- Opowiadanie: NaNa - Obłędotwórcze tuktanie

Obłędotwórcze tuktanie

Moje hasło to ka­bo­tyń­skie wa­ha­dło.

Za­pra­szam do czy­ta­nia :)

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Obłędotwórcze tuktanie

Rozglądam się bezradnie. Miarowy dźwięk, tak niepodobny do niczego znanego, niesie się echem wśród otaczającej mnie pustki. Nie mogę jedynie dostrzec źródła – całym sobą jestem natomiast świadom jego istnienia, wszechpotężnego i wszechogarniającego.

– Co tu robi?

Jest.

– Ale po co?

Amplitudę obliczono na jeden efekt…

– Jaki?

Ma doprowadzić do szaleństwa.

Wzdrygam się mimowolnie. Choć nie pojmuję znaczenia słów, bezgłośnie tłoczonych do podświadomości, powodują we mnie przedziwne zmiany, które z początku są ledwo dostrzegalne. Przez mgnienie trwają jedynie na najgłębszym poziomie, lecz niemal natychmiast zaczynają piąć się w górę, obejmując we władanie coraz większą część jaźni i wprowadzając coraz poważniejsze zaburzenia w jej delikatnej strukturze.

Nagle dostrzegam błysk w ciemności, która jakby rzednieje i pozwala się przejrzeć. Widzę już wyraźnie, jak przede mną, niemal na wyciągnięcie ręki – rodząc ów upiorny dźwięk – jednostajnie porusza się…

 

Otworzyłem oczy w półmroku przedświtu. Nie pamiętałem, co mi się śniło, pozostało tylko ulotne wrażenie jakiejś nieuchronności. A w ciszy – ogarniającej owo przeklęte domostwo, w którym przyszło mi zamieszkać – coś jakby odległe echo tajemniczego, powtarzającego się regularnie odgłosu, który stopniowo zamierał. W końcu zdołałem wyłożyć sobie, że mam zwykłe urojenia, jak to się zdarzało w naszej rodzinie, wcale zresztą nierzadko. Wszak wuj Albert, po którym odziedziczyłem dom – upiorny, pokraczny i doprawdy niechciany – całe życie spędzał jedynie na wpół w świecie realnym. Pod koniec zaglądał do niego już tylko od czasu do czasu, niczym interesant do urzędu – i to w sprawie tak małej wagi, że niekoniecznie zależało mu na jej rychłym załatwieniu i właściwie zjawiał się tam bardziej z poczucia obowiązku, niż z rzeczywistej potrzeby. Był ekscentrykiem – pozwalam sobie użyć tego łagodnego określenia, zupełnie nieoddającego wszystkich aspektów jego dziwactwa, jedynie dlatego, iż nie wypada wyrażać się niepochlebnie o swoim dobroczyńcy.

Na wszelakie szaleństwa młodości tego skądinąd szacownego przecież członka rodziny przez lata spadła zasłona milczenia, pogrążając je na zawsze w mroku zapomnienia. Wiadomym mi było jedynie, iż musiało ich mieć miejsce całkiem sporo – i to nie byle jakich, sądząc po zaciętych reakcjach zarówno bliższych, jak i dalszych krewnych, gdy się przy nich bodaj choćby słówkiem wspomniało o przeszłości. Nie dziwiło więc, że kontakty z wujem ograniczali do absolutnie niezbędnego minimum, nawet wówczas, gdy – jak się pierwotnie wydawało – wreszcie się ustatkował. Niebawem jednak wyszła na jaw bezzasadność tego założenia. Faktem, iż osiadł na stałe w rodowej rezydencji, tak naprawdę stworzył jedynie pozory ustatkowania. W istocie zaś zaczął wcielać w życie swój najnowszy pomysł, w zasadzie do dnia śmierci nieukończony.

Zamieszkawszy w domu po zmarłych rodzicach – których był jedynym dziedzicem – Albert Castor snuł dość niejasne plany związane z jego przebudową. Gdy wreszcie zabrał się do dzieła, szybko okazało się, iż dozorowane przez niego prace posuwają się chaotycznie i bez widocznego celu. Zupełnie jakby pomysłodawca co rusz to zmieniał koncepcję i niemal na wyścigi rzucał się do realizacji kolejnego etapu, nierzadko nie ukończywszy nawet poprzedniego. Całe to szaleństwo w jakimś stopniu przywodziło na myśl głośną sprawę Sary Winchester – z tym, że motywacje kierujące wujem jawiły się jako dalece bardziej enigmatyczne, a efekt, do którego zapewne dążył, był już w ogóle niezrozumiały. Rodzina patrzyła na te starania z niesmakiem, jednak nikomu nie przyszło do głowy choćby spróbować przemówić ekscentrycznemu krewnemu do rozsądku. Zupełnie jakby liczyło się tylko to, że już nie przynosi on wstydu swymi wybrykami, tak bardzo nieprzystającymi do statusu, i nie plami nazwiska. Jedynie najemni robotnicy nie narzekali, ciesząc się stałym zatrudnieniem i najwyraźniej dobrą płacą.

U schyłku życia wuj Albert w którymś momencie otrzeźwiał na tyle, by zdać sobie sprawę, że właściwie został całkiem sam. Podupadający na zdrowiu, musiał przeczuwać, że długo już nie pociągnie. Gorączkowo zaczął więc – w tych rzadkich chwilach, kiedy był zupełnie stabilnie zakotwiczony w rzeczywistości – poszukiwać kogoś, komu może przekazać pokraczny dom. Nie było to łatwe zadanie, gdyż szacowna familia stopniowo odwróciła się od niego i nikt nie chciał nawet słyszeć o możliwości uwzględnienia w testamencie, mimo kuszącej perspektywy otrzymania wraz z rezydencją pokaźnej fortuny.

W końcu starzec zdołał jakoś dotrzeć do biednego sieroty, niemającego w istocie nic prócz litości innych. Nie przeczę, opiekunowie dobrze się mną zajmowali, latami bez zastrzeżeń łożąc na utrzymanie i dbając, bym odebrał solidne wykształcenie. Jednak wskutek niefortunnych zrządzeń losu, a może życiowej nieporadności, choć dobrze do tego przygotowany, nie byłem w stanie znaleźć sobie odpowiedniego zajęcia, by wreszcie się uniezależnić. Zaintrygowany, a jednocześnie niezrażony przedziwnymi opowieściami na temat dalekiego krewnego – który oto niespodziewanie zwrócił się do mnie z zaskakująco hojną ofertą – być może w poczuciu dziejowej misji uwolnienia rodziny od ciążącej na niej, z racji więzów krwi, odpowiedzialności za tego człowieka, bez wahania wyruszyłem w daleką podróż. Nim jednak zdążyłem dotrzeć do owianej złą sławą rezydencji, nieszczęśnik ów zmarł, pozostawiając po sobie testament, w którym widniałem jako jedyny sukcesor. I ani słowa wyjaśnienia.

