- Opowiadanie: empatia - Zbędna sprawność

Zbędna sprawność

W pierwszej kolejności ser­decz­ne po­dzię­ko­wa­nia dla Bemik za nie­usta­ją­ce wspar­cie oraz dla Ilu­zji za dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ny ta­niec z wal­cem;) Bar­dzo ni­skie ukło­ny dla obu Pań.

Wy­lo­so­wa­ne hasło: „Zbęd­na spraw­ność” - oka­za­ło się ide­al­ne dla kon­cep­cji, która już dawno we mnie sie­dzia­ła – ob­ra­zu­je pro­ble­ma­ty­kę opi­sy­wa­ne­go świa­ta jak i dy­le­ma­ty jed­ne­go z bo­ha­te­rów. To dla­te­go tytuł opo­wia­da­nia nie mógł być inny.

Uwaga: wul­ga­ry­zmy obec­ne w dia­lo­gach są środ­kiem wy­ra­zu, znaj­du­ją się wy­łącz­nie w pierw­szej czę­ści opo­wia­da­nia i do­ty­czą tylko jed­nej po­sta­ci. Wraż­liw­ców z góry prze­pra­szam.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Zbędna sprawność

A pro­mień świa­tła, który słoń­ce rzuci,

Na szum­nej morza igra­jąc to­pie­li

Nie tonie, tylko w tęczę się roz­dzie­li

I znowu w niebo, skąd wy­szedł, po­wró­ci.

 „Rozum i wiara” Adam Mic­kie­wicz

 

 

– Czego chcesz, do dia­bła?! – wrza­snął prze­ra­żo­ny. Leżał w ka­łu­ży, z tru­dem pod­pie­ra­jąc się jedną ręką. Drugą wy­sta­wił przed sie­bie. Na co li­czył Jim? Że bła­gal­ny gest za­dzia­ła? Uchro­ni go przed na­past­ni­kiem?

Uczu­cie bez­rad­no­ści na­ra­sta­ło z każdą se­kun­dą. Jesz­cze chwi­lę temu Jim­mie wy­da­wał po­le­ce­nia, któ­rym nikt się nie sprze­ci­wiał. Kiedy uwie­rzył, że jest bo­giem? Dla­cze­go dotąd do­sta­wał wszyst­ko, czego chciał? Czemu teraz cu­dow­na moc ode­szła? – py­ta­nia roiły się w gło­wie, a on na żadne nie znał od­po­wie­dzi. – Jak to, do kurwy nędzy, moż­li­we?!

*

Pół go­dzi­ny temu wy­szedł z przy­ję­cia. Zwy­czaj­ne­go, do­bro­czyn­ne­go, ja­kich wiele urzą­dzał ostat­ni­mi laty. Jak zwy­kle otrzy­mał do­kład­nie to, o co pro­sił. Tak, po­pro­sił. Po­tra­fił pro­sić jak nikt na świe­cie. Taka kur­tu­azyj­na forma przy­cho­dzi­ła mu z ła­two­ścią. Dawno już od­krył, że lu­dzie chęt­niej współ­dzia­ła­ją, gdy nie czują się zmu­sza­ni, gdy im się wy­da­je, że robią coś z wła­snej woli, że po­ma­ga­ją innym. Czy do­my­śla­li się, na co tak na­praw­dę idą te wszyst­kie pie­nią­dze? Szcze­rze wąt­pił i mało go to ob­cho­dzi­ło.

Ważne było, że Jim miał opi­nię sku­tecz­ne­go biz­nes­me­na i fi­lan­tro­pa. Opty­mal­ny wi­ze­ru­nek wy­pra­co­wał lata temu i to wy­star­czy­ło, by lu­dzie chcie­li na niego pa­trzeć i słu­chać. By ro­bi­li to, o co prosi. Za­wsze.

Co mnie pod­ku­si­ło, by wra­cać pie­szo? – po­my­ślał, gdy po­czuł czy­jeś spoj­rze­nie na karku. Spa­cer nie był ra­cjo­nal­nym wy­bo­rem. Li­mu­zy­na cze­ka­ła przed wyj­ściem z ban­kie­tu, luk­su­so­we dziw­ki w ho­te­lu. A jego na­szło, by szwen­dać się po nocy. Po co? Bo za­chcia­ło mu się po­bie­gać? Prze­cież dawno sport prze­stał go po­cią­gać. Ak­tyw­ność nie roz­ja­śnia już myśli. Prze­ciw­nie, wbrew lo­gi­ce, za­kłó­ca­ła jego upo­rząd­ko­wa­ny świat. Czy de­ner­wo­wa­ło go to, że wła­sne ciało było je­dy­nym, które nie pod­da­wa­ło się już cał­ko­wi­cie jego woli? A jed­nak dziś z nie­wia­do­mych po­wo­dów za­pra­gnął wła­śnie odro­bi­ny ruchu.

Gdy spo­strzegł, że idzie za nim czło­wiek w czar­nym płasz­czu i ka­pe­lu­szu okry­wa­ją­cym cie­niem twarz, prze­szedł go dreszcz nie­po­ko­ju. Nie mógł się jed­nak zni­żyć do tego, by ucie­kać. Od­wró­cił się. Po­cze­kał, aż po­stać zbli­ży się do niego. Po­sta­wił na kon­fron­ta­cję.

Prze­li­czył się. Męż­czy­zna nie re­ago­wał na py­ta­nia, groź­by ani gesty. Na­pie­rał, wy­mu­szał co­fa­nie, aż wresz­cie de­cy­zję o uciecz­ce. Po­cząt­ko­wo rej­te­ra­da, choć upo­ka­rza­ją­ca, zda­wa­ła się je­dy­nie słusz­nym wyj­ściem. Ru­szył szyb­ko, jak za daw­nych do­brych lat, gdy miał jesz­cze mo­ty­wa­cję, by prze­kra­czać rów­nież swoje fi­zycz­ne ogra­ni­cze­nia. Spo­glą­da­jąc przez ramię, wi­dział, że nie­zna­jo­my szedł rów­nym kro­kiem, nie przy­spie­szył.

I choć na­past­nik zo­sta­wał w tyle, im dalej od niego był Jim, tym mniej sił mógł z sie­bie wy­krze­sać. Pie­przo­na ad­re­na­li­na, dzia­ła coraz kró­cej – po­my­ślał i wy­cią­gnął drżą­cą ręką te­le­fon. Miał pro­blem z uspo­ko­je­niem od­de­chu. Nie mógł ze­brać myśli i zde­cy­do­wać, czy dzwo­nić po kie­row­cę, czy na po­li­cję. Do tego za­czął tra­cić ostrość wi­dze­nia.

Na­past­nik nie­spiesz­nie zbli­żył się na od­le­głość kilku kro­ków. Gdy Jim po­now­nie rzu­cił się do uciecz­ki, usły­szał za sobą śmiech i wo­ła­nie:

– Jak na jed­no­no­gie­go star­ca ra­dzisz sobie bar­dzo do­brze.

Ja­kie­go, kurwa, star­ca?! – po­my­ślał, a w mo­men­cie, gdy do jego świa­do­mo­ści do­tarł przy­miot­nik, Jim zwa­lił się ni­czym kłoda na chod­nik. Od­wró­cił się na plecy i spoj­rzał na nogi. Wi­dział obie, ale pra­wej, która od­mó­wi­ła mu przed mo­men­tem po­słu­szeń­stwa, już nie czuł.

Pró­bo­wał się od­czoł­gać, choć z każdą se­kun­dą zda­wał sobie spra­wę, że to bez sensu. Kilka me­trów dalej w nie­wiel­kim za­uł­ku doj­rzał przy śmiet­ni­ku me­ta­lo­wy pręt. Zdąży do niego do­peł­znąć, zanim ten po­twór go do­pad­nie. Drąg był ma­syw­ny. Jim stwier­dził, że jeśli do­brze trafi na­past­ni­ka, ma jesz­cze szan­sę. Cze­kał, a ważąc w dłoni spory cię­żar, po­czuł na­pływ od­wa­gi. Na­ro­bi­łem w życiu wiele ku­re­stwa, ale nigdy ni­ko­go nie za­bi­łem – po­my­ślał. – W końcu musi być ten pierw­szy raz. – Uśmiech­nął się, choć nie po­win­no mu być do śmie­chu.

