- Opowiadanie: Joker246 - Amelia

Amelia

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Amelia

Nastał wczesny świt, praktycznie było jeszcze ciemno. Deszcz lał się strumieniami z nieba, raz po raz wiał ogromny wiatr, burza krążyła gdzieś wokół, co chwila dało się słyszeć daleki grzmot, albo można było wypatrzeć pojedynczą błyskawicę. Jakby ktoś nie mógł się zdecydować, czy burza ma w końcu nadejść, czy nie. Pomimo wiatru i deszczu, w powietrzu panowała duchota, można było iść ulicą i nie wiedzieć, czy woda na twojej skórze to deszcz, czy pot. Kto chciałby w taką pogodę w ogóle wychodzić z domu?

Martin Brown, detektyw wydziału zabójstw, zaparkował starą toyotę na darmowym parkingu. Zgasił silnik i usłyszał wyraźnie wielkie krople raz po raz uderzające w szyby i dach samochodu. Nie miał ochoty wychodzić, najchętniej zostałby w tym aucie przez całą noc. Dodatkowo, jak to często u niego bywa, gdzieś z tyłu głowy zaczął się odzywać ten znany ból, którego nie potrafił zahamować. Martin wiedział, że za najwyżej dziesięć minut będzie musiał jęczeć i stękać, bo ból stanie się nie do zniesienia. Obrócił w palcach małą buteleczkę, zastukały w niej jeszcze trzy tabletki. Znowu będzie musiał jechać na drugi koniec miasta po leki…

Schował buteleczkę do kieszeni marynarki i wysiadł z auta. Deszcz jakby przybrał na sile, Martin mógłby przysiąc, że gdy siedział w środku, aż tak nie padało! Nałożył kapelusz na głowę i szybko ruszył przed siebie. Znajdował się w najnędzniejszej dzielnicy miasta, wszędzie panował brud i smród, nawet powietrze wydawało się tu być cięższe, przesycone papierosowym dymem i tonami wciąganych narkotyków. Nad co drugim domem wisiał popsuty szyld, albo banner z ogłoszeniem różnych… usług w promocyjnych cenach. Brown nawet się nie zatrzymywał, im szybciej dojdzie na miejsce, tym lepiej. Kątem oka widział kobietę, wychylającą się za oknem i kurzącą jakiegoś skręta. Nie zwracała uwagi na deszcz, który zniszczył jej całą fryzurę i spłukał makijaż. Leniwym wzrokiem patrzyła za Martinem, aż nie zniknął w nocnej mgle, potem wróciła do relaksującego skręta.

Detektyw w końcu zobaczył w oddali niebieskie światła policyjnych radiowozów, odetchnął z ulgą. Prawie nie zauważył bezdomnego, półsiedzącego pod ścianą, w ostatnim momencie zdążył go przekroczyć i, nie oglądając się, ruszył do kolegów. Oprócz niego na miejscu było trzech innych policjantów i technik. Ten ostatni pochylał się nad zwłokami owiniętymi czarnym workiem, dwóch policjantów rozmawiało przy wozie, trzeci niespokojnie krążył na drugiej stronie ulicy i popijał co chwila z manierki powieszonej na szyi. Martin zagwizdał, by dać znać, że dotarł na miejsce, technik jako pierwszy do niego podszedł. Podali sobie ręce.

– Co mamy? – spytał Brown, w tym samym momencie silniejsze ukłucie bólu odezwało się w jego czaszce. Delikatnie pogładził lewą skroń.

– Na pewno morderstwo – stwierdził technik i chuchnął dwa razy w dłonie. Deszcz trochę zelżał, ale cały czas zimne krople wpadały któremuś za kołnierz i powodowały drgawki – Obudzili cię?

– Kiedy ostatnio mogłem się wyspać? A ciebie?

– Kończyłem coś na komisariacie.

Brown pokiwał głową ze zrozumieniem.

– Umówiłem się z moją na romantyczną kolację… będę miał przesrane, gdy w końcu wrócę do domu.

– Skończyłeś z ciałem?

– Jeszcze nie. Dam znać, jak będę wiedział wszystko.