Mimo usilnych prób nie udało mi się odnaleźć żadnych planów dziwacznego domu, w którym wypadało zamieszkać, skoro już przyjąłem spadek. Sami robotnicy, pracujący przy przebudowie, również nie potrafili choćby z grubsza nakreślić zakładanego ostatecznego kształtu budynku, gdyż wszelkie dyspozycje otrzymywali od zleceniodawcy na bieżąco i w gruncie rzeczy nie mieli pojęcia, jaki jest cel wszystkich modyfikacji. Nie pozostawało mi nic innego, jak nakazać im ukończenie tego, co mieli rozpoczęte – przynajmniej na tyle, na ile byli w stanie, pozbawieni kierownictwa jedynej osoby, która w tym szaleństwie zdawała się dostrzegać jakiś ład – i zwolnić biedaków. Powodowany wyrzutami sumienia, zapewne zupełnie niepotrzebnymi, wypłaciłem tym ludziom wynagrodzenia przypuszczalnie znacznie wyższe, niż powinienem. I tak nie wiedziałem jednak, co mógłbym począć z odziedziczoną fortuną, więc postanowiłem hojnością sprawić, by choć jej część posłużyła innym.

 

***

 

Pozostawiony sam sobie, nie mając nic lepszego do roboty, postanowiłem zgłębić tajemnice, jakie kryła przede mną ogromna rezydencja. Każdą wolną chwilę, gdy tylko mogłem pozwolić sobie na oderwanie się od codziennych spraw, zacząłem poświęcać na wędrówki niekończącymi się korytarzami. Odkrywałem coraz to nowe pomieszczenia, połączone przejściami nierzadko skrytymi w sposób tak zmyślny, iż godzinami głowiłem się, jak je odnaleźć, by przedostać się dalej i móc kontynuować eksplorację.

Zacząłem od najbardziej zewnętrznych części domostwa i stopniowo posuwałem się w jego głąb przedziwną, okrężną drogą. Miałem przy tym wrażenie, jakby nieznana siła nieugięcie mnie przyciągała, stopniowo sprawiając, iż coraz bardziej zatracałem się w gorączkowych poszukiwaniach odpowiedzi na pytania, których nie postawiłem. Z jakiegoś powodu stawało się to najważniejszym celem mojej egzystencji, do tej pory jakże nic nieznaczącej.

Z każdym dniem pogłębiało się poczucie, że zmierzam ku czemuś nieuniknionemu, a czas, jaki mi pozostał, kurczy się wciąż szybciej i szybciej. Gnany niepokojącymi myślami, których nie potrafiłem nazwać, zanurzałem się w labiryncie korytarzy. Uparcie dążyłem do – teraz byłem już tego pewien – serca domu, które biło mocno, przyzywając mnie do siebie.

Aż wreszcie usłyszałem ten dźwięk.

Zrazu cichy, ale narastający, w miarę jak przybliżałem się do jego źródła. Jednostajnie odbijał się echem w mojej świadomości, wydobywając widmo odległego wspomnienia, którego nie potrafiłem uchwycić. Wiedziałem, że to ono jest kluczem i uparcie usiłowałem je przywołać, ale wciąż pozostawało zakryte w mrocznych odmętach jaźni. Choć niejasne, w jakiś sposób popychało ku tajemnicy, która mnie tu przywiodła.

Mimo wszelkich starań, wciąż nie potrafiłem odnaleźć tego jedynego przejścia, od którego, jak się powoli przekonywałem, zależało moje życie. Zrozumiałem wreszcie, że rozbudowując rezydencję, wuj z jakiegoś powodu próbował się odciąć od jej serca, które stanowiło źródło wielkiej siły. Przez jego bezmyślne odrzucenie tej mocy, teraz ja nie mogłem jej przyjąć. Potrzebowałem sposobu, by to zmienić. Musiałem udowodnić, że jestem godzien.

 

***

 

To obłędne tuktanie.

Słyszę, jak wypełnia pustkę wokół, miarowe i w jakiś sposób monumentalne. Czuję, jak wsącza się do mojego wnętrza, zapoczątkowując kolejne fundamentalne zmiany. Nadal nie mogę jeszcze dostrzec źródła. Ukryto je przede mną, ale wiem, że jestem coraz bliżej. Wkrótce przejrzę na oczy. Nie będzie już rejonów dla mnie niedostępnych. Nie będzie tajemnic, których bym nie odgadł. Zrozumiem wszystko i wreszcie stanę się panem samego siebie.

Jakby w odpowiedzi na moją determinację, mrok powoli ustępuje światłu płynącemu z wąskich szczelin gdzieś przede mną. Wątły poblask rozpełza się po gładkiej, lśniącej powierzchni, wydobywając z ciemności gargantuiczny kształt, którego nie sposób ogarnąć wzrokiem, a tym bardziej pojąć. Kształt ów – zawieszony na niebotycznie długiej strunie, której koniec ginie gdzieś wysoko nad moją głową – porusza się jednostajnie. Rodzący się z tego ruchu obłąkańczy dźwięk wdziera się coraz głębiej do mojej świadomości, przeobrażając ją w coś wszechpotężnego i wszechogarniającego.

Osobliwa symfonia złożona z jednego, powtarzającego się tonu, wypełnia mnie niczym puste dotychczas naczynie, a ja staję się…

 

Obudziłem się w środku nocy i wreszcie wiedziałem. Znów nie pamiętałem snu, czułem jednak, że to dzięki niemu rozumiem już, gdzie – i jak – powinienem szukać. Nie chciałem co prawda w mroku nocy błąkać się po rezydencji, ale potrzeba odkrycia jej tajemnicy była silniejsza. Nie zwlekając więc, wstałem szybko i ruszyłem na – jak miałem nadzieję – ostatnią z moich odkrywczych wycieczek.

Oblicze upiornego domu było odmienione nie do poznania przez zalegającą wokół ciemność. Nikły blask świecy był w stanie przełamać jedynie jej skrawki, na tyle, bym mógł z trudem odnaleźć się w tej ogromnej przestrzeni pełnej zwodniczych pułapek, czyhających na nieostrożnego wędrowca. Poza zasięgiem skromnej łuny, wzbudzanej do życia przez niewielki płomyk, rozpełzały się kryjące wszystko cienie. Nie miałem siły z nimi walczyć, skupiałem się jedynie na tym, by nie zbłądzić. Obawiałem się, czy zdołam trafić tam, gdzie prowadziło mnie przeczucie, jednak zdawało się ono pewniejsze od zawodnej pamięci.

Nie wiem, jak długo się tak snułem, przytłoczony pustką, wśród której przyszło mi żyć, nim w końcu uszu moich dobiegło ciche tuktanie. Nawet nie zauważyłem, że przyspieszam, pokrzepiony jego obecnością, z każdym krokiem coraz bardziej rzeczywistą. Naraz dotarło do mnie, że biegnę – choć doprawdy nie wiem, czy zwróciłbym na to uwagę, gdyby targany podmuchami powietrza mały ogieniek w końcu nie zgasł. Jęknąłem, wypuszczając z drżącej dłoni krótki woskowy walec i nieco zwolniłem. Wyciągając przed siebie ręce, brnąłem teraz po omacku, wśród absolutnej ciszy, przerywanej w regularnych odstępach tylko głuchym, miarowym odgłosem.

Wreszcie, po nieskończenie długiej wędrówce w ciemnościach, natrafiłem na solidne drzwi, zza których zdawał się płynąć dźwięk, teraz już głośny i mocny. Byłem pewien, że przejścia wcześniej tu nie było. W miarę jednak, jak moje palce przesuwały się po drewnianej powierzchni, przekonanie słabło. Przecież nie mogłem tak po prostu go przeoczyć?

