- Opowiadanie: arya - Art des organes

Art des organes

W tym miejscu chcę podziękować CM-owi za szybki rzut okiem i ostateczny szlif (dzięki któremu liczba znaków poszła w dół :)). Dzięki!

 

Krótki słowniczek:

- bottlegger – przemytnik alkoholu w czasach prohibicji w Stanach Zjednoczonych

- piktorializm – nurt w fotografii artystycznej popularny od końca XIX wieku do ok. 1914;

 

Fotografię zaczęto postrzegać jako dziedzinę sztuki w drugiej połowie lat 30. XX wieku.

 

Hasło konkursowe: wątrobiana rosa

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Art des organes

Nowy Jork, jesień, 1928

 

W progu mych drzwi, na wycieraczce, stała butelka. Duża, z ciemnozielonego szkła, o objętości prawie pół galonu, jeśli miałbym zgadywać. Znalazłem ją wczesnym niedzielnym porankiem, kiedy wychodziłem na spotkanie. Nie miałem pojęcia jak długo tam stała, całkowicie na widoku, budząc w najlepszym wypadku zgorszenie wśród sąsiadów, a w najgorszym zapał biegnięcia na komisariat.

Chwyciłem kukułcze jajo za szyjkę i szybko zamknąłem drzwi, przekręcając klucz.

Pierwszy raz trzymałem w rękach alkohol. Tylko po czym poznać, że właśnie byłem o krok od popełnienia przestępstwa? Na etykiecie wykonanej z pożółkłego papieru odręcznie wykaligrafowano nic nie mówiącą, nieco ekscentryczną nazwę: Wątrobiana Rosa. Odkręciłem zakrętkę, lekko pociągnąłem nosem, lecz zapach był mi obcy i nie potrafiłem go z niczym porównać.

Potrzebowałem kryjówki. Natychmiast. W każdej chwili mógł rozpocząć się nalot policji. Nie miałem pojęcia, kto podłożył mi butelkę ani czemu to zrobił, spodziewałem się jednak samych złych intencji. W kamienicy znałem tylko dziwkę spod piątki, czasem dotrzymywała mi towarzystwa. Może ona?

Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że omal nie wypuściłem szkła z rąk i nie uciekłem przez okno. Zamiast tego wziąłem głęboki oddech. Jeden. Drugi. Odstawiłem butelkę na podłogę i wsunąłem stopą pod łóżko. Następnie cicho, na paluszkach, podkradłem się do drzwi. Dzieciństwo spędzone w biedaczynszówkach w dzielnicy dla imigrantów wpoiło mi wiele podejrzanych nawyków. Delikatnie odchyliłem wizjer.

Na widok spoconej twarzy Gary’ego Hortonsa, fotografa, odetchnąłem z ulgą.

– Dzień dobry, panie Boye – powitał mnie mój pracodawca, gdy otworzyłem drzwi i wpuściłem go do środka. Ledwo to zrobiłem, uderzyła mnie dziwaczność całej sytuacji. Była niedziela, ósma rano, czego, na Boga, mógł chcieć ode mnie pan Hortons o tak nietypowej, wręcz niestosownej porze? Nie sądziłem, żeby wpadł na śniadanie.

– Pan wybaczy najście, ale jutro poniedziałek, a wolałem załatwić tę przykrą sprawę poza salonem – oznajmił, ściągając z głowy kapelusz.

Popatrzyłem tępo na gładko ogolonego, łysiejącego człowieka w drogim palcie. Było na niego za duże, jakby schudł w ostatnim czasie, co przy szczupłej sylwetce posiwiałego jegomościa powinno wzbudzić niepokój jego lekarza.

– Napije się pan herbaty? – bąknąłem bez związku.

Hortons zaprzeczył i minął mnie z wyrazem twarzy, po którym nie potrafiłem wyzbyć się irytująco znajomego wrażenia, że oto zaraz stracę pracę, pierwszą, jaką w ogóle zacząłem tolerować. Wywali mnie, nagle byłem tego pewien. Odwróciłem się gotów bronić posady do upadłego, lecz moim oczom ukazał się widok po stokroć gorszy aniżeli perspektywa bezrobocia. Hortons trzymał w ręku butelkę Rosy.

– Masz szklanki? – zapytał neutralnym tonem, jakby jednak zdecydował się na herbatę.

Może to tylko lemoniada, pomyślałem z nadzieją, stawiając na stoliku dwie szklanki. Może on znał ten napój. Usiedliśmy naprzeciw siebie.

– Wiem, że po pracy zabierasz z salonu aparat – zaczął Hortons, rozlewając zawartość butelki po szklankach. Płyn okazał się mieć ładny bursztynowy kolor. – Aparat, klisze. Wiem dokładnie, ile powinieneś zużyć odczynników, wywołując zdjęcia naszych klientów. Pewnie brałeś mnie za głupca i sądziłeś, że nie zauważę różnicy?

Objąłem dłońmi naczynie, aby ukryć ich drżenie. Nie ze strachu, ze złości. Obwiniał mnie bowiem o rzecz zupełnie trywialną.

– To niedopuszczalne, Morris. – Spiąłem się, słysząc swe imię. – Przyszedłem tu, żeby cię zwolnić, ale… – Postukał delikatnie palcem w szkło. – Postanowiłem dać ci jeszcze jedną szansę. Skoro fotografujesz za moimi plecami, pokaż mi zdjęcie, chłopcze. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, to ma być piekielnie dobre zdjęcie. Dzieło sztuki. Masz tydzień na dalsze pełnienie obowiązków oraz wykonanie zadania. – Podniósł szklankę w toaście. – Twoje zdrowie.

