- Opowiadanie: NaNa - Zmierzch rodu Montalpich

Zmierzch rodu Montalpich

Cóż mogę rzec w tym miej­scu?

Zdaję sobie spra­wę, że w tek­ście może być sporo po­wtó­rzeń (zwłasz­cza za­im­ków), ale tym razem tak być musi, tego wy­ma­ga kon­wen­cja. Sta­ra­łam się je­dy­nie, żeby nie były nad­mier­nie do­kucz­li­we :)

 

A poza tym? Cóż...

Jeśli wi­dzi­cie duchy, to one tam są. A może jed­nak nie? Kto to może wie­dzieć...

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Biblioteka:

thargone, Finkla, wilk-zimowy

Oceny

Zmierzch rodu Montalpich

Za­wsze wi­dzia­łem wię­cej niż inni. Byli tacy, któ­rzy po­sta­no­wi­li bez­gra­nicz­nie za­ufać mi w tej kwe­stii, prze­ko­na­ni, że ktoś o rów­nie szcze­rym i otwar­tym spoj­rze­niu – bę­dą­cym w isto­cie je­dy­nie grą po­zo­rów, czego się, bied­ni głup­cy, nie do­my­śla­li – nie byłby zdol­ny ich oma­mić. Znacz­nie częściej jed­nak spo­ty­ka­łem ludzi, któ­rzy nie da­wa­li temu wiary, co nigdy mnie spe­cjal­nie nie dzi­wi­ło. Wszak igno­ran­cja – owo echo bez­dusz­nych pod­szep­tów, ro­dzą­cych się nie­odmien­nie w każ­dej pod­świa­do­mo­ści i nie­uchron­nie wio­dą­cych naj­zna­ko­mit­sze nawet umy­sły ku próż­ni, skry­tej za zwiew­ny­mi za­sło­na­mi, utka­ny­mi z widm wy­god­ne­go i bez­tro­skie­go życia – od za­ra­nia dzie­jów była nie­od­łącz­nym ele­men­tem eg­zy­sten­cji je­dy­ne­go na tym nędz­nym świe­cie ga­tun­ku, na wła­sne ży­cze­nie pę­dzą­ce­go bez opa­mię­ta­nia ku sa­mo­za­gła­dzie.

Pa­trzysz na mnie, Ju­lia­nie, w ten szcze­gól­ny spo­sób, który każe za­sta­na­wiać się dwa razy nad każ­dym wy­po­wia­da­nym sło­wem. Pa­trzysz i nic nie mó­wisz, słu­chasz je­dy­nie, nie­wzru­szo­ny ni­czym ka­mien­ny posąg. Nigdy z ust two­ich nie dobył się żaden dźwięk, naj­mniej­szym ge­stem nie zdra­dzi­łeś nawet, o czym my­ślisz. Czu­jąc na sobie twoje kry­tycz­ne spoj­rze­nie, cza­sem mam wra­że­nie, jak­bym to ja był nie­spo­dzie­wa­nym go­ściem, który bez za­pro­sze­nia wtar­gnął w twoje życie i po­sta­no­wił zo­stać na dobre. Po­zwól, przy­po­mnę ci, że było do­kład­nie od­wrot­nie.

Nim się po­zna­li­śmy, drogi Ju­lia­nie, życie okrut­nie mnie do­świad­czy­ło. Wiem, uznasz pew­nie, że się uża­lam – ale wierz mi, trud­no o dru­gie­go czło­wie­ka tak nie­szczę­śli­we­go z samym sobą, jak ja. Nie mó­wi­łem ci dotąd, jakie wy­pad­ki do­pro­wa­dzi­ły mnie do miej­sca, w któ­rym je­stem teraz. Po­zwól, że opo­wiem ci po­krót­ce moją hi­sto­rię – może wtedy prze­sta­niesz pa­trzeć na mnie z takim po­li­to­wa­niem, a po­sta­rasz się zro­zu­mieć.

 

***

 

Na­zwi­sko moje – możeś sły­szał je już wcze­śniej – jest spu­ści­zną po zna­mie­ni­tych przod­kach. Śmiem uwa­żać, wbrew temu, co po­da­ją nie­licz­ne źró­dła pi­sa­ne, jakie się za­cho­wa­ły, że dzie­je tej pra­sta­rej ro­dzi­ny szla­chec­kiej się­ga­ją cza­sów znacz­nie od­le­glej­szych, niż się ko­mu­kol­wiek może wy­da­wać. Matka, ostat­nia w linii prostej suk­ce­sor­ka za­ło­ży­cie­la zna­ko­mi­te­go klanu, na sku­tek na­le­gań ro­dzi­ców w słusz­nym wieku lat pięt­na­stu wy­szła za da­le­kie­go krew­ne­go – tak się skła­da, że po­tom­ka jed­ne­go z bocz­nych od­ga­łę­zień, ostat­nie­go z dumą no­szą­ce­go ro­do­we miano. Oj­ciec, czło­wiek nie­by­wa­le in­te­li­gent­ny, choć może nieco cho­le­rycz­ny, był od mał­żon­ki dzie­dzicz­ki star­szy o trzy de­ka­dy i we­dług nie­życz­li­wych wże­nił się w jej ro­dzi­nę z chci­wo­ści i wy­ra­cho­wa­nia. Po śmier­ci dziad­ków pro­wa­dził dom że­la­zną ręką, wy­ma­ga­jąc od miesz­kań­ców bez­gra­nicz­nej lo­jal­no­ści i ka­rząc za każde prze­wi­nie­nie.

Nie po­wiem, bym do­ra­stał w at­mos­fe­rze mi­ło­ści i po­czu­ciu bez­pie­czeń­stwa. Choć byłem je­dy­na­kiem, nikt mnie nie roz­piesz­czał. Ode­bra­łem su­ro­we wy­cho­wa­nie, co było czę­stym po­wo­dem sprze­czek, które za­wsze wy­glą­da­ły tak samo.

– Mógł­byś mu tro­chę od­pu­ścić, to jesz­cze dziec­ko – za­czy­na­ła matka.

– Milcz, głu­pia! Nie po­zwo­lę ci z niego zro­bić pa­nien­ki! Gdy­byś dała mi wię­cej synów, nie mu­siał­bym tak drżeć o przy­szłość na­sze­go rodu!

