- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Naczynia połączone

Naczynia połączone

 

hasło: leśna kolacja

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Naczynia połączone

Złowrogi księżyc w pełni wisiał nad lasem, a wietrzysko świszczało w gałęziach topoli, gdy na leśną polanę wyszły dwa wilkołaki. Burczenie w ich brzuchach niosło się po kniei.

– Hej, Zeeb – powiedział pierwszy z nich, Bazyli – ja cię bardzo proszę, znajdź nam jakąś krowę na kolację, bo oszaleję z głodu.

Bazyli wyglądał dokładnie tak, jak wilkołak wyglądać powinien, dlatego szerszy opis jest zbędny.

Zeeb natomiast na wilkołaka wyglądał jedynie z grubsza i tylko po ciemku. Pękaty brzuch kontrastował z ogólną mizernością reszty jego sylwetki. Zęby miał, że pożal się Boże – jeden ułamany, drugi niby cały, ale i tak jakiś taki nie bardzo. Nosił gogle oraz skórzany fartuch, szantażem wydębiony od kowala.

Zeeb postawił na trawie kociołek pełen wody. Ukląkł przed nim, zanurzył łeb i trwał tak przez sześć pacierzy, po których wynurzył się i nabrał haust powietrza.

– I? – zapytał Bazyli.

– Kiepsko. – Skrzywił się Zeeb. – Przepatrzyłem pola. Żadna krowa nie włóczy się samotnie.

– A jak w wiosce?

Zeeb ponownie zanurzył głowę i tym razem uniósł ją dopiero, gdy dygotał z niedotlenienia.

– Wszystkie krowy – wysapał – są pilnie strzeżone: psy, parobki z widłami, broń palna, tak gładkolufowa, jak i gwintowana. Żadna, najlichsza nawet krowina nie zapędziła się samotnie w pola.

– Niech to diabeł porwie! – Bazylii trzasnął pięścią w osikę, aż się zatrzęsła.

Zeeb po raz kolejny zanurzył łeb w cebrze. Gdy ją na powrót uniósł, wetknął pazurzasty palec do pyska, zastanawiając się.

– Nawet u księdza wszystkie zamknięte w oborze, na straży trzy kundle – powiedział. – Ale! Widziałem na plebani misę z wodą święconą, zupełnie niepilnowaną. Pewnie została po mszy i księżulo zapomniał ją schować.

– Nie wiesz przypadkiem, po jakiego diabła nam woda święcona?

– Nie wiem, po jakiego diabła, ale nigdy nie wiesz, co ci się przyda.

 – Lepiej tam nie leć – powiedział Bazyli. – Nowy wikary ma dziwne zainteresowania militarne. W kogo się wcieliłeś tym razem?

– W kruka – odparł Zeeb.

– Jesteś pewien – Bazyli zmarszczył czoło – że naprawdę wcielasz się w kruka, a nie są to halucynacje z niedotlenienia?

– Jestem pewien – powiedział Zeeb. – Szczypta czarnej magii zawsze działa.

– Daj i mnie trochę.

– W żadnym wypadku. Nie posiadasz wiedzy magicznej ani doświadczenia w czarodziejstwie, a podróżując poza ciałem, nie będziesz czuł bólu. Wystarczy, że przytrzymasz łeb pod wodą odrobinę za długo, a się utopisz. A nawet jeśli nie, to niedotlenienie spowoduje nieodwracalne zmiany w twoim mózgu.

– To tylko tak na wszelki wypadek – powiedział Bazyli. – Nigdy nie wiesz, co ci się przyda.

Z kieszeni skórzanego fartucha Zeeb wydobył fiolkę zatkniętą korkiem, na której napisano "ekstrakt czarnej magii". Podał ją Bazylemu.

– Daję ci ją tylko dlatego – powiedział – że użyłeś mojego własnego argumentu i przez to nie mogę go podważyć. W razie czego, myśl o tym, w czyj umysł chcesz wejść.

– Mamy szczęście – powiedział Bazyli – że jeszcze nas nie wytropili.

– To nie szczęście – odparł Zeeb – tylko czarna magia. Wyszukać niestrzeżoną krowę w ciele ptaka to pestka. Jeśli, oczywiście, takie krowy są dostępne.

– Wilkołaki – Bazyli pokiwał palcem wskazującym – winny jeść sarny, jelenie, dziki, czy nawet tego menela niedźwiedzia. Ale nie bydło. Spójrz na nas – nie ma niepilnowanej krowy w okolicy, a my już przymieramy głodem, nie mamy pojęcia, jak polować na dziczyznę. Skapcanieliśmy, ot co. Jedzenie zwierząt hodowlanych i ta twoja czarna magia to pójście na łatwiznę, a to się zawsze źle kończy.

– Co nie zmienia faktu – powiedział Zeeb – że jakaś krowa by nam się przydała.

– Ano… – westchnął Bazyli. – Ciekawe, ileśmy ich już zjedli.

– Przeciętnie – Zeeb zaczął liczyć na palcach – jednego wieczoru zjadamy jedną i troszkę. Jeśli jest duża, to tylko jedną całą, a jeżeli mała, to półtorej. Średnio tygodniowo, licząc "troszkę" jako piętnaście procent, wychodzi osiem i pięć setnych krowy. A jemy je już od lat. Licząc jedynie lat dziesięć, a zjadamy o wiele dłużej, wychodzi cztery tysiące sto osiemdziesiąt sześć krów. Dasz wiarę?

– Ale że też nikt nie odkrył tego naszego cmentarzyska, gdzie zakopujemy wszystkie kości. – Bazyli podrapał się po łbie. – Przecież to całkiem niedaleko stąd…

– Jesteś geniuszem! – Zeeb po raz kolejny zanurzył łeb w wiadrze z wodą. Wynurzył się po dziesięciu pacierzach, ledwo żywy.

– Coś ty tam narobił? – zapytał Bazyli.

