- Opowiadanie: SzyszkowyDziadek - Nakręcia głowy

Nakręcia głowy

Podziękowania dla Galadrieli(zwanej tu Melancholią) za betę. :)

Kolejne po Lampiarni opowiadanie o dziwnych związkach ludzi i lamp. Zapraszam.

Hasło konkursowe: kuriozalny abażur

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Nakręcia głowy

Zygmunt urodził się błyskotliwym.

Pierwsze objawy choroby pojawiły się, gdy miał cztery lata. Wizytę w gabinecie pana doktora zniósł dzielnie, nawet nie krzyczał podczas przykręcania abażuru do głowy, raz tylko jęknął, gdy lekarz za mocno docisnął trzecią śrubkę. Zygmuś rozumiał, że zabieg jest niezbędny – niegrzecznie oślepiać postronnych swoim blaskiem.

Z czasem przyzwyczaił się do chodzenia w abażurze na głowie, wyobrażał sobie nawet, że powłoka klosza chroni go przed docinkami ze strony kolegów. A jednak nigdy nie przestawał marzyć o spotkaniu choć jednej osoby takiej, jak on. Spotkania choć jednego innego człowieka-lampy. Zygmuś cenił bycie wyjątkowym, ale nie aż tak wyjątkowym. Oczywiście słyszał o słynnych błyskotliwych, którzy zapisali się krwawymi zgłoskami na kartach historii jak Abażurowy Zamachowiec czy Lampowy Samobójca. Jednak niezbyt nadawali się oni na autorytety. Od czasu do czasu chłopiec podgryzał zakazany owoc, czytając z wypiekami na twarzy legendy o Stowarzyszeniu Abażurzystów, podziemnych lampach mających pewnego dnia rozbłysnąć, spalić wszystkie nakręcia głowy i stopić wszystkie śrubki opresji.

Zygmusiowa frustracja narastała schowana pod kloszem, by w końcu eksplodować podczas dwunastych urodzin chłopca. Rodzice pomyśleli, że zabranie dziecka do salonu kolorowania abażurów będzie świetnym prezentem – nastolatek ozdobi swój ścięty stożek jaskrawą tapetą, wyrazi siebie i zaspokoi naturalną potrzebę młodzieńczego buntu. Powinien się cieszyć, mało rzeczy jest bardziej rebelianckich od wytatuowania sobie twarzy. Choć zdaniem chłopca sytuacja bardziej przypominała wątpliwy przywilej nadania pieszczotliwej nazwy swojemu nowotworowi. Zygmuś dokładnie przejrzał album ze wzorami, zatrzymując wzrok na szlaczkach w kształcie kajdanek i łańcuchów. Potem wrzasnął i cisnął książką o podłogę. Krzyczał, szarpiąc za krawędź abażura, tak, że śrubki mocujące wbiły mu się mocniej w głowę. Przerwał dopiero, gdy poczuł na szyi strużkę krwi.

Jednorodny abażur w najbardziej szarym odcieniu szarości w zupełności mu wystarczył, nie potrzebował dodatkowo wyróżniać się wśród wyróżniających się. Na studia na Wydziale Płynnych Substancji udał się bez większego przekonania. Jak większość dwudziestolatków, nie wiedział jeszcze, co chce robić w życiu – dysponował jedynie poszlakami. Po części dał się ponieść modzie, która w płynnych substancjach, tej dziwnej chimerze zlepionej z chemii, biologii i sztucznej inteligencji, dostrzegała lek na całe zło. Jednak młoda dziedzina nauki jeszcze raczkowała, znajdując zastosowanie głównie w medycynie estetycznej, oferując ludzkości „wysokość w butelce” czy „korektę nosa w strzykawce”.

Zygmunt zapamiętał tamten moment bardzo dokładnie. Kierował się akurat w stronę uczelnianej biblioteki, gdy kątem oka dostrzegł grupkę śmiejących się dziewczyn. A dokładniej trzy dziewczyny i jedną lampę. Mężczyzna stanął jak wryty, wlepiając wzrok w abażur udekorowany wzorem w nasturcje na pomarańczowym tle. Zdawało się, że powierzchnia abażura delikatnie się porusza, faluje czy wręcz oddycha. Zygmunt wciąż tylko patrzył, w ciszy przeżywając szok, bo choć wiedział, że nie może być jedynym błyskotliwym na świecie, jest ogromna przepaść między wiedzą teoretyczną a ujrzeniem kontrprzykładu na własne oczy.

– Cześć, jestem Natalia – powiedział kontrprzykład w abażurze w nasturcje.

– Cześć… Zygmunt. Przepraszam, że się tak na ciebie gapię, ale… masz na głowie abażur.

Spod kwiatowego klosza rozległ się chichot.

– Gratuluję, jesteś bardzo spostrzegawczy.

 

***

 

Od dawna planował zaprosić Natalię do holowizyjnego kina, jednak na drodze stawał mu niezbyt zróżnicowany repertuar. Holofilmy o tematyce błyskotliwości nie zdarzały się często, jeśli już, to przypominały paszkwile mające na celu uświadamianie społeczeństwa, jakie bestie kryją się pod abażurami. Jak bardzo błyskotliwi są niebezpieczni, jak bardzo powinni być wdzięczni, że w ogóle pozwala im się przebywać wśród zdrowych i poza abażurami nie zakłada się im na pyski kagańców.

Zygmunt czekał przy kinowej platformie teleportacyjnej, czytając ulotkę reklamową holofilmu. Podniósł wzrok i odsunął się od barierki, gdy usłyszał charakterystyczne cykadowe trzaski sygnalizujące przesył. Na platformie skłębiła się chmura w kolorze turkusu, raz po raz przebijana pajęczynką wyładowań. Po chwili z tumanu naelektryzowanych obłoków wyłoniła się kobieta w pastelowo czerwonej sukni, dopasowanej kolorystycznie do nasturcji na nakręciu głowy. Wyglądało to tak, jakby suknia i abażur stanowiły cały zestaw. Zygmunt najpierw poczuł zniesmaczenie, zawsze traktował swój abażur jak wstydliwy stygmat i wykorzystanie go w charakterze modnej dekoracji wydawało się bluźniercze. Jednak nie był w stanie zaprzeczyć, że w abażurze w nasturcje było jej do… twarzy.

– To jak? Wybrałeś w końcu film? – spytała Natalia, gdy już skondensowała się z burzowych obłoków teleportu.

– Tak, z opisu wynika, że to dramat o błyskotliwym, nie czytałem więcej, bo bałem się spojlerów…

– Ale wiesz, że moglibyśmy obejrzeć film o kimś norma…

– Normalnym?

– Wiesz, co mam na myśli, rozmawialiśmy o tym.

Pracownik kina cicho westchnął na widok pary błyskotliwych.

– Będę musiał poszukać hełmów holowizyjnych dostosowanych do średnicy klosza.

– Jeśli to taki problem, to możemy je zdjąć… – zaproponowała Natalia.

– Bardzo śmieszne… – Pracownik skrzywił się i poszedł na zaplecze.

Po chwili, Zygmunt i Natalia weszli na salę kinową, ale na film trzeba było jeszcze trochę poczekać. Choć technika holowizyjna przekształciła kinematografię nie do poznania, pewne rzeczy pozostały niezmiennie, jak absurdalna hiperinflacja cen popcornu, czy niekończący się maraton reklam. W końcu wizja holo pociemniała, zwiastując początek seansu.

Film zaczął się nieźle, Zygmunt nawet się wzruszył, zwłaszcza na momentach przedstawiających dzieciństwo bohatera i problemy z zaakceptowaniem błyskotliwości. Potem jednak, wraz z kolejnymi wątkami, kolejnymi skrętami i torsjami fabuły, kolejnymi scenami, podczas których protagonista zapisuje całe bloki papieru manifestem, Zygmunt poczuł narastający niepokój. Przewidział zakończenie już w połowie filmu i pozostało mu czekać na nadchodzący wielkimi krokami zwrot akcji jak na ścięcie. W końcu przyszła pora na ostatnią scenę, rozwiewającą wszelkie wątpliwości.

Obraz holowizyjny przedstawiał tłum ludzi na koncercie, bawiących się i skaczących w rytm muzyki. Protagonista w abażurze na głowie oczywiście się wyróżniał. W szale koncertu, nikt nie zauważył, gdy błyskotliwy wyjął wytrych i zaczął po kolei wykręcać śrubki klosza.

Zygmunt jęknął i uciekł spojrzeniem w górę na holowizyjną iluzję nieba. To była jedna z największych zalet holowizji – można było odwrócić wzrok, nie wybijając się z immersji. Nie chciał patrzeć na tę scenę, starał się skupić na generowanych proceduralnie obłokach, uciekał swoim ruchomym punktem widzenia jak najdalej od głównej akcji.

Szarpnęło, jakby ktoś przybił gwoździem perspektywę, i Zygmunt znów ujrzał protagonistę.

Bohater nie miał już na głowie abażura, machał rękami w szalonym, luminescencyjnym amoku, w końcu musiał dokończyć swój manifest. Koncertowicze zorientowali się dopiero, gdy zrobiło się gorąco, a twarz błyskotliwego zaczęła błyszczeć, stroboskopowo migotać, coraz jaśniej i jaśniej.

Zygmunt ponownie próbował uciec punktem widzenia, desperacko dotykał przycisków holohełmu odpowiedzialnych za zoom out i żyroskop. Ale nic nie działało. Chciał nawet zdjąć maszynerię, lecz zaklinowała się przez abażur.

Twarz protagonisty jarzyła się już niczym żarówka, ludzie uciekali w panice jak najdalej od blasku i płomieni. Ale Zygmunt nie mógł uciec – nic dziwnego, tę scenę filmu nakręcono tradycyjną nieholowizyjną kamerą z ustalonym punktem widzenia, w końcu nagranie pochodziło z czasów przed wynalazkiem holowizji. I było autentyczne.