Nie chcąc urazić gościa, uniosłem naczynie do ust. Wątrobiana Rosa spłynęła mi do gardła, drażniąc je, paląc. Zakrztusiłem się. Dopiero wtedy zauważyłem, że pan Hortons nie tknął swojego trunku i bacznie mnie obserwuje. Gdy skrzyżowaliśmy spojrzenia, skinął mi sztywno głową, wstał i bez słowa opuścił jednoizbową klitkę, którą zwałem mieszkaniem.

 

 

Zrezygnowałem ze spotkania. Pół dnia zmarnowałem oparty o parapet, paląc jednego papierosa za drugim. Rozmyślałem i nie rozumiałem niczego. Hortons nigdy nie widział moich zdjęć.

Miałem dobre oko, wiedziałem o tym już po pierwszej zużytej kliszy. Nawet bez obróbki fotografie nie wychodziły płaskie jak portrety ani równie sztuczne. Moje zdjęcia po prostu kryły w sobie to coś. W kasynie podobne zjawisko nazywano „szczęściem początkującego”, lecz stanowczo odrzucałem myśl, że aparat mógłby dawać mi podobne fory.

Zerknąłem z ukosa na świeżynki wiszące w rogu pokoju uczepione klipsami sznurka do prania. Wywołałem je nocą w ciemni, w pracy. Nie mogły ujść uwadze Hortonsa. Na usta wpełzł mi uśmieszek zadowolenia. Wydmuchałem papierosowy dym, uspokojony znalezieniem choć jednej odpowiedzi.

Dzień był piękny. Słoneczny i ciepły. Jesienne liście złociły korony drzew, ludzie spacerowali Siódmą Aleją ciesząc się niedzielnym popołudniem. Na rogu pod sklepem z obuwiem jakiś młodzian przygrywał na skrzypcach, miła odmiana jazzowej gorączki. Zaciągnąłem się papierosem. Mimo dymu, w ustach wciąż miałem smak alkoholu. Głowę wypełniał mi nienachalny szum. Czy to już?, pomyślałem z rozbawieniem.

Spojrzałem na dłoń, w której trzymałem trunek nietknięty przez Hortonsa. Planowałem go wylać, opróżnić całą butelkę do zlewu. Matka wychowała mnie na „suchego”. Jednak było coś podniecającego w spożywaniu zakazanego napoju w mieszkaniu artysty. Czułem się jak dżentelmen, albo lepiej, marnotrawny syn nowojorskiej bohemy. Ze swym zdjęciowym dorobkiem powinienem był zamieszkać w Greenwich Village. Tylko że nikt nie dostrzegał w fotografii sztuki. Wciąż była rzemiosłem, a ja pośród malarzy oraz literatów pozostałbym dziwadłem.

Przytknąłem szklankę do ust i jednym długim łykiem wtłoczyłem jej zawartość do gardła. Rosa była równie paskudna jak za pierwszym razem. Nagle poczułem mrowienie na języku, a chwilę później w palcach. Szklanka wypadła z ręki, rozprysła o podłogę na dziesiątki kawałków. Świat rozdwoił mi się przed oczami, parapet uciekł gdzieś na boki. Zachwiałem się w ciemności, która spadła na mnie niczym gilotyna, usłyszałem tylko cichy świst.

Ktoś się odezwał, nie zrozumiałem słów. Chyba były po rosyjsku. Śmiech, gorzki, aż po kręgosłupie przechodziły ciarki. Ból, w prawym boku, tam, gdzie podobno jest wątroba, tak ostry, że pozbawił mnie tchu, jakby przebito ciało nożem. Paraliżujący strach wypełnił mnie wespół z poczuciem, iż zostałem oszukany. Dziwne, lecz żadna z tych emocji nie była prawdziwie moja. Stałem się obserwatorem, a wokół ciemność formowała kolejne ludzkie sylwetki, niezgrabnie, jakby na szybko lepiła je z rozmokłej gliny.

Otruto mnie?

Cofnąłem się, niepewny tego, co się dzieje. Czerń panowała wszędzie. Po omacku odszukałem parapet, potem stolik nocny i ramę łóżka. Kolejne głosy. Brzmiały jak pijacki bełkot ojca, który rozdzielił naszą rodzinę na Ellis Island podczas imigracyjnej selekcji. Rozejrzałem się trwożliwie wkoło, a raczej myślę, że rzeczywiście poruszałem głową, ponieważ przestałem widzieć cokolwiek, zniknęły nawet te upiorne kształty. Głowę rozsadzało mi tępe pulsowanie. Wczołgałem się na łóżko, wtuliłem twarz w narzutę i po raz pierwszy, od kiedy matkę zabrała epidemia hiszpanki, wymamrotałem modlitwę do Boga.

 

 

Słyszałem wiele opowieści o skutkach picia. Wszystkie pochodziły z ust zwolenników Ligi Antysalonowej, zakonnic ze szkółki niedzielnej, matki, brata, propagandowych plakatów. Ojciec, kiedy byłem mały, służył mi żywym przykładem, że historie te mają tyle samo prawdy co fałszu. Każdy doświadczał picia inaczej. Podbudowany tą konkluzją, włożyłem dziwne uczucie obcości, jaka mnie ogarnęła poprzedniego dnia, między karty możliwych reakcji na alkohol, zatrzasnąłem rozdział i postanowiłem nie rozpatrywać go więcej.

