- Opowiadanie: Jualari - Wczesnomorowa Przyjaciółka

Wczesnomorowa Przyjaciółka

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wczesnomorowa Przyjaciółka

Janek od lat spędzał Wczesnomór w ten sam sposób: wstawał przed świtem, wędrował do rodzinnych stron i budził swą najdroższą Przyjaciółkę z całorocznej drzemki. Tym razem poniósł porażkę już przy pierwszym punkcie. Nie zdążył dotrzeć na miejsce, nim Wszechwidzący nie przymknął Oka, a świata nie przejęły dziwy.

Choć ocknął się równo z budzikiem, wschód zastał go w łóżku, wciąż walczącego z rozkołysanym od alkoholu organizmem. Po dwóch godzinach dotarł do apteczki oraz zabunkrowanej na jej dnie szamańskiej mikstury kojącej objawy kaca. Zimna woda z szamponem zmyły barowy dym, lecz nie dały rady wyplenić ze zwojów mózgowych tych kilku myśli, które przez całą noc męczyły go bardziej niż tęsknota za Przyjaciółką.

Spakowany zawczasu ekwipunek czekał na niego, merdając przypiętą na karabińczyk karimatą. Janek zamrugał, wyciągnął z kieszeni kutometr. Na okrągłej tarczy miernika brakowało opisu przy podziałkach – pomiar dotyczył jedynie względnych poziomów zagrożenia. Wskazówka kutometru tańczyła na kończącym skalę bordowym obszarze. Dziwne. Nawet w trakcie Wczesnomoru intensywność fluktuacji pól ducha w środku miasta nie powinna być aż tak wysoka. Wygrzebał z szafki podręczny dozownik żywej wody i przypiął go na nadgarstku, tuż pod zegarkiem. Zerknął na godzinę. Zaklął szpetniej, niż sądził, że potrafi. Nigdy aż tak nie bał się, że nawali.

Ledwo pamiętał o zamknięciu mieszkania. Wędrownicze treki zadudniły na drewnianej klatce schodowej, drzwi kamienicy trzasnęły o odbojnik. Nad dachami wisiało zmrużone Oko, w swej przygaszonej czerwieni niepodobne do zwykłego słońca. Janek biegł, owiany ozonem z miejskich zbiorkomów, jednak u wylotu uliczki drogę zatarasował mu zdjęty zgrozą tłum.

Po drugiej stronie opustoszałej alei sunął wysoki na dwadzieścia łokci odkurzacz kolumnowy. Dwadzieścia wystających spod zderzaków nóg simońskich kozłów bojowych stukało racicami o asfalt, wyryte na worku łby obracały się niespokojnie. Oplątane wokół uchwytu kable łopotały na wietrze niczym chorągwie. Wtyczki otarły się o koronę topoli – gałęzie skruszyły, trzasnęły w blaszany kiosk – na stali wykwitły kleksy rdzy, uderzyły w budynek – odmalowana w zeszłym roku elewacja odpadła grubym płatem. Naprzeciwko niszczycielskiej siły tkwiła połyskująca szamańskimi regaliami kobieta, mimo zadyszki ciągnąca wątek pieśni wygnania. Dziwadło bezwiednie zamachnęło się na nią. Błyskawicznie uskoczyła, lecz strącony kokosznik zawirował w powietrzu i z brzdękiem uderzył w krawężnik. Niewzruszona szamanka zamaszystym gestem przypieczętowała pieśń.

Powietrze wokół Janka zadrżało. Druga strona ulicy oddaliła się, jakby pomiędzy gapiami a konfrontacją ustawiono spaczoną soczewkę. Przyszpilony perspektywą odkurzacz zawył, urósł, skurczył, zgniótł, rozprostował, przeobraził w wieczyste piorunodrzewo, wessał sam siebie i zniknął z głośnym „pyk!”. Trwało to krócej niż trzy sekundy. Szamanka podniosła z ziemi prostą, przyziemną wręcz maszynę, bez żadnego śladu po pasażerze na gapę. Trwoga pierzchła. Kobieta uśmiechnęła się do Janka i odebrała od niego zgubioną ozdobę. Nie miał pojęcia, kiedy ją podniósł ani kiedy przebiegł przez szerokie aleje.

– Czyli nie można dzisiaj liczyć na spokój? – zagadał.

– Nie. – Kobieta rozprostowała kokardy zdobiące kokosznik, po czym założyła go na głowę. – To najintensywniejszy Wczesnomór od lat. Dawno nie było zakłóceń tak silnych, by umożliwić Wcześniejszym nie tylko manifestację, ale też opętania. Nie zalecam używać żadnych nowoczesnych technologii, nie przewidzi się, czy kolejny Wcześniejszy nie przemknie w zagięciu pól. – Westchnęła, zmierzyła Janka wzrokiem. – W polis chronią nas osłony Abbassów, ale wolę nie myśleć, co się dzieje na prowincji. Chyba nie wybierasz się w tym rynsztunku na wycieczkę, co?