Prze­zna­cze­nie zbli­ża­ło się nie­spiesz­nie. No chodź, skur­wie­lu.

– Nie za cięż­kie, dziad­ku?

Jim już miał za­kląć pa­skud­nie, gdy nagle zdał sobie spra­wę, że nie pa­mię­ta, ile tak na­praw­dę ma lat. Wy­pu­ścił pręt z dłoni. Spoj­rzał na nią. Palce w sta­wach po­krzy­wio­ne reu­ma­ty­zmem. Z wierz­chu skórę po­kry­wa­ły star­cze plamy. To musi być jakiś pier­do­lo­ny sen.

*

Wy­cią­gnię­ta przed sie­bie ręka cią­ży­ła mu coraz bar­dziej. Nie da rady dłu­żej się bro­nić.

– Zo­staw mnie, bła­gam – po­wie­dział kon­cy­lia­cyj­nym tonem. Raz tylko zda­rzy­ło mu się kogoś w taki spo­sób po­pro­sić. Szyb­ko się wów­czas ode­grał. Teraz jed­nak czuł bez­sil­ność.

Nie­zna­jo­my lek­kim ru­chem od­su­nął wy­cią­gnię­te przez Jima ramię. Zła­pał go za gar­dło że­la­znym uści­skiem. Jim pa­nicz­nie pró­bo­wał się wy­szar­pać, ma­cha­jąc coraz bar­dziej cha­otycz­nie rę­ka­mi przed twa­rzą na­past­ni­ka.

– Nie walcz ze mną, synu – od­po­wie­dział spo­koj­nie męż­czy­zna. – Ja chcę tylko za­brać cię do domu.

Ręce Jima opa­dły. Nie wie­dział już czy to de­fi­cyt tlenu, świa­do­mość po­raż­ki, czy też re­ak­cja na słowa na­past­ni­ka. Jim­mie spoj­rzał w zimne oczy, które się nad nim na­chy­la­ły. Wi­dział je wie­lo­krot­nie w swo­ich sen­nych kosz­ma­rach. Tym razem zaj­rzał w głąb i uj­rzał w nich wszyst­ko to, o czym zdą­żył już za­po­mnieć.

***

Kiedy prze­stał lubić swoją pracę? Wieki temu.

Dla­cze­go? Ru­ty­na – z cza­sem za­bi­ja każdą pasję, wy­pa­la przy­jem­ność z wy­ko­ny­wa­nych obo­wiąz­ków, zmie­nia za­szczyt­ny przy­wi­lej w mę­czą­cą co­dzien­ność. Pro­ce­du­ry – jasne wy­tycz­ne są dobre dla mło­dych. Wska­zu­ją, z kim trze­ba po­roz­ma­wiać, a komu po­ka­zać miej­sce w sze­re­gu. Do­pusz­cza­ją ciche dzia­ła­nie, za­le­ca­ją sub­tel­ność, choć z wy­jąt­ka­mi. Gdzie tu miej­sce na roz­wój i kre­atyw­ność. Czło­wiek – stał się prze­wi­dy­wal­ny, kur­czo­wo trzy­ma­ją­cy się życia, jakby ono było sed­nem ist­nie­nia.

Czy jest sens się uczyć? Do­sko­na­lić umie­jęt­no­ści, sta­rać wy­ko­ny­wać obo­wiąz­ki naj­le­piej, jak się da, skoro nie­mal każdy przy­pa­dek jest taki sam, a zle­ceń coraz wię­cej. Taśma, efek­tyw­ność, sku­tecz­ność.

Sze­re­gi mło­dych ope­ra­to­rów uczo­nych sche­ma­tów, a sys­tem nauki opar­ty o zmę­czo­nych po­wta­rzal­no­ścią men­to­rów. Czy to dla­te­go był jed­nym z nie­licz­nych po­sia­da­ją­cych umie­jęt­ność pro­wa­dze­nia roz­mów z tymi, któ­rzy przed śmier­cią jesz­cze na to za­słu­gu­ją? Prawo po­py­tu i po­da­ży?

A może dla­te­go, że praca w ta­kich wa­run­kach od­ci­ska na ope­ra­to­rze pięt­no? Nie każdy po­tra­fił je udźwi­gnąć. Spe­cja­li­za­cja w kon­wer­sa­cji była nie­po­pu­lar­ną z wielu po­wo­dów i do­pro­wa­dzi­ła do ero­zji kom­pe­ten­cji. Nawet u bia­łych kru­ków.

***

Wsta­ła od biur­ka. Wy­pro­sto­wa­ła plecy, aż kilka krę­gów z mocno wy­czu­wal­nym chrzę­stem zna­la­zło się na swoim miej­scu. Uśmiech­nę­ła się. Mimo upły­wu czasu wciąż po­tra­fi­ła za­dbać o swoje ciało. Nie prze­sa­dza­ła. Miała świa­do­mość, że nie jest na­sto­lat­ką i naj­lep­szy okres w życiu ma już za sobą. Nie­mniej cie­szy­ła ją świa­do­mość po­trzeb i moż­li­wo­ści or­ga­ni­zmu oraz zwy­cię­skie po­tycz­ki z ty­ka­ją­cym ze­ga­rem.

Ro­zej­rza­ła się wokół. Sta­nę­ła przy prze­szk­lo­nej ścia­nie. Dzie­więt­na­ście pię­ter niżej świe­ci­ły la­tar­nie. Mro­wie sa­mo­cho­dów zmie­rza­ło w sobie tylko zna­nych kie­run­kach. Wró­ci­ła wzro­kiem do ga­bi­ne­tu. Blade świa­tło kom­pu­te­ra po­zwa­la­ło do­strzec je­dy­nie kilka te­czek i luź­nych do­ku­men­tów le­żą­cych na biur­ku.

Star­czy na dziś, jutro też jest dzień – po­my­śla­ła i wy­łą­czy­ła lap­to­pa. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­ła się, czy wziąć go do domu. Wy­ko­na­ła jed­nak wszyst­ko, co miała za­pla­no­wa­ne. Jak się nad tym do­brze za­sta­no­wić, nawet wy­prze­dza­ła plan. Była pre­ze­sem, nie mu­sia­ła wszyst­kie­go robić sama. Lu­bi­ła mieć jed­nak pew­ność, że firma dzia­ła tak, jak po­win­na.

Nie kon­tro­lo­wa­ła nad­mier­nie ludzi. Naj­le­piej pra­co­wa­li wów­czas, gdy mieli po­czu­cie mocy spraw­czej. Umie­jęt­nie jed­nak za­rzą­dza­ła ra­por­ta­mi z da­ny­mi oraz ana­li­za­mi. Kadra me­na­dżer­ska nie­zmien­na od lat. Po­tra­fi­ła ich za­wsze na­pro­wa­dzić na słusz­ne de­cy­zje. W końcu zbu­do­wa­ła tę firmę od pod­staw. Jej uko­cha­ne dziec­ko. Z cza­sem wszy­scy pra­cow­ni­cy się nimi stali.

Wzrok szyb­ko przy­zwy­cza­ił się do mroku. Wy­szła do holu. W re­cep­cji nie było Mary. Długi czas cze­ka­ła co­dzien­nie na wyj­ście sze­fo­wej. W końcu dała sobie wy­tłu­ma­czyć, iż pani pre­zes jest sa­mo­dziel­na i po­tra­fi za­ko­do­wać alarm.

Jane miała wy­cho­dzić, gdy zdała sobie spra­wę, że na pię­trze jesz­cze ktoś pra­cu­je. Na dru­gim końcu ko­ry­ta­rza ciem­ność zna­czy­ła przy wy­kła­dzi­nie ledwo do­strze­gal­na ja­śniej­sza smuga. Ki dia­beł – po­my­śla­ła.

– Ko­niec pracy, faj­rant! – za­wo­ła­ła.

Cisza.

Może ktoś za­po­mniał wy­łą­czyć kom­pu­ter. Jeśli się nie wy­lo­go­wał, za­pro­si ze­spół na wła­sno­ręcz­nie zro­bio­ne ciast­ka. Uśmiech­nę­ła się w duchu na tra­dy­cyj­ne­go, choć nieco za­ku­rzo­ne­go psi­ku­sa.

