- Opowiadanie: ANDO - Zielona chmura czyli sen kacyka

Zielona chmura czyli sen kacyka

Hasło: jadowite ego

 

Opowiadanie fantastyczne, rozgrywające się w fikcyjnym świecie. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób oraz zdarzeń jest przypadkowe i niezamierzone.

Zapraszam do czytania :)

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Zielona chmura czyli sen kacyka

Środkowe Miasto, stolica Nacji X, 12 czerwca 2060 r.

Kawalerka Marcela B., przytulne, nowoczesne wnętrze. Spotkanie przyjaciół.

Wokół okrągłego, przeszklonego stołu siedzą:

Marcel B. – polityk, członek Gromady Doradców,

Kaja S. – pielęgniarka,

Tomasz R. – strażnik,

Grzegorz D.– dziennikarz.

 

– Nadchodzi świat, w którym nie przyjmują dentyści, nie działają urzędy i szkoły, a wyjście z domu grozi śmiercią – powiedział młody mężczyzna w eleganckim garniturze.

Trójka przyjaciół spojrzała na niego z niedowierzaniem i rozbawieniem.

– Jasne, a UFO wyląduje na rynku – odparł Grzesiek, zdecydowanym ruchem zgniatając w ręce pustą puszkę.

– Nie wierzysz?! – zaperzył się Marcel. – Pisaliście o zielonej chmurze.

– …która przypłynęła z kosmosu i zabija ludzi – mruknął Grzesiek. – Ta, jasne. Na innym kontynencie, podobno, gdzieś, kiedyś. Ale nie u nas, stary. Skąd wytrzasnąłeś takiego newsa?

– Nie mogę powiedzieć, tylko ostrzegam.

– Związek Starej Ziemi raz dwa poradziłby sobie z tą chmurą. Medycyna też, u nas w szpitalu ratujemy coraz cięższe przypadki – wtrąciła rudowłosa dziewczyna.

– Nic nie rozumiesz, Kaja – odparł Marcel. – Nadchodzą naprawdę niebezpieczne czasy. Śmiertelnie.

– I co, Gromada nic z tym nie robi? – drążył Grzesiek. – Gdyby coś było na rzeczy, pierwsi podnieślibyście alarm. Człowieku, ktoś ci wcisnął kompletne science-fiction.

– To jeszcze nie koniec – ciągnął Marcel. – Wyobraźcie sobie, że nagle zamykają fabryki, zakazują jeździć samochodem, musicie mieć przepustkę, żeby wyjść na ulicę. Dla waszego dobra, oczywiście.

– E tam, nie dramatyzuj – włączył się Tomek. – Jakim cudem, niby? Mamy zagwarantowane wolności i prawa człowieka, zapisane w Akcie Stanowiącym Nacji.

Marcel uśmiechnął się zagadkowo. Sięgnął po kawałek pizzy, unikając dalszej dyskusji.

„Każdy przepis da się zmienić, przegłosować. ONA jest groźniejsza od zabójczej chmury” – pomyślał. „Mógłbym próbować ją zatrzymać, ale wtedy zostałbym do końca życia szeregowym członkiem Gromady”.

***

**

*

Środkowe Miasto, 16 czerwca 2060 r.

Gabinet Aliny K.

Wystrój wnętrza w pastelowych barwach, szerokie biurko, kilka regałów. Na fotelu atłasowa poduszka dla psa.

 

Patrzyła na Marcela wzrokiem jadowitego skorpiona. Drobna kobieta w cytrynowej garsonce, o włosach farbowanych na platynowy blond. Trzęsła największą Grupą 1A1 w Nacji X, a niektórzy twierdzili, że całą Gromadą Doradców i samym Pierwszym.

Alina Kozioł, znana również jako Żółta Dama.

Jak zwykle miała perfekcyjny makijaż, podkreślający klasyczne rysy twarzy.

– Nie przyjmuję żadnych wymówek! Czas wprowadzić plany w życie, zielona chmura już do nas dotarła. Dosłownie spadła nam z nieba. Ludzie będą potrzebowali wsparcia… – mówiła, uśmiechając się słodko, a jednocześnie cedząc słowa, jak gdyby warczała. Marcel miał wrażenie, że spod marynarki kobiety wystaje ogon skorpiona, zakończony kolcem jadowym.

– Nie rozumiem – odparł.

– Mówiłam ci już, mamy dużo do ugrania – powiedziała, głaszcząc rudego psa, który tego dnia przypominał jamnika.

Zwierzak pokazał Marcelowi zęby.

– Nacji potrzebne są zmiany. Co na to Dariusz? – Spojrzała na puste krzesełko. – Mówisz, kochaniutki, że mam dziejową misję? Tak, nikt lepiej ode mnie nie zaopiekuje się Nacją. Muszę pokazać im jedyną słuszną drogę.

Marcelowi przyszło do głowy, że on i reszta Gromady nie doceniali Żółtej Damy. Dotąd uważali jej niewidzialnego doradcę za rodzaj dowcipu, ale ona wcale nie żartowała.

– Dariusz mówi, że powinnam pomóc ludziom. – Uśmiechnęła się szeroko. – Powiem ci, kochaniutki, co zrobimy…

Kiedy Marcel słyszał kolejne plany, krew odpływała mu z twarzy.

– To wbrew prawu! – zawołał.

– Od tej pory JA jestem prawem, a ty zapamiętaj: po pierwsze – lojalność, nie toleruję zdrajców. Włącz telewizor.

Marcel sięgnął po pilota. Na ekranie zobaczył wielką, zieloną chmurę, która nagle pojawiła się na niebie i przemieszczała w kierunku pobliskiego miasteczka.