Broadway przez obiektyw wydawał się nadzwyczaj mdły. Odkąd parę miesięcy temu znalazłem na zapleczu salonu kieszonkowego Kodaka, przychodziłem tu po pracy ze szczeniackim entuzjazmem. Przemierzałem Wielką Białą Drogę tonącą w blasku neonów, łowiłem z tłumu ładne twarze obiecujących aktorek lub aktorów i robiłem zdjęcia.

Tak było kiedyś. Raptem dwa dni temu, a upłynęły jakby lata. Teraz od trzech godzin szwendałem się chodnikiem pośród tłumu, nie dostrzegłszy ani jednego obrazu wartego uwiecznienia. Wszystko było nudne i nijakie. Ociekało cynizmem, na który wcześniej pozostawałem ślepy. Biura adwokackie, sklepy, szyldy teatrów mogących pomieścić nawet kilka tysięcy gapiów. Mijały mnie lśniące, czarne automobile, a ja ze znużeniem obserwowałem kolejną młodą dziewczynę wyginającą powabnie usta w stronę obiektywu. Dziennie mieliśmy w salonie z sześć takich klientek. Wpadały do nas z rumieńcem ekscytacji na policzkach, goniąc w eleganckich bucikach na obcasie za łatwą karierą. Odkąd zacząłem pracę u pana Hortonsa, zdążyłem dobrze poznać ten typ; nosił nazwę Wyzwolonej Ameryki.

Nawet tego ranka wpadła taka jedna, zanim Hortons kazał mi iść do domu. Jakby nie mógł lub nie chciał znosić mojego towarzystwa. Czyżby pożyczenie sprzętu urosło do rangi niewybaczalnej obrazy? Złościło mnie to. Nie rozumiałem ludzi z klasy wyżej, chociaż była raptem średnia – znaczy przeciętna.

Wcisnąłem aparat do pokrowca i czując niesmak do świata, tak intensywny, że aż zdumiewał, wsiadłem do żółtego tramwaju, który jechał w kierunku wieżowca Chryslera. Mniej więcej w połowie drogi zrozumiałem, że nie mam ochoty fotografować ani Chryslera, ani Żelazka, ani żadnego innego budynku.

Wysiadłem rozdrażniony własnym niezdecydowaniem. To pewnie wina pogody, pomyślałem, niebo przesłaniała zbita warstwa cirrusów, a światło, które przezeń prześwitywało, było wyprane z blasku, jakby chmury dokładnie je przefiltrowały, pozbawiając wszelkich walorów. Warunki nie nadawały się do niczego.

Resztę dnia spędziłem na długim, półsennym spacerze wokół Manhattanu. Wieczorem wróciłem na łono neonowej kolebki amerykańskiego teatru i zakończyłem tułaczkę na Tin Pan Alley, kuźni muzyków, z której dźwięki pianina, głównie ragtime’u, wpadały przez otwarte okno do mojego mieszkania dniem i nocą. Brakowało miejsca, gdzie sam mogłem się wybić.

Zaledwie, przepełniony goryczą, dotarłem do domu, wydobyłem butelkę spod materaca.

 

 

Obudziłem się zesztywniały, z szyją obolałą od spania na krześle. Przede mną na blacie stała pusta szklanka i opróżniona w jednej trzeciej butelka. Znów odleciałem. Byłem jeszcze gorszy niż ojciec, on przynajmniej potrafił osuszyć kwartę piwa, a mnie pokonywał cal w szklance.

Miałem brudne palce, poczernione, jakbym babrał się w chemii. Spojrzałem w kierunku suszarni, którą utworzyłem w rogu pokoju. Stolik lśnił czystością, nad nim wisiały zdjęcia. Byłem pewien, że przed wyjściem je schowałem. Podszedłem na zdrętwiałych nogach i w słabym świetle nagiej żarówki zwisającej z sufitu, przejrzałem fotografie.

Nie pamiętałem, abym zrobił którąkolwiek z nich, bym choć raz wcisnął migawkę. Same twarze i budynki. Zatrzymałem się przy ostatniej, przedstawiała martwego wróbelka. Była dziwna, rozmazana na krawędziach, w efekcie nie potrafiłem rozpoznać, czy ptaszek leży na płycie chodnika czy na trawie. Z kolei on sam, serce kompozycji, został tak wyostrzony, że mogłem policzyć jego sterczące piórka. Porażająco detaliczne wnętrzności rozlewały się z rozdartego brzucha.

Gapiłem się na zdjęcie ze zdumieniem. Jakim cudem uzyskałem podobny kontrast? Rozmyte tło nadawało całości charakter bardziej malowidła niż fotografii i zabieg ten nie spodobał mi się ani trochę, a jednak nie mogłem oderwać wzroku od ptaka. Szklistych oczek oraz zakrwawionego czernią dziobka. Zalała mnie fala wewnętrznej aprobaty, ucho wypełnił szept pochwał.

Już wiedziałem, czego cały dzień szukałem wokół, a czego nie mógł mi ukazać Broadway.