– Hej! Pora do domu! – po­no­wi­ła we­zwa­nie, sto­jąc przed drzwia­mi. Przez plecy prze­szedł jej dreszcz. Do mroku w biu­rze przy­zwy­cza­iła się dawno. Znała tu każdy mebel. Teraz jed­nak od­czu­ła nie­zro­zu­mia­ły lęk przed wej­ściem.

Pokój zaj­mo­wa­ny był przez grupę młod­szych ana­li­ty­ków. Pró­bo­wa­ła przy­wo­łać w pa­mię­ci twa­rze za­trud­nio­nych. Głę­bo­ki wdech i siup. Uśmiech­nę­ła się, by dodać sobie otu­chy.

– Wiesz, nie mu­sisz … – za­czę­ła.

Przed kom­pu­te­rem sie­dział po­chy­lo­ny młody męż­czy­zna. Nie za­re­ago­wał na jej głos. Na uszach miał słu­chaw­ki. Wpa­try­wał się w wy­kre­sy na mo­ni­to­rze. No­to­wał coś w brud­no­pi­sie. Był tak po­chło­nię­ty pracą, że jej nie za­uwa­żył.

Wy­glą­dał nie­po­zor­nie. Lekko przy­gar­bio­na syl­wet­ka. Twarz nieco blada, choć mogło to być wy­ni­kiem po­świa­ty ekra­nu. Pró­bo­wa­ła przy­po­mnieć sobie jego imię, ale nie po­tra­fi­ła. W tym ze­spo­le by­wa­ła naj­więk­sza ro­ta­cja, jed­nak nie pa­mię­ta­ła, by ostat­nio za­trud­ni­li nową osobę. Cza­sem brali na staż stu­den­tów. Mogła w końcu o kimś nie wie­dzieć. Nie była w tej fir­mie bo­giem.

Do­tknę­ła jego ra­mie­nia. Drgnął za­sko­czo­ny. Od­wró­cił się, zrzu­ca­jąc słu­chaw­ki, które od­biw­szy się od biur­ka, spa­dły na pod­ło­gę.

– Wiesz, że nad­gor­li­wość w tej fir­mie nie jest po­trzeb­na do awan­su – po­wie­dzia­ła z nieco uda­wa­ną pew­no­ścią w gło­sie.

– Prze­pra­szam, stra­ci­łem po­czu­cie czasu – od­po­wie­dział nie­pew­nie i zsu­nął się na klęcz­ki, aby pod­nieść słu­chaw­ki. Spoj­rzał w jej kie­run­ku, gdy zro­bi­ła krok w tył.

Li­cząc, że przy­po­mni sobie, z kim ma do czy­nie­nia, pró­bo­wa­ła po­pa­trzeć mu w oczy. Nie wi­dzia­ła ich wy­raź­nie. Po­świa­ta mo­ni­to­ra oświe­tla­ła bar­dziej jej twarz. Jego po­zo­sta­wa­ła w cie­niu. Jak ciem­na stro­na księ­ży­ca – po­my­śla­ła.

Chło­pak za­nur­ko­wał pod biur­ko. Kiedy za­mie­rzał się pod­nieść, ude­rzył głową o blat. Gło­śno jęk­nął i przy­siadł. To roz­ła­do­wa­ło nieco at­mos­fe­rę. Zro­bi­ło jej się go żal. Był uro­czo nie­po­rad­ny i godny po­ża­ło­wa­nia, gdy tak sie­dząc, roz­ma­so­wy­wał obo­la­łe miej­sce. Wy­cią­gnę­ła rękę w jego kie­run­ku. Sko­rzy­stał z ofe­ro­wa­nej po­mo­cy.

Pew­nie chwy­cił jej dłoń, ale wstał o wła­snych si­łach. Po­czu­ła roz­cho­dzą­ce się szyb­ko po skó­rze cie­pło. Gdy sta­nął przed nią, zdała sobie spra­wę, że nie jest wcale drob­nym stu­den­tem. Był sil­nym, sze­ro­kim w bar­kach męż­czy­zną, wyż­szym od niej o pół głowy. Pod­świa­do­mie za­czę­ła uni­kać jego spoj­rze­nia.

Ugię­ły się pod nią nogi. Serce przy­spie­szy­ło, ale nie po­mo­gło ze­brać myśli.

Skąd ta nagła sła­bość? Che­mia? Nie jest prze­cież pod­lot­kiem, któ­re­go bli­skość męż­czy­zny może onie­śmie­lać. Fakt, nie miała fa­ce­ta już dawno, ale to nie mogło być to. Była pewna. A więc co się dzie­je? Stres? Zmę­cze­nie na ko­niec ty­go­dnia? Go­ni­twa myśli stała się przy­tła­cza­ją­ca. Za­wi­ro­wa­ło w gło­wie. Obraz za­czął się roz­ma­zy­wać.

*

Po­wra­ca­ją­ca świa­do­mość po­zwa­la­ła na coraz lep­szą ocenę sy­tu­acji. Nie­sio­na na rę­kach, czuła się jak dziec­ko. Nie była drob­ną ko­bie­tą, a jed­nak miała wra­że­nie, że nie sta­no­wi­ła dla nie­zna­jo­me­go więk­sze­go cię­ża­ru. W jego ra­mio­nach było przy­jem­nie, bez­piecz­nie, choć nadal nie wie­dzia­ła, kim on jest. Po­win­na się bać, ale nie do­zna­wa­ła lęku. Praw­dę mó­wiąc w ogóle od­czu­wa­ła coraz mniej.

Znała swoje ciało bar­dzo do­brze, a jed­nak trud­no było zde­fi­nio­wać, co się obec­nie z nią dzie­je. Czuła się abs­trak­cyj­nie, zu­peł­nie jak stara na­klej­ka, która stop­nio­wo odła­zi od pod­ło­ża, zwi­ja­jąc się w rulon. Zi­gno­ro­wa­ła utra­tę wła­dzy w no­gach. Całą ener­gię pró­bo­wa­ła wy­ko­rzy­stać na ze­bra­nie myśli, ocenę sy­tu­acji.

Uło­żył ją na sofie. Z szafy wyjął koc i po­dusz­kę, którą de­li­kat­nie wsu­nął jej pod głowę. Na­krył, pa­trząc na Jane z uwagą, nie­mal tro­ską. Skąd tak do­brze znał ten ga­bi­net, wy­da­wa­ło się już nie mieć zna­cze­nia. Była u sie­bie.

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć, co się dzie­je? – za­py­ta­ła cicho, z nie­ma­łym tru­dem łą­cząc wy­po­wia­da­nie słów z od­dy­cha­niem. W na­tło­ku myśli uzna­ła, że to bę­dzie naj­lep­sze py­ta­nie, które może zadać w tej trud­nej sy­tu­acji.

Przy­siadł na skra­ju sofy i ujął jej dłoń.

– Tobie mogę po­wie­dzieć wszyst­ko. – Uśmiech­nął się, choć nie był to gry­mas ra­do­ści, ra­czej znak ma­ją­cy dodać otu­chy. – Po­wiem wię­cej: nie mam prawa cię okła­mać.

– Czy ja umie­ram? – za­py­ta­ła trzeź­wo. W jej gło­sie nie wy­chwy­cił pa­ni­ki. Nie było w tym dra­ma­ty­zo­wa­nia. Rze­czo­we py­ta­nie.

– Przy­szedł czas, byś wró­ci­ła do domu. – Pa­trzy­ła na niego uważ­nie. Nie dzi­wi­ła się temu, co mówi. – Nim to na­stą­pi, masz prawo pod­jąć de­cy­zję. Czy umie­rasz? W sen­sie do­cze­snym, tak.

Nie cze­kał długo na ko­lej­ne py­ta­nie.

– Dla­cze­go to prze­bie­ga tak gwał­tow­nie? Nie cho­ro­wa­łam. Dba­łam o sie­bie.

– Wiele osób po­tra­fi za­cho­wać bar­dzo długo kon­tro­lę na cia­łem. Wy­ko­rzy­sty­wać siłę umy­słu do gra­nic moż­li­wo­ści. Twój jest wy­jąt­ko­wy. Po­tra­fi­łaś pa­no­wać nad ziem­ską po­wło­ką nawet, gdy… – za­wa­hał się.