Starszy człowiek, wędrujący poboczem drogi, zatrzymał się i obserwował niezwykły obłok. Chmura nadpłynęła powoli, znieruchomiała nad nim. W tej samej chwili mężczyzna krzyknął rozdzierająco, złapał się za brzuch i osunął na kolana. Zaczął jęczeć i wić się w konwulsjach, jakby szarpała nim niewidzialna siła.

Młody człowiek wysiadł z auta, pobiegł na ratunek, ale spotkał go ten sam los. Na drodze zostały dwa nieruchome ciała, a chmura popłynęła powoli dalej.

Rozległ się pełen dramatyzmu głos reportera:

 

„Obejrzeli państwo film nagrany przez przypadkowego świadka tej tragedii. Nie wiadomo, czym dokładnie jest zielona chmura. Jedno wydaje się pewne: ona atakuje bez litości, każdy z nas może paść jej ofiarą. Jeśli zobaczycie na niebie zielony obłok, natychmiast uciekajcie do auta lub pomieszczenia i zamknijcie za sobą drzwi.

Naukowcy podejrzewają, że chmura ma toksyczne właściwości, dlatego obszar rażenia został poddany dezynfekcji. Mamy doniesienia o dwóch osobach, które przeżyły atak, obecnie przebywają w szpitalu. Będziemy informować państwa na bieżąco o dalszych wydarzeniach. Pamiętajcie, wróg atakuje, bądźcie czujni”.

 

– Może… dałoby się zatrzymać tę chmurę? – Marcel spojrzał na Żółtą Damę z nadzieją.

Uśmiechnęła się ironicznie.

– Och, ty nic nie rozumiesz! Cóż, nie czas na pogawędki, kiedy nadciąga zagłada. Zaraz powiem Pierwszemu, żeby wygłosił mowę o wspólnej walce i takie tam. A ty znasz swoje zadania. Do roboty, kochaniutki!

***

**

*

Środkowe Miasto, szpital specjalistyczny, 17 czerwca 2060 r.

Sala z szybą wyklejoną napisami ostrzegawczymi „strefa zagrożenia”. W środku ośmiu chorych, kilka pustych łóżek.

Dyżur Kai S.

 

Pacjenci, których dopadła zielona chmura, mogli umrzeć w każdej chwili – Kaja usłyszała o tym, kiedy tylko przekroczyła próg szpitala. Chodziła po sali, mierzyła chorym temperaturę i ciśnienie, wypełniała dokumenty. Towarzyszyły temu zdziwione spojrzenia. Kombinezon ochronny Kai szeleścił przy każdym ruchu. Miała ochotę natychmiast go zrzucić, lecz chmura mogła być toksyczna. Nikt tego oficjalnie nie potwierdził, ale też nikt nie wykluczył zagrożenia.

Mężczyzna pod ścianą leżał skulony i jęczał, trzymając się za brzuch. Kaja wiedziała, że to typowy objaw po spotkaniu z zieloną chmurą, choroba przypominająca skręt kiszek. Podeszła do pacjenta i zrobiła mu zastrzyk przeciwbólowy. Niemal natychmiast zapadł w płytki sen.

Kaja czuła strach, zimny dreszcz pnący się po plecach niczym pająk. Chyba setny raz zastanawiała się, jakie jest ryzyko, że i ona…

Podobno obłok sprowadzał też choroby, a objawy mogły być różne. Przerażało ją, że nic nie było wiadomo: żadnej pewności, jedynie lęk rozpełzający się nie tylko po szpitalu, ale po całej Nacji i Starej Ziemi. I te słowa Marcela, kiedy dzwonił niedawno: „Kaja, uciekaj ze szpitala, bo zamkną cię razem z pacjentami. Będą czekali, aż umrzecie”.

***

**

*

Środkowe Miasto, 7 lipca 2060 r.

Limuzyna Żółtej Damy.

 

Patrzyła przez okno auta i głaskała psa, który tego dnia przypominał owczarka niemieckiego. Zwierzak dyszał, pokazując pysk pełen ostrych zębów i ślinił pachnącą nowością tapicerkę z jasnej skóry.

Marcel B., zastępca nowej przewodniczącej Gromady Doradców, siedział naprzeciwko. Odgonił myśl, że cena za to stanowisko okazała się zbyt słona.

– Ludzie tak beztrosko chodzą po ulicach. Dariusz uważa, że zachowują się jak małe dzieci – odezwała się Żółta Dama. – Narażają się na spotkanie z chmurą.

– Nikt jej nie widział od dwóch tygodni – odparł Marcel.

– Właśnie to jest najbardziej niebezpieczne! – Spojrzała na niego nieustępliwym wzrokiem, którego nie potrafił znieść, jak reszta członków Gromady. – Mianowałam cię moim zastępcą, kochaniutki, bo Dariusz cię polecił. Oczekuję, że będziesz wzorowo wypełniał obowiązki.

Znów ten uśmiech, pełen zatrutej słodyczy.

Auto szarpnęło, wpadając jednym kołem w wyrwę przestrzeni, ale kierowca natychmiast je wyprowadził. Skulił się, gdy Dama załomotała pięścią w oddzielającą ich grubą szybę.

– Chyba dobrze, że chmura odpłynęła? – zapytał Marcel.

Prychnęła w odpowiedzi.

– Ty nic nie rozumiesz, kochaniutki! Ludzie muszą przygotować się na jej powrót, nauczyć się reagować na zagrożenie, a my im pomożemy. Wypuścimy trochę zielonej pary nad największe miasta.

– Ale to…!

– Lepiej nie kończ, trucizna zabija w kilka sekund – warknęła, a kolec jadowy zbliżył się niebezpiecznie do policzka Marcela. Pies najeżył grzbiet.