Po oględzinach stwierdziłem, że drzwi nie wyposażono w żadną klamkę ani inny element, mogący posłużyć do ich otwierania. Co więcej, były wyjątkowo niskie – sięgały mi zaledwie do ramion. Namacałem górną futrynę i zdesperowany, nie mając lepszego pomysłu, wsparłem obie dłonie w połowie jej szerokości. Zacząłem rozsuwać je na boki i ze zdziwieniem odnotowałem, że wystający element się nie kończy, choć tak właśnie wynikało z uprzedniego badania.

Gdy rozłożyłem ręce na całą ich długość, wyczułem drżenie pod opuszkami. Równocześnie tuktanie stało się jeszcze głośniejsze, jak gdyby od jego źródła nie dzieliło mnie już zupełnie nic. Oderwawszy dłonie od gładkiego drewna, odetchnąłem głęboko dla uspokojenia i pchnąłem powierzchnię przed sobą – zrazu delikatnie, na próbę. Napotkany opór wydał mi się dziwnie słaby i jakby nierzeczywisty, więc ponowiłem działanie, tym razem znacznie bardziej stanowczo.

Drzwi ustąpiły. Postąpiłem krok do przodu, pochylając się nisko, a gdy się wyprostowałem, z moich oczu opadła zasłona ciemności. Zalał mnie miękki złotawy blask, wydobywający z mroku przede mną trudny do opisania i wciąż zmieniający się kształt, poruszający się jednostajnie na długiej strunie, której koniec niknął wysoko w górze, gdzie nie sięgało już mdłe światło. Patrzyłem na ten hipnotyzujący spektakl jak urzeczony, wsłuchując się w symfonię złożoną z powtarzającego się jednego – gładkiego, a równocześnie nieco wibrującego – dźwięku. Czułem, jak moja jaźń rozpryskuje się na miliony okruchów, a potem składa w zupełnie nowy sposób, otwierając się na pojęcie istoty wszechrzeczy.

Długo trwało to oczarowanie, nim wreszcie zdołałem odwrócić wzrok od homerycznego wahadła i zmusić się do powrotu w objęcia rzeczywistości. Zamykając za sobą drzwi – które w tajemniczy sposób zwiększyły swoje rozmiary, dopasowując się do mojego wzrostu – uświadomiłem sobie, że zupełnie straciłem poczucie czasu. Nie musiałem jednak liczyć się z jego upływem. Docierając wreszcie do tego najświętszego sanktuarium w centrum domu, kryjącego bijące, rzeczywiste serce, posiadłem najcenniejszy skarb i mogłem nim rozporządzać według woli. Cała reszta straciła znaczenie.

Dokonawszy tego wiekopomnego odkrycia, poświęcałem mu każdą wolną chwilę pomiędzy rzadkimi powrotami do normalnego życia, w całej jego prozaiczności. Na pamięć znałem okres drgań i amplitudę, potrafiłem dokładnie odtworzyć w myślach towarzyszący ruchowi odgłos. Poznałem każdy skrawek owalnego pomieszczenia, którego szczyt ginął w mroku, jego gładką podłogę i niebotycznie wysokie ściany. Nauczyłem się korzystać z każdego z wielu przejść, które otwierały się w tych ścianach – tak, że mogłem trafić tam już właściwie z każdego miejsca w domu. Nie potrafię powiedzieć, co właściwie robiłem. Czy zajmowałem się czymś konkretnym, poza kontemplacją absolutu? Nie wiem. Dość, że przebywanie w tajemniczej komnacie dawało mi głębokie poczucie samozadowolenia i jakiejś wszechwładności. Jakbym osiągnął stan idealnej równowagi, której nic nie mogło zachwiać. Pogrążałem się w swoistej nirwanie, coraz bardziej odrywając się od rzeczywistości.

 

***

 

Oszukujesz się.

– Ja?

Ono ci niczego nie daje.

– Co…?

Odbiera coraz więcej.

Drżę, w myślach obracając bezdźwięczne słowa. Spoglądam przed siebie, wodzę wzrokiem za niepojętym kształtem i zaczynam rozumieć.

Przebrzydłe wahadło odstręcza swą niewzruszoną stałością. Obmierzłe tuktanie zarazem jest i nie jest, obecne w głębi jaźni. Miarowe tykanie nieubłaganego zegara i metaliczny zgrzyt sędziwego mechanizmu. Krople uderzające o skalne dno jaskini, rozbrzmiewającej echami przeszłości, i przesypywanie się ziaren piasku w klepsydrze czasów. Wszystkie te dźwięki, w przedziwny sposób przeplatające się i łączące ze sobą, choć każdy wybrzmiewa z osobna, zawierają się w psychotycznym tuktaniu, będącym zarazem całkowicie samodzielną, odosobnioną formą. Jedyną rzeczywistą.

Forma ma jeden cel.

Tracę…

 

…zmysły. Dwa krótkie słowa, z pozoru niewiele znaczące, odbijały się echem w moim umyśle jeszcze długo po przebudzeniu. Znów nie pamiętałem snu, a jednak czułem, jak zrodzona z niego prawda wdziera się do mojej świadomości, zadając kłam wszystkiemu, co wiedziałem do tej pory. Część mnie próbowała z nią walczyć, ale stopniowo uświadamiałem sobie, że stałem się więźniem. Przeklęte wahadło – mamiąc obietnicami wielkiej mocy – wysysało ze mnie siły witalne, po kawałku odbierając osobowość, by na końcu włączyć mnie do grona odartych z tożsamości dusz, napędzających jego nieustanny ruch.

Nie miałem zamiaru stać się częścią straszliwego mechanizmu. Nie wiedziałem, co mógłbym zrobić, aby uniknąć tego losu, ale jednego byłem pewien – jeżeli chciałem żyć, musiałem się uwolnić.

 

***

 

Drzwi stanęły przede mną otworem. Nie przekroczyłem progu, nie chciałem znów poddać się działaniu potężnej mocy, z dnia na dzień coraz skuteczniej pozbawiającej mnie władzy nad samym sobą. Pochyliłem się jedynie, by zajrzeć do wnętrza wysokiego, owalnego pomieszczenia. Mój wzrok spoczął na wciąż zmieniającym się olbrzymim kształcie, poruszającym się miarowo w tę i z powrotem. Powiodłem spojrzeniem wzdłuż struny, na którym był zawieszony – ku pochłaniającemu wszystko mrokowi w górze.

Nie zdążyłem nawet pomyśleć, jak – i czy w ogóle – można ów twór zniszczyć, gdy drzwi się zatrzasnęły, odrzucając mnie do tyłu. Wylądowałem pod przeciwległą ścianą, uderzając głową o posadzkę. Musiałem na moment stracić świadomość – a gdy ją odzyskałem, po przejściu, dotychczas dostępnym dla mnie o każdej porze, nie było nawet śladu. Jedynym, co świadczyło o istnieniu tajemnego pomieszczenia z przedziwnym wahadłem, było obłąkańcze, złowrogie tuktanie. „Ono wie” – uświadomiłem sobie z przerażeniem. „Przegrałem”.