– Zmierzam do rodzinnych stron. – Spuścił wzrok. – Zaspałem, a moi bliscy wymówek nie przyjmą.

Dookoła nich odżywał ruch uliczny, lecz równie dobrze mogliby być sami na chodniku. Dziś szamanka miała większą władzę niż siły porządkowe – jednym gestem mogła go odesłać do mieszkania. Coś zalśniło w jej błękitnych oczach. Widziała, że jego serce rwie się w dal.

– Nie skupiaj się na niczym, zwłaszcza jeśli w to wierzysz – powiedziała wreszcie. –Jeśli wyjdziesz z dróg Abbasów jako karaluch, to sam żeś sobie winien.

– Prewencyjny ateizm.

– Raczej agnostycyzm. Jako śpiewa bard: „w Osserii trudno nie wierzyć w nic”.

Janek podziękował za radę. Odszedł, bezwiednie modląc się o podróż bez przygód. Wiorsta dzieląca jego kwaterę od Siedziby Stwórców jeszcze nigdy nie była taka długa.

Turbulencje pól oraz przymknięte Oko odsłoniły, co zwykle skryte przed ludzkim okiem. Zza taśm blokujących wejście do mijanej kawiarni Janek ujrzał klauna szwendającego się od ściany do ściany lokalu. Olbrzymie stopy na zmianę uderzały w pustkę lub wnikały w kawiarniane stoliki. Wokół błazna po pokracznych orbitach krążyły glazurowane pączki, rozkruszone makaroniki i ociekające bitą śmietaną eklerki. Obsługa cukierni kuliła się na chodniku, zdjęta nienaturalną rozpaczą, kierowniczka przez łzy próbowała rozmawiać ze służbami porządkowymi. Sytuacja powtarzała się co parę budynków: naginający zasady świata stwór (czasem bezcielesny, czasem skryty w przedmiocie), porażeni bezradnością wobec jego wpływu ludzie i stojący w bezpiecznym dystansie gapie. Nad tym wszystkim próbowali zapanować szamani, gotujący się pod swym kostiumami, miedzianymi ozdobami oraz koralikami z kości. Twarze lśniły wycieńczeniem, chociaż dzień ledwo się zaczął.

„Ależ im zazdrościsz!”. Słowa zagrzmiały w mózgu Janka, napełniając go pogardą wobec samego siebie. W studzience ściekowej u jego stóp błysnęło cyklopie oko. Prysnął żywą wodą prosto w jej lśniące białko. Bezdźwięczne wycie eksplodowało w umyśle mężczyzny, ale szyderczy głosik ucichł.

Siedziba Stwórców wyrastała pomiędzy postkolonialnymi gmachami na podobieństwo głazu wrzuconego pomiędzy domki dla lalek. Janek stanął przed iglicą w oznaczonym miejscu, spojrzał w głębię kryształu. Ludzka sylwetka odbiła się w czerni niczym we wzburzonym morzu; wodny wir porwał ją i przeistoczył w łypiące fioletem oko.

– Janekort Khgrat, lat trzydzieści, miejsce urodzenia: Grapa, obszar polis kwiecińskiego – wyrecytował beznamiętny głos.

– Potwierdzam.

– Potwierdź następujące dane wrażliwe.

Odźwierny wniknął do jego uszu i zaczął wymieniać te fakty z życiorysu, o których Janek najbardziej chciałby zapomnieć. Potwierdził. Oko się rozszerzyło, czekając na podanie celu wizyty.

– Proszę o podróż.

– Zalecane jest odroczenie podróży. Abbass nie jest w stanie uchronić przed zajściem procesów takich jak spaczenie, wtopienie, przeinaczenie. Czy mimo to kontynuować?

– Proszę, po prostu zabierzcie mnie do domu.

Oko zmrużyło się, kalkulując niepojęte liczby i niezliczone zmienne. Mrugnęło, przekręciło się do pionu i pomknęło w głąb bryły, pozostawiając za sobą szczelinę. Janek wkroczył w mrok. 