Mężczyzna próbował zachować spokój, ledwo powstrzymał się, żeby nie zacząć w panice szarpać klamki przy drzwiach.

– Oczywiście – odparł, spuszczając wzrok.

***

**

*

Środkowe Miasto, 10 lipca 2060 r.

Plac w centrum, pokryty kostką brukową. Puste ławki, nieczynna fontanna.

Auto strażników zaparkowane na chodniku, w środku dwóch mężczyzn w mundurach.

Dyżur Tomasza R.

 

Samochód przypominał rozgrzany piekarnik. Tomasz patrzył na nielicznych ludzi, przemykających przez plac. Wszyscy nosili przepisowe gumowce i płaszcze przeciwdeszczowe, mimo ponad trzydziestu stopni upału. Bloczek mandatowy pozostawał czysty.

Mężczyzna spojrzał na ekran pokazujący obraz z dronów monitorujących pobliskie błonie. Miał nadzieję, że nie zobaczy niczego, co Żółta Dama określiła jako wywrotowe i podlegające natychmiastowej karze, bez możliwości odwołania do sądu.

Kolega Tomasza zdjął czapkę i otarł pot z czoła.

– Grzeje jak skurwysyn, zaraz zdechnę. Idę do sklepu, przynieść ci coś?

– Mineralną. Z lodówki – odparł Tomasz.

Rozpiął płaszcz pod szyją. Mundur kleił się od potu, o stopach uwięzionych w gumiakach wolał nie myśleć.

Zastanawiał się, jak kalosze i plastikowe peleryny mają ich ochronić przed zieloną chmurą, ale skoro Alina Kozioł kazała je nosić, widocznie miała powód.

Tomasz pamiętał transmisję telewizyjną, podczas której Naczelna Wróżka Nacji wyznaczyła Żółtą Damę na kobietę opatrznościową o imieniu Czterdzieści i Cztery. W sieci przeczytał, że ktoś wpłynął na wizję Wróżki zwykłym pistoletem przyłożonym do głowy jej synka, ale strażnikowi nie wypadało wierzyć w takie historie.

Nagle to zobaczył. Zielone, rozwodnione opary na niebie. Błyskawicznie chwycił megafon i zaczął krzyczeć:

– Uwaga! Zielona chmura! Uciekajcie! Szybko!

Ludzie rozpierzchli się w panice, chociaż gumiaki i płaszcze utrudniały im ruchy. Młoda kobieta utknęła na placu, walczyła z opornym wózkiem, w którym akurat zepsuło się koło. Zrzuciła płaszcz przeciwdeszczowy.

Tomasz pamiętał wytyczne Żółtej Damy: karać bez wyjątków, żeby chronić przed chmurą.

Spojrzał na bloczek mandatowy, zawahał się chwilę, po czym krzyknął w stronę kobiety z wózkiem:

– Zostaw ten złom i spieprzaj do domu! Ale już!

Widział, że ona dalej szarpie się z wózkiem, próbuje go pchać.

Wytyczne Damy mówiły jasno: strażnik miał zostać w wozie, aż chmura odpłynie.

Nie potrafił. Pobiegł w kierunku kobiety, wydawało się blisko.

Wpadł w labirynt przestrzeni, zjawisko coraz częściej nawiedzające Nację X od czasu wybuchu w fabryce chemicznej. Droga rozwidlała się, kluczyła, wykrzywiała w niespodziewanym kierunku jak szalona gra komputerowa. Tomasz zaczął przeskakiwać przez ściany labiryntu.

Chmura zbliżała się nieubłaganie.

Wreszcie strażnikowi udało się wyplątać z pułapki i dotrzeć do pechowej kobiety. Chwycił dziecko z wózka.

– Biegiem! – zawołał do nieznajomej, pokazując drzwi najbliższego sklepu.

Ruszyli w tamtą stronę. Mieli chmurę tuż za plecami. Na szczęście, tym razem labirynt przestrzeni nie zaatakował.

Kiedy dopadli do wejścia sklepu, kobieta nacisnęła klamkę. Zamknięte.

Tomasz oddał jej płaczące dziecko, szarpnął z całej siły. Bez skutku. Za szybą widział przerażone twarze.

– Otwierać, kurwa, bo drzwi rozwalę! – krzyknął. Wyciągnął broń. – Rozpieprzę szybę i zginiecie wszyscy!

Usłyszał szczęk klucza. Wpuścili ich, odsunęli się od Tomasza.

Ledwie zdążyli zamknąć drzwi, chmura przetoczyła się obok nich.

Wydała się Tomaszowi dziwnie rozwodniona, ledwie lekko zielona, a miejscami prawie całkiem przezroczysta.

„Auto i wózek dzieciaka trafią do dezynfekcji. Dobrze, że przynajmniej ludzie zdążyli uciec” – pomyślał.

W sklepie panowała grobowa cisza. Kobieta nawet nie podziękowała za ratunek, z paniką w oczach wpatrywała się, jak pozostali, w zieloną chmurę.

Tomasz usłyszał dzwonek telefonu.

– Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia… – zaczął Marcel.

***

**

*

Środkowe Miasto, 16 lipca 2060 r.

Prywatny apartament Żółtej Damy w budynku Gromady Doradców. Wąskie łóżko, ława i kilka foteli, na jednym z nich atłasowa poduszka dla psa.

 

Intensywne, kwiatowe perfumy aż kręciły w nosie. Żółta Dama siedziała na łóżku i zalewała się łzami. Marcel podszedł bliżej, mimo warczenia psa leżącego obok niej. Tego dnia zwierzak był rottweilerem.