Oj­ciec wpa­dał w złość, ile­kroć żona spró­bo­wa­ła mu się prze­ciw­sta­wić. Gdy sta­ra­ła się prze­mó­wić mu do roz­sąd­ku, uno­sił się bar­dziej i bar­dziej, w końcu i ją do­pro­wa­dza­jąc do pasji. W kłót­niach stale po­wta­rza­ły się te same ar­gu­men­ty – oj­ciec za­rzu­cał matce, że jest słaba i nie­po­trzeb­nie się z nią żenił, matka od­po­wia­da­ła, że to z jego winy nie mogą mieć wię­cej dzie­ci… Wza­jem­ne oskar­że­nia przy­bie­ra­ły coraz ostrzej­szy ton, aż wy­po­wia­da­ne słowa prze­sta­wa­ły mieć ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie. Pa­mię­tam, że jako mały chło­piec cho­wa­łem się wtedy w naj­od­le­glej­szych za­kąt­kach domu, sta­ra­jąc się uciec przed la­wi­ną wy­zwisk, wrza­ska­mi, od­gło­sa­mi razów i pła­czem. Kil­ku­krot­nie jed­nak nie zdo­ła­łem w porę umknąć z za­mknię­te­go po­ko­ju i byłem świad­kiem iście dan­tej­skich scen, które u każ­de­go in­ne­go dziec­ka nie­chyb­nie wy­wo­ła­ły­by senne kosz­ma­ry i spo­wo­do­wa­ły trau­mę do końca życia.

Z cza­sem za­czą­łem ina­czej po­strze­gać te prze­ra­ża­ją­ce spek­ta­kle. Sta­ra­jąc się pa­trzeć na wszyst­ko z punk­tu wi­dze­nia ojca, któ­re­go siłę cha­rak­te­ru po­dzi­wia­łem, prze­sta­łem od­wra­cać wzrok, gdy jego pięść lą­do­wa­ła raz za razem na ciele matki. Zro­zu­mia­łem wresz­cie, że nie można było ina­czej, że wszyst­ko robił wie­dzio­ny tro­ską o naszą przy­szłość. Wiele go­dzin spę­dza­li­śmy na roz­mo­wach o tym, co wie­dzieć po­wi­nie­nem, gdy sam zo­sta­nę głową rodu. Chło­ną­łem nauki łap­czy­wie, z każ­dym dniem coraz bar­dziej sza­nu­jąc mego ro­dzi­cie­la, a jed­no­cze­śnie gar­dząc nędz­ną ko­bie­tą, z któ­rej łona wy­sze­dłem.

Matka, od naj­młod­szych lat sła­bo­wi­ta, pod­upa­dła na zdro­wiu tak bar­dzo, że wy­glą­da­ła jak cień samej sie­bie. W końcu nie­mal prze­sta­łem ją wi­dy­wać. Z rzad­ka je­dy­nie zda­rza­ło się, że nocą, gdy w re­zy­den­cji pa­no­wał ni­czym nie­zmą­co­ny spo­kój, na­ty­ka­łem się na nią, jak snuła się po ko­ry­ta­rzach bez celu, blada i mi­zer­na, nie­mal prze­zro­czy­sta, prze­szy­wa­jąc nie­wi­dzą­cym spoj­rze­niem wszyst­ko, co stało jej na dro­dze – włącz­nie z je­dy­nym synem. Zda­wa­ła się mnie nie za­uwa­żać, gdy się mi­ja­li­śmy, głu­cha na wszel­kie próby na­wią­za­nia ja­kie­go­kol­wiek kon­tak­tu. Nie­raz od­no­si­łem wra­że­nie, że bił od niej jakiś nie­wy­tłu­ma­czal­ny chłód, nie­kie­dy czu­łem na skó­rze de­li­kat­ny po­wiew wręcz mroź­ne­go po­wie­trza, gdy była w po­bli­żu.

Kie­dyś spró­bo­wa­łem wy­py­tać ojca o jej stan. Nigdy wcze­śniej nie wpadł w taką furię – to był je­dy­ny raz, kiedy mnie ude­rzył. Gdy już nieco po­wścią­gnął gniew, sta­now­czo za­bro­nił mi po­ru­szać ten temat w jego obec­no­ści. W oczach, spo­glą­da­ją­cych groź­nie spod krza­cza­stych brwi, do­strze­głem coś, co mnie prze­ra­zi­ło, choć wtedy jesz­cze nie ro­zu­mia­łem, co wła­ści­wie zo­ba­czy­łem. Pełen naj­gor­szych, choć zu­peł­nie nie­ja­snych prze­czuć, po­sta­no­wi­łem za­milk­nąć.

Za­czą­łem się o niego mar­twić – po tej roz­mo­wie po­czę­ły w nim za­cho­dzić coraz wy­raź­niej­sze zmia­ny. Wy­da­wał się jakiś nie­swój, czę­sto bywał roz­tar­gnio­ny i zu­peł­nie nie­obec­ny du­chem. Bojąc się jed­nak, że znów go roz­gnie­wam, nie od­zy­wa­łem się. Cza­sem tylko za­glą­da­łem do jego pry­wat­nych po­ko­jów, ukrad­kiem spraw­dza­jąc, co u niego. Jedne z tych po­ta­jem­nych od­wie­dzin nader szyb­ko za­koń­czy­ły się nie­przy­jem­nym za­sko­cze­niem.

 

***

 

Sze­dłem po­nu­rym ko­ry­ta­rzem pierw­sze­go pię­tra w stro­nę naj­od­le­glej­szych po­ko­jów, które miały być dla mnie nie­do­stęp­ne. Oj­ciec nie miał po­ję­cia, że ostat­nio czę­sto je od­wie­dzam, w tro­sce o jego zdro­wie. Sta­ra­łem się prze­miesz­czać jak naj­dy­skret­niej, pe­wien, że gdyby mnie przy­ła­pał na podglądaniu, wzbu­dził­bym w nim gniew, któ­re­go tak bar­dzo się bałem. Wo­la­łem go uni­kać, by mu się nie na­ra­żać, nie mo­głem jed­nak zre­zy­gno­wać z tych ry­zy­kow­nych eska­pad – czu­łem, że może wy­da­rzyć się coś strasz­ne­go, wo­la­łem więc mieć wszyst­ko pod jako taką kon­tro­lą.

Ostroż­nie uchy­li­łem drzwi do pierw­sze­go z po­miesz­czeń – sta­no­wią­ce­go coś w ro­dza­ju pry­wat­ne­go po­ko­ju dzien­ne­go, a za­ra­zem bi­blio­te­ki – po­łą­czo­ne­go z resz­tą sze­re­giem nie­rzu­ca­ją­cych się w oczy przejść. Po­nie­waż był on pusty, po cichu wsze­dłem, uwa­ża­jąc, by ob­ca­sy moich butów nie za­stu­ka­ły o pod­ło­gę. Skie­ro­wa­łem się wpierw do ga­bi­ne­tu ojca, spo­dzie­wa­jąc się za­stać go w nim o tej porze. Zbli­ży­łem się i nie­zbyt ele­ganc­ko za­czą­łem pod­słu­chi­wać, ocze­ku­jąc dźwię­ków świad­czą­cych o jego obec­no­ści. Po­nie­waż ni­cze­go ta­kie­go nie usły­sza­łem, po­sta­no­wi­łem tam zaj­rzeć.