Biegnące wzdłuż onyksowych ścian sznury światła prowadziły przybysza ku czeluściom Siedziby. Nogi świerzbiły, by zboczyć z wytyczonej trasy i sprawdzić, dokąd prowadzą zaciemnione korytarze. Mógłby dojść do sali osądów, gdzie rozsądzano najwrażliwsze spory. Mógł wkroczyć do jednego z laboratoriów, w których przed tysiącleciami stworzono istoty żywe poprzez uwięzienie w materii Wcześniejszych. W końcu mógłby zabłądzić do serca labiryntu, w którym powitałųby go gospodarzyn tego miejsca, pochodzącų z kosmicznych otchłani Abbass. Może by spróbował, gdyby nie oczekująca Przyjaciółka.

Po trzystu piętnastu krokach Janek dotarł do oznaczonej piktogramem niszy. Ostrożnie wpasował się w szczelinę, spróbował rozluźnić członki i nie panikować, gdy do płuc zamiast powietrza wdarł się szklisty gaz. Opar wycisnął z trzewi coś więcej niż oddech. Spomiędzy warg wymknęła się srebrna mgiełka ducha i opatuliła ciało niczym wełniana skarpeta. Ciemność połknęła Janka i poniosła w dół, ku drogom Abbassów.

Wydrążone przed tysiącleciami tunele zostały udostępnione ludziom zaledwie kilkanaście lat temu i nikt nie dał rady do nich przywyknąć. Pozornie tkwił samotnie w absolutnym mroku, otoczony kokonem z własnego ducha, lecz czuł naprężenia pól od mijanych bytów, a ich podszepty zalewały ogłupiały od braku bodźców umysł. Abbassy przybywały na pustą planetę w swych czarniejszych od nocy iglicach i wywracały na nice zastany porządek, tworząc kamienie, zwierzęta, ludzi. Wcześniejsi po eonach oczekiwania zalewali świat magmą, przywracając Siamein pierwotny kształt, topiąc kamienie, zwierzęta, ludzi. Bezmyślne kosmiczne otchłanie przeplatały się z ognistym rdzeniem planety, a zewsząd dochodziło czułe nawoływanie. Poddaj się nam, a damy ci to, o czym od lat marzysz. Daj nam posmakować kresu. Daj nam zgniliznę, mech, swą marność, kruchość i…

Przygryzł wargę, ból rozproszył majaki. Przyjaciółka nie składała czczych obietnic. Wytężył pamięć i odtworzył w pamięci odpowiednie wyjście z podziemi – monolit pośrodku jabłonnego sadu. Wiodąca od niego ścieżka z jednej strony prowadziła ku prześwitowi oraz malującej się za nim wsi, z drugiej – niknęła w leśnym szlaku, leniwie wspinającym się aż do szczytu Hołubiny. Przypomniał sobie szmer kamieni i liści kłócących się z płotami chałup; uczepił się tego dźwięku i nasłuchiwał każdego jego echa. Wtem nawoływanie zamieniło się w kakofonię, bezruch w otępiający pęd, twarz uderzyła w trawę. Dusza z klaśnięciem powróciła do ciała. Janko wypluł ziemię, przeturlał się na plecy i spojrzał na górujący nad nim głaz, otoczony aureolą ukwieconych gałęzi.

Zerknął na zegarek. Jeśli podróż go nie rozregulowała, to w ciągu godziny pokonał ponad siedemset wiorst. Cóż, nawet bluźniercze wizje były lepsze od choroby lokomocyjnej.

We wsi zapiszczał klakson. Furgonetka z obwoźnym sklepikiem przetoczyła się przez pylistą, opustoszałą drogę i zaparkowała przy najbliższej prześwitowi chałupie Grhuzów. Stary Marko wysunął się z kabiny i pobiegł do domu. Ledwo zatrzasnął drzwi, ganek wpadła chmara indyków. Ich pióra połyskiwały ultramaryną, gulgot pobrzękiwał dzwoneczkami. Doskakiwały do klamki, upominając się o zaproszenie. Mignęła druga głowa, trzecie skrzydło. Z odsłoniętych kuprów pączkowały kolejne ptaki, w mgnieniu oka zalały taras i wzniosły się aż do gontów poddasza. Z okienka na strych wychylił się syn Marka i konewką podlał pierzaste grzbiety. Ptaki wszczęły tumult, pierzchając przed żywą wodą; zakłębiły się, zbiły i na ulicę wyleciał już jeden olbrzymi indor. 

Mieszkańcy Grapy musieli radzić sobie z Wcześniejszymi bez szamańskich pieśni albo otrzymanych od Abbassów technologii. Pamiętali, co Wcześniejsi potrafili zrobić z napotkanym pechowcem. Nazwa „Wczesnomór” przestawała wydawać się nazbyt makabryczna.

Kilkaset kroków dzieliło Janka od rodzinnego obejścia, od znajomej obory i pobliźnionego jego pierwszą finką stołu. Ostatni raz zerknął na opustoszałą wieś, po czym ruszył w przeciwną stronę.