Nigdy wcześniej Marcel nie widział Żółtej Damy w takim stanie. Wyglądała jak zrozpaczone dziecko; łzy rozmywały perfekcyjny makijaż, pod oczami pojawiły się czarne smugi.

Stuknęła długim, pomalowanym na cytrynowo paznokciem w zdjęcie, które trzymała.

Marcel zobaczył na fotografii młodą kobietę z dwiema dziewczynkami.

– Ja i siostra z mamą – wyjaśniła. – Zginęły w wypadku samochodowym… Zderzenie czołowe z ciężarówką…

Przytuliła fotografię do piersi. Jej ramiona drgały.

Marcel usiadł naprzeciw Damy. Zadrżał na myśl, co zamierzał powiedzieć, ale wiedział, że nie będzie lepszej chwili:

– Przestańmy puszczać sztuczne chmury.

Szybkim ruchem otarła łzy, na jej twarz powróciła zacięta mina.

– Zwariowałeś?! A jak przyjdzie prawdziwa?!

– Przyjdzie albo nie, a ludzie pocą się jak myszy w tych płaszczach i gumiakach. I narzekają, sieć pęka w szwach od krytycznych komentarzy pod naszym adresem.

– Zajmiemy się nimi, kochaniutki. Niewdzięczni! Przecież rozdaliśmy im makaron, po trzy paczki na głowę. Kazałeś już pozamykać fabryki i urzędy?

– Tak, ale nie rozumiem, po co.

– Ależ to oczywiste, zakłady produkcyjne przyciągają chmurę. Urzędy też.

– W jaki sposób?!

– Zdajmy się na ekspertów. – Znów ten przesadnie słodki uśmiech.

– Ale to przecież my…

– Dość! – Przyszpiliła go jadowitym spojrzeniem. – Ludzie nie rozumieją, że pewne rzeczy robimy dla ich dobra.

– Ja też nie rozumiem…

– Wystarczy, że mi zaufasz, kochaniutki… Według najnowszego sondażu, mam poparcie dziewięćdziesięciu sześciu procent społeczeństwa.

„Sondażu, który sam zleciłem razem z wynikami” – pomyślał Marcel, ale nie powiedział tego głośno.

Zjeżony rottweiler krążył koło jego nóg, powarkując ostrzegawczo.

***

**

*

Środkowe Miasto, 19 lipca 2060 r.

Siedziba dziennika „Głos Nacji”.

Newsroom – przestronne pomieszczenie pełne pracowników siedzących przy komputerach.

Dyżur Grzegorza D.

 

Wpatrywał się w artykuł, który właśnie umieścił na sieciowym portalu gazety.

 

„Nasze dawne życie i prawa odeszły w niebyt. Żółta Dama zaatakowała demokrację, zmieniła Nację X w prywatny folwark. Udowodniła to ostatecznie wczoraj, zmuszając Pierwszego do rezygnacji, a Gromadę Doradców do samorozwiązania i mianowania jej naczelniczką Nacji.

To ona, a nie zielona chmura stanowi dla nas prawdziwe zagrożenie. Dlatego nie pozostawajmy bierni. Musimy zaprotestować, pokazać, że nie pozwolimy się zniewolić”.

 

Grzesiek podpisał się pseudonimem, ale nie miał złudzeń, że dojdą do prawdziwego autorstwa. Ludzie Damy podsłuchiwali Internet i śledzili lokalizację komórek.

Zadzwonił telefon.

– Stary, wykasuj ten artykuł! Natychmiast! – krzyczał Marcel.

– Dlaczego myślisz, że to ja?

– Słuchaj, oni już wiedzą. Niebezpiecznie pogrywasz. Nie mogę ci nic więcej powiedzieć, ale zaufaj mi i skasuj ten tekst, zanim cię zniszczą – odparł Marcel konspiracyjnym tonem.

– Spadaj, sprzedawczyku – mruknął Grzesiek, przerywając połączenie.

Kolejny telefon od Marcela. Wyciszył komórkę.

Pod artykułem lawinowo pojawiały się komentarze. Ludzie dawali upust wściekłości. Chcieli walczyć, padały terminy i miejsca. Uaktywniła się grupka płatnych trolli sprzyjających Damie, ale pozostali szybko ich zakrzyczeli.

Grzegorz patrzył jak iskra, którą rzucił, zmienia się w pożar.

 

Nie zdziwił się, przyszli po niego do redakcji. Trzech strażników w ciemnych okularach.

– Idziemy – mruknął jeden z nich, o posturze goryla.

Pozostali dziennikarze obserwowali całą sytuację, ale nikt się nie odezwał.

– Dokończcie artykuł! – rzucił Grzesiek w ich stronę.

Mocny cios w żołądek od najbliższego strażnika. Skuli go kajdankami, pociągnęli w stronę drzwi.

Bum, bum, bum! Ktoś zaczął uderzać dłonią o blat, później następna osoba, dołączali kolejni, aż rozbrzmiała cała pożegnalna orkiestra.

– Trzymajcie się! – zawołał Grzesiek zanim strażnicy wywlekli go z sali.

***

**

*

Okolice Środkowego Miasta, 26 lipca 2060 r.

Staw Gliniak po dawnym żwirowisku. Wokoło nieużytki, podmokły teren, w oddali zaparkowane auta.

Nad brzegiem stoją:

Żółta Dama z psem,

Marcel B.,

Tomasz R. i trzech innych strażników.

 

– Idealne miejsce – mruknęła Żółta Dama, patrząc na wodę. U jej stóp czuwał wielki, czarny wilczur. – Dariuszowi też się tu podoba.

Marcel milczał. Dostrzegł oskarżycielskie spojrzenie Tomka.