Nie chcąc poddać się obezwładniającemu poczuciu beznadziei, zerwałem się na równe nogi i popędziłem do jedynego obecnie miejsca, gdzie ani razu nie dotarł ów straszliwy dźwięk, który mnie do tej pory hipnotyzował, doprowadzając do obłędu. Obawiałem się przy tym, czy wahadło nie spróbuje przeszkodzić w tej ucieczce. Dotarłem jednak do swojej sypialni bez przeszkód – co pozwoliło przypuszczać, że kiedy centralna komnata się zamknęła, w jakiś sposób odebrało jej to władzę nad resztą rezydencji. Chwilowo byłem więc bezpieczny. Nie łudziłem się jednak, że ten stan potrwa długo. Musiałem wymyślić sposób na pozbycie się największego problemu, z jakim kiedykolwiek przyszło mi się zmierzyć.

Zacząłem gorączkowo krążyć po domu w poszukiwaniu odpowiedzi. Niekiedy docierał do mnie złowrogi dźwięk, ale był słabszy i potrafiłem się mu oprzeć, choć nie zawsze było to łatwe. Podczas tych wędrówek uświadomiłem sobie, że nie poznałem jeszcze całej rezydencji. Przecież zaniechałem jej eksploracji, gdy tylko udało mi się dotrzeć do serca. Teraz zacząłem się zastanawiać, czy była to moja, świadomie podjęta decyzja, czy też stał za nią niezauważalny wpływ siły wyższej. Czyżbym dał się zmanipulować? Jeśli tak było w istocie, musiał się w tym kryć cel. Mogło to oznaczać, że gdzieś tutaj wuj Albert – widocznie nie tak bardzo szalony, jak się wszystkim wydawało – umieścił rozwiązanie. Pozostawało mi je jedynie odszukać… I mieć nadzieję, że zadziała.

 

***

 

Idę niestrudzenie, wciąż wyżej i wyżej. Schody zdają się nie mieć końca – a może tylko nie widzę go z miejsca, w którym się znajduję. Gdyby nie kształt spirali, prawdopodobnie dałoby się ocenić, jak daleko jeszcze do szczytu.

A może jednak nie. Spoglądając w górę, dostrzegam tylko pochłaniający wszystko mrok. Króluje on też w dole i po prawej. Lewa dłoń przesuwa się powoli po gładkiej ścianie, gdy mozolnie pokonuję kolejne stopnie. Goni mnie miarowe, złowrogie tuktanie, rozbijające się echem w przerażającej pustce wokół. Żąda, bym się zatrzymał, zawrócił, skoczył… Ale ja idę. Nie poddaję się – wiem już, jak mu się przeciwstawić.

Odpowiedź jest na wyciągnięcie ręki, muszę tylko…

 

Otworzyłem oczy wśród tego przedziwnego poczucia nierzeczywistości, pozostawianego przez sny, których i tak nie pamiętałem. Znów prześladowało mnie znajome wrażenie, że oto coś, czego nie potrafię pojąć, próbuje przedrzeć się do mojej świadomości i nią zawładnąć.

Musiałem się stąd wyrwać. I chyba już wiedziałem, jak tego dokonać.

 

***

 

Odnalazłem schody. Były w surowym stanie, jakby nie zostały ukończone – podobnie jak większa część domu. Doprawdy nie wiem, jak mogłem wcześniej je przeoczyć, ale gotów byłem uwierzyć, że stała za tym wyższa siła. Być może ta sama, która ukazywała lub zakrywała wszystkie przejścia do tego przeklętego sanktuarium.

Nie mam pojęcia, jak długo się wspinałem, okrążając owalną komnatę, z której przez ścianę dobiegało miarowe tuktanie. Odgłos co jakiś czas stawał się głośniejszy, gdy po mojej lewej ukazywały się kolejne drzwi, których wcześniej nie było. Uparcie je ignorowałem, idąc dalej. Domyślałem się, że znikały, gdy tylko je minąłem – o czym mogło świadczyć chwilowe wyciszanie dźwięku – ale ani razu się nie odwróciłem, by to sprawdzić. Nie chciałem się rozpraszać, gdyż miałem przed sobą ważny cel.

Wyobrażałem sobie, że jeśli wejdę na samą górę, będę mógł przeciąć strunę, na której zawieszone było wahadło. Kiedy je zrzucę, przestanie się poruszać, ustanie również hipnotyzujący dźwięk. A ja raz na zawsze wyrwę się spod jego władzy. Musiałem tylko dotrzeć do szczytu schodów.

Ale schody się nie kończyły. Szedłem tak długo, że robiłem to już automatycznie, bez udziału woli. Nie mogłem się zatrzymać, nie mogłem zawrócić. Jedynym ruchem odbiegającym od normy, jaki mogłem wykonać, było zwrócenie się ku pojawiającemu się cyklicznie przejściu po lewej.

W końcu się poddałem. Przekonany o beznadziejności całego przedsięwzięcia, sięgnąłem w bok i pchnąłem. Drzwi ustąpiły bez oporu, a ja mogłem wreszcie się zatrzymać, by stanąć w ich progu.

Spojrzałem w dół i daleko pod sobą dostrzegłem poruszający się miarowo, gargantuiczny kształt. Spojrzałem w górę i nad sobą dostrzegłem wszechogarniający mrok. Mrok zaś spojrzał we mnie, a ja uświadomiłem sobie bezcelowość jakiegokolwiek oporu.

Skoczyłem w pustkę.

 

Lecę. Bez celu i kierunku. Bez ruchu. Nie widzę, nie słyszę, nie czuję. Ale jestem. Tak bardzo, jak tylko być można. Nie potrzebuję pojęcia czasu ani przestrzeni. Po prostu jestem.

Jestem bezwładnością. Jestem ruchem.

Jestem pustką. Jestem wypełnieniem.

Jestem ciszą. Jestem dźwiękiem.

Jestem wszechmocą.

Jestem absolutem.

Jestem wahadłem.

Koniec

Komentarze

Opowiadanie bardzo w duchu konkursu. Atmosfera niemal podręcznikowa.

Tym, co mi się najbardziej spodobało, była zabawa narracją. Z początku była nie do końca poważna, pełna nonszalanckiej kwiecistości, obiecująca bardziej baśniowość niż horror. Później, gdy bohater się wprowadza i wychodzi lovecraftiański klimat, ta lekkość opada i robi się poważnie.

Podoba mi się też ten dom. Z zewnątrz wyobrażałem go sobie trochę jak krzyżówkę domu z Psychozy z domem z Niebiańskich Dni, a w środku Hogwart spotykający Eschera.

 

Garstka uwag:

 

Widzę, że bardzo lubisz Duże Słowa: “gargantuiczny”, “homeryczny” itp. Spróbuj to stonować, bo z nimi łatwo o przesyt. Groza lubi subtelność.

 

Czasami wpadasz w telling-not-showing. Przykładowo:

To, co zobaczyłem, niezmiernie przerażało i uświadamiało o mojej małości wobec absolutu.

To się da opowiedzieć obrazami, bez mówienia wprost.

W tym samym temacie:

Oblicze upiornego domu było odmienione nie do poznania

Otworzyłem oczy wśród tego przedziwnego poczucia nierzeczywistości

Nie musisz używać takich określeń. Kontekst wystarczająco sobie radzi z tym, co chcesz powiedzieć.

Uważaj też ze słowem “jakiś”. W 90% przypadków wyrzucenie go poprawia brzmienie zdania, serio. Też nagminnie go używam, a później hurtowo kasuję podczas edycji.