– Co z nim? – Martin wskazał na niespokojnego policjanta. Technik wzruszył ramionami, ale postanowił jednak wyjaśnić.

– To nie jest najpiękniejszy widok, wierz mi. Młody musi się jeszcze wprawić. Zresztą… mnie też trochę niedobrze, ale muszę zachować pozory profesjonalizmu. Jeszcze ta cholerna pogoda!

– Poszukam świadków. Zawołaj, jak skończysz.

Technik odszedł niechętnie w stronę zwłok, naprawdę musiało coś być z nimi bardzo nie tak. Brown oczywiście wiedział, że świadków tu żadnych nie znajdzie, ale musiał coś powiedzieć… ból głowy nasilił się trzykrotnie, musiał odejść na bok, zażyć leki i przeczekać. Ale nie chciał, żeby ktoś go oglądał w tym stanie. Policjanci przy radiowozie kiwnęli mu głowami na powitanie, detektyw uniósł rękę w powitalnym geście i poszedł za róg.

Tu było jeszcze gorzej. Strzykawki, zakrwawione chusteczki, szczypce użyte w niewiadomych celach… Starając się ominąć całe to gówno, Martin kroczył ostrożnie, uważnie obserwując, gdzie stawia stopy. Prawą ręką musiał bez przerwy masował obolałe czoło, ból promieniował na całą głowę, jakby stado rozpędzonych słoni tańczyło tam nadzwyczaj skoczny taniec. Brown doszedł w końcu do niskiego, ceglanego murka, częściowo skrytego pod dziurawym zadaszeniem. Tu nie przedostawało się tyle wody, ale za to śmierdziało tanimi papierosami i niemytymi od tygodni ciałami. Detektyw wiedział, że jeśli miałby spędzić tam choćby godzinę, zwymiotowałby chyba z trzy razy. Być może straciłby też przytomność…

Wyciągnął z kieszeni buteleczkę z tabletkami i włożył do ust najpierw dwie, potem dorzucił też trzecią, chociaż nigdy tego nie robił. Dzisiaj, jak nigdy, podejrzewał że będzie potrzebował większej dawki znieczulenia. Gdy tylko przełknął pastylki, poczuł czyjąś obecność obok siebie. Spojrzał na prawo i drgnął. Mała blond dziewczynka siedziała obok niego, na murku, jej nóżki nie dosięgały do mokrej ziemi. Włosy miała związane w dwie kitki, starannie ułożone, w ogóle ominięte przez lejący się deszcz. Trzymała w rączkach młotek, patrzyła na niego uparcie i obracała go w dłoniach. Martin chrząknął, dziewczynka spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Miała doprawdy uroczą buźkę, duże błękitne oczy i piękny uśmiech. Kimkolwiek byli jej rodzice, na pewno w przyszłości będą z niej dumni. Ta dziewczynka odniesie duży sukces w życiu… Martin to czuł.

– Bawisz się tu całkiem sama? – spytał detektyw, przysuwając się o milimetr do niespodziewanej rozmówczyni. Dziewczynka kiwnęła głową. – Gdzie jacyś twoi znajomi? Albo rodzice?

– Nie mam dużo znajomych, dzieci mnie unikają, bo lubię się bawić samochodzikami… – dziewczynka zmrużyła oczy, jakby poważnie się nad czymś zastanawiała. Ból głowy, mimo że całkiem nie zniknął, przestał dominować myśli Martina – Mówią, że samochodziki to zabawki dla chłopców, więc muszę być dziwna, skoro się nimi interesuję. Ale ja naprawdę nie widzę sensu w zabawie tymi głupimi lalkami!

– Nie jesteś dziwna, tylko inna. Ludzie boją się inności… – Brown jakby się zawahał. W jego głowie pojawiła się twarz chłopca. Jego twarz, gdy był chłopcem i potrafił… nie warto tego teraz wspominać. Było, minęło. To było tylko takie… dziecięce skrzywienie, nic poza tym. – Poza tym, znam mnóstwo kobiet, które interesują się samochodami, to nic dziwnego w dzisiejszych czasach. A rodzice? Mieszkasz tu?