Wi­dzia­ła, jak wal­czy ze sobą. Jak waży słowa. Nie miała przy tym wra­że­nia, by pró­bo­wał coś przed nią ukry­wać, tylko jakby bał się po­wie­dzieć za dużo naraz.

– Dla­cze­go nie pa­trzysz mi w oczy? – spy­ta­ła. To za­wsze po­ma­ga­ło w kon­tak­tach mię­dzy­ludz­kich. Tylko… nie­zna­jo­my zda­wał się nie być czło­wie­kiem. Czy ją to prze­ra­ża­ło? Nie. Bar­dziej cie­ka­wi­ło. Całe życie do­pusz­cza­ła myśl, iż musi być coś wię­cej. Że są isto­ty, które wy­my­ka­ją się na­szej per­cep­cji.

– Nie chcę spra­wić ci bólu.

– Nie ro­zu­miem.

– Kon­takt fi­zycz­ny, choć tłu­mio­ny ma­te­rią, po­zwa­la na in­te­rak­cję na­szych dusz. Twoja za­czy­na się bu­dzić. Stop­nio­wo zda­jesz sobie spra­wę, że to nie tylko mi­tycz­ny punk­cik w oko­li­cach serca od­po­wie­dzial­ny za de­cy­zje kie­ru­ją­ce w stro­nę dobra lub zła. Po­szu­ku­jesz praw­dy i znaj­du­jesz drogę do domu. Mu­sisz ją od­kryć, Jane, zro­zu­mieć i wy­brać wła­ści­wie.

– Oczy – przy­po­mnia­ła.

– Spoj­rze­nie w oczy jest jak skok na głowę do stud­ni wie­dzy, nie­wie­lu radzi sobie z na­tło­kiem in­for­ma­cji i ich in­ter­pre­ta­cją. Część osób przy­pła­ca to ży­ciem. Nie mogę ry­zy­ko­wać. Nie w twoim przy­pad­ku.

– Jak ci na imię? – spy­ta­ła.

*

Nie za­py­ta­ła go, kim lub czym jest, jak to czyni więk­szość ludzi. Nie pa­mię­tał już, kiedy ktoś za­py­tał, jak ma na imię. Za­wsze był mor­der­cą, za­ma­chow­cem, asa­sy­nem.

Cza­sem ktoś wspo­mi­nał prze­wod­ni­ków dusz. Na­zy­wa­nie ich anio­ła­mi trą­ci­ło mysz­ką, choć nie styg­ma­ty­zo­wa­ło. Zwali ich też cza­sem ci­chy­mi ludź­mi. Było to za­rów­no błęd­ne jak i pięt­nu­ją­ce, ale lubił to okre­śle­nie. Sam nie wie­dział czemu.

Imię, tak, mógł podać. Ka­za­li mu wy­brać na wy­pa­dek, gdyby ktoś za­py­tał. Długo nie miał po­ję­cia, po co. Od­po­wiedź tak szyb­ko gi­nę­ła w od­mę­tach za­po­mnie­nia.

*

– Ga­briel – od­po­wie­dział cicho, jakby sam naj­pierw chciał usły­szeć, czy brzmi to do­brze. – Mam na imię Ga­briel.

– Po­ca­łuj mnie, Ga­brie­lu – po­wie­dzia­ła i, z niespodziewaną siłą, chwy­ci­ła go za poły ma­ry­nar­ki.

Za­sko­czy­ła go. Uła­mek se­kun­dy wy­star­czył, by ich usta się po­łą­czy­ły, a oczy… nie za­mknął ich. Ona rów­nież.

*

Ból. Prze­raź­li­wy ból świa­do­mo­ści. Od­czu­wał go razem z nią, wi­dział to samo. Wszyst­ko bę­dzie od­twa­rzał każ­dej nocy przez bar­dzo długi czas. To pewne. Jak ma­so­chi­sta, który cier­pi, a jed­no­cze­śnie cie­szy się, że choć przez chwi­lę od­czu­wa co­kol­wiek.

Życie po życiu prze­glą­dał z nią kli­sze. Każdy klu­czo­wy epi­zod ziem­ski prze­pla­tał się ze zda­rze­nia­mi z Domu. Domu, któ­re­go nie pa­mię­ta­ła, który mu­sia­ła zro­zu­mieć na nowo.

Była dziel­na. Wie­dział jak mocno od­czu­wa wspo­mnie­nia, dobre i złe. Do­świad­czał tego na równi z Jane. Taka rola prze­kaź­ni­ka. Tempo śle­dze­nia wy­da­rzeń nie miało zna­cze­nia. Bo­la­ło tak samo in­ten­syw­nie. Zwłasz­cza te zda­rze­nia z Domu, jako bar­dziej rze­czy­wi­ste. Ale to wła­śnie wów­czas taśmy zwal­nia­ły. Chcia­ła wie­dzieć. Po­trze­ba zro­zu­mie­nia była sil­niej­sza od stra­chu przed cier­pie­niem.

Ze spo­ko­jem ob­ser­wo­wa­ła po­chy­la­ją­ce się nad nią kon­sy­lium. W peł­nym skła­dzie po­ja­wi­li się w jej ostat­nim życiu. Przy­glą­da­ła się im z uwagą. Pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć. De­cy­do­wa­li o ani­hi­la­cji cho­rych tka­nek. Czuł jak nerw po ner­wie do­ko­ny­wa­li am­pu­ta­cji jej nóg. De­ka­dę póź­niej po­zba­wio­no ją ukła­du roz­rod­cze­go. Cier­pie­li wspól­nie. Potem suk­ce­syw­nie usu­wa­no or­ga­ny we­wnętrz­ne. Wresz­cie lewą rękę. Czy gdyby wi­dzia­ła swój zma­sa­kro­wa­ny ka­dłub, wstrzą­snę­ło­by to nią jesz­cze bar­dziej? Nie są­dził.

Kli­sze za­trzy­ma­ły się w chwi­li, gdy we­szła do po­ko­ju, w któ­rym na nią cze­kał. Re­je­stro­wał jej lęk, go­ni­twę myśli i burzę uczuć. Po­wi­nien się za­wsty­dzić, może ucie­szyć. Rzad­ko bywał w ta­kich sy­tu­acjach. Nie zdą­żył. Jane uj­rza­ła scenę z Domu i le­ka­rza uci­ska­ją­ce­go w dło­niach jej serce.

*

– Co wi­dzia­łam? – za­py­ta­ła z wi­docz­nym tru­dem. W gło­sie czuć było de­ter­mi­na­cję po­ko­nu­ją­cą sła­bość.

– Rze­czy­wi­stość, Jane, taką, jaka jest. Prze­two­rzo­ną przez twój sys­tem war­to­ści, wie­dzę i do­świad­cze­nia na­by­te tutaj.

Uwie­rzy­ła mu. To, co wi­dzia­ła, było spój­ne. Każde zda­rze­nie uza­sad­nio­ne. Gdy prze­sta­ła bie­gać ma­ra­to­ny, kiedy stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie sek­sem, a nawet kuch­nią, którą swego czasu ko­cha­ła, jak wcze­śniej sport i mi­łość.

– Jak to moż­li­we?

– Ludz­kość od dawna żyje w świe­cie wir­tu­al­nym. Ale ciała są śmier­tel­ne. Pod­trzy­mu­je­my was tak długo, jak długo mózg daje radę utrzy­mać ilu­zję nor­mal­ne­go życia. Twój umysł był wy­jąt­ko­wo silny. Sku­tecz­nie ła­go­dził bóle fan­to­mo­we.

– A tyle wcie­leń?

– Zdzi­wisz się, ale są lu­dzie, któ­rzy prze­ży­wa­ją ich dzie­siąt­ki. To jed­nak nie są chlub­ne przy­pad­ki. Gdy za­czy­na­ją do­mi­no­wać nad in­ny­mi, łamią za­sa­dy, muszą za­czy­nać od nowa, cza­sem w trud­nych wa­run­kach, by do­pro­wa­dzić do zmia­ny po­stę­po­wa­nia.

Uśmiech­nę­ła się.

Wszyst­ko jasne – zro­zu­miał.

– Ale przy­cho­dzi czas, gdy trze­ba się po­go­dzić ze śmier­cią. Masz jed­nak wybór.

– Czy to na­gro­da?

Wie­dzia­ła – po­my­ślał. Ma świa­do­mość kim jest. Nie ma sobie nic do za­rzu­ce­nia.

– Tak, to na­gro­da. Bar­dzo rzad­ki przy­wi­lej.

– Słu­cham – szep­nę­ła, bo na wię­cej już nie miała siły.

– Twój umysł jest nie­zwy­kły, Jane. Wiecz­ność się o cie­bie upo­mnia­ła. Po­pro­si­ła, byś po­łą­czy­ła się z nią i by­ście razem za­rzą­dza­ły ma­cie­rzą.

– Jak?

– Jeśli wy­ra­zisz zgodę, twój mózg zo­sta­nie prze­nie­sio­ny. Bę­dzie pod­trzy­my­wa­ny przez jed­nost­kę cen­tral­ną. Stra­cisz au­to­no­mię, ale po­sią­dziesz ol­brzy­mią wie­dzę i wła­dzę nad przy­dzie­lo­ną czę­ścią świa­ta. – Po­pa­trzył, czy do­brze go zro­zu­mia­ła. Dał chwi­lę na prze­my­śle­nie. – Mo­żesz także wy­brać swoją do­ży­wot­nią formę zwie­rzę­cą.

– Or­li­cy? – Uśmiech­nę­ła się do swo­ich myśli, przy­mknę­ła oczy. – A czy mogę zde­cy­do­wać o końcu… swej wę­drów­ki?

– Tak. – Za­wa­hał się. – Oczy­wi­ście. Masz i taki wybór, choć by­ła­by to nie­po­we­to­wa­na stra­ta.

Po­my­ślał o tych ty­sią­cach drani spro­wa­dza­nych do Domu, o set­kach no­wych szans na spra­wie­dliw­sze życie, o dzie­siąt­kach wy­ro­ków, które wy­ko­ny­wał co­dzien­nie. Za­wsze bła­ga­li o jesz­cze chwi­lę ist­nie­nia na Ziemi. Życia które znali, bo nie wie­rzy­li, że może być ina­czej. A ona? Z jej ana­li­tycz­nym umy­słem, czy­stą duszą, nie mu­sia­ła o nic pro­sić. Z tak głę­bo­ką żądzą wie­dzy, po­kła­da­mi do­bro­ci, by­ła­by ide­al­nym uzu­peł­nie­niem Wiecz­no­ści.

Uśmiech­nął się do niej, gdy otwo­rzy­ła oczy.

– Co wy­bie­rasz?

– Po­ca­łuj mnie jesz­cze raz.

*

Dla­cze­go jej de­cy­zja go nie zdzi­wi­ła?

Bo tacy lu­dzie jak ona rodzą się jeden na mi­liard. Bo rzad­ko który czło­wiek tak do­brze ro­zu­mie sens życia.

Bo tacy jak on są na wy­mar­ciu. Bo mało kto z ob­słu­gi ma obec­nie czas my­śleć o tym, co czują lu­dzie, któ­rzy śnią swoje życie.

***

Ga­briel przy­siadł na le­ża­ku tuż przy wyj­ściu z ba­se­nu. Przy­glą­dał się za­dba­nej po­sia­dło­ści. Pięk­ny dom, nieco za duży w sto­sun­ku do te­re­nów zie­lo­nych, ale i tak wy­glą­dał uro­czo. To miej­sce, jakże od­mien­ne od Domu, było wła­ści­wie jego prze­ci­wień­stwem.

Słoń­ce jesz­cze oświe­tla­ło za­dba­ny ogród. Uważał, że wa­ka­cje na­praw­dę mu się na­le­żą. Nie pod­da­wał się jed­nak po­ku­sie od­prę­że­nia. Miał ko­lej­ne zle­ce­nie. Wiecz­na praca. Czy to kara?

Ode­tchnął głę­bo­ko. Wil­goć w po­wie­trzu i lekko wzbie­ra­ją­cy wie­trzyk zda­wa­ły się po­twier­dzać, że nad­cho­dzi wy­cze­ki­wa­na burza. Na­resz­cie. Mimo pięk­na wo­ko­ło, w stro­ju służ­bo­wym cięż­ko było znieść po­po­łu­dnio­wą tem­pe­ra­tu­rę.

Ko­bie­ta le­żą­ca na dmu­cha­nym ma­te­ra­cu zda­wa­ła się spo­koj­nie spać. Je­dy­nie pa­ra­sol­ka na­kry­wa­ją­ca pustą szklan­kę po drin­ku trzy­ma­nym w dłoni, wska­zy­wa­ła, że pewne rze­czy po pro­stu się koń­czą.

Ledwo sły­szal­ne po­mru­ki nad­cho­dzą­ce­go ka­ta­kli­zmu jesz­cze nie za­kłó­ca­ły sen­nych ma­rzeń o wiecz­no­ści. Jej na­wil­żo­ne do prze­sa­dy olej­kiem ciało wciąż wy­glą­da­ło po­nęt­nie. Ga­briel nie­ustan­nie nie mógł się na­dzi­wić, jak nie­sa­mo­wi­ta jest siła ludz­kie­go umy­słu. Jak wiele ener­gii lu­dzie po­świę­ca­li na utrzy­ma­nie wy­glą­du. Z każdą ko­lej­ną de­ka­dą życia kosz­to­wa­ło ich to wię­cej wy­sił­ku. A jed­nak próż­ność mu­sia­ła być za­spo­ko­jo­na w pierw­szej ko­lej­no­ści.

Drgnę­ła, gdy grzmot wstrzą­snął po­wie­trzem. Chłod­ny wiatr wy­szarp­nął ją z objęć Mor­fe­usza. Ze­rwa­ła się, za­po­mi­na­jąc naj­wy­raź­niej, gdzie się znaj­du­je. Wpa­dła do ba­se­nu. Choć nie był głę­bo­ki, mi­nę­ła chwi­la zanim opa­no­wa­ła pa­ni­kę i, za­chły­stu­jąc się wodą, sta­nę­ła na no­gach. Prze­tar­ła dło­nią twarz, od­gar­nia­jąc przy tym mokre włosy.

Wów­czas go zo­ba­czy­ła. Bły­snę­ło się.

Ide­al­ny ti­ming – po­my­ślał Ga­briel. Za­grzmia­ło, gdy ko­bie­ta za­czę­ła mówić. Do­tknął ucha, by po­ka­zać, że nic nie sły­szy. Tak było le­piej. Pew­nie by do­cie­ka­ła, kim jest, a on nie miał­by ocho­ty jej tego wy­ja­śniać. Potem by za­py­ta­ła, czy wie, kim ona jest, a on nie miał­by ocho­ty tego słu­chać. Wyjął z kie­sze­ni pa­ra­li­za­tor i wy­mie­rzył w kie­run­ku tafli ba­se­nu. Cze­ka­nie na na­tu­ral­ne oko­licz­no­ści było zbęd­ne. Po­dob­nie jak jego nie­chcia­ne kom­pe­ten­cje.

Koniec

Komentarze

Kopę lat, Empatio :) Cieszę się, że mogę znów przeczytać coś Twojego. 

I to tak bardzo TWOJEGO. Nie do końca wiem, jak to robisz, ale się w pewien sposób wzruszyłam. Piękne to było, zwłaszcza fragment o Jane.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Śpioszko, ja też nie wiem, jak to robisz, ale Twoje komentarze potrafią rozgonić najczarniejsze myśli. I ja się cieszę, że mogłem wreszcie napisać coś, co wyzwala emocje. A ja, chyba staram się pisać tak, by poczuć coś samemu. Cieszę się, że i Tobie się spodobało.

empatia

Zawsze do usług :) Przy Twoim stylu pisania, czy temat smutny, poważny, zabawny, refleksyjny – wszystko mi się czyta bardzo dobrze i z emocjami :) Takie komentarze więc to nic trudnego, piszą się same. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Betowałam, ale uwagi były właściwie kosmetyczne.

Problem ujęty po kafkowskiemu z empatiowym sznytem. Dotyka ważnych ludzkich spraw i w sposób enigmatyczny pokazuje, co tak naprawdę jest w życiu ważne.

Empatio, nigdy nie przestanę namawiać Cię do napisania czegoś dłuższego…

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Śpioszko =o)

Rozmawialiśmy kiedyś, czy można przywyknąć do komplementów. Mnie nadal się nie udało, ale chyba tak jest nawet lepiej:)

 

Bemiczko,

Gdyby można było ukłonić się niżej niż do ziemi, na pewno dla Ciebie bym to zrobił. Słowa wsparcia nawet nie wiesz jak bardzo ostatnio są mi potrzebne. Niestety notuję kiepskie wyniki jeśli chodzi o wiarę w swoje możliwości. A marzenia o dłuższej formie na razie muszą poczekać. To jest niestety duża inwestycja, której walutą jest czas, a mnie nadal na nią nie stać.

 

Serdeczne pozdrowienia dla Obu Pań.

empatia

Gdyby można było ukłonić się niżej niż do ziemi,

Zawsze możesz spróbować np. nad jeziorem. Głęboki wdech i kłaniasz się poniżej linii wodnej, co można ewentualnie uznać za niżej niż do ziemi ;)

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Ciotka Dobra Rada:p Nie wykluczam, że kiedyś trzeba bedzie spróbować.

empatia

Uwaga! W moim komentarzu będą SPOJLERY, więc jeśli ktoś nie chce sobie psuć frajdy, to niech niech przestanie czytać w tym miejscu :P

 

empatio – betowanie Twojego tekstu było przyjemnością. Co prawda miałam jeden moment, gdy pomyślałam “oł noł, angel fantasy…”, ale szybko okazało się, że byłam w błędzie. Podobał mi się pomysł na fabułę i profesja głównego bohatera, choć nie wszystko w tekście zostało idealnie wyjaśnione (winię limit znaków :P). Kontrast między między bezduszną, mechaniczną pracą Gabriela a jego wrażliwym wnętrzem wyszedł bardzo fajnie, szczególnie podobał mi się fragment “połączenia wzrokowo-duchowego” z Jane. 

Jedyny zarzut, to że chciałabym nieco więcej wiedzieć o Domu, o tym kim tak naprawdę są istoty pokroju Gabriela (maszynami? tworami w wirtualnej rzeczywistości? jeśli tak, to kto fizycznie obsługuje ciała?), dlaczego w ogóle podtrzymują przy życiu ludzkie umysły, itd. itp.. AAAAAle opowiadanie jest wystarczająco jasne, bym dała radę bez tego przeżyć ;)

Napisane sprawnie, przez tekst przepłynęłam bardzo szybko :)

 

Jesteś jak Arnie, który powiedział “I’ll be back!” i wrócił w niezłym stylu ;)

yes

Mój powrót to bardziej jak E.T. niż T-800;) Co do reszty, pamiętam uwagi i wiem, że można było wejść dalej za kurtynę. Masz większe doświadczenie w pisaniu i zapewne rację. Nie wykluczam, że dostanie mi się za te niedopowiedzenia nie raz. Nie chciałem jednak przesłonić detalami tego, co w tym opowiadaniu najważniejsze. Tak więc, co złego-niedopowiedzianego to ja:) Dzięki jeszcze raz za całą pomoc i wsparcie.

Edit Wielki dumny ptaku piękne dzięki za klik do biblioteki; Użytkownicy (Iluzjo:) również. Kłaniam się nisko.

empatia

Dżem dobry, empatio!

 

Przeczytałem opowiadanie gładko. Zrozumiałem, że bohaterem jest Gabriel, a praca jego – zwiastowanie “śmierci”. Gabriel, będący także w tradycji chrześcijańskiej opiekunem raju… No właśnie – raju? Czy rzeczywistość w której istniejemy jest aż takim rajem, że nie chcemy go opuścić, czy też powoduje nami lęk przed nieznanym?

 

Przetwarzasz religijny motyw życia po życiu, nagrody i kary za życie, na – z braku lepszego określenia – sztafaż sci-fi, bo być może opowieść o “dobrym życiu” musi być opowiedziana w ten sposób, by być atrakcyjną? Nie przeszkadza mi brak wyjaśnień kim tak naprawdę są operatorzy i czym jest Dom, myślę, że odsłaniasz akurat tyle, by doprawić tekst fantastyką. 

 

I w sumie wydaje mi się, że konwencja fantastyczna nie jest tutaj potrzebna do niczego, poza uatrakcyjnieniem przekazu. Bo opowieść z punktu widzenia operatora wcale nie musi być tak szufladkowana.

 

Musze sobie pomyśleć jeszcze nad tym tekstem, ale uważam, że wart jest Biblioteki. Klik i wio.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dżem jak najbardziej dobry, Sajko, niezależnie od pory dnia!:)

Dzięki wielkie za informację zwrotną po lekturze. Kurczę, to naprawdę super sprawa, dostać mocny feedback na temat odbioru tekstu. Cały czas podczas pisania biję się z myślami, czy to będzie wystarczająco jasne, czy przeciwnie nie wykładam towaru łopatą. Ostatecznie nigdy nie wiem, czy te wszystkie drobne akcenty są do wychwycenia. Super, że udało Ci się wyłapać Gabriela /radocha!/. Miałem pierwotnie w tekście umieścić informację na temat projektu EDEN, ale stwierdziłem, że to będzie już tania zagrywka. Kolejna rzecz to właśnie to, że z perspektywy Domu, dość nieciekawego miejsca, właśnie ziemskie życie jest tym niedocenianym rajem (niedocenianym bo nie mamy porównania, bo wszystko tak szybko powszednieje itd.). Fajnie, że to odczytałeś! A czy opuszczamy go z żalu, czy ze strachu, to każdy odpowie sobie sam, bo nie ma jednej dobrej odpowiedzi.

Cieszę się oczywiście bardzo z wyprawienia opowiadana do biblioteki (ukłony), ale z tego co na koniec napisałeś najbardziej mnie ucieszyło stwierdzenie, że jeszcze pomyślisz. Rzadko piszę teksty, które mają po prostu uśmiechnąć, czy być dobrą rozrywką (w ogóle rzadko piszę;). Zwłaszcza ostatnio, gdy coraz mniej czasu można znaleźć na cokolwiek, napisanie opowiadania, które skłoni drugiego człowieka do chwili refleksji, to największa satysfakcja z wykonanej pracy.

Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

empatia

Podobało mi się, poruszający tekst. Oczywiście najlepszy jest fragment o Jane. Co prawda opowiadanie budzi wiele pytań, ale może to i lepiej, że pozostają tajemnicą – niedomówienia bywają lepsze niż kawa wyłożona na ławę. Całość skłania do refleksji i myślę, że na jakiś czas na pewno zapadnie mi w pamięć.

Silvo, lejesz miód na moje serce, a wątpliwości czy było warto zawalić tych kilka nocy, aby znów coś napisać, zaczynają odchodzić jak zły sen. Dzięki serdeczne za przeczytanie i budujący komentarz.

empatia

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Hej, Anet! Dzięki za przeczytanie i ofajnowanie opka:)

empatia

empatia, proszę bardzo :) Trafiło do mnie to opowiadanie.

:) Silvo, jak jeszcze opko utrzymuje Twoje zainteresowanie, podpytam Cię o kwestię, która zaczęła mnie nurtować. Pisałaś, że najbardziej przemówił do Ciebie fragment o Jane. Przypuszczam, że powodem była Twoja wrażliwość. Czy nie przeszkadzał Ci nieco agresywny styl początku? Tak zaczynam mieć obawy, że chcąc wiarygodnie zarysować postać negatywną i pozytywną, opko odstrasza wrażliwych, a tym co spodobał się początek zaserwowałem (jak to już kiedyś u mnie zdiagnozowano) sentymentalne pitu pitu. Ot, różne potrzeby grup docelowych. Nie to, żebym napisał to inaczej, ale może jednak te wulgaryzmy nie były potrzebne. Jak to było z Tobą?

empatia

Moim zdaniem to opowiadanie odróżnia się od typowych opek, w których to trzeba wulgaryzmami pokazać, jak to świat jest brudny i nieprzyjemny. Bleh, przez ciebie musiałam sobie przypomnieć takie teksty ;) Mnie w każdym razie nie odrzuciło, nawet nie zauważyłam zbytnio. Zważywszy na to, co się z biedakiem działo, nie można mu się dziwić, że musiał użyć paru ciężkich słów. Ten tekst to właściwie taka mieszanka, a to się wiąże z ryzykiem, że właśnie zwolennikom jednego albo drugiego stylu może nie przypaść do gustu, jak sam piszesz. Dla mnie jednak było ok. :)

To dobrze:) Zobaczymy, czy ryzyko było warte podjęcia. Dopiero minął tydzień, a wysyp opowiadań był spory. Nie ma chyba co na razie patrzeć na statystyki i snuć domysłów o odbiorze tekstu na podstawie liczby komci:) Dziękuję za udział w szybkim badaniu satysfakcji konsumenta;) i poświęcony czas. Naprawdę miło mi było:) Spokojnego wieczoru; uciekam obsłużyć głodną ferajnę.

empatia

Stanęła przy przeszkolonej ścianie

Literówka.

 

Ależ to dobre opowiadanie. Z pięknym, sprawnie poprowadzonym konceptem, bardzo “ludzkie” i subtelne. Empatyczne :) Uwielbiam teksty, gdzie fantastyczny świat, dobry pomysł, łączą się z solidnie zarysowanymi postaciami, takim ciepłem i delikatnością. Tytuł rzeczywiście bardzo dobrze pasuje do przewodniego pomysłu.

Wciągnęłam się szczególnie od momentu, w którym pojawiła się Jane, która jest bardzo ciekawą i sympatyczną bohaterką, choć może kreowaną na nieco zbyt doskonałą. Nie mniej, brakuje mi takich ciepłych, fajnych postaci. 

Po zerknięciu na komentarze wyżej – ze swojej strony powiem, że fakt “wsiąknięcia” w tekst od postaci Jane nie wynika z początkowych wulgaryzmów, które były dodane w dobrych miejscach i ze smakiem. W porównaniu do reszty tekstu, zdaje mi się, że “segment z Jimem” pisany jest jakby z mniejszą swobodą. Jest trochę mniej płynny i chyba niereprezentatywny dla reszty opowiadania. Od momentu, w którym wchodzi Jane, całość nabiera urzekającego rytmu, który utrzymuje się przez resztę tekstu. 

Jestem również fanką postaci Gabriela – bardzo ładnie zbudowany, ciekawy, w gruncie rzeczy smutny bohater. 

Artemisiu,

bardzo dziękuję za przeczytanie i zostawienie komentarza. Już prawie zwątpiłem, czy jeszcze ktoś zajrzy i napisze, co sądzi o tekście.

Literówkę już poprawiam – Sokole Oko! :)

Dodatkowe podziękowania za dobre słowo i opis odbioru poszczególnych części tekstu. Ciągle pracuję nad warsztatem i takie uwagi są dla mnie bardzo wartościowe.

A Gabriel nie ma jeszcze fanklubu, tym bardziej cieszy się z deklaracji :D

Pozdrawiam serdecznie!

empatia

Już na wstępie moją uwagę przykuła bardzo ciekawa zależność pomiędzy przyjętym przez Ciebie nickiem a tytułem opowiadania. Myślę, że w połączeniu z końcowym wydźwiękiem tekstu buduje wrażenie lepsze, niżbyś opublikowała je pod swoim nazwiskiem.

Opowiadanie jest bardzo spokojne, z tempem narracji, jak określiłby to Cobold, „szlachetnie powolnym”. Czytało się je bardzo płynnie – co jest zasługą Twojego bardzo solidnego stylu i dbałości, by opublikować tekst możliwie wolny od błędów – jednak znalazłam kilka fragmentów, które w jakiś sposób mi zazgrzytały. Przede wszystkim: mam wrażenie, że dla kontekstu i wymowy utworu wątek Jima w ogóle nie był potrzebny. Zabrał Ci trochę miejsca, który mogłaś poświęcić na rozbudowanie postaci Jane, i wprowadził zgrzyt przekierowania uwagi – poznaliśmy Jima, już się trochę z nim nawet zżyliśmy, a następnie on umiera i… właściwie nie wracamy do jego osoby. Historię, którą pragnęłaś opowiedzieć, można było bez problemu zawrzeć w losach Jane. Poza tym odnosząc się do przedmowy odnoszę wrażenie, że wulgaryzmy akurat w przypadku Jima nie były potrzebne (choć nie mam nic przeciwko przekleństwom w tekstach jako takich; jest ich u mnie sporo) – po prostu po wykreowaniu go z początku nie odniosłam wrażenia, by był osobą, która tak rzuca mięsem.

Ciekawa koncepcja nieoczywistego świata, choć jej klimat w zasadzie bardziej podpada pod socjo SF niż weird fiction. Na jej tle ładnym akcentem zaznacza się postać Gabriela i jego postawa. Podobała mi się zabawa imieniem, w której pozostawiasz nas przez chwilę w stanie zawahania, czy Gabriel jednak jest tym aniołem, czy może czymś innym.

W kwestiach technicznych: zazgrzytało mi pod koniec „skakanie po głowach” – przeskakiwanie z perspektywy (np. przytaczania myśli) od Jane do Gabriela w obrębie tego samego fragmentu, co jest trochę konfundujące. No i z perspektywy samej logiki nie jestem do końca przekonana, czy paralizator ma wystarczający woltaż, by uśmiercić człowieka zanurzonego w basenie (bardziej prawdopodobny wydaje mi się wstrząs i poparzenie). 

Witam Jury i dziękuję za obszerną informację zwrotną. Dziękuję też za ciepłych kilka słów. Co do tych krytycznych wypadałoby nie polemizować;) ale jest to silniejsze ode mnie:)

Rozumiem, że większość czytelników szuka więzi z protagonistą. Narracja z perspektywy Jima zresztą do tego prowokuje. Dobrze pamiętam, jak wkurzałem się na Martina za zabijanie głównych bohaterów. Oczywiście nie to, żebym celował w mistrza;) Jim miał pozostawić po sobie nie żal, tylko pytania, na które w dalszej części uzyska się odpowiedzi. Ale rozumiem zarzut. Pomyślę, czy można było to lepiej rozwiązać lub jaśniej napisać.

Co do wulgaryzmów, przyjmuję na klatę, bo sam miałem wątpliwości. Odniosę się tylko do opisanego przez Ciebie wrażenia, że wykreowana postać nie wyglądała na taką, co rzuca mięsem. W mojej ocenie, niezależnie od statusu społecznego, wykształcenia, każdemu trudno pogodzić się z porażką. Wydawało mi się, że wulgaryzmy (być może przesadzone) pokażą, jak trudno było się z nią właśnie pogodzić protagoniście, który w życiu doszedł do przekonania, że jest bogiem. Na związanie się emocjonalne z kimś takim szczerze mówiąc nie liczyłem.

Skakanie po myślach bohaterów, to też trochę eksperyment – również biorę na klatę;) Chodziło o pokazanie dystansu Gabriela do jednych „obiektów” i nawiązywanie relacji z „trudniejszym klientem”, z którym zaczyna się rozumieć bez słów. Ale jak najbardziej masz rację, że mogło to prowadzić czytelnika do konfuzji. Może nie było to konieczne.

Co do paralizatora, nikt nie mówił, że bezpośrednią przyczyną zgonu jest w tym przypadku “woltaż”;) W basenie najczęściej się tonie :p

Podsumowując, serdecznie dziękuję za motywujący konkurs i solidną ocenę. Jestem naprawdę zobowiązany za poświęcony czas.

Pozdrawiam serdecznie.

empatia

Wydaje mi się, że w “Zbędnej sprawności” jest sporo zbędnych elementów. 

Już w pierwszym akapicie mamy “dokrętki” myślowe typu: “Na co liczył Jim? Że błagalny gest zadziała? Uchroni go przed napastnikiem?”, choć później nazywasz bezradność po imieniu, co sprawia, że retoryka powyżej staje się zbędna (IMO jest wgl zbędna). “Kiedy uwierzył, że jest bogiem? Dlaczego dotąd dostawał wszystko, czego chciał? Czemu teraz cudowna moc odeszła?” – ciężko mi uwierzyć w tak sformułowane myśli, nie brzmią naturalnie, wyglądają na zdystansowane, ocenione – chaos i zdezorientowanie bohatera wypadają blado. Końcowe w akapicie “do kurwy nędzy” (mocne i konkretne) kłóci się z początkowym “do diabła” (leciutkie).