– Ot, nieco czarów – zachichotał drugi wilkołak. – Poleciałem do naszej jamy, wziąłem stamtąd zapasową fiolkę z czarną magią, następnie udałem się na plebanię po wodę święconą…

Bazyli coraz wyżej unosił brwi.

– Tylko jest jeden mały problem. – Zeeb palcami pokazał, jak mały. – Miałeś rację co do wikarego, miał dubeltówkę, więc zrezygnowałem z kradzieży wody święconej, ale za to buchnąłem Maciejakom z płota rondel i zmieszałem czarną magię z wodą ze strumienia. Następnie wszystko wylałem na cmentarzysko.

Bazyli uniósł brwi do granicy możliwości.

– Hej! – zawołał Zeeb – przynajmniej próbowałem.

I wtedy pojawiły się krowy.

*

A właściwie krowy-kościotrupy. Było ich kilkadziesiąt, poruszały się na tylnych nogach i tańczyły w kręgu wokół wilkołaków. Niektórym brakowało głów lub kończyn. Rytmicznie wznosiły i opuszczały przednie nogi, kołysały łbami i biodrami, co jakiś czas podrzucały racice, jednocześnie unosząc czaszki ku niebu. Oczywiście, osobniki pozbawione głów pomijały ten element tańca.

Krowi taniec hipnotyzował wilkołaki i drażnił w ich mózgach ośrodki odpowiedzialne za pragnienie wołowiny.

Bazyli i Zeeb spojrzeli na po sobie. Rozdziawili pyski.

Krowy zacieśniły krąg, zbliżając się do nich. Na szkieletach pozostały jeszcze resztki mięsa, których w czasach dobrobytu wilkołakom nie chciało się obgryzać. Rozniósł się zapach padliny i był to zapach wspaniały, mimo że lekko trącił gnojówką.

– Udało ci się! – Bazyli ucałował Zeeba w czoło.

Wilkołaki ze szczerą chęcią dały się zahipnotyzować. Popędziły w tany z krowami, wraz z nimi zaczęły pląsać uciesznie, a ich pyski rozciągnęły się w rozanielonych uśmiechach.

Niestety! Co Bazyli próbował chapnąć zębami jakiś grubiej obrośnięty mięsem gnat, krowa odsuwała się zwinnym, nieuchwytnym piruetem, odskakiwała poza zasięg zębów, a na jej miejscu pojawiała się kolejna, jeszcze mniej obgryziona, jeszcze bardziej apetyczna, jeszcze mocniej woniejąca padliną.

I znów Bazyli chciał jej kosztować, i znów ona umykała, nie przestając tańczyć, pląsając wdzięcznie na klekoczących goleniach, niczym wyjęta z krypty baletnica.

W pewnym momencie Bazyli zauważył, że topole ustąpiły miejsca bukom i jarzębinie. Goniąc za krowami, wilkołak musiał zawędrować aż do drugiej części lasu.

Co gorsza, wszystkie krowy nagle zniknęły. Przepadł również Zeeb.

Na szczęście głód obudził w Bazylim uśpione wilkołackie instynkty. Nasz bohater szybko odnalazł na ściółce ślady kopyt.

– Ha! – Pognał tropem rogacizny.

Przedzierał się przez wiszące nisko gałęzie jarzębiny, odganiał namolne komary, warczał i ślinił się, gdyż głód ogarnął całe jego jestestwo.

Trop biegł do wąwozu i znikał w ciemności groty ziejącej w jego skalistej ścianie.

Bazyli zatrzymał się. 

Mógł wejść do jaskini za śladami, ale to prawie na pewno była zasadzka. Wszystko na to wskazywało. Nie wiadomo, co tam mogło się z nim stać, w końcu w sprawę zamieszana była czarna magia, nawet jeżeli tylko pośrednio.

Z drugiej strony musiał ratować Zeeba, a poza tym miał tak nieodpartą ochotę na krowę, że to cud, że jeszcze jako tako potrafił jasno myśleć.

Wstąpił w ciemność pieczary.

Po kilkudziesięciu krokach dotarł do ogromnej kamiennej sali, rozświetlonej płomieniem tańczącym na skupisku krowiego nawozu. Obok ogniska, na płaskiej skale, leżał Zeeb, związany powrozami i zakneblowany. Kończyny rozciągnięto mu na cztery strony tak, iż nie mógł unieść głowy, by przegryźć więzy.

Stała przy nim krowa. Żywa.

Ha, więc to jednak była zasadzka! A Zeeb został zakładnikiem.

– Anka! – zawołał Bazyli do żywej krowy. – Co to ma znaczyć?

– Nadszedł czas zemsty! – Parzystokopytna roześmiała się złowieszczo.

Bazyli rozejrzał się.

Krowy-kościotrupy otaczały go. Stały pod ścianami groty, a migoczący płomień tańczył na ich pożółkłych kościach. I naraz one wszystkie również wybuchły opętańczym śmiechem, który poniósł się echem po jaskini.

– Teraz my urządzimy sobie kolację. – Krowa Anka uśmiechnęła się okrutnie. – Kolację z wilkołaka! Musisz pożreć swojego kumpla, chyba że… Zaraz! Przestań! Jeszcze nie skończyłam przedstawiać warunków!

– Jakich warunków? – Bazylii spojrzał na nią z łapą Zeeba w paszczy. – To co, mam jednak nie jeść?

– Ty zwyrodniały łakomco! – zagrzmiała krowa. – Za twe zbrodnie, za zjadanie moich sióstr krów, za to, że nawet swojego kolegę chciałeś zeżreć, choć wcale byś nie musiał, czekają cię niewyobrażalne męczarnie. Nie dam ci ultimatum, od razu trafisz do piekła!

– Pfff – prychnął Bazyli. – Już to widzę. Ale jak, ciekawość, pokierowałaś martwymi krowami, które wskrzesiliśmy?

– Wcale tego nie zrobiłam. Ale zrobił to ktoś inny. Diable!

Z głębi pieczary wyszedł diabeł.

Był łysy jak kolano. Powieki i policzki miał opadnięte, a wyraz twarzy tak spokojny, że sprawiał nieomal wrażenie smutnego. Nosił czarny płaszcz z kołnierzem, pokryty łuskami jak u ryby. Obrazu dopełniały rogi długie na jeden centymetr każdy.

– Zapraszam do piekła – powiedział czart.

– O! – zawołał Bazyli.

Kaduk wyjął spod płaszcza czerwony klucz i wykonał gest, jak gdyby wkładał go do dziurki w niewidzialnym zamku. Przekręcił.

Powietrze pękło i pojawił się w nim prostokąt, wewnątrz którego wiły się jęzory ognia. Nie trzeba chyba dodawać, że cuchnęło stamtąd siarką. Zaklekotały kości, gdy otwarty portal niczym odkurzacz zassał do swego wnętrza krowy-kościotrupy.

– Dlaczego one trafiły do piekła? – zapytał Bazyli. – Bądź co bądź, były niewinne.

– Skalałeś ich dusze gryząc je swymi grzesznymi zębami – powiedział kaduk. – Ale ty także trafisz do piekła. Zbieraj się pan, panie wilkołak. Kocioł czeka.

– Więc to tak?! – Bazyli wymierzył pazurzasty palec w Ankę. – Pakt z diabłem? Co mu obiecałaś za pomoc? Pewnie moją nieskalaną duszę!

Diabeł spojrzał na niego spod opadniętych powiek.

– Żartowałem – powiedział. – Nie chcę twojej duszy, nie pójdziesz do piekła.

– Uff.

– Ale do kotła i owszem.

– Co?

– Zaprosiłem Anię – Diabeł wskazał krowę – na leśną kolację, połączoną z pożarciem jej najgorszego wroga.

Bazyli spojrzał na Zeeba.

Okazało się, że ten zdążył już zerwać więzy, które Bazyli wcześniej niepostrzeżenie nadgryzł. Teraz skradał się do diabła od tyłu.

Bez pomocy Zeeba Bazyli nie miał szans się wydostać. Czekała go co prawda leśna kolacja, ale w roli dania głównego.

Ale gdyby nawet przyjaciel mu pomógł, czy to by coś zmieniło? Raczej i tak nie daliby rady diabłu, obaj trafiliby do kotła. A tak kumpel miał szansę umknąć mocom piekielnym.

Bazyli zaczął mrugać do Zeeba i ruchami paszczy dawać mu znaki, które, miał nadzieję, wyrażały to, co Bazyli wyrazić pragnął.

– Ha! – Krowa Anka pokazała na Bazylego kopytem. – Już mu odbija ze strachu!

Zeeb rozumiał przekaz. Ze zbolałą miną i oczyma pełnymi łez położył się z powrotem na kamieniu, udając, że wciąż jest spętany.

Teraz Bazyli musiał już tylko zająć tę dwójkę, aby odwrócić ich uwagę od kumpla.

– Nie zmusisz mnie! – Wyszczerzył kły do czarta. – Nawet diabeł nie zniewoli wilkołaka! Stawaj do walki!

Kaduk nie zmienił swojej smutno-spokojnej miny ani odrobinę. Pstryknął tylko palcami.

Puf!

*

I już znajdowali się na polanie. Bazylii siedział w kotle, woda sięgała mu szyi, a łapy miał łańcuchami przykute do krawędzi naczynia. Spod kotła buchały płomienie. Obok, przy drewnianym stole, zasiadł diabeł i krowa Anna. W koronach buków śpiewała sroka.

Bazyli szarpnął się, ale łańcuchy trzymały mocno.

– No, to zaczynamy leśną kolację – obwieścił diabeł.

– A co z tym drugim? – zapytała Anka. – Został w jaskini.

– Będzie na jutro. – Uśmiechnął się kusy. – Dwóch na raz nie zjemy. 

– Przecież krowy nie jedzą mięsa! – zawył Bazyli z kotła.

– Ja nie muszę jeść. – Anna wpatrywała się w diabła maślanymi oczyma. – Karmię się miłością.

 – Yyy, przepraszam, zaraz, zaraz – odezwał się wilkołak. – Coś mi tu nie gra. Myślałem, Anka, że sprowadziłaś tu sobie tego diabła, żeby się mnie pozbyć. A ja widzę, że to twój gach.

 – Wyrażaj się.

Kusy zapalił świece wytopione z sadła grzeszników i zrobiło się romantycznie.

– W piekle – szeptał czule do krowy – będziemy mieć niezły domek. Nie że się chwalę, ale wszystkim piekielnym kierownikom szatan zapewnia odpowiednie lokum.

– Awansowałeś na kierownika? – Anna zatrzepotała rzęsami.

– No, skoro już się wydało. – Kaduk uśmiechnął się skromnie. – Tak, ten płaszcz to mundur kierownika.

– Ten płaszcz to mundur kierownika – przedrzeźniał go Bazylii.

Diabeł uklęknął i wyjął z kieszeni płaszcza pudełeczko pokryte czarnym aksamitem.

I łzy! Łzy zaszkliły się w krowich oczach Anny, gdy ujrzała połyskujący rubin na pierścieniu średnicy dziesięciu centymetrów (żeby pasował na racicę).

– To obłęd! – wył z kotła Bazyli. – Przecież nawet nic was nie łączy!

Na te słowa diabeł i krowa uśmiechnęli się do siebie. Czart podwinął płaszcz i wystawił chudą nogę, zakończoną kopytem identycznym, jak kopyto Anny. Pokazał ogon – również podobny do krowiego, choć zakończony strzałką, a nie kępką włosów. Kochankowie spletli kończyny i ogony, stuknęli się rogami i popatrzyli sobie w oczy.

– No dobra, może coś tam macie wspólnego – mruknął wilkołak. – Ale to nie zmienia faktu, że wypuśćcie mnie z tego kotła!

– Dziś, najdroższa – powiedział czart– będzie rosół. Z wilkołaka!

– Mój ty kucharzu! – zachichotała Anna i jęzorem oblizała mu twarz.

– Ale z ciebie zboczuszek! – rozmarzył się diabeł.

– Ale że jak wy to sobie wyobrażacie?! – krzyknął Bazylii. – Diabły z krowami się nie krzyżują!

– Ja tam nie chcę mieć dzieci – powiedziała Anna.

– Ani ja – odparł czart.

– Wystarczy nam po prostu udany seks – dodała krowa.

Bazylii skrzywił się i wystawił jęzor.

Spróbował rozhuśtać kocioł i przewrócić go, ale ten ani drgnął. I jeszcze te łańcuchy na łapach…

Skroka wciąż śpiewała wśród gałęzi.

Kaduk i krowa całowali się coraz ostrzej, coraz bardziej namiętnie, aż w pewnym momencie kołnierz łuskowatego płaszcza odchylił się, ujawniając wiszący diabłu na szyi czerwony klucz.

Gdyby tylko Bazylii mógł jakoś zdobyć to ustrojstwo… Skoro ten klucz otwierał przejście do piekła, to może pasował również do czarcich kajdan, a nawet jeśli nie, to wilkołak mógłby go wykorzystać do małego szantażyku…

Tylko że nie miał najmniejszych szans, żeby go dostać.

Chyba że wypróbowałby sposób Zeeba i spróbował przejąć kontrolę nad ciałem jakiegoś ptaka. Ale wtedy mógłby się utopić albo doświadczyć nieodwracalnych zmiany w mózgu… Może lepiej poczekać na kumpla?

Z drugiej strony, co jeśli Zeeb nie zdąży? Woda robiła się coraz bardziej gorąca i Bazyli miał wrażenie, że sierść na pośladkach zaczyna mu już odłazić…

Raz krowie śmierć!

Sięgnął zębami do fiolki ukrytej w kudłach na klatce piersiowej. Rozgryzł ją, a zawartość wysypała się do wody, w okamgnieniu barwiąc ją na czarno, jak na czarną magię przystało.

Bazyli zanurzył głowę. Woda była już gorąca, parzyła mu pysk i uszy, ale musiał jakoś wytrzymać.

"Myśl o tym, w czyj umysł chcesz wejść" przypomniał sobie słowa Zeeba.

I pomyślał wtedy Bazyli o tej sroce, co darła się w liściach nad jego głową.

Nagle doznał wrażenia, że leci jakimś ciemnym korytarzem, najpierw ostro w górę, potem w dół i znowu do góry.

Zrobiło mu się niedobrze.

W końcu zatrzymał się, ale przed oczami nadal miał ciemność. Po chwili dopiero przed jego oczami wyklarowały się korony buków widziane z wysokości.

Opuścił głowę i zobaczył ciało pokryte czarno-białymi piórami. Spojrzał jeszcze niżej i dostrzegł…

Kocioł, a w kotle samego siebie z łbem zanurzonym w rosole. Obok, przy stole, migdalili się krowa z diabłem.

Udało się! Do wszystkich diabłów, udało się! Bazyli był w ptaku, jakkolwiek mogło to brzmieć!

– Ty myślisz, że co ty robisz? – rozległo się w jego głowie. – To moje ciało.

– Pani sroko – burknął wilkołak – to sprawa najwyższej wagi. Proszę wypożyczyć swoje ciało na chwilę.

– Chyba śnisz.

– To ważne, a ja nie mam czasu! Zaraz się utopię!

Bazylii-sroka poderwał się do lotu i poszybował w dół, ku diabłu. Lecz kiedy był już blisko, już, już miał capnąć szponami połyskujący klucz, coś nagle szarpnęło nim w bok. Teraz leciał wprost na pień drzewa

Nie miał pojęcia, co zrobić. 

Kolejne szarpnięcie zmieniło tor lotu, ale nie skierowało Bazylego ku stołowi, a w stronę przeciwną.

– Możemy się tak bawić – mruknął głos sroki w jego głowie. 

– Sroka, kurwa, pozwól mi tylko na chwilkę! – zakwilił Bazyli. – Tylko ten klucz i już wychodzę!

– Daj mi jeden powód, dla którego miałabym nie latać w kółko – powiedział ptak – aż wyjdziesz z mojej głowy, albo twoje cielsko odejdzie od kości w tym rosole.

– Wiem, że lubisz błyskotki – powiedział Bazyli – jak każda sroka. Kiedy cała sprawa się skończy, będę ci wypożyczał ten klucz na jeden dzień w tygodniu.

– Co drugi dzień.

– Co trzeci.

– Umowa stoi – odparła sroka i sama pokierowała lotem tak, by klucz znalazł się w kotle Bazylego.

– Dzięki, sroka!

Wilkołak wrócił do swojego ciała. Wynurzył głowę i nabrał haust powietrza. Odetchnął trzy razy, po czym zanurzył się ponownie i zębami złapał klucz, który opadł na dno kotła. Trzymając go zębami zdołał odemknąć kajdany. Wyskoczył z rosołu.

– Ha! – Stanął nad całującymi się krową i diabłem.

Diabeł, nie przerywając robienia ozorem, uniósł parszywe łapsko i pstryknął palcami. Bazylii znów znalazł się w kotle, spętany kajdanami.

– No chyba sobie jaja robisz! – zawył.

Co gorsza, klucz znalazł się na powrót w rękach diabła, który teraz wstał i pokiwał nim nad Bazylim, jak gdyby go karcił.

I wtedy z nieba spikowała sroka. Wyrwała klucz z dłoni czarciego pomiotu i zrzuciła go do kotła, w którym gotował się Bazylii.

Diabeł już unosił rękę , by pstryknąć palcami po raz kolejny, kiedy nagle, jak grom z ciemnego nieba, spadła mu na głowę misa z wodą. Rogaty łeb zaskwierczał i zadymił na żółto, a czart wrzasnął wpiekłogłosy i miotał się bezradnie.

Wilkołak uniósł wzrok i zobaczył odlatującą srokę.