 

Z pomniejszych uwag:

wypuszczając z drżącej dłoni krótki woskowy walec

Strasznie to definicyjne. Nie lepiej po prostu napisać, że świeczkę?

 

W miarę jednak, jak moje palce przesuwały się po drewnianej powierzchni, moje przekonanie słabło

Powtórzenie. Wywal drugie “moje”.

 

wsłuchując się w symfonię złożoną z powtarzającego się jednego – gładkiego, a równocześnie nieco wibrującego – psychodelicznego dźwięku

“Psychodeliczny” nie gra w tym kontekście.

japkiewiczu, serdeczne dzięki za odwiedziny i za komentarz! I za miłe słowa :)

 

Narracja wyszła, jaka wyszła, trochę przez przypadek – początek pisało mi się dość ciężko i kompletnie nie wiedziałam, co z tego tekstu będzie, więc poleciałam bardziej “swoim” stylem – takim, w jakim czuję się chyba najswobodniej. Ale w miarę, jak wchodziłam coraz głębiej do tego pokracznego domu, konstrukcja fabuły szła coraz lżej, a styl się przepoczwarzał w bardziej do niej przystający. Cieszę się, że to fajnie wyszło. A to odniesienie do Lovecrafta bardzo mnie cieszy, bo podczas pisania cały czas miałam go gdzieś z tyłu głowy. Choć wahadło bardziej mi się z Poem kojarzy.

Cieszę się, że dom też Ci przypadł do gustu. Rzeczywistą inspiracją był dom wspomnianej w opowiadaniu Sary Lockwood Winchester. Co do Hogwartu – osobiście kojarzy mi się z dużymi przestrzeniami typu Wielka Sala czy klatka schodowa z tymi przemieszczającymi się schodami – a u mnie ta przestrzeń była w zasadzie tylko w komnacie z wahadłem (chodzi mi tu głównie o wysokość) i przy schodach zbudowanych w pustce. Reszta to było wszystko małe, ciasne pomieszczenia wywołujące klaustrofobię i korytarze tak wąskie, że pewnie przez część trzeba było się przeciskać. I niskie sufity. Chyba chodziło o to, żeby było jak najwięcej ścian oddzielających wahadło od świata zewnętrznego. W każdym razie też fajne skojarzenia :)

 

Cóż, Duże Słowa właśnie miały za zadanie przy każdej sposobności podkreślać, jak wielkie, przerażające, (…) itd. jest wahadło.

Tak samo jak wszystkie “przerażające”, “upiorne”, “przedziwne” itp. miały dobitnie pokazywać, jak bardzo źle bohater czuł się w tym domu.

Może z jednymi i drugimi rzeczywiście trochę przesadziłam… Przemyślę to jeszcze.

 

No tak, “jakiś” jest kłopotliwy, ale jakże pomocny… Nad nim też pomyślę.

 

A “woskowy walec” służył głównie uniknięciu powtórzenia ze świecą w roli głównej. Choć ostatecznie też mi spasował.

 

O, dzięki za powtórzenie! To jedno mi musiało umknąć.

 

No dobra, “psychodeliczny” out.

 

Nad resztą Twoich uwag się pochylę i zastanowię, może rzeczywiście mniej znaczy więcej w niektórych przypadkach.

Dzięki raz jeszcze :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nana, lubię takie klimaty. Tajemnicza rezydencja, mnóstwo korytarzy, dziwne dźwięki, no i do tego stopniowe popadanie w szaleństwo… skojarzyło mi się z filmem "Lighthouse". Pozdrawiam :-)

Super, cieszę się, że się podobało ^^

Dzięki za zostawienie komentarza, również pozdrawiam!

Spodziewaj się niespodziewanego

Ej, to jest bardzo dobre opowiadanie!

Ale do rzeczy. Tu jest coś bardzo mocno kojarzącego się z klimatem lovecraftowskim. A raczej klimatem lekko do niego zbliżonym, bo jest odrobinę mniej “zakurzenie”, odrobinę lżej, ale tak czy inaczej – to właśnie ten kierunek. Jest tez parę miejsc mogących się kojarzyć z jednym z odcinków komiksu “Rork”, ale podejrzewam, ze tu inspiracji nie było.

Wciąganie, hipnotyczność, umiejętne operowanie pierwszą osobą w stylu starych horrorów… Osobiście wolę bardziej dynamiczną wersję narracji pierwszoosobowej, ale to tutaj jest zrobione dokładnie jak trzeba i mam nadzieję, że to opowiadanie nie przepadnie wśród zasypu innych.

Końcówka też bardzo klimatyczna.

 

Doczepić się można zbyt długich akapitów. Staraj się je dzielić na mniejsze jeśli to możliwe. Jasne, czasami jedna myśl jest na tyle rozbudowana, że akapit siłą rzeczy wychodzi długi, ale generalnie lepiej unikać bloków tekstu na 1000 znaków, jeśli jego zawartość spokojnie pozwala wstawić gdzieś po drodze enter.

 

"Nie musiałem się jednak liczyć się"

Się “się” powtórzyło.

 

"Ale schody się nie kończyły. Szedłem tak długo, że robiłem to już automatycznie, bez udziału woli"

Oj ma chłop kondycję. Ale to już się czepiam ;)

 

Zastanawiam się, czy na swój sposób nie byłoby tu jeszcze mocniej, gdyby każda linia “jestem” była krótsza od poprzedniej. Aktualnie druga linia jest dłuższa od pierwszej, dopiero potem zaczyna się to skracać, ostatnie dwie spokojnie mogą być równej długości (zwłaszcza, ze ostatnia ma mniej sylab, więc czyta się ją szybciej), więc chyba tylko tę pierwsza i drugą można zamienić miejscami. Nie wiem, sama osądź, bo to taki drobiazg, który na poziomie świadomym większość czytelników pewnie przegapi, ale na poziomie rytmu tekstu (a to też w jakiś sposób wpływa na odbiór) może być ciekawe. Znaczeniowo chyba też ustawienie “Jestem bezwładnością” na początek byłoby lepsze. Jak mówię – drobiazg, niekoniecznie sensowny, musisz ocenić sama czy to ma sens i czy pasuje do Twoich założeń.

 

Z formą pewnie można tu jeszcze popracować, ale jestem czytelnikiem, dla którego nastój tekstu czy pomysł są kluczowymi elementami (oczywiście kiepska forma mogłaby to i tak zepsuć, ale tutaj kiepskości nie ma). Z lektury jestem na tyle zadowolony, jeśli znajdę czas pewnie zobaczę na inne Twoje opowiadania.

Rada na przyszłość – nie wrzucać wszystkich tekstów na raz. Dawkować, żeby nie zniknęły w tłumie.

 

Ten tekst jest dla umysłu, jak kąpiel słoneczna w wiosenne dni.  Piękny język. Natychmiast przypomniał mi się Poe. Trzeba się wczuć i zaangażować w czytanie. I po chwili jest się w środku. Jestem pod autentycznym wrażeniem. Podziwiam autorów potrafiących tak pięknie korzystać z zasobów języka polskiego.