Sta­ną­łem w progu jak wryty. Głowa ojca spo­czy­wa­ła – obok sta­re­go re­wol­we­ru – na so­lid­nym dę­bo­wym biur­ku, dziw­nie ob­ró­co­na. Wokół niej roz­le­wa­ła się ka­łu­ża ciem­nej, nie­mal czar­nej cie­czy. Oczy, wy­trzesz­czo­ne w obłęd­nym wy­ra­zie, przy­wo­dzą­cym na myśl ja­kieś upior­ne za­sko­cze­nie, pa­trzy­ły na mnie nie­ru­cho­mo pu­stym wzro­kiem, w któ­rym próż­no by szu­kać ja­kich­kol­wiek oznak życia. Opuch­nię­ty język wy­le­wał się z pół­otwar­tych ust, do­da­jąc mar­twej twa­rzy nieco gro­te­sko­we­go wy­glą­du.

Ob­ró­ci­łem się na pię­cie i ucie­kłem stam­tąd, nie tru­dząc się nawet spraw­dze­niem, czy mój ro­dzic żyje. Jakże głu­pim i nie­do­świad­czo­nym mło­ko­sem wtedy byłem, Ju­lia­nie! Za­ję­ty czysz­cze­niem za­byt­ko­wej broni oj­ciec mu­siał mieć je­dy­nie jakiś nie­groź­ny atak, który chwi­lo­wo ode­brał jego ducha re­al­ne­mu świa­tu, po­zo­sta­wia­jąc ciało w nie­zbyt przy­jem­nym dla oka sta­nie, gdyż spo­tka­łem go tam­te­go wie­czo­ru. Wę­dro­wał po ko­ry­ta­rzu, po­dob­nie jak zda­rza­ło się to matce. Po­zna­łem wtedy, iż or­ga­nizm jego znaj­du­je się w wy­śmie­ni­tej for­mie, jak­kol­wiek umysł mu­siał ulec tej samej, dziw­nej i nie­zna­nej mi wcze­śniej przy­pa­dło­ści, która do­tknę­ła naj­pierw jego współ­mał­żon­kę.

Zrazu za­czą­łem wy­rzu­cać sobie, że nie udzie­li­łem mu ja­kiej­kol­wiek po­mo­cy, kiedy jej po­trze­bo­wał, szyb­ko jed­nak tego za­nie­cha­łem, świa­dom bez­ce­lo­wo­ści ta­kich dzia­łań. Zro­zu­mia­łem, że teraz to na mnie spad­nie obo­wią­zek za­rzą­dza­nia na­szy­mi wło­ścia­mi i opie­ki nad cho­ry­mi ro­dzi­ca­mi. Nie było to pro­ste – słu­żą­cy po kolei za­czę­li re­zy­gno­wać z pracy, a gdy za­bra­nia­łem im od­cho­dzić, ucie­ka­li, po­zo­sta­wiw­szy cały swój do­by­tek. W oczach tych, któ­rzy wy­trzy­ma­li naj­dłu­żej, wi­dzia­łem, że z ja­kie­goś po­wo­du się boją, choć nie byłem tak su­ro­wy jak oj­ciec. Nie­raz sły­sza­łem, jak szep­czą za moimi ple­ca­mi, do­strze­ga­łem też ukrad­ko­we spoj­rze­nia, które mi rzu­ca­li.

Nie­mal z dnia na dzień do na­szej re­zy­den­cji prze­sta­li za­cho­dzić in­te­re­san­ci, choć do tej pory za­wsze było ich na pęcz­ki. Wszy­scy, któ­rych mia­łem za przy­ja­ciół, od­wró­ci­li się ode mnie, moje opo­wie­ści o tym, co wi­dzia­łem, a czego oni nie po­tra­fi­li do­strzec – wcze­śniej uzna­wa­ne przez nich albo za pięk­ne i zu­peł­nie wia­ry­god­ne, albo też za nie­zmier­nie za­baw­ne, choć cał­ko­wi­cie wy­du­ma­ne – nagle na­zy­wa­jąc oczy­wi­sty­mi ozna­ka­mi po­stę­pu­ją­ce­go sza­leń­stwa. Resz­ta służ­by ucie­kła, nie zwa­ża­jąc na proś­by ni groź­by. Pew­ne­go dnia obu­dzi­łem się zu­peł­nie sam, nie li­cząc bied­nych ro­dzi­ców, któ­rzy od ja­kie­goś już czasu nie po­ka­zy­wa­li mi się na oczy. Długo nie mo­głem zna­leźć sobie miej­sca, za­mar­twia­jąc się nie­słusz­nie o przy­szłość swoją i ca­łe­go rodu. Nader jasno zda­jąc sobie spra­wę z cią­żą­cej wy­łącz­nie na mnie po­win­no­ści prze­dłu­że­nia linii, pod­ją­łem wresz­cie naj­roz­sąd­niej­szą de­cy­zję – po­sta­no­wi­łem się oże­nić. Po­my­śla­łem, że speł­nia­jąc swój obo­wią­zek, rów­no­cze­śnie przy­spo­rzę ra­do­ści ojcu i matce – li­czy­łem, iż wnuki przy­czy­nią się do od­zy­ska­nia przez nich choć czę­ścio­wo utra­co­nej rów­no­wa­gi.

Świa­dom, że wobec złego stanu zdro­wia oboj­ga ro­dzi­ców sam będę mu­siał się o to za­trosz­czyć, lecz nie­zmier­nie po­krze­pio­ny wizją, którą roz­to­czył przede mną mój udrę­czo­ny umysł, po­czą­łem za­sta­na­wiać się nad od­po­wied­nią kan­dy­dat­ką dla kogoś ta­kie­go jak ja. Przy­po­mnia­łem sobie wresz­cie o da­le­kich krew­nych, któ­rzy swego czasu chęt­nie wi­dzie­li­by moż­ne­go dzie­dzi­ca w roli zię­cia. Zdaje się, że nawet pró­bo­wa­li za­wrzeć z ojcem jakąś umowę, która osta­tecz­nie nie do­szła do skut­ku, z uwagi na zbyt młody we­dług nich wiek tej córki, którą rodzic sobie dla mnie upa­trzył. Było to dziew­czę do­praw­dy uro­cze, choć z pew­no­ścią wtedy nie nada­wa­ło się jesz­cze do ro­dze­nia dzie­ci. Teraz, wedle moich ra­chun­ków, po­win­na mieć około dwu­dzie­stu pię­ciu lat, a więc była już starą panną, nie­mniej mo­gła­by się nadać – wszak nie zna­łem dru­giej damy o rów­nie wy­so­kim sta­tu­sie spo­łecz­nym. Po głęb­szej ana­li­zie udało mi się też usta­lić, że nie otrzy­ma­li­śmy żad­nych wia­do­mo­ści, ja­ko­by rze­czo­na kan­dy­dat­ka miała wyjść za mąż, praw­do­po­dob­nym było więc, iż mam jesz­cze szan­se.

Zde­cy­do­wa­ny czym prę­dzej za­wrzeć świę­ty zwią­zek mał­żeń­ski i za­cząć pło­dzić po­tom­ków – do zba­wien­ne­go wpły­wu ich obec­no­ści na stan zdro­wia dro­gich moich ro­dzi­ców byłem już cał­ko­wi­cie prze­ko­na­ny – uda­łem się czym prę­dzej w długą po­dróż, któ­rej celem była usy­tu­owa­na w głębi ob­ce­go kraju re­zy­den­cja krew­nych.

Nie będę ci, drogi Ju­lia­nie, opi­sy­wał wszyst­kich swo­ich pe­ry­pe­tii w cza­sie tej wy­pra­wy. Dość bę­dzie po­wie­dzieć, że nie­spo­dzie­wa­na wi­zy­ta nie­zmier­nie za­sko­czy­ła wu­jo­stwa. Ow­szem, oka­za­ło się, że w domu wciąż miesz­ka z nimi naj­młod­sza – choć nie­mło­da już – córka. Pomni na dawne urazy, po­cząt­ko­wo nie zga­dza­li się jed­nak na ślub, nie dając wiary moim za­pew­nie­niom, że po­ko­cha­łem to dziew­czę do sza­leń­stwa. Mu­sia­łem wy­wrzeć na nich nie­ma­łą pre­sję i so­len­nie obie­cać, że wszyst­ko od­bę­dzie się po cichu, bez wiel­kich ce­re­mo­nii. Tłu­ma­cząc sobie, że ro­dzi­ce zro­zu­mie­li­by sy­tu­ację – a także śpie­sząc się do po­wro­tu w ro­dzin­ne stro­ny z to­wa­rzysz­ką na resz­tę życia – przy­sta­łem na wszyst­kie wa­run­ki, jakie po­sta­wi­li przy­szli te­ścio­wie. I tak oto, w nie­speł­na mie­siąc po opusz­cze­niu domu, po­wró­ci­łem try­um­fal­nie ze świe­żo upie­czo­ną mał­żon­ką.

Po­cząt­ki na­szej wspól­nej drogi były trud­ne. Wiele mu­sia­łem się na­uczyć o spra­wach, w które nie zdą­żył wta­jem­ni­czyć mnie mój nie­szczę­sny oj­ciec. Wi­dzia­łem jed­nak od po­cząt­ku, że żona – skry­ta i de­li­kat­na isto­ta o ete­rycz­nej uro­dzie – czuje przede mną na­le­ży­ty re­spekt. Choć byłem sta­now­czy, do­brze o nią dba­łem i wsku­tek moich sta­rań nie­ba­wem oka­za­ła się być brze­mien­ną. Nie po­sia­da­łem się z ra­do­ści, czu­jąc, że da mi wspa­nia­łe­go syna.

Nie po­my­li­łem się. Ra­dość moja zble­dła, gdy po po­wi­ciu dzie­cię­cia – a była to już naj­wyż­sza pora, by za­trosz­czyć się o spło­dze­nie ko­lej­ne­go po­tom­ka – mał­żon­ka prze­sta­ła mnie wpusz­czać do al­ko­wy. Zrazu chcia­łem dać jej tro­chę czasu, by na­cie­szy­ła się ma­leń­stwem, które nie­ustan­nie tu­li­ła w ra­mio­nach. Szyb­ko jed­nak zro­zu­mia­łem, jakim błę­dem by­ło­by takie po­stę­po­wa­nie – wszak ko­bie­ta winna znać swoje miej­sce, a po­kor­na żona ma obo­wią­zek oddać mę­żo­wi to, co mu się słusz­nie na­le­ży.

Nie po­tra­fiąc do­trzeć do ogra­ni­czo­ne­go ko­bie­ce­go umy­słu roz­sąd­ny­mi ar­gu­men­ta­mi, po­sta­no­wi­łem z całą mocą po­sta­wić na swoim. Nędz­ni­ca, po­ka­za­ła wtedy, jaki ma do mnie sza­cu­nek, za­my­ka­jąc się z pier­wo­rod­nym w swo­ich kom­na­tach. Przez czas jakiś pró­bo­wa­łem jesz­cze prze­mó­wić jej do ro­zu­mu, lecz nic nie skut­ko­wa­ło. Nie chcia­łem być ty­ra­nem, więc w końcu z bólem serca po­zwo­li­łem jej się od­izo­lo­wać. I tak oto po­now­nie zo­sta­łem sam w domu, który dzie­li­łem prze­cież z trze­ma już po­ko­le­nia­mi mojej wspa­nia­łej ro­dzi­ny.

 

***

 

Wi­dzisz, Ju­lia­nie, że życie mnie nie oszczę­dza­ło. Po­wi­nie­neś więc teraz zro­zu­mieć, dla­cze­go chcę odejść. Nie patrz na mnie w ten spo­sób. Wiem, ro­dzi­nie na­le­ży się opie­ka, jaką tylko mężczyzna może jej za­pew­nić. Zważ jed­nak, że syn mój pier­wo­rod­ny doj­rzał już, by przez czas jakiś peł­nić za mnie tę od­po­wie­dzial­ną funk­cję. A ja po­trze­bu­ję od­po­czyn­ku. Spo­kój jest teraz je­dy­nym, czego pra­gnę.

Nie myśl, że je­stem nie­wdzięcz­ni­kiem. Do­ce­niam twoją szcze­rą, choć trud­ną przy­jaźń. W tych cięż­kich cza­sach byłeś mi je­dy­ną życz­li­wą duszą w po­nu­rym domu, peł­nym bo­le­snych wspo­mnień, i w isto­cie je­dy­nym to­wa­rzy­szem, na któ­re­go mil­czą­cą obec­ność za­wsze mo­głem li­czyć. Jed­nak tam, dokąd się teraz udaję, nie mo­żesz iść ze mną. Nie pró­buj mnie po­wstrzy­my­wać, gdyż zda­nia nie zmie­nię. Że­gnam cię z cięż­kim ser­cem, ale rów­nież z na­dzie­ją, że jesz­cze się spo­tka­my, gdy czas wy­le­czy rany. Tak więc do wi­dze­nia, mój drogi Ju­lia­nie. Do zo­ba­cze­nia po dru­giej stro­nie.

