- Opowiadanie: Artemisia - Pętla

Pętla

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Pętla

Tramwaj huczał i dygotał, pędząc przez ciemność.

Każdy hałas odbijał się w głowie Eweliny bolesnym echem i nawet muzyka w słuchawkach nie była w stanie go zagłuszyć. Dziewczyna wcisnęła twarz w mokry szalik i przymknęła powieki. Było koło siedemnastej, piątek, popularna trasa, więc ścisk dawał się we znaki. Szczególnie takiej osobie jak Ewelina. Ostre żółte światło, zapach potu i perfum, szum głosów zlewający się w dokuczliwe brzęczenie. Nigdy nie czuła się dobrze w tłumach; przytłaczał ją natłok bodźców, twarzy, komunikatów, onieśmielały obce twarze. Jeszcze miała tak chujowy dzień, Boże. Tak chujowy.

Stanął przy niej jakiś mężczyzna. Nauczona przykrym doświadczeniem dziewczyny codziennie podróżującej komunikacją miejską, udawała, że go nie widzi. Dopiero po chwili zorientowała się, że coś do niej mówi i to już pewien czas. Niechętnie wyjęła jedną słuchawkę z ucha i podniosła wzrok.

– Słucham?

Mężczyznę na chwilę zatkało, mogła więc dokładniej mu się przyjrzeć. Mógłby być jej dziadkiem – zupełnie siwy, w kurtce khaki, z wystającym brzuchem i zmarszczkami dezaprobaty przy oczach. Odkaszlnął z potępieniem. Ewelina aż skrzywiła się w duchu.

– Cóż – powiedział sucho. – Mówiłem, że już dawno chciałem się przywitać, bo my się tu tak integrujemy, a pani…

Ewelinę przeszył zimny dreszcz. Ponieważ jednak była zdecydowanie zbyt miła, nie przerwała od razu.

– …no bo widzimy, że pani tak sama, a skoro jeszcze spędzimy tu trochę czasu, to można się przedstawić, my tu na przykład z panią Małgorzatą…

– Mhm, nie dziękuję, mój przystanek, do widzenia – wydusiła z siebie ledwo słyszalnie, prześlizgując się pod ramieniem mężczyzny.

Gwałtownie przepchnęła się na tył tramwaju, torując sobie drogę plecakiem i wzbudzając poirytowane pomruki. Wcisnęła się w kąt na schodkach, przy nieotwierających się drzwiach. Podkręciła muzykę głośniej i zamknęła oczy, w końcu łapiąc oddech.

Telefon zawibrował, sygnalizując nadejście wiadomości.

*

Mżawka stukała lekko w szybę pojazdu, jak niemrawe palce wygrywające melodię – jakby stworzoną, żeby doprowadzić Ewelinę do szaleństwa. Wyłączyła aplikację z wiadomościami, gdzie trzy natarczywe znaki zapytania ponaglały ją do odpowiedzi. Podkręciła muzykę, najbardziej pretensjonalne, nastolatkowe emo, jakie tylko mogła znaleźć. Udało jej się przycupnąć w ostatnim rzędzie siedzeń, między dwiema kobietami w średnim wieku – zahukaną brunetką i farbowaną blondynką z siatką pomarańczy. Z ust śpiącego mężczyzny naprzeciwko buchały jej w twarz opary alkoholu. Jakaś wstawiona grupa chłopaków śmiała się trochę zbyt głośno.

Dlaczego, katowała się rytmicznie, dlaczego, dlaczego nigdy nie potrafię powiedzieć tego co trzeba?

– Hej! – wrzasnął jakiś głos.

Ewelina podniosła wzrok. Postawny, łysiejący mężczyzna walił w zamknięte drzwi tramwaju i darł się wniebogłosy.

– Hej! Chcę wysiąść! Słyszysz, zjebie? Wypuść mnie, chcę wysiąść! 

W jego głosie słychać było rozpacz. Pewnie pijany, pomyślała Ewelina, z lekkim niesmakiem obserwując, jak mężczyzna przedziera się w stronę kabiny motorniczego, nadal wywrzaskując obelgi.

– Czy on nie wie – powiedziała dziwnie martwo brunetka – że i tak nie wysiądzie?

Słowa zawisły ponuro w powietrzu i Ewelina wzdrygnęła się mimowolnie. Kobieta z pomarańczami westchnęła. Mężczyzna zaczął szturmować kabinę motorniczego, bez szczególnego skutku. Ktoś próbował go od niej odciągnąć.

Ekran telefonu rozjaśnił się i wypluł dymek z wymownym „I jak?”. Ewelina westchnęła i z ciężkim sercem wystukała oczekiwaną odpowiedź.

Tramwaj skręcił gwałtownie. Chyba wjechał na pętlę. Ewelina próbowała dojrzeć coś za szybą, ale widziała tylko swoje odbicie w mętnym żółtym świetle.

*

W podstawówce grały z koleżankami w taką grę. „Gdybym była”. „Gdybym była zwierzęciem, byłabym żyrafą”, takie tam rzeczy. Niektóre oszukiwały i nazywały się rzeczami, którymi chciałyby być, a nie z którymi naprawdę się utożsamiały. Ewelina też zresztą.

No to teraz szczerze, bez wciskania kitu. Gdyby była deserem, byłaby zawiniętym w siebie ślimakiem z cynamonem. Gdyby była owocem, byłaby zgniecionym, pryskanym mango z Biedronki, z dala od swojej naturalnej strefy klimatycznej. Gdyby była rośliną, byłaby mimozą – tą, która pod wpływem dotyku zwija liście.

Tramwaj kołysał się miarowo, czasem opadając z szarpnięciem. Właśnie przy takim szarpnięciu młody, nieogolony wyrostek, któremu przypatrywała się kątem oka, spojrzał na nią i mrugnął porozumiewawczo.

– Patrzysz na krzesło?

Ewelina drgnęła tak gwałtownie, że prawie spadła z siedzenia. Jak nic, mimoza.

– Mmhm, tak. – Spuściła wzrok na rzeczone.

Chłopak zamiast zwykłego siedzenia zajmował bowiem ciężkie, drewniane krzesło. Do tego pokryte skomplikowanymi rzeźbieniami i kwiecistą tapicerką. Dwóch kolegów pomocnie trzymało za rzeźbione gałki u wezgłowia, chroniąc przed upadkiem. Wszyscy wyglądali na nieco, jak to się mówi, nie tego. 

– Marcin jestem – przedstawił się Marcin.

– Mhm – wydobyła z siebie Ewelina. – Ewelina.

– Wszystko gra?

Uniosła brwi, zaskoczona.

– Słucham?

Marcin w obronnym geście uniósł ręce. Odziane w narciarskie rękawice.

– Wyglądasz na smutną. Ten telefon. I wzdychasz dużo. I w ogóle. Już któryś raz to widzę.

Ewelinie zdało się nagle, że w tramwaju jest dziwnie cicho, więc rzuciła okiem na pozostałych pasażerów. Jakaś starsza kobieta szybko odwróciła wzrok. Ewelina poczuła się trochę nieswojo. Ściszyła głos.

– No, tak. To nie jest mój dzień, że tak powiem.

Marcin przechylił jajowatą głowę. Kolega po jego lewej leniwie zwijał paragon w tutkę. Gwar w tramwaju znowu wezbrał, podobnie, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu, słowa w ustach Eweliny. Może dlatego, że tak długo nie miała tego komu powiedzieć, a oczy Marcina, choć lekko zamglone, patrzyły z zainteresowaniem.

– Jakby to powiedzieć… za bardzo się wszystkim przejmuję. To chyba główna przyczyna. Tak przeżywam każde krzywe spojrzenie, że zrobię wszystko, żeby go nie doświadczyć. Rozumiesz?

Pokiwał filozoficznie głową.

– Nie bardzo.

Och.

– No tak. – Skrzyżowała ramiona na piersi. – O co chodzi z tym krzesłem?

– Aaa, no właśnie. – Marcin ewidentnie ucieszył się ze zmiany tematu. – No właśnie nie wiemy. To znaczy, nie pamiętamy. Nikt z nas nie pamięta, skąd je mamy. Co nie, chłopaki?

Jeden z chłopaków poważnie skinął głową.

– Ni chuja.

Ewelina chrząknęła.

– No, to chyba niezła impreza była.

– No, dosyć. – Marcin uśmiechnął się trochę zbyt szeroko. – No i tak sobie siedzimy i rozkminiamy. Nawet nie chodzi o to, żeby komuś oddać, no bo już nie oddamy, co nie, ale tak sobie zabijamy czas, kiedy…

Jeden z kolegów szturchnął go mocno.

– Tego miałeś nie mówić – wysyczał.

– Aaa, no, prawda. – Marcin klepnął się w czoło tak mocno, że aż się skrzywił. – No, to nie, oddamy, oczywiście, że oddamy – powiedział ze sztuczną wesołością.

Ewelina uśmiechnęła się niepewnie. Wykorzystała moment, w którym Marcin zbierał myśli i dyskretnie zmieniła miejsce.

*

Błoto na butach zdążyło już zaschnąć. Ewelina poruszyła jednym i drugim botkiem. Gumowy uchwyt wyślizgiwał jej się ze spoconej ręki. Wypuściła ze świstem powietrze, próbując zepchnąć dudnienie tramwaju na tył głowy.

Spojrzała w stronę kabiny motorniczego. Niebieskie oczy w lusterku spokojnie patrzyły w stronę torów.

Ewelina zerknęła na wyświetlacz telefonu. Piątek, pomyślała leniwie. Znowu.

*

Tępo przeleciała wzrokiem instagramowego feeda. Zdawało jej się, że wszystko już widziała.

Każde słowo wysłanej właśnie wiadomości przechodziło teraz przez młyny jej nadpobudliwego mózgu.  Brak wielkich liter (miało być nonszalancko, może wyszło sztucznie?), źle postawiony przecinek, uśmiechnięta emotka, na przemian zdająca się głupia, zbyt entuzjastyczna, zbyt staromodna. No i treść. Treść ciążyła Ewelinie niczym, pozostając przy metaforze, kamień młyński u szyi.

Próbowała przekonać się, że zrobiła dobrze. Nie potrafiła. Zignorowany instynkt wył jak zranione zwierzę.

Przebiegła pustym wzrokiem po pasażerach. Była w tramwaju. Znowu. Czasem zdawało jej się, że większość życia spędza w dojazdach. Tym razem stała w najbardziej znielubionym miejscu, w wąskim przejściu między siedzeniami. Spuściła wzrok na dłoń siedzącej obok starszej kobiety. Ewelina przechyliła głowę. Pomarszczona ręka staruszki pokryta była zapiskami zrobionymi niebieskim atramentem. Dziewczyna uniosła brwi. Sama często zapisywała sobie na dłoni coś, co koniecznie musiała zapamiętać, nigdy nie widziała jednak czegoś takiego u osoby starszej. Z tej odległości nie mogła odcyfrować liter; zdawało jej się jednak, że widzi pogrubiony, nieco zniekształcony przez zmarszczki i błękitne żyły znak nieskończoności.

Dopiero po chwili zorientowała się, że staruszka zauważyła jej spojrzenie. Doznała dziwnego uczucia déjà vu.

Kobieta uśmiechnęła się do niej miło. Miała turkusowy płaszczyk, kraciastą walizeczkę przy nodze i nieco przerzedzone siwe włosy. Między licznymi zmarszczkami błyszczały przyjemnie bystre oczy.

– Nie przejmuj się, kochanie. Dużo ludzi zwraca na to uwagę. – Potarła zapisany kciuk. – Czasem koniecznie trzeba coś zapamiętać, a to trudne. Jeszcze w moim wieku…

Ewelina niepewnie odwzajemniła uśmiech.

– Szkoda, że „papier” już nie taki. – Kobieta puściła oko.

Ewelina wciąż się uśmiechała, niepewna, co odpowiedzieć. Mimo aparycji pociesznej staruszki pasażerka patrzyła niepokojąco przenikliwie.

– Coś cię trapi, kochanie?

Dziewczyna roześmiała się niepewnie.

– Nie. Dlaczego?

– Wydajesz się bardzo przejęta. – Spojrzenie staruszki stało się trochę zbyt świdrujące.

Ewelina odruchowo przyjęła obronną pozę.

– Wszystko w porządku, dziękuję.  

Kobieta czekała chwilę. Kiedy zobaczyła, że Ewelina nie ma ochoty na zwierzenia, uśmiechnęła się tylko, jakby trochę smutno.

– To dobrze. Przepraszam.