Wiktorze Orłowski, miło Cię widzieć :)

 

wilku-zimowy, bardzo dziękuję za miłe słowa :)

Słusznie podejrzewasz, że bliżej mi do Lovecrafta niż do “Rorka”. Cieszę się, że udało mi się zbudować klimat i napisać opowiadanie “dokładnie tak jak trzeba” – bo to znaczy, że udało mi się osiągnąć zamierzony efekt, co wcale nie jest łatwe, zwłaszcza że zazwyczaj jednak “siedzę” w lżejszych klimatach.

Co do akapitów, rzeczywiście miałam z tym niewielki problem – ale to dlatego, że mnie osobiście drażni takie poszatkowanie tekstu na króciutkie akapity. Nie unikam ich jak ognia, ale też nie są priorytetem, staram się znaleźć złoty środek (i chyba jeszcze muszę nad tym popracować).

Dzięki za “się” i za zwrócenie uwagi na samą końcówkę, całkiem sensownie. Wprowadziłam już kosmetyczne poprawki, stosując się do uwag Twoich i japkiewicza.

Kondycji bohatera się rzeczywiście czepiasz – biedak najzwyczajniej nie mógł się zatrzymać ani zawrócić, choćby miał paść i już nie wstać. Zresztą jest to ujęte w reszcie akapitu, więc zdanie trochę wyszarpnięte kontekstu (choć rozumiem, o co Ci chodzi).

Cieszę się, że Ci się podobało. Powoli dochodzę do wniosku, że to chyba najlepsze opowiadanie, jakie napisałam – a przynajmniej jedno z…

 

ManeTekelFares, bardzo dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że Ci się podobało :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Kondycji bohatera się rzeczywiście czepiasz – biedak najzwyczajniej nie mógł się zatrzymać ani zawrócić, choćby miał paść i już nie wstać. Zresztą jest to ujęte w reszcie akapitu, więc zdanie trochę wyszarpnięte kontekstu (choć rozumiem, o co Ci chodzi).

Czepiam się, bo swoje się na schodach nachodziłem i mam pewne przełożenie czasowe i wysokościowe ;) Ale to aspekty bez znaczenia dla samego tekstu :) 

W końcu miała być fantastyka :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Podobało mi się. Napisane bardzo dobrze. Miałem wrażenie, że język był w duchu weirdowych historii, ale jednak nadałaś mu swój osobisty styl :). Bardzo fajne były te fragmenty “rozmowy” przewijające się przez tekst:

– Co tu robi?

Jest.

Ciekawe zakończenie. 

Jedyne co ewentualnie mógłbym zgłosić to fakt, że były momenty (rzadkie, ale jednak) w drugiej części opowiadania, gdzie nieco dłużył się tekst. Choć może z drugiej strony lepiej budowało to klimat :)

W każdym razie przyjemnie się czytało i idę zgłosić do biblioteki :)

Miło mi, cieszę się, że Ci się podobało :) Dzięki za komentarz i zgłoszenie!

Spodziewaj się niespodziewanego

No, no, NaNa. :) To jest porządne opowiadanie. :) Bardzo dobrze napisane, mam na myśli warsztat jak i samą konwencję. Ładne zdania i klimat. Taki nieśpieszny, nostalgiczny i niepokojący.

Jedyny, ale mały, minus, to długość. Trochę za długie, sama czynność otwierania drzwi zajmuje chyba dwa akapity. Opowiadania bez dialogów to pewna trudność w ucieczce od monotonni. Ale ładny obrazek stworzyłaś, nie ma co. :)

Pozdrawiam.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Dziękuję Ci bardzo, Darconie :) Co do długości – miało być jeszcze ciut dłuższe, ale ostatecznie w trakcie pisania wyszło trochę inaczej i, jak widzę, to dobrze. A rozmawiać bohater jednak nie miał z kim (pomijając sny, oczywiście).

Tak czy inaczej, cieszę się, że się podobało :)

 

Miło Cię widzieć, Żonglerze :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nana, bardzo udane opowiadanie. Klimat można kroić nożem, czułem się jak przy lekturze Poego, co dla mnie jest dużym plusem :)

A dla mnie jest to dużym komplementem :) Dzięki!

Spodziewaj się niespodziewanego

Ode mnie ostatni biblioteczny kliczek. Podobało mi się, głównie przez sposób w jaki zostało napisane i przez klimat jaki udało Ci się w tym tekście stworzyć.

Bardzo dobrze się czytało, powodzenia w konkursie :)

Serdecznie dziękuję za klika i za miłe słowa! Cieszę się, że się podobało :)

I nie dziękuję :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Warto od razu zwrócić uwagę na kilka elementów: 

– Język, styl, to jak tworzysz ten klimat jest naprawdę fantastyczne ;) Dość szybko udało się mi przenieść do tego domu i wcielić w bohatera. 

– Sam koncept i hasło konkursowe – w mojej ocenie na plus ;) 

 

Z minusów, podzielam zdanie Darcona względem długości. Można byłoby, co nie co wyciąć, a tekst nie straciłby na klimacie i oddaniu tego wszystkiego ;) 

 

Podsumowując, bardzo fajne opowiadanie ;)

Cieszę się, że się podobało :) Na temat długości powtarzać się nie będę ;) Ale dzięki za komentarz!

Spodziewaj się niespodziewanego

Pomysł fajny i wykonanie też. Zdecydowanie czuje się tą dziwną i ciężką atmosferę; i jak to ktoś ładnie napisał w komentarzach „zakurzoną”.

Co do formy – to miałam z nią lekki problem (ale już tłumaczę, dlaczego nagle przestałam). Zdania były bardzo dłuuuugie. Podczas czytania miałam wręcz wrażenie, że brakuje mi oddechu – i właśnie to mi przeszkadzało, ale potem w ciekawy sposób podkreślało atmosferę. Ponad to z biegiem opowieści zdania stają się krótsze, co nie dość, że bardzo przyspiesza akcje, to jeszcze daje chwilę oddechu. Nie bardzo wiem, czy był to zabieg celowy (po komentarzach widzę, że częściowo tak), czy przypadkowy. Czytałam też twojego Antykwariusza i tam te długie zdania bardzo mi przeszkadzały (choć opowieść była ciekawa i bardzo dobrze napisana).

Cieszę się, że się podobało :)

Taak, mam tendencję do tych długaśnych zdań, niestety. Piszę takiego węża, a potem go kroję na kilka krótszych… Ale nie zawsze. To chyba też zależy w dużej mierze od tego, co konkretnie piszę – bo jak wpadam w tę specyficzną manierę, co w opowiadaniach typu “Antykwariusz” albo powyższe, stawiam takie węże znacznie częściej i gęściej z jakiegoś powodu.

Zabieg ze skracaniem nie był celowy – ale chyba wynikło to z tego, że zdołałam głębiej wejść w opowieść, jej tempo też w mojej głowie przyspieszyło i już nie było czasu na takie leniwe snucie. W sumie nawet nie zwróciłam na to specjalnie uwagi. Ale fajnie, że tak korzystnie zadziałało :D

Dzięki za komentarz!

 

Nawiasem, jeszcze za żadne opowiadanie w swojej “karierze” nie usłyszałam tylu miłych słów – tutaj ani nigdzie. To chyba oznacza progres, co niezmiernie mnie cieszy <3

Spodziewaj się niespodziewanego

Spodobał mi się styl, ta stylizacja właśnie trochę lovecraftowa: długie zdania, wymyślne słownictwo i pewien archaizm. Wyszło to bardzo dobrze, nawet w jeśli w pewnych momentach trochę zaczęłaś przeciągać strunę – jak np. ten słynny “woskowy walec”, jak już ktoś zauważył. ;) Może też bardziej usatysfakcjonowana czułabym się dłuższym, albo bardziej zaskakującym zakończeniem, co nie zmienia faktu, że to naprawdę solidna lektura. Zdecydowanie na plus!