 

***

 

KLĘ­SKA RODU MON­TAL­PICH

(frag­men­ty, „He­rald” nr 33/61)

 

Ma­ka­brycz­ne­go od­kry­cia do­ko­na­li stró­że prawa na te­re­nie wło­ści na­le­żą­cych do po­wszech­nie zna­nej i sza­no­wa­nej ro­dzi­ny Mon­tal­pich. (…) Za­alar­mo­wa­ni przez za­nie­po­ko­jo­nych są­sia­dów mun­du­ro­wi przy­by­li w porę, by uga­sić pożar i oca­lić re­zy­den­cję przed spło­nię­ciem.

(…)

We­wnątrz zna­leź­li zwło­ki czwor­ga ludzi – w tym ma­łe­go dziec­ka. We­dług bie­głych mu­sia­ły tam spo­czy­wać od co naj­mniej dwóch dekad. Do­tych­czas udało się usta­lić toż­sa­mość dwój­ki de­na­tów. Jed­nym z nich jest se­nior rodu, sir Tho­mas Mon­tal­pi, który wedle wstęp­nych usta­leń zgi­nął od kuli po­cho­dzą­cej ze zna­le­zio­ne­go w po­bli­żu re­wol­we­ru. Dru­gim – ko­bie­ta (…) to mał­żon­ka sir Tho­ma­sa, lady Vi­vian. Wciąż nie udało się zi­den­ty­fi­ko­wać ciała mło­dej matki tu­lą­cej w ra­mio­nach mar­twe dziec­ko.

(…)

Po do­kład­nym prze­szu­ka­niu, w lesie na­le­żą­cym do po­sia­dło­ści od­na­le­zio­no zwło­ki ostat­nie­go dzie­dzi­ca rodu, wi­szą­ce na drze­wie. Lord Ju­lian Mon­tal­pi naj­praw­do­po­dob­niej po­peł­nił sa­mo­bój­stwo (…)

Koniec

Komentarze

Nie kupuję tego, z kilku powodów. Nie przemawia do mnie konwencja listu (?), w którym bohater opowiada komuś własny życiorys. Nie postrzegam więc tego tekstu jako opowiadanie, ale bardziej jako streszczenie. Na karb obłędu kładę nieścisłości w zeznaniach i pewien brak logiki w działaniach i wypowiedziach bohatera. Chociaż, gdyby nie tag, to za bardzo tego obłędu w tekście bym nie dostrzegła. 

Do tego nie wiem, kto jest adresatem – co to za Julian? Czy to Montalpi, który mówi sam do siebie? Nie przekonuje mnie opowiadanie sobie samemu o własnym życiu, nawet jeśli by to miał być obłęd. 

Raziło mnie określanie matki mianem żony. Jeśli syn mówi “żona mojego ojca”, to raczej ma na myśli macochę, a nie własną rodzicielkę.  

 

Osobną kwestią jest dla mnie zakończenie, czyli fragmenty Heralda. Może i nie jestem specjalistką w tej dziedzinie, ale nie wyobrażam sobie, żeby można było po dwóch dekadach mówić o ciałach, zwłaszcza takich, które można zidentyfikować. Do tego mam poważne wątpliwości, czy coś się tu nie rozjechało czasowo. Cała czwórka ofiar spoczywała w rezydencji od dwudziestu lat? A czas zgonu Juliana? 

Do tego uważam za duży skrót myślowy stwierdzenie, że “stróże prawa ugasili pożar” (bo nie słyszałam, aby o strażakach ktoś mówił “mundurowi”). Rzuciło mi się to w oczy.  

 

Może to kwestia gustu, ale wspomniane powyżej elementy sprawiły, że tekst mnie nie zachwycił. Podejrzewam, że jednak znajdą się także osoby, którym się spodoba.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Z punktu widzenia Juliana w jego życiu nagle pojawił się tajemniczy nieznajomy, który przychodzi i odchodzi, kiedy chce, na dodatek nic nie mówi, a tylko się przygląda – jednak bohater jest w tak złym stanie psychicznym, że nie dostrzega w tym niczego dziwnego, co więcej, z jakiegoś powodu postrzega go jako swojego przyjaciela. I nie jest świadom, że to on sam (czy jest to jedynie wytwór jego wyobraźni, czy jakaś projekcja, czy może wreszcie część jego duszy w tajemniczy sposób odłączona od reszty – nie mam pojęcia). Ponieważ “przyjaciel” się nie odzywa, jakby nie rozumiał jego motywacji, Julian odczuwa potrzebę wytłumaczenia mu, dlaczego chce odejść (tak naprawdę planuje samobójstwo, ale nie postrzega tego jako śmierci, a jedynie jak coś w rodzaju urlopu, z którego będzie mógł wrócić).

O swojej rodzicielce raz mówi jako o matce (z miłością), a raz jako o “tej kobiecie” lub “żonie ojca” (wyraz pogardy) z grubsza z tego samego powodu, z którego nie jest świadom, że jego przyjaciel tak naprawdę nie istnieje. Nasuwa mi się tu myśl, że Julian ewidentnie cierpi na jakąś psychozę, ale nie próbowałam go diagnozować, nie znam się na tym.

 

Co do zakończenia, po kolei:

Według mnie szkielet z jakimiś zasuszonymi resztkami spokojnie można w dalszym ciągu nazwać zwłokami, zresztą “ciało” może być eufemizmem zastosowanym w artykule dla niejakiego złagodzenia wydźwięku z myślą o co wrażliwszych czytelnikach. No i brzmi bardziej chwytliwie niż “cztery suche, rozsypujące się szkielety”.

Nie ma też mowy o identyfikacji jako takiej, ale o “ustaleniu tożsamości”. Nie bez znaczenia były tu niewątpliwie miejsca, w których znaleziono zwłoki: sypialnia matki, w której spoczywała, odkąd mąż ją, kolokwialnie mówiąc, zatłukł – tak, mieszkał z trupem żony, on też nie był normalny – i gabinet, w którym ojciec się zabił. Przypuszczam, że mogli mieć też jakąś biżuterię rodową czy inne charakterystyczne elementy (bardziej trwałe od ciała), które odnaleziono przy zwłokach. Przesłuchano też służbę, która uciekła (swoją drogą, dzięki służbie w okolicy musiało krążyć sporo plotek, ale że Montalpi byli bogaci, każdy udawał, że nic nie wie) i ustalono, że prawdopodobnie oboje nie żyją, a zwłoki nadal spoczywają w rezydencji, właśnie w sypialni i gabinecie. Poskładanie tych wszystkich elementów pozwoliło domniemać z dużym prawdopodobieństwem, do kogo należą zwłoki. Natomiast nikt nie wiedział, że Julian się ożenił, bo zrobił to już po tym, jak został całkiem sam w rezydencji – stąd nie tak łatwo było ustalić tożsamość kobiety z dzieckiem.

Powiem szczerze, że tak wyobrażam sobie ówczesne, niezbyt zaawansowane techniki śledcze (czas bliżej nieokreślony, ale niewątpliwie wydarzenia rozegrały się kilka wieków wstecz). Zresztą prasie nie trzeba było stuprocentowo pewnych faktów, ale sensacji.

Cała czwórka spoczywała w rezydencji od “co najmniej dwóch dekad”. Matka kilka lat dłużej niż reszta, ojciec jakiś rok-dwa dłużej, niż żona i syn Juliana. Julian nie wpadł na to, że żona zmarła z niemowlęciem na rękach (prawdopodobnie sam do tego doprowadził, zamykając ją w alkowie i niemal zapominając o jej istnieniu – później wydawało mu się, że to ona broniła mu wstępu), był przekonany, że oboje żyją i mają się dobrze (podobnie jak jego rodzice), a po tych +/– dwudziestu latach – że jego syn wyrósł na odpowiedzialnego mężczyznę, któremu może powierzyć opiekę nad rodową posiadłością i jej mieszkańcami na czas swojej nieobecności. Nieważne, że żadnego z czworga tych “mieszkańców” nie widywał od lat – po prostu albo nie był tego świadom, albo nie wydawało mu się to niczym dziwnym.

A Julian? Podłożył ogień we własnym dworze i poszedł się powiesić w lesie. Sąsiedzi zaalarmowali policję, że coś się dzieje w rezydencji, policjanci (nie strażacy) szybko dotarli na miejsce i ugasili ogień, właściwie dopiero zaczątek pożaru (ale znów: prasa = sensacja, niekoniecznie suche fakty), a potem dokonali przeszukania (najpierw zapewne szukali podpalacza, a potem już kogokolwiek) i dokonali “makabrycznego odkrycia”.

 

Wobec powyższego – przyznaję, że tekst wymaga od czytelnika nieco domyślności, ale tym razem akurat nie uważam, żebym coś pozostawiła niewystarczająco wyjaśnione. Jest dokładnie tak, jak być powinno. Ale wszystko to, jak mówisz, kwestia gustu :)

Tak czy inaczej, dzięki piękne za poświęcenie czasu na przeczytanie i za zostawienie komentarza!

Spodziewaj się niespodziewanego

Tak, masz rację co do niedomówień i gustów. Pewna ilość tajemnicy i nie wyjaśnionych elementów czasem mi nie przeszkadza, czasem mocno uwiera. Tu akurat nie trafiłaś w mój gust, ale to żadna Twoja wina ;) 

Zresztą wyniki konkursu Histerii pokazują, że tekst może się podobać. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Cóż, chyba właśnie te wyniki po części przekonały mnie, że jest to jeden z tekstów, które być może warto opublikować :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Mroczna rezydencja, osobliwi i dziwnie zachowujący się jej mieszkańcy, uciekająca służba – wszystko to mogło być podstawą niezłego horroru, a skończyło się na obłędzie… Szkoda. W dodatku cała historia sprowadziła się do listu przybliżającego przeszłość tak bohatera, jak i jego rodziców, oraz kilku zdań ujawniających zamiary młodego Montalpiego. Reszty dopełniła notatka prasowa.

Brakło mi fantastyki – choroba Juliana jest przykra, ale to nie fantastyka, tak jak nie są nią zmumifikowane, jak mniemam, zwłoki bliskich i snujące się korytarzami duchy rodziców.

 

Po śmier­ci dziad­ków pro­wa­dził dom że­la­zną ręką, wy­ma­ga­jąc bez­gra­nicz­nej lo­jal­no­ści i ka­rząc za każde prze­wi­nie­nie. ―> Kogo?

 

na­ty­ka­łem się na nią, jak snuje się po ko­ry­ta­rzach… ―> …na­ty­ka­łem się na nią, jak snuła się po ko­ry­ta­rzach

 

wi­zy­ta nie­zmier­nie za­sko­czy­ła wu­jo­stwo. ―> …wi­zy­ta nie­zmier­nie za­sko­czy­ła wu­jo­stwa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak zwykle dzięki za komentarz, za czujność i wyłapanie błędów!

 

Opowiadanie, wbrew pozorom, nie jest listem, a monologiem bohatera.

I nie, nie mówi on do lustra. Jak już wspominałam, “drugi Julian” istnieje naprawdę, choć jego obecność tak naprawdę z punktu widzenia czytelnika pozostaje niepotwierdzona.

I to jest dla mnie ten element fantastyczny, podobnie jak obecność duchów.

Spodziewaj się niespodziewanego

Bardzo proszę, Nano. Cieszę się, że mogłam pomóc.

 

No cóż, jeśli pierwszy Julian mówi do drugiego Juliana, a w międzyczasie widzi duchy, to znaczy, że pierwszy Julian jest chory i ma omamy, a jego urojenia, moim zdaniem, nie mają nic wspólnego z fantastyką. Nic nie poradzę, że taki mam pogląd na tę sprawę.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

I masz do tego prawo, swoboda interpretacji to doprawdy coś pięknego :)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nano, podzielam ten pogląd. I dziękuję za wyrozumiałość. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Znacznie więcej jednak spotykałem ludzi, którzy nie dawali temu wiary, co nigdy mnie specjalnie nie dziwiło.

Wolałbym "Znacznie częściej jednak…" 

 

Matka, ostatnia sukcesorka założyciela znakomitego klanu w linii prostej, na skutek nalegań rodziców w słusznym wieku lat piętnastu wyszła za dalekiego krewnego – tak się składa, że potomka jednego z bocznych odgałęzień, ostatniego z dumą noszącego rodowe miano.

Wolałbym trochę inny szyk na początku. 

"Matka, ostatnia w linii prostej sukcesorka założyciela klanu, na skutek…" 

 

Nie powiem, bym dorastał w atmosferze miłości i poczucia bezpieczeństwa.

Atmosferze poczucia bezpieczeństwa? Może lepiej: 

"W atmosferze miłości i poczuciu bezpieczeństwa."

Kilkukrotnie jednak nie zdołałem w porę umknąć z zamkniętego pokoju i byłem świadkiem iście dantejskich scen, które u każdego innego dziecka niechybnie wywołałyby senne koszmary i spowodowały traumę do końca życia.

No nie przesadzajmy z tą traumą do końca życia. Nie każde dziecko, będące świadkiem paskudnej, rodzinnej przemocy od razu jest straumatyzowane do śmierci. 

 

Zrozumiałem wreszcie, że nie można było inaczej, że wszystko robił, wiedziony troską o naszą przyszłość.

Niepotrzebny przecinek po "robił" 

 

Zdawała się mnie nie zauważać, gdy się mijaliśmy,

Niepotrzebny przecinek po "zauważać" 

Starałem się przemieszczać jak najdyskretniej, pewien, że gdyby mnie przyłapał, jak go podglądam, wzbudziłbym w nim gniew, którego tak bardzo się bałem.