 

 

Następnego dnia pojechałem taksówką. Nigdy wcześniej nie marnowałem pieniędzy na podobne bzdury, ponieważ wszelkie sprawy załatwiałem w okolicy, a do pracy szedłem piechotą, jednak gdy wczesnym popołudniem wyszedłem na ulicę, machnąłem ręką przed maską kierowcy niemal odruchowo i w tamtej chwili wydawało mi się to najnormalniejszą rzeczą pod słońcem.

Lower East Side przywitało mnie szczerbatym uśmiechem nędzy. Krzywiąc się, wyszedłem naprzeciw jego rozpostartym, wychudłym ramionom, pokrytym pyłem z ulicy i smarem z okolicznych fabryk. Opuściłem to miejsce prawie piętnaście lat temu, a patrząc ponuro na odrapane kamienice miałem wrażenie, że nic się nie zmieniło. Ruszyłem główną ulicą, mijając ludzi załatwiających sprawunki w kramikach rozstawionych bezpośrednio na udeptanej ziemi. Europejskie języki unosiły się wokół mnie razem z kłębami kurzu, a ja z każdym krokiem cofałem się o rok. Ściskałem aparat w spoconych dłoniach, lecz ani razu nie spojrzałem przez obiektyw.

Jacob Riis zużył pośród tych zaułków więcej niż jeden film. Ciężko było w to uwierzyć, ponieważ spoglądając na wciąż żywe okruchy mego dzieciństwa, amerykański sen moich rodziców, odnajdywałem tylko pogardę.

Pamiętając rozkład dzielnicy, skręciłem w przecznicę, przy której znajdował się plac zabaw. Kwadrat wyklepanej ziemi. Zatrzymałem przypadkowego dzieciaka.

– Wiesz, gdzie teraz odbywają się walki? – spytałem, błyskając mu przed nosem dwudziestocentówką. Wskazał mi drogę i porwał monetę. Zdążyłem akurat na początek pokazu.

Na dźwięk gwizdka psy spuszczono z łańcuchów. Warcząc wściekle rzuciły się sobie do gardeł. Mężczyźni krzyczeli, stłoczeni w kręgu utworzonym przez rozrzucone worki z piaskiem. Drobne pieniądze przechodziły z rąk do rąk, niektórzy popijali piwo z butelek. Na pewno był wśród nich jakiś bottlegger.

Uniosłem aparat. Znajdowaliśmy się na trzecim piętrze niedokończonej kamienicy. Piętro wypełniało światło nie napotykając żadnych przeszkód. Zwiększyłem przesłonę, wyostrzyłem obraz, dopasowałem czas naświetlania. Wszystko płynnie, pewnie. Gdzieś tam z boku spoglądałem zdumiony własnym profesjonalizmem. Wcześniej kręciłem tymi pokrętłami, kierując się wrodzoną intuicją, lecz teraz nie było miejsca na przypadek. Wypełniła mnie odraza do tamtego młodego człowieka, który planował swe zdjęcia przedłożyć gazetom. Żałosny amator.

Przede mną psy rozrywały sobie zębiskami mięśnie na prowizorycznej arenie. W rozbryzgach śliny pstryknąłem zdjęcie, potem drugie. Jeden z podchmielonych mężczyzn wskazał mnie palcem.

– Hej, co ty wyprawiasz? Wynocha stąd z tym żelastwem!

Pozostali odwrócili się w moją stronę, plując wulgaryzmami. Padły groźby, więc zmyłem się jak niepyszny. Szukałem kolejnej walki, lecz żaden dzieciak nic więcej nie wiedział. Straciłem dolara zupełnie bez sensu. Byłem wściekły, gdy postanowiłem w końcu wrócić do mojego obecnego świata.

Tym razem racjonalnie wybrałem tańszy środek transportu. Na przystanku tramwajowym za parkiem Roosevelta trwało jakieś zamieszanie. Przepchnąłem się przez grupkę gapiów.

Koło torów leżała czarnoskóra kobieta, a raczej to, co z niej zostało po nierównym starciu z tramwajem.

– Pan jest lekarzem? – padło pytanie, gdy wyparłem na przód. W odpowiedzi przykląkłem na chodniku i wyjąłem aparat.

– Chyba nie żyje – dotarł do mnie roztrzęsiony głos. Miał rację, przez rozdartą pierś widziałem serce, zakrwawione szable żeber, gąbczaste płuca. Cząstka mnie odczuwała odrazę, mdłości, resztę opętała niezdrowa ekscytacja. Patrzyłem na zmaltretowany korpus co najmniej pięcioma parami oczu. Obraz rozmywał się i wyostrzał, kiedy pięć różnych osobowości wypływało na powierzchnię, oceniało, po czym znikało, pozostawiając mnie z ogólnym wrażeniem.

– Co też pan wyczynia? – odezwał się ktoś, oburzony moim impertynenckim zachowaniem.

– Zdjęcia dla policji – odparowałem ostro. Drugi raz nie dałem sobie przeszkodzić. – Proszę się odsunąć!

Wykorzystałem całą kliszę, a zanim przyjechali, już mnie tam nie było.

 

 

Alkohol przyjemnie rozlewał się w żyłach. Nie miałem wątpliwości, że zawdzięczam mu tę nową perspektywę. Otworzył drzwi, których sam nie wyważyłbym nawet łomem. Wreszcie zrozumiałem, jak bosy chłopak ze sztetla mógł podbić muzyczne sceny, a potem poślubić amerykańską księżniczkę. Jak biedny, brytyjski imigrant stał się ikoną amerykańskiego gagu. Nie było innego wytłumaczenia.