Protagonista kreślił w powietrzu znaki jak opętany, głowa błyszczała najbielszym z odcieni bieli. A wokół ogień i chaos. W końcu błysk, fala uderzeniowa i Abażurowy Zamachowiec upadł na ziemię z głuchym stukotem. Ze sczerniałą, wypaloną twarzą budził skojarzenia z zużytą zapałką.

Holofilm zakończył się, napisy zaczęły powoli orbitować wokół punktu widzenia. Gdy Zygmunt wreszcie wydostał się z hełmu, spostrzegł, że stanowisko obok jest puste – Natalia musiała odejść przed końcem seansu. Mężczyzna pobiegł w stronę wyjścia, jednak został pochłonięty przez tłum ludzi zmierzających w kierunku platform teleportacyjnych. W pewnym momencie zdawało mu się, że poczuł dotyk w okolicy kieszeni. Gdy w końcu tłok się przerzedził, Zygmunt sprawdził, czy nikt przypadkiem nie ukradł mu portfela. Byłoby to zwieńczenie cudownego wieczoru, gdy nieświadomie zaprosił dziewczynę na romantyczny seans biografii Abażurowego Zamachowca.

Jednak, o dziwo, w portfelu nic nie ubyło – a wręcz przeciwnie.

Na malutkiej karteczce znajdowała się niechlujnie nakreślona mapa z narysowanym krzyżykiem i datą. Zygmunt najpierw pomyślał, że dostał zaproszenie do jakiegoś tajemniczego studenckiego bractwa o nazwie złożonej z trzech wybranych na chybił-trafił greckich liter. Gdy ujrzał rysunek na odwrocie papierka, był już pewien, że to jakiś głupi żart.

Obrazek przedstawiał uproszczony rysunek lampy: trapez nabity na odcinek. Wspomnienia lektur z czasów młodzieńczego buntu napłynęły gwałtowną falą.

Zygmunt wszędzie poznałby symbol legendarnego Stowarzyszenia Abażurzystów.

 

***

 

To przecież musiał być żart.

Próbował zająć się czymś innym, oczywiście przeprosił Natalię za swoją pomyłkę, ale dziewczyna zachowywała się tak, jakby nic się nie stało.

Zygmunt coraz bardziej znużony przeglądał podręcznik do Podstaw Biomodyfikacji, próbując ogarnąć kolejne zagmatwane zagadnienie. Nadal nie rozumiał, dlaczego z punktu widzenia teorii płynnych substancji łatwiejsze od odrośnięcia dłoni byłoby wyhodowanie dodatkowej kończyny. Zrezygnowany zamknął książkę i poszedł się przewietrzyć.

W końcu, co szkodziło spróbować? Spojrzał na mapkę z narysowanym krzyżykiem. W najlepszym wypadku znajdzie piracki skarb, a w najgorszym zamordują go w ciemnej alejce. Gra warta ryzyka. Droga wymagała pokonania trzech przystanków, podczas których ciało Zygmunta pochłaniała turkusowa teleportacyjna mgła. Zmaterializował się na podniszczonej platformie w zapuszczonej dzielnicy. Zygmunt przemierzał labirynt wąskich alejek, raz po raz upewniając się, że idzie zgodnie z mapką. Stanął przed starymi, odrapanymi drzwiami wskazanymi na instrukcji i zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Powoli nacisnął klamkę. Drzwi zazgrzytały hałaśliwie, ich zawiasy od dawna były spragnione oleju.

W pomieszczeniu panował straszny bałagan, Zygmunt najpierw zwrócił uwagę na podłogę pokrytą zaspami zabazgranych notatek, niektóre miały na sobie wyraźne ślady podpalenia. Na każdej z czterech ścian znajdowały się tablice z rysunkami jakiegoś urządzenia. Szkice przypominały nieślubne dziecko śrubokrętu i korkociągu.

– Przepraszam za ten twórczy nieład – odezwała się nieco ochrypłym głosem stojąca w rogu pokoju lampa. – Cieszę się, że przyszedłeś.

Zygmunt poczuł się dziwnie. Przez dwadzieścia lat nie spotkał drugiego błyskotliwego, a teraz miał przed sobą już drugi kontrprzykład w przeciągu miesiąca. Wysoki mężczyzna nosił brązowy, nieco za duży garnitur, a jego abażur pokrywał wzór w ciemne kleksy.

– Na imię mam Ernest – przedstawił się nieznajomy i wyciągnął dłoń. Z bliska nie ulegało wątpliwości: kleksy na abażurze nie były wcale tatuażami, tylko śladami po ogniu.

– Kim jesteś?

– Przecież doskonale wiesz, kim jesteśmy.

– Ja… nie mam pojęcia.

– Już mi się podobasz! W sumie masz rację, gdybyś zaczął opowiadać wszystkim o Stowarzyszeniu Abażurzystów, musielibyśmy cię zabić… – Ernest zrobił pauzę, jakby musiał posmakować niezręcznej ciszy, jaka zapanowała w pomieszczeniu. – Najwyższa pora, żebyś dowiedział się, kim naprawdę jesteśmy. Nie miałeś nigdy poczucia, że znasz tylko połowę prawdy? Że pod powierzchnią abażurów skrywa się coś znacznie większego i bardziej niebezpiecznego?

– Nie rozumiem – przyznał Zygmunt. Nadal nie miał pewności, czy ma do czynienia z głupim żartem, ale czuł pewną ekscytację, jak wtedy, gdy za młodu zaczytywał się w historiach o abażurowej rewolucji. – Nie rozumiem… Co może być bardziej niebezpiecznego od chodzenia z tykającą bombą, dynamitem w głowie?

Ernest roześmiał się pod przypalonym abażurem.

– Ależ to oczywiste! Bardziej wybuchowa od dynamitu jest idea dynamitu! – krzyknął abażurzysta. Gdy mówił, gestykulował tak szybko i ekspresyjnie, jakby tańczył. Jego abażur kołysał się niby spódnica hawajskiej tancerki hula. – Mamy w głowach coś znacznie potężniejszego od bomby, coś, co sprawia, że świat tak bardzo się nas boi. Nie zastanawiałeś się nigdy nad dwuznacznością słowa „błyskotliwość”? Albo nad dziwnym zbiegiem okoliczności, że pojawienie się pierwszych przypadków błyskotliwości zbiegło się z techniczną rewolucją. Wiesz, kto wynalazł teleport? Skąd tak nagle wzięła się holowizja? Albo biomodyfikacja i płynne substancje? Nie wiesz, albo połykasz kłamstwa rządowej propagandy, która powinna się nauczyć pisać lepsze scenariusze.

Zygmunt poczuł, że kręci mu się w głowie, zaczynał rozumieć, do czego zmierza Ernestowy monolog. Odwrócił oczne otwory w abażurze na pokrytą przypalonymi notatkami podłogę, spojrzał na tablicę z miriadami obliczeń.

– Kto wynalazł teleport?

– Człowiek, którego biografię oglądałeś w kinie. Może nawet czytałeś rzekomy manifest Lebiediewa, Abażurowego Zamachowca. Tu też propaganda powinna postarać się lepiej a nie zrzynać co drugie zdanie z notatek Teda Kaczyńskiego. Abażurowy Zamachowiec, podobnie jak zresztą Unabomber, zajmował się matematyką, dokładniej fizyką matematyczną. To prawda, że zostawił po sobie notatki, ale nie miały one żadnego związku z polityką. To prawda, że gdy zdjął abażur, wyzwalając błyskotliwość i spuszczając ogary idei ze smyczy, kreślił w powietrzu ostatni rozdział. Tyle, że to nie były słowa, tylko wzory. Tak jakoś wyszło, że natchnienie napadło go na koncercie, najwidoczniej bał się, że pomysł na skwantowanie grawitacji mu ucieknie. To był wypadek a nie zamach.

– Spalił siedemnastu ludzi…

– Cóż… Wszystko ma swoją cenę. Potem zabezpieczono notatki, odtworzono ostatnie obliczenia z nagrania i wymyślono fikcyjną genezę teleportu. Rząd ukradł wynalazek Lebiediewa, potem był już ostrożniejszy. Historia zazwyczaj wygląda inaczej, pozwalają błyskotliwemu żyć w miarę normalnie, aż pewnego dnia przychodzi do niego agent i proponuje stanowisko w rządowym projekcie. Wykorzystuje jego potencjał do stworzenia cudu, dajmy na to holowizji, a potem wyrzuca na śmietnisko jak przepaloną żarówkę.

Zygmunt poczuł, że musi wyjść się przejść, pójść na spacer, posegregować nowe informacje w przegródkach.

– Na mnie pora… Ja nawet nie wiem, czego ode mnie chcecie.

– Żebyś wynalazł dla nas cud! Coś, co pomoże nam wyzwolić się z opresji! Bo ja się już prawie wypaliłem, przy swoim wynalazku. Pokażę ci coś…

Ernest wyjął z kieszeni niewielki czerwony walec, po przekręceniu z walca wystrzeliło feerią barw szaleństwo płynnych form. Substancja kształtowała jednocześnie wszystkie możliwe i niemożliwe klucze, wytrychy, noże i korkociągi, jakby ktoś wprowadził funkcje szwajcarskiego scyzoryka w stan superpozycji. Urządzenie wyglądało na żywe.

– Sztuczna inteligencja, której jedynym życiowym sensem jest odkręcanie śrubek. – wyjaśnił Ernest. – Podobnie jak przy biologicznych płynnych substancjach, tylko, że zamiast przemierzać przestrzeń fenotypów, wędruje przez wszechświat potencjalnych śrubek. Odkręci każde nakręcie głowy.