– Mieszkam z mamą i tatą dziesięć kilometrów stąd. To jest tyle! – pokazała mu na palcach, ile to jest dziesięć. Martin jednak, zamiast uśmiać się z tej dziecinnej zabawy, zaniepokoił się. Co robiła tu sama? Dziesięć kilometrów od domu i rodziców? Czy oni są tu z nią?

– To niebezpieczna okolica, zwłaszcza dzieci nie powinny się tu bawić. Rozumiem, że twoi rodzice są w okolicy? W jakimś sklepie? – dziewczynka pokiwała głową przecząco. Dreszcz grozy przeszedł po karku detektywa. Ona wydawał się taka… spokojna. Taka niewzruszona. I ten młotek w jej dłoniach… to nie jest normalna zabawka dla małych dzieci. – Ja mam na imię Martin Brown. A ty?

– Amelia. Nazwiska ci nie powiem, bo nie można mówić takich rzeczy obcym – zauważyła mała i uśmiechnęła się do niego.

– Słuszna uwaga, rodzice dobrze cię nauczyli. – detektyw wpadł wtedy na pewien pomysł – Posłuchaj, Amelio. Za rogiem, na sąsiedniej ulicy, stało się coś strasznego. Może nie powinienem cię o to pytać, ale… widziałaś coś podejrzanego? Coś, co może mi pomóc?

– Pamiętam wszystko dokładnie – powiedziała i podrapała się w tył głowy. Skrzywiła się przy tym, jakby ją coś zabolało. – Ale to nie było przyjemne.

– Widziałaś… wszystko? – dziewczynka skinęła głową, detektyw poluźnił krawat, który zaczął go cisnąć w szyję. Jednocześnie wiatr i deszcz przybrały na sile, daszek nad nimi zaczął wydawać jęczące odgłosy, jakby miał zaraz runąć. Prosto na nich… – Opowiesz mi? Czy był tam ktoś podejrzany?

– Był mężczyzna – powiedziała i wróciła do zabawy młotkiem. Raz po raz uderzała nim w ceglany murek, na którym siedzieli, aż sypała się z niego cegła. Martin znowu poczuł pojedyncze ukłucia bólu… niemożliwe, przecież wziął leki! – Ale nie był normalny… był duży.

– Wysoki, tak? Może dwa metry, a może więcej? Potrafisz powiedzieć?

– Był naprawdę duży – stwierdziła dziewczynka, patrząc detektywowi w oczy. Pierwszy raz ich błękitny kolor po prostu go przeraził – Wyższy, niż jakikolwiek człowiek na świecie!

– Nie przesadzasz?

– I miał długie nogi – powiedziała, nie zwracając uwagi na wtrącenie Martina – Takie… jakby chodził na patykach, co chodzą w cyrku. Ale to nie były patyki, tylko jego nogi. Był naprawdę duży!

– A twarz? Widziałaś twarz? – musiał zamknąć oczy, ponieważ ból przeniósł się momentalnie z tyłu, na przód głowy. W uszach zaczęło mu piszczeć i dudnić, ale po chwili wszystko się uspokoiło, a ból zelżał. Ale Brown wiedział… wiedział, że za chwilę wróci. Odległa błyskawica rozdarła niebo na zachodzie.

– Nosił kaptur, ale widziałam jego oczy. Świeciły w ciemności, jak takie małe lampeczki. I pazury… miał pazury, jak jakiś wilk.

– Podkoloryzowałaś jego obraz, Amelio, a ja potrzebuję prawdziwych… – urwał w pół zdania i padł na kolana. Trafił prosto w kałużę, ale nie zauważył tego. Nagły ból wręcz rozświetlił jakieś reflektory w jego mózgu. Detektyw czuł, jakby miał zaraz eksplodować od środka. Dziewczynka wyciągnęła rękę, aby go pogłaskać, ale nie dosięgnęła.

– Nie mogę do ciebie wstać – powiedziała, a on, mimo ogłuszającego bólu, słyszał ją wyraźnie – Mnie też boli głowa, o tu – wskazała na miejsce, gdzie wcześniej się drapała – Jak tylko wstanę… chyba się przewrócę.

– Zostań, gdzie jesteś – wystękał Martin i z trudem zdołał wstać. Przed oczami tańczyły mu niebieskie światełka, w uszach czuł jakby miliony brzęczyków. – Muszę już iść, ale chodź… zaprowadzę cię w bezpieczne miejsce.

Wyciągnął do niej rękę, ale nie ujęła jego dłoni. Smutnym wzrokiem spojrzała na młotek, a potem na twarz Martina. Martin znów zaczął odczuwać ulgę po nagłym bólu… i znów bał się, że cierpienie powróci trzy razy potężniejsze.

– Idź, Martinie – powiedziała dziewczynka i uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu nie było ani trochę z jej poprzedniej radości – Jestem pewna, że znajdziesz pana z długimi nogami szybciej, niżbyś chciał. Ja zostanę tutaj i poczekam na ciebie, dobrze?

– Wrócę z twoimi rodzicami – powiedział Brown i chwiejnym krokiem ruszył z powrotem.

Dotarł do miejsca zbrodni, trzech policjantów gdzieś zniknęło, ale samochód stał nadal. Technik opierał się o niego i palił papierosa. Gdy zobaczył Browna, wrzucił peta do kałuży i podszedł do niego. Przestraszył się na widok jego bladej i zmęczonej twarzy.

– Wszystko w porządku? – zapytał, ale Martin zapewnił go, że jest dobrze – No cóż… skończyłem, jeśli chcesz, możesz sam przyjrzeć się ciału.

– Co tak naprawdę się stało?

– Musiał to zrobić jakiś potwór – powiedział technik i odchylił czarny worek. Martin cofnął się o krok i oparł o ścianę, obraz mu pociemniał – nie znam tożsamości dziewczynki, ale ten potwór uderzył ją w głowę, o tutaj – pokazał na swojej głowie punkt gdzieś z tyłu – Młotkiem, dla uściślenia. Młotek został w ranie, więc mamy narzędzie zbrodni. Umarła na skutek wstrząsu mózgu… Brown? Wszystko na pewno jest dobrze? Wyglądasz, jakbyś zobaczył ducha.

Martin Brown w dzieciństwie niejednokrotnie był wyśmiewany, był dziwny. Chociaż on lubił sobie wmawiać, że to inność, a nie szaleństwo. Ludzie, którzy do niego przechodzili i z nim rozmawiali… a potem znajdował ich zdjęcia w nekrologach w gazecie. Rodzice dwa razy wysłali go do psychiatry, dzieciaki w szkole nazywały go „zasranym dziwakiem”. Gdy osiągnął wiek szesnastu lat, wszystko ustało, tak nagle. Potem mówił sobie, że to tylko wyobraźnia, dziecięca, spaczona psychika… zaczęły się te cholerne migreny, musiał brać silne leki, by nie zwariować z bólu.

Przecież to tylko wymysł dzieciaka! Nie ma duchów, a jeśli są, nie można się z nimi porozumieć. A jeśli jednak? Jeśli są, to znaczy że inne nadnaturalne istoty też… czy mogą być niebezpieczne?

Czy istnieją inne duchy, niż te należące do zmarłych? Na przykład takie duże, z długimi nogami i pazurami? Oczami jak lampeczki?

Koniec

Komentarze

Ciekawe opowiadanie. Chociaż końcówka nie jest jakaś zadowalająca, to czyta się z przyjemnością. Fajnie wyszło z tym powracającym motywem bólu głowy, że to działo się gdzieś w tle, ale wydaje mi się, że brakuje momentu, w którym… bohater zwątpiłby w tego potwora. Wydaje się nierealne, że od razu w niego uwierzył.