Woda święcona! Zeeb to jednak miał jaja, jakoś wykiwał wikarego z dubeltówką. Bazyli znów złapał klucz w zęby, otworzył kajdany i wyskoczył z kotła.

Diabłu udało się w końcu zrzucić misę z głowy. Dokonawszy tego, roześmiał się ponuro i, można by rzec, złowróżbnie. Uniósł palce do pstryknięcia.

I wtedy te palce oderwała mu przelatująca sroka.

– Ja nie będę, kurwa, trzeci raz klucza łapać! – dobiegło z przestworzy, z kierunku, w którym odleciała.

Wytrzeszczając diabelskie ślepia, diabeł patrzył na krew ściekająca z kikutów palców.

Wtedy, ni stąd, ni zowąd, pojawił się Zeeb.

– Zdążyłem? – wysapał.

Bazylii miał ułamek pacierza, nim kaduk dojdzie do siebie po szoku i wyciągnie z zanadrza kolejne diabelskie sztuczki.

Z zanadrza…

Płaszcz diabła był podejrzany. Dlaczego niby cały czas w nim chodził, skoro wcale nie było zimno? Tylko po to, by zaimponować Ance, czy może chodziło co coś więcej?

– Zeeb! – zawołał Bazyli. – Płaszcz!

Rzucili się na czarta. Zeeb padł przed nim na czworaki, a Bazyli pchnął kudego w plecy.

Diabeł wykopyrtnął się, a wtedy Zeeb założył mu na łeb kocioł po wodzie święconej. Od pozostałych w nim resztek błogosławionej cieczy diabeł znów począł wyć i znów żółte opary uniosły się spod misy.

Bazylii skoczył na kaduka i, dla pewności, odgryzł mu resztę palców. Z zadowoleniem stwierdził, że zostało w nim jeszcze coś z wilkołackiego instynktu. Następnie zaczął zdzierać z czarta płaszcz.

Wtem zobaczył za sobą rogaty cień. To krowa Anna ruszyła na pomoc lubemu. 

– Stój, Anno! – Zeeb pobiegł do niej. – Stój, nim zrobisz coś, czego będziesz żałować. Muszę ci o czymś powiedzieć.

Dzięki temu Bazyli mógł skupić się na poskromieniu wysłannika piekła. Płaszcz odchodził z diabła łatwo, niby przegniła skóra. Ciągnęło się za nim żółtawe spojenie, przypominające masę do ciasta albo… klej! A podczas tych kaźni czart wcale nie wrzeszczał bardziej, niż od samej wody święconej. Co było zastanawiające.

Płaszcz odszedł z diabła razem z ogonem i skórą głowy, która okazała się być jedynie realistyczną maską. Pod płaszczem zaś krył się chudy, mizerny i żałosny diabełek o czerwonej skórze.

– Ty nie jesteś żaden infernalny kierownik! – zawył Bazyli. – Ty jesteś zwyczajna ciura piekielna! Komuś ukradł ten płaszcz? Bez płaszcza masz pewnie gówno, a nie moce.

Odczepił łańcuchy z kotła i spętał nimi diablika. Zdjął mu z głowy ceber i resztkami wody święconej spryskał łańcuchy. Czart-szachraj jęczał i szarpał się w pętach.

Z poczuciem dobrze wykonanej roboty, Bazyli rozejrzał się po pobojowisku.

Krowa Anna siedziała w trawie i płakała.

– Myślałam – muczała rozpaczliwie – że w końcu ktoś będzie mnie kochał!

Bazyli nie bardzo wiedział, co zrobić. Anna była jego śmiertelnym wrogiem, a mimo tego jakoś dziwnie się poczuł.

– Ale zobacz! – Poklepał ją po barku. – Nic mu nie jest, o, rusza się! Tylko palców już nie ma, no i tego płaszcza, ale to nie moja wina, że on ci naopowiadał, że w piekle jest kierownikiem, a naprawdę jest co najwyżej kierownikiem swojej własnej… A i to nie bardzo, zważywszy na panujące wśród czartów układy. Ale żyje! Niech będzie, jeśli zaoferujecie nam coś ekstra, może nawet okażemy wilkołackie miłosierdzie i puścimy was żywych.

– Możesz mnie zjeść – szlochała krowa.

– Co ty bajdurzysz? – Na takie depresyjne teksty Bazylemu od razu przeszedł apetyt. – Przecież nic takiego się nie stało, mówię ci, że ten twój rogaty kochaś żyje.

– Ja nie dlatego płaczę… – powiedziała Anna.

– To dlaczego?

Rozszlochała się jeszcze bardziej.

– Bazyli. – Zeeb przywołał kolegę.

Udali się na skraj polany.

– Kiedy cię zabrali – powiedział Zeeb – kaduk zapomniał zamknąć portal do piekła. Słyszałem, jak rozmawiały o nim inne diabły. To, że ukradł płaszcz kierownikowi i podawał się za niego, to jeszcze pół biedy. Gorzej, bo on Ankę prał, a do tego miał inne partnerki i to nie tylko w piekle, i nie tylko krowy, ale nawet… no… za kozy się brał.

– Za kozy się brał?!

– No a co? – Zeeb wzruszył ramionami. – Rogatych ciągnie jedno do drugiego. No, ale nic dziwnego, że Anka jest zdruzgotana. Powiedziałem jej o wszystkim, żeby odciągnąć ją od ciebie. Cios poniżej pasa, wiem, ale tak czy inaczej powinna wiedzieć.

– Czyli – Bazylii podrapał się po karku – koniec końców, diabeł zachował się jak diabeł.

*

– Jak właściwie ukradłeś wikaremu wodę święconą? – wyszeptał Bazyli, kiedy skradali się do obory.

– Poszedłem po rozum do głowy – powiedział Zeeb. – Niby z jakiego powodu wikary miałby dostać zezwolenie na broń? Ta dubeltówka to atrapa.

– Mógł ją mieć nielegalnie.

– Nasz wikary? Daj spokój. 

Bazyli zajrzał do obory przez okienko.

– Anka siedzi i płacze – powiedział z zatroskaną miną. – Gdybym mógł ją jakoś pocieszyć…

– Niepotrzebnie eksperymentowałeś z czarną magią. – Zeeb zmierzył go spojrzeniem zza gogli. – W wyniku niedotlenienia w twoim mózgu zaszły nieodwracalne zmiany. Stałeś się życzliwy dla krów. Może jeszcze przejdziesz na wegetarianizm?

 – W żadnym wypadku – odparł Bazyli. – Ale postanowiłem się nawrócić. Nie zjem już ani jednej krowy.

– Od jutra?

– Od dzisiaj.

– To co my będziemy teraz jedli?

*

Na polanie trwała leśna kolacja. Pieczone udźce zostały już zjedzone, teraz Bazyli nabijał na szpikulec ogon zakończony strzałką. Na deser zostawili sobie rogi pieczone w popiele.

– No dobra. – Zeeb stłumił beknięcie. – Z tym jednym nam się udało i wcale niezły był, taki, powiedziałbym, na ostro, dzięki resztkom wody święconej. Ale co dalej?

Bazylii wyjął z kłaków na klacie czerwony klucz. Włożył go w niewidzialną dziurkę i przekręcił. W powietrzu utworzył się portal do piekła.

– Fajnie – powiedział Zeeb – ale co, będziemy teraz chodzić po diabły do piekła? A jak im nie damy rady? W końcu to ich terytorium, wsadzą nas do kotła.

– Nie wsadzą – powiedział Bazylii. – I same do nas przyjdą. Mam w końcu płaszcz kierownika. I już wiemy, jak je łapać. Buchniesz jeszcze tej wody święconej?

Koniec

Komentarze

no i znowu zero komentarzy! nieładnie

zobowiązuję się do przeczytania jutro

Precz z sygnaturkami.

Przyszedłem, bo mi się nie podobało, że nie ma komentarzy. Dobra decyzja. Moim zdaniem to nie jest weird, trochę groteska, ogólnie genialne. Prawie płakałem ze śmiechu, łzy były już na granicy, to opowiadanie to jest złoto. Podobają mi się postacie i przerysowanie tego świata, a najlepszą częścią są zdania – petardy, po prostu kosmos. Dodatkowo stworzyłeś historię, która pod płaszczem tego szaleństwa mam, co prawda szaloną, ale bardzo wciągającą historię. Z twistem, ze wszystkim, co trzeba. Chętnie przeczytałbym jeszcze kilka takich, to jest taki idealny rozluźniacz, ubawiłem się na tyle, że chyba nominuję. Bo chyba właśnie o to chodzi, żeby opowiadanie się podobało, żeby miło spędzić przy nim czas i coś z niego wynieść. Ja wyniosłem dużo uśmiechu i lepszy humor. ;)

Bazyli wyglądał dokładnie tak, jak wilkołak wyglądać powinien, dlatego szerszy opis jest zbędny.

Piękne XD

Zeeb natomiast na wilkołaka wyglądał jedynie z grubsza i tylko po ciemku.

A to jeszcze lepsze XD

Był łysy jak kolano.

Te zdania to jest złoto czystej krwi XD

Obrazu dopełniały rogi długie na jeden centymetr każdy.

Najpierw przeczytałem “nogi” i mi wyszedł bardzo groteskowy diabeł.

– Ten płaszcz to mundur kierownika – przedrzeźniał go Bazylii.

XDD

Na te słowa diabeł i krowa uśmiechnęli się do siebie. Czart podwinął płaszcz i wystawił chudą nogę, zakończoną kopytem identycznym, jak kopyto Anny.

Przecież to jest genialne! Haha, mistrzostwo.

– No dobra, może coś tam macie wspólnego – mruknął wilkołak. – Ale to nie zmienia faktu, że wypuśćcie mnie z tego kotła!

Nie mogę XD Na początku pewnie się przerazisz, że tyle błędów, ale muszę te zdania zaznaczać, no muszę! XD

powiedział czart–

A tutaj zabrakło spacji.

Skroka wciąż śpiewała wśród gałęzi.

Nadprogramowe K

– Sroka, kurwa, pozwól mi tylko na chwilkę!

XDDDD

– No chyba sobie jaja robisz! – zawył

“XD” już się robi nudne, ale wiesz o co chodzi

– Ja nie będę, kurwa, trzeci raz klucza łapać!

Nie mam słów XD

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

Zabawne opowiadanie, lekko napisane. Maskrol ładnie to nazwał idealnym rozluźniaczem. :)

Moi zdaniem mogłoby być nieco krótsze, ale jest ok.

Bardzo się rozerwałem i miałem pewien problem zszyć się ponownie. :-)

 

Przede wszystkim: cudowna para wilkolaczego Flipa i Flapa. Przesympatyczni. Antagoniści też kapitalnie ubawni. Sroka kradnie scenę w pewnym momencie, ale trzeba jej przyznać, że umie się zachować i schodzi z niej sama w stosownym momencie.

 

Makabreska, humoreska, no nie wiem do końca. Nic wymagającego filozoficznych rozważań, za to dużo czarnego humoru, pomieszanych motywów i przyjemnej lektury.

 

No i ta ściema o awansie coś mi przypomina… ;-)

 

Dzięki! 

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Niebieski – zaprasom!

 

MaSkrol – jest mi baaaaardzo miło, że tak Ci się spodobało. :) Faktycznie w pierwszym momencie pomyślałem “o, aż tyle błędów przeoczyłem?” :D

 

Moim zdaniem to nie jest weird, trochę groteska

No, właśnie, chyba tak wyszło, aczkolwiek wg regulaminu groteska także jest akceptowana.

 

ogólnie genialne. Prawie płakałem ze śmiechu, łzy były już na granicy, to opowiadanie to jest złoto.

heartdevilblush

 

Bo chyba właśnie o to chodzi, żeby opowiadanie się podobało, żeby miło spędzić przy nim czas i coś z niego wynieść. Ja wyniosłem dużo uśmiechu i lepszy humor. ;)

Właśnie o to mi chodziło.

I w ogóle czytając Twój komentarz odnoszę wrażenie, że – można by powiedzieć – opowiadanie trafiło do Ciebie dokładnie tak, jak chciałem, by trafiło do Czytelnika. I cieszy mnie to niezmiernie. :)

Dziękuję serdecznie!

Aha, dzięki również za wyłapanie literówek, niestety zamieściłem tekst na ostatnią chwilę, no i już nie poprawię. ;)

EDIT @MaSkrol: no i dzięki wielkie za nominację!

 

Żongler – doskonała krowa!

 

Sara – dzięki! A czy to jakieś konkretne fragmenty Ci się dłużyły?

 

Psycho – dzięki za komentarz i cóż, bardzo się cieszę, że się tak podobało. Wiem, powtarzam się, no ale to prowda. :)

 

Sroka kradnie scenę w pewnym momencie, ale trzeba jej przyznać, że umie się zachować i schodzi z niej sama w stosownym momencie.

Z tą sroką miałem trochę problem wyzwanie, bo tak właśnie czułem, że ciągnąc jej wątek, odbiegam od wątku zasadniczego, a jednak z pewnych względów nie chciałem z niej rezygnować.

 

No i ta ściema o awansie coś mi przypomina… ;-)

Mi również, tylko co? Albo raczej kogo? surprise xD

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

O, ale ci Żonglerka zostawiła śliczną laurkę ❤

 

El Lobo, nawet zabawne ci to to wyszło. Zwłaszcza opisy wilkołaków i sytuacja ze sroką. Ja jestem raczej fanką literatury, która wnosi coś wartościowego do życia i światopoglądu, więc przeczytałam i stwierdziłam “no, okej”. Po prostu nie jestem targetem :D. Odbiór psuło mnóstwo usterek, ale rozumiem, że opowiadanie pisałeś na szybko. Interpretacja hasła dosłowna i udana. Zakończenie mnie rozczuliło :3

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy

O, ale ci Żonglerka zostawiła śliczną laurkę ❤

No, mi też się podoba :D

 

Dzięki za wizytę, cieszę się, że może nie wszystko, ale coś ciekawego jednak i dla ciebie się znalazło. ;)

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Melduję: Orzeł wylądował, powtarzam, Orzeł wylądował.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bazyli wyglądał dokładnie tak, jak wilkołak wyglądać powinien, dlatego szerszy opis jest zbędny.

XD

 

Ale to nie zmienia faktu, że wypuśćcie mnie z tego kotła!

Jeszcze więcej XD, aż do poziomu XDDD.

 

Dziś, najdroższa – powiedział czart– będzie rosół. Z wilkołaka! – o, spację zeżarło po „czart”

 

Skroka wciąż śpiewała wśród gałęzi. – znaczy się sroka?

 

Ja nie będę, kurwa, trzeci raz klucza łapać! – dobiegło z przestworzy, z kierunku, w którym odleciała.

Poziom XDDD awansował do poziomu LOL XD ROTFL.

 

Niemniej, w okolicy tego fragmentu jest trochę za dużo „wtedy”. Cztery sztuki, jeśli chodzi o ścisłość.

 

Ogólnie – jest to PRZEśmieszne. Od nieustannego parskania śmiechem miałbym brudnego laptopa, gdybym akurat coś jadł. Dziwne – checked. Absurdalne – checked. Na początku pomyślałem sobie (bez urazy) – ech, leśna kolacja, to nie brzmi jak ambitne hasło… ale jedzący i jedzeni zmieniają się bardzo szybko, więc urozmaicenia nie można odmówić :)

Jakie wnioski płyną z tekstu?

– nie należy bawić się z czarną magią w proszku,

– spokojnie można lekceważyć wikarych,

– a diabelskie mięso będzie OK, jeśli tylko dodamy wody święconej.

 

Leci klik.

Precz z sygnaturkami.

Co ja mogę, ja mogę tylko powtórzyć po przedmówcach, że to jest genialne :DD iksdeki same się cisną do komentarza, a podczas lektury na twarzy ciągle banan. Piękna jest historia krowy Anny zadurzonej w diable, w ogóle całość mnie rozwala, dobór słów i takie smaczki, jak choćby “wrzasnął wpiekłogłosy”. Aż szkoda, że nie mogę jeszcze klikać do biblioteki :)

Zabawne i ma mnóstwo takich zdań, które wpadają do mózgu i nie chcą z niego wyjść (większość wymienił Kosmita). Fajnie napisane, groteskowe. Sama wizja wilkołaków polujących na diabły – złoto. :) Bardzo fajnie się to czytało, w ogóle nie czuć, że to tekst na ponad dwadzieścia tysięcy znaków. Polecam do biblio.

Zostaw ten żyrandol.

Witam Państwa i dziękuję za wizytę i za kliki, tak dokonane, jak i te zamierzone! ;)

Cieszę się niezmiernie, że tak się Państwu podobało, kłaniam się. 

 

Wielokolorowy Mieszkaniec Wszechświata 

 

Dziwne – checked. Absurdalne – checked.

Uff. ;)

 

ech, leśna kolacja, to nie brzmi jak ambitne hasło…

Miło mi, że z jakiegoś powodu spodziewałeś się, że hasło, które ja wybiorę, będzie ambitne. xD

 

– nie należy bawić się z czarną magią w proszku,

– spokojnie można lekceważyć wikarych,

– a diabelskie mięso będzie OK, jeśli tylko dodamy wody święconej.

Cieszę się, że odnalazłeś morał. :D

 

 

Silva

to jest genialne

Oh, stop it, you! Go on… ;)

 

Aż szkoda, że nie mogę jeszcze klikać do biblioteki :)

Ważne, że chciałabyś to zrobić. ;)

 

 

Verus

Bardzo fajnie się to czytało, w ogóle nie czuć, że to tekst na ponad dwadzieścia tysięcy znaków

Cieszę się, sprawa dla mnie bardzo istotna. 

 

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Co tu się zadziało :D 

Początkowo myślałam, że to nie będzie tekst dla mnie, ale ostatecznie przeczytałam za jednym zamachem i naprawdę nieźle się bawiłam. Jest rozkosznie absurdalnie, całość jest bardzo lekko napisana, a przy scenie, w której Bazyli bez szemrania zabrał się do konsumpcji kolegi i przy “czart wrzasnął wpiekłogłosy” prychnęłam śmiechem. Gratki! 

A Anki szkoda :(

Cześć, Artemisia!

Dzięki! Cieszę się z takiego Twojego odbioru, to, że uważasz tekst za bardzo lekko napisany również jest dla mnie niezmiernie ważne. 

 

Jest rozkosznie absurdalnie

Dobrze, bo właśnie zastanawiałem się, czy nie jest zbyt normalnie jak na konkurs weirdowy. ;)

 

Ano, Anki szkoda. Tekst tylko potwierdza fakt, że z diabłem na dobre się nie wyjdzie. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

O, ja pitolę, tego mi było trzeba :) Cudeńko Ci wyszło. Uśmiałam się tak, że aż się popłakałam :) To jest cudownie absurdalna, a jednocześnie trzymająca się kupy i wciągająca historia. Niektóre zdania, to perełki. No, i bohaterowie. W sroce się zakochałam, choć to postać nieco drugoplanowa.

– Ja nie będę, kurwa, trzeci raz klucza łapać! – dobiegło z przestworzy, z kierunku, w którym odleciała.

No, bomba po prostu :)

 

Wysłałam do Biblioteki :)

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Chciałam jakiś uczony komentarz napisać, że groteska, że brawo, bo w konkursie mało tekstów stricte humorystycznych, a ten na dodatek wybitnie udany i takie tam, ale nie mogę, bo się śmieję i mi się od tego ręce trzęsą. Świetny tekst.

Bardzo przyjemny absurdzik – w sam raz na rozładowanie nabrzmiałej atmosfery i ponurych nastrojów. Nie jest to ani weird, ani groteska spod znaku Kafki, ale bardzo miłe, uśmiechające czytadełko podlane właśnie absurdzikiem. Zdecydowanie udane.

http://altronapoleone.home.blog

W kilku momentach nawet się uśmiechnęłam, a to wielki sukces dla humoreski (jestem pod tym względem wybrednym odbiorcą). Najbardziej w tekście podobały mi się dialogi. Niekiedy miałam wrażenie, że do opowiadania wdziera się lekki chaos, ale na końcu wszystko zostało wyjaśnione, więc nie był to duży problem. Jedyne, do czego mam zastrzeżenie, to Anna trochę za długo pozostawała bierna, kiedy wilkołacy walczyli z diabłem. Takie ja miałam wrażenie przynajmniej – kiedy już podbiegła, to się zapytałam siebie wewnętrznie, czemuż tego wcześniej nie uczyniła. 

No, ale ogólnie bardzo fajnie, zakończenie też mi się podobało. Udany tekst. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Fajne :)

Przynoszę radość

Witam Panie, :)

 

dziękuję za wizyty!

 

Irka – dzięki za klika i cóż mogę napisać, no bardzo się cieszę, że tak Ci się spodobało i że akurat tego Ci było trzeba. :D

 

Ninedin – mnie się ręce trzęsą z radości, gdy czytam taki komentarz :D

 

Drakaina – dziękuję.

Nie jest to ani weird, ani groteska spod znaku Kafki

Mam nadzieję, że jest wystarczając blisko tematyki. ;)

 

Rosebelle – miło mi, że na plus. :)

 

Niekiedy miałam wrażenie, że do opowiadania wdziera się lekki chaos, ale na końcu wszystko zostało wyjaśnione, więc nie był to duży problem

Czy chaos brał się być może stąd, że na początku wprowadziłem dużo elementów?

Jedyne, do czego mam zastrzeżenie, to Anna trochę za długo pozostawała bierna, kiedy wilkołacy walczyli z diabłem.

Dzięki za uwagę.

 

Anet – fajnie :D

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Bardzo przyjemny tekst. Fajna historia, lekka i zabawna, styl również dobry, gładko się czytało. Dużo sformułowań, które wywołują uśmiech, dla mnie osobiście najbardziej spodobał się menel niedźwiedź i duży pierścień który pasował na racicę.

Dobrze się bawiłem przy tej lekturze :)

Witaj, Edward!

dzięki za wizytę. Cieszę się bardzo, że tak odebrałeś tekst. Zastanawiałem się właśnie, czy kogoś rozbawi menel-niedźwiedź ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Lekkie i sympatyczne, pod względem humoru i absurdu kojarzące się bardzo ze skeczem kabaretowym, ale muszę przyznać, że nie jestem zachwycona (być może dlatego, że nie przepadam za kabaretem). Z całą pewnością na plus jest odważny koncept potraktowania tematu w sposób prześmiewczy, z dala od konwencji konkursowej powagi, groteski i ponuractwa. Leśna kolacja z pewnością ma tu miejsce i jest głównym motywem opowiadania, więc hasło konkursowe uznaję za zrealizowane. Cały utwór zaś w moim odczuciu jest bardzo rozbudowanym, fabularyzowanym żartem – napisanym sprawnie (zwłaszcza pod względem solidnej warstwy językowej), z niezłą kompozycją, z puentą, ale wciąż po prostu żartem. Co jednak uznaję za plus tego tekstu, mam wrażenie, że świadomie przyjąłeś taką strategię i się jej trzymałeś, nie zjeżdżając nagle panicznie w sztuczną powagę. Podsumowując: był to naprawdę przyjemny, ześwirowany (przy namiętnym pocałunku diabła z krową miałam „Jezu, co ja czytam?”) przerywnik, który, jak podejrzewam, nie zostanie na długo w mojej pamięci.

Nowa Fantastyka