*

Dziewczyna odwróciła się tyłem do kierunku jazdy; praktycznie przytulona do żółtego uchwytu i swojego telefonu. Małgorzata, usadowiona przy kabinie motorniczego, mogła więc przypatrywać się jej bez przeszkód.

– Nie wiem, po co się tak bawimy – burknął Rudolf, a zmarszczki przy oczach jeszcze mu się pogłębiły. – Chyba prawie wszyscy już wiedzą. 

Małgorzata westchnęła, nie spuszczając wzroku z pleców Eweliny.

– Szkoda dziewczyny. Taka młodziutka.

Rudolf prychnął pogardliwie.

– I co z tego? Dzisiaj młodzi to takie delikatesy. Powiesz jedno słowo i dwa miesiące u terapeuty, żeby sobie z tym poradzić.

Anka, młoda punkówa ze wściekle niebieską grzywą, przewróciła wymalowanymi oczami. Nogę w glanie nonszalancko oparła o antyczne krzesło z kwiecistym obiciem.

– Okej, boomer.

– Proszę?

– Rudolf, bez urazy, gdyby ktoś tak do mnie zagadał w tramwaju, chyba dałabym mu w jaja.

Rudolf aż syknął z oburzenia.

– Nawet nie podejrzewałem, że jeszcze można się nie zorientować. Poza tym – wycedził chłodno – to było bardzo. Powtarzam: bardzo niekulturalne. Przypominam o naszej różnicy wieku, młoda…

– Swoją drogą to niesamowite, że jeszcze się nie zorientowała – gładko zignorowała go Anka.

– Jest taka zatopiona w myślach – mruknęła Małgorzata.

Powoli rozprostowała palce pomarszczonej, pokrytej niebieskimi literami ręki. Myślała nad czymś w skupieniu, tylko marszcząc brwi, gdy trzech mężczyzn z krzesłem dyskutowało trochę zbyt głośno. Debatowali nad pochodzeniem mebla. Znowu. Właściwie debata trwała odkąd Małgorzata sięgała pamięcią.

– No bo – mówił powoli Marcin, jakby nie chciał zgubić wątku. – To na pewno nie jest nasze krzesło, co nie?

Jeden z jego kolegów pokręcił głową.

– Ni chuja – stwierdził kategorycznie.

Rudolf posłał im ciężkie spojrzenie.

– Wciąż nie widzę powodu, dla którego mamy trzymać to w tajemnicy – powiedział sucho.

– Większość z nas nie wie, co musi zrobić. – Małgorzata ponownie zgięła palce. – Po dziewczynce widać, że coś się stało. Może jedyne czego potrzebuje to rozmowa, zrozumienie?

– No dobrze – nie poddawał się Rudolf – nie sądzicie, że łatwiej będzie nam to znaleźć, kiedy powiemy jej, że musi to znaleźć?

Małgorzata westchnęła.

– Czasem zastanawiam się – powiedziała powoli – czy tak bezpośrednie uświadamianie niektórych nie było błędem. – Machnęła ręką, uciszając Ankę, która już otwierała usta. – Nie was. Pięknie sobie radzicie. – Uśmiechnęła się słabo. – Ale niektórzy znieśli to gorzej.

Wszyscy spojrzeli na pełen tramwaj. Właściciele krzesła głośno myśleli nad tym, czy krzesło ukradli czy kupili, bo było w trochę zbyt dobrym stanie, żeby zabrali je ze śmietnika. Dużo osób siedziało jednak cicho, pustym wzrokiem patrząc w okna. Brunetka w średnim wieku miarowo i bezskutecznie naciskała guzik otwierania drzwi.

– Byłabyś bardzo samotna – powiedziała Anka cicho.

– W każdym razie. – Małgorzata wyprostowała się na tyle, na ile pozwalały na to bolące stawy. – Mamy możliwość eksperymentu. Pomocy bez traumatyzowania dziewczyny. Może uda jej się wysiąść spokojnie.

Spojrzeli w stronę kabiny motorniczego. Oczy w lusterku, tym razem duże i piwne, odwzajemniły spojrzenie, po czym spokojnie zwróciły się z powrotem ku torom.

Każde z nich wiedziało jednak, bo sprawdzili to już wielokrotnie, że kabina jest pusta.

*

Naprawdę się starali.

Po trzech porażkach postanowili wysłać Ankę. Nikt nie dogada z młodą dziewczyną tak jak młoda dziewczyna, prawda? Anka miała wątpliwości, była bowiem z natury i nawyku onieśmielająca. Obiecała jednak, że spróbuje.

Podeszła śmiałym krokiem do Eweliny, zawisła nad nią całym swoim metr siedemdziesiąt siedem i huknęła:

– Siema, masz powerbanka?

Ewelina, jak można było przypuścić, skuliła się w sobie i wymamrotała, że przeprasza, ale nie ma. Anka na chwilę straciła rachubę, ale szybko rzuciła brawurowo:

– To mogę skorzystać z twojego telefonu? Mój się rozładował, a muszę do kogoś napisać. Super, dzięki, jesteś kochana.

Ewelina trochę poweselała. Anka ekspresyjnie wystukała wiadomość, wciąż zalewając dziewczynę potokiem słów.

– Bardzo podoba mi się twój płaszcz, gdzie kupiłaś? Okej, ze względów etycznych tam nie kupuję, ale ładny. To zabrzmiało oceniająco? Mam nadzieję, że nie zabrzmiało oceniająco. Chodzisz do szkoły, studiujesz?

Małgorzata i Rudolf obserwowali to wszystko, ona z nadzieją, on chmurnie; przez cały przejazd miał zresztą parszywy humor. Od pierwszej pętli, kiedy oskarżył Ankę o oszukiwanie w kółko i krzyżyk na zaparowanej szybie, aż do psioczenia na tego okropnego pijusa, który ciągle śpi, darmozjad jeden. Teraz znowu podjął temat Eweliny.

– Ja bym się tak nie cackał – burknął. – Z moimi dziećmi też się tak nie cackał… – urwał.

Małgorzata wiedziała czemu, więc milczała. Spuściła wzrok na swoje dłonie, pokryte gęstą siecią niebieskiego atramentu. Z nieco już rozmazanego gąszczu można było wyłowić kilka wyrazów. Pamiętała, jak je zapisywała, najpierw tknięta wrażeniem, że coś jej umyka; później coraz częściej, coraz bardziej gorączkowo. Pamiętała samotne brnięcie przez mgliste wspomnienia, dziwnie znajome twarze, kolejne elementy składające się w całość, wydobywanie się z letargu ciemności, gorąca i miarowego dudnienia. „Nie zatrzymuje”, „pętla”à „zapomnienie”, „krzesło”, „znikają”, „krzyk”, „szkło”, „wypadek?”.