Pierwszy odcinek drogi wiódł przez szlak turystyczny. Wkopane co kilkadziesiąt kroków czarne tabliczki odgradzały wędrowców od błądzących dziwów. Cisza przyprawiała o dreszcze – wiatr milczał, a zwierzyna siedziała w norach, spłoszona Wcześniejszymi. Janek z ulgą zauważył przepołowioną piorunem sosnę, znaczącą szóstą wiorstę. Zaczął węszyć, aż nie wyczuł znajomej, metalicznej woni. Poprawił plecak i ruszył ku jej źródłu, wchodząc na ukrytą między pokrzywami ścieżkę.

Szedł wzdłuż niedźwiedzich tropów wzdłuż skarp, przez stromizny i uskoki. Szedł wzdłuż tygrysich śladów, lawirując między nienasyconymi paszczami rosiczkrów. Szedł wzdłuż soków ciągniętej przez kilometry padliny, stąpając po dywanie z pleśni. Nie spuszczał wzroku ze smugi wydeptanej dróżki. Ilekroć pnie drżały od czyjejś obecności, Janko przystawał, zamykał oczy i czekał, aż w ścięgnach wybrzmią naprężenia pól. Postoje były częstsze niżli kiedykolwiek wcześniej, umysł walczył z próbami wywrócenia na nice, serce łkało. W końcu wkroczył na błoto, które była tylko błotem. Sprawdził odczyt kutometru, wskazówka drgała delikatnie na zielonym polu. W końcu dotarł do domu.

Nad zboczami Zwęziny wisiało zmrużające się do snu Oko. Powierzchnia jeziora na drugim końcu parowu zalśniła w ostatnich promieniach jak światełka, do których ponoć duch umyka z martwego mięcha. Makabryczne skojarzenie pierzchło po pierwszym spojrzeniu na schowaną między głazami i umajoną girlandą bluszczu Przyjaciółkę.

– Już się bałam, że mnie porzuciłeś – westchnęła z zaśpiewem godnym jej szlachetnego stopu.

Poddał się napierającej na jego umysł uldze. Usiadł obok ułamanego koła, pogładził czule rzeźbiony na kształt raroga uchwyt z czułością godną prawdziwemu zwierzęciu.

– Przecież wiesz, że zawsze do ciebie wracam.

 

*

 

Byty na Siamein można uporządkować według dwóch czynników: ciała i ducha. Wcześniejsi to czysty duch, dzięki czemu tak łatwo przychodzi im manipulowanie mocami powstającymi na styku pól ducha. Abbassy są odporne na te sztuczki, a do kształtowania świata potrzebowały kontrolujących pól technologii, jednak nigdy nie potwierdzono, czy składają się wyłącznie z bezdusznej materii. Wszystkie pozostałe istoty: ludzie, psy, kamienie, rzeki czy każdy wyciosany ludzkimi rękami świątek – miały w sobie oba wspominane aspekty. Każdy byt funkcjonował inaczej, rozumował odmiennie, a porozumieć się pomiędzy podziałami potrafili jedynie szamani… lub ci, którzy mieli się nimi dopiero stać. W Janku nadal tliła się iskra nadziei, że właśnie dlatego słyszy Przyjaciółkę.

Gdy dwie dekady temu banda wiejskich dzieciaków zmierzała nad jezioro przez Zwęzinę, tylko on przysiadł przy kołach znalezionej haubicy górskiej, zasłuchany w sączący się z lufy głos. Chociaż już wtedy znał historię wojen ossersko-simońskich oraz bitew w tym rejonie, czuł, że Przyjaciółka jest starsza niż data wybita na jej korpusie. Wiedziała wszystko i potrafiła odpowiedzieć na każde jego pytanie. Zatęsknił za nią już następnego dnia. Przez następne miesiące wracał do niej przy każdej okazji, ignorując, że odblaski na krawędziach pól oślepiały go, a dziwne szmery zagłuszały słowa bliskich. Jednak wbrew wszystkim znakom szamański dar nie spłynął na niego ani tamtego lata, ani przez kolejne jesienie. W końcu zamilkła także Przyjaciółka, ożywając jedynie w ten jeden, jedyny, wyczekany dzień. Rokrocznie niewytłumaczalny zew ciągnął go do Zwęziny. Zawsze niósł w sercu nadzieje, w głowie pytania, a grubymi podeszwami treków deptał oczywiste konkluzje.