Ogólnie wydaje mi się, że jest tutaj za gęsto od tłumaczeń, co i dlaczego się dzieje, kto co czuje, jest bardzo chronologicznie – zdanie po zdaniu towarzyszymy bohaterom ciasno i dosłownie.

Jane dużo ciekawsza i lepiej pasująca do całości od Jima – nagła niezrozumiała słabość, prawdopodobne zdezorientowanie.

“Kontakt fizyczny, choć tłumiony materią, pozwala na interakcję naszych dusz”, jak na mój gust, trochę za topornie opisane; dalej trochę lepiej, choć siła ludzkiego umysłu jest raczej zaprezentowana w domyśle, chciałabym zobaczyć coś rzeczywiście potężnego. Myśli (?) lub też rozterki Gabriela mają wydźwięk spowiedzi, lecz wydaje mi się dumna, pewna siebie – “zawsze był mordercą, zamachowcem, asasynem”, nie wiem, czy taki był zamysł, wydaje mi się, że Gabriel jest zmęczony, boleje, lecz jego cwaniackie monologi odbierają wiarygodność jego postaci. Wątek z pocałunkiem miał być zaskakujący, ale mnie wydał się niezręczny, nie widziałam romantyzmu sytuacji, wywołał we mnie raczej cringe. Szczególnie, że sytuacja się powtarza. Nie rozumiem również użycia słowa “timing”.

 

Dziękuję za udział w konkursie.

Srogo, jurorko Żongler. Naprawdę żadnych pozytywów? Normalnie jeszcze kilka lat temu załamałbym się całkowicie po takim werdykcie. Ale jak to mi kiedyś wytłumaczono „staraj się nie przejmować i wyciągnij tyle wniosków dla siebie, ile możesz”. No to spróbuję.

Jeśli chodzi o to, że w tekście jest za gęsto od myśli i uczuć – nic z tym za bardzo nie zrobię. Tak piszę, a ponieważ jest to tylko hobby, stylu nie zmienię, bo w gruncie rzeczy taki właśnie lubię. Nie wykluczam jednak, że takie pisanie sensu nie ma, bo nie będzie na nie koniunktury.

Jak zrozumiałem, „nie kupiłem Cię” pierwszym wątkiem, potem było już z górki:( Nie będę bardzo polemizował, bo jak już tłumaczyłem wcześniej kilka rzeczy było swoistym eksperymentem, a wykonanie obciążone moją niechęcią do wykładania wszystkiego łopatą. Lubię zabawę w zostawianie okruszków, aluzji słownych, które (jeśli się połączy je w całość) pokazują obraz szerszy niż z pozoru się wydaje, choć czasem zwodzą;) – nawiązanie do bycia bogiem, czy stwierdzenie „do diabła” miało swój cel. Podjąłem ryzyko niedosłowności, zbyt wielu okruszków, czy zwodów – płacę cenę.

Co do rozdźwięku między przekleństwami /konkretne vs. leciutkie/ miotanymi w myślach i tym, co wykrzyczał Jim w pierwszym akapicie – nie uważam, żeby to był jakiś wielki błąd, ale z odbiorem czytelnika podobno się nie dyskutuje (jeśli obiorca czegoś nie rozumiał to najprawdopodobniej autor źle to opisał, nie wykluczam). Niemniej nurtuje mnie to trochę. Czy naprawdę Twoim zdaniem nie jest prawdopodobnym, żeby ktoś, kto nawet panikuje, ale ma w sobie jeszcze dość buty i wiary we własną moc sprawczą, nie mógł formułować myśli i słowa wyrażanego werbalnie o treści i/lub ładunku emocjonalnym stopniowanym nieco inaczej?

Co do Gabriela, naprawdę nie wiem, który fragment monologu sprawił, że uznałaś jego podejście za „cwaniackie”. Owszem, jest w jego myślach dużo cynizmu wynikającego z rutyny i zmęczenia, a także próby racjonalizowania i chęci znalezienia sensu w swojej pracy, ale „cwaniactwo”? Gryzie mnie to chyba najbardziej z zaprezentowanej przez Ciebie krytyki. Gdzie konkretnie popełniłem błąd?

Co do pocałunku i, jak to ujęłaś, powtórzeniu sytuacji – za pierwszym razem Jane zmierzała do uzyskania kontaktu wzrokowego, a drogą do tego miało być zaskoczenie Gabriela, w drugim to była szczera prośba. Wydawało mi się, że opisane jest to dość jasno, ale może się mylę. Owszem zostawiłem w drugim przypadku niedopowiedzenie z możliwością interpretacji (znów ryzyko i cena – biorę na klatę), ale „cringe”? Jedyne co przychodzi mi do głowy, to że między autorem a odbiorcą znalazł się odmienny bagaż życiowych doświadczeń.

Co do słowa „timing”, faktycznie poprawniej byłoby „idealne wyczucie czasu”. Nie było to jednak wtrącenie narratorskie, a myśl Gabriela (konsekwentnie w tekście oznaczana kursywą), więc czy to błąd? Czy gdybym dał dłuższą wersję dla myśli, czy nie zostałaby przypadkiem uznana za mało naturalną? Moim skromnym zdaniem formalnie nie jest to błąd, ale rozumiem, że mogło zazgrzytać przy lekturze. Tak wybrałem, biorę odpowiedzialność.

I na koniec, czy pierwsze zdanie z Twojego wpisu mam traktować jako jurorską ocenę interpretacji wylosowanego hasła? Nie wiem, czy jeszcze wrócisz do tekstu i czy znajdziesz czas na odpowiedź (pewnie macie dużo pracy przy niemal setce opowiadań), ale męczy mnie pytanie. Czy „Zbędna sprawność” była aż tak trudna w interpretacji, a może w Twojej opinii aż tak słaba, żeby ocenę kluczowego kryterium zamknąć w takim zdaniu? Ale może tylko miałem zbyt wiele oczekiwałem od jurorskiej oceny po przeczytaniu regulaminu konkursu.

Mimo krytyki i braku odniesienia się do deklarowanych przez Was kryteriów oceny dziękuję za poświęcony czas. Konkurs był ciekawy i zmotywował mnie do tego, by znów coś napisać. Było warto:)

empatia

Interesujący pomysł, żeby wrzucić psychopompa do matriksa. Misie.

Mnie też najbardziej podobała się część z Jane – jest tam najwięcej wyjaśnień. :-) Mądrzy ludzie zadają pytania.

Babska logika rządzi!

Finklo, śliczne dzięki za przeczytanie i pozostawienie opinii. W zasadzie już nie wierzyłem, że jakaś jeszcze pojawi się pod tekstem. Miło tym bardziej, że Cisie :D Kłaniam się nisko!

A jeśli chodzi o wątek Jima i Jane. Niby wiem, dlaczego ten pierwszy mógł się podobać mniej, ale czy bez tej części opowiadania i znaków zapytania tam rozsianych, odpowiedzi udzielone w wątku Jane byłyby satysfakcjonujące? Czy pokazanie pracy Gabriela jedynie przez pryzmat historii Jane, wybrzmiałyby odpowiednio? Przecież „zbędna sprawność” dotyczy głównie jego; pozostałych bohaterów jedynie w zakresie fizycznym. No nic, może znów przekombinowałem:( Możliwe, że jak twierdzą jurorzy, część wątków była zbędna, ale patrzę na ten tekst po raz kolejny i nie potrafiłbym usunąć z niego cokolwiek. Chyba nadal nie potrafię złapać dystansu do tego opowiadania;)

empatia

No, nie sugeruję, żeby coś wycinać. Ja tylko dołączam do chórku zwolenników Jane. :-)

Babska logika rządzi!

Jeśli o chórek chodziło to kłaniam się podwójnie:) Chyba za dużo wątpliwości pozostało po wizytacji jury:(

empatia

Nowa Fantastyka