Zygmunt w zamyśleniu patrzył na wytrych jak na zaczarowany ołówek. Mężczyzna poczuł, że w głowie brakuje mu już szufladek, żeby to wszystko skatalogować.

– Weź go. Nie kłam, że nigdy nie marzyłeś o odkręceniu abażura – zachęcił Ernest.

 

***

 

Na wszelki wypadek miał na podorędziu gaśnicę. Zamknął się w pokoju akademika, by nikt go nie przyłapał.

Przyłożył narzędzie do pierwszej śrubki, inteligentny śrubokręt łapczywie wtopił się w otwór, zniekształcając swoją substancję, kapryśnie odrzucając kombinację za kombinacją. Wkrótce Zygmunt usłyszał kliknięcie podobne do dźwięku otwieranego sejfu.

Mężczyzna drżał z ekscytacji, to było zupełnie nowe, nieznane doświadczenie, jak podróż na inną planetę w celu kontaktu z tubylcami. Poluzował kolejne śrubki i podniósł nakręcie głowy.

Oślepiające światło i ogłuszający szum. Zygmunt czuł, że rozsadza mu czaszkę, że starannie uporządkowane szufladki w mózgu mieszają się z sobą w dzikim, spontanicznym chaosie.

Chciało mu się wyć.

Więc zawył.

Czuł straszny głód idei, rzucił się na pierwsze z brzegu źródło pokarmu. Zaczął wertować podręcznik do Podstaw Biomodyfikacji, choć czuł, że nie jest to może najlepszy moment na naukę do kolokwium. Łakomie pochłaniał wzrokiem wzory i wykresy, ale ciągle było mu mało. Musiał tworzyć! Tylko co? Marnowany potencjał wył mu w czaszce niby chór jazgoczących piskląt.

Przerwał dopiero, gdy poczuł swąd spalenizny.

 

***

 

Z kolejnymi próbami było coraz lepiej, oswajał się ze swoją błyskotliwością, miał nawet wyrzuty sumienia, jakby w nauce na studia korzystał z nielegalnego dopingu. Ale nadal brakowało mu iskry, głównej idei, celu. Za to czuł coś o wiele piękniejszego – wolność. I tą wolnością pragnął się z kimś podzielić.

– Więc, o jaki prezent chodzi? – spytała Natalia. – Mam nadzieję, że pójdzie ci z tym lepiej niż z wyborem filmu.

Zygmunt podał Natalii czerwony walec.

– Przekręć go, a zobaczysz magię.

Ale, gdy inteligentny śrubokręt uwolnił menażerię dzikich kształtów, w oczach kobiety nie było widać oczarowania. Tylko trwogę. Abażur w nasturcje drżał.

– Co to jest?! – krzyknęła Natalia łamiącym się głosem.

– Klucz do wolności, wystarczy, że przyłożysz go do śrubki abażura. Pokażę ci.

– Zostaw mnie…

– Co?

– Powiedziałam: zostaw mnie!!! – Natalia z całej siły rzuciła śrubokrętem o ścianę. Włączone urządzenie desperacko próbowało dopasować swój kształt do kąta pokoju. W końcu, gdy jesteś inteligentnym śrubokrętem, wszędzie widzisz śrubki. – Ile razy powtarzałam ci, że ja nie chcę nic zmieniać. Że chcę żyć normalnie, jak inni ludzie, że abażur jest dla mnie niewidzialny. Ale nie, oczywiście, musisz mi non-stop o nim przypominać.

– Natalio… Ja nie rozumiem…

– Nie? Przecież ty nawet nic o mnie nie wiesz, uczepiłeś się mnie, bo jestem skrzywiona w ten sam sposób. To jedyne, na co patrzysz! Znasz każdą fałdkę na moim abażurze, każdy płatek nasturcji, bo nic innego cię we mnie nie interesuje! Wynoś się i zabierz ze sobą to płynne gówno.

– Co przede mną ukrywasz?! Skoro abażury są dla ciebie niewidzialne, to dlaczego wybiegłaś wtedy z kina? Tak jak ja nie możesz znieść, że jesteśmy potworami…

– Potworami? Naprawdę chcesz zobaczyć potwora?! Chcesz zobaczyć prawdziwą abominację? Mogę ci pokazać, tylko obiecaj, że nie zarzygasz mi twarzy. Gdy miałam piętnaście lat, skierowano mnie na zabieg poszerzenia abażura. Ale wiesz, szczęściara ze mnie, nie przykręcili mi niczego do głowy. Zamiast tego podali mi płynną substancję…

Natalia pochyliła głowę, ukazując wnętrze abażura. Wewnętrzna powłoka klosza wyglądała jakby była zrobiona ze skrzydła nietoperza, poprzecinana czerwoną siatką. Pulsujące żyły przypominały ruchliwe autostrady. Skóra na błonie poruszała się, oddychała. Nie została umocowana do głowy śrubkami, tylko trzema żółtawymi kośćmi. Abażur Natalii nie był nakręciem głowy, lecz częścią jej ciała. Równie integralną jak kołnierz agamy.

Ale Zygmunt nie patrzył na makabryczną konstrukcję, tylko na twarz kobiety, której przecież nigdy wcześniej nie widział. Na policzki, po których spływały dwie duże łzy.

Objął ją na tyle mocno, na ile pozwalały średnice abażurów.

 

***

 

Oczywiście w podręcznikach nie znalazł nic na temat aż takich zaawansowanych modyfikacji. Wydawało się to nieprawdopodobne, w końcu teoria dopiero raczkowała. Ale odkąd dowiedział się prawdy od Ernesta, musiał daleko przesunąć horyzont tego, co możliwe.

– Wiem, co chcę wynaleźć, wiem, jaki cud dam rewolucji! – oznajmił Zygmunt, przy kolejnym spotkaniu w zabałaganionej kryjówce buntowników. – Wynajdę antidotum, przecież do stworzenia czegoś takiego, musieli wykorzystać kogoś z naszych! Tylko musisz mi pomóc, znaleźć plany, sygnatury, wzory.

– Niby jak mamy to zrobić? – spytał Ernest. – Zdajesz sobie sprawę, że to rządowy projekt? Nie tak łatwo jest…

– Nie wiem, to wy jesteście podziemiem, rewolucją, pociągnijcie za sznurki, zapłaćcie komu trzeba… Proszę.

– Zobaczę, co da się zrobić.

Ernest musiał widocznie pociągnąć za odpowiednie sznurki, przekupić, kogo trzeba, bo już tydzień później w gabinecie rewolucjonistów znalazły się szczegółowe plany płynnego abażuru. Poszło dużo łatwiej, niż się spodziewał.

 

***

 

Nareszcie był w stanie nasycić głód wiedzy.

Odkręcał abażur, dając się ponieść manii błyskotliwości, tonąc w twórczej pasji w poszukiwaniu rozwiązania. Przez pierwsze trzy dni zdołał przeanalizować działanie płynnego abażuru, ale odwrócenie ścieżki, znalezienie antidotum stanowiło wyzwanie.

Zygmunt w szaleńczym amoku zapisywał kolejne kartki szlaczkami równań i schematów, w oczach już roiło mu się od wypluwanych przez komputery symulacji.

Frustrowało go tylko, że za każdym razem, gdy robiło się zbyt niebezpiecznie, musiał przerwać. Ale z każdym dniem pracował coraz dłużej, coraz jaśniej i coraz goręcej.

Aż w końcu to poczuł, zupełnie dał się ponieść i utonął w orgiastycznym tańcu idei rodzących nowe idee, pączkujących wykładniczo jak w reakcji łańcuchowej. Głód tworzenia był już tak silny jak u narkomana na odwyku. Był już blisko, musiał tylko pomyśleć jeszcze jedną minutę, zapisać ostatnią kartkę, nacisnąć ostatni przycisk. Jeszcze chwila, jeszcze tylko momencik. Pasja wymaga męczeństwa.

Żarzył się już tak mocno, że nawet nie spostrzegł, gdy pierwszy rękopis spłonął.

Błysk.

Ogień.

Sczerniała główka zużytej zapałki.

 

***

 

Leżąc z wypaloną twarzą, jeszcze kreślił w powietrzu rozwiązanie, jak obłąkany dyrygent, który nie może przestać nawet, gdy opera płonie. Ostatni ruch palcem, ostatni dźwięk. Skończył i zamknął powieki.

Gdy otworzył oczy ujrzał przed sobą nieznanego brodatego mężczyznę, trzymającego w dłoniach gaśnicę.

– Skończyłeś? – zapytał nieznajomy ochrypłym głosem Ernesta. Ale coś się nie zgadzało. Abażurzysta nie miał na głowie abażura.

– Ernest? Ale przecież…

– Pytałem, czy skończyłeś swój cud?

– Tak, ale wszystko na marne, spłonęło.

– Spokojnie, wszystko nagraliśmy na holowizyjną kamerę. Możesz już zasnąć.

Zygmunt chciał jeszcze coś powiedzieć, ale słowa plątały się po drodze od głowy do języka. W końcu odszedł. Szczęśliwy, przekonany, że wszystko się udało. Że wyleczy Natalię i innych, szkoda tylko, że nie doczeka abażurowej rewolucji.

Brodaty mężczyzna, który wcale nie miał na imię Ernest, jeszcze chwilę gasił tlące się dokumenty. Nigdy nie potrafił zrozumieć, dlaczego błyskotliwi mogą być tak mądrzy i tak głupi jednocześnie. Wierzyć w naiwne bajeczki o Stowarzyszeniu Abażurzystów, przecież tej nazwy nie da się nawet wymówić trzy razy pod rząd. Nie spostrzegać dziwnych zbiegów okoliczności, jak pojawienie się pod rząd dwóch kontrprzykładów. Dać się prowadzić po sznurku wyznaczonym przez propagandową narrację. Żyć wolnością równie iluzoryczną, co ruchomy punkt widzenia w holowizyjnym filmie. Możesz obracać, oddalać się, ale nigdy nie uciekniesz od kulminacji.

Z Zygmuntem poszło nawet łatwiej niż się spodziewał. Poprzedniego błyskotliwego trzeba było zmuszać do wynalezienia płynnego abażuru, niestety przed odkryciem antidotum dopadło go zawodowe wypalenie. Brodaty mężczyzna pomyślał, że może dostanie awans. Rządowy projekt abażuru jako części ciała, którą można włączać i wyłączać, uodpornionym na wszelkie amatorskie wytrychy, zostanie sfinalizowany.

Schemat postępowania zwykle był podobny. Pozwalają błyskotliwemu żyć w miarę normalnie, obserwują z ukrycia, by w odpowiednim momencie zmanipulować i cynicznie wykorzystać.

Zanim trafi na wysypisko, jak kolejna przepalona żarówka.

Koniec

Komentarze

Co się dzieje… Myślałem, że przyjdę i będę mógł dowalić w pierwszym komentarzu, że znowu dla jajogłowych, że niszowe, i w ogóle popłynąłeś tak jak zwykle. Ale nie, bardzo mi się podobało.

Normalnie koniec świata.

No pięknie, Szyszkowy, pięknie pokazałeś alienację. Często powtarzam, że pisanie od serca przynosi najlepsze rezultaty, trzeba pisać, co gra w duszy, a nie grać to, co chcą usłyszeć inni. Nie przeładowałeś tekstu przemądrzałymi sformułowaniami, dałeś tyle, żeby zrozumieć problem, ale nie zalać człowieka ideami, mądrościami i intelektobełkotem.

Fajna para głównych bohaterów. Z wszystkimi przywarami, błędami, naiwnością i wiarą w… No, właśnie, w co? :) Myślę, że udało mi się załapać.

Właściwe nie mam uwag.

Dobra robota!

 

Ale długo się naczekałem od czasu Flamingów, całe lata będą.

Kontakty z innymi osobami, jeśli pozbawione są znaczenia emocjonalnego, przestają się liczyć. D.G.

Bardzo dziękuję, Darconie. Tym bardziej, że w tym tekście właśnie najważniejszy był dla mnie wątek alienacji i wyobcowania. I bardziej niż o ideach, pisałem, co mi w duszy gra, skupiłem się na warstwie emocjonalnej. Cieszę się, że tym razem udało się uniknąć bełkotu dla jajogłowych. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Świetne. Błogosławieństwo dla pomysłodawców tego konkursu, dzięki któremu mamy tyle naprawdę fantastycznych tekstów.

Tekst jest IMHO bardzo dobry koncepcyjnie, od wyjściowego podwójnego znaczenia “błyskotliwości”, przez efektowny absurd ludzi z abażurem na głowie aż po rozegranie politycznej, powiedzmy, strony spisku. Do tego doskonale dopasowany jest styl i język – ironiczny, z lekko zdystansowanym narratorem, świetnie budujący klimat absurdu i groteski. Jednocześnie przez ten absurd i groteskę przebijają bardzo ludzkie odczucia goryczy i rozczarowania. Tak, bohater jest groteskowo-weirdowy, a jednocześnie – smutno ludzki w swojej samotności i naiwnym poszukiwaniu spełnienia i szczęścia. 

Bardzo, bardzo mi się podobało.

PS. Dodatkowy plus za bardzo udany tytuł.

 

Bardzo dziękuję, Ninedin. Bardzo się cieszę, że opowiadanie spodobało Ci się zarówno jeśli chodzi o koncepcję jak i styl. Zależało mi też, żeby pod tymi weirdowo-groteskowymi abażurami krył się też jakiś wiarygodny ludzki pierwiastek. :)

 

Ale długo się naczekałem od czasu Flamingów, całe lata będą.

Nareszcie :D 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak dla mnie chyba najlepsze (a na pewno najprzystępniejsze) Twoje opowiadanie, jakie znam :) Nie żeby inne były niedobre, ale to jest zrozumiałe i po prostu czytalne przy całej absurdalności i groteskowości. Dobra, Dzwoneczek w sumie był czytalny i kilka innych też, ale tu jest historia od A do Z, a groteska i absurd – niemalże mimochodem, bez wściekłych zawijasów narracyjno-fabularnych.

Zakładam, że gra z “błyskotliwy” celowa, bo mi się bardzo.

http://altronapoleone.home.blog

Cieszę się, Drakaino, cały czas sobie eksperymentuję, bawię się balansowaniem absurdu i zrozumiałości. Gra z “błyskotliwością” oczywiście celowa. W zasadzie to korzeń, z którego wyrósł ten tekst. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ciekawe opowiadanie.

Pierwsze zdanie jest świetne i bardzo podoba mi się, że potem błyskotliwość nabiera drugiego dna. Napisane właściwym językiem, dobrze pasującym do opowiadania. Podobało mi się też głód wiedzy Zygmunta. Czytało się bardzo płynnie i szybko.

A końcówka mnie zaskoczyła i to też plus.

Zgłaszam do biblioteki. 

Nooo, ładnie poleciałeś.

Cała historia bohatera – od narodzin do wypalenia. Fajne zabawy z językiem, BTW.

Pojechany świat, fajne uniwersum tu eksplorujesz.

No i ten potężny przekaz: błyskotliwość jest niebezpieczna, nieodmiennie prowadzi do wybuchów i rewolucji. Ale, cholera, tak pociągająca, że nie da się nie wykorzystać. Ani będąc błyskotliwym, ani rządem. Ogień, po prostu.

Błyskotliwy tekst.

Jestem na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Kawał dobrego opowiadania okraszony udaną, nieco zabawną w wymowie narracją. Zabawa słowem wyszła fantastycznie – błyskotliwość o dosłownym i niesłownym znaczeniu. Ładna warstwa emocjonalna, pokazująca alienację “błyskotliwych”, ale widzę tutaj również pogłębiony temat rewolucji, jej przyczyn i możliwych skutków. 

Pana Ernesta rozgryzłam, kiedy w tydzień załatwił tajne plany, tutaj od razu przyszedł mi na myśl film Piękny umysł (książki nie miałam okazji czytać) z Russellem Crowem w roli głównej, gdzie jego bohater również zafiksował się na punkcie tajnej organizacji. 

Końcówka trochę zbyt dosłowna, ale nic nie szkodzi, bo cały tekst wyszedł bardzo fajny.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Bardzo dobrze się czytało.

W tekście poruszasz tak naprawdę kilka tematów, do mnie akurat bardziej trafił ten z podwójną definicją błyskotliwości – próba przedstawienia ją jako wady w przedstawionym świecie absurdu. Przy czym ten świat absurdu nie jest wcale taki daleki od realnego.

Temat alienacji to kolejna kwestia – akurat mnie jako czytelnika nie poruszyła jakoś szczególnie, ale bardzo dobrze że ta treść znalazła się w tekście. Jak widać we wcześniejszych komentarzach, niektórych to właśnie uczucia bohatera najbardziej przekonały.

I właśnie tutaj dochodzę do głównej myśli – tym opowiadaniem prawdopodobnie osiągnąłeś złoty środek. Darcon uznał za wadę Twojego pisania „że znowu dla jajogłowych, że niszowe, i w ogóle popłynąłeś tak jak zwykle”. I jak najbardziej rozumiem taką perspektywę. Pamiętaj jednak, że niektórzy właśnie lubią czytać teksty zbudowane na abstrakcyjnych ideach, w których autor naprawdę „popłynie” i nie uznają ich za intelektobełkot.

W przypadku „Nakręcia głowy” widzę coś pośrodku. Z jednej strony warstwa abstrakcyjna – przedstawienie ciekawych idei w absurdalny sposób – ciągle ma się dobrze, ale nie jest już tak bardzo wyeksponowana jak w poprzednich tekstach. Zamiast tego dodajesz trochę warstwy emocjonalnej, trafiając w szersze grono odbiorców.

Podsumowując – świetna robota. To nie jest mój ulubiony spośród Twoich tekstów, ale należy się za niego duże uznanie.

SzyszkowyDziadek, ale mi się podobało! Przeczytałam jednym tchem. Trochę skojarzyło mi się z "Pięknym Umysłem":-) powodzenia i pozdrawiam

Tjaaa, Szyszkowy ma piękny umysł. ;-)

Babska logika rządzi!

Widzę dużo nowych komentarzy, wybornie. :)

Edwardzie, dziękuję za komentarz i zgłoszenie do biblioteki. Fajnie, że spodobała się dwuznaczność błyskotliwości i nawet zaskoczyć się udało.

Finklo, dzięki. Cieszę się, że tekst się tak bardzo spodobał. Podoba mi się, jak odebrałaś przekaz o wybuchowości i rewolucyjności błyskotliwości. O tym, jakie piękno i niebezpieczeństwo w jej drzemie.

Sy, dziękuję za wizytę. Z tej zabawy słowem błyskotliwość zrodził się ten tekst. Ciekawe skojarzenie z Pięknym umysłem. To załatwienie planów miało być właśnie (może nawet za mało subtelną :P) wskazówką, zapowiedzią zakończenia.