Mnie też się uda.

Pociągnąłem łyk prosto z butelki, drugą ręką mieszałem zawzięcie czerwony pigment z roztworem gumy arabskiej. Tydzień temu nie znałem tej techniki manipulowania odbitkami, a teraz wiedziałem o niej wszystko. Może nie do końca efekty odpowiadały moim gustom, ale pan Hortons właśnie tego oczekiwał.

Były też rzeczy, których nie rozumiałem. Na przykład nie pamiętałem, bym kupował gumę lub pigment. Wychodząc z mieszkania, otworzyłem szafkę, jakby to zawsze było ich miejsce i włożyłem do torby. Na podłodze zostawiłem bałagan: archiwalne numery pisma fotograficznego Camera Work zmieszane ze strzępami moich starych zdjęć. Podarłem je, wszystkie. Nie wiem, czemu to zrobiłem. W jednej chwili opróżniłem album, rwałem papier w niszczycielskim szale, a zaraz potem patrzyłem tępo na swe bezmyślne dzieło.

Ostrożnie uczuliłem roztwór dwuchromianem potasu. Kolor. Naświetlanie. Płukanie. Cudownie było pracować w ciemni Hortonsa pod jego nieobecność. Tworzyć prawdziwe dzieło sztuki.

 

 

Zapukałem do sfatygowanych piwnicznych drzwi, czując lekki niepokój. Byłem na tyłach kamienicy Hortonsa, za mną wąski zaułek Harlemu tonął w ciemności. Nozdrza wypełniał odór uryny, a ludzie czarni jak demony zlewali się z murami tak, że widać było jedynie białka ich oczu odcinające się od mroku. Minąłem paru takich po drodze. Paskudna sprawa. Nie powinni ich byli nigdy wpuścić na Manhattan.

Niecierpliwie szarpnąłem za klamkę. Drzwi były otwarte.

– Pan Boye, dobry wieczór.

Piwniczka przypominała bardziej surowy salon niż miejsce przechowywania gratów. Pod ścianami stały regały z książkami, podłogę wyłożono grubym dywanem, na którym wokół czarnego stoliczka ustawiono kilka foteli. W każdym siedział jakiś mężczyzna. Matowy blat zajmowała kryształowa karafka oraz cztery kieliszki. Największe zdumienie wywołał u mnie obłożony kamieniem kominek i obraz wiszący nad nim.

Nie miałem pojęcia, na co konkretnie patrzę, na dzieło sztuki czy bohomazy szaleńca. Płótno zdominowała szkarłatna czerwień o różnych stopniach intensywności. Resztą był brąz, zawijasy i plamy z odcienia niebieskoszarości. Przez chwilę zdawało mi się, że dostrzegam w liniach owal twarzy, kontur nosa, może ust. Przełknąłem ślinę. Minimalny ruch głową rozsypał wrażenie w chaotyczne pociągnięcia pędzlem.

Podszedłem bliżej. To nie do końca był obraz, raczej mozaika.

– Podoba się panu? – zagaił Hortons, stając u mego boku. Miał na sobie białą koszulę, której rękawy podwinął aż do łokci. – Przedstawiam panu Las.

Zmrużyłem oczy. W nienajlepszym świetle, jakie dawał komplet żarówek wkręconych w kinkiety dostrzegłem fragmenty materiałów przyklejonych farbą do płótna. Szum w mojej głowie podsunął odpowiednią nazwę: drzewo oskrzelowe. Teraz wyraźnie widziałem gałęzie i pień.

– Ale wróćmy do ważniejszych kwestii. Ma je pan?

Wyjąłem z torby fotografie i podałem mu bez słowa. Starzec przesunął niecierpliwie karafkę, robiąc miejsce na stole.

– Zmodyfikowałeś piktorializm. Stieglitz, nawet ty będziesz pod wrażeniem. – Rzucił porozumiewawcze spojrzenie otyłemu, łysemu dżentelmenowi.

Opadła mi szczęka. Ten Stieglitz? Mężczyzna zauważył moje zdumienie, ponieważ machnął lekceważąco ręką, mówiąc:

– Zbieżność nazwisk.

Hortons najdłużej oceniał moje ulubione dzieło. Kadr obejmował serce w wyłamanej klatce z żeber, niezwykle wyraziste i kruche w swej anatomicznej szczegółowości. Królewski organ. Granice zdjęcia sięgały wyżej, aż do subtelnie rozmytego podbródka i pełnych, leciutko skrzywionych ust, za którymi mogłaby się kryć każda myśl. Do wykończenia użyłem czystej czerwieni.

– Odważnie – ocenił. – Czym farbowałeś?

– Krwią – odważyłem się zażartować.

Hortons spojrzał na mnie uważnie, bez cienia uśmiechu. Ktoś wyszeptał:

– Jakbym słyszał tego aroganckiego rudzielca. Miałeś rację, Gary. To działa. Następny będzie wielki.

– Skąd jesteś, chłopcze? – Znów nie znałem rozmówcy. Wszyscy byli podobni. Stateczni mężczyźni w późnym wieku, marynarki, krawaty, zalane twarze.

– Z Irlandii – bąknąłem. Moja uraza zawisła między nami niemal namacalnie. Nie lubiłem, gdy ktoś wytykał mi pochodzenie. Czułem się przez to mniej amerykański, obcy, niechciany.