Dzięki za komentarz

Czołem. Od razu zaznaczam, że to co poniżej napiszę jest moim punktem widzenia i naturalnie możesz go odrzucić. Pierwsze wrażenie, to nagromadzenie "było". Ale sądząc, że jestem przewrażliwiony na tym punkcie postanowiłem zerknąć na inne Twoje prace. I? Z przykrością stwierdzam, że nie odrobiłeś pracy domowej. Poczytałem komentarze pod Twoim pierwszym tekstem. Dostałeś wartościowe wskazówki. Jest jednak coś istotniejszego. Pisząc, nie zadajesz sobie pytań. Wprowadzane elementy muszą czemuś służyć. Nie dowiedziałem się dlaczego Brown musiał jechać aż na drugi koniec miasta po tabletki. To nie jest zwykłe pójście do apteki za rogiem, ale aż na drugi koniec miasta. To zdało się ważne. Dlaczego zaparkował tak daleko od miejsca zbrodni? Na miejscu detektywa podjechałbym bliżej tych niebieskich światełek w oddali. Musiało się dać. Radiowozy podjechały. No i ten deszcz. Miejsce zbrodni. Ty z pewnością dokładnie widziałeś w wyobraźni to miejsce. Ja, jako czytelnik, kompletnie nic nie widzę. Podszedł do technika. Spytał, co mamy. Oczyma wyobraźni zobaczyłem, że stoją nad ciałem, a tu ciach. Technik odchodzi w kierunku ciała. Ale gdzie? Pięć kroków, pod ścianę budynku? To na razie tyle. Dam Ci jedną sugestię. Zacznij od małych form. Niekoniecznie drabelków, ale takich maks do 4k znaków. Kiedy skończysz, zastanów się, czy wszystkie coś wnoszą do fabuły, czy są istotne. Nie obawiaj się skreślać.

Zastanawiam się, Jokerze246, co miałeś nadzieję opowiedzieć i nic mi do głowy nie przychodzi. Mamy tu morderstwo w śmierdzącym zaułku, policjanta cierpiącego z powodu migreny i małą Amelię, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Pod koniec tekstu dowiaduję się, że policjant miewał w dzieciństwie osobliwe widzenia i że chyba owego fenomenu doświadczył znowu. Tyle że to wszystko nie chce mi się podwiązać w jakąś logiczną całość, zwłaszcza z udziałem długonogiego pana…

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Deszcz lał się stru­mie­nia­mi z nieba, raz po raz zry­wał się ogrom­ny wiatr, burza krą­ży­ła gdzieś wokół, co chwi­la dało się sły­szeć da­le­ki grzmot, albo po­je­dyn­czą bły­ska­wi­cę. Jakby ktoś nie mógł się zde­cy­do­wać… ―> Lekka siękoza.

Jak słychać błyskawicę?

 

za­czął się od­zy­wać ten znany ból, któ­re­go nie dało się za­ha­mo­wać. Mar­tin wie­dział, że za naj­wy­żej dzie­sięć minut bę­dzie mu­siał krzy­wić się i stę­kać, bo ból sta­nie się nie… ―> Jeszcze jeden przykład siękozy.

 

Ob­ró­cił w pal­cach małą bu­te­lecz­kę, za­chrzę­ści­ły w niej jesz­cze trzy ta­blet­ki. ―> Mam wrażenie, że trzy tabletki mogły co najwyżej lekko zastukać lub delikatnie zagrzechotać, ale nie zachrzęścić.

 

Kątem oka wi­dział ko­bie­tę, wy­chy­la­ją­cą się za oknem i ku­rzą­cą ja­kie­goś skrę­ta. Nie zwra­ca­ła uwagi na deszcz, który znisz­czył jej całą fry­zu­rę i spłu­kał ma­ki­jaż. ―> Deszcz zniszczył jej fryzurę i spłukał makijaż, a nie zgasił kurzącego się skręta?

 

zdą­żył go prze­kro­czyć i, nie oglą­da­jąc się na niego, ru­szył do ko­le­gów. ―> Drugi zaimek jest zbędny. Miejscami nadużywasz zaimków.

 

po­pi­jał co chwi­la z ma­nier­ki po­wie­szo­nej na jego szyi. ―> Zbędny zaimek.

 

– Kiedy ostat­nio mo­głem się wy­spać? A Cie­bie? ―> – Kiedy ostat­nio mo­głem się wy­spać? A cie­bie?