Cieszę się, że Ci się podobało :) Powiem szczerze, że mnie też się to zakończenie ciut przykrótkie wydawało w stosunku do całego tekstu, ale cóż poradzę, kiedy takie wyszło i za nic nie chciało się rozwinąć :) Dzięki za komentarz!

Spodziewaj się niespodziewanego

Uwierz, że jest dobrze. Gdybyś zakończenie wydłużyła, nie byłoby efketu czegoś w rodzaju wiru, który wciągnął główną postać.

Jakbym mimo wszystko w to nie uwierzyła (albo prawie), to być może bym zmieniała na siłę (i zapewne na gorsze), miałam jeszcze trochę czasu do ostatecznego terminu :D Ale dzięki za czujność i ponowne utwierdzenie w przekonaniu, że coś z tego wyszło :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Sympatyczne :)

Przynoszę radość :)

Archaizacja stylu (ale niepełna) już na starcie ustawia odbiór. Jest pomysł. Jest klimat. Jest wprowadzana stopniowo tajemnica i jej odsłanianie, choć nie do końca (to nie wada w tym wypadku!). Jest nieoptymistyczny, może nawet ponury finał. Są też Duże i Ciężkie Zdania, które momentami tworzą Za Duże i Za Ciężkie Akapity Pełne Homerycko-Gargantuicznych Opisów. Złapałem się na tym, że pomyślałem sobie: za bardzo udanie stylizujesz. Mimo mojej sympatii do Lovecraftowskich klimatów zacząłem prześlizgiwać się wzrokiem, byle dalej, za dużo rozwlekłych opisów jak na mój (zepsuty światem szybkich, uwypuklonych treści) gust. To właściwie powodowało, że brnąłem w któryms momencie przez tekst – chętniej przeczytałbym “mniej ciężką” stylowo wersję.

 

Nie zmienia to oceny, że opowiadanie jest udane.

 

wilk-zimowy: RORK heart

 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Anet, dzięki! Choć nie wiem, czy jest to akurat najodpowiedniejszy przymiotnik w tym wypadku ;)

 

PsychoFishu, dziękuję za miłe słowa :)

I choć “prześlizgiwałeś się wzrokiem”, “brnąłeś” i “chętniej przeczytałbyś >>mniej ciężką<< stylowo wersję” (co doskonale rozumiem), to muszę powiedzieć, że ja miewam takie odczucia podczas czytania Lovecrafta czy Kafki – więc chyba mimo wszystko się udało. Choć, jak mówisz, może aż za bardzo. Trochę to pokrętne.

Dzięki za komentarz!

Spodziewaj się niespodziewanego

Jak widzisz, NaNa, nie tylko ja widzę, że coś z tymi akapitami tego ;-) Ale tez rozumiem doskonale, ze czasami istotne jest autorskie “poczucie integralności tekstu”. Sam należę do autorów, którzy czasami zostawiają drobne niedopracowania właśnie ze względu na to, że wersja w stu procentach poprawna przestaje mi stykać na jakimś podskórnym poziomie. Niemniej – być może do zastanowienia co z tym zrobić, zwłaszcza, ze zwyczajnie ludzie tak już mają, że przy długich akapitach traci się uważność czytania.

 

Psychofishu – jeśli widziałeś wydanie czarno-białe na ciemnożółtych kartkach, to sam powiedz czy epizod z domem poety nie ma tu jakiegoś odległego podobieństwa nastroju?  :-)

 

Ja pomyślałem jeszcze p domu na klifie :-) Ale tak, dom poety też pasuje.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No przecież pisarz-poeta mieszkał w domu nad klifem ;-) 

O, musze znaleźć w sieci plansze lub zamówić… Pamięć mi nie służy :-)

 

(googla)

 

Aua, jeden album 100-150PLN?

W sumie – warto.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cóż, wilku-zimowy, zapamiętam na przyszłość i następnym razem zwrócę większą uwagę na te akapity nieszczęsne :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Psychofishu – IMHO błyszczący papier zabija klimat początkowych odcinków. kolor zresztą też.

 

 

NaNa – sorry za offtopy, Rork to kultowy komiks :D

Kufa, te żółte to pamiętam do dziś, w ogóle część zeszytów wydawanych w tamtych latach jeszcze mam (Zagłada Metropolis chyba ostatnio trzymałem w rękach, trochę Thorgali…)

 

Na zawsze zapamiętam jak składał te puzzle 3D w głowie pewnej pani…

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Aż mi smaku narobiłeś, a te wznowienia strasznie drogie.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Allegro :-)

Zaraz autorka  tego opowiadania nas zacznie tłuc po głowach :D 

Nikogo tłuc nie zamierzam, tylko się trochę zastanawiam, co tu się dzieje xD Nabijacie mi komentarze, Panowie ;P

Spodziewaj się niespodziewanego

Nana, "Rork" taka bardzo weirdowa seria komiksowa, pierwszy raz chyba w latach 80 wydana. Szczerze polecam, bo i graficznie i scenariuszowo bardzo zacna.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

W bibliotekach krążą oba wydania, stare i nowe. Stare ciekawiej wydane, nowe za to kompletne.

Ale komentarze możemy pokasować, nie ma problemu :P 

 

EDIT:

Nabijanie komentarzy to było tu ;-)

PsychoFishu, właśnie widzę, że fajna grafika :D Ale nie jestem jakoś przesadnie komiksowa (no chyba żeby pobawić się w tworzenie… Warto to przemyśleć).

 

wilku-zimowy, nie ma takiej potrzeby, nie przeszkadzają mi – po prostu dziwnie byłoby się nie odezwać, kiedy pod moim tekstem toczy się zażarta dyskusja… Nawet jeśli nie na jego temat, choć przez skojarzenie z nim wywołana :D

I… Jej O_O

Spodziewaj się niespodziewanego

Z radością znajduję kolejny tekst, który kojarzy mi się z grozą w klasycznym wydaniu jak u Poego. Styl może trochę ciężki, ale wpisuje się bardzo dobrze w tę konwencję. Przy zakończeniu zaczyna się być bardziej współcześnie i egzystencjalnie, ale nie czuję wielkiego zgrzytu. Nie jest to opowiadanie z cyklu łatwych i lekkich, ale lektura tak czy inaczej satysfakcjonującasmiley

Bardzo dziękuję za przeczytanie i za miłe słowa :) Cieszę się, że tekst przypadł Ci do gustu – tym bardziej, że jego napisanie nie należało do najłatwiejszych zadań.

Spodziewaj się niespodziewanego

Naprawdę solidny kawałek tekstu. W motywach sięgasz do standardowych motywów: tajemniczy dom, skąpy opis otoczenia przy równoczesnym pogłębionym przedstawieniu życia wewnętrznego bohatera, swego rodzaju echa naturalistycznej powieści czeskiej (chyba że dopatruję się ich bezpodstawnie?), zafiksowanie na tajemniczym obiekcie – wszystko to gdzieś już było widziane, ale wykorzystujesz te motywy w sposób dobry, z konsekwencją godną profesjonalisty.

Bohater, typowo dla weirdu, jest bierny, stanowi dla nas soczewkę, przez którą obserwujemy ten świat. Co bardzo mi się spodobało, mocno opierasz fabułę i setting na wylosowanym temacie – kabotyńskie wahadło nie jest tu od czapy, nie wstawiasz go na „odczep się”, żeby było nam miło. Wuj Albert, zanim zmarł, wyraźnie zmierzał ku jakiemuś efektowi (co stanowi definicję kabotyna) – potraktowanie „kabotyński” na równi z „wujowski” w tym momencie wydaje mi się zgrabnym wybrnięciem z kłopotu.

Świadomie stylizujesz język na lekko zaśniedziałą, elegancką manierę przywodzącą na myśl raczej styl wypowiedzi bohatera z początków wieku XX, aniżeli współczesnego nam człowieka. Moim zdaniem znacząco podbija to walory utworu i immersję czytelnika w tekst. Innym zabiegiem stylistycznym, który bardzo mi się spodobał, było rozpoczęcie zbiegające się pod koniec w zgrabną puentę – wydaje mi się, że dopatruję się tutaj rytmiki odzwierciedlającej oscylacyjny ruch wahadła, ale nie wiem, czy jest to świadomy element, czy bardziej moje myślenie życzeniowe. Moja skromna uwaga niewpływająca na ocenę utworu takim, jakim jest: gdyby pogłębić ten aspekt, zakotwiczyć wahadło nie tylko w sensie fabuły, ale też w formie (rytmice budowanych fragmentów), byłoby palce lizać.

A, co tam, bez tego też jest.

Akurat do literatury czeskiej mi daleko. Pisząc powyższe opowiadanie, opierałam się głównie na swoich doświadczeniach z Lovecraftem, Poem i Chambersem – i teraz, patrząc już świeższym okiem, po jakimś miesiącu niezagladądania do "Tuktania" stwierdzam, że dało to efekt, jakiego oczekiwałam. Co do rytmiki, rzeczywiście chciałam trochę intuicyjnie oddać tę wszechobecność wahadła. Z drugiej strony (choć przyznam się, że o tym już nie myślałam w trakcie pisania – dopiero teraz, kiedy o tym wspomniałaś) wydaje mi się, że gdyby budowa tekstu odznaczała się pewną "amplitudą", powodowałoby to niejakie "spętanie" wspomnianą wszechobecnością, bez, choćby nawet pozornego, wytchnienia. Co prawda współgrałoby to z fabułą zmierzającą do finału, który oczywiście nie mógł być szczęśliwy, ale nie pozwoliłoby stworzyć jakiegoś złudzenia, że a nuż może jednak się uda. Innymi słowy, z mojego punktu widzenia wszystko byłoby trochę zbyt oczywiste. Bardzo dziękuję za obszerny komentarz i za niezmiernie mile słowa. No i za wyróżnienie.

Spodziewaj się niespodziewanego

Faktycznie – bardzo Kafkowe i Lovecraftowskie opowiadanie.

Trochę mam jak Psycho – tekst wydaje mi się przegadany (nie przepadam za Lovecraftem, pewnie częściowo ze względu na jego kwiecistą prozę).

Ale pomysł ciekawy, całość dobrze pasuje do konkursu.

Babska logika rządzi!

Swego czasu naczytałam się sporo Lovecrafta (też nie do końca moje klimaty, ale mimo wszystko było warto), przed napisaniem powyższego opowiadania zmierzyłam się również z opowiadaniami Kafki – i chyba stąd to "przegadanie", takie w ich stylu. W końcu, skoro mówią: weird – to ma być weird i bez dyskusji ;) Dzięki za przeczytanie i zostawienie komentarza!

Spodziewaj się niespodziewanego

„Nie mogę jedynie dostrzec źródła – całym sobą jestem natomiast świadom jego istnienia, wszechpotężnego i wszechogarniającego.”

Zaczęte z grubej rury, jak u Hitchcocka, ale po Lovecraftowemu. Poniekąd trochę zawężasz sobie scenę teatralną, jest w tym też jakaś przekora z czytelnikiem, jeśli oczywiście złapie się na tę metafizyczną przynętę.

Przedstawiany proces popadania w obłęd jest absurdalnie uporządkowany, logicznie wytłumaczony, z użyciem ciekawych słów. Gatunkowo super, choć do tego uporządkowania można się przyczepić – jednak kronikarskość, senność, a nawet wuj Albert; reprezentują ten gotycki pamiętnikowy styl Lovecrafta/Poego, który jest przecież konkretną klasyką. Dystans stworzony poprzez wpis do pamiętnika (życie Alberta i historia domu) oraz komentarze protagonisty umożliwiają usadowienie się wygodniej w głowie bohatera. I choć sama historia domu nie jest aż tak porywająca – zrozumiałe, skoro opowiadana z ww. dystansem – to późniejsze „słyszenie dźwięku” dobrze to nadrabia, uzupełnia lukę w tym, co było zbudowane tylko słowami. IMO to właśnie zmysł słuchu przyczynia się do weirdu w wierdzie.

Podoba mi się zabieg stworzenia chaosu z niczego – nudziłem się, więc zrobiłem rzecz. Tak po bożemu. Obsesja udowodnienia, żem godzien ładnie współpracuje z szaleństwem bohatera. Brnięcie za dźwiękiem – męczące, wyczerpujące – odpowiednio weirdowe. Samo stwierdzenie „tracę zmysły” być może nieco nazbyt dosłowne, choć znowu, jesteśmy we wiarygodnie zbudowanej psyche bohatera, a takie uświadomienie sobie samemu „kurde, oszalałem” jest przecież niezłym punktem kulminacyjnym.

Pustka/otchłań to zawsze mile widziany motyw literacki, jednakże zbyt często kończący się tym samym pustym wyjaśnieniem. Końcowa kontrastowa (cisza/dźwięk) „przemiana” w wahadło jest w moim mniemaniu bardzo poetycka. Dodatkowo, ładnie zamyka opowiadanie przyzwaniem wylosowanego hasła.

To zawężenie, swoista klaustrofobiczność w każdym aspekcie (a więc nie tylko w wyglądzie domu), była celowa, jakoś wpisywała mi się w konwencję. Podobnie historia domu, przedstawiona dość sucho i płytko – zależało mi jedynie na stworzeniu tego kalustrofobicznego wnętrza, stanowiącego wyłącznie dobre tło dla przedstawionej historii. Chciałam po prostu zamknąć bohatera sam na sam z jego szaleństwem i skupić uwagę wyłącznie na nim i na jego źródle. Uświadomienie sobie przez bohatera, że popada w obłęd, było natomiast istotnym punktem zwrotnym w historii, bo prowadziło w sposób nieunikniony do finału, który (wyjątkowo) był mi znany od początku. Dziękuję pięknie za obszerny, wnikliwy komentarz i za miłe słowa. Cieszą mnie szczególnie odwołania do klasyków, bo "wrosłam" w ten styl po lekturze Poego, Lovecrafta i Chambersa i nieraz po niego sięgam, zwłaszcza w grozie. Fajnie, że to widać – bo to znaczy, że jakoś wychodzi. Dzięki raz jeszcze!

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka