- Opowiadanie: mr.maras - Za ciemną doliną

Za ciemną doliną

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Za ciemną doliną

W środku nocy budzą mnie ludzkie głosy. Nie jest to jednak łagodny śpiew dzikich mieszkańców lasu. Zza drzwi chaty dobiega stanowczy głos starca i drugi, młodzieńczy, wyraźnie wystraszony. Więc to dziś – uświadamiam sobie i zapadam w letarg. Ciało nie słucha mnie od dawna, krzyż ciąży na szyi bardziej niż zwykle. Nie zdołałam i nie chcę uciekać. Jeśli już, to do przeszłości, gdziekolwiek się ona znajduje.

Powietrze pali w płucach, lecz fale gorąca tylko muskają pozbawioną czucia skórę ciepłym podmuchem. Zaciskam powieki i myślami wracam do mojej wsi na końcu drogi.

 

*

 

W dzieciństwie matka powtarzała, że wielki świat to nie miejsce dla takiego chłopca jak ja. A ojciec straszył opowieściami o ludziach ze wsi, którzy zniknęli na końcu drogi, prowadzącej do naszej osady. Byłem smarkaczem i wierzyłem w takie historie.

Gdy podrosłem, zacząłem podejrzewać, że w ten sposób rodzice próbowali mnie zatrzymać przy sobie. Chciałem wierzyć, że kierował nimi strach o jedynego syna, ale domyślałem się, że przede wszystkim obawiali się o swoją przyszłość. Potrzebowali pomocy w gospodarstwie, może liczyli, że zajmę się nimi na starość. Teraz, gdy poznałem część prawdy, śmieję się z tych podejrzeń. Ale za młodu, karmiony opowieściami ojca, lękałem się wielkiego świata i do trzynastych urodzin nie wychylałem nosa z osady. Podobnie reszta dzieciaków. Bały się tak samo jak ja, straszone przez swoich rodziców.

Po szkole pomagaliśmy w polu albo ganialiśmy po sadach i pastwiskach, chowaliśmy w stodołach. Czasem tylko zapędzając się na polanę pod lasem, gdzie płynął strumień. Ale nigdy dalej.

Las otaczający kilkanaście gospodarstw był zbyt ponurym miejscem na zabawy. Pochłonął więcej istnień niż plaga powracająca w te strony raz na jakiś czas. Jeszcze gorzej miały się sprawy z leśną drogą.

 

*

 

Pamiętam niedzielny poranek, gdy całą hałastrą pierwszy raz spróbowaliśmy poszerzyć nasz światek, ograniczony z czterech stron lasem i strachem.

Ubita droga, która długimi milami ciągnęła się przez ciemny bór z północy na południe, na wysokości wioski wiodła za wąskim pasem drzew. Równolegle do rzeki, na której brzegach rozpościerały się pola, pastwiska i osada. Prowadził do nich zjazd przez wycinkę.

Rzeka wypływała z lasu i znów do niego wpływała, a pod dachem gęstej roślinności jej wody ciemniały, strasząc wirami i prądami. 

Przy drodze, ćwierć mili na północ, stała kapliczka z krzyżem. Podobno żaden z dorosłych, którzy wyruszyli w tamtą stronę, nigdy nie wrócił. Pochłonęły ich cuda wielkiego świata. 

Rozmów o kierunku południowym zakazano.

Przydrożna kapliczka była więc końcem bezpiecznej krainy. Nigdy nie próbowaliśmy zapuszczać się dalej i nawet do krzyża najodważniejsi z nas chadzali tylko za dnia. Odległy koniec traktu opisywali potem jako niewyraźny, zamglony punkt wśród ciemnej zieleni.

Tamtego poranka było nas sześciu, chcieliśmy zrobić coś szalonego i w grupie czuliśmy odwagę dorosłego mężczyzny. Ulepioną z chłopięcej brawury, ciekawości oraz skomplikowanego splotu wstydu i rywalizacji. Pchani tą odwagą przeszliśmy drogą około ćwierć mili. 

Na południe.

Okazało się, że i tutaj stała kiedyś kapliczka. Teraz spróchniała, zapadła się i zarosły ją pokrzywy. Drewniany krzyż ktoś połamał.

Przystanęliśmy, czując, jak z każdą chwilą wycieka z nas odwaga. Wtedy, gdzieś na końcu drogi, zamajaczył rozmazany, drgający punkt. Z pewnością zbliżał się w naszą stronę. 

To nie był czas wizyty domokrążcy. Uciekliśmy stamtąd, zanim niewyraźny, jakby tańczący na drodze obiekt nabrał kształtów.

 

*

 

Sercem mojego ówczesnego świata był dom rodzinny. Skromny, dwuizbowy, nieco na uboczu. Z frontowych okien miałem widok na murowany kościółek kryty gontem i bieloną wapnem świetlicę, w której toczyło się życie wsi: szkoła, tańce i zebrania rady.

Ksiądz, który mieszkał w kościelnej przybudówce, był starym i zgorzkniałym człowiekiem. Ludzie mówili otwarcie, że za dużo pije, a jego wiary nie starcza już nikomu. Jednak nadal odprawiał msze, na które przychodziła garstka wiernych. Ja z ojcem nie opuściłem żadnej, a jedna z nich prawdopodobnie odmieniła moje życie.

Nie umiem powiedzieć, o czym ksiądz wtedy opowiadał. Ale w pamięci utkwił mi fragment psalmu, jakim zakończył kazanie: Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska są tym, co mnie pociesza. Stół dla mnie zastawiasz wobec mych przeciwników; namaszczasz mi głowę olejkiem.

Pamiętam również, że, czytając te słowa, płakał.

 

*

 

Dorastałem i odkrywałem, że miejsce, w którym żyję, robi się dla mnie za ciasne.

Coraz częściej wyobrażałem sobie daleki świat gdzieś na północy – miasta, morza i góry, które znałem z ilustracji w podręczniku. To wszystko czekało na końcu drogi. Czułem niepokojący zew i jednocześnie bałem się jak diabli.

Zacząłem zastanawiać się nad przyszłością i podobnie jak reszta hałastry zauważyłem w końcu istotny problem. W wiosce była tylko jedna dziewczyna w zbliżonym wieku. Jedyna kandydatka na przyszłą żonę na całą naszą szóstkę. Córka nauczycielki.

Nie była piękna. Ani nawet ładna. Miała długi nos i rzadkie włosy, ale nie mogłem przestać o niej myśleć. Nasze serca biły dla Anny, choć wiedzieliśmy, że pokocha tylko jednego z nas, a pozostali będą musieli odejść i szukać szczęścia gdzie indziej.

Byłem pewny, że zrobię dla niej wszystko. Podobnie jak reszta chłopaków. I Anna o tym wiedziała. Wkrótce okazało się, jak bardzo się myliliśmy.

Bawiła się nami, zwodziła, a my spełnialiśmy jej zachcianki. Pewnego razu poszliśmy za nią leśną drogą, aż do północnej kapliczki. Ale i tego było mało.

– Kto pójdzie ze mną dalej? – zapytała ku naszemu przerażeniu. Patrzyliśmy po sobie, ale żaden się nie ruszył.

Czekała, a z każdą chwilą na jej twarzy było coraz mniej pewności siebie. Nie wiem, czy z powodu drogi, czy bardziej chodziło o nas. O nią. O to, co właśnie utraciła.

– Tchórze – stwierdziła w końcu i ruszyła przed siebie.

Staliśmy długo, otępiali ze strachu i wstydu. A ona szła sztywnym krokiem. Ani razu się nie obejrzała.

Wtedy widziałem ją taką po raz ostatni.

 

*

 

Latem następnego roku do wsi zajechał domokrążca. Akurat w moje piętnaste urodziny, ale pamiętam ten dzień z innego powodu – była to pierwsza wizyta handlarza, jaką oglądałem na własne oczy. Wcześniej, gdy dzwon kościelny oznajmiał przybycie gości z wielkiego świata, rodzice zamykali mnie w domu.

Jakże byłem rozczarowany, gdy przybyszem okazał się łysiejący starzec w brudnych łachmanach. Siedział na zydlu, przygarbiony, przyglądając się nam z niechęcią w oczach ukrytych pod krzaczastymi brwiami.

Powitali go ksiądz i kowal, który był również wioskowym medykiem. Za nimi stanęło dwóch mężczyzn – jeden z widłami, drugi z płonącą pochodnią, mimo że słońce stało wysoko na niebie.

Starzec nie zszedł z wozu, dopóki nie odpowiedział na pytania – kowala, potem księdza. Nie zabawił długo. Miejscowi opróżnili wóz z garnków, narzędzi i podobnych rupieci. W ich miejsce handlarz załadował beczułki z wiosennym winem i inne wiktuały. Przez cały ten czas wodził wzrokiem za Michałkiem, najmłodszym synem sąsiada, który bawił się w kałuży przed kościołem.

Gdy handlarz zbierał się do odjazdu, rodzice przyprowadzili małego rudzielca w krótkich spodenkach i posadzili obok domokrążcy. Michałek wyglądał na bardziej zdziwionego tym wszystkim niż przestraszonego.

Pobiegłem za nimi aż na leśną drogę. Malec obejrzał się tylko raz, kiedy mijali kapliczkę. Pewnie przez chwilę był z siebie dumny, ale wóz jechał dalej, aż w końcu zniknął wśród cieni na końcu drogi.

Sąsiedzi nie uronili łzy. Miałem wrażenie, że na ich twarzach dostrzegam ulgę.

 

*

 

Kilka tygodni później zjawiła się Anna. Spotkałem ją, spacerując nad strumieniem z naszym psem, Kefasem. Najpierw usłyszałem cichy śpiew. Potem wśród drzew dojrzałem dziewczęcą postać.

Była inna. Oczy wydawały się zamglone, skóra zszarzała, a usta miała ciemne jak leśne jagody. Zdawało mi się, że wyładniała, ale gdy wpatrywała się we mnie uporczywie spomiędzy liści, od jej dzikiej urody cierpła skóra.

Kefas nastroszył sierść i zaczął warczeć, nie ruszając się z miejsca..

Wtedy przestała śpiewać, zwymiotowała na dłonie gęstą, czarną mazią i zaczęła wcierać ją w korę drzewa, a ja uciekłem co sił w nogach.

Wróciłem tam po południu i znalazłem truchło kota, do którego zwabiło mnie głośne bzyczenie much. Futro posklejane miał smolistą breją, którą upaprany był także pyszczek. Bałem się go dotknąć, więc tylko trącałem martwe zwierzę patykiem. To był jedyny ślad po mojej Annie, a ja czułem do niego obrzydzenie. Kefas omijał kota szerokim łukiem.

Po obiedzie opowiedziałem matce o spotkaniu nad strumieniem i zapytałem, czy tak wyglądają ludzie chorzy na zarazę. Roześmiała się nienaturalnie głośno.

– Nie – odparła. – Ludzie chorzy na zarazę wyglądają inaczej.

– Gorzej?

Przytaknęła i wyjaśniła mi, że szara skóra i czarne usta są normalne u mieszkańców leśnej osady, którzy żyją wśród drzew, jedzą jagody i unikają słońca. I że nie chciałbym zobaczyć kogoś dotkniętego przez plagę. Na koniec chwyciła mnie za ramię i ścisnęła, aż zabolało.

– Zapomnij o niej, synku. Na zawsze.

Potem pogoniła mnie do sprzątania, a sama stanęła w drzwiach, wpatrując się w las za strumieniem. Widziałem jej zbielałe palce zaciśnięte na framudze, a w popołudniowym słońcu twarz matki zdawała się szara. Zupełnie jak oblicze odmienionej Anny.

 

*

 

Już wkrótce okazało się, że matka miała rację. Plaga była o wiele gorsza. Nie tylko w opowieściach, które powtarzaliśmy szeptem. O tym, że ludzi dotkniętych tym plugastwem ogarnia szaleństwo. Że zarażeni wykrawali kawałki własnych ciał, by się pożywić. Okaleczali, wycinając dziury, przez które sięgali do wnętrzności, a potem wpychali je sobie do ust. Pili własną krew, wprost z otwartych żył. Bo kiedy zaraza zjawiła się we wsi, zobaczyłem jeszcze gorsze rzeczy.

Zaczęło się niespodziewanie, gdy przed obiadem zjawił się u nas kowal. Ojciec i matka o nic nie pytali. Przebrali się, zabrali niezbędne akcesoria i poszli za kowalem. Był też medykiem i widać potrafił rozpoznać zarazę, zanim rozpocznie się cały ten obłęd z wyciąganiem wnętrzności. Pobiegłem za nimi.

Przed świetlicą zebrał się tłum. Wszyscy odziani w gumowe płaszcze, trzymane na takie okazje głęboko w kufrach, z twarzami obwiązanymi wilgotnymi szmatami. Na ten widok ksiądz schował się w kościele i zaryglował drzwi.

Później poszli po Tomasza, męża naszej nauczycielki. Gdy wracali, ojciec i brat kowala nieśli ogłuszonego mężczyznę za ręce i nogi. Ich żony, w tym moja matka, ubrane w gumowe rękawice wysmarowały Tomasza olejem. A potem rzucili go na ziemię i kowal przystawił do zakrwawionej głowy płonącą pochodnię.

Pamiętam, że Tomasz zerwał się na nogi i śmiał opętańczo, gdy ogarnęły go płomienie, a ojciec z bratem kowala, zapędzili go widłami na skraj lasu. Tam wyzionął ducha.

Kilka dni później śmiał się brat kowala, Mateusz, gdy płonął żywcem, a ojciec z naszym sąsiadem dźgali go widłami. Śmiała się żona Mateusza, którą zagnano aż pod drzewa za strumieniem, gdzie sczezła w płomieniach. I tylko ich syn, Marek, mój najlepszy przyjaciel, nie śmiał się wcale. Wrzasnął z bólu, krótko i przeraźliwie, kiedy ogień buchnął wokół głowy. Pewnie pękło mu serce, bo skonał w ciszy.

Wyłem najgłośniej z całej hałastry, próbując zagłuszyć płaczem wątpliwości.

Potem kowal poszedł podpalić domy Tomasza i Marka. Nikt nawet nie zapytał o babkę, której od dawna nie widziano, bo nie wstawała z łoża.

Podobno tego roku zaraza była łaskawa dla naszej wioski. Pochowaliśmy tylko pięć osób. Po pogrzebie poszedłem za ojcem i ukryty w krzewach tarniny podsłuchałem rozmowę z kowalem. Wspominali poprzednią plagę sprzed kilkunastu lat, która zabrała jedenastu mieszkańców. Wkrótce potem na wozie domokrążcy przybyło siedmioro nowych osadników, w tym moja matka.

 

*

 

Rodzice nie pozwalali pytać o Marka, swoją przeszłość i los Michałka. Nawet o zarazę i ludzi z lasu. Bywało, że ojciec słał groźne spojrzenia lub nawet straszył pasem. Po odpowiedzi udałem się więc do księdza.

Nie chciałem, żeby pomyślał, że szukam spowiedzi. Usiadłem przed kościołem, czekając, aż mnie zauważy.

Zjawił się po niedługim czasie. Otrzepał sutannę i przysiadł na drewnianej ławie tuż obok. Od razu poczułem woń alkoholu.

– Chcesz o coś zapytać, prawda?

Długo milczałem. Miałem wiele pytań, ale domyśliłem się, że mogę zadać tylko jedno i powinno być właściwe. Wreszcie je odnalazłem.

– Czy jest tutaj Bóg?

Westchnął ciężko i spojrzał na niebo zasnute chmurami. Jego słowa zapamiętałem do końca życia.

– Bóg czuje obrzydzenie do tego miejsca, chłopcze, i trzyma się od niego z daleka.

Potem uśmiechnął się smutno i dodał.

– Nasza jedyna pociecha w tym, że Szatan nie ma o nim pojęcia.

Kilka tygodni później moja matka, która sprzątała w kościele, znalazła go martwego. Powiesił się na belce dachowej, twarzą w twarz z Chrystusem na krzyżu, wiszącym nad ołtarzem.

Myślę, że swoją śmiercią chciał przyciągnąć czyjąś uwagę.

 

*

 

Mimo że nikt we wsi nie darzył starego księdza wielkim poważaniem, gdy go zabrakło, mieszkańcy zdawali się mocno zaniepokojeni. I przestraszeni.

Wkrótce nadeszły chłodniejsze dni, wiele z nich deszczowych. Las spowiła mgła. Wieczorami przy zjeździe na leśną drogę nieustannie czuwało dwóch mężczyzn z pochodniami. Nie byłem pewny, czy strzegą osady przed niechcianymi gośćmi, czy pilnują, żeby nikt jej nie opuścił. Mijały kolejne tygodnie. Popołudniami ludzie zamykali się w chatach. Ustały zabawy. Przez większość czasu pomagałem ojcu w gospodarstwie.

Nowy ksiądz przyjechał pewnego jesiennego dnia jednokonną bryczką. O świcie, zupełnie bez zapowiedzi, w szarych strugach deszczu. Nie wiadomo jak dowiedział się o śmierci poprzednika ani skąd przybył. Wyładował ciężką skrzynię podróżną i nie rozmawiając z nikim, zajął pokój w kościelnej przybudówce.

Nawet ja poczułem się raźniej.

 

*

 

Jakiś czas później, w pobliżu domu, znalazłem martwego Kefasa. Leżał pod płotem, umazany czarną mazią. Chciałem powiedzieć o tym matce, ale zaglądając przez okno, zauważyłem, jak splunęła czarną śliną do gotowanej zupy. Potem zamieszała w garnku drewnianą chochlą. Wycofałem się na palcach.

Przy obiedzie nie tknąłem zupy. Na pytanie ojca odpowiedziałem, że nie mam apetytu. Matka przyglądała się nam dziwnym wzrokiem. Rozgniewany ojciec wygonił mnie od stołu i sprał na kwaśne jabłko, a ja uciekłem z domu.

Coś we mnie wtedy pękło. Gnałem co sił w nogach przez wieś, potem zjazdem na leśną drogę. I dalej, na północ, zaciskając pięści i zęby, aż minąłem kapliczkę. Potem biegłem jeszcze chwilę, zaciskając powieki. Gdy je uniosłem, z trudem łapiąc oddech, dotarło do mnie, co zrobiłem i rozejrzałem się wokół ze strachem.

Na obu kresach drogi dostrzegłem zamglone, wypukłe punkty. Zupełnie jakbym spoglądał przez niewłaściwy koniec lunety. Zdawały się poruszać ku mnie, napierać, nawet gałęzie uginały się w moją stronę. Nie wiem, jaki wiatr mógł wyczyniać takie sztuczki. Czułem, że coś się zbliża. Jakby z obu stron traktu wielkie tłoki pchały powietrze, unosząc opadłe liście. Oba końce drogi zdały się teraz bliższe i pomyślałem wówczas, że nie jest to jedna i ta sama siła, że są sobie obce i przeciwne. I że ścigają się teraz, która dotrze do mnie pierwsza. Gdy lodowaty powiew natarł z obu stron naraz i poczułem, że jeżą mi się włosy, opuściłem drogę i wbiegłem między drzewa.

 

*

 

Długo błądziłem. Na przemian wołając o pomoc i płacząc. Spałem na wilgotnej ściółce, spragniony spijałem rosę z liści, głodny pożywiałem się orzechami. Nawet za dnia las był ciemny i groźny, pełen dziwnych dźwięków. Czasem słyszałem dochodzący z oddali śpiew. Z obrzydzeniem zauważyłem, że wiele pni drzew umazanych jest czarną mazią.

Po trzech dniach znaleźli mnie ludzie z leśnej osady. Nie mieli ciemnych ust i pustych spojrzeń, dlatego nie uciekłem, kiedy jeden z nich odgarnął paprocie, pod którymi się skryłem.

– Chodź – powiedział, wyciągając dłoń. Zadrżałem, gdy zauważyłem, że brakowało w niej dwóch palców.

Zaprowadzili mnie do małej osady w lesie, otoczonej pasem wykarczowanej ziemi i wysoką palisadą. Żyło tam kilkanaście rodzin, a ja zamieszkałem w domu Szymona – mężczyzny bez palców, który był niegdyś pastorem. Ich gościnność mogła budzić podziw, jednak gdy ochłonąłem, zapragnąłem wrócić do domu. Pytałem o leśny trakt, tłumaczyłem, że o kilka dni stąd, za przydrożną kapliczką znajduje się moja wioska. Patrzyli dziwnie, kręcili głowami, szeptali między sobą, ale żaden z nich nie odważył się zaprowadzić mnie do domu.

Wtedy zwątpiłem, czy naprawdę chcę wracać. Do matki, która miała swoje tajemnice? Do ojca, który spalił mojego przyjaciela? Nie było tam Anny, starego księdza ani Kefasa. 

Nie miałem po co wracać. A z czasem przywykłem do prostego życia wśród leśnych osadników.

 

*

 

Polowali, zbierali leśne owoce i łowili w rzece, która wiła się wśród drzew. I nigdy nie wychodzili poza ogrodzenie po zmierzchu. Nieraz, w środku nocy, zrywaliśmy się ze snu, na dźwięk dzwonka. Mężczyźni chwytali za widły, pochodnie i biegli co sił do bramy.

Za nią, wśród drzew, snuły się blade postacie o szarych obliczach i ciemnych ustach, które nuciły smutną pieśń. Wyblakłe oczy przyglądały się nam z zawiścią. Kim byli, skoro wszystkie te dzikie oblicza wydawały się tak znajome?

– Nie mają Boga w sercach – powiedział Szymon pewnej nocy, gdy czuwaliśmy przy palisadzie.

Domokrążca, który odwiedzał tę osadę, był rudym, pulchnym gadułą. Słyszałem, że nigdy nie zapuszczał się na południe, w moje rodzinne strony. Ale gdy ujrzałem go po raz pierwszy, przystanął zdumiony moim widokiem. Jego spojrzenie, twarz i ognista czupryna wydały mi się znajome. Unikał mnie potem i zbywał podczas kolejnych, rzadkich odwiedzin. Jeśli nawet był tym chłopcem, którego znałem przed laty, to teraz wyglądał na mężczyznę w wieku mojego ojca.

Nachodziły mnie wtedy wspomnienia, wracał żal, że nikt mnie nie szukał, a jeśli szukał, to że nie starczyło mu zapału. Może rodzice nie wierzyli w mój powrót? A może uznali, że zginąłem pierwszej nocy w lesie?

Czasem, gdy podchodziliśmy w pobliże drogi, jako jedyny wychylałem się z lasu, by spojrzeć na jej rozmazane końce. Gdzieś na południu była moja wioska. Częściej spoglądałem jednak w drugą stronę.

 

*

 

Pewnego dnia zapytałem Szymona, dlaczego przestał być pastorem i dowiedziałem się czegoś nowego o świecie.

Podrapał się po okaleczonych uszach, przyciętych jak palce, ale odpowiedział bez wahania.

– Nie czuję mocy stojącej za mną. Nie wspiera mnie żadna siła i nie ma przy mnie światła, które rozprasza mrok. W mieście było inaczej. Myślę, że jesteśmy za daleko od Boga.

– Przyjechałeś z miasta?! – krzyknąłem zdumiony. – Jak tam jest?