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

– Koń­czy­łem coś na ko­mi­sa­ria­cie – Brown po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem – Umó­wi­łem się z moją na ro­man­tycz­ną ko­la­cję… będę miał prze­sra­ne, gdy w końcu wrócę do domu. ―> Raczej:

– Koń­czy­łem coś na ko­mi­sa­ria­cie.

Brown po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem.

– Umó­wi­łem się z moją na ro­man­tycz­ną ko­la­cję… będę miał prze­sra­ne, gdy w końcu wrócę do domu.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Zresz­tą… mi tez tro­chę nie­do­brze… ―> Zresz­tą… mnie też tro­chę nie­do­brze

 

na­praw­dę mu­sia­ło cos być… ―> Literówka.

 

Mar­tin sta­wiał da­le­kie kroki, uważ­nie ob­ser­wu­jąc, na czym kładł stopę. ―> Co to są dalekie kroki? Idąc, stóp się chyba nie kładzie, stopy się stawia. Mam też wrażenia, że Martinowi chyba zależało, aby nie postawić stopy na czymś.

Proponuję: Mar­tin kroczył ostrożnie, uważ­nie ob­ser­wu­jąc, gdzie stawia stopę.

 

Trzy­ma­ła w rącz­kach mło­tek, pa­trzy­ła się w niego upar­cie… ―> Trzy­ma­ła w rącz­kach mło­tek, pa­trzy­ła na niego upar­cie

 

W jego gło­wie po­ja­wi­ła się twarz chłop­ca. Jego twarz, gdy był chłop­cem i po­tra­fił… ―> Czy to celowe powtórzenia?

 

stało się cos strasz­ne­go. ―> Literówka.

 

Smut­nym wzro­kiem po­dą­ży­ła na mło­tek, a potem na jego twarz. ―> Czy dobrze rozumiem, że młotek miał twarz?

Proponuję: Smutnym wzrokiem spojrzała na młotek, a potem na twarz Martina.

 

po­wie­dział tech­nik i od­sło­nił czar­ny worek. ―> Przypuszczam, że czarnego worka z trupem nic nie zasłaniało, więc nie trzeba go było odsłaniać.

Proponuję: …po­wie­dział tech­nik i odsunął/ odchylił/ rozpiął czar­ny worek.

 

Ro­dzi­ce dwa razy wy­sła­li go do psy­chia­try, dzie­cia­ki w szko­le na­zy­wa­ły go „za­sra­nym dzi­wa­kiem” Gdy osią­gnął… ―> Brak kropki na końcu zdania.

 

za­czę­ły się bóle głowy, mu­siał brać silne leki, by nie zwa­rio­wać z bólu. ―> Czy to celowe powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Policjant, który w dzieciństwie widywał duchy to jest jakiś pomysł, szczególnie, gdy znowu zaczyna je widzieć. Mam jednak wrażenie, że nie wykorzystałeś potencjału tego pomysłu. Bo co wynika z tego, że zobaczył zamordowaną dziewczynkę? Jego zachowanie na miejscu zbrodni, nawet z potwornym bólem głowy, wydaje mi się dziwne i nieprawdziwe. Czemu, u licha, nie wziął tych tabletek jeszcze w aucie. Do tego duża liczba błędów. Nie przekonałeś mnie :(

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Mnie spodobał się klimat kreowany w początkowej części opowiadania, ale rzeczywiście jest tu kilka rzeczy, które chciałoby się poddać w wątpliwości, jak choćby detektyw parkujący z dala od miejsca zbrodni – w filmach o detektywach to nigdy tak nie wygląda ;).

No i potencjał rzeczywiście nie wykorzystany, bo najpierw bohater nie poświęca uwagi zwłokom, a kiedy autor uchyla przed czytelnikiem rąbka tajemnicy, tekst się urywa. Wydaje mi się, że postawiłeś na klimat i myślę, że nie wyszło źle, ale mogło być znacznie lepiej.

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Nie porwało mnie, ale nie czytało się źle ;)

Przynoszę radość :)

Nowa Fantastyka