- Opowiadanie: Pietrek Lecter - Babel (Cvalda)

Babel (Cvalda)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

PsychoFish, Użytkownicy IV, Finkla

Oceny

Babel (Cvalda)

I

 

– Niech pan opowie, na czym polega pana problem.

– Nie wiem, jak to wyrazić…

Doktor Masłowski miał pogodną minę. 

– Spokojnie, niech pan się nie denerwuje.

Józef wygładził wąsa.

– Mój problem leży w nietypowej podniecie.

– Spokojnie, na pewno nie powie pan już nic dziwniejszego od wyznań, których wysłuchałem w tym pokoju przez te wszystkie lata.

– Tak więc… Jedyne, co mnie w życiu podnieca, w sensie seksualnym i witalnym, to budowanie fabryk. Przemysł pełną parą. Praca dwadzieścia godzin na dobę i hałas maszyn mnie nakręcają. Niedziela i święta to dla mnie okres wewnętrznej pustki. Pomimo, że jestem przedsiębiorcą i przemysłowcem, często zabieram się do naprawiania maszyn, gdy jakaś popsuje się w moim pobliżu. To dostarcza mi wręcz erotycznej przyjemności. Natomiast z kobietą nie byłem od trzech lat.

Pan Józef widocznie posmutniał i zaczerwienił się. Masłowski jednak wciąż się uśmiechał.

– Hmm, faktycznie pański przypadek nie należy do najłatwiejszych, ale znajdziemy jakieś rozwiązanie. Na początek zaproponuję tabletki. Przyjdzie pan za miesiąc i skonsultujemy, czy pomogły.

Podszedł do biurka i wypisał wskazówki na kartce, którą mu podał. Potem z szafki z lekami wyjął okrągłe pudełeczko.

– Jak działają te tabletki? – zapytał Józef.

– To nowy produkt. Funkcjonują na rynku od roku. Pobudzają potencję.

Józef nie wyglądał na przekonanego.

– Proszę pana, ale ja nie mam problemów z potencją, tylko z niewłaściwym ukierunkowaniem popędu seksualnego!

Po wypowiedzeniu tych słów był skonfundowany, gdyż przybrał zbyt donośny ton. Nie chciał, aby jego sekret doszedł do niepożądanych uszu.

– Niech pan będzie spokojny, to dopiero nasza pierwsza próba.

 

II

 

Józef i Eliza stali w gabinecie i przez szybę patrzyli na salę produkcyjną fabryki włókienniczej. W pocie czoła ludzie uwijali się niczym mrówki. Pracują szesnaście godzin na dobę razem ze swoimi dziećmi, aby zarobić grosze, które pozwolą im jedynie na kupno czarnego chleba, a ten jakkolwiek zapełni ich skurczone żołądki. Traktujesz ich gorzej od psa, jednak oni będą cię po rękach całować tylko dlatego, że zapewniłeś im pracę, której nie ma niezliczony motłoch bez celu włóczący się ulicami całymi dniami. W takich momentach fabrykant czuje się jak bóg, absolutny pan i władca. Robotnicy całkowicie należeli do niego. To również go podniecało. Miał erekcję, gdy patrzył na krzątaninę gorszych od niego, która wydawała mu się namiętna jak kopulowanie i gdy słuchał harmidru tworzonego przez pracujące maszyny, który brzmiał jak szept wiernopoddańczej kochanki. Przez całą swoją historię człowiek nie stworzył nic słodszego niż kapitalizm, który pozwolił na ukończenie budowy wieży Babel.

– Znowu spędzałaś z nimi czas?

– Mnie, w przeciwieństwie do ciebie, nie odrażają ludzie.

– Nie odrażają mnie ludzie!

Spojrzała na niego z wyrzutem.

– Rzadko spędzasz z nimi czas, gdy nie musisz. Zresztą widzę, jak patrzysz na tych na dole. Wiem, że się dla ciebie nie liczą, gdyż bardziej ukochałeś maszyny.

Józef uniósł się gniewem. Poczerwieniał, cały nabrzmiał.

– Wyjdź, Elizo, nie chcę tego słuchać!

Podeszła do niego i złapała go za rękę.

– Już dobrze, mój drogi bracie. Przepraszam za to, co powiedziałam.

 

III

 

Teraz gwóźdź programu. Wiktor nakazał wnieść służącym swój prezent. Największy wynalazca i ekscentryk Warszawy patrzył na wszystkich wyzywająco, dając do zrozumienia, że przygotował coś niesamowitego.

Służba przytaszczyła ogromną skrzynię. Trzymała ją pionowo. Postawiła prezent obok Wiktora, aby mógł dokonać prezentacji. Wszyscy zamilkli, słychać było tylko pojedyncze szepty. Wiktor radował się tym momentem.

– Wszystkim znane są twoje zasługi, Józefie. Wiemy, że jesteś geniuszem i filantropem, a także człowiekiem pracowitym. Zdaję sobie sprawę z twojej miłości do maszyn i wkładu w industrializację Warszawy. Nikt temu wielkiemu dziełu nie poświęcił się z równie wielkim zapałem, co ty. Chciałem, aby prezent był nie tylko adekwatny do długiej listy twoich zasług, ale również nieoczywisty. To coś, czego się nie spodziewałeś. Coś, czego nie spodziewał się nikt, ponieważ to pierwszy taki prezent na świecie.

Wiktor na chwilę uczynił dramatyczną pauzę, rozkoszując się zbudowanym napięciem, po czym otworzył skrzynię.

Wyszła z niej kobieta. Miała około metra siedemdziesięciu. Była postawna. Zdobiła ją piękna czerwona suknia. Na kształtne ramiona opadały jej rudawe włosy, a niebarwione usta kolorem przypominały maliny.

Ale coś z nią było nie tak.

– Józefie, prezentuję ci pierwszą na świecie myślącą maszynę. Nazywa się Ewa.

Powszechny okrzyk. Jedni byli oburzeni, drudzy zachwyceni, ale wszyscy zdumieni. Natomiast Józef zdawał się być wyłączonym z rzeczywistości. Stał i wpatrywał się w Ewę.

Wiktor uśmiechał się i mówił dalej:

– Oto doskonała kobieta stworzona tylko po to, aby cię kochać i czynić twoje życie milszym. Czyż to nie cudowne? Jedynym sensem jej egzystencji jesteś ty, Józefie.

Kozłowski otrząsnął się z szoku, jednak wypowiadał się wciąż niemrawo.

– Bardzo ci dziękuję…

Wiktor objął go i podał kolejny kieliszek szampana.

– Zapewne masz wiele pytań, ale nie czas na to. Tej nocy weselmy się. – Wynalazca zbliżył swoje usta, aby szeptać. – W nocy również będzie ci usłużna.

Wiktor uśmiechnął się, a był to diabelski uśmiech. Józef dalej nie wiedział, co mówić i co robić. Czy powinien podejść do Ewy?

Wiktor położył rękę za głową kobiety. Włączyła się. Zaświeciły się jej oczy, ciało ożyło. Wydobyła z siebie kłęby pary (nie czyniła tego podczas normalnego chodzenia). Skłoniła się niezgrabnie, sztywno. Przemówiła, a jej głos był chłodny i wyzbyty emocji:

– Witam. Nazywam się Ewa. Jestem, aby panu służyć, panie Kozłowski.

Józef osłupiał. Nie wiedział, jak zareagować, co odpowiedzieć. Robot za wskazaniem Wiktora, podszedł do swojego nowego właściciela i usłużnie stanął obok, czekając na dalsze rozkazy.

Wzburzone audytorium żywo dyskutowało. Wystąpił stary Kosilecki.

– To się nie godzi! – Poczerwieniał. Żyły mu nabrzmiały. Nerwowo gestykulował. – To obraza boskiego majestatu. Człowiek jest jedyną myślącą, doskonałą w zamyśle istotą i nikt nie ma prawa bawić się w Boga, tworząc takie abominacje. Ściągnie pan na nas potępienie, panie Koszecki. Bóg widzi i zagrzmi. Nie po to zburzył Babel, abyśmy dalej pięli się do jego doskonałości.

Kosilecki zaczął gwałtownie oddychać i słabnąć. Silne emocje mu nie służyły. Opadł na krzesło, otoczyli go żona i najstarszy syn. 

Wiktor zaśmiał się donośnie.

– Proszę państwa, nie dajmy się ponieść takim bzdurom! W człowieczej naturze leży progresja. My musimy się rozwijać, odkrywać, stwarzać rzeczy, o jakich naszym ojcom się nie śniło. Żyjemy w ciekawych czasach, to i sami nie pozostawajmy trywialnymi!

Józef zdenerwował się i wyszedł. Stanął przed domem i zapalił papierosa. Tupał nerwowo nogą. Zaciągał się gwałtownie, nikotyna koiła zmysły. 

Nawet nie usłyszał, kiedy podeszła Eliza.

– Masz ogień? – zapytała.

Spełnił jej życzenie. Czekała, aż on pierwszy się odezwie. Nie pomyliła się. Jak zawsze. Kochała swojego brata. 

– Miałaś rację.

Mruknęła zachęcająco.

– Nie umiem obcować z ludźmi, Elizo. Te urodziny wykończyły moje zmysły. Muszę jutro skontaktować się z doktorem Masłowskim.

 Wypuściła chmurę dymu.

– Jak ci się podoba prezent od Wiktora?

Józef złapał się za głowę.

– Nie wiem, naprawdę… Już nie mam siły myśleć o całym tym zamieszaniu.

– Niemniej jednak powinieneś wrócić do środka, Józefie. To twoje przyjęcie.

Mężczyzna rzucił niedopałek na ziemię i przygasił go czubkiem buta.

– Niestety, droga siostro, jak zwykle masz rację.

Wszedł z powrotem do środka. Było tam bardzo głośno. Wszystkich ekscytował wynalazek Wiktora, który tymczasem stał otoczony pokaźną grupką, odpierając ataki i zbierając pochwały.

Józef stuknął kilka razy łyżeczką w kieliszek, który zabrał z tacy kelnerowi. Po minucie wszyscy milczeli. Wtedy zabrał głos:

– Drodzy państwo! – Delikatnie się jąkał. – Proszę o spokój. Wszak zebraliśmy się tu świętować, nie zaś na siebie wściekać i sobie złorzeczyć. Ja prezent Wiktora przyjmę z serdeczną wdzięcznością jak dar od każdego z was. Tymczasem zaprzestańmy wszelkich dysput na ten temat i oddajmy się dalszej zabawie! Zasiądźmy do stołów, gdyż służba niesie kolejne danie. – O to zadbała Eliza, która wcześniej zaszła do kuchni i wydała stosowne dyspozycje.