– Pozwól ze mną, Morris. Pokażę coś panu. – Hortons zostawił zdjęcia na stoliku, by pozostali mogli je obejrzeć i wskazał drzwi, prowadzące w głąb kamienicy. Minęliśmy napoczęte malowidło, osadzone na sztaludze w rogu saloniku i wyszliśmy na korytarz. – Zapraszam. – Stary fotograf prowadził. – Proszę spojrzeć.

Bielone wapnem ściany, przecięte wąskim przejściem, pokrywały obramowane zdjęcia i obrazy.

Art des organes. Tworzymy nowy nurt w historii sztuki. Rozmawiałem już z właścicielem galerii przy Piątej Alei. Za parę miesięcy, kiedy skompletujemy wystawę, urządzi bankiet zakończony licytacją. Będzie pan sławny, panie Boye, a fotografia wreszcie stanie się wielka.

Z trudem pojmowałem jego słowa. Częściowo dlatego, że nieosiągalna mrzonka w jednej chwili stawała się prawdą, a częściowo było to skutkiem osobliwego, niewytłumaczalnego lęku, który z każdym krokiem rozlewał się po moim ciele, szargając nerwy.

– Proszę. – Otworzył przede mną kolejne drzwi.

Pierwsze skojarzenie, jakie nasunął mi widok białego, wykafelkowanego wnętrza dotyczyło laboratorium lub szpitalnej sali. Ze względu na ilość szklanej aparatury zajmującej każdy cal powierzchni szafek, pomyślałem, że Hortons prezentuje mi swą nielegalną gorzelnię. Pośrodku ciasnego pomieszczenia ustawiono czarny stół, o wymiarach zbliżonych do wysokości przeciętnego człowieka. Przy pojedynczym biurku, pochylony nad stertami papierów ślęczał mężczyzna odziany w biały kitel i maseczkę zasłaniającą jego twarz.

– Usiądź, Morrisie. – Poczułem na ramieniu nacisk dłoni Hortonsa.

Nie chciałem tego robić. Nie podobały mi się skórzane pasy zwisające z brzegu wytartego blatu, ani rynienkowate rzeźbienia i dziura na środku. Nagle mój prawy bok znów przeszył ostry ból, upadłem na kolana.

– Wciąż to samo, fantomowe ataki. Dziwne, że nie ostrzegają się wzajemnie. Podnieście go. – Czyjeś ręce dźwignęły mnie za nogi, inne chwyciły pod ramiona. Porażony bólem nie miałem siły się opierać. Wylądowałem na stole, wówczas ból zniknął. Próbowałem wyszarpnąć się z uścisku, ale było już za późno. Pasy skutecznie unieruchomiły kończyny.

– Dzieło martwego artysty jest więcej warte niż żywego. – Hortons uśmiechnął się sztucznie. – Zaś bimber na bazie wątroby ma ciekawe właściwości.

Spojrzałem na niego oczami zaszczutego zwierzęcia. Serce waliło mi jak oszalałe. Szum rozbrzmiał w głowie piątką podnieconych, zawistnych głosów. Dopuściłem je do siebie i znów zalała mnie ciemność, jak wtedy w mieszkaniu.

– Zaskoczyłeś mnie, Morris – usłyszałem Hortonsa, wciąż stał niedaleko. – Nie spodziewałem się po tobie oddechu świeżości w naszym projekcie. Chciałem cię zwolnić, póki nie zobaczyłem naszej butelki pod twoim łóżkiem. Związałeś mi ręce. Któryś z moich kolegów cię wybrał, a nie zwykliśmy podważać wzajemnych decyzji. Po twoim następcy spodziewam się wiele.

Poczułem ukłucie, potem pieczenie i chłód, gdy wstrzykiwano mi dożylnie jakiś środek. Chlorek potasu, podszepnął bardziej wyedukowany głos. Wszyscy pamiętaliśmy podobny ból w klatce, gdy zwariowało nam serce. Kłucie w boku, kiedy niecierpliwie wycinano wątrobę. Spojrzeliśmy po sobie, sylwetki w ciemnościach. Teraz byliśmy równi, niematerialni. Ameryka dla Amerykanów, wycedził inny głos. Tak, pasowało mi to do Hortonsa.

Na coś czekaliśmy, zdawało się, że przez wieczność. W końcu otworzyliśmy oczy. Na łóżku koło nas leżała butelka Wątrobianej Rosy, z radia ustawionego na parapecie buchał jazz, a głowę kolejnego nieszczęśnika wypełniało to samo, naiwne marzenie o wielkości.

Koniec

Komentarze

Ciekawe opowiadanie i wciągające. Pomysł na alkohol świetny. Na intrygę również ;) Opisy bardzo ładne, zwłaszcza ciemność spadająca jak gilotyna. Znowu pojawia się tramwaj ;)

Ahh spoiler w pierwszym komentarzu! :D

Dziękuję, Sonato, za wizytę i miłe słowo :) W odpowiedzi na SPOILER cicho przytaknę ;) A tramwaj sam tak wskoczył xd Póki nie natknęłam się podczas researchu, że jeździły w tamtych czasach po NYC, nie miałam o tym pojęcia. I oczywiście były żółte :D

A przepraszam, nie wiedziałam, że nie zezwalasz na spojlery. Ja tam wychodzę z założenia, że jak czytelnik coś tam zobaczy w komentarzach to jego wina :D Usunęłam to pytanie.

Nie no nie trzeba było :) Nie ma tak że na coś zezwalam lub nie xd Masz absolutną rację – nie powinno się zaczynać od komentarzy, ale wiadomo jak jest :P

Fajne opowiadanie. Kompletne – z nietypowym pomysłem, fabułą, bohaterem, któremu można kibicować.

Na początku chciałam marudzić, że on nic nie robi sam siebie, butelka nim rządzi, ale mi przeszło.

Babska logika rządzi!

Tekst stoi efektownym, błyskotliwym pomysłem, dobrze ustawionym tempem narracji i nieoczekiwanym twistem, bardzo fajnie dekonstruuje przy tym mit artysty, który natchnienia szuka w butelce. Klik ode mnie. 

Dzięki, dziewczyny :) Za lekturę oraz podzielenie się ze mną wrażeniami :)

Finklo, dobrze że Ci przeszło :D Pod wpływem samego tekstu, czy jakichś przemyśleń?

Pod wpływem tekstu. Końcówka dużo tu daje.

Babska logika rządzi!

yes :)

Przede wszystkim świetny pomysł :), ale historia na nim oparta też mi się podoba. Poza tym bardzo sprawnie napisane, plastyczne opisy i rewelacyjne zakończenie. 

Jestem bardzo zadowolona z lektury i oczywiście klikam bibliotekę :)

Bardzo mi się podobało! Najbardziej historia z przenoszeniem się natchnienia i samych dusz/jaźni artystów między kolejnymi ciałami. Już w trakcie tekstu coś człowiekowi zaczyna świtać, że wiedza i doświadczenie, które posiada bohater, wydaje się nie pochodzić od niego. I to w samo w sobie jest już ciekawe, a do tego jeszcze te plastyczne opisy zdjęć. Zakończenie też świetnie podkreśla całość i jest bardzo satysfakcjonujące… no może nie dla głównego bohatera ;)

Katiu, miło, że wpadłaś :) Bardzo się cieszę, że treść przypadła Ci do gustu. Dziękuję też za kliczka :) Twoje opko konkursowe też mam na oku, na pewno do niego zajrzę ;)

 

Witam też obydwie jurki! Fajny miałyście pomysł na ten konkurs.

Żongler – świetny ten obrazek xD

Wiktorze – dzięki za lekturę :)

 

kasjopejatales – fajnie, że zajrzałaś :)

 

Już w trakcie tekstu coś człowiekowi zaczyna świtać, że wiedza i doświadczenie, które posiada bohater, wydaje się nie pochodzić od niego.

I super, bo właśnie taki efekt starałam się osiągnąć. Dzięki za lekturę oraz za to, że podzieliłaś się wrażeniem :) Bardzo mi miło. Oczywiście życzę Ci też powodzenia w konkursie ;)

A proszę i dziękuję ;)

Ooo… kawał dobrego tekstu! Świetnie napisane, z dobrym, mocnym zakończeniem. Jeśli już bym miała na coś marudzić, to na to, że jakoś słabo odczułam klimat tamtych lat, ale to już subiektywne wrażenie. Pod koniec atmosfera zaczęła robić się coraz bardziej groteskowa, i to na plus. Podobało mi się bardzo :)

Dobrze napisane i płynnie się czytało. Pomysł bardzo fajny i konsekwentnie wykorzystany, wiedziałaś gdzie nas poprowadzić. Początek i końcówka bardzo dobra, w środku miałem może momentami wrażenie, że troszeczkę akcja się dłużyła. 

Niemniej jednak przyjemna lektura.

Silvo, dzięki za komentarz :) Miałam okazję dać ten tekst do przeczytania dwóm osobom – poza CM-em, z których jedna była usatysfakcjonowana z klimatu, druga podobnie jak Ty :) Także to rzeczywiście podchodzi chyba pod osobiste preferencje. Na etapie pisania wydawało mi się, że jest ok.

W każdym razie super, że się podobało.

 

Wita, Edwardzie :)

w środku miałem może momentami wrażenie, że troszeczkę akcja się dłużyła.

Jakbym słyszała (czytała…? xD) CMa. Rzeczywiście potraktowałam tę część jako zaczerpnięcie oddechu, przedstawienie zmiany perspektywy, pobycie chwilę z bohaterem “na spokojnie”. Nie wiem, czy spełniło to swoje zadanie. Jeśli wrzuciłam zbyt niski bieg, to może niekoniecznie, ale nie mnie to oceniać. Mogę co najwyżej wyciągnąć średnią z Waszych wrażeń :)

Dziękuję Ci za lekturę i pozostawienie śladu tej wizyty :)

Jakbym słyszała (czytała…? xD) CMa.

Robisz ze mnie zrzędę! XD

A przecież ja tam naprawdę sporo rzeczy chwaliłem. Jestem prawie pewien, że tak właśnie było. ;-)

A pisząc poważnie, to wpadam tylko z wizytą roboczą kliknąć przeczytane. :)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Bardzo uważnie skonstruowane opowiadanie, świetny pomysł i wpisujący się w dziwnostraszną konwencję finałowy twist. Przeczytałem z niekłamaną przyjemnością, uśmiechając się pod nosem do ładnie rozegranego stereotypu artysty i jego flaszki. Odsłaniasz rozwiązanie nagłej sprawności protagonisty po trochu, rozsypując w tekście ślady jak okruszki. Przewrotny finał każe mi postawić pytanie, co motywowało Hortonsa i spółkę, a właściwie: czy motywowało ich cokolwiek poza chciwością i czy chciwość mogłaby być matką dziedziny sztuk?