Perruksie, dzięki za bardzo rozbudowany komentarz i cenne spostrzeżenia. Staram się kombinować z dziwnością w swoich tekstach, szukać złotego środka. W tym tekście bardziej popłynąłem w stronę emocji i przedstawienia samotności i wyjątkowości bohatera niż w efektowność pomysłu i fabuły. Co ciekawe, w Dzwoneczku, który tak spolaryzował czytelników (i tak nielubianym przez Darcona :)) też przewijał się podobny motyw problemów z walidacją (piciem do lustra eliksiru akceptacji…), ale był przysłonięty przez ekscentryzm. Oczywiście, teksty bardziej oparte na efektach i pomysłach nadal będę pisać. Zależy, co mi będzie akurat w duszy grało, próbuję różnych rzeczy. :)

Dzięki, Olciatka. I znowu skojarzenie z "Pięknym umysłem". Ciekawe :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Doklikuję bibliotekę. Jak dla mnie najlepszy tekst w konkursie. Rewelacyjny pomysł i świetna realizacja. Wyjątkowo “błyskotliwe” opowiadanie”. Gratuluję :)

 

Ps. Podpisuję się pod słowami Finkli i oczywiście popieram piórko :)

Pierwsze zdanie jest genialne. Cały początek też. Ach, zapomniałbym o tytule.

Potem jest jedna wielka jarząca się żarówą dziura i napis KONIEC.

Nie byłem w stanie szukać potknięć, bo wciągnęło mnie na maksa.

Takie opowiadania chcę czytać. Z genialnym pomysłem i równie świetnym wykonaniem.

Wielką zaletą tego tekstu jest jego gęstość i dynamika. Czuję się, jakbym przeczytał całą powieść. Nie sądziłem, że w 24k da się zawrzeć tyle fabuły. No i zakończenie, jak gdyby wbrew modzie i panującym trendom, pięknie dopowiedziane i zamknięte dobrą, życiową puentą.

W bibliotece już zasłużenie się rozgościło, to jeszcze poskarżę loży.

Dzięki za komentarz i nominację, Katio. No i za napisanie w banku haseł nade mną, bo to z liter Twojego nicku wziąłem kuriozalny abażur. :D

Dzięki, fizyku, bardzo się cieszę. Tutaj ten ciasny limit znaków nawet pomógł mi zdynamizować tekst, zagęścić go bez zbędnych dłużyzn. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

O, to bardzo się cieszę, że w jakiś, hm trochę niezależny ode mnie sposób, przyczyniłam się do powstania tak genialnego utworu :):):)

Udane opowiadanie. Bardzo przyjemna lektura. :)

“Oczywiście słyszał o słynnych błyskotliwych, który zapisali się krwawymi zgłoskami na kartach historii jak Abażurowy Zamachowiec czy Lampowy Samobójca.” → którzy

 

Tak! Nie rozczarowałam się. Tekst wydał mi się doskonale dziwny i piękny. Pokochałam Twoje postaci, którym nie sposób było nie współczuć. Zbudowałeś piękny i tragicznie smutny świat. Znakomicie pokazałeś alienację i po mistrzowsku namalowałeś słowem niezwykłą rzeczywistość. Nie wiem, co jeszcze  prócz ochów i achów mogę napisać. Świetna robota. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Rooms, Rosebelle, bardzo dziękuję za komentarze. Cieszę się. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wszystko w tym świecie do siebie pasuje, jest realne w swojej nierealności. Podejście do błyskotliwych, to jak toczy się ich życie, z jakimi problemami się borykają, czego pragną a czego nie. A do tego „technikalia” napisane w taki sposób, że człowiek nie czuje się, jakby zakończył edukację w piaskownicy, śliniąc się na grabki ;) Jednym słowem: błyszczysz!

Bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się, że pomimo nierealności wyszło realnie jeśli chodzi o przedstawienie ludzi i ich problemów. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Już Tamatoa głosem Maleńczuka wiedział, że lepiej jest błyszczeć…

 

Czej, zapiszę ci to tak: ciąg pochwał dąży do nieskończoności.

 

Zabawa znaczeniami słów, świetnie napisane, dziwności tyle ile trzeba, gęsto poprowadzona fabuła, niby nierealna, ale wiarygodna aż do bólu zębów, błyskotliwość jako nieodparta (i przez to niebezpieczna) pokusa dla wykorzystywanych i wykorzystujących… No po prostu cud, mjut i orzeszki, pardon, szyszki.

 

Bardzo mi sie.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Psycho, za biegnące do nieskończoności (dobrze, że nie minus :P) pochwały. :)

Witam również szanowne jurorki i ich obrazki.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Podobało się. :)

A więcej napiszę później, bo teraz muszę spać. 

Dzięki za wizytę w środku nocy. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Wróciłam. :)

SzyszkowyDziadku, jestem oczarowana zarówno formą jak i treścią, wykonaniem i przekazem. Od początku przykułeś moją uwagę genialnym, absurdalnym pomysłem oraz nazewnictwem. Już by się mogło wydawać, że to jakiś dziwny romans odmieńców, ale nie. Tu chodzi o coś dużo głębszego i mocniejszego. W sposób zabawny i błyskotliwy pokazujesz bohaterów oraz świat. Kilka razy uśmiechnęłam się, bo sposób, w jaki to napisałeś jest wyważony, prosty w odbiorze i błyskotliwie wpleciony w słowa i czyny bohaterów. Czytało się na jednym wdechu. 

To jest tak dobre, że ja piórkuję! ;)

 

Powodzenia w konkursie!

Dziękuję za rozwinięcie, Saro. Cieszę się niezmiernie. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Fajne :)

Przynoszę radość :)

Dzięki :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Błyskotliwy tekst :-)

 

Dołączam się do ochów i achów, ale jak “Ernest” właściwie prosto z mostu oznajmił jak działa rząd, jak działa on sam… kurde, no, to było aż zbyt oczywiste, denerwujące.

Co jeszcze mi nie zagrało, to ten salon kolorowania abażurów – z czego to, to się utrzymuje, jak błyskotliwych jest tylu, co nic?

 Tę końcową wykładnię, z powtarzaniem zdań z tekstu już Ci odpuszczę, bo wiem że to świadomy zabieg estetyczn0-metaliteracki, a nie infodumpowy, czy łopatologiczny.

 

A tak poza tym to ładne światotwórstwo, język przejrzysty, wszystko płynne i jasne, bez potknięć. To taka fantastyka, jaką lubimy, gdzie elementy fantastyczne są integralną niewymagajacą wyjaśniej częścią świata, a część z nich to tylko kwestia czasu, by przestały być fantastyką :)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki, Mytriksie. :) No z “Ernestem” mogło wyjść zbyt przewidywalnie, jak zaczął swój złożony monolog. Miał w sumie brzmieć jak zapalony rewolucjonista nienawidzący rządu, stąd tyle o nim wie. Z tym salonem to się nawet zastanawiałem. To jest tak, że w tym świecie są zachowane pewne pozory tolerancji wobec błyskotliwych, taki listek figowy, stąd salony kolorowania abażurów (też nie są za częste – rodzice mogli wybrać się do innego miasta żeby sprawić synkowi ten “prezent”) czy hełmy holowizyjne dostosowane do kloszy. Salony mogą być finansowane przez rząd, żeby podtrzymywać tę iluzję.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Pewnie, że może tak być, dałem tylko znać, co mi się nie do końca zgadzało podczas czytania. Nie żeby mi to przeszkadzało dorzucić się do piórkowej nominacji ;P Po prostu ile można mnożyć pochwał poprzedników ;)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Jasne, jestem wdzięczny za te uwagi. I za pochwały też. :) 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

I w tym absurdzie tyle emocji? Jak ci też to tak zgrabnie wyszło, by napisać historię tak bajkową, a jednocześnie tak pełną życia? Skończywszy czytać, westchnęłam “ale cudeńko” i w sumie na tym mogłabym skończyć. Cudnie mi się śledziło losy Ernesta, jego relacja z Natalią to była taka prawdziwa, że słów brak (jak on ją przytulił! jak bardzo się tego nie spodziewałam), a przewrotny plot twist sprawił, że zabolało mnie serduszko.

Wykonanie znakomite, interpunkcja przyjemna, zabawy językowe takie, że mam ochotę wziąć i wyrzucić cię za okno, bo jak śmiesz. To już jest ten poziom, przy którym stwierdzam, że ja bym tak w życiu nie potrafiła i wzdycham ciężko. Zazdro okropne.

Opowiadanie super, powodzenia w konkursie!

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dzięki, Kam. Cóż, przepraszam za taką bezczelność, będę musiał poddać się karze defenestracji. Do Twojego tekstu zajrzę i zobaczymy, kto tu komu będzie zazdrościł. :D W ogóle poziom konkursu jest bardzo mocny, a przeczytałem dopiero kilka tekstów.

Swoją drogą, Natalię przytulał Zygmunt, nie Ernest. :P

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Tylko wybierzcie jakieś okno na parterze. Brakowałoby mi absurdalnych tekstów Dziadka. ;-)

Babska logika rządzi!

Pozostawię Kam kwestię wyboru okna. :D

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Kam? Nie szalej z piętrami, dobrze?

Babska logika rządzi!

Właśnie przeczytałam opowiadanie o ludziach z abażurami na głowach i zbieram szczękę z podłogi.

Cooo tu się zadziało?! Przecież to jest znakomite! Rzadko udaje się połączyć odjechany koncept i szalony świat z takim ładunkiem emocjonalnym. Tekst jest świetnie napisany i właściwie wszystko w nim gra. Światotwórstwo to sam miód, bohaterowie są żywi i ludzcy, jest dużo ciepła, piękna gra konceptem i zaskakujący zwrot fabularny. Zaskakujący i bardzo gorzki. Kurczę, wciąż nie mogę wyjść z podziwu jak to wszystko jest doskonale wyważone.

 

tonął w orgiastycznym tańcu idei, rodzących nowe idee, pączkującym wykładniczo jak w reakcji łańcuchowej.

rodzącyM nowe idee? Plus powtórzenie, nie wiem czy zamierzone. 

Bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się niezmiernie, że tekst się spodobał. :) Powtórzenie idei miało być celowe. Tam jest rodzących, bo to idee rodziły, nie ich taniec. :) Tylko w sumie potem pewnie powinno być pączkujących, ale już nie zmienię, bo po terminie konkursu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

No to chyba wywaliłabym przecinek po pierwszych ideach.

Babska logika rządzi!

Możliwe, słabo ogarniam przecinki :) Poprawię po zakończeniu konkursu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

 Wpadłam specjalnie, żeby przeczytać Twoje opowiadanie, i się nie zawiodłam. Świetne już na etapie pomysłu, na tyle, że to pomysł – ku mojemu własnemu zdziwieniu – podobał mi się bardziej niż warstwa emocjonalna. Ale zgadzam się, że tutaj wszystko jest podane w odpowiednich proporcjach i bardzo zgrabnej formie. Jedynie w ostatnich akapitach wyszła trochę łopata, ale to nie zepsuło ogólnego wrażenia. Gratuluję dobrego tekstu!

 

Wszyscy chwalą pierwsze zdanie, a mnie się chyba najbardziej podobało to: „Objął ją na tyle mocno, na ile pozwalały średnice abażurów”. Bo ładnie oddaje istotę całego tekstu – ludzkie, ale zaraz przypominające o absurdzie, z subtelnym humorem, ale i samo w sobie wyrażające pewną samotność.

Kam? Nie szalej z piętrami, dobrze?

A to już zależy, jak dobrze będzie pisać Szyszek.

Szyszek, apeluję o opamiętanie się. Ja tu nie mam zbyt wielu wysokich budynków.

 

 

A z tymi imionami – wylatują mi z głowy po pierwszym czytaniu, rzuciłam okiem na komentarz wyżej i skopiowałam pierwsze imię męskie, jakie zobaczyłam. Ale jak czytałam, to wiedziałam, co się dzieje ;)

www.facebook.com/mika.modrzynska

Dziękuję za wpadnięcie z wizytą, Teyami. :) Też lubię to zdanie o średnicach abażurów.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Zabawna gra słowami, zaskakująca dwuznaczność błyskotliwości, duża zawartość absurdu w absurdzie i to co lubię najbardziej, czyli oryginalne poczucie humoru. Ale to jeszcze nie koniec, spod otoczki groteski wyłania się płaszczyzna emocjonalna.

Pod sztywnymi kloszami abażurów kryją się przecież całkiem znajome, ludzkie uczucia, alienacja, poczucie odrzucenia, gorycz samotności.

Przeczytałam opowiadanie dwukrotnie, gdyż jestem, proszę Pana Szyszkowego, umysł ścisły. Podobają mi się teksty, które już raz czytałam, poprzez reminiscencję. :D

Śmiechem żartem, ale podobało mi się za każdym razem tak samo bardzo. ;)

Jedyne do czego mogłabym się przyczepić to te „dwie duże łzy, które spływały po policzkach”, trochę trąci tanim sentymentalizmem, niczym odcisk dłoni na szybie w miłosnej scenie z Titanica. ;) 

Końcówka odrobinę zbyt dosłowna, można było zostawić więcej w sferze domysłów, ufając w błyskotliwość czytelników.

To jednak małe, niewiele znaczące niuanse, całość natomiast prezentuje się wyjątkowo smakowicie!

 

Knock me off my feet like heroin.

Dziękuję za komentarz, Melancholio. Zwłaszcza za uwagi o sentymentalnych łzach i zbytniej dosłowności zakończenia. Wezmę je sobie do serca i do duszy. :D

I jeszcze raz dziękuję za betę i pierwszą opinię o tekście. Witam na portalu :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Ponieważ nominacji piórkowych jest w tym miesiącu mnóstwo, pozwolę sobie na komentarz piórkowy już teraz.

Będę na TAK, bez odrobiny wątpliwości. Tekst jest pomysłowy koncepcyjnie, a ten oryginalny pomysł opracowany jest w spójnej, a jednocześnie przejrzystej i czytelnej fabule, w której brawurowo łączysz elementy różnych konwencji: fantastykę spod znaku absurdu żenisz z obyczajówką i elementami gorzkiego politycznego thrillera tak, że wychodzi gładka całość bez widocznych szwów. Groteskę i absurd ogrywasz mistrzowsko, budując sceny, które są śmieszne, żałosne i trochę straszne; jednocześnie – co jest bardzo trudne – w ten klimat wpisujesz w pełni ludzkie, zrozumiałe odczucia bohatera, z którymi czytelnik może w pełni empatyzować. Postacie – bardzo zwyczajne i ludzkie w swojej zwyczajności – mimo całego absurdalnego otoczenia są psychologicznie prawdziwe i wiarygodne – chęć bohaterki, by wszyscy przestali zwracać uwagę na jej odmienność czy uparte, naiwne poszukiwanie szczęścia przez bohatera są jak najbardziej “z życia wzięte”.

Jeden z moich ulubionych tekstów w konkursie i jeden z tych, które – jak podejrzewam – zapamiętam na dłużej. Bardzo mi się podobał.  

Fajne – i już pierwsze zdanie skupia uwagę, co łatwe przecież nie jest. W dodatku niby idea absurdalna, niby kierujesz na różne wesołe gry słowne, a w końcowym rozrachunku, spychasz w bardzo ponury nastrój. Może tylko przedobrzając za bardzo wyjaśniając, bo te same 

W sumie historia tego, na ile sposobów można wykorzystać zapał młodych ludzi i ich chęć do zmieniania świata. Smutne, a prawdziwe, patrząc jak wiele partii manipuluje swoimi młodzieżówkami.

Co jeszcze? Co Ci będę mówić, tekst w Twoim stylu. Absurd, który jest w świecie przedstawionym oczywistością. Tak bardzo, że czytelnik przestaje ten absurd odczuwać i śledzi akcję.

 

"Protagonista kreślił w powietrzu jak opętany"

Czegoś w tym zdaniu chyba nie ma? Bo niby ciąg dalszy wyjaśnia o co chodziło, ale jednak zdanie wydaje się ucięte.

 

"tajemniczego studenckiego bractwa o nazwie złożonej z trzech wybranych na chybił-trafił greckich liter"

To nawiązanie do "ARQ", czy w USA faktycznie mają takie tradycje?

Ninedin, Wilku, bardzo dziękuję za komentarze. :)

Nie nawiązywałem do “ARQ”, bo nie wiem, co to jest. :P Z tymi losowymi greckimi literami to bardziej się inspirowałem wątkiem tajnych studenckich bractw z filmów. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Komiks, w którym było tajne studenckie bractwo z literami greckiego alfabetu ;-)

Szyszku, nie mów, że nie zapisałbyś się do stowarzyszenia “Pi i Sigma”. ;-)

Babska logika rządzi!

Nie no, na Matplanetę to wiadomo, że bym się wybrał :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

A konkretnie – dwa matplanetyczne znaki. ;-)

Babska logika rządzi!

A potem było coś o recydywistach… 

Ale i o zbiorach. Nie mylić ze zbirami. ;-)

Babska logika rządzi!

Ale zbiorach kogo i skąd?

No przecież wiem…

A potem była lista tortur. Na przykład takie “przecałkują”. Podobno w staropolskim “całka” oznaczała dziewicę. W tym kontekście chyba wolę nie wiedzieć, czym będzie przecałkowanie…

Babska logika rządzi!

Ciekawe opowiadanie, szybko się czytało. Bardzo obrazowo przedstawiłeś abażur Natalii, brr… Moment, w którym sobie uświadomiłam, że oszukali bohatera, był uderzający. W końcówce mogłoby być trochę niedopowiedzeń, ale ogólnie jest ok. W momencie, kiedy bohater postanowił iść za mapką, wszystko się działo jakoś nienaturalnie szybko, to jego zastanawianie się, a potem pójście tam, ale może to wina przycinania tekstu do limitu?

Próbował zająć się czymś innym, oczywiście przeprosił Natalię za swoją pomyłkę, ale dziewczyna zachowywała się tak, jakby nic się nie stało.

Coś mi się nie podoba to zdanie, takie mocno streszczające.

 

The lihgt inside has broken, but I still work.

Sonato, dziękuję za komentarz i uwagi o zbyt dopowiedzianej końcówce. Tak, w tych fragmentach trochę się pospieszyłem i prześlizgnąłem, częściowo było to spowodowane limitem.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jak by na to nie patrzeć, SzyszkowyDziadku, jesteś instytucją o określonej renomie, więc jakość Nakręć głowy nie zaskakuje, a jeśli już, to kolejnym znakomitym pomysłem i świetnie opowiedzianą historią. Twój świat ludzi w osobliwy sposób związanych z lampami, zabłysnął tu pełną krasą szczególnych przeżyć Zygmunta i z całą jaskrawością pokazał, że o sytuacjach nader absurdalnych można pisać bardzo zrozumiale. Iluminując rzecz rozbłyskami wybornego humoru sprawiłeś, że opowiadanie okazało się szalenie satysfakcjonujące. ;)

 

Pod­niósł wzrok i od­su­nął od ba­rier­ki, gdy usły­szał… ―> Czy dobrze rozumiem, że odsunął od barierki podniesiony wzrok, czy może miało być: Pod­niósł wzrok i od­su­nął się od ba­rier­ki, gdy usły­szał

 

skrzy­wił się pra­cow­nik i udał na za­ple­cze. ―> Raczej: …Pracownik skrzy­wił się i poszedł na za­ple­cze.

 

Po chwi­li, Zyg­munt i Na­ta­lia we­szli na salę ki­no­wą, ale na film trze­ba było jesz­cze chwi­lę po­cze­kać. ―> Powtórzenie.

Druga chwila chyba zbędna, albo: …ale na film trze­ba było jesz­cze nieco/ trochę po­cze­kać.

 

i seans się roz­po­czął.

Film za­czął się nie­źle… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

lu­dzie ucie­ka­li w pa­ni­ce jak naj­da­lej od bla­sku i pło­mie­ni ognia. –> Płomieńogień znaczą to samo.

 

Pro­ta­go­ni­sta kre­ślił w po­wie­trzu jak opę­ta­ny… ―> Co kreślił protagonista?

 

bu­dził sko­ja­rze­nia ze zu­ży­tą za­pał­ką. ―> …bu­dził sko­ja­rze­nia z zu­ży­tą za­pał­ką.

 

Ho­lo­film za­koń­czył się, na­pi­sy koń­co­we za­czę­ły po­wo­li or­bi­to­wać wokół punk­tu wi­dze­nia. Gdy Zyg­munt w końcu wy­do­stał się z hełmu, spo­strzegł, że sta­no­wi­sko obok jest puste – Na­ta­lia mu­sia­ła odejść przed koń­cem se­an­su. ―> Powtórzenia.

 

Spoj­rzał na mapkę z za­zna­czo­nym krzy­ży­kiem. ―> Czy zaznaczony był krzyżyk, czy raczej krzyżyk był zaznaczeniem jakiegoś miejsca/ punktu?

Proponuję: Spoj­rzał na mapkę z narysowanym krzy­ży­kiem.

 

Na­zy­wam się Er­nest – przed­sta­wił się nie­zna­jo­my… ―> Na imię mam Er­nest – przed­sta­wił się nie­zna­jo­my

 

Rów­nie in­te­gral­ną, co koł­nierz agamy. ―> Rów­nie in­te­gral­ną jak koł­nierz agamy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo dziękuję za wizytę, Reg, cieszę się, że tekst się spodobał. :) Poprawki naniosę po zakończeniu konkursu.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Muszę przyznać, że bardzo mi się podobało, i to już od pierwszego zdania. Dobrze rozegrany, emocjonalny tekst z porządnym plotem na koniec. :D

Zostaw ten żyrandol.

Dzięki, Verus. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Początek błyskotliwy, już pierwszym akapitem sprawiasz, że ma się ochotą czytać dalej. Doskonale pokazujesz postępujące wyalienowanie Zygmunta, nieśmiałe próby buntu i marzenia o wolności. Gdzieś to jego osamotnienie wynika nie tylko z konieczności noszenia abażuru, on się sam usuwa na bok. Szuka podobnych sobie, wybiera film o facecie w abażurze.

Kilka osób pisało w komentarzach o skojarzeniach z pięknym umysłem. Mnie to poszło w zupełnie innym kierunku. Przyszły mi na myśl osoby z zespołem Downa, one też są w pewien sposób “naznaczone”, tutaj widziałam odwrócenie sytuacji: to ci błyskotliwi zostają naznaczeni. I byłam bardzo ciekawa dokąd mnie prowadzisz.

Niestety, zakończenie mnie mocno rozczarowało. Zapachniało mi torią spiskową. Może czegoś nie ogarnęłam, coś mi umknęło, albo po prostu biorę pewne rzeczy zbyt dosłownie, ale dla mnie to zakończenie kupy się nie trzyma. Miałoby sens jedynie w przypadku, gdyby okazało się, że jedynym problemem błyskotliwości jest oślepianie postronnych swoim blaskiem, bez skutków śmiertelnych. A cała reszta była tylko łgarstwem rządzących, którzy chcieli trzymać błyskotliwych w szachu. Jednak tak nie jest, błyskotliwość faktycznie zabija.

Nie ma tu więc jakiś pokrętnych działań rządu, a abażury, choć niewygodne, stygmatyzujące osoby je noszące, rzeczywiście ratują im życie. Dlatego nie rozumiem po co całe to zamieszanie z wymyślaniem tajnych stowarzyszeń, tajemnice, podchody specsłużb. Nie wystarczyłoby zwyczajnie poprosić? Zaproponować współpracę? A potem wykorzystać i porzucić, jeśli już do takiego końca chciałeś doprowadzić.

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Dziękuję za komentarz, Irko. Cieszę się, że początek się spodobał. Co do tego na ile bohater sam ponosi odpowiedzialność za własną izolację to oczywiście jest złożony problem. W opowiadaniu jest też przestawiona postawa bohaterki, która próbuje bardziej się zasymilować, traktować swój abażur jako niewidzialny.

Ciekawe skojarzenie z zespołem Downa, można na to patrzeć szerzej jako po prostu na człowieka naznaczonego jakąkolwiek rzadką chorobą/wyjątkowością szukającego swojego miejsca w świecie, ludzi sobie podobnych, reprezentacji w sztuce, etc.

Co do zakończenia. Główną motywacją działań rządu miało być zatajenie drugiego znaczenia błyskotliwości. Posiadanie wyłączności na związane z błyskotliwością wynalazki i rewolucje naukowe, bardziej wybuchową “ideę dynamitu”. Samo wprowadzenie abażurów faktycznie jest rozwiązaniem ratującym życie, szemrane interesy rządu są związane właśnie z tym zawłaszczeniem dla siebie potencjału błyskotliwym. Stąd rząd chciał się zabezpieczyć przed tworzeniem amatorskich wytrychów, by nie powtórzyć wypadku z Abażurowym Zamachowcem. Dlatego w kwestii wynalezienia płynnego abażura i antidotum postępował w sposób tajny, manipulując błyskotliwymi. Do zaangażowania w ten projekt wprowadzenia abażura jako części, nie wystarczyłoby poprosić o współpracę.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

To moim zdaniem najsłabszy Twój tekst, SzyszkowyDziadku, jaki czytałem. Oczywiście nadal jest to tekst na poziomie gwarantującym sporą satysfakcję z lektury. Pomysłowy, trochę zakręcony, jakby natchniony duchem Borisa Viana czy Rolanda Topora, a zarazem dobrze napisany i sprzedający czytelnikowi jakiś sensowny i ciekawy przekaz. Ale jednak daleko mu, w mojej opinii, do błyskotliwości „Dzwoneczka…” czy dziwności „Robaczywego…".

Powiem więcej, dziwię się, że akurat na konkurs weirdowy napisałeś tekst tak mało weirdowy. Klimat dwóch wspomnianych wyżej tekstów był imo zdecydowanie bliższy tej konwencji (zwłaszcza „Robaczywego…”), tutaj natomiast mamy niejako fantastykę przyszłościową z dziwnymi wynalazkami i pewnymi anachronizmami światotwórczymi (abażury przykręcane do głowy na śrubki). I w zasadzie całą dziwność tego świata tłumaczysz dosyć dokładnie (niestety często w infodumpach narratora lub infodumpowych dialogach), naukowym postępem, cudownymi wynalazkami, co akurat w weirdowym czy absurdalnym tekście nie do końca mi pasuje.

Fabuła, daleka od niezwykłości „Dzwoneczka…”, jest raczej średnio skomplikowana, a głównym twistem okazuje się spisek władz, które dosłownie i przenośni ''wykorzystują naiwność „błyskotliwych". Także finałowi zabrakło tej magii i świeżości, jaką pamiętam z lektury „Dzwoneczka…”

Niestety, widzę w powyższej historii przede wszystkim nieco blade echa innych Twoich tekstów, jakiś lekki recykling pomysłów fabularnych. Znów mamy dziwaczne stowarzyszenia, spiski, podziemne grupy, znów mamy romans bohatera z nietypową kobietą, znowu podglądamy bohatera innego od otoczenia, kolejny raz coś nie tak jest z całym światem, a wyrazem tej inności są ponownie jakieś proste, skonkretyzowane elementy rzeczywistości – robaki jako fobie i cechy, czy właśnie abażury jako nakręcia dla niebezpiecznej błyskotliwości.

Jako bonus dorzucasz nam zabawne gry słowne (typu wypaliłem się, wyrzucić jak zbędną żarówkę itp.), w zasadzie w kółko krążące wokół zjawiska świecenia, świetlnych przenośni czy metafor. Są przy tym te gry słowne dosyć dosłowne i w zasadzie bardzo proste, nie trudno przecież skojarzyć błyskotliwość ze światłem, wypalaniem się, błyskiem geniuszu itd. Zastosowałeś tutaj związki i wyrażenia znane od dawna, co wywołało u mnie wrażenie średniego polotu owych zabaw znaczeniowych.

Także od strony warsztatowej widzę niestety lekki spadek w dół, jakbyś mniej serca i pracy niż zazwyczaj włożył w to opowiadanie. Przez tamte teksty zazwyczaj jechało się jak po niemieckiej autostradzie, teraz zdarzyły się po drodze jakieś wertepy (np. czegoś mi brakuje w zdaniach: Rząd ukradł wynalazek Lebiediewa, (???) potem był już ostrożniejszy. lub Ernest wyjął z kieszeni niewielki czerwony walec, (???) po przekręceniu z walca wystrzeliło feerią barw szaleństwo płynnych form. – nie wiem, czy brakuje jakichś spójników, podziału na dwa odrębne zdania, jakiegoś wtrącenia w środku, ale w kilku miejscach tekstu miałem wrażenie zdań wybrakowanych).

Również przejścia pomiędzy poszczególnymi scenami, czy etapami fabuły, zdały mi się jakieś szarpane, nie do końca płynne. Podobne odczucia chropowatości miałem też w miejscach, gdzie w narracji opowiadającej o przeszłości, teleportowałeś czytelnika w scenki dziejące się/prezentowane w czasie teraźniejszym. Te przeskoki nie były wystarczająco naturalne moim zdaniem.

Podsumowując, przedstawiony w tekście świat udziwnionej przyszłości z teleportami, biomedycyną, wszystkimi tymi naukowymi podwalinami nie pasuje za bardzo do przykręcanych abażurów ograniczających błyskotliwość, a niestety na tym dżinksie opiera się w zasadzie cały absurd opowiadania. A i jako metafora jest to nieco toporne. Także fabuła, kojarząca mi się nieco z „Pięknym umysłem”, ale przede wszystkim z poprzednimi Twoimi tekstami, nie porwała tym razem i nie zachwyciła jak powinna. Podobały mi się niektóre zabawy słowotwórcze, pomysłowe gadżety (uniwersalny wytrych jest extra!), ale jednak są to tylko ozdobniki.

 

Rządowy projekt abażuru jako części ciała, którą można włączać i wyłączać, uodpornionym na wszelkie amatorskie wytrychy, zostanie sfinalizowany.

– Uodpornionym czy uodpornioną? Bo mi się sens tuta rozjeżdżają w połowie zdania

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuję, Mr. Marasie, za obszerny i rozbudowany komentarz. No cóż, szkoda, że tekst wypadł słabiej na tle wcześniejszych opowiadań. Faktycznie, jest u mnie sporo powtarzalnych motywów, może powinienem więcej z tym eksperymentować. Co do samej zawartości weirdu w weirdzie, to ja go tak bardziej na czuja postrzegam. Dla mnie np. Dzwoneczek podchodził bardziej pod absurd niż weird. Ale definicje są rozmyte. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Opowiadanie ze wszech miar błyskotliwe. Już sam tytuł skłania ku uniesieniu brwi i gwizdnięciu „Clever!”. Udało Ci się uzyskać złoty środek wyważenia absurdu: tekst jest ześwirowany, surrealistyczny, ale nie bełkotliwy. Konsekwentnie realizujesz dobrze przemyślaną, spójną fabułę – nie miałam wrażenia, byś w którymkolwiek miejscu na siłę musiał przyspieszać lub skracać albo rozbudowywać, a zmieściłeś się idealnie w zadanym limicie, co świadczy o dobrej kontroli tekstu.

Świat, który stworzyłeś, jest fascynujący i świetnie obudowany na zasadzie zabawy językiem. Niektóre Twoje cytaty mają trafność i dosadność równą aforyzmom Leca, a że jest to mój życiowy guru „powiedzenia krótko, ale tak, żeby w pięty poszło”, za sam język dodaję punkt do szczególnych walorów utworu. Ale należy się on również w kwestiach merytorycznych: miękko wplecione nawiązanie do Unabombera, które podbija immersję w tekst, oraz szerzej zakrojona, choć dyskretna dyskusja na temat niedostosowania geniuszu i systemowych środkach ograniczenia twórczej myśli. Niezłe, muy bien, bardzo dobre.

Myślę, że „odkręcić abażur” ma szansę ewoluować w unikalny greps. Ja na pewno go zapamiętam. ????

Językowo w kwestiach technicznych bardzo sprawnie, wyłapałam jakieś pojedyncze przecinki. Jedna uwaga: Moim zdaniem tekst wybrzmiałby odrobinę lepiej, gdyby zwrócenie uwagi na dwuznaczność słowa „błyskotliwy” nie było wprost wplątane w opowiadanie (jako wypowiedź bohatera), a zostało wnioskiem, który czytelnik musi sobie wyciągnąć sam. Ot, subtelny fitness mózgownicy.

Gratuluję, oceniam to opowiadanie wysoko i cieszę się, że znajdzie się w antologii. Podium w pełni zasłużone.

Dziękuję za wizytę i jurorski komentarz, Wiktorze. :) Jest mi niezmiernie miło, że tekst się spodobał. Z tym dopasowaniem do limitu od początku sobie rozplanowałem na ile scen mogę sobie pozwolić, żeby potem nie musieć używać nożyczek ani waty. Cieszę się, że spodobały się gry słowne, cały tekst powstał dzięki tej głównej dwuznaczności słowa błyskotliwość. To jest najpierw miałem tylko ten “kuriozalny abażur”, potem pomysł, że dość absurdalne byłoby noszenie ich na głowie i reszta już jakoś się z tego zrodziła. No i też chciałem, by to było istotne, by to był abażur a nie jakiś tam worek, stąd luminescencyjna zabawa w języku i pomyśle. :P Myślę, że faktycznie, można było zostawić tę dwuznaczność w domyśle, niekoniecznie wkładając ten wniosek w usta bohatera. Do “odkręcania abażuru” jak najbardziej zachęcam, po co się ograniczać. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Gratulacje i konkursowe i piórkowe, oba wyróżnienia bardzo zasłużone.

Dziękuję, Ninedin. Bardzo się cieszę z wczorajszych i dzisiejszych miłych wiadomości. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

 No, najwyższy czas wytłumaczyć moje NIE. 

Oczywiście gratuluję piórka – to, że jakiś Thargone kręci nosem, to nie znaczy, że nie cieszy się, gdy tekst, mimo kręcenia, piórko dostaje :-) 

Najpierw największy i najważniejszy plus – pomysł. Tekst opiera się na pomyśle jak pijany rolnik na rowerze. I w takim wypadku bardzo dobrze, że jest to pomysł znakomity. Ba, genialny niemal, bo nie straszy skomplikowaniem, złożoną, trudną do ogarnięcia wizją, nie odrzuca przeciętnego czytelnika hermetyczną wiedzą autora, ale jest… no prosty. A przy tym zaskakujący. Z rodzaju tych, zadałoby się, oczywistych, a jednak oryginalnych. Coś jak wymyślenie, że od tych iskierek podczas obtłukiwania pięściaków może zapłonąć ogień. Że odpowiednio zamontowane koła znacznie ułatwiają transport. Jak wpadnięcie na to, że można pić napój ze sfermentowanego zboża… No dobra dość słodzenia. Miało być o minusach.

I tak jak sama koncepcja zaskakuje (he he) błyskotliwością, tak inne elementy opowiadania nieco abażurzą efekt. Przede wszystkim fabuła – sprawia wrażenie, jakby była doklejona do pomysłu na siłę. Albo raczej – pomysł błysnął Ci tak mocno, że spaliłeś chałupę, stodołę, chlewik i kanciapę sąsiadów, w której trzymali aparaturę do pędzenia bimbru, tak że na ciekawą fabułę nie stało już płomienia i pary. Dlatego dostaliśmy typowych bohaterów, typową historię i typowy, żeby nie powiedzieć sztampowy, ogólnoświatowy spisek. 

Oczywiście wcale nie uważam, że wszystko poza pomysłem jest fatalne, bo absolutnie nie jestem przeciwnikiem prostoty i grania na znanych nutach. Ba, cały tekst, mimo weirdowego swądu, przywodzi na myśl klasyczne SF, gdzie najważniejsza właśnie była oryginalna i zaskakująca koncepcja, a cały świat budowano według niej. 

Mimo to jednak myślę, że opowiadanie byłoby wyraźnie lepsze, gdybyś do samej historii wprowadził choć trochę świeżości, zakręcenia i dziwności, znanych z Twoich poprzednich tekstów. Zapewne byłby to tekst bliski ideałowi. 

Dlatego głosowałem NIE. 

(dobrze, przyznaję, zaszło również coś nieprofesjonalnego z mojej strony. Wiem, że każdy tekst powinien być oceniany całkowicie niezależnie, a już na pewno w oderwaniu od osoby autora. Ale nie mogę ściemniać, że gdybym nie uważał Cię za jednego z najciekawszych autorów, gdybym nie miał takich… high expectations, to pewnie nie zwróciłbym większej uwagi na lekką zniżkę formy, albo olałbym niedociągnięcia… Chcę powiedzieć, że istnieje pewne prawdopodobieństwo, że gdyby autorem tekstu był ktoś inny, a zwłaszcza jakaś świeżynka, byłbym na TAK. 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o obiektywne ocenianie. Czas mi chyba opuścić Lożę…) 

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dziękuję za komentarz, Thargone. Cieszę się, że pomysł rozbłysnął, szkoda, że przy okazji spalił aparaturę do bimbru fabuły. :P

Loży proszę nie opuszczać, warto dostać zawsze obszerny komentarz z jakże barwnymi porównaniami. :D Co do porównywania tekstu do poprzednich, to mam mieszane uczucia. To jest, w samym komentarzu takie zestawienia są wartościowe, bo też pomagają wskazać kierunek, w którym można się rozwijać, dostać informację zwrotną o postępie bądź zniżce formy. Ale tak, przy decyzji TAK/NIE tekst moim zdaniem powinien być oceniony zupełnie w oderwaniu od autora, jakby był anonimowy. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Bardzo podoba mi się świat – absurd w świecie absurdu nie jest już absurdem – co konsekwentnie pokazujesz. Największym absurdem jest podsumowujący monolog Ernesta, który nie był Ernestem.

Po motywie rewolucyjnym mam niedosyt, takie ładne opisy makabry ("spalił siedemnaście osób") podsycały u mnie kibicowanie Zygmuntowi, by i on dokonał równie spektakularnego czynu, tymczasem on po prostu umarł. Przepalona żarówka to porażka pomysłowego Dobromira, czyli kafkowy przegryw w wersji błyskotliwej. Intryga rządowa nie podnieciła mnie tak, jak Zygmunta, ale opowiadanie stoi dla mnie klimatem wiktoriańskich wynalazców-pasjonatów. To, że Zygmunt dosłownie się wypalił, jest bardzo przyjemną dla mego oka metaforą. Nowoczesny, abażurowy Prometeusz, męczennik.

Nowa Fantastyka