 

IV

 

 Stał w samej bieliźnie, gdy weszła Ewa. Nie wiedział, jak zareagować, gdyż nie była kobietą, która mogłaby go onieśmielić. Jej twarz tylko imitowała jakiś wyraz, ale w gruncie rzeczy pozostawała pusta. Józef patrzył na nią w bezruchu i czekał aż ta coś zrobi. Ukłoniła się i powiedziała:

– Czy czegoś pan ode mnie oczekuje?

– Chyba… nie.

Józef przypomniał sobie lubieżny głos Wiktora. Miał przed sobą powabną maszynę. Wykonywała lekko nienaturalne ruchy. W pewnych odsłoniętych przez suknię miejscach widział łączenia. A przy tym pozostawała zmysłowa. Czuł, że członek mu zesztywniał.

Ewa podeszła do niego. Stanęła na odległość połowy ramienia i dotknęła jego członka.

– Rozbierz się – powiedział Józef.

Posłusznie wykonała rozkaz. Najbardziej zauważalne łączenie części widział na brzuchu. Dotknął jej piersi. Była miękka i ciepła. Jednak nie czuł bicia serca, gdyż go nie miała. Mężczyzna zdjął bieliznę i położył jej dłoń na swoim wyprężonym penisie. Zaczęła stymulować jego członek. Cicho jęczał, tłamsił jej pierś. Pocałował ją. Jej usta były przyjemne, ale nie całowała dobrze, gdyż nie kierowała nią namiętność.

Położył ją na łóżku. Nie ruszała się. Mimo to pracowała coraz szybciej. Wychodziły z niej obłoki pary, sapała. Słyszał syczenie mechanizmów w jej środku. Podniecało go to coraz bardziej, donośnie krzyknął podczas orgazmu. Zszedł z niej i położył się obok. Ciężko dyszał. Nie uprawiał seksu od trzech lat. Wydawało mu się, że właśnie zaliczył najlepszy stosunek w życiu.

 

V

 

– Kiedy zaczęły się pańskie problemy z obcowaniem z kobietami?

– To nie jest kwestia problemu z obcowaniem z kobietami. Mnie trudność sprawia towarzystwo jakichkolwiek ludzi.

– Czy jest ktoś, kto wymyka się temu schematowi?

– Moja siostra Eliza.

– Co pan wobec niej czuje?

– Miłość. Jak brat do siostry oczywiście. Jest wobec mnie zawsze szczera. No i w jej towarzystwie mogę się czuć swobodnie. Przy tym to bardzo dobra i serdeczna osoba. Najbardziej ludzka, jaką znam.

– Czyli w zasadzie jest przeciwieństwem maszyny?

– Owszem. Albo inaczej. Jest jedynym człowiekiem w moim otoczeniu. Reszta to stworzenia pomiędzy ludźmi a maszynami, brudy kapitalizmu.

– Czy pan nienawidzi ludzi?

– Nie powiedziałbym tak. Po prostu ich nie lubię i nie potrzebuję ich towarzystwa.

– Rozumiem. Zboczyliśmy z tematu, wróćmy na właściwe tory. Czy jest pan w stanie określić, kiedy zaczęła się ta nerwica?

– Chyba tak… Cztery lata temu zmarła moja ukochana żona Ewelina. Zginęła podczas porodu. Niestety dziecko również nie przeżyło. Zmarło dwa dni po przyjściu na świat.

– Czy ma pan inne dzieci?

– Nie. – Głos mu się łamał.

– Czy kiedy pan obcuje z kobietą, widzi pan w niej swoją żonę?

– T-to nie takie proste. Ewelina, panie doktorze, była aniołem. Wcieleniem dobra i ciepła. Była, panie doktorze, iście doskonała. Nie chcę obcować z ludźmi, bo są źli, brzydcy i ułomni, tak dalecy od niej. A przede wszystkim oni żyją, kiedy ona nie może. A jeśli ja też nie powinienem?

– I dlatego preferuje pan maszyny?

– Chyba tak. Maszyny są chłodne. A przede wszystkim precyzyjne… i doskonałe. Maszynę można zaprojektować tak, aby nie posiadała wad. Poza tym ona mnie nie osądza, pozostaje stateczna i nie przypomina o Ewelinie.

– Ona?

Józef wyciągnął zegarek z dewizką i rzekł:

– Niestety, doktorze Masłowski, na dzisiaj musimy skończyć spotkanie. Za pół godziny powinienem być w fabryce, czeka mnie wiele sprawunków. Bardzo dziękuję. Ile jestem winien? – W jego ton wróciła pewność siebie.  

 

VI

 

Muzyka jest wszędzie. Wypełnia życie. Robotnicy lubili śpiewać podczas pracy. Zdarzało się, że kilkugłosowy chór śpiewał jedną piosenkę. Tego dnia Józef robił obchód. Lubił sprawować nad wszystkim pieczę. W pewnym momencie z cudownej symfonii maszyn wyłonił się ludzki śpiew. A dokładnie kobiecy. Fabrykant uświadomił sobie, że zna te słowa.

 

Kochana Selmo

Spójrz, kto tańczy

Szybciej niż spadające gwiazdy!

Cvalda tu jest

Cvalda śpiewa

 

Zatrzymał się. Podszedł do niej.

– Skąd znasz tę piosenkę? – zapytał.

Robotnica wyglądała na zszokowaną pytaniem. Właściciel raczej unikał rozmów z pracownikami. A już na pewno niezwiązanych bezpośrednio z produkcją. Zaczęła się bać, że robi coś źle. Jej ruchy stały się nerwowe, wzrok uciekał od niego.

– Matka mi ją śpiewała, panie.

– Ja jej nigdy nie słyszałem.

– Bo nikt jej w Polsce nie śpiewa, panie. To tłumaczenie islandzkiej pieśni.

Tym razem to Józef był zdziwiony.

– Islandzkiej?

– Tak, panie. Moja rodzina jest z Islandii. Dziadek przybył do Polski z Reykjaviku.

– Jak ci na imię?

– Hildur.

– Mówże głośniej.

Wyglądała jak zaszczuty psiak. Józefowi dawało to poczucie władzy, ale…

 

Ewelina

 

Szept

 

Czy jego żona by to pochwaliła? Ona traktowała wszystkich dobrze. Wbrew jego woli spędzała czas z robotnikami i przynosiła im jedzenie..

– Nauczyłaś tej piosenki moją siostrę?

– Tak, panie. – Wyglądała na bliską płaczu. – Pani mnie o to poprosiła. Panie, ja tylko spełniałam polecenie.

Józef skinął głową. Jego oblicze nic nie wyrażało. Znalazł w kieszeni kilka marek i wyciągnął rękę w jej stronę. Spojrzała zaszczuta, nie wiedząc, co się właśnie dzieje.

– Trzymaj, to dla ciebie.

Patrzyła nieruchomo.

– No bierz, kobieto!

Po jej policzkach pociekły łzy. Wziął jej rękę i włożył do niej pieniądze. Padła na kolana.

– Dziękuję ci, panie.

– Nie musisz. Wracaj do pracy.

– Wszystkim opowiem, że nie ma w Warszawie lepszych ludzi od rodziny Kozłowskich!

 

VII

 

Józef palił papierosa, opierając się o zdobioną poręcz balkonu wychodzącego z jego sypialni. Obok stała Ewa gotowa spełnić każde polecenie. Nie wiedział, jak Wiktor skonstruował ją, że była zdolna do rozmowy. Przecież to technicznie niemożliwe. Prezent był cudem wymykającym się możliwościom współczesnej techniki. Józefa korciło, aby ją rozebrać na części. Wiele osób już go o to prosiło. Jednak sam nie chciał, ponieważ była zbyt cudowna, a Wiktor ostrzegł, że nie da się jej ponownie złożyć. Ponadto wyraził życzenie, aby działanie Ewy było jego sekretem, który zaniesie do grobu. Józef wiedział, że powinien spełnić tę prośbę.

– Zrobiłem dzisiaj… coś dobrego – powiedział fabrykant.

– Tak? – Głos Ewy był chłodny, metaliczny, a jednocześnie coś się w nim kryło. Józef nie rozszyfrował, co.

Mężczyzna opowiedział jej sytuację z Hildur. Ewa zareagowała w sposób niespodziewany. Uśmiechnęła się. Ten uśmiech z czymś mu się kojarzył. Z czymś cudownym.

– Dobrze zrobiłeś – powiedziała.

Zdziwił się.

– Tak sądzisz?

– Musisz nauczyć się kochać ludzi, Józefie.

 

VIII

 

Józef spotkał się z Wiktorem w kawiarni. Na scenie Leopold Staff odczytywał swój wiersz.

– I jak się prezent podoba? – Wynalazca uśmiechał się tryumfalnie. Jego oczy przysłaniały okrągłe okulary przeciwsłoneczne. Miał na sobie fioletowy surdut.

– Naprawdę udany.

Kelner przyniósł kawy i ciasta bezowe.

– Ale powiedz mi, jak ona działa! – Fabrykant wiele by dał, aby poznać ten sekret.

Wiktor spoważniał. Zdjął okulary i wygładził brodę.

– Józefie, nie pytaj ty ani wy wszyscy ciekawscy. Ten sekret chcę zabrać ze sobą do grobu, a czuję, że ten czas nadchodzi.

Fabrykant oniemiał, posmutniał.

– O czym ty mówisz, Wiktorze?

Ekstrawagancki geniusz westchnął i złożył dłonie.

– Są rzeczy, o których nie mogę mówić innym. Jednak, cokolwiek by się nie stało, pamiętaj li, żem cię zawsze jak brata kochał. Oddałbym ci wszystko, nawet duszę.

Józefa zdziwiło to wyznanie. Jak się zastanowić, to faktycznie poza siostrą nikt nie był mu bliższy od Wiktora.

Fabrykant ścisnął dłoń wynalazcy.

– Wiktorze, mnie możesz powiedzieć o wszystkim. Co się dzieje?

Oblicze jego przyjaciele zaszło listopadowymi chmurami.

– Niestety nie mogę, ale doceniam ten przejaw serdeczności, Józefie, gdyż wiem, jak wiele musiał cię on kosztować.

Obaj się roześmiali z ponurego żartu Wiktora. Potem przyłączyli się do klaszczących poecie klientów.

 

IX

 

Po wejściu do rezydencji Józef skierował swe kroki do kuchni. Tam Ewa uwijała się z resztą służby, aby przygotować obiad. Mężczyzna trochę nie rozumiał, dlaczego, skoro byli do tego wyznaczeni ludzie. Może niepotrzebnie włączał ją rano przed wyjściem do pracy? Nie pojmował działania robota. Mężczyzna zauważył już, że Ewa chętnie wszystkim pomagała. Była zaskakująco… ludzka. Jak…

 

Ewelina

 

Pomagała wszystkim

 

Robotnikom służącym ludziom małym którzy nie mieli znaczenia

 

Czyżby robot był lepszą istotą od niego? Zirytował się i wyszedł zapalić w samotności.

 

X

 

– Jak się pan ostatnio czuje?

Józef uśmiechnął się delikatnie.

– Lepiej.

Psychiatra nieoczekiwanie klasnął w dłonie.

– Czy coś się zmieniło w pańskim życiu?

Pacjent oparł głowę na pięści.

– Można tak powiedzieć.

– Tak?

– Na swoje czterdzieste urodziny otrzymałem od najlepszego przyjaciela niecodzienny prezent. Może pan słyszał, bo plotki rozeszły się po Warszawie. – Doktor pokiwał głową przecząco, więc fabrykant kontynuował. – Dostałem myślącą maszynę. A konkretnie kobietę. Nazywa się Ewa. – Zniżył głos. – Sypiamy razem.

– Czyli wreszcie zaspokaja pan swoje chore libido?

– Tak.

– Myślę, że skoro nie ma pan już problemów, nie potrzebuje mnie pan.

Józef zdziwił się.

– Myślałem, że pan doktor będzie mnie próbował uleczyć, naprowadzić moje pożądanie na właściwe tory.

Masłowski skinął głową.

– Taki miałem zamiar, panie Kozłowski, ale skoro znalazł pan nieszkodliwy sposób na tłumienie tego popędu, nie będę panu wchodził w drogę.

Fabrykant oniemiał.

– Dziękuję w takim razie.

Psychiatra uniósł dłoń i stanowczym głosem rzekł:

– Ale niech pan uważa. Jeśli rozejdą się słuchy o tych nieboskich stosunkach, może pan mieć problemy z carską strażą.

Józef skinął głową ze zrozumieniem. Nie wierzył Masłowskiemu, że do jego uszu nic wcześniej nie doszło – nie wyglądał na zdziwionego.

 

XI

 

 Ewa już siedziała przy stole. Aż zabolała go głowa, gdy zobaczył jej uśmiech. Z kim mu się kojarzył? Z mroków niepamięci chciał przedostać się jakiś obraz. Wydawało mu się, że posiada wszystkie elementy układanki, ale nie umiał ich połączyć. W jadalni aktualnie nie było służby, więc maszyna podeszła i pocałowała go na przywitanie. Objął ją. Migrena nie ustępowała. Nieświadomość aż wrzeszczała.

Jego stan z dnia na dzień się pogarszał. Przez pewien okres wydawało mu się, że jest szczęśliwy, ale w tamtych dniach opadła na niego głęboka depresja, której przyczyny dokładnie nie znał. W ogóle przestał się uśmiechać. Eliza płakała wieczorami, Ewa patrzyła martwa, całymi godzinami czuwając przy jego łóżku, w którym leżał bezwiednie.

 

XII

 

Wparował do Masłowskiego bez zapowiedzi w środku dnia. Doktor podniósł na niego wzrok znad dokumentów, nad którymi pochylał się z drucianymi okularami na nosie.

– Z tego, co mi się wydaje, nie jesteśmy na dzisiaj umówieni i skończyliśmy terapię, panie Kozłowski.

Józef zamknął drzwi.

– Potrzebuję pomocy, zapłacę. Jest ze mną źle.

– Mam już dzisiaj cały dzień zajęty innymi pacjentami.

– Kiedy ma pan najbliższy termin?

– Za dwa tygodnie.

– To za długo!

Doktor zdjął okulary.

– Nic nie mogę zrobić.

– Stać mnie. Niech mnie pan przyjmie poza godzinami pracy. I tak chcę poprosić o praktykę, która nie wchodzi w zakres pana standardowych usług.

Masłowski pokazał na krzesło przy swoim biurku.

– Niech pan usiądzie.

– Z pewnych źródeł wiadomi mi – zaczął Józef – że interesuje się pan technikami psychoanalitycznymi i hipnotycznymi. Przyszedłem prosić o usługę w tym zakresie.

– Niech pan nie mówi takich rzeczy na głos! Kto panu naopowiadał takich głupstw? – Obawy doktora były słuszne. Takie szarlataństwa z Wiednia nie były miło widziane w Warszawie.

Józef uspokoił go gestem ręki.

– Może pan być spokojny, nikt się nie dowie. Ja tylko proszę o odpłatną przysługę.

Psychiatra westchnął.

– Niech pan przyjdzie do mojego domu o ósmej wieczorem. 

 

XIII

 

– Niech pan zamknie oczy i wyrówna oddech. – Sebastian Masłowski machał miarowo zegarkiem na łańcuszku przed oczami Józefa. Ten posłuchał poleceń. Jego świadomość się opierała, ale w końcu hipnotyzerowi udało się wprowadzić Kozłowskiego w pożądany stan. – Co pan widzi? – Głos doktora zdawał się dobiegać z oddali. Jasno świeciło słońce. Wpadające przez szyby do jego gabinetu. Najpierw zobaczył uśmiech. Czysty i niewinny. Czyj? Kobiety. Jakiej? Na pewno ją znał.

– Ewa – powiedział fabrykant.

– Ale co jeszcze pan widzi?

Józef kręcił głową, zaciskał zęby i pięści.

– Ewę.

– Co ona robi?

– Gdzieś chce mnie zaprowadzić.

– Niech pan idzie za nią.

Zahipnotyzowany posłuchał. Ewa chwyciła go za rękę. Prowadziła go przez rezydencję. Mijali służbę. Wszyscy byli uśmiechnięci. Na podwórcu, przed głównym wejściem czekała elegancka dorożka, którą ciągnęły cztery konie. Ewa nic nie mówiła, tylko gestem nakazała mu wejść do środka i zamknęła za nim drzwiczki. Woźnica ruszył.

– Gdzieś jadę – powiedział Józef.

– Gdzie?

– Tego jeszcze nie wiem.

Jazda nie trwała długo. Z zewnątrz usłyszał gwar. Ludzkie głosy i muzykę. Wyszedł z powozu. Znajdował się przed rezydencją trzy razy bogatszą niż jego, w której odbywał się bal. Wszędzie widział pięknie ubraną elitę Warszawy. Jednak wszystkie twarze wydawały mu się obce. Rozmyte i bez znaczenia. Wszedł do środka, a hałas stawał się coraz donośniejszy. Wszedł na salę, gdzie w najlepsze trwała zabawa. Nikt go nie przywitał. Jego wejście zostało niezauważone. W centrum zobaczył ten uśmiech, nie dający się pomylić z żadnym innym. Ale to nie była Ewa. To Ewelina, jego zmarła żona. Pobiegł do niej, ujął ją w ramiona. Tulił ją do siebie przez wieczność. Potem chciał ją pocałować, ale gdy spojrzał na jej twarz… Trzymał w ramionach Ewę. Zaczął krzyczeć.

– Budzisz się! – zawołał donośnym głosem Masłowski.

 

XIV

 

– Pamiętasz o naszej umowie, Wiktorze?

– Tak. Nie spodziewałem się, że Józef tak szybko odkryje prawdę.

Pozostający w cieniu rozmówca wzruszył ramionami.

– Mnie to bez różnicy. Czas na nas, Wiktorze. Ale…

– Tak?

– Musisz naprawdę go kochać, skoro jesteś dla niego gotów do takiego poświęcenia.

– To prawda. Józef jest dobrym człowiekiem, nawet jeśli nie zawsze to okazuje. Zresztą jestem już zmęczony życiem. Nienawidzę Warszawy.

– Nie lepiej było się przenieść na wieś?

Wiktor uśmiechnął się wisielczo.

– Po tygodniu nuda by mnie zabiła. Zbierajmy się.

 

XV

 

Z samego rana Józef kazał zawieźć się do domostwa Wiktora położonego na obrzeżach Warszawy. Zignorował swoje obowiązki, chcąc jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Uznał, że nie odpuści i wymusi odpowiedź. Jeszcze nie wiedział jak, ale buzujące w nim gniew i bezradność dostarczały wystarczającej energii.

Przy wejściu zatrzymał go lokaj Wiktora.

– Chce się widzieć z twoim panem – rozkazał Kozłowski.

– O niczym jeszcze pan nie wie?

– O czym mam wiedzieć? – Fabrykant niecierpliwił się.

– Żałoba. Pan Koszecki odszedł dzisiaj w nocy.

Józef zachwiał się.

– Co się stało?

– Zmarł na zawał.

Kozłowskiemu kręciło się w głowie. Czyli już nigdy nie pozna odpowiedzi? Co się dzieje? Zmarł jego najbliższy przyjaciel, jeden z nielicznych, którzy widzieli w nim człowieka? To za dużo. Złapał lokaja za ramię, aby się podtrzymać, osuwał się na podłogę.

– Panie Kozłowski, czy wszystko dobrze?

Fabrykant zebrał się w sobie i wyprostował, chociaż ledwo utrzymywał się na nogach. Puścił ramię służącego.

– Czy Wiktor… znaczy pan Koszecki coś po sobie zostawił?

– Czy pyta pan o coś konkretnego?

– Nie wiem. Jakiś list, wiadomość, cokolwiek.

– Nie wydaje mi się. Jeśli coś takiego się odnajdzie, powiadomimy pana.

Józef wyszedł chwiejnym krokiem do swojej dorożki. Wrócił do rezydencji, gdyż nie miał siły iść do pracy. W fabrykach poradzą sobie bez niego ten jeden dzień. W drzwiach powitała go Ewa. Już nic nie rozumiał. Uśmiechnęła się i pocałowała go.

– Jak było u Wiktora, najdroższy? 

Koniec

Komentarze

Ja właśnie ostatnio o Tobie myślałam Pietrku i cieszę się, że wróciłeś! Na pewno przeczytam Twój tekst :) Witaj z powrotem!

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dzięki, postaram się zostać na dłużej : D Miło, że ktoś mnie pamięta!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

“Przyjdzie pan za miesiąc i skonsultujemy, czy pomogły.” → to “skonsultujemy” mi tutaj nie pasuje. Konsultacje chyba na czymś innym polegają, tutaj chyba raczej bardziej by pasowało “sprawdzimy”. 

 

“Po wypowiedzeniu tych słów był skonfundowany, gdyż przybrał zbyt donośny ton.” → nie wydaje mi się, żeby ktoś “przybierał” ton. Skonfundowany też średnio pasuje, bo to oznacza, że ktoś nie rozumie jakiegoś biegu wydarzeń, a pacjent był raczej zmieszany, sądząc po kolejnym zdaniu. 

 

“Józef i Eliza stali w gabinecie i przez szybę patrzyli na salę produkcyjną fabryki włókienniczej. W pocie czoła ludzie uwijali się niczym mrówki. Pracują szesnaście godzin na dobę razem ze swoimi dziećmi, aby zarobić grosze, które pozwolą im jedynie na kupno czarnego chleba, a ten jakkolwiek zapełni ich skurczone żołądki. Traktujesz ich gorzej od psa, jednak oni będą cię po rękach całować tylko dlatego, że zapewniłeś im pracę, której nie ma niezliczony motłoch bez celu włóczący się ulicami całymi dniami. W takich momentach fabrykant czuje się jak bóg, absolutny pan i władca. Robotnicy całkowicie należeli do niego. To również go podniecało.” → w całym tym fragmencie jest kilka skoków narracyjnych, które kiepsko wyglądają. Należałoby ujednolicić. Do tej pory prowadziłeś tekst narracją trzecioosobową w czasie przeszłym, a tutaj nagle wskakujesz na teraźniejszy, potem narrator zwraca się do kogoś, ale nie wiadomo do kogo. Tak jakby nagle narratorem był nasz fabrykant, ale zaraz wracasz do narracji trzecioosobowej. Moim zdaniem, nie czyta się tego najlepiej, wybija z rytmu. 

 

“Wiktor na chwilę uczynił dramatyczną pauzę” → nie wiem, czy pauzę można “uczynić”. Pauzę się raczej robi?

 

“otoczyli go żona i najstarszy syn. “ → może się czepiam, ale dwie osoby to trochę mało, by kogoś “otoczyć”.

 

“O to zadbała Eliza, która wcześniej zaszła do kuchni i wydała stosowne dyspozycje.” → to mi brzmi trochę nienaturalnie jako kwestia dialogowa. 

 

“Zginęła podczas porodu.” → chyba “zmarła” podczas porodu, bo “ginie się” w katastrofie, albo w wypadku. Nie wiem, czy ten czasownik tutaj pasuje.

 

Ewelina

 

Pomagała wszystkim

 

Robotnikom służącym ludziom małym którzy nie mieli znaczenia” → dlaczego tu bez interpunkcji?

 

Hm, pomysł był ciekawy, ale chyba nie do końca rozumiem nawiązanie do tytułu, no i w końcówce w zasadzie nie udzielasz żadnych odpowiedzi. Dajesz oczywiście pewne wskazówki w tekście, ale tak naprawdę nie wiadomo, o co chodziło, ani dlaczego doszło do wydarzeń w tekście. Dlaczego Wiktor podarował Józefowi robota? Czy podpowiedział mu to psychiatra? Dlaczego Wiktor umarł? Nie wiadomo. 

Niekiedy dialogi brzmiały sztucznie, czasami dziwnie dobierasz słowa. Czasami wychodzi to lepiej, a czasami gorzej. Ogólnie, niestety nie mogę powiedzieć, że tekst zrobił na mnie duże wrażenie. Był chyba trochę zbyt zagmatwany, a jednocześnie nie mam przekonania, czy pasuje do kategorii “weird”, bardziej steampunk mi tu dźwięczał. W dodatku trochę niewykorzystany potencjał Warszawy. Nie licząc kilku wskazówek (występ Staffa i wzmianka o okupantach), akcja mogłaby rozgrywać się gdziekolwiek. 

Fajnie jednak znów widzieć Cię na forum i życzę powodzenia w konkursie. Pamiętaj, że moje zdanie jest tylko zdaniem jednego czytelnika i nie wszystko musisz brać sobie do serca :)

 

 

 

 

 

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Zakończenie specjalnie nic nie wyjaśnia. Słyszałem już wiele teorii na jego temat i prawie każdy ma inną – uważam to za swego rodzaju sukces. Potencjału Warszawy wykorzystać się nie dało się wykorzystać ze względu na ograniczenie liczby znaków, który pierwotnie i tak przekroczyłem o 10k znaków. A tytułu tłumaczyć nie zamierzam ;) 

Dzięki za wizytę!

 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Postawiła prezent obok Wiktora, aby mógł dokonać prezentacji.

Zmieniłabym ten “prezent” na coś innego, bo powtarza się w tym fragmencie.

Bardzo fajne opowiadanie. Nie wszystko jest do końca wyjaśnione, te powiązania Ewy z Eweliną i Wiktorem – wiadomo, że jakieś są, ale nie przeszkadza mi to za bardzo. W zasadzie wcale mi to nie przeszkadza. 

Świetnie się czytało.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość. A CMowi ból i pożogę.

Scena zbliżenia – ona miała być taka sztywna, mechaniczna, prawda?

 

Tytuł odbieram metaforycznie: o braku porozumienia. Józefa z innymi ludźmi i innych ludzi z Józefem, a także niejako w tle, ludzi z ludźmi (vide Wiktor i ojciec Jóżefa).

 

Nie jest dla mnie jasna motywacja Wiktora – wynalazca wjeżdża na scenę, sprzedaje homunculusa Józefowi w prezencie i okazuje się być jego dobrodziejem. Czy powodują Wiktorem uczucia głębsze niz przyjaźń, że zdobywa się na poświęcenie? Czy zawarł pakt z diabłem, jak sugeruje pasus o duszy, by pomóc przyjacielowi znaleźć język wspólny z resztą ludzi?

 

Wciągająco, sprawnie opowiedziana opowieść; delikatna stylizacja na wczesny XX wiek; dziwność jest środkiem do opowiedzenia histori, a nie celem – mi się. Mało jednakże jest tropów odnośnie motywacji Wiktora (lub ja ich nie dojrzałem) i to jest drażniące :-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Na konkurs w sam raz, tyle niedopowiedzeń… Nie do końca rozumiem motywacje Wiktora i nie do końca jestem przekonana, że prezent rzeczywiście pomógł Józefowi. Raczej pogłębił jego wyobcowanie. Podobnie nie rozumiem, jak łączy się śmierć Wiktora z androidem.

Czytało się dobrze, ale zbyt dużo pytań pozostawiłeś bez odpowiedzi, żebym czuła się do końca usatysfakcjonowana.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Wszystkim odpowiem tak samo:

  1. Dzięki!
  2. Pytania bez odpowiedzi były zamierzone. Spotkałem się już z naprawdę wieloma interpretacjami odnośnie zakończenia i wszystkie uważam za równie ciekawe. Chciałem, aby opowiadanie zostało z Czytelnikiem na dłużej. Dlatego wolę nie ustosunkowywać się do zaproponowanych interpretacji, aby unikać niepotrzebnej z mojej strony ingerencji ;) 

Pozdrawiam!

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Pod koniec, przyznam, pogubiłam się w fabule, ale całość – z tą lekką stylizacją, nie tylko w realiach, ale i w pomyśle, na początek wieku XX – dobrze mi się czytało. 

Interesujące wplecenie motywu psychoanalizy do tej historii o człowieku, maszynie i czymś nieuchwytnym w meandrach ludzkiej psychiki. Lubię realia początku XX wieku, a tutaj są oddane całkiem zacnie. Co do warstwy językowej, dialogi momentami troszkę zgrzytają, ale z drugiej strony może to stylizacja na inteligenta z dwudziestolecia? W sumie w tej konwencji miałoby to sens.

ninedin – dzięki!

 

oidrin – tak, to była stylizacja. 

 

Dzięki za wizytę!

 

https://www.facebook.com/Bridge-to-the-Neverland-239233060209763/

Widzę tu naprawdę spory potencjał, którego nie wyeksploatowano w stu procentach.

Samo hasło konkursowe – hedonistyczna industrializacja – sugeruje osadzenie historii w określonym miejscu i czasie, a Ty za tą wskazówką naturalnie podążasz, przekuwając inspirację w naprawdę ciekawy motyw: zaburzenia seksualne na tle obiektów technicznych i wprowadzenie robotycznej kobiety. W moim odczuciu jest to zabieg naprawdę w punkt, zwłaszcza jeśli osadzić go w realiach Warszawy przełomu XIX i XX wieku. Szkoda tylko, że tej warszawy i historycznych czasów za bardzo nie ma – kiedy już zaczynasz zarysowywać klimat, konsekwentnie niszczysz go anachronicznym, nieprzemyślanym słownictwem („zaliczyć stosunek” w dobie Leopolda Staffa?). Ta nieścisłość techniczna odebrała mi część przyjemności z lektury.

Fabuła krążąca wokół reminescencji „Ewa – zmarła Ewelina”, wymuszająca na bohaterze przemianę z nieczułego przemysłowca do empatycznego człowieka stanowi ciekawą bazę do rozpoczęcia dyskusji na temat wartości. W moim odczuciu nie jest to jednak tekst weirdowy – za mało tu stylizacji, kreowania atmosfery słowem, jakiejś niesamowitości wykraczającej poza obszar pojmowania ludzkiego umysłu. A sądzę, że temat i przyjęty setting dawał pole do stworzenia takiej opowieści.

Hasło konkursowe zrealizowane jest, natomiast nie mam wrażenia, by omawiany industrializm był hedonistyczny. Owszem, chodzi o seks – ale tu bohater raczej wydaje się nieszczęśliwy z powodu swoich zaburzeń, próbuje się leczyć, a otrzymanie maszyny-kobiety nie czyni z niego nieposkromionego konesera uciech. Hedonizm to zresztą pojęcie szerokie, które świetnie dałoby się w przyjętym settingu rozwinąć, poprzestałeś jednak na zdawkowym wątku seksualnym.

Interesująca tematyka i podejście do konkursu. Czytało się przyjemnie. Jednak nie obraziłabym się za więcej wyjaśnień – z kim rozmawia Wiktor w swojej ostatniej scenie i takie tam…

Babska logika rządzi!

Wiktoriańskie androidy w weirdzie? Czemu nie. Jednakże nie widzę tu weirdu.

Pomysł ciekawy, ale nienowo podany, prócz ekscytującego settingu mamy pakiet: ekscentrycznego wynalazcę, problem człowieczeństwa (Józef i pokochanie ludzi), o jakich owcach śni Ewa i dlaczego odmieni to Józefa. Warszawa miała ładny steampunkowy potencjał, ale nie wypadła tak klimatycznie jak Los Angeles w BR, właściwie wcale nie wypadła, bo zniknęła. A szkoda.

Nowa Fantastyka