 

Mi się.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fajne :)

Przynoszę radość

Robisz ze mnie zrzędę! XD

Jedynie konstruktywnego krytyka xD Polecam tego allegro…betowicza ;)

 

Fiszu,

Przewrotny finał każe mi postawić pytanie, co motywowało Hortonsa i spółkę, a właściwie: czy motywowało ich cokolwiek poza chciwością i czy chciwość mogłaby być matką dziedziny sztuk?

To dość ciekawe pytanie. Jak to zwykle bywa, u podłoża zgromadziło się kilka motywatorów. Raz – zwykły rasizm oraz wrogość skierowana przeciwko imigrantom. Nie mnożyłam wątków na przestrzeni limitu znaków, ale cała zgraja mogłaby należeć do np. Ku Klux Klanu, który w tamtych czasach przeżywał niejako odrodzenie, chociaż relatywnie krótkotrwałe. Chciwość oczywiście to druga sprawa, tuż obok nierzadkiej ambicji utrwalenia swojego nazwiska w nurcie historii. Trzecia sprawa to niejako zwyrodnienie wymienionych w tekście panów – tworzenie mozaiek z flaków..? :)

Czy chciwość mogłaby być matką dziedziny sztuk? – podejrzewam, że nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi.

Dzięki za lekturę, fajne przemyślenia i że przyjemnie spędziłeś czas, śledząc historię Morrisa :)

 

Anet – dzięki heart

 

Na początku akcja rozgrywa się powoli, później coraz bardziej przyspiesza, żeby w zakończeniu “łupnąć” czytelnika prawym sierpowym. Ciekawy pomysł na “wątrobianą rosę”. Nie chcę spojlerować, więc nie wyjaśnię. ;) Dużo weirdu w końcówce, ogólnie – udany tekst.

Dużo weirdu w końcówce

I to jest dobra wiadomość dla mnie :D

Dzięki, ANDO, za wizytę :)

Interesujące ogranie tematu oraz bardzo przemawiające do wyobraźni opisysmiley Podobało mi się.

Cześć, oidrin :) Miło że wpadłaś i fajnie, że się podobało ;)

Świetny tekst, bardzo opisowy. Dobrze grasz nastrojem. :D Moim zdaniem akcja trochę za bardzo zwalnia, gdy Morris spaceruje po mieście i “nic mu się nie podoba”. Poza tym jednak nie zauważyłam żadnych zgrzytów, czytało się bardzo przyjemnie.

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, Verus! :)

Swąd lekarza wyczuwalny jeszcze z półpiętra. ;) Dobry tekst, umiejętnie osadzony w settingu prohibicji za pomocą researchu (choć w paru miejscach miałam momenty zawahania: czy autochtoni wymawiają „Greenwich Village” zamiast samego „Greenwich”?). Kompozycja klasy fachowca, język również – choć tutaj akurat mam poczucie, że dysponujesz techniką, która daje Ci tak solidne podstawy, że możesz już sobie nimi nieco zaszaleć. Wątrobiana rosa pojawia się w bardzo ciekawych okolicznościach. Nie poprzestajesz na zdawkowym rzuceniu hasła jako nazwy alkoholu, na „odczep się”; wątrobiana rosa faktycznie ma tu znaczenie dla całości i gdyby ją stąd wyjąć, całość wymagałaby zapychania dziur logicznych. W związku z tym temat konkursowy uznaję za zrealizowany.

Co do klimatu: w moim odczuciu fragmenty alkoholowo-w-sumie-nie-wiadomo-czy-wręcz-narkotyczne, podczas których Morris nie pamiętał, co się z nimi działo, można było podkręcić – tak, aby tekst zyskał więcej na dziwaczności i odjechaniu od świata rzeczywistego pierwszym pospiesznym (bez biletu).

Swąd lekarza wyczuwalny jeszcze z półpiętra. ;)

To chyba nie jest komplement :D

Dzięki za komentarz, Wiktorio, i za naprawdę bardzo fajny konkurs :)

 

Co do klimatu: w moim odczuciu fragmenty alkoholowo-w-sumie-nie-wiadomo-czy-wręcz-narkotyczne, podczas których Morris nie pamiętał, co się z nimi działo, można było podkręcić – tak, aby tekst zyskał więcej na dziwaczności i odjechaniu od świata rzeczywistego pierwszym pospiesznym (bez biletu).

Czekałam, aż ktoś mi to wytknie :P Pewnie dlatego, że po cichu też zdaję sobie sprawę, że można było wycisnąć z tego więcej, chociaż z drugiej strony zaczynałam się nieco dusić w limicie :)

 

czy autochtoni wymawiają „Greenwich Village” zamiast samego „Greenwich”?

Hmm…ciekawe spostrzeżenie. Akurat w książkach, które przeglądałam oraz stronach w necie nic nie było na ten temat, więc pełną nazwę wrzuciłam poniekąd z automatu.

 

Kompozycja klasy fachowca, język również – choć tutaj akurat mam poczucie, że dysponujesz techniką, która daje Ci tak solidne podstawy, że możesz już sobie nimi nieco zaszaleć.

Raz za barokowo, raz za szaro, masz Ci los. Może w końcu wyceluję w środek.

 

Nowa Fantastyka