Lepiej:

"… pewien, że gdyby mnie przyłapał, gdy go podglądam…" 

 

 

Zdaje się, że nawet próbowali zawrzeć z ojcem jakąś umowę, która ostatecznie nie doszła do skutku, z uwagi na zbyt młody według nich wiek tej córki, którą sobie dla mnie upatrzył.

Generalnie spoko, ale ja bym powtórzył kto sobie córkę upatrzył. 

"Zdaje się, że nawet próbowali zawrzeć z ojcem jakąś umowę, która ostatecznie nie doszła do skutku, z uwagi na zbyt młody według nich wiek tej córki, którą rodzic sobie dla mnie upatrzył." 

 

Dość będzie powiedzieć, że niespodziewana wizyta niezmiernie zaskoczyła wujostwa.

Raczej:"wujostwo". Kogo co zaskoczyła. Wujostwo. 

 

Wiem, rodzinie należy się opieka, jaką tylko jest w stanie zapewnić jej głowa.

Trochę rozmemłane. Może:

"Rodzinie należy się opieka, którą tylko jej głowa może zapewnić." 

Ale najchętniej w ogóle olałbym głowę i zrobił:

"Rodzinie należy się opieka, jaką tylko mężczyzna może zapewnić."

 

No dobrze, tu i ówdzie zdarzają się potknięcia, nadmiar zaimków i gramatyczne konstrukcje na granicy rozchybotania, ale jak na taką stylizację, jak na tak skomplikowane, gotycko (ba, gdzie tam gotycko – rokokokoko co najmniej) wyornamentowane zdania, to jest całkiem nieźle, a tekst czytało się zaskakująco łatwo i lekko. Doceniam umiejętność ględzenia a la początek dziewiętnastego wieku, i choć oczywiście nie jest to stylizacja zupełnie przekonująca i niejednemu miłośnikowi osiemnasto i dziewiętnastowiecznej prozy monokl popękałby ze zgryzoty, to laik mojego pokroju bawił się dobrze. Udało Ci się przez cały czas jechać na wysokich rejestrach egzaltowania i tylko zgrabnie zahaczyć o pastisz, nie popadając w parodię. 

W zasadzie dobra robota. 

Fabularnie, no, nie dzieją się niesamowitości, zwłaszcza że epistolograficzna jazda bardzo zawęża perspektywę, ogranicza ewentualne niuanse i subiektywizuje punkt widzenia, do tego, mimo podniosłego stylu, rzecz jest emocjonalnie powściągliwa. Ucieka więc groza i napięcie, pozostawiając ciekawość – do czego to wszystko prowadzi. Ale nie mogę powiedzieć, że się zawiodłem, bo przez cały czas spodziewałem się jakichś duchów, więc gdy okazało się, że Julian pisze sam do siebie, byłem miło zaskoczony. 

Słowem – całkiem udany tekst. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

thargone, bardzo dziękuję za komentarz i za zwrócenie uwagi na błędy. Poprawiłam, co się dało.

 

Co do matki-sukcesorki, powiem szczerze, że widzę u siebie tendencję do stosowania jakichś dziwnych, niekoniecznie potrzebnych inwersji. Walczę z nią w miarę możliwości, bo czasem naprawdę podejrzane szyki składniowe z tego wychodzą, ale nie zawsze uda mi się wszystko wyłapać.

 

Z traumą nie przesadziłam ja – sam bohater tak to postrzegał, co tłumaczyć mogą jego skłonności do widzenia rzeczywistości w krzywym zwierciadle. Może chciał się widzieć jako wybitną jednostkę, która przetrwała wbrew wszystkiemu bez żadnego uszczerbku, a może nawet dzięki tym przeżyciom jeszcze doskonalsza? Któż to może wiedzieć.

 

“Gdyby mnie przyłapał, gdy go podglądałem” też mi się jakoś nie podobało. Ale poprawiłam na “gdyby mnie przyłapał na podglądaniu”, więc chyba powinno być okej.

 

A z tym wujostwem to już cała historia. Najpierw miałam faktycznie “wujostwo”, ale regulatorzy mi zwróciła uwagę, że powinno być “wujostwa”. A że nie lubię wierzyć na słowo, to sprawdziłam słowniki i rzeczywiście, miała rację – w bierniku odmienia się “wujostwa”.

 

 

Wiem, że styl jest zawiły i pokręcony. Podczas pisania tekstów tego typu włącza mi się chyba poprzednie wcielenie i wymusza taką stylizację, która wg niego nieco lepiej pasuje do czasów i klimatu.

Deficyt emocji wynika natomiast w głównej mierze chyba ze zwichrowania umysłowego bohatera, w końcu to on opowiadał tę historię.

Cieszę się, że się dobrze bawiłeś. I że udało mi się zaciekawić Cię i ostatecznie zaskoczyć. Dzięki za miłe słowa!

Spodziewaj się niespodziewanego

Najpierw miałam faktycznie “wujostwo”, ale regulatorzy mi zwróciła uwagę, że powinno być “wujostwa”. A że nie lubię wierzyć na słowo, to sprawdziłam słowniki i rzeczywiście, miała rację – w bierniku odmienia się “wujostwa”.

No proszę. Nie dość, że całkiem dobrze się bawiłem, to jeszcze nauczyłem się czegoś :-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Człowiek się uczy całe życie :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Bo nauka to potęgi klucz. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Otóż to :D

Spodziewaj się niespodziewanego

Ładnie pokazany eskalujący obłęd bohatera. Ja sobie zinterpretowałam, że Julian był jego synem, zapewne duchem. Ciekawe, czy duchy dzieci rosną po ich śmierci…

Mam wrażenie, że nieźle oddajesz stosunki epoki. Bogaci są, mają prawo do ekscentryczności…

Ciekawi mnie, co panicz jadł i jak żył, kiedy został sam w posiadłości.

Babska logika rządzi!

Dzięki za przeczytanie i za miłe słowa :) Też ciekawa interpretacja, choć tak naprawdę Julian był Julianem, nie Julianem juniorem :D Myślę, że "rośnięcie" (lub nie) duchów dzieci może zależeć od tego, jak je widzą (lub chcą widzieć) Ci, którzy je widzą. Interesujące zagadnienie… Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, jak Julian zdołał przeżyć te wszystkie lata w samotności – bo nie sprawia wrażenia kogoś, kto nie tylko potrafiłby, ale nawet pamiętał o zadbaniu o tak prozaiczne rzeczy jak jedzenie, prawda? Obawiam się, że na wieki pozostanie to tajemnicą, bo akurat w tej szalonej części jego jaźni, do której mamy dostęp, informacji, jak bohater żył, raczej nie znajdziemy ;)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nieźle naklimatowane. Był już tekst w nastroju lovecraftowskim, teraz jest w stronę… hm, jakąś jeszcze inną – choć widać, ze lubisz opowieści w starych, mrocznych, wielopokojowych domach.

Zaciekawiło mnie, jak obszerne wyjaśnienie napisałaś w jednym z komentarzy. Widać, że historia wyobrażona przed napisaniem. Coś, co w swoich opowiadaniach nazywam “zapleczem” tekstu.

Ale powiem Ci, ze trochę w innych kierunkach szukałem wyjaśnień – cały czas podskórnie czując, ze znaczenie może mieć to, jak opisałby wygląd bohatera (a później tez dziecka) ktoś patrzący z boku. Bo mocno w tę stronę naprowadziły fragmenty z tym, że służba dziwnie patrzyła, uciekała gdy nie było pilnującego ojca, zaczęła inaczej rozmawiać (niby jest wzmianka o szaleństwie, ale odebrałem to jako czynnik towarzyszący czemuś jeszcze). Zresztą to jest tez alternatywną możliwą interpretacją tego, że żona nie chciała widzieć męża. Tylko scena ze znalezieniem wisielca trochę ten trop osłabiła, bo nie wskazała niczego wyglądającego na nieludzkie.

I tylko dopisze co pisałem ostatnio: długość akapitów :-P

 

Tak, wychodzi na to, że często ląduję w jakichś podejrzanych wiktoriańskich rezydencjach – choć prawdę mówiąc to, co miałeś okazję przeczytać do tej pory, jest zaledwie niewielką częścią mojego dotychczasowego dorobku i jeśli się dobrze zastanowić, to w większości opowiadań (tych, których nie ma na Fantastyce) dominują otwarte przestrzenie… Choć jak w to wejść głębiej, to wszystkie okazują się w jakiś sposób ograniczone – tu jakieś uliczki małego miasteczka, tam las czy inne zarośla… Chyba ujęłabym to tak: nawet jeśli jestem na otwartym morzu, to przeważnie siedzę w ładowni :) Dzięki za temat do rozmyślań, teraz pewnie będę podświadomie przeprowadzać jakąś pseudopsychoanalizę i zastanawiać się, skąd to zamiłowanie do przestrzeni równocześnie dużych i ciasnych xD

W istocie, ta historia akurat uformowała się w mojej głowie, nim ją zaczęłam zapisywać. Oczywiście, jakieś szczegóły samej fabuły dochodziły w trakcie, ale cała otoczka już tam gdzieś była wcześniej. Nieczęsto tak mam, że siadam do pisania z praktycznie gotowym tekstem – przeważnie historia sama płynie w trakcie – ale czasem jest taki błysk i wszystko trafia na swoje miejsce w jednym momencie :)

W sumie nie pomyślałam o tym, że bohater mógłby wyglądać jakoś… potwornie – choć jest to też ciekawy pomysł. Myślę jednak, że na strach tak naprawdę wpłynęło w głównej mierze nie to, co było widać na pierwszy rzut oka. Julian w istocie był potworem – ale potworem w ludzkiej skórze. Oczywiście nie jest to w pełni pokazane, wszak opowiada to ze swojej perspektywy – a jemu wydaje się, że postępuje surowo, ale sprawiedliwie, podczas gdy tak naprawdę jest po prostu okrutny i znęca się nad wszystkimi wokół. Przypuszczam też, że miał na twarzy wypisane oznaki szaleństwa… Poza tym zapominasz o najistotniejszym fakcie – również nie podanym wprost, bo Julian nie był tego świadom do samego końca: mianowicie, facet mieszkał pod jednym dachem z trupami rodziców, żony (bo to nie tak, że ona nie chciała go widzieć, choć Julian tak uważał – tak naprawdę zmarła, być może w połogu, jak to często bywało, a może później, bo ją zamknął w komnacie i zapomniał) i maleńkiego dziecka. I wszyscy wokół zdawali sobie z tego sprawę, poza nim samym. I prawdopodobnie też wszyscy widzieli, że on o tym nie wie – więc zrozumiałe, że bali się tego psychola, u którego pracowali. Nie pytaj, czemu nikt ze zbiegłej służby nie sprowadził mu na głowę całego zastępu stróżów prawa, bo tego akurat nie wiem – być może rodzina mimo wszystko była powszechnie szanowana w okolicy (wzmianka na początku o licznych interesantach za czasów ojca by na to wskazywała) i wszyscy udawali, że nie wiedzą, co się dzieje… Tego mogę się tylko domyślać. Przyznaję, że jest to luka w fabule – bo taki stan rzeczy trwał wystarczająco długo, żeby bohater wierzył, że jego syn już dorósł – ale łatać jej nie będę. Niedobra ja.

Co do akapitów – idąc za Twoją radą (i nie tyko Twoją zresztą) zaczęłam pracować nad ich skracaniem, bo faktycznie mam tę straszliwą tendencję do tworzenia istnych węży. W “Obłędotwórczym tuktaniu” uporałam się z tym problemem, dokonując korekty przed wysłaniem do druku – choć, prawdę mówiąc, nie pamiętam, czy wrzuciłam poprawki tutaj na portal. Ale na pewno one zaistniały. I na przyszłość będę starać się zwracać na to większą uwagę :)

Dzięki za przeczytanie, obszerny i wnikliwy komentarz no i za miłe słowa!

 

(i wybacz kolejne obszerne akapity w komentarzu :P)

Spodziewaj się niespodziewanego

Ale wiesz, te dwie interpretacje (szaleństwo i wygląd) wcale sie nie wykluczają. Tak naprawdę znając interpretację autorską widzę, że może być jedna, druga lub obie i nic tu nie koliduje :-)

A groza na otwartej przestrzeni… Hm, na dobrą sprawę tam tez się da stworzyć klaustrofobiczny klimat. Ligottiemu kiedyś się udało w opowieści o miasteczkach, którymi kierują dziwni zarządcy. Ale! Zaciekawiłaś mnie. Czy te inne opowiadania można znaleźć gdzieś na innych stronach?

kolejne obszerne akapity w komentarzu :P

Komentarze kierują się własnymi prawami :P

 

Ale wiem, że się nie wykluczają. I właściwie teraz tak myślę, że moglo w istocie i z wyglądem bohatera być coś nie tak – tyle że on tego nie widział, bo miał coś bardzo nie tak z głową. Cóż, jak było naprawdę, tego się już nie dowiemy, ale wszystko jest możliwe :) Kilka opowiadań pojawiło się w Magazynie Histeria (oprócz Antykwariusza i powyższego były jeszcze trzy inne, których póki co tutaj nie dodałam). Pozostałe, starsze teksty są dostępne dla dość wąskiego grona tych bardziej "zaprzyjaźnionych" czytelników, bo nie lubię pisać "do szuflady", ale w większości nie uważam ich za dość mocne pozycje, żeby dzielić się nimi ze światem ;)

Spodziewaj się niespodziewanego

Nowa Fantastyka