– Inaczej. Nie wiem. To było dawno temu. Pamiętam, że była tam fabryka. Wokół niej toczyło się życie miasta.

Czekałem w napięciu czy powie coś więcej, ale spotkało mnie rozczarowanie. Milczał, więc zapytałem:

– Chciałbyś tam kiedyś wrócić? Zabrałbyś mnie ze sobą?

Zmieszał się wyraźnie.

– Trudno tam trafić. Za to łatwo się zgubić – odrzekł cicho.

Kolejne jego słowa mnie zmroziły.

– Przecież nikt już nie zapuszcza się na południe.

– Na południe? – zaprotestowałem. – Wielki świat jest na północy!

Spojrzał na mnie, marszcząc czoło.

– Nawet nie myśl o północy, chłopcze. Tam nie ma niczego poza śmiercią. Miasto jest na dalekim południu, droga prowadzi przez dolinę, góry, aż na brzeg morza. Straszna to droga, ale jak widzisz, można ją przejść z bożą pomocą. Na północy czeka cię tylko zguba.

 

*

 

Tej nocy nie mogłem zasnąć. Szymon również.

– Wiem, że moje uszy i dłonie nie dają ci spokoju – rzekł, przyglądając mi się z dziwnym uśmiechem. – Pójdziesz teraz ze mną. Mam sprawę, którą powinienem załatwić dawno temu.

Poprowadził mnie przez las, krętą ścieżką wśród paproci, aż do chaty ukrytej w gęstwinie. Pustelnik mieszkał tam od kilkudziesięciu lat. Kiedyś odwiedzał osadę raz na kilka miesięcy. Od roku nikt go jednak nie widział.

Ruszyłem do uchylonych drzwi, ale Szymon powstrzymał mnie przed przekroczeniem progu, chwytając za ramię. W środku panował mrok. Szymon uniósł lampę i przytrzymał, bym mógł się rozejrzeć. 

Z początku nie wiedziałem, na co patrzę. Z czasem dostrzegłem coraz więcej szczegółów. Ciało Pustelnika rozciągało się w rogu izby niczym żywa kurtyna. Wielka narośl rozpięta od podłogi po sufit. Pośrodku bezkształtnego odwłoku dojrzałem ludzką głowę. I krzyż zawieszony na szyi.

– Mój Boże! – wyszeptałem ze strachem, domyślając się, że widzę ofiarę zarazy.

– Nie budź go – odparł Szymon. – Lepiej, jak zrobimy to we śnie.

Wyszliśmy przed chatę, gdzie zwymiotowałem. Tymczasem Szymon rozlał przyniesioną oliwę i podłożył ogień, który szybko ogarnął drewno. Ze środka chaty dobiegło nas żałosne kwilenie i poczułem okropny smród. Przypomniał mi się Marek i jego babka.

Stanęliśmy z boku, a gdy płomienie zajęły dach, w ich świetle dostrzegłem ciała martwych zwierząt poukładane wokół chaty. Były ich całe tuziny i wszystkie umazane w czerni.

Wreszcie Szymon przerwał milczenie.

– Żył tutaj, wśród dzikich. Próbując pojednać ich z Bogiem. Nie wiem, czy mu się udało. Dla nas był Pustelnikiem. Zanim dotknęła go plaga. Kim stał się dla nich, skoro znoszą mu ofiary?

Wróciliśmy tą samą ścieżką, klucząc wśród wysokich paproci. Przez całą drogę miałem wrażenie, że spomiędzy liści obserwują nas czyjeś oczy. Jednak nie to wystraszyło mnie najbardziej. Nie powiedziałem o tym nikomu, ale rozpoznałem twarz Pustelnika. To byłem ja, znacznie starszy i odmieniony przez zarazę.

Rankiem Szymon poszedł sprawdzić zgliszcza. Wrócił z opalonym krzyżem, który zawiesił mi na szyi.

 

*

 

Po wielu latach, kiedy odszedł Szymon i ludzie, których dobrze poznałem, a ja nadal nie spotkałem kobiety, z którą mógłbym założyć rodzinę, postanowiłem wrócić do domu.

Bałem się tego dnia, a jednocześnie cieszyłem. Miałem być pierwszym powracającym z północy.

Wyruszyłem bladym świtem, ale wiedziałem, że choćbym starał się ze wszystkich sił, nie zdążę przed nocą. Maszerowałem jednak wytrwale, powtarzając słowa psalmu, który zapamiętałem jako chłopiec.

Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę…

Tuż za pierwszą linią drzew, na skraju mroku, przemykały blade postacie. Dotrzymywały mi kroku, a gdy przyspieszałem, ruszały biegiem przez krzaki. Było mi ich żal, a jednocześnie lękałem się niepewny ich intencji.

Długa to była podróż. Uzbrojony w jeden psalm i nadzieję z utęsknieniem wyczekiwałem jej końca. Przez cały czas rozmyślałem o wielkim świecie, gdzieś na południu, za ciemną doliną, który wciąż mi uciekał. Wspomniałem rodzinną wieś i leśną osadę. I tych, którzy odeszli na północ, ku swojej zgubie. W połowie drogi dotarło do mnie, co powinienem uczynić. 

Zatrzymałem się, chociaż zdawałem sobie sprawę, że wkrótce dogoni mnie blada świta.

Popatrzyłem na południe, potem na północ. To, co niegdyś zdawało się odległe, teraz się przybliżyło. Jakbym wreszcie odwrócił lornetę i spojrzał w okular z prawidłowej strony. Cały mój świat wydał się mniejszy. Nie tylko dlatego, że dorosłem. Czułem, że siły, które napierały z obu końców drogi, usiłują zetrzeć mnie na proch.

Nagle z północy dobiegł stukot kół. Chwilę potem z wieczornej szarówki wynurzył się wóz ciągnięty przez dwa chude konie. Rozpoznałem woźnicę, choć zamiast łysiny miał teraz bujną czuprynę, a jego twarz wymłodniała o dobre dwadzieścia lat. Wystarczyło jedno spojrzenie spod krzaczastych brwi i wiedziałem, że to domokrążca, którego spotykałem za młodu.

Zatrzymał wóz, ale nie odezwał się słowem. Przyglądał mi się, jakby oceniając. Czy mnie rozpoznał? Nie miałem pewności. Czy przybywał z miejsca, gdzie czas płynął inaczej? Być może. Stałem pośrodku drogi i rozmyślałem. Wreszcie handlarz zerknął na krzyż wiszący na mojej piersi i jego oczy rozszerzyły się, błyskając białkami. Może zrozumiał, kim jestem? Przejrzał moje zamiary? Nie okazał tego. W milczeniu szarpnął lejce, zerknął na ścianę drzew, a potem wóz odjechał, poskrzypując wśród wieczornej ciszy.

Zauważyłem wówczas, że z tyłu siedziały dwie kobiety oraz szczupły młodzieniec. Wpatrzeni w podłogę, jakby bojąc się spojrzeć na drogę. Zanim wóz rozpłynął się w półmroku, spostrzegłem, że mężczyzna wyglądał zupełnie jak mój ojciec. Tyle że znacznie młodszy niż go pamiętałem z dzieciństwa. Zrobiło mi się lżej na duszy, że tym razem zaraza obeszła się z moją wioską łagodnie. Na chwilę wróciły wspomnienia i poczułem ukłucie żalu. Podjąłem już jednak decyzję.

Gdy po chwili zanurzyłem się w gęstwinie drzew, usłyszałem daleki śmiech domokrążcy. Zaraz zagłuszył go narastający szelest krzaków i zbliżające się głosy. Nuciły nieznaną pieśń.

A ja mijałem umazane czernią drzewa, wychodząc tym głosom naprzeciw. Z psalmem na ustach. Z krzyżem na piersi.

Za mną był tylko chłód.

Koniec

Komentarze

“Zacząłem zastanawiać się nad swoją przyszłości i podobnie jak reszta hałastry zauważyłem w końcu istotny problem.” → zjedzone “ą”

 

Dokończę komentarz później, bo muszę zacząć lekcję. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Panie Marasie, nie ma w przedmowie konkursowego hasła. :(

Dziękuję, Rosabelle, poprawione. 

Dziękuję, Wiktorze, dopisane.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, moje propozycje przycięcia (w formie pytań-sugestii) plus wymieszane z nimi drobne inne uwagi. 

 

Chciałem wierzyć, że kierował nimi strach o jedynego syna – jedynaka?

 

Potrzebowali pomocy w gospodarstwie, być może liczyli, że zajmę się nimi na starość. – może nie mus być?

 

Pamiętam niedzielny poranek, gdy wraz z resztą hałastry pierwszy raz spróbowaliśmy poszerzyć nasz światek – całą hałastrą?

 

Przy drodze, ćwierć mili na północ stała pierwsza kapliczka z krzyżem. – nie jestem pewna, czy nie brakuje tu jednego przecinka

 

oraz skomplikowanego splotu wzajemnego wstydu i rywalizacji – czy to konieczne?

 

Sercem mojego ówczesnego świata był zatem dom rodzinny. – czy to konieczne?

 

Nie umiem dziś powiedzieć, o czym ksiądz opowiadał tamtym razem. – wtedy?

 

Ale w pamięci utkwił mi fragment psalmu, jakim zakończył kazanie – wydaje mi się, że właściwszym by było którym

 

Zapamiętałem również, że(+,) czytając te słowa(+,) płakał. 

 

 

Przerwa. Wrócę za chwilę.

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dziękuję, Śniąca. Zaraz to obczaję :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jestem. Wiem, że drobiazgi, ale ziarnko do ziarnka… Ja jeszcze będzie trzeba, to po korekcie można zrobić powtórkę ;) 

 

Zacząłem zastanawiać się nad swoją przyszłością i podobnie jak reszta hałastry zauważyłem w końcu istotny problem. – bandy? zgrai?

 

Wkrótce przekonałem się jednak, jak bardzo się wszyscy myliliśmy. – okazało?

 

zapytała wtedy ku naszemu przerażeniu. – konieczne?

 

Latem następnego roku, zajechał do wsi domokrążca. – zbędny przecinek

 

Jakby co, to możesz się zastanowić nad zmianą części zapamiętałem na pamiętam.

 

Wcześniej, za każdym razem, gdy dzwon kościelny oznajmiał przybycie gościa z wielkiego świata, – ze świata?

 

Wtedy przestała śpiewać, zwymiotowała gęstą czarną mazią na swoje dłonie i zaczęła wcierać ją w korę drzewa, a ja uciekłem co sił w nogach. – a może coś takiego: zwymiotowała na dłonie gęstą, czarną mazią

 

Wróciłem tam po południu i nad strumieniem znalazłem martwe ciało kota, do którego zwabiło mnie głośne bzyczenie much. – konieczne? Skoro wrócił tam, czyli i tak już wiemy, dokąd, to chyba można to pominąć?

 

Futro posklejane miał czarną mazią, którą upaprany był również pyszczek – także?

 

Bałem się go dotknąć, więc tylko trącałem martwe zwierzę patykiem. – truchło?

 

Kefas omijał truchło szerokim łukiem. – go? kota? (EDYCJA: chyba zamiast go, powinnam napisać je, bo sama wcześniej zasugerowałam truchło)

 

Potem pogoniła mnie do sprzątania, a sama stanęła w drzwiach, wpatrując się w ciemny las za strumieniem. – konieczne? już kilka razy wspomniałeś, że był ciemny, więc wydaje mi się, że nie trzeba powtarzać

 

Widziałem, jej zbielałe palce zaciśnięte na framudze – zbędny przecinek

 

Przerwa. 

 

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hej z komentarzem wrócę, ale dlaczego były pastor Szymon, na chwilę zmienia płeć? ;>

– Chciałabyś tam kiedyś wrócić? Zabrałbyś mnie ze sobą?

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dziękuję, Śniąca, za bardzo wiele sensownych sugestii. Wprowadzam większość.

Mytrixie! Dzięki. To jeden znak mniej, a babol spory!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podobało mi się. Bardzo.

Jest w tym tekście niepokój, jest niepewność co do natury rzeczywistości, jest bardzo fajnie budowane poczucie, że ten świat jest niby jak nasz, ale nie całkiem, bo słowa, które dla nas coś znaczą, jak “zaraza”, tu są tak naprawdę czymś innym. Jest dziwaczność w świecie i postaciach, pokazywana subtelnie i nienachalnie, a jednocześnie skutecznie: nie wyjaśniasz, ale i nie musisz, bo co ma się tłumaczyć w tekście, tłumaczy się samo. Główny bohater wiarygodny i prawdopodobny w swoich rozterkach i życiowych planach, otaczające go postacie naszkicowane na tyle przekonująco, że intrygują. Po kilku bardzo dobrych weirdowych groteskach w konkursie dostajemy bardzo udane opowiadanie idące bardziej w niesamowitość (nastroju i świata). 

 

Lecim dalej, mam nadzieję, że już nikt mi nie będzie przerywał. 

 

Nie tylko w zasłyszanych opowieściach, które powtarzaliśmy szeptem. – konieczne? bo skoro powtarzali, to musieli je najpierw usłyszeć

 

Pili własną krew, wprost z otwartych żył. – widzę, jaką rolę spełnia ten przecinek, ale jakby Ci brakło tego jednego znaku, to można wywalić ;)

 

potrafił rozpoznać zarazę, zanim rozpocznie się cały ten obłęd z wyciąganiem wnętrzności – a może coś takiego: …zarazę przed całym tym obłędem… ?

 

Na placu przed świetlicą zebrał się spory tłum. – konieczne? jeszcze się zastanawiam nad spory

 

Wszyscy odziani w gumowe płaszcze(+,) trzymane na takie okazje głęboko w kufrach – chyba brakuje przecinka, bo jak dla mnie to o kufrach to wtrącenie

 

Ich żony, w tym moja matka, ubrane w gumowe rękawice wysmarowały Tomasza olejkiem. A potem rzucili go na ziemię i kowal przystawił do zakrwawionej głowy płonącą pochodnię. – a nie wygodniej dla wszystkich zrobić to nieco w innej kolejności: rzucić, nasmarować, podpalić? Poza tym nasmarowanie olejkiem nie kojarzy mi się z podpaleniem jako celem smarowania; oblanie olejem? olejek bardziej cele medyczne, kosmetyczne, erotyczne…

 

Wkrótce potem na wozie domokrążcy przyjechało siedmioro nowych osadników – przybyło?

 

Nie byłem pewny czy strzegą osady – brakuje przecinka

 

Nie wiem jaki wiatr mógł wyczyniać takie sztuczki. – brakuje przecinka

 

[Co coś utnę, to muszę przecinek dodać… ech…]

 

Jakby z obu stron traktu wielkie tłoki pchały przed sobą powietrze, – chyba zbędne? bo tłoki nie mogą pchać za sobą…

 

Gdy lodowaty powiew natarł z obu stron naraz i poczułem, że jeżą mi się włosy, opuściłem leśną drogę i wbiegłem między drzewa. – zbędne, bo wiadomo, na jakiej drodze był

 

Na przemian, wołając o pomoc i płacząc – zbędny przecinek

 

Zapisuję dla bezpieczeństwa. Będę kontynuować jako edycję. 

 

DALEJ

 

Czasem, gdy podchodziliśmy w pobliże leśnej drogi, jako jedyny wychylałem się z lasu, by spojrzeć na jej rozmazane końce. – wg mnie jak wcześniej – zbędne

 

Nie czuję mocy, stojącej za mną – zbędny przecinek

 

Pamiętam, że była tam fabryka. Wokół niej toczy się życie miasta. – nie grają mi czasy – jak była, to czemu nie toczyło?

 

Straszna to droga, ale jak widzisz, można ją przejść z bożą pomocą. – wywaliłabym, bo nie widzę ;) W sensie, nie pokazujesz, co niby ma być widać

 

Mój boże! – a nie powinno być wielką literą?

 

Lepiej jak zrobimy to we śnie – chyba brakuje przecinka

 

Stanęliśmy z boku, a gdy płomień zajął dach, w jego świetle płomieni dostrzegłem ciała (EDYCJA – pomieszało mi się wcześniej)

 

Były ich całe tuziny i wszystkie umazane w czerni. – konieczne?

 

Wrócił z opalonym krzyżem, który zawiesił na mojej szyi. – mi?

 

Gdy chwilę później zanurzyłem się w gęstwinie drzew, usłyszałem jeszcze daleki śmiech domokrążcy. – po chwili? i jeszcze można zastanowić się nad jeszcze

 

Zaraz zagłuszył go jednak narastający szelest wśród krzaków – idąc tropem, że szelest to bardziej czego niż gdzie, wywaliłabym wśród

 

 

 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Nie przerywał tutaj czy w domu? ;D

Po przeczytaniu spalić monitor.

W domu, Marasie, w domu. Ciągle ktoś coś, włączając w to też jedną starszą sąsiadkę, której nie mam serca odmówić, gdy coś chce, bo jej córka z rodziną nie mieszka w pobliżu.

 

Jak dasz znać, że skończyłeś, to zobaczymy, czy i ile do cięcia jeszcze zostało i zdezynfekuję skalpel do drugiego podejścia :) (chyba, już coś takiego wspominałam). 

 

Edycja. 

Jak teraz przeglądam własne komentarze, to zauważyłam, że sama parę baboli walnęłam, typu nie ten rodzaj, czy liczba. Zaraz to zedytuję, ale wierzę, że wiesz, co miałam na myśli i tak się tu tylko tłumaczę. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Działam na bieżąco, Śniąca, i jeszcze raz dziękuję. 

Edit. Naniosłem sporo Twoich sugestii, oczywiście nie wszystkie, ale nad resztą będę nadał dumał szukając “oszczędności”. Zapewne w miarę zbliżania się deadline, moja desperacja będzie rosła i pewnie skłonię się do większej ilości cięć. Serdecznie dziękuję za tę nieocenioną pomoc. Zjechałem dzięki niej z około 200 znaków jeśli dobrze liczę! Albo więcej!

 

A tobie dziękuję, za wizytę i tak miły komentarz, Ninedin. Oraz za kliczka oczywiście i mimowolną (?) reklamę na SB. Odczytałaś tekst idealnie z zamiarem autora. Tak widzę i czuję weird, chociaż nie podejmuję się definiować takiej literatury i nie znam się na niej zupełnie. Ma być niepokój, ma być dziwnie, ma być jakiś lęk, nieznane siły, zakłócenie rzeczywistości, niewytłumaczalna skaza. Starałem się jednocześnie, żeby był w tym pomysł. Tutaj jest nim tytułowe miejsce akcji. Może gdzieś za ciemną doliną z psalmu?

Po przeczytaniu spalić monitor.

O wrażeniach na razie szerzej nie napiszę, bo mi się nieco rozmyły, gdy zamiast na całość, zwracałam większą uwagę na detale pod skalpelem ;) 

Dotarł do mnie jednak pewien niepokój, nierealność, która jednocześnie jest realna (dziwnie? ale tak to czuję). Dzieją się tu rzeczy zwykłe-niezwykłe. Podobało mi się, jak wielowymiarowo, czy też wieloczasowo, zaplątałeś losy ludzi.

I też klikam, żeby mnie inni nie ubiegli, bo się należy. 

 

EDYCJA

Ależ proszę bardzo. Cieszę się, że mogłam choć trochę pomóc. Może jeszcze ktoś zajrzy i rzuci mu się w oczy coś innego, co można śmiało ciachnąć.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Okej, lecę z komentarzem.

Hasło odczytałem dopiero po przeczytaniu tekstu (wcześniej go nie było?). Kacerz musiałem sobie wygooglać, bo nie znałem tego terminu.

 

Daję klik do biblioteki.

Napisałeś tekst, który by w pełni zrozumieć, musiałbym chyba przeczytać ze dwa razy. Tzn. dajesz podpowiedzi tu i tam, ale pozostawiasz też wiele niewiadomych i jeszcze więcej w sferze domysłów. Napisałeś to przejrzystym językiem, ale narracja jest dosyć monotonna. Pierwsze około pół tekstu, bohater opowiada o tym co było, raczej bez większych emocji, nawet jeżeli o nich mówi. Wraz z upływem opowiadania skracasz ten dystans, ale nie potrafiłem bać się o bohatera. On streszcza swoje życie, i brak mi tutaj jakiegoś realnego zagrożenia.

Dałeś wiele ciekawych motywów jak te szare leśne zjawy żywiące się jagodami i wymiotujące czarną mazią. Jak leśne miasteczko. Jak osoby nie na miejscu i w nieodpowiednim wieku itd. Ale dla mnie to wszystko wyszło trochę chaotycznie, jeszcze bóg, szatan, plagi… Bohater opowiada o świecie, ale jest w tym świecie zagubiony i prawiie wcale nie rozumie jak on funkcjonuje, toteż ciężko cokolwiek z jego relacji wywnioskować.

Podobał mi się motyw z dwiema siłami napierającymi na bohatera na ścieżce. Wtedy wyobraziłem sobie jego świat jak śnieżną kulę obejmowaną dłońmi z dwóch stron. A może jako składaną lunetę? W każdym razie bawisz się pojęciem czasu, trochę tak, jak w twoim tekście Sowy i Skowronki.

Wyszło mi na to, że świat bohatera to swoista pętla. No i że bohater jest księdzem, lub wszystkimi księżami/pastorami których spotyka, albo częścią z nic, lub Bóg raczy wiedzieć czym. Sam nie wiem, pomieszanie z poplątaniem.

Ale to tylko mój odbiór, być może nic nie zrozumiałem i też jest gitara.

Warsztatowo ładnie, płynnie, przejrzyście. Tylko to zakończenie, tak jakbyś pisał i pisał i o, kończą się znaki, czas ucinać.

No i to chyba tyle, mój komentarz wyszedł równie chaotycznie, co mój odbiór Twojego tekstu. Podsumowując, znalazłem tu rzeczy ciekawe i ładnie napisane, ale nie poskładałem ich do kupy.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Niestety, nie porwało, nie wciągnęło i świat, mimo, że bardzo plastycznie namalowany słowami, niestety nie spodobał mi się. Bardzo leniwa narracja opisuje żywot wiejskiego podrostka, odkrywającego świat w którym gdzieniegdzie czają się tajemnice. Potem okazuje się, że cały świat zbudowany jest z tajemnic, tylko gdzieniegdzie kryją się enklawy normalności. Ładnie zamykasz klamrę, ale zgubiłem kilka puzzli i obraz wyszedł mi niepełny. 

Czytało się oczywiście płynnie, bo… wiadomo.

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Nie czuję tego świata. Niby jakoś tam rozumiem bohatera, ale przy zawirowaniach czasowych odpadłam.

Coś jakbyś pokazywał tajemnicę, ale nie dawał wyjaśnienia. Sam nie znasz czy jak?

Potencjał do cięć nadal jest. Garstka przykładów:

W dzieciństwie matka powtarzała mi, że wielki świat to nie jest miejsce dla takiego chłopca jak ja.

Ale za młodu, karmiony opowieściami ojca, lękałem się wielkiego świata

na które przychodziła garstka mieszkańców wioski + wiernych/parafian

Popołudniami ludzie ze wsi zamykali się w swoich chatach.

 

Babska logika rządzi!

Zgodnie z zapowiedzią wracam z komentarzem. 

Do mnie tekst nieszczególnie trafił. Pomysł na osadę, której nie można opuszczać bardzo kojarzył mi się z filmem “Osada”. Tutaj oczywiście zrealizowałeś to po swojemu. 

Mnie trochę przeszkadzało dokładnie to, co podobało się Ninedin – za dużo niedopowiedzeń, które mi się nie złożyły w jakąś spójną całość. Mamy tutaj wpakowane mnóstwo wątków – tajemnicza zaraza (z którą nie wiadomo, o co chodzi, ani skąd się bierze), tajemniczy szarzy ludzie plujący ciemną mazią, wioska w lesie i wioska poza lasem, zawieruszenia czasu demonstrowane wiekiem postaci oraz spotkaniem przez bohatera własnego ojca. Kończysz to wszystko w sposób otwarty. Ja rozumiem weird, jako świat,  w którym dzieją się niewyjaśnione rzeczy, ale Twoja realizacja tego wydała mi się chaotycznym misz-maszem, który pozostawił mnie na końcu bez satysfakcji, bo nawet nie wiedziałam, co się na końcu stało z bohaterem. 

Język też nie do końca mi się podobał. Stylistycznie niektóre zdania wydały mi się dziwne. Nie to, że niepoprawne, tylko po prostu nie trafiające w mój gust czytelniczy. Pierwszą taką rzeczą, na której się zawiesiłam, było to zdanie:

“Ubita droga, która długimi milami ciągnęła się przez ciemny bór z północy na południe, na wysokości wioski wiodła za wąskim pasem drzew.” → to zdanie jest wypakowane informacjami w taki sposób, że kompletnie nie potrafiłam sobie tej drogi wyobrazić. A potem dodajesz jeszcze dopowiedzenie, które dla mnie wygląda tak, jakby powinno w ogóle znaleźć się jeszcze w poprzednim zdaniu: “Równolegle do rzeki, na której brzegach rozpościerały się pola, pastwiska i osada.” – Podobny zabieg stosujesz w tym tekście więcej niż raz. Mnie się to osobiście nie podoba. 

Tym, co z pewnością działa na korzyść tego tekstu jest wiarygodna konstrukcja bohatera i ciekawe pomysły. Ja chyba wolałabym jednak, gdybyś wybrał jeden z nich i skupił się na przedstawieniu go w większych szczegółach. 

 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Dzięki za kliczka, Śniąca!

 

Tobie również dziekuję za klika, Mytrixie. Masz rację, hasła zapomniałem w pierwszej chwili. Masz rację, rozumienie tego tekstu nie jest jego głównym celem. Raczej stawiałem na klimat, kilka zakrętów, parę zdziwień. Logika w moim weirdowym tekście jest, ale to raczej wewnętrzna logika świata. Sa pętle, są osoby powracające w nowych wcieleniach, światek to mały i zamknięty, z małą pulą mieszkańców. Za monotonię przepraszam. Za poplątanie z pomieszaniem też. Bóg i Szatan są tam nieobecni, to miejsce za ciemna doliną, o którym pierwszy woli zapomnieć, a drugi nic nie wie. Zakończenie miało być jakie jest, bohater umiera przecież po drodze…

Dziękuję serdecznie za lekturę i komentarz, Fizyku111. Jeśli nie porwało, to trudno. Jeśli świat nie przypadł do gustu, nic nie poradzę. Twoja opinia jest dla mnie bardzo cenna. To mój pierwszy krok w weird. Może nierozważny.

Witaj, Finklo. Że Tobie sie nie spodoba, byłem pewny. Stawiałem na klimat, a Ty cenisz sobie odpowiedzi i klarowne fabuły. Dziękuję za podpowiedzi odnośnie cięć, na pewno skorzystam.

Tobie także dziękuję, Rosabelle, za opinię i rozbudowany komentarz. Żałuję oczywiście, że nie przypadło do gustu. Czy to chaotyczny miszmasz bez zakończenia? Myślę, że jest tam ukryte, łącznie z losem jaki spotkał bohatera. Co do języka, cóż, na pewno znajdą się fragmenty, które będzie trzeba wyszlifować. Miałem nadzieję, że styl jest dosyć płynny i będzie się dobrze czytało. Dzięki za cenną krytykę. Fajnie, ze dostrzegasz kilka zalet opowiadania.

Po przeczytaniu spalić monitor.

To jeszcze raz ja, tym razem krótko.

Rozważ czy problem nie leży w sposobie/typie/formie narracji. Bo mi się wydaje, że wybrałeś tryb fabularny, do opowiadania historii, a chciałeś bardziej oddać klimat i dziwność, niż w jasny sposób domknąć wątki. Zabrakło bliskości wydarzeń, czucia zapachów nosem, wejścia w buty bohatera.

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Nie wiem czy to akurat forma ma wpływ na Twój odbiór, Mytrixie. Wydaje mi się odpowiednia. Podejrzewam, że zwyczajnie opowiadanie nie przypadło Ci do gustu i z z tym nic nie poradzę ;). Miał być klimat, ale i jakas historia. Z tych pozycji weirdowych, które czytałem, wnioskuję, że zazwyczaj światem z jakim mierzy się bohater, kierują niezrozumiałe moce, siły wyższe i obce. Albo wręcz przeciwnie, nie dziwią jego, ale dziwią czytelnika. A jednak w komentarzach widzę głosy, o niewyjaśnionych zagadkach świata i opowieści. Albo takie, w których zgłaszany jest brak rozwiązania losów bohatera. A przecież jest tam opowiedziane całe jego życie (plus leśna część w domyśle), aż do jego końca w płomieniach.

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, nie wiem, czy całe życie. W końcu powiesił się jako ksiądz czy zginął w płomieniach jako pustelnik?

Babska logika rządzi!

A jak wnioskujesz po pierwszych zdaniach opowiadania, Finklo? ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

O, zanim dotarłam do końca, o pierwszych zdaniach zdążyłam zapomnieć.

Ty uprzedzaj, jeśli mieszasz w chronologii.

Babska logika rządzi!

Pierwsze zdania są wstępem. Napisanym w czasie teraźniejszym (a nie jak reszta tekstu w przeszłym) z punktu widzenia Pustelnika, do którego przyszli młody bohater (czyli sam Pustelnik) i Szymon, by go spalić. Wybudzony przez siebie i Szymona z letargu Pustelnik wspomina swoje życie przed śmiercią. Myślałem, że to jest łatwe do interpretacji. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeśli się pamięta, to łatwe. Ja nie pamiętałam.

Babska logika rządzi!

No to wina już ewidentnie Autora. Jak zawsze człowiek myśli, że to co zaplanował jest oczywiste dla odbiorcy. Mea culpa.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czekaj z tą samokrytyką, może inni okażą się bardziej kumaci.

Babska logika rządzi!

Ale już zaspoilerowałem jeden z myków “ukrytych” w tekście ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

“Pierwsze zdania są wstępem. Napisanym w czasie teraźniejszym (a nie jak reszta tekstu w przeszłym) z punktu widzenia Pustelnika, do którego przyszli młody bohater (czyli sam Pustelnik) i Szymon, by go spalić. Wybudzony przez siebie i Szymona z letargu Pustelnik wspomina swoje życie przed śmiercią. Myślałem, że to jest łatwe do interpretacji. “ → no, nie wpadłabym na to bez Twojego wyjaśnienia. 

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Hmm. Bez nawiązania w dalszej części tekstu, ta scena ze wstępu jest całkiem z choinki. To musiało być przecież rozwinięte. I rozwinąłem później. Miałem nadzieję, że gdy starzec i wystraszony młodzieniec pojawiają się pod chatą Pustelnika i go wybudzają (a, on ma poźniej na dodatek gębę bohatera i jego krzyż) to jest to jasne, że to właśnie Szymon i młody wystraszony bohater zjawiają się pod chatą Pustelnika (z późniejszej sceny…) Najwidoczniej się pomyliłem :(

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, jeśli Cię to pocieszy, to mimo że nie ogarniałam całości, skupiając się na czym innym, to jednak jakoś zarejestrowałam, co się stało z bohaterem. Moim zdaniem to się klei. 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

O dzięki Ci, Śniąca! Czyli nie jest ze mną tak źle! :D

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, pierwszy akapit łatwo się domyślić o czym jest, jak się o nim pamieta. Ja zanim dotarłem do końca, o nim zapomniałem ;P

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Dzięki pierwszemu jurkowi za wizytę. Limit gonię.

 

Mytrixie, to ja już nie wiem o co biega. Nie zainteresowało, co znaczą słowa “Więc to dziś”? Ta nocna wizyta zaraz na wstępie? Nie skojarzyłeś tych scen (pierwszej i spalenia Pustelnika?) podczas lektury? Krzyż i ta sama twarz nie naprowadziły na ten trop? Znaczy coś jest jednak nie tak, chociaż słyszę też głosy, że jednak niektórzy czytelnicy wyłapali ten wątek.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podobało mi się niespieszne tempo tego tekstu. Rozwijasz opowieść spokojnie, utrzymując cały czas pewną dozę niepokoju. Moim zdaniem zaskakujesz, że w tą dziwną historię, wplątałeś zabawę z czasem, bo to dodaje tej, do jakiegoś stopnia klasycznej, opowieści pewnej świeżości.

Ja też nie załapałem otwierającego zdania z tym momentem kiedy go odwiedzają, musiałem doczytać w komentarzach. Może warto byłoby dodać coś, co by było bardziej jednoznaczne np. jakiś charakterystyczny dźwięk albo zapach. No tylko, że to może z kolei zwiększyć limit z którym walczysz :)  

No i bardzo płynnie mi się czytało. Zgłaszam do biblioteki.

Dziękuję, Edwardzie, za komentarz i klika bibliotecznego. Po tych wszystkich głosach (także Twoim) przywróciłem trzy słowa wycięte ze wstępu podczas krojenia tekstu i mam nadzieję, że teraz ten trop jest ciut wyraźniejszy. 

Cieszę się, że zaskoczyły zabawy z czasem, spodobało się tempo i czytało się płynnie. Do zobaczenia pod Twoim tekstem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Skojarzyłbym, gdyby mi ten pierwszy fragment nie uleciał z pamięci podczas lektury. A że pustelnik to jest nasz bohater w innym czasie, to akurat jasne :-) Generalnie ta klamra jest bardzo ładna ;-)

"Taki idealny wyluzowywacz do obiadu." NWM

Spoko, Mytrixie. Kilku osobom uleciał. Potem się dużo dzieje widocznie i zaciera wstęp ;). Przywróciłem kilka słów (wzmianka o chacie). Może teraz lepiej?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podoba mi się klimacik, który udało Ci się tu stworzyć. Czytałam, nie do końca rozumiejąc, co czytam, ale jakoś mi się tak fajnie przez to opko płynęło. Dopiero później mi się wydarzenia poukładały w logiczny ciąg. Ale i tak, jak na moje gusta, zbyt dużo niedopowiedzeń pozostało.

Niewątpliwie odjechany klimacik tego opka sprawia, że widać Twój świetny warsztat. Nie przepadam za tego typu literaturą, a jednak przepłynęłam przez tekst bez potknięć i z autentyczną przyjemnością. Czy zapamiętam na dłużej, wątpię. Tego typu teksty są jak sny, szybko wylatują z głowy, pozostaje jedynie wrażenie, w tym wypadku pewnie uczucie smutku. Nie mniej jeednak warto było :)

Wysłałam do Biblioteki :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Panie marasie, całkiem w porządku opowiadanie. Nie jest to mistrzostwo świata i najlepszy tekst, który do tej pory napisałeś, ale trzyma przyzwoity poziom. Przede wszystkim dobrze się czytało ze względu na nastrój, ogólne poczucie niepokoju (czytałam w nocy) wywołane dziwnymi wydarzeniami w społeczności odciętej od cywilizacji. Niby znany motyw, ale lubię czytać wariacje na jego temat.

Ja klamry również nie wyłapałam, po zerknięciu do twojego komentarza dopiero ją dostrzegłam, ale nie przejmuj się – w moim tekście kafkowym również jest klamra i jeszcze nikt o niej nie wspomniał XD

Ogólnie – jak na mój gust – odrobinę za dużo niedopowiedzeń zostało, ale tekst wciąż jest fajny.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Dziękuję, Irka_Luz, za miły komentarz i ostatniego klika :). Cieszę się, że poczułaś klimat (był tutaj kluczowy), chwalisz mój skromny warsztat, a lektura sprawiła Tobie przyjemność. Masz pewnie rację, takie teksty są trochę jak sny, a i smutek na końcu to całkiem uzasadnione wrażenie. Pewnie uleci szybko z głowy, ale mam nadzieję, że jakiś niepokój pozostanie.

Jak w porządku, to dobrze, Sy :). Dziękuję za wizytę i cieszę się, że mimo wszystko widzisz mój tekst fajnym i trzymającym poziom. No i że jest nastrój i poczucie niepokoju. Czytanie w nocy na pewno mi sprzyjało :). Co do niedpowiedzeń… Weird już tak chyba ma. Mistrz Grabiński nie tłumaczył przecież, skąd ta niewyjaśniona moc w nieużywanych torach kolejowych.

W wolnej chwili poszukam tej klamry w Twoim opowiadaniu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Największą uwagę w tym opowiadaniu przykuwa sposób traktowania przez zbiorowość osób zarażonych. Mocny akcent, do końca zastanawiałam się, czy bohatera spotka podobny los. Nie wiem, czy wszystko wyłapałam z tekstu. Miałeś ciekawy pomysł na budowanie nastroju poprzez fragmentaryczną narrację i niedopowiedzenia.

Dziękuję za komentarz, Ando. Faktycznie, wątek zarazy i traktowania jej ofiar jest mocniejszy od reszty wątków, a bohatera, jak już wiemy po długich ustaleniach ;), spotkał los bardzo podobny. Wyłapanie wszystkiego nie jest konieczne, najważniejsze było odczuwanie nastroju, niepokoju. I racja, jest on w dużej mierze oparty na sposobie narracji i licznych niedopowiedzeniach. Jak już pisałem, logika świata wewnętrznego bierze tutaj górę nad logiką fabuły. Tak interpretuję założenia weird.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Wyładował ciężką skrzynię podróżną i nie rozmawiając z nikim, zajął pokój w przykościelnej przybudówce.

Aliteracja (proponuję: plebanii).

 

Dobrze napisane. Ciekawie oddany nastrój grozy i niepewności. Słowa psalmu ładnie się wpisują w opowiedzianą historię i dodają jej smaku. Choć liczyłem, że ten psalm odegra bardziej kluczową rolę.

Hasło konkursowe ani razu nie pada w tekście, i bardzo trudno byłoby się go domyślić.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Dzięki, Chrościsko, za komentarz i “piątaka” :). A także za miłe słowa. Mam nadzieje, że “ciekawie oddany” dobrze interpretuję. Psalm w połączeniu z tytułem miał poniekąd (nie tylko metaforycznie) podpowiedzieć czytelnikom miejsce wydarzeń. 

Z hasłem pewnie racja. Jednak nie widziałem w regulaminie wymogu umieszczenia go w tekście, a jest wzmianka o dowolnej interpretacji. Ale jeśli się mylę, popraw mnie proszę.

Ps. Dzięki za zwrócenie uwagi, wyleciało jedno “przy” i jest chyba lepiej a ja znów odjąłem kilka znaków :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Z hasłem pewnie racja. Jednak nie widziałem w regulaminie wymogu umieszczenia go w tekście, a jest wzmianka o dowolnej interpretacji.

Napisałem jedynie własną obserwację. Nie wiem, czy to problem. Jurorzy zadecydują.

"Wolność polega na tym, że możemy czynić wszystko, co nie przynosi szkody bliźniemu naszemu". Paryż, 1789 r.

Tak, tak, rozumiem. Liczę na przychylne oko jurorów, wszak niewypowiedziane w tekście hasło, determinuje poniekąd świat przedstawiony w opowiadaniu i postawy bohaterów. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jedno z najlepszych jak na razie. Jest tajemnica, niepokój, dziwność. No i świetnie napisane. Myślę że masz duże szanse :)

Dzięki, Fanthomasie za wizytę. Pewnie nie czytałeś jeszcze wielu konkursowych opowiadań, ale i tak miło usłyszeć takie słowa. Szanse są na razie jak jeden do 74 (na chwilę obecną), czyli niewielkie. Sporo świetnych tekstów opublikowano do tej pory na ten konkurs, trzy już nawet mają piórka ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ładnie opisany duszny klimat domu, który z upływem czasu staje sie pułapką. Dziwnych rzeczy trochę jest, a leca one jedna za drugą tak gęsto, że bez podpowiedzi nie wróciłbym do pierwszych zdań (moja głowa zapamiętała początek od opisu drogi, wywaliła te początkowe zdania zupełnie z pamięci podręcznej). Musiałbys je tak jakos bardziej odstemplować w czytelniku.

 

Konstrukcję, losy protagonisty trzeba trochę odkrywać, składac z puzzli, wracać w tekście – to powoduje, że pomimo ewidentnej sprawności, lektura jest rwana. Pomysł na dziwność opartą o zakrzywienia czasoprzestrzeni – imo rewelacyjny, pokazujesz tylko potencjalne efekty, ale nie usiłujesz wyjaśniać co i jak i skąd, dzięki czemu mogę skupić się na historii, jako czytelnik. Ta dziwna zaraza, w związku z tym, to taki odciągający uwagę motyw, bo wnioskuję, że potrzebowałeś jej tylko, by zdeformować twarz Pustelnika.

 

Tempo takie statyczne, leniwe, mimo, że dużo się dzieje – to dzieje się jak za szybką.

 

I chyba w sumie tyle rybowych wrażeń.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki serdecznie za wizytę i obszerny komentarz, Psychofishu. Naprawdę podziwiam Twoją misję przeczytania wszystkich opowiadań konkursowych.

 Kolejna osoba zapomina o moim wstępie. To już się robi poważny problem ;). Lektura jest rwana, jak wspomnienia chorego faceta przed śmiercią, który wraca do ważnych (lub wstrząsających nim za młodu) momentów w życiu. Dużo się dzieje, bo to wszak wyrywkowy przegląd całej młodości i kawałek życia dorosłego.

Zaraza, leśni ludzie, dziwna droga, poplątanie czasu, życie w kłamstwie na temat tego, gdzie jest wielki świat, spotkanie siebie samego, powroty osób zmarłych lub popękana czasoprzestrzeń, to wszystko jest być może ukazane jak przez szybkę, a "leniwa" spowolniona percepcja i perspektywa narratora oddają jego stan (mam taka nadzieję jako autor). Letarg, uwięzienie w zdeformowanym ciele przyklejonym do rogu izby.

 

Jurorce Żongler również dziękuję za lekturę mojego tekstu.

Edit. Jakże trafnie dobrana ilustracja jurorska :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Jeśli te wrażenia są zgodne z twoim zamiarem, to cieszę się.

 

Początek prawdopodobnie trzeba ozdobić czymś efektownym lub naciskajacym na emocje, by ta perspektywa retrospekcji się nie zgubiła.

 

Edit

Mi to rwanie trochę psuło przyjemność lektury.

 

Czytanie reszty: biorę udział, to dyskretnie dyskredytuję konkurencję, aby nie było fair i niejasna taka praktyka. I jeszcze tekst betowałem! ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Zamiar był, wykonanie to już oddaję pod ocenę jury i czytelnika. Jeśli to psuło przyjemnośc lektury, to znaczy, że wymóg treści (zamierzony) ma negatywny wpływ na formę. Zastanawia mnie to co powiedziałeś. Dzięki za tę uwagę. 

Czytaj, betuj, komentuj, ja tylko wyrażam podziw ;)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Spodobał mi się ten klimat strachu i niepewności wpisujący się w konwencję weirda. Bohaterowie ciągle się czegoś boją, jak nie świata zewnętrznego, to że jedyna dziewczyna w ich wieku wybierze innego, no i potem przychodzi zaraza. A wtedy upiory wychodzą z szafy, czy gdzie tam sobie mieszkają w tym świecie i tekst idzie w stronę coraz większej abstrakcji. Czy porwało, to nie wiem, ale czytało się z niekłamaną przyjemnością. 

Dzięki za lekturę i opinię, Oidrin. Szkoda, że nie wiwsz czy porwało, ale za to bardzo się cieszę, że spodobał się klimat i czytało się z niekłamaną przyjemnością:). Strach i niepewność – właśnie o to między innymi chodziło.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Cieszę się i dziękuję, Anet.

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.marasie uwielbiam wieś, więc opko ma od razu u mnie plus dziesięć punktów albo więcej zależnie od tego w jakiej skali byś liczył. Pamiętam, że czytałem Clas Myrddyn i nie podobała mi się stylizacja na epikę rycerską, ale tutaj język jest zupełnie inny, dzieją się rzeczy dziwne, a w opisach nie ma w ogóle patetycznego nadęcia, są takie jakie powinny być, super.

Podoba mi się, że nie skupiłeś się tylko na horrorze i opko dotyka zagadnień wiejskiej rzeczywistości (np. rozdarcie między altruizmem i lojalnością rodzinie, a ucieczką w świat i częściowym przynajmniej odcięciem się od korzeni), jest w nim treść.

Z narzekań może dwa, pierwsze – mam wrażenie, że język momentami zawodzi, np. sformułowanie “umazane czarną mazią” przewija się w tekście wielokrotnie i jest tak nieatrakcyjne, że nawet jeśli zastosowane celowo, muszę uznać za wadę (choć podejrzewam, że raczej chodziło o limit).

Drugie, to nawet nie wada, po prostu opko jest bardzo obfite i momentami wydawało mi się, że za dużo w nim wątków jak na rozmiar przestrzeni, jaką wypełnia. Myślę, że gdyby nie powstało w ścisłych konkursowych ramach to byłoby jeszcze lepsze. A tak jest troszkę wrażenie, że gnamy na łeb na szyję przez świat przedstawiony (swoją drogą bardzo ciekawy), bez chwili na zastanowienie.

Ogólnie podobało mi się bardzo, zwłaszcza ze względu na klimat. Kilkałbym :)

Dzięki, Leniwy2, za lekturę i tak ciekawy komentarz. A także za miłe słowa. Plusy za wieś przyjmuję bez zastrzeżeń ;) Masz oczywiście rację, "Clas Myrddyn" to była zupełnie inna bajka i inne przyświecały mi wtedy cele.

Rzeczywiście, to nie miał być horror, zdecydowanie nie. Jesteś pierwszym czytelnikiem, który dostrzega też pewne życiowe aspekty (pomimo niecodziennych okoliczności) opowiadania. Co do języka – wywaliłem w sumie ponad dwa tysiące znaków, zdarzają się na pewno ostre cięcia i skróty (cos z ta mazia zrobię pewnie po konkursie). Co do drugiego zarzutu. Miało to być przedśmiertne rozliczenie bohatera, stąd te fragmentaryczne sceny i być może efekt "dziania się za dużo". A może zwyczajnie przesadziłem z upychaniem pomysłów i dziwności w tym limicie.

Skoro ogólnie podobało się (głównie klimat a o niego przecież przede wszystkim chodziło) to bardzo się cieszę.