 „Piesek uzurpatorki”, „Podnóżek Żółtej Damy” – Przypomniał sobie określenia z sieci. Nie bolały tak bardzo jak ten wzrok pełen wyrzutów. Jakby Tomek chciał wykrzyczeć: „Wciągnąłeś mnie w to! Przez ciebie nie mogę teraz spojrzeć w lustro”.

„Gdybyś wiedział, przyjacielu…” – pomyślał Marcel. Pamiętał pierwszy krok na rollercoaster Żółtej Damy, który wchłonął go, porwał na rajd po piekle.

– …co sądzisz, kochaniutki? – zwróciła się do niego.

– Uważam tak samo, jak Dariusz – odparł, nie zdradzając się, że nie usłyszał pytania.

Ujęła go pod ramię, odeszli kawałek.

– Dariusz to pokutująca dusza, ach, jak mi go żal! Biedulek, leży na dnie tego zbiornika, ale nigdy nie zazna spokoju – szepnęła Marcelowi do ucha. – Należało mu się!

Wysunęła kolec jadowy, gdy to mówiła.

Marcel patrzył na nią w osłupieniu. Wyglądała na bardzo zagniewaną.

– Zdradził mnie – warknęła, wbijając paznokcie w jego ramię. – Po śmierci wrócił i błagał o litość, więc pozwoliłam mu zostać. Cóż, nie przyjechaliśmy tu podziwiać widoków. Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała, spoglądając w kierunku parkingu.

Zatrzymała się tam furgonetka, ze środka wysiadł kolejny strażnik, który prowadził więźnia, poszturchując go pistoletem w plecy. Wkrótce nowi przybysze dotarli nad brzeg stawu.

Grzesiek miał tak poobijaną twarz, że trudno było go rozpoznać. Spuchnięta powieka niemal zasłaniała jedno oko, a na poszarpanej koszuli zastygły ślady krwi. Spojrzał na Marcela, później na Tomasza i splunął z pogardą.

– Witamy pana redaktora – syknęła Żółta Dama.

– Trybunał was osądzi! – zawołał Grzesiek.

Marcel dostrzegł, że przyjaciel ma wybite kilka zębów.

– Na miejscu pana redaktora uważałabym na słowa. W tym stawie przestrzeń zakrzywia się w głębokie tunele. Wystarczy obciążyć ciało kamieniami, żeby nikt nigdy go nie znalazł. Znaj moją dobroć, pozwolę się przeprosić, napiszesz dla mnie artykuł.

– Nigdy! – warknął Grzesiek.

Żółta Dama uśmiechnęła się z przesadną słodyczą i spojrzała na strażników.

– Ty! Chodź tutaj!

Wywołany Tomek podszedł do nich, unikając wzroku Grześka.

Marcel patrzył na tę scenę w osłupieniu. Pomyślał, że Żółta Dama do perfekcji opanowała zastraszanie.

– Masz do wyboru: współpraca z nami albo żwirowisko – powiedziała do Grześka.

– Nic wam nie napiszę – warknął.

– Jak sobie chcesz. Zastrzel go! – nakazała Tomkowi.

Tamten spojrzał zdziwiony na nią, później na Marcela.

– No, słyszysz?! Dostałeś rozkaz! – krzyknęła Żółta Dama.

– On będzie współpracował, namyśli się – wtrącił się Marcel.

Grzesiek uśmiechał się ironicznie, a Tomasz zaciskał palce na broni.

– Banda idiotów – mruknęła Żółta Dama. Kolec jadowy błyskawicznie wystrzelił zza marynarki, trafiając Grzegorza w ramię.

Jęknął tylko, po czym zwalił się na ziemię. Drugi cios dosięgnął Tomasza, zanim zdążył wystrzelić.

Marcel patrzył na to jak sparaliżowany. Nie dowierzał.

– Zbieramy się, szkoda czasu! – zawołała Żółta Dama.

Strażnicy pokazywali coś na niebie i szeptali między sobą. Marcel też spojrzał w tamtą stronę. Nadciągała zielona chmura, nie ta wypuszczona z laboratorium sztuczna podróbka, ale prawdziwy, śmiercionośny obłok.

– Do samochodów! – krzyknęła Żółta Dama i pierwsza puściła się pędem przez łąkę, a za nią pies.

– Marcel, do mnie! – zawołała, ale nie ruszył się z miejsca.

Patrzył jak chmura nadpływa. Spojrzał na nieruchome ciało Tomka. Grzesiek jeszcze oddychał, Marcel kucnął przy nim.

– Zrozum, ja nie mogłem… próbowałem… – powiedział.

Nie zamierzał nigdzie uciekać, chciał, żeby ta chmura wreszcie przyszła i wszystko zakończyła.

Grzesiek chwycił go kurczowo za ramię, coś szeptał prawie bezgłośnie. Marcel nachylił się nad nim.

– Masz prawo mnie oskarżać, zasłużyłem – powiedział.

Żółta Dama ściągnęła szpilki i biegła boso przez zarośla. Zielona chmura dopędziła ją i ochroniarzy, oplotła śmiercionośną mgłą. Wrzaski umierających świdrowały w uszach. Wydawało się, że z zielonego obłoku wyłaniają się twarze ludzi rozstrzelanych w czasie protestu.

Później chmura pomknęła nad brzeg.

Marcel patrzył, jak zbliża się śmierć. Ocknął się dopiero, kiedy usłyszał słowa Grześka. Zaczął ciągnąć go w kierunku stawu, potknął się, obaj sturlali się do wody.