– Może to krzesło Weroniki? – nie poddawał się tymczasem Marcin. – Byliśmy u jakiejś Weroniki, prawda?

Rudolf wciągnął gwałtownie powietrze i zanim Małgorzata zdążyła go powstrzymać, zerwał się i zawisł nad chłopakiem.

– Czy nie możecie dać spokoju z tym krzesłem?! Nieodpowiedzialni gówniarze! Pewnie któryś usiadł i był tak wcięty, że wstał i poszedł z krzesłem przy dupie!

Twarz Marcina powoli zaczęła się rozjaśniać.

– Rzeczywiście! Tak! Pamiętam! Krzysiek, to było w tej kawiarni, co nie? Tej takiej eleganckiej, co nas z niej wyrzucili?

Krzysiek zmrużył oczy.

– Czekaj. Tej takiej z meblami dziwnymi?

– No!

Krzysiek uśmiechnął się od ucha do ucha w nagłym oświeceniu.

– Ty, rzeczywiście! I odruchowo wziąłem ze sobą krzesło, a zapomniałem kurtki.

Rudolf opadł na siedzenie koło Małgorzaty, pokonany. Tramwaj powoli zaczął skręcać.

*

Ewelina zmrużyła oczy. Wysoka dziewczyna z jaskrawoniebieskimi włosami o wyglądzie punkówy uśmiechała się nienaturalnie szeroko.  

– Czy my się nie znamy? – powiedziała Ewelina powoli.

Dziewczyna zamrugała.

– Jeżdżę często tą trasą w sumie.

– Ach, możliwe. Czekaj, może nawet…

– Powerbank – wtrąciła punkówa szybko. – Pamiętasz? Pytałam cię o powerbanka jakiś czas temu. Pożyczyłaś mi telefon.

– Rzeczywiście – powiedziała Ewelina powoli. – Hm. Przepraszam, możesz powtórzyć pytanie?

– Czego słuchasz?

Ewelina zerknęła na telefon, nieco spłoszona.

– Za bardzo słychać?

– Nie, nie – rzuciła punkówa szybko. – Po prostu jestem ciekawa.

– My Chemical Romance? – bardziej zapytała niż stwierdziła Ewelina.

Kącik ust punkówy drgnął w wyrazie pogardy. Szybko się jednak opanowała.

– O, lubię ich – powiedziała nieszczerze. – Tak pytam, bo myślałam, że może coś smutnego, taka jesteś zamyślona. Lubię smutne rzeczy.

Brwi Eweliny wędrowały coraz wyżej.

– Nie, nic takiego.

– Ach. No to, hm, wszystko dobrze?

Ewelina zacisnęła usta.

– Często słyszę to pytanie ostatnio – rzuciła oschle. – Tak, wszystko dobrze.

Telefon zawibrował. Z ulgą spojrzała na wyświetlacz, ale kąciki ust szybko opadły jej w dół.

 – Przepraszam, muszę odpisać – rzuciła mechanicznie.  

Punkówa postała nad nią jeszcze chwilę, bo czym westchnęła i odeszła.

*

Rudolf chuchnął na szybę, żeby zaparowała. Narysował kilka linii do gry w kółko i krzyżyk. Obejrzał się na tramwaj, dziwnie cichy i pusty.

– Nie wierzę – powiedział, kręcąc głową.

Małgorzata ze smutkiem spojrzała w miejsce, gdzie ostatnio siedzieli właściciele krzesła. Nie było ani wyrostków, ani mebla.

– No cóż, taka kolej rzeczy – powiedziała. – Będę za nimi tęsknić.

Rudolf machnął niecierpliwie ręką.

– Krzyżyk na drogę. Nie mogę uwierzyć, że to było wszystko, co musieli skończyć. Cholerne krzesło. – Ponownie pokręcił głową.

– Każdy ma swoje sprawy – spróbowała Małgorzata.

– Katarzyna musiała skończyć pracę magisterską i osiągnąć naukową satysfakcję. Michał musiał odsłuchać ignorowane wiadomości od byłej żony i zrozumieć, że ją kocha. Ta z pomarańczami przyznała, że od lat gryzą ją popełnione oszustwa finansowe. A oni… – Rudolf machnął bezsilnie ręką. – Musieli przypomnieć sobie, skąd wzięli krzesło.

Anka parsknęła śmiechem. Założyła nogę na nogę i z dziury w dżinsach wydostało się gołe kolano.

– Może powinieneś skupić się na sobie?

Rudolf prychnął gniewnie, z dezaprobatą patrząc na jej spodnie.

– Poważnie. – Anka skrzyżowała ręce na piersiach. – Każdy próbuje sobie jakoś pomóc, ale nigdy nie widziałam, żebyś próbował znaleźć swoją przyczynę tego gówna.

– Może dlatego, że nic wam do moich przyczyn? – odparował Rudolf.

Zapadła krótka cisza.

– Zresztą – rzucił trochę mniej gniewnie – może niektórych rzeczy nie da się naprawić. Nie, kiedy siedzi się w tej puszce.

Cisza przeciągnęła się nieprzyjemnie.

– Jak idzie z małą? – spytała wreszcie Małgorzata.

– Fatalnie – powiedziała Anka szybko. – Jezu. Nie mam pojęcia jak ją podejść. Jeśli potrzebuje rozmowy, to źle to widzę bez uświadomienia jej.

Małgorzata westchnęła.

– To nastąpi wcześniej czy później, Gosiu – powiedziała Anka łagodnie.

Tramwaj skręcił ostro. Wszyscy umilkli, czekając, aż zatoczy pełne koło na pętli. Koła zazgrzytały potępieńczo, światło w zepsutej lampce zamigotało, korpus zgiął się jak gąsienica i po chwili tramwaj przyspieszył, ruszając przed siebie.

W tyle pojazdu Ewelina zamrugała, rozejrzała się półprzytomnie i z powrotem zatopiła w telefonie.

*

 

Rudolf potrzebował chwili samotności. W tramwaju było to praktycznie niemożliwe, oczywiście, zaszył się jednak najlepiej jak mógł, z przodu pojazdu. Dlatego gdy ktoś klapnął na siedzenie naprzeciwko, w pierwszym odruchu chciał posłać mu piorunujące spojrzenie. Gromy zamarły jednak, gdy Rudolf podniósł wzrok na twarz intruza.

Ewelina była pogrążona w telefonie, oczywiście. Patrzyła w ekran ze zmarszczonymi brwiami. Mówiła coś bezgłośnie. Rudolf siedział jak na szpilkach i zaraz skarcił się za tę nerwowość.

– Jasne czy pewnie – mruknęła cicho Ewelina.

W Rudolfa nagle coś wstąpiło.

– Pewnie – powiedział.

Ewelina podniosła wzrok. Rudolf odchrząknął, zakłopotany.

– Jeśli chce pani wiedzieć, co lepiej brzmi – skorygował tak grzecznie, jak tylko mógł – to wybrałbym pewnie. Brzmi… no cóż, pewniej.

Ewelina patrzyła na niego przez chwilę. Uśmiechnęła się słabo.

– Gdybym tylko była tak pewna – powiedziała dziewczyna.

Rudolf skrzywił się w duchu na ten przejaw niekonkretności i rozmemłania. Zmusił się jednak do wyrozumiałości.

– Może w takim razie lepiej nie odpisywać od razu – zasugerował.

Pokręciła głową, spuszczając wzrok.

– Wtedy chyba nigdy nie odpiszę. 

Milczeli przez chwilę.

– Coś ważnego?

Ewelina zawahała się. Rudolfa uderzyło, że była w wieku jego starszego wnuka. Ostatnio widział go jeszcze jako dziecko. Coś zakłuło go w piersi. 

– Cóż – zaczęła dziewczyna opornie. – Ktoś pyta mnie o pomoc. Właściwie o zrobienie czegoś za niego. Taki projekt. To duża rzecz, zobowiązanie na kolejne pół roku.

– I chce pani to zrobić?

Ewelina zamknęła oczy.

– Nie. Właściwie bardzo nie chcę.

Rudolf nie wiedział co odpowiedzieć. Sam nigdy nie miał takich problemów i trochę raziło go to niezdecydowanie.

– Coś panią zmusza do zrobienia tego? – zaczął powoli. – Lubi pani tę osobę?

– Nie. – Ewelina pokręciła głową. – Nie. Nie mam żadnego powodu, żeby się zgodzić. A jednak wiem, że się zgodzę. – Bezsilnie przejechała ręką po twarzy. – Wiem, że w końcu ulegnę, bo nie chcę narazić się na utratę sympatii. To żałosne, ale tak zrobię.

Rudolf zastanowił się przez chwilę. Kiedyś wzgardziłby tym jako słabością. Ale teraz…

– Co najchętniej by pani napisała? – rzucił po chwili zastanowienia.

Ewelina zamrugała, zaskoczona.

– Mogę zakląć?

Rudolf skinął głową z rozbawieniem.

– Żeby spierdalał.

Rudolf nachylił się do niej poważnie.

– To niech pani to zrobi. Może nie dosłownie tymi słowami. Ale proszę to zrobić. Bez zastanowienia. Teraz.

Ewelina spojrzała na niego zdumiona.

– Proszę. Zanim znowu zacznie pani o tym myśleć.

Wahała się.

– Nie będzie pani żałować, zapewniam. Szczególnie – przełknął ślinę – jeśli w następnym półroczu zdarzy się coś ciekawego.  

Ewelina zacisnęła usta i odpisała coś szybko. Zablokowała telefon i odetchnęła głęboko. Rudolf uśmiechnął się mimowolnie. Spojrzeli na siebie i po jej twarzy też przemknął uśmiech.

Dopiero po chwili zorientowali się, że tramwaj stoi.

Ewelina niepewnie spojrzała w ciemność za oknem. Zamrugała. 

– To chyba mój przystanek – powiedziała.

Rudolf rozejrzał się po pozostałych pasażerach. Trwali zamrożeni w bezruchu. Anka z zaciętą miną zerkała na jakiegoś chłopaka, który zastygł z ustami szeroko rozwartymi w śmiechu. Małgorzata siedziała, wpatrzona z zadumą w okno.

Ewelina wydawała się tym nieporuszona. Uśmiechnęła się do niego niepewnie.

– No to… do widzenia. Dziękuję.

Rudolf otworzył i zamknął usta. Znowu spojrzał w kierunku Małgorzaty, czując, jak w gardle rośnie mu wielka gula. Zerknął w stronę kabiny motorniczego. Wydało mu się, że oczy w lusterku patrzą prosto na niego. Być może Rudolf dopisywał sobie coś, co chciał zobaczyć, ale brwi zdawały się uniesione ponaglająco.

– To… – odezwał się powoli – to chyba też mój przystanek.

Ewelina zmarszczyła brwi, ale skinęła głową. Wstała, zarzucając plecak na ramię i ruszyła w stronę drzwi. Otworzyły się ze zgrzytem.

Rudolf wstał i na miękkich nogach podszedł do Małgorzaty. Dotknął lekko jej ramienia, ale nie zareagowała. Potrząsnął nią gwałtownie, ale jej ciało było bezwładne, jak u lalki. Rudolf czuł, jak oczy zaczynają go piec. Zerknął w stronę drzwi, wciąż zapraszająco otwartych. Pomarańczowa latarnia rzucała na przystankową wiatę mandarynkowe światło. Reszta była pogrążona w nienaturalnej ciemności.

Odwrócił się do Małgorzaty.

– Niedługo – powiedział, chyba bardziej do siebie niż do niej. Może trochę chciał się usprawiedliwić, kto wie.

Odetchnął, odwrócił się i powoli, na miękkich nogach wysiadł z tramwaju.

Koniec

Komentarze

Cześć. Na początek garść uwag. Zaznaczam, że to mój punkt widzenia i wcale nie musisz go akceptować.

Każdy hałas odbijał się w głowie Eweliny bolesnym echem i nawet muzyka w słuchawkach nie była w stanie go zagłuszyć. Dziewczyna wcisnęła twarz w mokry szalik i przymknęła powieki.

Kreśl słowa, które nie są potrzebne. Im więcej ich wyłapiesz, tym lepszy będzie tekst.

Stanął przy niej jakiś mężczyzna.

Wydaje mi się, że narrator powinien wiedzieć, kim jest facet. 

Podkręciła muzykę głośniej i zamknęła oczy, w końcu łapiąc oddech.

[…]

Podkręciła muzykę,

Tutaj nawet nie rzecz w tym, że odnoszę wrażenie powtórzenia. Popatrz. Chciała zagłuszyć hałasy w tramwaju, więc musiała słuchać głośno, potem znów podkręciła dźwięk, a potem w krótkim czasie znów. Trochę mi to zgrzyta logicznie.

Dlaczego, katowała się rytmicznie, dlaczego, dlaczego nigdy nie potrafię powiedzieć tego co trzeba? 

Jedno zdanie i dwa rodzaje narracji. Nie bardzo też rozumiem, jak można katować się rytmicznie. Jedyne wyjaśnienie to w określonym rytmie. Ale tutaj nie pasuje. Zresztą, gdyby wyrzucić to zdanie, opko niewiele straci. :-) 

 – Hej! – wrzasnął jakiś głos.

Nie zgadzam się. Głos nie może wrzasnąć. Ewelina mogła usłyszeć głos. Ktoś (najlepiej konkretny ktoś) mógł wrzasnąć.

 – Mmhm, tak. – Spuściła wzrok na rzeczone.

Nie wiem na co spuściła wzrok.

 – Marcin jestem – przedstawił się Marcin.

– Mhm – wydobyła z siebie Ewelina. – Ewelina.

Tutaj wyszedł Ci niezły “potworek” :-) Może tak:

– Marcin jestem – przedstawił się.

– Ewelina – odparła.

 

Poza tym nie jestem fanem wszystkich tych “Mmhm, ekh, khmy”. To sprawdza się w komiksach. W prozie wypada dźwięki nazwać, albo opisać. 

 

Może dlatego, że tak długo nie miała tego komu powiedzieć, a oczy Marcina, choć lekko zamglone, patrzyły z zainteresowaniem.

– Jakby to powiedzieć… za bardzo się wszystkim przejmuję. To chyba główna przyczyna. Tak przeżywam każde krzywe spojrzenie, że zrobię wszystko, żeby go nie doświadczyć. Rozumiesz?

Pokiwał filozoficznie głową.

– Nie bardzo.

Postawiłem się na miejscu dziewczyny i zastanowiłem się, czy tak bym się zachował. Czy odkryłbym największą tajemnicę przed kimś kompletnie nieznanym w tramwaju, w sytuacji, kiedy nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Odpowiedź brzmi: nie. Zresztą nierealność tej sytuacji świetnie tłumaczy sam Marcin, tuż po tym, jak pokiwał filozoficznie głową. Gdybyś napisała na przykład, że w oczach było coś magicznego, coś co wdzierało się w umysł, itd. No to może dałoby się to jakoś wytłumaczyć. 

Marcin uśmiechnął się trochę zbyt szeroko. 

Zbyt szeroko, czyli jak? 

Przyznam, że w tym miejscu skończyłem wypisywać zastrzeżenia. Moim zdaniem, jeśli uznasz, że choć w części moje sugestie mogą się Ci przydać, przejrzyj jeszcze raz ten tekst. Skreślaj niepotrzebne słowa i przy każdym zdaniu zadawaj sobie pytania. Dlaczego tak się dzieje? Czy to ważne dla fabuły? Czy jest to możliwe? Czy słowa są użyte we właściwym znaczeniu?

 

 

Cześć, 

Dzięki za pierwszy komentarz i uważne przejrzenie! Już odnoszę się do uwag :)

 

Każdy hałas odbijał się w głowie Eweliny bolesnym echem i nawet muzyka w słuchawkach nie była w stanie go zagłuszyć. Dziewczyna wcisnęła twarz w mokry szalik i przymknęła powieki.

Tutaj “dziewczyna” miała akurat zaznaczyć podmiot; bałam się, że z poprzedniego zdania może wynikać, że to muzyka wciska twarz w szalik :) 

 

Co do zdania z rzeczonym:

– Patrzysz na krzesło?

Ewelina drgnęła tak gwałtownie, że prawie spadła z siedzenia. Jak nic, mimoza.

– Mmhm, tak. – Spuściła wzrok na rzeczone.

Chodziło o wspomniane w poprzedniej wypowiedzi krzesło; ale może rzeczywiście zdanie rozdzielające sprawia, że można się zgubić.

 

 – Marcin jestem – przedstawił się Marcin.

– Mhm – wydobyła z siebie Ewelina. – Ewelina.

Tu akurat niezgrabność zupełnie zamierzona, miała służyć efektowi komicznemu. 

 

Dlaczego, katowała się rytmicznie, dlaczego, dlaczego nigdy nie potrafię powiedzieć tego co trzeba? 

Jedno zdanie i dwa rodzaje narracji. Nie bardzo też rozumiem, jak można katować się rytmicznie. Jedyne wyjaśnienie to w określonym rytmie. Ale tutaj nie pasuje. Zresztą, gdyby wyrzucić to zdanie, opko niewiele straci. :-)

Rytmiczne katowanie wynikało, w moim zamierzeniu przynajmniej, z rytmicznego powtarzania tego samego słowa; co do dwóch rodzajów narracji – w opowiadaniu dość często używam mowy pozornie zależnej, stąd np. “jakiś” głos (jest “jakiś” dla Eweliny). Chyba w żadnym miejscu narrator nie jest tak naprawdę obiektywny. Nie spotkałam się jeszcze z uwagą, żeby to był błąd, ale zobaczę, co powiedzą ew. inni czytelnicy. 

Postawiłem się na miejscu dziewczyny i zastanowiłem się, czy tak bym się zachował. Czy odkryłbym największą tajemnicę przed kimś kompletnie nieznanym w tramwaju, w sytuacji, kiedy nie mam ochoty z nikim rozmawiać. Odpowiedź brzmi: nie. Zresztą nierealność tej sytuacji świetnie tłumaczy sam Marcin, tuż po tym, jak pokiwał filozoficznie głową. Gdybyś napisała na przykład, że w oczach było coś magicznego, coś co wdzierało się w umysł, itd. No to może dałoby się to jakoś wytłumaczyć. 

Pisząc tę scenę, widziałam to tak, że właściwie Ewelina bardzo chce się komuś wygadać; dopiero fiasko (zapomniane po kolejnej pętli, ale gdzieś tam podświadomie może pamiętane), sprawia, że się wycofuje przy rozmowach z kolejnymi bohaterami. Pomyślałam też, że niespodziewanie szczere rozmowy z nieznajomymi (czasem łatwiej powiedzieć coś osobie zupełnie z zewnątrz) szczególnie w takiej nieco sennej, nierealnej atmosferze, mogą się zdarzyć; choć prawda, rzadko. Możliwe, że trochę za bardzo pchnęłam to w stronę, która była mi potrzebna dla fabuły :)

 

Uważność przy pisaniu zdań i pilnowanie, czy są potrzebne, to zdecydowanie trafna uwaga.

 

Jeszcze raz dzięki! 

Dopytam: rozumiem, że po oddaniu pracy konkursowej nie można nic poprawiać?

Pisząc komentarze, dopuszczam, że mogę się mylić, a nawet wykazać ignorancją :-)

 Dopytam: rozumiem, że po oddaniu pracy konkursowej nie można nic poprawiać?

Nie mam pojęcia. Ale myślę, ze jak zapytasz na przykład na czacie, to z pewnością otrzymasz odpowiedź. Poszukałbym jeszcze w poście konkursowym.

Klimatyczne, podobało mi się. Powoli wprowadzasz bohaterów i faktyczny “stan rzeczy”, jeśli tak można powiedzieć. Ciekawi bohaterowie, różni, wyraziści, prawie każdemu dopisałaś choć krótką historię. To lubię, wtedy bohater nie jest tylko pustą twarzą.

Dobrze poprowadziłaś główną postać – Ewelinę. Przez to, że nie wierzy lub udaje, że nie wierzy, jest inna od reszty, wyróżnia się i jednocześnie świetnie pasuje na główną bohaterkę. Zastanawiałem się, jak to wszystko się skończy i finał spełnił moje oczekiwania. Jest klimatyczny, jak całe opowiadanie.

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Darconie, dziękuję za miłe słowa i klika, bardzo się cieszę! 

Żongler, obrazek nawet tematyczny :D 

Lubię motywy komunikacji miejskiej :) Pomysł na ‘pętlę’ w tramwaju, który wjeżdża na swoją pętlę i tak to wszystko zapętla – bardzo zgrabny. Dobrze zarysowana bohaterka, wiarygodna, konsekwentna. Jej problem – niby taki banalny, a tak długo się męczyła. Postacie z tła też ciekawe (chłopaki z krzesłem mnie rozwalili:)). Finał satysfakcjonujący. Dziwne, że tak mało klików. Dorzucam od siebie :)

Bellatrix, bardzo dziękuję za miłe słowa :) Też mam słabość do komunikacji miejskiej. Dziękuję za kliki!

Hejka! 

To Twoje pierwsze opowiadanie tutaj i przyznam że udane. 

Wciągnęło. 

Podobało mi się, że było tu sporo dialogów, przez co interakcja między pasażerami wyszła bardzo dobrze. 

Napisane prosto i sprawnie, więc stylowo również przypadło mi do gustu. 

Dla równowagi zazwyczaj znajduję coś co mi się mniej podoba, ale tutaj musiałbym się mocno doszukiwać. 

Ode mnie będzie klik. Niedługo powinien dolecieć ;p

Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w konkursie!

 

 

Hej NearDeath, dziękuję bardzo! Szalenie mi miło. 

Bardzo udane opowiadanie. Przede wszystkim ciekawy pomysł osadzony w dobrze znanym wszystkim otoczeniu – świetna recepta na krótką formę. Dzięki temu mogłaś skupić się na pasażerach zapętlonego tramwaju, każdemu dałaś indywidualny rys (trio z krzesełkiem, ech, studenckie czasy… :-). ). Główna bohaterka poprowadzona wiarygodnie, konsekwencją, jej problem niby prosty, a jednak męczyła się tak, że miałem ochotę przytaknąć Rudolfowi (który, notabene, też dostaje swoją przemianę, to na propsie). Oczywistych błędów nie widzę, ale ostrość spojrzenia mam daleko gorszą od regulatorzy. Zdecydowanie Biblioteka, sio, na półkę.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Mnie też się podobało, zarówno koncepcja, jak i wykonanie (w tym – sposób scharakteryzowania postaci). W tekście jest niepokój, jakaś niepewność o stan świata i los bohaterki, ale jednocześnie – nie ma chaosu ani sztucznego budowania zagadki dla zagadki. Zdecydowanie na plus. 

Fajne :)

Przynoszę radość

Dziękuję wszystkim za miłe słowa i @PsychoFish za “odesłanie” do Biblioteki heart cieszę się, że się podobało. 

Dobry tekst – i pod kątem pomysłu, i wykonania. Tworzysz kilkoro bohaterów, każdy z nich ma swój charakter i to wyraźnie widać. Żałuję, że nie poznaliśmy powodu utknięcia w pętli Małgorzaty, jej chyba byłam najbardziej ciekawa. Motyw z gośćmi z krzesłem – znakomity, fakt, że zniknęli po rozwiązaniu tej “zagadki” wywołał u mnie szczery uśmiech. Mimo to, opowiadanie jest raczej mroczne i niepokojące. Moim zdaniem w pełni udane.

Może to gdzieś z tekstu wynika wyraźniej, ale przyznam, że pewna nie jestem, więc wolę spytać, bo mnie to zainteresowało: czy pasażerowie są martwi? Oczywiście nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz.

Zostaw ten żyrandol.

Po pierwsze bardzo dobrze mi się czytało, przeleciałem przez tekst błyskawicznie. Fajny pomysł z pętlą szczególnie biorąc pod uwagę miejsce akcji. Podobały mi się te momenty realności, która choć jest dziwna, to takowa nie wydaje się Ewelinie, ona nawet tego nie zauważa, zamyślona nad swoimi sprawami. Bohaterka jest też autentyczna w swoim wycofaniu i ugrzecznieniu. Fajnie, że się przemogła w końcu :)

Motyw z tym, że jesteśmy w jakiś sposób uwięzieni, dopóki nie załatwimy swojej sprawy, mogłem już gdzieś widzieć, ale dobrze tu pasował.

Przyjemna lektura.

@Verus – bardzo dziękuję, miło mi! Też trochę szkoda mi, że problem Małgorzaty pozostał nieujawniony, ale krótki czas antenowy nie pozwolił na rozwinięcie jej wątku. Tak, pasażerowie są, najpewniej, martwi. Na dłoni Małgorzaty wśród napisów znajdują się m.in. szkło (być może po pęknięciu szyb) czy wypadek. Bardzo starałam się, żeby nie było to powiedziane aż tak wprost, cieszę się, że się udało i jest jednak element niejasności :)

 

@Edward, dziękuję, bardzo się cieszę! 

 

Ekhm, nie bez powodu tramwaje to mój ulubiony środek transportu miejskiego. To takie miejsce, że aż prosi się o jakiś fantastyczny plot twist typu pętla czasu. Podoba mi się też ten zamierzony zgrzyt momentów realnych i groteskowych typowy dla weirda, który widać dobrze w dialogach. 

Dziękuję oidrin, bardzo mi miło! 

Ja tu jeszcze wracam, uzupełnić komentarz:

 

Podobało mi się w tym opowiadaniu jak wykorzystane zostały stereotypy ludzkie: nadwrażliwej pasażerki, buntowniczki, “boomersa”, starszej pani, wesołków z krzesłem – wszystko niby z kliszy, ale w umiejętny sposób wykorzystane. To, w połączeniu z dobrym pomysłem na pętlę, stanowi o dobroci tekstu.

 

Kilka zdań, po ponownej lekturze, zdecydowanie sugerowałbym przeredagować.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Psycho. Tekst na pewno przejdzie jeszcze solidniejszą redakcję i korektę, już teraz widzę, że mu się przyda. Tak się kończy pisanie na ostatnią chwilę :)

Które zdania ci zgrzytnęły? 

Kwestia stylu, skracania, dobrania lepszych sformułowań. Kilka przykładów (nie będę wypisywał wszystkiego – czas – tylko tak wskażę; najlepiej odłożyć tekst na kilka tygodni, wrócić, zmienić czcionkę i jej rozmiar i wtedy samo na cię wskoczy to i owo ;-) ):

 

Jeszcze miała tak chujowy dzień, Boże. Tak chujowy. → Jeszcze miała taki chujowy dzień. Boże, jaki chujowy…

 

 

Nauczona przykrym doświadczeniem dziewczyny codziennie podróżującej komunikacją miejską, udawała, że go nie widzi. → skracałbym wytłuszczony fragment, kwestia stylu

 

 

– Patrzysz na krzesło?

Ewelina drgnęła tak gwałtownie, że prawie spadła z siedzenia. Jak nic, mimoza.

– Mmhm, tak. – Spuściła wzrok na rzeczone.

 

wytłuszczony fragment imo do zmiany

 

 

Wszyscy wyglądali na nieco, jak to się mówi, nie tego. → “nie tego” bez wyróżnienia można łatwo pomylić z “nietęgo”, np. wtrącenie bym usunął lub przeredagował “jak to się mówi: nie bardzo” (przykład na szybko)

 

No, to nie, oddamy, oczywiście, że oddamy → kwestii dialogowych staram się nie poprawiać za bardzo, ale tutaj “No, to nie” powoduje, że muszę ją przeczytać dwukrotnie, by złapać sens; może “No, to ten, oddamy, oczywiście, że oddamy”?

 

 

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

O, dzięki wielkie. Rzeczywiście mogą pojawić się nieporozumienia czy zgrzyty, o “rzeczonym” wypowiadał się już zresztą ManeTekelFares. Dam sobie jeszcze czas i na spokojnie usiądę do tekstu, po zakończeniu konkursu wstawię poprawki. 

Ejże, niezłe to było.

Dość szybko domyśliłam się, o co będzie chodziło – zwłaszcza w zestawieniu z tytułem „Pętla” – ale przewidywalność opowiadania absolutnie mi nie przeszkodziła, wręcz przeciwnie. Lekkość, z jaką zostało napisane, i swoiste świadome wpisanie się w ramy motywu okołośmiertnego zapętlenia wokół rzeczy, która nie została dopilnowana, czyniły tę lekturę naprawdę przyjemną. Co wydaje mi się szczególnie istotne – i za co daję punkt do dodatkowych walorów tekstu – udało Ci się naprawdę nieźle zarysować postać. Bohaterka wpierw mnie wkurzała, bo nie jestem entuzjastką postawy „delikatesów” (swoją drogą – niezłe!), a to już czyni tekst interesującym, skoro bohater potrafi wykrzesać z czytelnika emocje, nawet jeśli jest to złość. Tymczasem poprowadziłaś ją w taki sposób, że zaczęłam… hm, może nie tyle jej „współczuć”, co miałam wrażenie, że odrobinę zaczynam ją rozumieć. Nie współdzielę takich doświadczeń – nie jestem osobą nadwrażliwą, nie przeszkadza mi szum i hałas, nie mam wrażenia, że „po całym dniu muszę psychicznie odpocząć” – i zwykle, jak się zdaje, tego rodzaju twierdzenia budziły we mnie coś na wzór politowania, ale Twoje opowiadanie sprawiło, że być może będę podchodzić do sprawy z większą wyrozumiałością. Świetna robota, dzięki.

Technicznie nienaganne, choć w paru miejscach myślę, że przydałoby się ostrzejszego stylistycznego „pazura”. Rozczulający kolega-trickster z tym swoim zapętlonym „Ni chuja”. W ogóle absolutnie kupiły mnie losy imprezowiczów – na pierwszy rzut oka budzą zażenowanie, że to właśnie dręczyło ich w minucie śmierci, ale z drugiej strony: może po prostu żyli dobrym życiem i akurat nie znalazło się nic innego, co przysparzałoby im zmartwień? A życie skończyło się tak zupełnie nagle, zostawiając ich z debilnym dylematem krzesła. Zadziwiająco to było wymowne i prawdziwe, Artemisio.

Nadwrażliwość jest, wprawdzie nie wiem, czy wrodzona, czy raczej nabyta, ale że przebodźcowanym introwertykiem raczej się rodzi i jest, a nie bywa, hasło konkursowe uznaję za zrealizowane.

Fajne!

@Wiktor, dziękuję za tak obszerny jurorski komentarz! Cieszę się, że się podobało i może też wniosło coś więcej. 

W ramach ciekawostki powiem, że tworząc Ewelinę zrobiłam research na temat tzw. wysokiej wrażliwości/nadwydajności mentalnej – układy nerwowe wysoko wrażliwych osób są po prostu bardziej czułe na bodźce i jest to jak najbardziej wrodzone, i naturalne :) a przy tym naprawdę ciekawe. 

Raz jeszcze dzięki! 

Nowa Fantastyka