Po przeczytaniu spalić monitor.

W zasadzie podobało mi się, choć mam parę zastrzeżeń, podobnych zresztą do mojego przedpiśca. Jest pewien nadmiar niedopowiedzeń i niejasności, trochę za dużo się dzieje. A tempo opowiadania jest jednostajne, brakuje moim zdaniem takiej jednej kulminacyjnej, dynamicznej sceny.

Choć oczywiście na plus jest klimat i tajemniczość, co jest w ogóle istotą weird.

Ale też nie skumałem zakończenia, to znaczy skumałem, ale po lekturze komentarzy…

Wielkie dzięki, Agroeling, za odwiedziny i komentarz. Zastrzeżenie przyjmę na klatę, niedopowiedzenia rzeczywiście są (weirdowo miało być), dzieje się sporo (to też bywa zarzutem, jak się okazuje, a spotkałem się już z zarzutem, że za mało się dzieje pod innym tekstem). Sceny kulminacyjnej nie planowałem. Nie mam wrażenia, że jest niezbędna w każdym tekście. Oczywiście cieszą mnie plusu za klimat i tajemniczość.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Miałam tylko przeczytać bez komentowania, bo jakoś tak niezręcznie teraz… Ale muszę skomentować, no muszę. 

Widziałam w komentarzach, że dużo ludzi nie połączyło wszystkich wątków i nie zrozumiało, dla mnie natomiast wszystko było jasne i końcówka też. Główny bohater z tamtym z leśnej osady idą do pustelnika, w którym bohater rozpoznaje starszego siebie. Pustelnik zajmuje się osobami dotkniętymi dziwną przypadłością, których wszyscy się boją i uważają je za złe i ma zawieszony krzyż na szyi. Bohater z tamtym facetem spalają pustelnika i jego dom. Potem bohater dostaje krzyż, chce wrócić do swojej rodzinnej osady, ale w połowie drogi zmienia zdanie i idzie nawracać upiory z lasu, z tym krzyżem, no i już wiadomo, co się z nim stanie (to, co się stało z pustelnikiem). Końcówka zatem wydała mi się jasna. 

Było w tym tekście kilka rzeczy, które mnie urzekły. Obrazowe opisanie fal uderzeniowych na drodze, te drgające punkty powodowały u mnie dreszczyk, w ogóle cały tekst mam wrażenie trzymał ten strach cały czas na równym poziomie, co powodowało niesamowity klimat. A zawirowania czasowe wydały mi się dziwaczne i tajemnicze. Były też wariacje z przestrzenią, raz coś tam było na północy, raz na południu. Takie zabiegi cudownie wpisują się w mój gust.

Nie za bardzo podobał mi się pomysł na te upiory, blade i wymiotujące czarną mazią, w tryliardzie horrorów można je spotkać. W dodatku takie trochę stylizowane na trupy, a ja nie lubię motywów trupich. Ale mazanie tą mazią po drzewach i zdechłych kotach, w zasadzie pewne udekorowanie nią opowiadania na plus. Lubię, jak ktoś dekoruje czymś opowiadanie.

Zwróciłam też uwagę na taki trochę kopniak od rzeczywistości, jakiego można było uświadczyć w tym tekście. Bohater był ciekawy jakiegoś miasta za lasem, chciał tam się wydostać, a tu tak życiowo, nie wydostał się, nie spełnił szalonych marzeń. 

Niektóre zdania były bardzo ładne, uderzające w emocje, np. Pamiętam również, że, czytając te słowa, płakał; Wrzasnął z bólu, krótko i przeraźliwie, kiedy ogień buchnął wokół głowy. Pewnie pękło mu serce, bo skonał w ciszy. 

Pisałeś, że miałeś problem z cięciem tekstu do limitu, a zauważyłam, że jest dużo takich zdań, zwłaszcza na początku, typu Tamtego poranka było nas sześciu, Kilka tygodni później zjawiła się Anna, Wtedy przestała śpiewać, Potem pogoniła, Już wkrótce okazało się, Później poszli po Tomasza, Kilka dni później śmiał, Zjawił się po niedługim czasie. Wiem, że to taki typ opowiadania fabuły, ale czy wszystkie te określniki są potrzebne? W tym krótkim tekście jest 5 razy słowo wkrótce, 5 razy później, 16 (!) razy słowo potem. (ctrl+F) 

Latem następnego roku, do wsi zajechał domokrążca. – dlaczego tu jest przecinek? 

No, ogólnie opowiadanie było zachwycające, dlatego nie mogłam pozostawić go bez komentarza. Zastanawiam się nad głosem na piórko. 

The lihgt inside has broken, but I still work.

Kurde, gryzę się z dwoma tekstami i ten jest jednym z nich.

Dochodzę do wniosku, że motyw zarazy eksponuje surowość życia, bezwzględność środków jakie trzeba podjąć – i ma na celu “schować” pustelnika przed zbyt szybkim rozszyfrowaniem. W związku z tym odnoszę wrażenie, że trochę za bardzo jest uwypuklony, zabierając znaki i zmuszając resztę tekstu do takiego skondensowania się w sobie (gdzie ja nie lubię wodolejstwa, choć sam czasem uprawiam, taki tik nerwowy). 

Czytając ponownie, ze znajomością puzzli, miałem już trochę mniejsze poczucie poszatkowania, ale nadal występowało. Zabawy z czasem trudno w łatwołykalny sposób ogarnąć, może też jest to kwestia konwencji, która nakazuje jak najmniej wyjaśniać… Mam cały czas niejasne wrażenie, że gdybyś nie miał narzuconego limitu znaków, mogłoby być z tego coś piekielnie intrygującego. Wioska i jej okolice jako wieczny czyściec, miejsce, które przeradza się z miłego domu z czasów dzieciństwa w więzienie w późniejszym wieku nadal wyraźnie wysuwa się na czoło.

 

Zostawiam drugi komć, bo musiałem do tekstu wrócić i zastanowić się, czy mi pasuje czy nie. Sprawności pióra nadal gratuluję.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dziękuję za wizytę, Sonato. Cieszę się, że mimo wątpliwości i niezręczności, o których wspominasz, zdecydowałaś się jednak na pozostawienie cennego komentarza.

Oczywiście bardzo dobrze odczytujesz fabułę i miło mi, że znalazłem kolejnego czytelnika, który nie miał problemów ze zrozumieniem zamiarów autora, oraz bezbłędnym poukładaniem wydarzeń i losów bohatera. No i świetnie też interpretujesz ten "kopniak", o to właśnie chodziło.

Fajnie, że znalazłaś w tekście elementy, które Ciebie urzekły, zdania, które wywołały emocje, że pojawił się strach/niepokój oraz ciarki w pewnych momentach :). Znaczy, że coś w tym opowiadaniu mi się jednak udało.

Za to 16 x"potem" mnie dosłownie przeraziło. Sprawdzałem tekst na obecność "swój", "wtem" itp. O "potem" zapomniałem. Oczywiście poprawię to niezwłocznie po ogłoszeniu wyników. Tymczasem bardzo Ci dziękuję za wskazanie baboli w tekście!

Czy tekst jest zachwycający? Nie sądzę, nie spotkałem się dotąd z takimi opiniami w komentarzach (ok, podobno Ninedin się bardzo podobało). A jeśli masz wątpliwości i brak pewności co do nominacji, to najzwyczajniej nie głosuj. O piórko powinny rywalizować teksty naszym zdaniem warte nominacji.

Dzięki za powrót, Psychofishu. Autora zawsze cieszy, gdy jego tekst wywołuje emocje, nawet jeśli to tylko wątpliwości. No i oczywiście nie głosuj w żadnym wypadku, jeśli nie masz pewności i przekonania co do wartości opowiadania. 

Poszatkowanie… Nie poradzę, taką wybrałem sobie konwencję, ze wszystkimi jej plusami i minusami. Pewnie ktoś z lepszym piórem rozegrałby to lepiej. Limit cisnął. Sporo ozdobników klimatycznych i poetyckich zwrotów wyleciało. Szkoda oczywiście, że tekst tylko mógłby być intrygujący Twoim zdaniem. Miałem nadzieję, że trochę intrygujący i niepokojący jest już teraz ;)

Bardzo dobrze kombinujesz z tym dzieciństwem, uwięzieniem. Wieczny czyściec -tak. To coś dokładnie w tym stylu. Zapętlenie, zagubienie, bycie poza obok, za daleko dla Boga, zdala od Szatana, gdzieś za "ciemną doliną". Ale sprowadza się to właśnie do swoistego czyśćca dla bohaterów odgrywających rolę w tej zakrzywionej rzeczywistości. Pomiędzy.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy tekst jest zachwycający? Nie sądzę, nie spotkałem się dotąd z takimi opiniami w komentarzach (ok, podobno Ninedin się bardzo podobało).

Oczywiście dla mnie zachwycający, mówię za siebie. Przecież czasami jest tak, że coś wielu osobom się nie podoba, a jednej się bardzo podoba. Nie mam wątpliwości co do nominacji, acz chciałam trochę poczekać z tym, żebyś nie był zły, że bez zastanowienia nominuję :) Czytałam to wczoraj w nocy i najpierw zastanawiałam się, czy dać komentarz, bo bardzo nie chciałam, ale wyszło, że muszę, a to chyba o czymś świadczy! Tekst się przebił przez wszystkie niezręczności i niepokoje!

The lihgt inside has broken, but I still work.

Zatem dziękuję, Sonato. Oczywiście ten jeden głos nie przysporzy Loży pracy, więc nie mam dylematu moralnego związanego z podziękowaniami ;).

Mogę się tylko cieszyć, że moje opowiadanie zrobiło na Tobie dobre wrażenie. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Pod względem technicznym jest bardzo solidnie, znać robotę fachowca, choć przyznaję, że zachowawcza forma i stonowana narracja niezbyt do mnie przemówiły w kontekście konwencji konkursu. Pojawiło się kilka fragmentów, które z racji prezentowanych wydarzeń powinny wybrzmieć mocniej, a mam wrażenie, że po prostu zostały opisane. Być może był to efekt wyrzucania ozdobników przy próbach skracania.

Jeżeli chodzi o hasło konkursowe, mamy tu religijność, mamy też zawahanie wiary, choć moim zdaniem były to raczej głębokie wątpliwości, a nie jawne odstępstwo lub herezja (trzymając się definicji słowa „kacerz”). Jesteś też kolejnym autorem, który w konkursowym tekście odniósł się (mniej lub bardziej pośrednio) do tematyki zarazy – widać, że problem w nas siedzi i musimy go sobie przepracować literacko.

Mam wrażenie, że sama fabuła trochę się rozmyła – brak mi tu jakichś konkretniejszych punktów jej zakotwiczenia, kamieni milowych, które uczyniłyby tę historię wyrazistą i pozwoliły czytelnikowi wyłowić ją z pamięci nawet po czasie. W tej chwili, 20 minut po lekturze, nie miałabym trudności z opowiedzeniem komuś, o czym to było – ale „jak to leciało” już tak.

Spoko. Dzięki za wizytę. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

No, jak dla mnie to jest opowiadanie podiumowe. Pełnokrwisty weird, jeden z najlepszych, jakie czytałam, zwłaszcza od polskich autorów. Jest tu autentyczna groza, zwiększające się poczucie osaczenia, opresyjności świata: czasu i przestrzeni. Jest dramatyczna próba wyrwania się z tego błędnego koła, jest klęska bohatera w zetknięciu z dziwnością i niesamowitością świata, jest wreszcie ten bohater żywy i prawdziwy, a nie drewniany. Są pięknie napisane emocje: bo ma się pewność, że bohatera łączy z rodziną, kumplami, Anną, psem, autentyczne uczucie, ale wygrywasz to szalenie subtelnie. Jak dla mnie – pod tym względem rewelacja. Tak samo jak kreacja bohatera pozornie zdystansowanego do wszystkiego, co widzi, a zarazem coraz mocniej przez to pożeranego.

Fabuła jak dla mnie całkowicie klarowna.

Świat z tym dziwacznym nieco lovecraftowskim złem rozpełzającym się wszędzie jest mi bardzo bliski – to wręcz mogłoby być moje uniwersum za ileś tam lat ;) Kompletnie nie widzę tu nawiązań do koronawirusa – raczej do tego, w czym ostatnio dość mocno siedziałam, czyli osiemnasto– i dziewiętnastowiecznych opisów epidemii. Twój świat taki zawieszony w czasie, co pewnie wynika z zapętlenia, zamknięcia? W każdym razie również światotwórstwo jak dla mnie na najwyższym poziomie.

Technicznie też jest pięknie. Elegancka, nostalgiczna narracja, subiektywizm niewpadający w histerię, mimo że czujemy narastający lęk, obrzydzenie, rezygnację.

 

Poniżej wypisuję zdania, które mnie uwiodły. Jeszcze niżej – drobne techniczne babolki.

 

Pamiętam niedzielny poranek, gdy całą hałastrą pierwszy raz spróbowaliśmy poszerzyć nasz światek, ograniczony z czterech stron lasem i strachem.

 

Podobno żaden z dorosłych, którzy wyruszyli w tamtą stronę, nigdy nie wrócił. Pochłonęły ich cuda wielkiego świata. 

 

Nasze serca biły dla Anny, choć wiedzieliśmy, że pokocha tylko jednego z nas, a pozostali będą musieli odejść i szukać szczęścia gdzie indziej.

 

Wyłem najgłośniej z całej hałastry, próbując zagłuszyć płaczem wątpliwości.

 

 

Wyłapane drobiazgi:

Latem następnego roku[-,] do wsi zajechał domokrążca.

Zdawało mi się, że wyładniała, ale od jej dzikiej urody cierpła skóra, gdy wpatrywała się we mnie uporczywie spomiędzy liści.

Skóra się wpatrywała? ;)

Widziałem jej zbielałe palce zaciśnięte na framudze i to, że w popołudniowym słońcu twarz matki zdawała się szara.

Jakoś mi to zdanie zgrzyta składniowo.

Nie było tam Anny, starego księdza[-,] ani Kefasa. 

http://altronapoleone.home.blog

Dziękuję serdecznie, Drakaino, za wizytę, komentarz i te niezwykle miłe słowa. Z pewnością na nie nie zasłużyłem, jak sugeruje wyraźnie miejsce poza pierwszą 26 konkursową. Zawsze to jednak jakieś pocieszenie, że kilku osobom tekst przypadł do gustu i nie widzą w nim głównie koronowirusa i rozmytej fabuły. To miał być weird nawiązujący do klasycznych klimatycznych opowieści z gatunku. Świetnie to wszystko odszyfrowujesz. Czytając teksty konkursowe – głównie i groteskowe i absurdalne – chciałem zaproponować coś innego. Nie wyszło najwidoczniej i skutecznie mnie wyleczyło na jakiś czas ze startu w podobnych zabawach.

Edit. Oczywiście wszystkie sugestie i uwagi wezmę pod uwagę i naniosę poprawki.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, ja też poszłam w klasyczny weird – i też nie wyszło…

http://altronapoleone.home.blog

Może weird jest passe w antologii z weird w tytule?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuje jury za wyniki. Średnia z 3 kategorii:

– Wiktor Orłowski: 15 (jak widać warsztatem szorowałem po dnie na tle innych tekstów).

– Żongler: 20

– STN: 20

18.33/30, miejsce 40.

 

Wg: język – temat – fabuła:

Wiktor: 5 (cyt. z komentarza: Pod względem technicznym jest bardzo solidnie, znać robotę fachowca) – 5 – 5 

Żongler: 6 – 7 – 7 

STN: 6 – 7 – 7 

Razem: 18,33 (ten sam wynik miało 9 osób).

Po przeczytaniu spalić monitor.

gratuluję świetnego miejsca, marasie! Na prawie sto opowiadań to świetna lokata.

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Sy. A czemuż to zawdzięczam Twoje odwiedziny ostatnio w niemal każdym wątku, w którym się odezwę?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Podobało mi się. Ale uważam, że jedno założenie zepsuło nieco koncepcję (może nie w całości, ale jednak).

 

Bohater żyjący w malutkim mikroświecie; osada, której nie można opuścić; czające się wokół niezidentyfikowane zło; groźny las; zaraza; niezrozumienie świata – całość budujesz na doskonale znanych motywach. Ale udaje Ci się to wszystko złożyć w całość, która potrafi zaintrygować i emanować specyficznym nastrojem.

Zainteresowała mnie zabawa z upływem czasu, a niedopowiedzenia nie przeszkadzały. Może to dzięki nastawieniu. W żadnej chwili podczas lektury nie pomyślałem sobie, że będziesz chciał wyjaśnić wiele niedopowiedzeń.

Co jest więc tym założeniem, o którym wspomniałem w na początku komentarza? Przekonanie, że czytelnik będzie pamiętał o pierwszym akapicie (na początku jest kompletnie niezrozumiały). A jest to akapit dobry, który potwierdził moje zrozumienie tekstu. Bezpośrednio po przeczytaniu ostatniego zdania pomyślałem, że w ogóle nie rozumiem zakończenia. Przeczytałem więc zakończenie jeszcze raz – wtedy wydało mi się, że przynajmniej po części rozumiem, ale jakaś część może mi umykać. Dopiero kiedy trafiłem na komentarz, w którym piszesz o pierwszym akapicie, przeczytałem ten początek jeszcze raz i uznałem za bardzo dobry. Szkoda tylko, że bez Twojego komentarza w ogóle nie pamiętałbym o jego istnieniu.

Mimo tej uwagi, całość przypadła mi do gustu. Niezrozumiały świat pokazany oczami bohatera, który tego świata zwyczajnie nie rozumie – to z pewnością nie jest łatwy temat. Ale Tobie udało się go zrealizować w interesujący sposób.

Dzięki wielkie za lekturę i obszerny komentarz, Perruxie. Miło, że się spodobało. Jesteś kolejną osobą, która „zapomniała” o pierwszym akapicie. Co prawda jest kilku czytelników, którzy od razu „docenili” ten zbieg i im nie umknął jego sens i moje zamiary, ale pewnie musiałbym to jakoś wyostrzyć i podkreślić, żeby nie umykało większości odbiorców. Po uwagach komentujących miałem taki zamiar w ramach redakcji tekstu w przypadku, gdyby udało się zakwalifikować do antologii. Obecnie, już po rozczarowujących wynikach, nie mam nawet ochoty zaglądać do tego opowiadania.

Masz rację, nie chciałem za wiele wyjaśniać, licząc na to, że czytelnik będzie snuł swoje interpretacje i uchwyci poplątane wątki i pomieszaną linię fabularną. Odkrycie znaczenia wstępu miało być taką fajną niespodzianką i bonusem. Rozjaśnieniem i dopełnieniem losów bohatera.

Dziękuję też za pozostałe miłe słowa na temat tekstu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

 

Zacznę jakimś tam zgrzytem, bo parę się wkradło:

„Powietrze pali w płucach, lecz fale gorąca tylko muskają pozbawioną czucia skórę ciepłym podmuchem.”

Nie do końca pozbawioną czucia, skoro czuje ciepło? 

 

Stanowcza, momentami stopniowa narracja: "wracam do mojej wsi na końcu drogi", następnie "dziecko w osadzie". 

Wydaje mi się, że bohater opowiada swoją historię zbyt… hmm, beztrosko? "Las otaczający kilkanaście gospodarstw był zbyt ponurym miejscem na zabawy. Pochłonął więcej istnień niż plaga powracająca w te strony raz na jakiś czas. Jeszcze gorzej miały się sprawy z leśną drogą." Ten fragment brzmi podobnie do treści ulotki turystycznej.

Później ton zmienia się na patetyczny, jednak przepleciony z kolokwializmami/uwagami (hałastra), co odbieram jako próbę "uczłowieczenia" bohatera, który snuje opowieść o sobie, usiłując usprawiedliwić czy wyjaśnić wybory przeszłości. Nie jestem pewna, czy sama połączyłabym te dwa style w takich proporcjach. Pisanie z dystansu zawsze jest wyzwaniem, ciężko sprawić, żeby wyglądało wiarygodnie.

 

Dlaczego mile? Jako brytyjska jednostka miary (miejsce akcji to chyba Polska? Tomasz, Michałek?), i jako jednostka miary w ogóle? Dlaczego prosty wiejski chłopiec nie liczy w godzinach/pozycji słońca/punktach geograficznych?

Kroczenie ciemną doliną przeszło porządny recykling – znaczy, było wiele razy, w różnej postaci. Osiągnęło już właściwie odrębny klimat. Ładnie koresponduje z tekstem, choć wolałabym zobaczyć mniej znany biblijny cytat.

 

 

Powieszenie się księdza w punkt. Ponure, wstrząsające. Skoro "aż" ksiądz odebrał sobie życie, wiejska społeczność musi być przerażona. Przybycie jego następcy bardzo nastrojowe. Przywiodło mi na myśl fundamentalną zasadę natury i zastąpienia śmierci życiem, coś mechanicznego, lecz swoją pewnością przynoszące ukojenie. Podoba mi się opis wiatru, "jakby tłoki pchały powietrze"; ponownie, coś ponad ludzkiego, odwiecznego, dyktującego rytm i porządek człowiekowi.

 

Czarna maź niespecjalnie odkrywcza, ale rozumiem, że miało to być coś, co najprościej kojarzy się z obrzydzeniem oraz wprowadzi stabilną dychotomię (światło = moc = Bóg; czarna maź = mrok, grzech = brak Boga), a więc ogień zwalcza plagę (maź), bo Szymon spalił pustelnika. Czy zaraza to w takim razie brak wiary? Lub, sądząc po haśle, herezja? Czarnomaziowi byliby wtedy heretykami, skazani na żywot w lesie. Czy bohater poniósł karę za ucieczkę i zwątpienie, czy były przeklęty z deterministycznej "góry"? Być może jedno łączy się z drugim. Albo wcale nie mam racji, a rozwiązanie jest zupełnie inne.

 

Nie jestem fanką narracji z gatunku "kilka lat później", ale jakaś forma przeskoku była konieczna, by zmienić chłopca w Pustelnika. Tu mogło być chyba lepiej. Jest dziura czasowa, potem bohater "podejmuje decyzję". Wiemy, że robi to poniekąd dlatego, że wie, co się stanie, ale czegoś mi jednak brakuje. Walki, buntu, egzystencjalnej próby pojęcia siebie? Bohater pasywnie akceptuje swój los, co pasuje do ponurego klimatu, ale tekst byłby bardziej ponury gdyby np.: walczył i przegrał. "Zła się nie ulęknę", gdzie więc ta odwaga?

 

Podobały mi się detale (płonąca czupryna, krzyż na szyi, matczyna zupa). Świat odpowiednio zawężony, jak w weirdzie być powinno – czuć, że jest wielki, lecz protagonista gubi się, nie rozumie, szuka prawdy. Czuć, że jakaś prawda istnieje, ale nigdy nie dowiadujemy się jaka. Zabrakło mi zrozumienia, dlaczego bohaterowi przytrafiło się to, co mu się przytrafiło – narracja z dystansu sugeruje jakieś przypuszczenia lub podsumowanie, chociażby bardzo generalne, ale jednak.

Dziękuję bardzo za wizytę i konkretny, rozbudowany komentarz jurorski, Żongler.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka