówi się o amperach, a właściwie miliamperach. Problemy z oddychaniem i skurcze mięśni pojawiają się już od zaledwie 15 miliamperów. Natomiast dwa tysiące voltów zapewne zabiłoby na miejscu. Piorun może mieć od 10 do nawet 100 milionów V.

Jakby rozumiem, że bohaterka może tego nie wiedzieć, ale może przyda się na przyszłość. ;)

Teraz kolejna rzecz, nie mogła odczuwać tego od prądu, który powstaje poprzez pocieranie folii. Problemy z oddychaniem, skurcze mięśni, migotanie komór sercowych itd. to wynik prądu przemiennego, spowodowany zmienną częstotliwością. Prąd stały natomiast sprawia jedynie, że cośtam w ciele się jonizuje i odczuwamy ciepło… ewentualnie wystarczająco dużo mógłby nas zwęglić.

Nie wiem czy to były czynności oddzielne i nie wynikały z siebie, ale to przyrównanie do piorunu mi to zasugerowało, stąd ten elaborat.

Tyle ode mnie, idę nominować. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Dziękuję, MaSkrolu! Chyba pierwszy raz mi ktoś napisał, że moje opowiadanie miało klimat :) Jeśli chodzi o pioruna, to tak, były to osobne czynności, a fizyczne objawy odnosiły się do lęku. Wcześniej bohaterka obrazuje lęk jako elektryzację, dlatego napisałam, że lęk to piorun. Sprawdziłam tylko informacje o tym ile voltów to jest dużo dla człowieka, mój błąd. Czy myślisz, że jeśli poprawię na "prąd, dwa tysiące voltów" to będzie dobrze?

Bardziej “napięcie…” raczej jak się rozmawia o prądzie, przynajmniej bardziej potocznie, jak było u mnie na lekcjach, “prąd” mówiło się w odniesieniu do amperów, czyli natężenia, a napięcie, to było napięcie, czyli volty. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Ok, czyli napięcie. Jeszcze raz dziękuję!

Tekst jak najbardziej na czasie, dla mnie z dwóch powodów. Pierwszy to wszechobecny plastik i konsumpcyjny styl życia. Drugi to fobie, z którymi ludzie coraz częściej się mierzą w dzisiejszym świecie. Ładnie obie rzeczy połączyłaś w dziwaczną opowieść, a z tego co się zorientowałam, na tym polega ten konkurs. Chwilami zachowanie głównej bohaterki przytłaczało mnie, stawało się niewygodne, ale to również na plus, ponieważ dobrze oddałaś jej stan. Dodatkowo podobał mi się motyw z kokonem i motylem. Klikam, może nikt mnie nie ubiegnie:)

Dziękuję, Monique! Dobrze zinterpretowałaś. Konsumpcjonizm, o to właśnie chodzi w tekście :)

Bardzo fajnie przeplatają się w tym opowiadaniu trzy poziomy: realistyczny opis osoby cierpiącej na zaburzenia psychiczne i szukającej sposobów, by sobie z nimi radzić, absurdalny i niepokojący fantastyczny świat z folią jako głównym gadżetem i alegoryczna opowieść o świecie konsumpcji i nadmiaru. Do tego efektowny język i barwność opisów (czułam się trochę, jakby ta cienka, śliska folia kleiła się do mnie, jak czytałam…) i mamy zdecydowanie udany tekst.

Dziękuję, Ninedin! Cieszę się, że uważasz tekst za udany i że czułaś klejącą się folię, super!

Fajny pomysł, żeby wpleść do konkursu kompulsje. Bardzo Kafkowo wyszło. Ech, jak to nawet własnemu terapeucie nie można ufać. Chyba najbardziej mi się podobała przemiana Laury. Okropieństwo…

Babska logika rządzi!

Wreszcie przychodzę, aby podzielić się swoimi przemyśleniami ;)

 

Od samego początku ujęła mnie historia bohaterki. Jedno z lepszych przedstawień epizodu psychozy – bardzo autentyczne i niepokojące. Opisy naprawdę mocno podziałały na moją wyobraźnię. Scena z terapeutką bardzo autentyczna i pięknie nadała ton dramatu głównej bohaterki. Teraz musiałabym wypisać wszystkie smakowite sceny jakie się pojawiły i zrobiły na mnie wrażenie. A jest ich bardzo dużo. Wisienką na torcie jest też możliwość interpretacji, a ostatnia scena? Jest nad czym się zastanawiać. 

Podsumowując, opowiadanie jest też pięknie napisane :)

Finklo, dziękuję! Wybrałam właśnie to zaburzenie, bo nerwica natręctw sama w sobie wydaje mi się weirdowa. Myślałam jeszcze o zaburzeniach odżywiania i owijaniu się folią, żeby schudnąć, ale odrzuciłam ten pomysł i chyba dobrze :)

 

Deirdriu, dziękuję za miły wpis! Cieszę się, że się podobało i że ujęła Cię historia bohaterki :)

Żonglujesz umiejętnie realną chorobą psychiczną i absurdalnym światem foliówek. Obie bohaterki ciekawie przedstawione. Czytałam to z zapartym tchem.

Zostaw ten żyrandol.

Dziękuję, Verus i cieszę się, że czytałaś z zapartym tchem!

Przeczytałam pierwszy raz zaraz po wrzuceniu przez Ciebie tekstu. Nie zostawiłam śladu, ponieważ, kurcze, szczerze mówiąc nie zrozumiałam wątku z Laurą :/ Całkiem spoko przedstawiłaś tutaj OCD, wypada dość przekonująco, obraz foliówek wkoło – bomba. Podobnie jak wstęp, też super. Tylko śledząc historię głównej bohaterki, spodziewałam się na koniec jakiegoś większego nawiązania do tych worków, o co z nimi chodzi (poza przytykiem ekologicznym), ale nie wyłapałam tego :/ Podobnie, co kierowało Tobą, aby fragmenty z Laurą prowadzić w narracji 1os?

Wykonanie ok, dobrze się czytało, poziom weirdu podkreślają foliówki. Btw zmieniałaś tytuł odkąd wrzuciłaś opowiadanie? Nie wiem, czy przegapiłam wcześniej dopisek “natręctw”, czy go dodałaś :)

Wrócę w celu ponownej lektury i rozbuduję wtedy komentarz :)

Dziękuję za komentarz, Aryo :) Nie wyjaśniałam istnienia foliówek i nie chciałam nic o nich wspominać oprócz tego, że były i się jakoś zachowywały, bo stwierdziłam, że to by zepsuło ich weirdową funkcję. To jest tylko symboliczne tło i symbol dobrze zrozumiałaś z tą ekologią i właśnie o to mi chodziło.

Narracja to taki eksperyment, całe opowiadanie w czasie teraźniejszym i pierwszej osobie byłoby chyba męczące, a do fragmentów z Laurą bardzo mi pasowała taka narracja.

Tytuł zmieniłam, tak :)

Nerwica natręctw połączona z plagą foliowek (prztyk w nieekologiczne nawyki?) i, jak się wydaje, krytyką konsumpcyjnosci. Wszystko trochę dziwne i zacnie wymieszane, widać, że konstrukcja została przemyślana i realizacja trzymała się spójnej myśli.

 

Scena u terapeutki imo najlepsza.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję, PsychoFishu, cieszę się, że dostrzegłeś w tekście spójną myśl i przemyślaną konstrukcję. Na becie nad tym pracowaliśmy i widać się udało :)

Witam jurorkę! Obrazek bardzo pasuje :)

Veni, vidi, readici.

 

Witam jurorkę, która niczym Cezar zdobyła moje opowiadanie!

Jest dziwnie, jest drugie dno w postaci szkalowania konsumpcjonizmu, są motyle, do których mam słabość ❤ Opowiadanie udane, Sonato, czytało się bardzo przyjemnie. Zgadzam się ze Świrybem, że scena w gabinecie terapeutycznym najlepsza, ale reszta tekstu również trzyma poziom.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dzięki, Sy! Już ze 3 osoby stwierdziły, że scena u terapeutki najlepsza, musi coś w niej być :)

Oj dziwny tekst. Dziwny…

I tak, napisałem to celowo, żebyś musiała się zastanawiać, czy to dobrze czy nie dobrze.

Trochę to wredne, co?

Ale wiesz jaka fajna zabawa! :-)

Tak, rozumiem, że nie dla Ciebie.

Ale na kogoś musiało paść, nie? ;)

Zostałaś wybrana.

Pewnie zastanawiasz się, kiedy w końcu przejdę do konkretów…

Też się zastanawiam…

Zapewne niebawem.

Ale jeszcze nie teraz! ;-)

Swoją drogą fajna zabawa komentarzowa: znajdź opinię o tekście w zalewie zbędnych zdań. ;)

Morzu zbędnych zdań…

Gdzie tam morzu… Oceanie!

Coś wypadałoby jednak coś napisać?

Na przykład: dlaczego padło akurat na Ciebie?

Odpowiedź mam dosyć optymistyczną: inni miewali gorzej. :)

Zresztą, zobacz jaki długi komentarz dostałaś! :-)

Wszyscy Ci będą zazdrościć!

Ponieważ jednak żart powtórzony sto razy przestaje śmieszyć…

…wszystkich poza jego autorem…

…powoli zmierzamy do opinii właściwej…

…na wszelki wypadek mocno ogólnej, żeby dalej nie było wiadomo, czy tekst jest fajny czy niefajny…

…bo wiesz, ten komentarz ma warstwy…

…nie wolno ich zdzierać wszystkich naraz…

…jak tak zrzucisz wszystko na raz (ale nie naraz tylko na raz)…

 …to opinii może być zimno…

…i zapewne poczuje się taka niedoubrana…

…zakładając naturalnie, że takie słowo istnieje…

Dobra, znaj mą litość!

“Abo nie”…

Jeszcze chwilkę…

…dłuższą…

…nawet kilka chwilek…

…bo właściwie przez tę zabawę zapomniałem, co chciałem napisać…

…ale to byłby świetny komentarz!

Jestem pewien!

Opowiadanie, jak wspomniałem, dziwne. Nieoczywiste. Niekonwencjonalne w pewien sposób. Widać pomysł. Widać konkretny koncept jak ów pomysł zaprezentować…

Czekaj, idę odpowiedzieć Finklom i zaraz wracam…

Dobra, żartowałem. ;-)

Jest to więc opowiadanie na pewno charakterystyczne. Bo, jak wspomniałem, masz tu bardzo dziwaczny koncept, a jednocześnie prezentacja tej dziwaczności wygląda na poukładaną. Celową i zamierzoną w każdym elemencie. Czytaj: jest to dziwaczność zaplanowana w każdym calu. Tekst nazwałbym w pewien sposób wymagającym. To nie jest opowiadanie, który zwyczajnie się czyta. Ono raczej sugeruje współpracę czytelnika z tekstem.

Współpraca owa jest konieczna z powodu dość ciekawego doboru elementów w opowiadaniu. Charakterystyczna bohaterka z ewidentnymi problemami, weird z jednej strony wymieszany z fantastyką, z drugiej oparty również na chorobie/natręctwach, co daje wiele możliwości interpretacyjnych zarówno w przypadku całego tekstu, jak i poszczególnych fragmentów czy nawet zdarzeń.

To, co pozornie jest fantastyką, równie dobrze może być realnym objawem czy następstwem choroby. To, co zdaje się owym następstwem, w rzeczywistości może stanowić właśnie element fantastyki w utworze.

Taaaa…..

Tylko Ty dalej nie wiesz, czy to dobrze, czy nie dobrze…

To co, mała przerwa? ;-)

Na pewno nie chcesz tak po prostu się dowiedzieć…

Ludzie lubią stopniowanie napięcia.

Możemy też zrobić tak, że odpowiedź…

…POZNAMY JUŻ ZA TYDZIEŃ!

A po drodze zrobimy głosowanie…

Dobra, koniec tych żartów, bo zdaje się, że to przestało być śmieszne dobre dziesięć zdań temu. ;-)

Opowiadanie oczywiście jest dobre. Co najmniej dobre. Jak pisałem, ono wymaga, w mojej opinii, pewnego zaangażowania ze strony czytelnika. Tego tekstu nie da się tak po prostu przeczytać i już. Wtedy nie wyniesiesz z niego za wiele. Nie należy go też oceniać od razu po lekturze. Żeby dobrze pewne rzeczy zrozumieć, trzeba dać głowie kilka chwil na “przegryzienie się” z czytanym opowiadaniem.

Wtedy dopiero, jak sądzę, nieco lepiej widać jego wartość. Bo on jest trochę specyficzny. Pomagasz sobie takim fajnym motywem prezentacji części obrazów z perspektywy chorej bohaterki (przyznaj, podpatrzyłaś u Pani z siekierą?). To daje taki obraz nieco trudny w pierwszej chwili do przyswojenia, ale też mocno charakterystyczny, intrygujący, bo wprowadzający czytelnika jak gdyby bezpośrednio w owo dziwactwo, jakim jest świat postrzegany z perspektywy bohaterki.

Można się w tym lekko zgubić, jeśli czytasz bez większej koncentracji. Ot tak, żeby sobie poczytać. Wtedy jest nieco ciężej i z opowiadania zbyt wiele się nie wyniesie. Natomiast jeśli tylko czytelnik zaangażuje się w tekst, jeśli chce sobie poszukać, pointerpretować, pozastanawiać się (tak bezpośrednio nad znaczenie poszczególnych zdarzeń w tekście jak i nad jego elementem refleksyjnym) wtedy znajdzie w Twoim tekście już znacznie więcej.

Dlaczego piszę więc dobry, a nie bardzo dobry?

Z dwóch powodów…

…co powiesz na przerwę reklamową…

…odpowiedź zaraz po przerwie…

 

Wracamy po reklamie…

Tylko i aż dobre jest z dwóch powodów.

Pierwszy jest taki, że jeśli czytelnik nie zaangażuje Ci się w tekst, to dostanie jakiś niski procent jego wartości. Czyli w sumie trochę odejdzie z kwitkiem (to tylko moja opinia, możesz się z nią nie zgodzić).

Drugi jest taki, że mój mózg z powodu “wyprucia” pracą działa ostatnio w trybie ekonomicznym stąd pewnie nie wyniosłem z tego tekstu wszystkiego, co chciałem i co w nim zawarłaś (ale też nie jest tak, że przebiegłem wzrokiem i już; aż taki ekonomiczny ten tryb nie był ;) – zwyczajnie fajnie byłoby się pochylić nad tym tekstem mocniej, z większym ukierunkowaniem na refleksyjność zarówno związaną z kreacją bohaterki jak i pewną “sztucznością”, którą w tym tekście poruszasz; do tego zabrakło mi “narzędzi” w postaci czasu i energii). W każdym razie podoba mi się pomysł, bardzo intrygował bieg zdarzeń, jakiś procent tego, co w tekście zawarte z pewnością z tego wyniosłem. A na więcej nie starczyło energii, czemu w żaden sposób nie jesteś winna. I być może, gdybym czas i energię miał, wyczytałbym również to, czego potrzeba do miana tekstu bardzo dobrego.

Daruj, że piszę ogólnikami, ale gdybym chciał się pochylić nad każdym elementem dokładniej, musiałbym tłuc komentarz pewnie na dziesięć tysięcy znaków albo i więcej. A takie wybiórcze wskazywanie, co dobre, a co niedobre, nie do końca w mojej opinii się sprawdzi.

Najwyżej, jeśli uznasz, że jednak pisałem zbyt ogólnie, zadaj konkretne pytania odnoście moich odczuć czy mojej opinii i w taki sposób, poprzez odpowiedź, spróbuję w miarę możliwości doprecyzować swój komentarz.

Tyle.

Mam nadzieję, że nie masz poczucia, iż taką niekonwencjonalną formą opinii chciałem jakoś z Ciebie zakpić czy nie podchodzę do tekstu poważnie. Zwyczajnie spisując którąś tam z kolei opinię czasem chcę to sobie jakoś urozmaicić. Raz padnie na Ciebie, innym razem na kogoś… innego. ;-)

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, Twoje komentarze są świetne. Niby lanie wody, ale można się wiele z nich nauczyć :D Naćkałam za bardzo moje opko ukrytymi znaczeniami i absolutnie nie wymagam od czytelnika, by odnalazł wszystkie. Cieszę się, że podjąłeś próbę głębszej interpretacji, nawet w trybie ekonomicznym :) A ja mam naukę na przyszłość, że co za dużo, to nie zdrowo, zwłaszcza w tak krótkim tekście.

Niby lanie wody, ale można się wiele z nich nauczyć :D

Ja Ci dam lanie wody! ;-)

Wrzuć Ty następny tekst na betę to Ci go rozbiorę konkretniej niż rzeźnik półtuszę wieprzową! XD

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Wrzuć Ty następny tekst na betę to Ci go rozbiorę konkretniej niż rzeźnik półtuszę wieprzową! XD

Czy to groźba? :o

Czy to groźba? :o

Nie, dlaczego? XD

A tak poważnie, to średnio jestem zadowolony z tego mojego komentarza (to naprawdę fajny tekst do analizy), bo wyszedł ogólny jak diabli więc przy następnej okazji postaram się o coś bardziej precyzyjnego. Jak nie zgłaszając się do bety to pisząc komentarz pod kolejnym Twoim opowiadaniem. :-)

 

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Oj tam ogólny, dobrze jest :)

Wszyscy Ci będą zazdrościć!

To prawda! Ja jestem zazdrosny!

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Widzisz CM, każdy by chciał dostać jeden z Twoich legendarnych komentarzy długich na kilkadziesiąt cm.

Ja za to miałem długie bety! :D

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Bardzo mi się podobało. Świetne jest otwarcie i świat przedstawiony przez pryzmat choroby. Myślę, że naprawdę dobrze to oddałaś. Podobał mi się też pomysł na samo opowiadanie i mnogość interpretacji, które on generuje. Można sobie dopisać bardzo dużo scenariuszy w głowie. Moment z motylem wyśmienity :)

Bardzo przyjemna lektura.

Dziękuję, Edwardzie, za tak pozytywny komentarz :)

Hejka! 

Opowiadanie dziwne? To jest mało powiedziane ;D

Czytam konkursowe opowiadania z ciekawości, aby zobaczyć czym jeszcze zostanę zaskoczony, no i tu pojawia się Twój tekst, który jeszcze i jeszcze podnosi tę poprzeczkę. 

Zaburzenia psychiczne fajnie wplecione w ten dziwaczny świat bohaterki. Na plus również oryginalność pomysłu (bo czegoś takiego jeszcze w sumie nie znalazłem), no i stylowo też bardzo dobrze. 

Trochę się po drodze pogubiłem (ale to dla mnie norma, przy tych tekstach konkursowych), ale na swój sposób zapada w pamięć. 

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w konkursie!

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Dziękuję, NearDeath i cieszę się, że zapada w pamięć :)

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Dziękuję, Anet, za to legendarne “Fajne” :)

Boję się pisać, że mi się podobało, bo ludzie się obrażają ;)))

Przynoszę radość :)

Bo to legenda :)

Studium psychozy pierwszej wody, szybko się czyta i jest też trochę oniryzmu. Dobre.

Dziękuję, Oidrin, za komentarz! Cieszę się, że się podobało :)

Komentarz nominacyjny :-) Z wiadomych okoliczności przybywam, aby napisać kolejny komentarz, który być może lepiej usprawiedliwi moją nominację do piórka. Pragnę wspomnieć tylko, że jestem prostym człowiekiem, nie literatem i nie intelektualistą. Zatem, moja opinia może być niewybitna. Poza tym postaram się odnosić do mojego wcześniejszego komentarza.

 

Doceniam “Folię” za kilka rzeczy. To dość oryginalna historia z głębią przekazu. Uważam, że kreacja świata – w którym wirują dookoła foliówki, ale to absolutnie wszędzie – jest oryginalna. Co więcej, autorka przedstawia świat całkiem plastycznie, co widzimy we wstępnym rozdzialiku oraz zaraz w następnym, w pierwszych zdaniach:

 

Następnie, ignorując pokaźną torbę na zakupy, która przykleiła się do jej twarzy, lewą wcisnęła w prawy rękaw i potarła drugie ramię. Dopiero wtedy zerwała siatkę i cisnęła na bok”.

 

Głębia przekazu w utworze dotyka konsumpcjonizmu. Lecz nie jest to wyraz publicystyczny, a na pewno nie w pierwszym planie, bowiem autorka zastosowała kreację świata, aby przedstawić pewien makabryczny obraz. Wirujące dookoła folie są alegorią opakowań, które można znaleźć w tekście za pośrednictwem wskazań na logotypy znanych marek takich jak Apple, Starbucks itp. To jest wybitnie dobrze ułożona historia, która jest na pierwszym miejscu opowieścią, a dopiero w dalszej kolejność budzi rozważania dotyczące współczesności. Autorka nie mówi nam “konsumpcjonistyczny świat to problem”. Autorka maluje obraz, który po głębszym zastanowieniu może naprowadzić czytelnika na samodzielne odkrycie takiej tezy. To jest wielkość tego tekstu, czyli nie opiniować rzeczywistości, ale oddać obraz tejże rzeczywistości.

 

Utwór można rozczytywać oraz interpretować na różne sposoby. Jest on nieoczywisty i moim skromnym zdaniem to jego zaleta. Możemy zadać sobie pytanie, jaka jest relacja dwóch kobiet na pierwszym planie? Na pierwszy rzut oka wygląda to na związek, w którym jedna osoba jest chora, ma zaburzenia i zatraca się w codzienności, a druga próbuje szukać normalności i prowadzić względnie zwyczajne życie w wielkomiejskiej dżungli. Sam ten element wprowadza nam wyjątkowo namacalny kontekst współczesnego życia w dużym mieście, które sprowadza się do wyścigu szczurów. Jedni dostosowują się lepiej, a inni wylatują jakby z obiegu. Ten element relacji między kobietami przedstawia pewnego rodzaju pustkę wywołaną przez rozpędzone życie. Laura nie potrafi odnaleźć się w krzywej rzeczywistości Marii. Tymczasem jakby tego było mało, możemy poczynić małą podmianę i pomyśleć, że Laura jest alegorią rzeczywistości, która otacza Marię. Tego nieoczywistego kierunku nie będę już rozwijał w komentarzu. Chciałbym zacytować zdanie, które w pewnym sensie oddaje napięcie między kobietami:

 

Zerknęła na porozwalane na podłodze torby z sieciówek. Przyjemności, kochanki Laury. Ogarnęła ją wściekłość.”

 

Mamy tu ciekawe motywy: foliówkowa kreacja świata, senna imaginacja, przeobrażanie się w foliowym kokonie, zaburzenia psychiczne i nerwica natręctw, samobójstwo czy chociażby związek dwóch kobiet. Część z nich tworzy silny ładunek emocjonalny, a część przenosi do onirycznych wizji. Warto zwrócić również uwagę na główną postać, która została wykreowana przekonująco, a przede wszystkim jej zaburzenia i dylematy egzystencjalne. Przy konkursowym limicie znaków warto docenić, że autorce udało się aż tyle upchnąć. Poniżej fragment związany z główną bohaterką.

 

Maria miała dwa wyjścia. Ustąpić temu, co nieuniknione albo próbować walczyć z rzeczą, przed którą lęk odkryła. Bo mimo że nie da się przewrócić wszystkich żuków leżących na grzbietach, mogła zmienić świat choć trochę.

 

Wykonanie jest na pewno przepracowane, widziałem podczas betowania pracę Sonaty. Autorka posługuje się całkiem ładną polszczyzną. Wystarczy rzucić okiem na pierwszy rozdzialik:

 

(Bardzo podoba mi się cały fragment, ale pogrubiłem wyjątkowo fajne zdania.)

 

Folia jest wszędzie. Przemieszczając się, napinamy ją i zrywamy, za nami wirują srebrzyste poły z polietylenu. Cząsteczki zastygają, zdezorientowane, a potem łączą się w całość na nowo. Rośnie pod skórą i na zewnątrz, zdrapujemy z siebie jej płaty, gdy czujemy lęk. Lata rozproszona po atmosferze Ziemi. Wypełnia rzeczy. Otula, gdy przedzieramy się przez pokłosia naszych działań zmierzających do osiągnięcia stanu idealnej wygody.

 

Bardzo fajne opowiadanie :-)

“To learn which questions are unanswerable, and not to answer them: this skill is most needful in times of stress and darkness” ― Ursula K. Le Guin, The Left Hand of Darkness

Wow! Mersejku biedny, pewnie już masz dosyć pisania o moim opowiadaniu, najpierw beta, a teraz jeszcze drugi komentarz, bo wśród ostatniej burzy, dymu i zadymy poczułeś się zobowiązany do napisania go i finalnie przerobiłeś Folię dokładniej niż ja Pana Tadeusza przed maturą :D W każdym razie stokrotne dzięki heart Trafnie zinterpretowałeś opowiadanie i cieszę się, że podobała Ci się moja całkiem ładna polszczyzna :) 

Sonato, dzięki Mersejkowi i ja przeczytałem Folię, ma chłopak rozmach. :)

 

Polszczyzna poprawna, ledwie w kilku miejscach coś mi zabruździło. Na przykład tutaj:

Lata rozproszona po atmosferze Ziemi

Raczej lata w atmosferze.

 

W kilku miejscach było też znacznie lepiej niż poprawnie, na przykład tutaj:

Folia jest nade mną i pode mną. Pieści mnie, otula niczym suknia, zbliża się. Najpierw zgniata każdy włosek, potem wypełnia mikroskopijne wąwozy w skórze, następnie blizny i głębsze zmarszczki, wlewa się pod powieki, do dziurek w nosie, uszu i ust. 

To już jest akapit nie w kij dmuchał.

Jest nastrój, dobrze zbalansowane zdania, nie za dużo, nie za mało, każde słowo na właściwym miejscu. Do tego ładne uchwycenie szczegółów, a przede wszystkim płynie się przez nie i można chłonąć to, co chcesz przekazać.

Gdybyś przez cały tekst utrzymała taki poziom, to narody mogłyby uklęknąć, a może nawet klęknąłby i sam Maras. Ale…

…to na razie tylko pierwsza jaskółka, dobrze rokująca, ale to jeszcze nie wiosna. Bo jednak przez większość tekstu ten poziom nie jest aż tak wysoki.

I znowu, nawet trudno się do czegoś konkretnego przyczepić, po prostu subiektywne odczucie, że to jeszcze nie to. Jak porównanie jazdy limuzyną z niepierwszej młodości golfem. I to jedzie, i to jedzie, a jednak komfort inny.

 

Ogólnie to opowiadanie niezbyt mi się podobało, mniej niż choćby Przenosząc Góry, choć paradoksalnie oceniam je dużo wyżej. Bo w Folii wykonanie jest lepsze, jednak sama tematyka i nastrój przytłacza, co rzutuje (subiektywnie) na odbiorze całości.

 

Skupiłaś się na dokładnym pokazaniu zaburzeń kompulsywnych, tego, co osoba może czuć, jak to może czuć. Udało Ci się to oddać wiarygodnie, ale znowu, niefajne było to, co poczułem, dlatego mi się nie podobało. Jednak taki efekt przecież chciałaś osiągnąć, czyż nie? Więc warsztatowo na plus. 

Podobało mi się również bardzo sprytne wplecenie Franca Kafki w Twoją historię. Na pewno plus w oczach jurorów.

 

Fabuła pozostawiła mnie z pewnym niedosytem. Może rozmyła się nieco w tym weirdowym klimacie, może za bardzo skupiłaś się na ukazaniu obsesji bohaterki, co przeciążyło nieco tekst.

 

Podsumowując, w mojej skali to tekst tak na 4.8/6.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Chrościsko, dziękuję za komentarz. Bardzo się cieszę, że to według Ciebie “pierwsza jaskółka”, bo to jest jakiś poziom! Motywuje do dalszej pracy. Będę pracować nad tym, by kiedyś przewieźć moich czytelników limuzyną :)

Ostrzegam, że opowiadanie jest baaaaardzo dziwne.

Czy ja wiem? Jak dla mnie nie było takie dziwne. Symboliczne owszem, ale intuicyjne w odczycie.

 

Chociaż pisałaś gdzie indziej, że ważny jest tu aspekt ekologiczny. Tymczasem ja odczytałem jako ten aspekt jako wyraźny, ale zdecydowanie nie dominujący – jako główny czynnik doszukałbym się tu raczej opowieści o konsumpcjonizmie i o tym, co ludzie sami sobie jako społeczeństwo zrobili z mózgami. Jak to wpłynęło na codzienne zachowania, postrzeganie innych ludzi, ignorowanie otoczenia (w tym własnie ekologii, nieracjonalność, czy wreszcie… w jakie zakręty spychani są ludzie, którzy tę nienaturalność dostrzegą, spróbują się od niej wyrwać (lub wyrwą odruchowo, mniej świadoma reakcja też jest możliwa) i… z miejsca sami wylądują w zaburzeniu wywołanym niedopasowaniem do środowiska absurdalnego, przy jednoczesnym braku środowiska “realnego”.

Na plus fajne lawirowanie między różnymi sposobami narracji. Jest co w tym poprawiać, ale i tak nieźle, bo to trudna technika.

Jeśli mam oceniać jako całość – dla mnie parę elementów niedośrubowanych tak mocno jak mogłyby być, ale to marudzenie. Bo jako czytelnikowi mi się podoba. Choć i czegoś jednak brakuje, te bardziej “wewnątrzumysłowe” fragmenty są dobre, a jednak widać, że mogłyby być lepsze. Jest jakieś poczucie, że opowiadanie ma zarys, a nie ma wypełnienia liniami – że tak użyję rysunkowego porównania. Określenie bardzo nieprecyzyjne, ale wyraźnie odczuwalne. I to z punktu widzenia kogoś, kto nieraz na plus widzi teksty, które są np. pojedynczymi scenami lub mają urwane zakończenia.

Swoją droga ciekawa wolta z tymi nagle papierowymi torbami na końcu.

I tylko koniec jakiś taki smutny.

– Ja stąd wychodzę – powiedziała w końcu i rzuciła na stolik pomiętą stówkę.

O jak mi się ten fragment spodobał. Taki zwykły, a sprowadzający gabinetowe terapie na ziemię.

 

PS. Widać duży skok w porównaniu z “Przenosząc góry”.

Dziękuję, Wilku! Miałam obawy, że tekst będzie niejasny, ale widzę, że kolejna osoba go dobrze zinterpretowała. Cieszę się, że widzisz progres :) (wnioskuję, że nie chodzi o skok w dół :P)

Foliowe reklamówki mają w sobie coś obrzydliwego. Każdy, kto jeszcze tego nie zauważył, z pewnością zrobi to po lekturze Twojego opowiadania. Atmosfera jest duszna, nieprzyjemna – to duży plus, lepiej pozwala wczuć się w główną bohaterkę. Jej przypadłość budzi współczucie i fascynuje. Freud uśmiecha się z zaświatów :)

Napisane bardzo dobrym językiem, świetne metafory.

Adamie, dziękuję za komentarz i podzielenie się wrażeniami :)

Eech, spóźniłem się na imprezę i wszystko już właściwie zostało powiedziane.

Powiem więc krótko.

Wiem, że w moich ustach to nie zabrzmi jakoś spektakularnie, jako że jestem tu od niedawna, ale to najlepsze opowiadanie, jakie dotychczas czytałem na tym portalu.

Mnóstwo treści w krótkiej historii, bogactwo i piękno formy przekazu (trudno jest zrobić symboliczną krytykę kapitalizmu bez popadania w banał, a Tobie udało się bardzo dobrze), świetnie oddana atmosfera niemocy w zderzeniu z zaburzeniem psychicznym. No i do tego Folia. FFFFFFFOLIA. Kleista, wszechobecna, niepowstrzymana jak żywioł. Gdybym absolutnie musiał się do czegoś przyczepić, to tylko do tego motyla, w którego zamieniła się Laura, bo trochę skarykaturalizował obraz, który ze swoją gęstością i klaustrofobią miał się doskonale.

Piękny postmod. Chcę takich więcej.

 

Dwie mikro-uwagi:

Powiedziała pani tę literę

Litera to znak graficzny. Wymawiane są głoski.

Obok Laury stał kubek z zielonym logo Starbucks’a

Starbucksa. Przy odmianie obcych wyrazów apostrof przed “a” stawiamy tylko po samogłosce, ewentualnie po niemej spółgłosce.

Japkiewiczu, dziękuję za komentarz! Cieszę się, że Ci się podobało :) Co do głoski, to masz rację, ale trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś w potocznym dialogu mówi o głosce :)

Opowiadanie przeczytałam dawno, ale postanowiłam sobie w tym konkursie starać się nie komentować od razu, dać tekstom się uleżeć w głowie.

I właściwie po tym około tygodniu odczucia mam te same: tekst jest sprawnie napisany, ale jak dla mnie nie ma w nim fantastyki. Jest dziwacznie – ale bardzo wyraźnie cała dziwaczność bierze się z choroby bohaterki, co nawet nie jest jakoś mocno pokazane jako niepewne, dwuznaczne. Mamy sytuację z terapeutką czy psychiatrą, mamy kryzys związku, mamy objawy, mamy psychozę, mamy samobójstwo w psychozie – tak ja to w każdym razie widzę. Jest nastrój, jest sugestywnie wykreowany świat tej psychozy – ale nie fantastyka sensu stricto.

Pod konkurs to może podpada – tu będzie decydować jury – ale ja już w tej chwili przychodzę z okazji piórkowej i jak dla mnie to nie jest tekst piórkowy.

Nie jest nim nie tylko dlatego, że fantastyka jest tu dyskusyjna – bo to akurat można by obejść, choć niedawne dyskusje na ten temat dały mi sporo do myślenia i zrewidowały część poglądów w kwestii obyczajówek na portalu. Tu akurat wizyjność urojeń jest najmocniejszą stroną tekstu, więc może by się obroniło. Natomiast ma on również słabą stronę – fabularną. Nie przekonał mnie wątek Laury i związku obu kobiet. Ilekroć się pojawiał, wybijał mnie z lektury, wydawał mi się napisany o niebo słabiej od wizji Marii. Jeszcze pierwsza ich wspólna scena sporo obiecuje, ale potem ten wątek się rozłazi i pod koniec miałam wrażenie, że równie dobrze mogłoby go nie być. Zakończenie: sama ostatnia scena jest mocna, dobra, ale rozwiązanie nieco rozczarowuje.

No i cały czas miałam nadzieję, że gdzieś pojawi się “folie” jako szaleństwo, ale to moje skrzywienie (choć nie do końca frankofilskie, bo mamy też “Almayer’s folly” i w angielskim podobne słowo i ciekawe znaczenie też funkcjonuje).

 

EDYTA: zapomniałam o tej barbarzyńskiej wczorajszej godzinie dodać, że owszem, doceniam rolę Laury w genezie szaleństwa Marii i to jest świetny pomysł, ale ogólnie ten wątek w obrębie całego tekstu uważam za najsłabszy.

http://altronapoleone.home.blog

No i cały czas miałam nadzieję, że gdzieś pojawi się “folie” jako szaleństwo, ale to moje skrzywienie (choć nie do końca frankofilskie, bo mamy też “Almayer’s folly” i w angielskim podobne słowo i ciekawe znaczenie też funkcjonuje)

U nas też słowa “folia” podpada w pewnym sensie pod szaleństwo, chociaż etymologia zgoła inna, bo od foliowych czapeczek

Drakaino, dziękuję za komentarz! Co do braku fantastyki, hm, nie zgodziłabym się. Jest świat, w którym foliówki zachowują się jak żywe organizmy i nie tylko, co uważam za weirdowy element fantastyczny. Nad innymi elementami można się zastanawiać, czy są fantastyczne, czy są wizją, lecz latające foliówki myślę, że jasno pokazałam jako fantastykę – widzi je terapeutka, która odgania foliówkę, widzi je Laura, nawet kot je widzi.

Sonato, dlatego założyłam, że weirdowo może być – to już do decyzji jury :) Ja z weirdem mam ten problem, że weird może opisywać realność, ale postrzeganą w dziwny sposób – na przykład przez pryzmat choroby. I wtedy mam wątpliwości, czy to fantastyka…

Gdzieś już to przytaczałam: jest taka klasyczna powieść, którą zainspirowała schizofrenia autora – “Po tamtej stronie” Alfreda Kubina. Tylko że on tam tworzy historię o innym świecie i cała główna fabuła tam się dzieje, jest motyw przejścia itd. Pewnie, można to interpretować jako zapis snów, wizji, fantasmagorii. Niemniej oderwanie od świata rzeczywistego jest znacznie większe niż u Ciebie.

Być może Ty założyłaś to inaczej, ale ja odczytałam ten świat jako taki, w którym torby foliowe są, owszem, wszechobecne, ale to choroba Marii nadaje im życie, poza nią są to po prostu natrętne wszędobylskie śmieci. Może wynika to z tego, że zdarzało mi się widzieć szybujące w powietrzu foliówki, że już o takich, które wylezą z kąta, gdzie ich miejsce, i rozwłóczą się po mieszkaniu też, więc ten element nie wydał mi się całkiem nieprawdopodobny ;) Staram się nie brać w sklepach toreb foliowych, bo tylko się mnożą – to po prostu chyba jak dla mnie za bliski zasięg i odebrałam to wszystko jako chorobową hiperreakcję Marii na to, że torby foliowe są wszędzie w nadmiarach, a nie realnie żyjące foliówki :(

No i tytuł – tytuł bardzo mocno sugeruje zaburzenie bohaterki, a nie realny problem :(

http://altronapoleone.home.blog

Jasne, Drakaino, każdy odczytuje inaczej. Widzę, że w swojej interpretacji dotyczącej sensu foliówek poszłaś trochę naokoło, ale można i tak, każda interpretacja jest dla mnie cenna :)

Wracam tylko na moment, żeby napisać, że choć głosuję na nie, to w moich kryteriach poszło wysoko i był moment, że się zawahałem nad głosem (bo tekst jednak fajnie działa na wyobraźnię). Ostatecznie jednak wspomniany brak “dośrubowania” przeważył. Zaznaczę jednak, że jak już wcześniej pisałem niezależnie od tego satysfakcja z lektury jest wyraźna.

W głosowaniu piórkowym będę na NIE. Przy czym uważam, że to jest naprawdę dobry tekst, pomysłowy, ładnie napisany, ciekawie ogrywający centralną metaforę z folią i czyniący z niej bardzo dobry użytek. To jest, naprawdę, w szkolnej skali opowiadanie na bdb. Ale nie jest na celujący, zabrakło mi w nim jakiegoś domknięcia, dociągnięcia, w tym przede wszystkim wątku partnerki bohaterki, który nie do końca wybrzmiewa, tak jakbyś trochę go odpuściła. Są też sceny (jak rozmowa z foliowym człowiekiem), które niewiele wnoszą i brzmią nieco pusto, tekst byłby może lepszy bez nich.

Zostają w pamięci niezwykle obrazowe sceny z ohydną folią; zostaje też przekonanie, że u mnie do głosu na TAK zabrakło niewiele i że jesteś na znakomitej drodze, żeby prędzej raczej niż później tego TAKa ode mnie dostać.

Ja się też piórkowo dołączam do głosów, że opowiadanie jest dobre, pomysłowo napisane i taka wyższa biblioteczna półka (o której marzę), jeśli chodzi o robotę – mimo niedociągnięć lub też nie do końca jasnych dla mnie intencji autorskich.

http://altronapoleone.home.blog

Wilku, Ninedin, Drakaino – cieszę się, że uznajecie opowiadanie za dobre i dziękuję za wskazanie rzeczy, nad którymi muszę jeszcze popracować :)

Ostrzegam, że opowiadanie jest baaaaardzo dziwne.

Challenge accepted :) (foliowy potwór, jak mogę się powstrzymać?)

 poły z polietylenu

To nie brzmi dobrze, zwłaszcza, że poły nie mogą być "z" czegoś, tylko czegoś.

 przez pokłosia

"Pokłosie" jest singularis tantum.

 ignorując pokaźną torbę

Anglicyzm.

Na ile procent poczułaś lęk?

Hmm.

 przeczytała naprawdę wiele książek

Nienaturalne.

 no i jest

No, i jest.

przeciągające się foliówki z logo Auchana

One są żywe? Also: product placement. Also: raju, znowu wariaci… https://www.youtube.com/watch?v=Od6hY_50Dh0

 dwie prostopadłe, stykające się ze sobą linie

Czyli przecinające się, nie kombinuj.

 – Powiedziała pani tę literę

Tak w sumie, litera to znak graficzny.

 rękaw swetra dokładnie opinał ciało

Raczej ciasno opinał.

 odczyniła czary

Odczynia się urok, czyli się go zdejmuje.

 w pełnym zaufaniu do mamony natręctw

https://sjp.pwn.pl/szukaj/mamona.html

 choć nie wiedziała, co było tym, czego się bała.

A może po prostu: nie wiedziała, czego się boi?

 – Tedy… Tedy! Niech pani nie mówi tego słowa! Bo na początku wymawia pani…

Sama powiedziała "w" trzykrotnie w tej jednej kwestii. I trudno mówić po polsku bez "w".

 linia zaczęła opadać z powrotem ku dołowi wykresu.

Linia zaczęła opadać z powrotem. Kropka.

 Torby foliowe o różnym umaszczeniu latały po gabinecie, bawiąc się i dokazując.

… ^^ Jak. Słodko!

 Maria, zachłannie pocierając ramiona

https://sjp.pwn.pl/szukaj/zachłanny.html

 Na podstawie różnych doświadczeń stworzyłaś pewne przekonania i założenia, które mają cię chronić przed tymi przekonaniami.

Dawno byłam u terapeuty, ale aż tak żargonowo, to oni chyba nie mówią?

 Ferdydurke

Aaaa, czyli to ma być "f", nie "w"! Fonetycznie. No, i wszystko jasne. blush

 próbujący wejść do prawa

Coś tu się dziwnego zrobiło?

 Droga na górę zajęłaby mnóstwo czasu, jeśli w ogóle schody miały kres – Maria zawsze łapała się na tej myśli, chociaż nie miała pojęcia, po co ktoś miałby się tam wspinać, nie wiedząc, co jest na szczycie.

Fajne, tylko trochę niezręczne – chodzi o to, że schody wyglądają, jakby prowadziły donikąd, tak?

 Starbucks’a

Apostrof niepotrzebny, jeśli stawiasz "a" po spółgłosce.

 odganiała osiadające jej co jakiś czas na klawiaturze foliówki

Foliówki ukazujesz jako żywe, więc: odganiała foliówki, siadające jej co jakiś czas na klawiaturze.

 urządzenie z nadgryzionym jabłkiem

Jakieś mało naturalne to wyjaśnienie.

 Zamknęła okno i zrzuciwszy z łóżka cztery torebki foliowe, położyła się.

Wtrącenie: Zamknęła okno i, zrzuciwszy z łóżka cztery torebki foliowe, położyła się.

 Wędrowała foliowymi korytarzami bez celu.

Brzmi jak produkcja BBC z lat osiemdziesiątych :D

 Problemy, leżące teraz na granicy niepamięci, nie niepokoiły prawie wcale.

W sumie dałoby się skrócić.

Z wnętrza brzucha

Wystarczy: Z brzucha.

 kolejny z owych ogryzków

"Z tych ogryzków" byłoby chyba naturalniej.

 materiał dokładnie opinał

A jak inaczej? https://sjp.pwn.pl/szukaj/opinał.html

 po jej wyimaginowanej wersji.

Hmm.

 natrętną czynność

Natręctwo.

 zdała sobie sprawę, że w szafce było pełno opakowań

Jest pełno opakowań (c.t.).

Nie była wcześniej świadoma

A może "nie wiedziała wcześniej" jak normalni wariaci?

 jak nie wykona kompulsji

Zderzasz kolokwialne "jak" z bardzo sztywnym "wykonać kompulsję".

 zanim lęk nie opadnie.

Póki lęk nie opadnie.

 Próbując nie zwracać uwagi na dolegliwości

Znowu, "dolegliwości" są zbyt medyczne i bezosobowe. Opisałaś je już, nie podsumowuj w ten sposób.

 voltów

Woltów.

 po chwili wyglądała, jakby biła rekord Guinessa w długości paznokci. Spojrzała na paski folii i załkała.

Skróć koniecznie, to się dzieje szybko.

 Nie wiedząc, co robić, potarła się, ale to nic nie dało

Jak wyżej.

 torby z logami sklepów odzieżowych.

"Logo" jest nieodmienne.

 – Uspokój się. – kobieta

– Uspokój się. – Kobieta.

 Ta uczyniła z nią to samo.

Mylące, za dużo zmiennych metasyntaktycznych ;)

 Wrzeszczała, a jej zwykle opanowana twarz teraz wykrzywiała się w strasznym grymasie.

Szybciej i intensywniej!

 nie dało się go choćby podważyć.

Podważyć się dało. Nie dało się nawet podważyć tej folii.

 mogę nigdy tam nie dotrzeć

Anglicyzm. Może być ewentualnie: mogę tam wcale nie dotrzeć.

czasu, jaki mi dano

Czasu, który. To jest konkretny odcinek, konkretny czas. Nie rodzaj czasu.

 całym ciałem oplecionym bandażami z folii

Hmm.

 droga dla twojej bliskiej osoby

To droga bliskiej ci osoby.

 Wieża nagle kurczy się i płaszczy

"Płaszczy się" przywodzi na myśl bardziej służalczość. Tak miało być?

 próbując przebić się

Próbując się przebić.

 Ustąpić temu, co nieuniknione

Ustąpić przed tym.

 Bo mimo że nie da się przewrócić

A może tak: Bo, chociaż nie da się przewrócić wszystkich żuków leżących na plecach, mogła…?

 pozbawione obcych elementów

… a miałyby być?

 a potem jeszcze dalej, poza moje myśli

A potem co dalej?

 

Aaargh, to Ty mi grzebiesz w mózgu i zabierasz pomysły, myślałam, że to maszty 5G XD

Ale serio, są tu niezręczności czysto językowe, i to sporo. Ale samo sedno, dziewczyno. Szapoba. I pomysł, i opisy, i ogólna szajba. Końcówka mocno mnie zaskoczyła – czyli to jednak Laura od początku była… hmm. Czarnym charakterem? Tak jakby. Chyba. Bo może nie? Jej przemianą w motyla pociągnęłaś moje sznurki, byłam pewna, że odfru… odlecą (;D) razem do gwiazd, ale nie.

https://www.youtube.com/watch?v=CHo7AkJPqco

 Chyba pierwszy raz mi ktoś napisał, że moje opowiadanie miało klimat

Ja się dokładam, ma.

 Ech, jak to nawet własnemu terapeucie nie można ufać.

Weź, to świry są.

jako główny czynnik doszukałbym się tu raczej opowieści o konsumpcjonizmie i o tym, co ludzie sami sobie jako społeczeństwo zrobili z mózgami

O, tak.

 

Reasumując, misiom podoba :) Jeśli jeszcze się poprawisz, to mamy nową autorkę do druku.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Rzeczywiście, to jest już pisanie na dużo wyższym poziomie, Sonato. Są tutaj naprawdę udane fragmenty, są ciekawe pomysły, jest sporo prawdziwych spostrzeżeń, udanych zdań, dobrego światotwórstwa i kreacji postaci.

Jednak jak się domyślasz zapewne, jestem na NIE.

Rację mają moi poprzednicy, umieszczający Twój tekst na solidnej/wyższej półce bibliotecznej. Dobrze się to czyta, dobrze się przy lekturze "wyobraża". A przy tym naprawdę intryguje świat "ożywionych", wszędobylskich foliówek (chyba zainspirowany informacją o plastiku przenikającym już nasze ciała, mózgi, wodę, powietrze na poziomie molekularnym), oraz pokręcone życie osoby ogarniętej psychozą? Nerwicą natręctw? Schizofrenią?

Ciekawe są również te symboliczne nawiązania do konsumpcjonizmu, obsesji posiadania, ekologii, ciekawią owe foliowe odloty, dosłowne przepoczwarzanie, zmiany perspektyw i narracji.

Nie wiem czy wszystko ogarnąłem i odszyfrowałem, nie wiem nawet, czy to wszystko rzeczywiście się składa w jakąś złożoną i konsekwentną wizję…

No właśnie. Zauważyłem, że w komentarzach powtarza się stwierdzenie, że tekst jest bardzo przemyślany. Ja takiego stuprocentowego wrażenia nie mam niestety. I pytam sam siebie po lekturze: czy Autorka aby na pewno i naprawdę wszystko ma ogarnięte? Skrystalizowane? Zaplanowane? Czy może nieco popłynęła, zdając się na etykietę i konwencję weird, pod którą podobno "można więcej"? Więcej namieszać? Więcej nie dopowiedzieć? Spuścić fabułę i sens ze smyczy?

Mówiąc brutalnie, nie jestem przekonany, czy nie ma tutaj czasem chwytu polegającego na tym, że Autor wrzuca do fabuły pewne elementy, miesza je, łączy luźno i liczy na to, że czytelnik doszuka się w tym jakichś sensów i głębi, o jakich Autor nawet nie pomyślał.

I nie mam tutaj na myśli tej cechy wielu dzieł literatury, które pozwalają się dzięki swojej uniwersalności interpretować na wielu płaszczyznach, wykraczają poza intencje Autora, bo rozmawiają w głowie odbiorcy z rzeczywistością, problemami, czy innymi dziełami nawet nieznanymi twórcy. Cechy, która jest wartością naddaną wielkich utworów literackich.

Mam raczej na myśli sytuację, gdy Autor nie do końca panuje nad materia fabuły, sam nie wszystkie sznurki jest w stanie powiązać i liczy świadomie na czytelnika, że ten coś tam sobie poskłada i dopowie, że niejako doda treści i sensu tekstowi, bo autor nawrzucał mu tyle ciekawych tropów, że przecież coś z tego musi wynikać, a przynajmniej jest intrygująco. A cała nadziej a w tym, że jeśli czytelnik czegoś naddanego nie znajdzie, to uzna, że nie zrozumiał po prostu i to jego wina.

Nie całkiem też przemawia do mnie zakończenie historii. Po śmierci bohaterki Laura (też miałem wcześniej wrażenie, że to postać urojona) jest nadal przemienioną istotą, symbolika folii trwa, ich obecność nie ustaje, rozwiązanie, po jakie sięga główna postać, niczego nie zmienia, jej śmierć jest daremna, ale zarazem niczego nie puentuje, nie załatwia. Przyznaję, to ratuje poniekąd "fantastyczność" opowiadania, które, podobnie jak Drakaina, zacząłem podejrzewać o całkowitą umowność i "fałszywość" fantastyki, o to, że to, co w tekście nierealne wynika jedynie z halucynacji Marii (oczywiście dostrzegam wcześniejszą “realność” tych foliówek w scenie u terapeutki, gdy doktor na nie reaguje, ale ta scena jaki i scena z widzącą foliówki Laurą tez mogłaby sie przeciez rozgrywać tylko w głowie Marii).

Zatem troszkę mi się w sumie to opowiadanie rozjechało w swych głównych składowych. Jak rozumiem (tak napisałaś w wyjaśnieniach), foliówki dodałaś dla efektu weird, skupiając się na chorobie/obsesji bohaterki, w tle dorzucając wątek konsumpcjonizmu reprezentowany przez realną/nierealną Laurę (czy to jednak wyłącznie alter ego głównej postaci?).

Czy to dobre posunięcie? Czy to się do końca splata i uzupełnia? Czy wrzucone dla efektu weird foliówki (z drugiej strony, był to pewnie motyw wyjściowy tekstu oparty na wybranym haśle), snujące się obok/wokół głównej osi opowiadania i losów ogarniętej obsesją Marii (wątek zupełnie obyczajowy), i trzecia linia, poświęcona związkowi z Laurą/konsumentką, nieco porzucona, a zarazem dostarczająca najmocniejszego akcentu w postaci foliowej poczwarki, tworzą zwarte i zgrane dzieło? Mam pewne wątpliwości.

Do tego wszystkiego dorzuciłaś bezpośrednie nawiązania i do Kafki i jego dzieł. Chyba zbyteczne, zbyt dosłowne i nachalne w kontekście konkursu. Ale to już bardzo subiektywne odczucie portalowego malkontenta.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Tarnino, dziękuję za łapankę :) Cieszę się, że się podobało.

Aaargh, to Ty mi grzebiesz w mózgu i zabierasz pomysły

To nie ja!

Jej przemianą w motyla pociągnęłaś moje sznurki, byłam pewna, że odfru… odlecą (;D) razem do gwiazd, ale nie.

W wersji przed betą opowiadanie kończyło się słowami, że motyle odleciały do ciepłych krajów :D 

Reasumując, misiom podoba :) Jeśli jeszcze się poprawisz, to mamy nową autorkę do druku.

Dziękuję bardzo <3

 

 

Marasie, dziękuję za komentarz. Cieszę się, że niektóre rzeczy Ci się podobały. 

Mówiąc brutalnie, nie jestem przekonany, czy nie ma tutaj czasem chwytu polegającego na tym, że Autor wrzuca do fabuły pewne elementy, miesza je, łączy luźno i liczy na to, że czytelnik doszuka się w tym jakichś sensów i głębi, o jakich Autor nawet nie pomyślał.

To akurat od dawna wiem, że tak się nie robi. Opowiadanie przemyślałam i złożyłam w całość, rozpisałam sobie całą warstwę interpretacyjną – ale była ona bardzo skomplikowana i wielowątkowa i pewnie po prostu tego wszystkiego nie udźwignęłam w tekście, trochę się rozsypało na podłogę… Być może z tego powodu tekst sprawia wrażenie, jakby były w nim przypadkowo połączone elementy. Dobrze jednak, że zwróciłeś na to uwagę, będę uważać, żeby nie popełnić znowu takiego błędu.

Mam tu wrażenie lekkiego przedobrzenia. Wzięłaś trzy ważkie i aktualne problemy społeczne i zmiksowałaś je razem. Dla mnie to trochę za dużo. Osobno mi się te pomysły podobają, ale pożenione ze sobą już mniej.

Unoszące się wszędzie i przyczepiające się do ludzi foliowe torebki, ludzie zmieniający się powoli w polietylen, a jednocześnie plastik, który dosłownie zabija… Wszystko to są niesamowite obrazy. Fajnie się to komponuje z konsupcjonizmem, którego symbolem jest Laura. W tym plastikowym świecie tacy jak ona przeżywają, bo podukują kolejne porcje plastiku.

Wątek choroby też jest sam w sobie świetny. Bardzo fajnie opisujesz zachowania kompulsywne. Mam jednak wrażenie, że tam jest coś więcej niż tylko opis choroby. Bo Maria jest dużo bardziej chora, niż wydaje się jej terapeutce. Gdzieś mi się tu pojawia problem błędnej diagnozy, przeoczenia objawów, a może nawet działania na szkodę pacjenta. Terapeutka dawno powinna się poddać i odesłać Marię do psychiatry.

Maria niewątpliwie ma urojenia, choć nie do końca wiem, co tu właściwie było urojeniem. Nasuwają mi się dwie różne interpretacje. Możliwe, że to Laura było urojeniem, które w jakiś sposób się rozwiało, pozostawiając po sobie pustkę. Ale równie możliwe jest, że Laura była realna, a jedynie folia wyskakująca z palców Marii była urojeniem. W tym drugim przypadku Maria zabiła Laurę.

Jednak połączenie choroby psychicznej i ekologii mnie osobiście zaprowadziło w rejony, które raczej nie były Twoim zamierzeniem. Skoro Maria ma urojenia, to śmigające w powietrzu foliowe torebki też pewnie są urojeniem, a skoro są urojeniem… Stąd już tylko mały kroczek do stwierdzenia, że problem plastiku w środowisku też jest urojeniem. Na dodatek fantastyka pozostaje umowna, bo co tu jest prawdziwe, a co pozostaje tylko tworem chorego umysłu.

Choć pomysły są zachwycające, całość porządnie wykonana, to jednak będę na NIE.

 

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irko, dziękuję za cenne uwagi :) 

Skoro Maria ma urojenia, to śmigające w powietrzu foliowe torebki też pewnie są urojeniem, a skoro są urojeniem… Stąd już tylko mały kroczek do stwierdzenia, że problem plastiku w środowisku też jest urojeniem.

Oho, ciekawe spostrzeżenie, ale oczywiście nie to było moim zamiarem. Dążyłam do tego, by foliówki jednak nie były urojeniem, tylko częścią świata przedstawionego. Widzę po komentarzach, że trzeba uważać z tymi delikatnymi elementami fantastycznymi, żeby nie wyglądały na urojenia i że choroba głównej bohaterki nakierowuje czytelników na taką interpretację. 

To można interpretowac jeszcze inaczej. Że normy i przyzwyczajenia są wryte tak głęboko, że dopiero zaburzenia wybijają z utartych torów i pozwalają zauważyć, że nie ma normalności. Ktoś kojarzy okulary z filmu “They live”?

Wilku, też ciekawa interpretacja :)

To nie ja!

Wszyscy tak mówią…

Że normy i przyzwyczajenia są wryte tak głęboko, że dopiero zaburzenia wybijają z utartych torów i pozwalają zauważyć, że nie ma normalności.

Consuetudo est altera natura :) Ale chyba przesadzasz, twierdząc, że normalności nie ma. Czym jest normalność?

Ktoś kojarzy okulary z filmu “They live”?

Nie, opowiedz?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Czym jest normalność?

Uzgodnioną wartością. Problem pojawia się wtedy, gdy twierdzenia o wartości mijają się z percepcją i działaniem. To jak ze szczerością – wszyscy cenią szczerość i wszyscy nienawidzą osób szczerych ;-)

Co do “Oni żyją”, to ten film trzeba zobaczyć :-)

Uzgodnioną wartością.

Rekord konkretu XD

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

chciałaś definicji, to masz. Bo np. kto uzgadnia i na jakiej podstawie nie ma tu znaczenia, znaczenia ma to, ze zostało to uzgodnione/przyjęte. Cała reszta to tylko serwowanie kolejnych przykładów :) 

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Niezły miałaś pomysł, Sonato. W przekonujący sposób pokazałaś zmagania Marii z fobią. Wrażenie robią też wszechobecne i żyjące własnym życiem, opakowania z folii.

Niejasna jest dla mnie sprawa Laury – czy ona jest faktycznie, czy jest imaginacją Marii. Nie zrozumiałam też fragmentu o chodzeniu po schodach, ale jak na opowiadanie napisane na weirdowy konkurs, to i tak sporo do mnie trafiło.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

za nami wi­ru­ją sre­brzy­ste poły z po­li­ety­le­nu. ―> Czy aby na pewno wirowały poły?

Za SJP PWN: poła «dolny fragment jednej z dwóch części ubioru rozpinającego się z przodu»

 

w peł­nym za­ufa­niu do ma­mo­ny na­tręctw… ―> Co to jest mamona natręctw?

 

kon­ty­nu­owa­ła Maria, za­chłan­nie po­cie­ra­jąc ra­mio­na… ―> Na czym polega zachłanność pocierania ramion?

 

sie­dzi przy stole, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę Mac­Bo­oka. ―> …sie­dzi przy stole, stu­ka­jąc w kla­wia­tu­rę mac­bo­oka.

Nazwy wyrobów przemysłowych piszemy małymi literami. http://www.rjp.pan.pl/index.php?view=article&id=745

 

Miały prze­cież słoik Ne­scafé… ―> Miały prze­cież słoik ne­scafé

 

Laura zręcz­nie od­ga­nia­ła osia­da­ją­ce jej co jakiś czas na kla­wia­tu­rze fo­liów­ki. ―> Laura zręcz­nie od­ga­nia­ła osia­da­ją­ce co jakiś czas na kla­wia­tu­rze fo­liów­ki.

 

Zdra­dza mnie z nim, z nimi wszyst­ki­mi – po­my­śla­ła Maria. –> Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać myśli: http://www.jezykowedylematy.pl/2014/08/jak-zapisac-mysli-bohaterow/

 

ubra­na w je­an­sy i buty… ―> …ubra­na w dżinsy i buty

Używamy pisowni spolszczonej.

 

Szła w tej swo­jej gra­na­to­wej su­kien­ce do kolan… ―> Nie brzmi to najlepiej

 

Usia­dła na krze­śle, dło­nie za­ci­snę­ła na po­rę­czach. ―> Krzesła nie mają poręczy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za komentarz i łapankę, poprawki wprowadzę, kiedy będzie można. Cieszę się, że sporo do Ciebie trafiło :)

Bardzo proszę, Sonato. Miło mi, że uwagi się przydadzą. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie zaliczam zgodności z tematem. Zabrakło kwasu foliowego. ;>

A na poważnie: solidne opowiadanie, bardzo dobrze przygotowane technicznie, ze swoistą nutką absurdu. Choć zaburzenia na tle psychicznym są z jednym powszechniejszych motywów, po które sięga się z myślą o weird fiction, Twój pomysł nie okazał się wtórny. Foliówki są jak najbardziej, całe mnóstwo – włącznie z ciekawym odniesieniem do awersji na punkcie litery „F” – potwora zaś jestem w stanie zaakceptować jako rozumianego metaforycznie źródła lęku. Czyli hasło konkursowe uznaję za zrealizowane.

Stylistycznie jest naprawdę nieźle, choć uważam, że posiadasz już podstawy na tyle mocne, by podjąć próby zabawienia się formą w taki sposób, ażeby nosiła więcej cech indywidualnych Twojego stylu.

Pod względem fabularnym: dobra kompozycja, choć, w powiązaniu z powyższym, również chętnie zobaczyłabym w Twoim wydaniu jej ciekawe załamanie. Bohaterka wydała mi się nieco nazbyt uproszczona, zorientowana wokół swojej fobii, aczkolwiek może być to wynik krótkiej formy, w której musiałaś zmieścić treść. Na plus odniesienia do tekstów kultury, które ubarwiły całość. Dobra robota!

Dziękuję za tak szybkie wstawienie jurorskiego komentarza, Wiktor! Ha, myślałam o kwasie foliowym, ale w końcu z niego zrezygnowałam :) Cechy indywidualnego stylu, hmmm… Żebym ja wiedziała, JAK tak zrobić… :)

Fajne opowiadanie. Ciekawie przedstawiony pomysł na świat – wypełniony folią jak małymi rozbrykanymi stworzonkami. Taki, który w pierwszej chwili skojarzył mi się z morzem i chełbiami… i już nie puścił. Więc, mimo że powinnam odczuwać niepokój, nasilającą się chorobę bohaterki to nie do końca tak było w moim przypadku – głównie dlatego, że w mojej głowie zamiast foliówek widziałam właśnie te morskie stworzonka. Moja wina, ale nic nie poradzę ;) Natomiast podobało mi się też to, co nie było pokazane wprost, ukryte delikatnie przed czytelnikiem i nawet jeżeli nie wszystko zauważyłam, to i tak odbiór był przyjemny.

Dziękuję za komentarz, Kasjopejatales! O, ciekawe skojarzenie z tymi chełbiami. Ja też tak mam nieraz, że widzę w jakimś opowiadaniu coś innego niż tam jest, czasami sobie nawet dopowiadam za dużo :) Twoje skojarzenie nie jest jednak takie znowu odległe, podczas researchu do opowiadania, wpisując w google folia, natrafiłam np. na zdjęcie meduzy bardzo podobnej do foliówki. 

PS Właśnie jestem w trakcie czytania Twojego tekstu na Zamianę, komentarz będzie jutro :)

Ano, wyglądają pięknie i fascynująco, aczkolwiek ja tam wolę oglądać je na zdjęciu niż spotykać na żywo. Pamiętam, że kiedyś we wrześniu czy październiku byłam w Kołobrzegu i pełno takich leżało na plaży i pływało w morzu. Wolałam się do nich nie zbliżać :)

Jasne, że tak. W praktyce to nie jest ani fajny widok, ani sytuacja. Natomiast w wyobraźni… Ba! To już zupełnie co innego.

Ale śliczne… Sonato, meduzy wyrzucone na plażę pod koniec sierpnia są martwe, i mnie raczej przygnębiają, niż przestraszają. Złożyły jajeczka i odeszła im chęć do życia. Ewolucja dała sobie z nimi spokój. Teraz są tylko galaretką dla mew.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Tarnino, to rzeczywiście przygnębiające, natura bywa brutalna. W każdym razie lepiej, żeby w morzu pływały meduzy (czy chełbie) niż foliówki!

Na pewno lepiej.

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Ha, lepiej późno, niż wcale :-) 

Jest właściwie tylko jeden powód, dla którego dałem NIE. Od piórkowego opowiadania wymagam, by było znakomicie napisane. Chodzi mi nie tyle o brak drobnych pomyłek, potknięć, literówek i tym podobnych (to też, ale bez przesady) ale raczej o pewność, równość i całkowite panowanie nad stylem. 

"Folia Natrętcw" jest natomiast napisana bardzo dobrze, ale do piórkowego poziomu odrobinę jednak brakuje. Jest trochę jak nowo wybudowana droga, po której jedzie się gładko i przyjemnie, ale tu i ówdzie trafiają się jeszcze niedokończone odcinki, wyboiste i z ograniczeniem prędkości. Nie mówię o jakichś konkretnych błędach, raczej o poczuciu (u czytelnika) pewnego niedoszlifowania. Na przykład zakończenie, przemiana w motyla i zwłoki Marii na ulicy – napisane świetnie. Ale zaraz przedtem:

– Uspokój się. – Kobieta odgarnęła dziesięć metrowych już serpentyn i złapała Marię za ramiona. Ta uczyniła z nią tak samo. Sznury z folii zaczęły oplatać ciało Laury, jakby chciały zamienić ją w mumię. Wrzeszczała, wykrzywiając zwykle opanowaną twarz w strasznym grymasie. Maria nie mogła oderwać rąk, były jak przyssane. Dopiero gdy jej druga połówka całkiem znikła pod warstwami folii i umilkła, dziewczyna z głuchym pyknięcięm odczepiła dłonie. Uklękła, ostrożnie kładąc przerażająco sztywną mumię na podłodze i spróbowała ją rozerwać, ale wielowarstwowy kokon był twardy jak stal i folii nie dało się choćby podważyć. 

Tam nie ma wyraźnych błędów językowych, ale jast lekko niezręcznie. Tak, jakbyś zbyt dokładnie starała się opisać co dokładnie się dzieje, zbyt szczegółowo (stąd te "głuche pyknięcia", "druga połówka" i parę innych, niezbyt fortunnie dobranych słów i określeń) Moja wyobraźnia zagubiła się w szczegółach, przez co szlag trafił cały dramatyzm sceny. 

W kilku innych miejscach jest podobnie, bez pomyłek, ale niezbyt płynnie, niespecjalnie sprawnie. Dlatego uważam, że to jeszcze nie jest stylistycznie piórkowy poziom. Ale już blisko. To z pewnością najlepszy Twój tekst, jaki czytałem. 

I nie mam żadnych zastrzeżeń co do koncepcji i fabuły. Fakt, dużo tam chciałaś upchać, dużo treści i wielowarstwowy przekaz w fabularnie skromy tekst. Ale nie miałem wrażenia przesytu, ani chaosu, ani przez chwilę nie pomyślałem, że Autorka nie ma skrystalizowanej koncepcji, wrzuca to opowiadania co tylko jej atrament na papier (palce na klawisze) przyniesie i ewentualną interpretacyjną robotę zostawia czytelnikowi. A to częste wrażenie, gdy czytamy weirdowe teksty ;-) 

Niespecjalnie obchodzi mnie, czy plastik naprawdę "żyje" w tym dziwnym świecie, czy to tylko zwidy Marii. Nieistotne, czy Maria zamordowała swoją prawdziwą kochankę, czy też Laura i Maria to ta sama osoba, a ostatnie sceny mają więcej z onirycznego symbolu, lub procesji urojeń, kończącej się samobójstwem. Nie przeszkadza mi dość nachalna krytyka konsumpcjonizmu. Niezależnie od linii interpretacji i odkrywania smaczków, tekst sprawił mi czytelniczą przyjemność. Do piórka zabrakło jedynie stylistycznego wyrobienia i wprawy, ale to przyjdzie. I to bardzo szybko. 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za opinię, Thargone! Wiem, muszę popracować nad tymi niezgrabnymi zdaniami i żadnego nie odpuszczać. 

Hej ho!

 

Wpadam z obiecanym uzasadnieniem.

Przede wszystkim widzę wyraźny postęp między Tramwajem a tym opowiadaniem – rozwijasz się, szlifujesz warsztat, idziesz do przodu – super.

Po drugie – bardzo podoba mi się upór, z którym pracujesz nad opowiadaniami. Podobnie jak przy poprzednich, byłam zaskoczona, że potrafisz napisać cztery wersje tekstu w zasadzie od nowa, krytycznie podchodząc do uwag betaczytelników, analizując feedback i stosując go z rozmysłem.

Po trzecie – w tym tekście widać już solidne podstawy językowe. Potrafisz prowadzić historię, wiesz, co chcesz powiedzieć, panujesz nad językiem.

 

Zagłosowałam na NIE, ponieważ uważam, że to jeszcze za mało. Panujesz nad językiem jak początkujący kierowca nad samochodem – znasz zasady i trzymasz się ich. Chcę zobaczyć, jak idziesz krok dalej. Chcę, żebyś zrobiła z języka swoją dziwkę i pozwoliła historii mnie uwieść. Póki co – narracja jest szkolna. Sonato, zachęcam cię do lektury Baśni o wężowym królu Radka Raka (lub jego opowiadań dostępnych w Esensji czy antologii Legendy polskie), Czarnego słońca Żulczyka – i im podobnych. Jako studentka polonistyki musisz być oczytana w klasykach. Rozszerz swoje lektury o współczesnych autorów, którzy bawią się z językiem jak chcą, obserwuj uważnie, nasycaj się nimi. Raz dwa w twoim warsztacie pojawią się narzędzia, które pozwolą ci używać języka w bardziej plastyczny sposób.

 

Powodzenia :)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Kam, dziękuję za uzasadnienie!

Chcę zobaczyć, jak idziesz krok dalej. Chcę, żebyś zrobiła z języka swoją dziwkę i pozwoliła historii mnie uwieść.

Dobra, tak zrobię! Nie będzie jakiś język mną pomiatał :x

Dziękuję za propozycję lektur, bardzo mi się przydadzą, właśnie ostatnio poszukuję tekstów ładnie napisanych, z których mogłabym brać przykład.

Kam, wtf?

Humility is not thinking less of yourself - it's thinking of yourself less.

Z perspektywy konkursowej muszę zauważyć, że WF przesyca opowiadanie na parę różnych sposobów. Można zacząć od czegoś małego i skupić się na rozciąganiu świat, na wałkowaniu go we wszystkie strony; można zrobić odwrotnie, zacząć od szerszego świata przedstawionego i siorbać go przez rurkę, pomniejszyć do kawałeczka zaszczutego umysłu – folia łączy oba te zabiegi. Wypełnia świat przedstawiony, reprezentując konsumpcjonizm i regres śmiecio-ludzkości oraz wypełnia głowę Marii, przysłaniając rzeczywistość, decydując o jej ograniczonej percepcji.

Fakt, że Maria walczy z folią, sprawia, że błahe WF pod postacią: “to tylko wizja”, “ to tylko szaleństwo”, “to tylko sen” wypada z okrążenia – Maria jest sprowokowana i walczy, jej gniew co jakiś czas powraca (już u terapeutki, kiedy ze stłamszonej strachem, nieumiejętnie wypowiadającej się pacjentki staje się dosadniejsza, agresywniejsza; z powodu szarży jednej z foliówek właśnie), wspinaczka i spotkanie z odźwiernym to nie jakieś tam senne majaki – jest onirystycznie i realnie, wyprawa ma w sobie coś z przypowieści, mam wrażenie, że prowokuje Marię do dalszej walki. Monolog o byciu “cząsteczką polietylenu” bardzo dobry.

Natręctwo jako choroba również się broni, nie jest to tylko i wyłącznie choroba Marii, to przecież choroba całego świata. Dobrze ilustruje to kokon z folii oraz wykluty z niej motylek, który zamiast “ku galaktykom” leci do supermarketu. Świat-śmietnisko i ludzie z foliówkami naciągniętymi na głowy, skazani na porażkę. Ten determinizm widać również w końcówce – zapomnienie to jedna z gorszych form poniesienia porażki, bez możliwości nauki na błędach, bez pamięci o walce.

 Wina Kafki, że ma dwa “F”. Frzucić do forka!

Największy problem mam z Laurą, nie wiem, czy powinna występować na równi z Marią (dostała nawet własną narrację); nie sądzę, żeby dobry, mocny motyw należało podzielić na dwa (na folię w folii i folię w Laurze) – mogło to rzutować na nierówność poszczególnych fragmentów – chociaż akurat rozmycie jednoznaczności (czy Laura była prawdziwa? A może była aniołem, odźwiernym, personifikacją?) pasuje do postępujących zaburzeń.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

 

Żongler, dziękuję za komentarz :) W większości pozytywny – rozumiem, że Laura i nierówność poszczególnych fragmentów była powodem niskiej ilości punktów.

Nowa Fantastyka