Trafili na głębię. Marcel znalazł się pod powierzchnią. Poczuł zimno przenikające aż do kości, od którego drętwiały mięśnie. Coś ciągnęło go w dół, brakowało mu tchu w płucach. Czuł, że za chwilę się udusi.  

Ostatkiem sił wyszarpnął nogę z niewidzialnych szponów i wynurzył się z wody. Chmura już odchodziła, ledwie musnęła go swoim światłem, zanim zniknęła na horyzoncie.

Marcel ze zdziwieniem zauważył, że potrafi unosić się na powierzchni.

– Grzesiek! – krzyknął, rozglądając się wokół. Nie dostrzegł nigdzie przyjaciela.

Przypomniał sobie jego ostatnie słowa: „Musisz przeżyć, żeby to wszystko odkręcić”.

Wyszedł na brzeg i otarł twarz z wody. Czuł w sobie dziwną, wewnętrzną siłę, jak nigdy dotąd. Pobiegł w kierunku zwłok.

Żółta Dama po śmierci zmieniła się w wielkiego skorpiona, tylko twarz pozostała ludzka. Obok leżał jej pies, który znów wyglądał jak jamnik. Kilka kroków dalej Marcel dostrzegł ciała strażników.

Najpierw chwycił to, co zostało z Damy. Bez wysiłku zawlókł szczątki na brzeg, nożem znalezionym przy strażniku odciął łeb od korpusu, po czym obie części obciążył kamieniami i zatopił oddzielnie. Później wrzucił do stawu zwłoki strażników i psa. Zniknęły w odmętach, po chwili tafla wody znów stała się gładka.

Marcel zdziwił się, bo wcale się nie zmęczył.

Wyciągnął telefon i wystukał numer rzecznika.

– Zwołaj posiedzenie byłej Gromady i umów dziennikarzy, przekażę nowe wytyczne Żółtej Damy – powiedział.

– Tyle władzy, taka pokusa. Mam nadzieję, że coś zrozumiałeś i przywrócisz dawny ustrój. – Marcel usłyszał znajomy głos.

Grzesiek stanął obok niego. Nie miał najmniejszego śladu pobicia, wyglądał jak wtedy, gdy spotkali się całą czwórką.

– Ale przecież ty…

– Umarłem, zgadza się. Wróciłem sprawdzić, czy rzeczywiście się zmienisz. Poza tym, zamierzam wygrać casting na twojego niewidzialnego doradcę.

 

„Nihil homini certum est”

Owidiusz

 

„Każdy z nas nosi w sobie dżumę…”

A.Camus

 

Aneks 1

Hasło encyklopedyczne „Ustrój Starej Ziemi”

Związek Starej Ziemi dzieli się na Nacje. Na czele każdej Nacji stoi Gromada Doradców oraz Pierwszy, pełniący również funkcję reprezentacyjną. W skład Gromady wchodzą osoby z różnych Grup. Prawo ustala się w formie aktów poddawanych pod głosowanie Gromady Doradców i zatwierdzanych przez Pierwszego. Najważniejsze źródło prawa każdej zbiorowości to Akt Stanowiący Nacji.

Koniec

Komentarze

Nadal jestem pod wrażeniem opowiadania z konkursu Trójkąta, co prawda, ten jest zupełnie inny i trudno w ogóle je porównywać, ale tamto pamiętam, i prawdę mówiąc czytałem trochę przez jego pryzmat, z myślą “czy podołasz”. I powiem tak, początek mnie rozczarował, ale dalej było znacznie lepiej. Wyjaśniam dlaczego.

Pierwsze akapity brzmią zbyt zwyczajnie, i choć jest w nich groteska i absurd, to w pierwszej chwili, myślałem, że napisałaś to nieporadnie, a nie jako zamierzone. Niestety nie umiem powiedzieć dlaczego, musiałby na to spojrzeć ktoś z większym doświadczeniem w absurdzie. :) 

Dalej jest już znacznie lepiej, mniej więcej od pierwszego wyciągnięcia kolca. :) Złapałaś już rytm i błysk absurdu jest fajniejszy. Uśmiechałem się pod nosem przynajmniej kilkukrotnie. Ostatnie fragmenty i finał są najlepsze. Bohaterowie są fajni, może oprócz pielęgniarki, właśnie pielęgniarka nie ma żadnej akcji z absurdem na początku, to też może być jeden z powódów, o których mówiłem. Mogła na przykład wyciągnać pigułę wielkości butelki coli i zrobić ten zastrzyk, albo coś równie absurdalnego. ;)

Podsumowując, całościowo jestem zadowolony z lektury.

Kto wiem, może tylko ja widzę za mało absurdu w początku? Będę śledził komentarze innych, bo jestem ciekawy.

Pozdrawiam.

 

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Z niektórymi rzeczami się zgadzam, z innymi nie. Ale ogólnie na plus.

Dużo fajnych rzeczy. Na przykład kalosze. :-)

Jeszcze więcej nawiązań do ponurej rzeczywistości.

Babska logika rządzi!

Bardzo na czasie i bardzo obrazowo napisane. Wyraźnie nakreśleni bohaterowie, tekst naszpikowany intersującymi, absurdalnymi pomysłami… I właśnie – niby opisujesz wymyśloną, groteskową historię, a tu człowiek nie może normalnie zrobić zakupów, ulice puste, kwarantanna i… cóż, tak sobie porównuję Twój tekst do rzeczywistości i zaczynam się zastanawiać, czy ja też przypadkiem nie zostałam umieszczona w jakimś weird opowiadaniu ;)

Satysfakcjonująca lektura i chyba jedno z lepszych Twoich opowiadań, które czytałam :) Oczywiście klikam bibliotekę :)

Dziękuję za komentarze i kliki.

 

Wiktorio, dzięki za przeczytanie opowiadania.

 

Darconie, fajnie, że opowiadanie z “Trójkąta” tak bardzo Ci się spodobało. Pierwsza scena celowo nie zawiera absurdu, dzieje się w normalnym świecie. ;)

W scenie z pielęgniarką chciałam pokazać absurdalne traktowanie medyków w czasie niespodziewanego kryzysu. Niestety, Marcel mówił prawdę, kiedy dzwonił do Kai. W pierwszej wersji pielęgniarka pojawiała na końcu, razem z dziennikarzem, ale stwierdziłam, że konstrukcja byłaby zbyt spójna, dlatego urwałam ten wątek.

 

Finklo, cieszę się, że Ci się spodobało.

 

Katiu, mam nadzieję, że to opowiadanie pozostanie tylko fantastyką.

Podobało mi się, choć końcówka lekko rozczarowała. Czyta się szybko, lekko, tylko raczej niewiele weirdu.

Fantomasie, cieszę się, że Ci się podobało. Czy był weird? Raczej niepokój w sytuacji zagrożenia. Ale masz rację, starałam się pójść bardziej w stronę groteski, absurdu, ekspresjonizmu, eksperymentów z formą.

Hejka!

Podobało mi się. Szybko się czytało, historia całkiem wciągająca, zwłaszcza na te czasy ;p 

Nie zabrakło elementów humorystycznych, jak przeciwdeszczowy płaszczyk.

 

Nie rozumiem – odparł.

– Mówiłam ci już, mamy dużo do ugrania – odparła, głaszcząc rudego psa, który tego dnia przypominał jamnika.

Tylko takie coś wyłapałem. Poza tym dla mnie w porządku. 

W tym opowiadaniu konkursowym dostrzegłem nieco mniejszą ilość absurdu, w porównaniu do innych, przez co łatwiej mi się czytało. 

Wrażenia ogólne – na plus, choć tak 2/3 opowiadania najbardziej mi się podobało. 

Zielona chmurka udana. 

Ode mnie wleci klik.

Pozdrawiam! :) 

Do góry głowa, co by się nie działo, wiedz, że każdą walkę możesz wygrać tu przez K.O

Jejku, już myślałam, że Marcel umrze i tak się skończy opowiadanie, ale skończyło się inaczej i moją reakcją było “no, spoko”. Najbardziej w tym tekście podobały mi się te labirynty przestrzenne, pies zmieniający rasę i Dama jako skorpion i myślę, że one są weirdowe. Dobre opowiadanie, ładnie napisane, ale brakowało mi w nim jakiejś głębi, tego, że za wszystkimi informacjami kryje się solidne i dobrze przemyślane podłoże. Uważam, że tekst można by było bardziej uspójnić i przemyśleć, ale ogólnie jest ok :)

NearDeath, dzięki za klika, zaraz poprawię błąd.

 

Sonato, dziękuję za komentarz. Odnośnie podłoża: w tekście znajduje się odwołanie do pewnej sytuacji i ludzi. Żeby zgadnąć, proponuję zacząć od aneksu i szukać odniesień przez zaprzeczenia.

Daj spokój, co tu jest do zgadywania…

Babska logika rządzi!

Wiadomo, kto ma kota :P

Myślałam, że za bardzo zamotane, dlatego nie widać. ;) Idę czytać lemoniadę.

Hej, Ando, całkiem przyjemne opowiadanie ci wyszło :) Chyba jedno z lepszych, jakie miałam okazję czytać u ciebie na profilu. Jest sporo bohaterów, dużo się dzieje. Też myślałam przy zakończeniu, że Marcel umrze, dobrze, że nie poszłaś tą drogą. Hasło konkursowe dobrze zrealizowane. Myślę, że mogę iść zgłosić klika do biblioteki :) 

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Okej, mam problem z tytułem, dokładniej z jego drugą połową :D Nie potrafię go rozszyfrować.

Co do samego opowiadania: Podobało mi się. Trochę taka plaga nawiązuje w mojej głowie do innych, plagowych książek jakie czytałam (i nie tylko fikcji, niestety), ale pomysł z chmurą to bardzo miły powiew świeżości :) Treść aktualna, w większości widać ją wokół, jest wystarczająco czytelna. Napisane w sposób ładny i obrazowy, zaciekawia czytelnika i pozostawia z poczuciem satysfakcji z minionych minut :) Dobra lektura.

Sy, dzięki za klika. Cieszę się, że Ci się spodobało. :)

 

Arya, dzięki za przeczytanie. Druga część tytułu odnosi się do Żółtej Damy, jej sposobu rządzenia. Sen w znaczeniu marzeń, idealnej sytuacji. :)

I wszystko jasne, dzięki, Ando :)

Fajne opowiadanie. Wrzuciłaś relatywnie sporo osób na tak małą ilość znaków, ale nie pogubiłem się. Wszystko było przejrzyste i jasne :). Mocno aktualne, podobało mi się bardzo to zakrzywianie przestrzeni i parę innych pomysłów które się tu pojawiły.

Przyjemna lektura :)

Edwardzie, dzięki za komentarz. :)

Fajnie napisane, płynne, czytało się szybko. Paradoksalnie, to, co teoretycznie powinnam lubić, czyli satyra polityczna (bo bardzo często lubię) tu mnie nie kupiło: alegoryczność pewnym rozwiązań trochę mi zacierała niesamowitość części pomysłów, bo czytałam je właśnie jako bardzo jasną dla mnie alegorię, a nie – pomysł fantastyczny. Ale generalnie tekst udany.

Dobrze mi się czytało :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Ninedin, cieszę się, że uważasz tekst za udany. Mam nadzieję, że tekst jednak pozostanie fantastyką. ;)

 

Anet, fajnie. :)

Udany komentarz do jakże aktualnej sytuacji. Czytało się płynnie, umowność prezentacji nie przeszkadzała. Dziwaczne elementy jako metaforyczne atrybuty cech charakteru i/lub satyra rozpoznawalne i jasne. Końcowy twist na plus: otwartość zakończenia, niepewność, czy może jednak protagonista nie ulegnie pokusie wciąż jest obecna, mimo wprowadzenia niewidzialnego przyjaciela. Sam temat uniwersalny, choć zastanawiam się, czy szczegóły nie zdezaktualizują się z czasem.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Odważny pomysł na tekst, bo jednak wiadomo, że wszelkie nawiązania do bieżącej rzeczywistości bywają ryzykowne. Może być tak, że u części czytelników pojawi się już na dzień dobry taka nuta nieufności, bo znajdują w tekście obrazy, którymi na co dzień są zarzucani z każdej strony.

Opowiadanie napisane jest sprawnie. Przez “sprawność” rozumiem to, jak fajnie “przemyka się” przez tekst. Ledwie zaczynasz czytać i nawet nie zdajesz sobie sprawy, że już zbliżasz się do końca.

Sama historia trudna do oceny. Na pewno podobało mi się… że nie irytuje. Wiesz, bierzesz w końcu na tapetę sprawy, które z założenia irytują i łatwo się tutaj, że tak to ujmę, poślizgnąć, próbując pokazać rzeczywistość w nieco zakrzywionym zwierciadle.

Trudna zaś jest do oceny dlatego, że jednak bazuje w pewnej mierze na rzeczywistości i tak naprawdę ciężko, pisząc o odczuciach ocenić, ile w nich było “efektu opowiadania”, a ile “efektu rzeczywistości”.

Nie jest to naturalnie żadna wada tekstu, zwyczajnie czasem ciężko przy takiej formie tekstu napisać jakąś bardziej rozbudowaną opinię, zwłaszcza, kiedy komentujesz niejako pod presją czasu (ze świadomością, że jak nie sklecisz opinii teraz, to później może być z tym ciężko).

W każdym razie solidne opowiadanie.

Obiecuję, że kolejne moje komentarze będą dłuższe i konkretniejsze. ;)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM, dzięki za wizytę i komentarz. Cieszę się, że uważasz opowiadanie za solidne. To jeden z tych tekstów, kiedy siadasz i po prostu wiesz, że musisz o tym napisać, bo właśnie to wzbudza emocje, przynajmniej u autorki. ;)

Pamiętam Twoje opowiadanie, w którym eksperymentowałeś z didaskaliami. Starałam się zrobić coś podobnego we wprowadzeniu do scen.

Ciekawa i odważna kompozycja, z gruntu przemyślana i konsekwentnie poprowadzona. Fakt, że zmieściłaś ją w należytym limicie, uważam za dobrą kontrolę języka. Jesteś kolejnym utworem, który w sposób mniej lub bardziej zawoalowany odnosi się do bieżących wydarzeń – co według mnie nie jest zjawiskiem złym. „Jadowite ego” przebija przez cały utwór jako nie tyle konkretny motyw, co idea stojąca za postępowaniem Żółtej Damy. Myślę, że możemy spokojnie rozejrzeć się po naszej scenie politycznej za kolejną jej iteracją.

Słowem operujesz sprawnie i gładko, choć w moim odczuciu przydałoby się trochę indywidualnego pazura, sformułowań, piętna, które sprawiłoby, że gdyby opowiadania konkursowe były publikowane anonimowo, Twoje dałoby się odgadnąć bez pudła. Myślę jednak, że jesteś na dobrej drodze, by podobny szlif języka uzyskać. Uniwersum jest ciekawe i warte eksploatacji, choć z drugiej strony obawiam się, że bez zielonej chmury – i zarazem związanego z nią stanu podwyższonego ryzyka – nie będzie miało już takiej siły wyrazu. Jedno zastrzeżenie – zabrakło mi tu zagranie cięższym klimatem, odmalowania słowem stanu psychicznego bohaterów.

W warstwie fabularnej sprawnie i bez zgrzytów, co wynika z zaplanowanej kompozycji. Można było postarać się nieco bardziej, aby całokształt zjechał nieco bardziej w absurd, ale tak czy inaczej byłam lekturą usatysfakcjonowana. J Gratulacje!

Wiktorio, dziękuję za komentarz. Postaram się wykorzystać Twoje wskazówki w przyszłości.

Doceniam zabawę z teatrem i kukiełkami – postaci reprezentują, co reprezentować miały, od zawodu po zachowanie. Wygodne, jeśli chodzi o opowiedzenie historii, trochę za szerokie (wiele ról = wiele perspektyw) jak na ciasny, duszny weird; jeśli tekst odczytywać jako weird, oczywiście, a nie tylko absurd. Nie mam pewności, widze tu oba. W stronę weirdu przekonuje mnie narracja po śmierci (umarłem i wróciłem) oraz swoisty realizm sytuacji, a odwodzi mnie cała reszta, szczególnie dramatyzm fabuły, która dotyczy jednak zielonej chmury. Pomieszanie mnie nie irytuje, pasuje tekstowi, który miesza vendettę, polityczne rozterki oraz zmieniającego rasy psa. Żółta Dama podręcznikowo reprezentuje wylosowane przez Ciebie hasło; może warto byłoby coś dodatkowo namieszać, ale po namyśle widzę, że ego jest fundamentem tekstu.

Żonglerko, dziękuję za rozbudowany komentarz. :)

Nowa Fantastyka