Jednak wczorajsza noc to zmieniła. Pomiędzy barowymi stolikami sączyła się rozmowa szamanów z różnych plemion, porównujących swoje historie z wczesnomorowego frontu. Nawet po wyjściu swoich znajomych Janek zamawiał kolejne trunki, byleby mieć pretekst do podsłuchania jeszcze jednej opowieści. W jego uszach wspominane głazy zmieniały się w brąz, a obłęd w tęsknotę. W końcu trafił na spoiwo pytania, od którego najwyraźniej już nie było ucieczki. 

 

 

*

 

Nie spieszył się. Wolał trwać, z głową na zwiniętym plecaku, chłodem nocy muskającym skórę, zatopiony w rozmowie o wędrówkach gwiazd na nocnym niebie. Zasnąłby, lecz Przyjaciółka czuwała.

– Zadajże swoje pytanie – upomniała go, gdy już ledwo widział jej zarys w ciemności. – Daj memu skrzepłemu rozumowi się zrekrystalizować.

Jakże miał zagrać na zwłokę w rozmowie z kimś, kto wie wszystko?

– Ja… ja wczoraj piłem.

– Marzyłeś – poprawiła go. Znał wiersz, z którego zaczerpnęła ten cytat, sam go jej czytał kilka lat temu.

– Może. Jednak obok mnie marzyli intensywniej, i teraz nie wiem, czy… – Przygryzł wargę. – Miałem już przygotowane pytanie, przysięgam, że miałem…

– Wolę pytanie wymarzone niźli wymyślone.

Słowa ugrzęzły w gardle, jakby się wstydziły wychodzić na świat. Mógł to ująć zwięźle, w pięciu słowach streszczając trzy godziny sporu. Mógł zrelacjonować całą dyskusję, począwszy od dywagacji o odczuwaniu bólu przez przycisk do papieru, po porównywanie szamańskich pieśni i teorii naukowych dotyczących celowości działań Wcześniejszych w trakcie Wczesnomoru oraz całej reszty roku. Mógł lać wodę, przelać nawet całe jezioro, nie dochodząc do konkluzji. Mógł mówić aż do wzejścia Oka ponad szczelinę, by Przyjaciółka mogła odpowiedzieć dopiero w przyszłym roku.

– No pytajże! – ponagliła. Instynkt wygrał.

– Czy Wcześniejsi w coś wierzą?

Koła zaskrzypiały w raptownej ciszy. Janek poczuł, że spada.

– Czemu o to pytasz?

– Bo tak wybrałaś. – Rumieniec zalśnił w ciemności. – Ja… Chciałbym wierzyć, że stoi za tym całym dzisiejszym, wczesnomorowym chaosem coś więcej.

– Jesteś człowiekiem wielkiej wiary.

Przytaknął bezwiednie, próbując poskromić wijący się w nim niepokój.

– W nic nie wierzę – oznajmiła. – Ja jeno wiem.

– Nie wierzysz nawet w Abbassy i Wcześniejszych?

Pokręciła skrajem głowicy jak nauczyciel odkrywający, że wybitny uczeń zawalił najprostsze dyktando.

– Jeśli coś istnieje, to nie da się w to wierzyć.

– A we Wszechwidzącego?

– Wiem, że Siamein kręci się wokół Oka. Nie wiem, czy jest ono czyjeś. Nie wiem, czy ta obecność lub jej brak jakkolwiek wpływała na słoneczne promienie albo przebieg dzisiejszego święta. Nie mogę tego zbadać ni osądzić, więc mnie to nie obchodzi.

Janek powtórzył sobie ostatnie kilka zdań, próbując wymyślić kolejne pytanie. Zamrugał.

– Ale… – zaczął niepewnie – Ja nie pytałem o ciebie…

Rygiel Przyjaciółki opadł w zakłopotaniu.

– …Nie?

Wróciły poranne podejrzenia, wiedza o działaniu świata, powątpiewające spojrzenia bliskich oraz wszystko, co przez lata odrzucał. Strumień blokowanych przez ponad dwie dekady wniosków wbił Janka w ziemię.

– Przecież jesteś duchem haubicy! – spróbował po raz ostatni zakląć rzeczywistość. – Czemu inaczej byłabyś akurat haubicą!?

– Stać cię na więcej wyobraźni, Janku. – Jej głos zadrżał rozbawieniem.

– Czyli jednak w coś wierzysz. – stwierdził cicho. – We mnie.

 

Od razu pojął, że to był błąd.

Przyjaciółka wybuchła śmiechem. Echo w szczelinie zawtórowało jej raz, drugi, aż ogłuszyła go histeryczna kanonada. Ostry wiatr potoczył się przez szczelinę, porywając okrywającą Janka kurtkę. Przełęcz wybuchła. Harmider bezboleśnie odłamywał kawałeczki jego ciała i ducha, niosąc hen, w dół tunelu, ku światłu. 

Zadudniły rozkazy. Wystrzeliły górskie działa. Pył uniósł się z trafionej galerii strzeleckiej wydrążonego w granicie fortu. Na okryty chmurą stok wypełzły dziesiątki pokracznych, półludzkich stworów. Beszczyni. Kawaleria górska przeciwnika pomknęła im na spotkanie. Koźle racice uderzały w półki skalne przy wspinaczce, lance jeźdźców trzaskały o kamień. Janko tkwił w środku bitewnego rejwachu, chociaż wcale go tam nie było. Słyszał i widział wszystko, lecz nie miał w sobie niczego, co mogłoby zadrżeć od fal dźwiękowych lub ogrzać się od ognia. Prawdziwe wydawały się wyłącznie morelowe kłęby nadziei oraz kwaskowy aromat urywanych marzeń. Nie musiał po nie sięgać, by pokierować ich rozlewem lub zdusić je w zarodku. Wiedział zadość. Nie rozumiał niczego. Nie musiał.

Słyszał frazę, powtarzaną raz za razem, jednym tempem, jednym tonem, niczym zaklęcie. Janek zadrżał. Skandujący artylerzysta patrzył wprost na niego. Słowa rezonowały z jego jestestwem, kierując go ku rurze na ażurowych kołach, ciągnącej za sobą jaszczurzy ogon z żelaza. Niepojęta siła wcisnęła go w wakanse brązu, jakby był wzbogacającym stop metafizycznym roztworem.

Świat naparł na niego. Otoczył go szczypiący dym, zalewający płuca i lufy jak lotna rozpacz. Podpalany lont oparzył tył. Pomiędzy ziarnami prochu przeskoczyła bystro iskra, roznosząc żar. Brzuszysko nadęły siły próbujące przeć naprzód mimo zatorów. Rozdzierający wybuch posłał go w wychłodzone ciało, porzucone na cienkiej karimacie. Spojrzenie wschodzącego Oka malowało nieboskłon różem. Cisza otuliła szczelinę, odgradzając ją od przeszłości oraz teraźniejszości. W środku pozostały dwie istoty: naiwny człowiek i zaklęta haubica.

Duchy przedmiotów miewają dziwne nawyki. Czasami łowią zagubione wspomnienia i z nudów tworzą olbrzymie kolekcje. Bitwa sprzed prawie czterystu lat pomiędzy osławionymi zmiennokształtnymi wojownikami Iskierów a czarnowładcą służącym w armii Królestwa Simonii nie byłby pewnie najdziwniejszą rzeczą, którą Przyjaciółka skrywała w swych archiwach. Wrzucenie kumpla w środek zwidu nie musiało wynikać ze złej woli. Janko wciągnął powietrze. Jeszcze na początku tej nocy uwierzyłby w to. Przyjaciółka nigdy go nie okłamała – rewelacyjnie sam ją w tym wyręczał.

– Przyjaciele nie robią takich rzeczy – wyszeptał.

– Na co słowa marnować, skoro pokazać można. Pojąłeś, czemu to pokazałam?

Zacisnął pięści, wymruczał zaprzeczenie.

– Ponieważ słowo tego nie odda – ciągnęła, kręcąc ogonem jak zniecierpliwiony kot. – Bez materialnej kotwicy postrzega się inaczej. Widzi się wszystko, ale wszystko jest nieważnym. Wiem, co jest dookoła, co mam zrobić, i to robię. Nie trzeba… chcieć. – Raptownie urwała. – Pamięć ciała pewno zakłamywała ci odczucia. Janko, ciebie już tam nie ma. Janko?

Nie usłyszał jej słów. Dłoń zawisła nad nadgarstkiem, muskając piskawkę. Zapętlona pozytywka w głowie powtarzała: „przyjaciele nie karmią się twoją wiarą, ukarz ją”, lecz czy były to jego słowa, czy kolejny intruz?

Zamknął oczy i nacisnął spust. 

– Janku, to było głupie.

Nie poczuł żadnej różnicy w sobie, jedynie wokół siebie. Pierzchł aksamitny całun błogości, okrywający go od wczorajszego popołudnia; świat stał się równie nieznośny, jak zwykle. Woda ściekała z niego potokiem, jakby zawartość zbiorniczka wymieszała się z powstrzymywanymi od lat łzami. 

– Nie wierz, że jeszcze tu wrócę – zadeklarował. 

Przyjaciółka westchnęła całą długością lufy.

– Nie muszę – rzuciła z przekorą. – Przecież to wiem.

Zza grani wyjrzało lśniące złotą źrenicą Oko, a jego promienie odbiły się od brązu. Przyjaciółka zastygła, na powrót stając się porzuconym przed stuleciami wojskowym złomem z rozdartą lufą. Wczesnomór dobiegł końca.

Janko starł rękawem żywą wodę z twarzy. Po chwili wahania ruszył w dół tunelu, zbierając rozrzucony po parowie sprzęt. Zaśmiał się pod nosem. Szkoda, że swej nadziei już tam nie znajdzie.

Koniec

Komentarze

Bardzo efektowny światotwórczo, pomysłowy tekst, napisany z dużą wyobraźnią i twórczy. Fabuła wydaje się momentami nieco rozciągnięta (obiektywnie niewiele się tu dzieje), ale zupełnie mi to nie przeszkadzało: czytałam spokojnie, powoli, żeby jeszcze chwilę podziwić się stworzonemu przez autorkę światu. Klik ode mnie.

Frapujące światotworzenie, takie, które zaprasza do zwiedzania i odkrywania, co jeszcze intrygującego skrywa wyobraźnia autora. Powód, dla którego tak naprawdę zacząłem czytać fantastykę to właśnie te odmienne, wyobrażone światy. Twój Siamein zaprasza, sprawnie opisany (lubię neologizmy, jeśli coś się za nimi kryje – u Ciebie tak jest), zachęca i zostawia niedosyt: chciałbym przeczytać dłuższą, bardziej angażującą historię osadzoną w tych realiach.

Bo historia jest u ciebie pretekstowa, drobna i służąca praktycznie tylko ekspozycji świata.

Gdzieś tam mignęło mi kilka literówek, ale byłem tak zajęty czytaniem, że prawie nie zwróciłem na nie uwagi.

 

Czy planujesz jeszcze jakieś opowiadania w tym świecie?

 

Klik do Biblioteki.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przepraszam za zwłokę w odpowiedziach, zżarła mnie trema.

 

ninedin, PsychoFish, wisielec i Wiktorze Orłowski – dziękuję za kliki do biblioteki!

 

ninedin, PsychoFish – dziękuję za dobre słowo i ciesze się, że podobało wam się światotwórstwo :) Skupiłam się przy pisaniu przy kreśleniu klimatu i aury “znajomej obcości”, cieszę się, że zadziałało. 

Drugim elementem miała być obserwacja, jak bohater uświadamia sobie, jak długo sam siebie okłamywał, jak bardzo nie chce tego dopuścić do siebie i co z tym robi – biorąc pod uwagę feedback to już nie wyszło tak dobrze, przytłoczone resztą. Szkoda, ale to ważna lekcja pisarska.

 

PsychoFish – tak, pracuję nad Siamein od jakiegoś czasu, a to opowiadanie było zasadniczo pierwszą próbą osadzenia jakiejś historii poza głównym “rdzeniem” przewidzianej fabuły, by przetestować, czy świat działa w oderwaniu od bohaterów i lokalizacji. 

To koniecznie daj znać, jeśli ponownie pojawi się opowiadanie o tym świecie. Rozegranie motywu szamańskiego i wierzeń animistycznych w ten sposób wydaje się mieć spory potencjał.

Powodzenia!

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish – nie omieszkam :D Dziękuję! 

Nieźle się czytało :)

Przynoszę radość

O, fajne to. Podobnie jak przedpiścy mam wrażenie, że powoli tocząca się fabuła jest raczej pretekstem do pokazania świata, który wymyśliłaś, ale nie przeszkadza to bardzo. Pomysł ma ręce i nogi, a światotwórstwo wyszło ciekawie. Udana lektura, zgłaszam klika.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Anet – dobrze to słyszeć :D

 

sy – Dziękuję za dobre słowo i ten ostatni klik oraz nie-dziękuję za życzenia ;)

Zgodzę się z poprzednikami, że tekst światotwórczo jest świetny, choć realnej fabuły tu niewiele. Bardziej powiedziałabym, że to sfabularyzowany opis świata, jednak i to mi nie przeszkadzało. Chętnie wręcz poczytałabym więcej. Napisany również poprawnie i ładnie, choć widać literówki i powtórzenia, na przykład tutaj:

 

Turbulencje pól oraz przymknięte Oko odsłoniły, co zwykle skryte przed ludzkim okiem.

I to również nie zabrzmiało zbyt dobrze moim zdaniem, choć może było zamierzone:

 

Abbassy przybywały na pustą planetę w swych czarniejszych od nocy iglicach i wywracały na nice zastany porządek, tworząc kamienie, zwierzęta, ludzi. Wcześniejsi po eonach oczekiwania zalewali świat magmą, przywracając Siamein pierwotny kształt, topiąc kamienie, zwierzęta, ludzi.

Ale to tylko drobne zgrzytnięcia, możesz spróbować je poprawić po konkursie. :D Opowiadanie bardzo mi się podobało. ;)

 

Zostaw ten żyrandol.

aż nie wczuł znajomej, metalicznej woni

Literówka?

 

ożywając jedynie w tej jeden

Ponownie

 

Przyznam szczerze, że nie jestem fanką tak rozwiniętego, bogatego światotwórstwa w tak krótkich tekstach – szybko się gubię i tekst zdaje mi się bardziej ekspozycją niż pełną historią. Styl też miejscami wydawał mi się nieco zbyt “rozbuchany”. 

Nie zmienia to jednak faktu, że zbudowany przez ciebie świat wydaje się niesamowicie ciekawy i bogaty. Bardzo podoba mi się pomysł na załamania w rzeczywistości i rolę szamanów. Pięknie wpasowuje się to w klimat weirdu, a zarazem tworzy niebezpieczny, barwny świat w którym wszystko może się wydarzyć. Jestem pod dużym wrażeniem twojej wyobraźni i myślę, że w dłuższym tekście, z mniejszym “zagęszczeniem” ekspozycji i nowych nazw, mogłabym wsiąknąć. I jestem naprawdę ciekawa w jakim kierunku pójdzie Siamein. 

Świat niezwykle interesujący, język ciekawy, chociaż akcja w pewnym momencie troszkę ustępuje samej ekspozycji. Powstanie coś jeszcze w tej konwencji? Bo czytałabym smiley

Sam sposób zawiązania akcji uznałam za nieprzemyślany i logicznie niespójny (Janek miał przecież na rano questa, który był dla niego cholernie ważny – dlaczego więc w takiej sytuacji pozwolił sobie na wieczorne picie?), więc kiedy całkiem gładko z niego wybrnęłaś, poczułam się mentalnie lepiej. Bo to była chyba jedyna rzecz, do której mogłabym się tu przyczepić; cała reszta kupiła mnie po całości.

Światotwórstwo i świadoma kreacja języka stoją tu na poziomie wręcz profesjonalnym. Jeśli nie znasz cyklu „Ostatnia Rzeczpospolita” T. Kołodziejczaka, to serdecznie polecam – w równie wdzięczny sposób kreuje trafne neologizmy, myślę, że z uwagi na samą warstwę językową może Ci się podobać. Dialogi w punkt, skąpe (z racji przyjętej kompozycji), ale w punkt. Miałam przez pewien czas lekkie obawy, że opowieść nie wyjdzie poza ramę nakreślenia świetnego landskejpu, nie włączy elementu przeżyć osobistych bohatera i pola do otwarcia dyskusji (czytelnika samego z sobą we własnej głowie, czyli najlepszego rodzaju dyskusji, jaką autor może wzbudzić). A jednak robi to, zarazem nie idąc w skrajność i wykład filozoficzny.

Agnostyczna haubica jest. Nie wciskasz jej na odczepnego w jednym zdawkowym zdaniu, czynisz z niej kluczowy element fabuły i wręcz autonomiczną bohaterkę. Na podstawie jednego bzdurnego hasła stworzyłaś świat zachwycająco kompletny i osadziłaś w nim historię prostą, ale dającą do myślenia. O właśnie takie teksty konkursowe nic nie robiłam (no, może poza konkursem).

Jeśli jest to Twoje już eksplorowane uniwersum, do którego tak sprytnie dokręciłaś konkursowe hasło – to chapeaux bas, z chęcią przeczytam coś jeszcze.

Jeśli jest to rzecz zupełnie nowa, stworzona na potrzeby tego konkursu – bardzo mi miło, że to zrobiłaś, i z chęcią przeczytam coś więcej, jeśli zechcesz ten motyw eksplorować. Gratuluję wyróżnienia!

Ech, znowu wir życia mnie porwał i odpowiadam ciut poniewczasie, ba, po konkursie: 

 

Verus – cieszę się, że podobała Ci się lektura oraz dziękuję za uwagi :) Nazywanie Słońca Okiem skomplikowało opisy bardziej, niż się spodziewałam (np. osłonić oczy przed Okiem? serio?), pozostałe wskazane akapity pewnie trafią na warsztat przy redakcji, bo faktycznie zabrakło im lotności :/

 

Artemisia – dziękuję za uwagi, skoro już po rozstrzygnięciu– naniosłam je na tekst :) Dziękuję też za tak szerokie wskazanie ciekawych dla Ciebie elementów świata przedstawionego; dzięki temu i pozostałym komentarzom zaczynam wierzyć że warto się kontynuować ten projekt.

 

oidrin – tak, na pewno coś stworzę w tym świecie, ale co do samej konwencji nie obiecuję ;)

 

Nowa Fantastyka