- Opowiadanie: Joker246 - Motel na drodze

Motel na drodze

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Motel na drodze

*

– Decyzją naszego szlachetnego króla, pana Karmilasu ogłasza się, że dokumenty muszą trafić z powrotem w ręce baronowej Porttrings.

Urzędnicy okupujący cały pokój zaczęli między sobą szeptać. Jedni z wyraźnym niezadowoleniem, inni z ulgą. Jeszcze inni, w zdecydowanej mniejszości, rzucali mówcy pełne groźby spojrzenia. Mówca przetarł chusteczką czoło i przewrócił kartkę spoczywającą przed nim. Jeszcze tylko kilka linijek… chyba go nie zlinczują, nim zdąży przeczytać do końca?

– Jednocześnie ustalono, że dokumenty razem z przesyłką dostarczone zostaną osobiście przez hrabiego Waltersa, wieloletniego przyjaciela króla Karmilasu.

– A czy hrabia jest godnym zaufania człowiekiem? – zapytał starzec z pierwszego rzędu. Kilka par oczu zwróciło się w jego stronę, z sali padły takie same pytania, ale mówca schował kartki do kieszeni spodni.

– Nic więcej nie mam do dodania – powiedział mówca i skinął palcem na hrabiego Waltersa. Hrabia wszedł na schody, pokonując po dwa stopnie naraz i stanął obok mężczyzny. Nastąpiło przekazanie dokumentów zwiniętych w rulon i małej paczuszki, zawiniętej w sztywny papier. – Hrabio, te dokumenty są bardzo ważne, król nalegał, żeby to właśnie pan je dostarczył baronowej.

– Nie zawiodę – powiedział Walters i schował wszystko głęboko pod kaftan. Mężczyzna stojący naprzeciw niego wyglądał, jakby miał palącą potrzebę, żeby coś jeszcze dodać. – Chciałby pan jeszcze coś powiedzieć?

– Hrabio, jeśli mogę…

– Proszę uprzejmie.

– Dokumenty te, gdyby wpadły w niepowołane ręce, mogłyby nawet przyczynić się do upadku Karmilasu. Zakładam, że rozumie pan to, hrabio. Zresztą, będąc tak blisko króla…

– Wiem, co zawierają te papiery – mówca zrobił wielkie oczy, nie spodziewał się, żeby ktokolwiek oprócz króla i baronowej mógłby znać treść tych ściśle tajnych dokumentów! – Bardziej niż pan zdaję sobie sprawę, jak ważne są zawarte tam dane, jak bardzo… niebezpieczne. Pod moim okiem zarówno papiery, jak i paczka dotrą bezpiecznie do baronowej. Król mi ufa, nie wybaczyłbym sobie, gdybym go zawiódł.

– Ufam, że wie pan, co mówi, hrabio. Nie mnie to zresztą oceniać – Walters poklepał mężczyznę po ramieniu i objął szybkim spojrzeniem salę z ludźmi. Kilka chwil wystarczyło, by ocenił, iż póki co nie jest tu bezpieczny. Dopóki dokumenty nie trafią do baronowej, nigdzie nie będzie bezpieczny. Uniósł rękę w geście pokoju i wyszedł zamaszystym krokiem z pokoju.

*

Wszędobylską ciszę przerwał nagły tętent kopyt. Uniosły się tumany kurzu, piasek i żwir przylepiły się do okien wielkiego, samotnego budynku. Koń pędem wpadł na plac, zrobił trzy kółka i zatrzymał się przy poidle. Hrabia Walters zeskoczył z siodła i przywiązał rumaka do słupka. Poklepał go po grzywie i powoli skierował się w stronę drzwi. Zapadał zmierzch, wielkie cienie powoli zaczynały tańczyć na ścianach i drodze. Hrabia zatrzymał się przed drzwiami i otrzepał spodnie z kurzu. Na drogę założył prostą tunikę i spodnie, ale przykrył wszystko starym i wysłużonym płaszczem. Nie każdy powinien wiedzieć, że jest kimś ważnym. Przynajmniej nie teraz, póki nosi przy sobie tak ważną przesyłkę…

Otworzył drzwi i do jego nozdrzy od razu doszedł zapach wypiekanego ciasta. W środku było przyjemnie ciepło, mimo że, jak na jesienny dzień, aż tak zimno nie było. Walters trzasnął drzwiami, chcąc zwrócić czyjąś uwagę, ale nikt się nie zjawił. Ruszył w głąb motelu.

Stanął u stóp wysokich i stromych schodów, na samym ich szczycie majaczyły uchylone drzwi, a za nimi wił się jakiś cień. Hrabia zawołał, a cień zatrzymał się na chwilę, po czym zza drzwi wychyliła się blond głowa. Była to kobieta niebrzydka, ale sprawiała wrażenie, jakby wiecznie czegoś się obawiała, jakby coś ukrywała. Powoli stanęła na szczycie schodów i otarła dłonie o fartuch.

– Czym… mogę panu służyć? – zapytała chrapliwie i wtedy hrabia zdał sobie sprawę, że mimo dość młodzieńczego wyglądu, musi mieć ona co najmniej ponad czterdziestkę na karku. Nie podzielił się z nią jednak tym spostrzeżeniem.

– Szukam noclegu, od dwóch dni jestem w drodze – odparł Walters i postawił jedną nogę na pierwszym stopniu. Kobieta instynktownie się trochę odsunęła, hrabia postanowił zapamiętać tę reakcję – Czy to jest motel? Czy może się mylę? Szyld wskazuje…

– To jest motel – uprzedziła go kobieta – Ale… musi pan porozmawiać z mężem. Jest w kuchni, na lewo od pana.

Hrabia podziękował kobiecie i wszedł we wskazane drzwi. To właśnie tam skumulowały się wszelkie miłe zapachy, jakie docierały do niego, odkąd tylko tu wszedł. Mężczyzna, najpewniej mąż kobiety ze schodów, nucił coś i wielkimi dłońmi ugniatał ciasto. Inne już skwierczało miło w wielkim piecu. Walters chrząknął, a mężczyzna spojrzał na niego spłoszony. Szybko jednak uśmiechnął się, ale hrabia miał wrażenie, że uśmiech był nienaturalny… jakby wymuszony.

– Gość? – spytał krótko mężczyzna, a hrabia skinął przyjaźnie głową. Poczuł, jak paczuszka coraz bardziej mu ciąży. Jest przewrażliwiony, w każdym widzi wroga, każdy przejaw dobrej woli uznaje jako akt agresji… musi czym prędzej pozbyć się tej paczki, inaczej oszaleje! – Zapraszam do głównego pokoju, nie będziemy rozmawiać w kuchni.

Właściciel zaprowadził hrabiego do pokoju z wielkimi schodami. Walters zobaczył, że drzwi na szczycie są już domknięte, a po kobiecie nie został nawet ślad. Skoro jest żoną właściciela, na pewno jeszcze się pojawi…

– Proszę wybaczyć pewne opóźnienie, jakiego na pewno pan doznał, ale mało mamy odwiedzających.

– Czyżby? Postawiliście motel przy głównym trakcie pomiędzy stolicą, a Wittengerem. Każdy, kto chce dojechać z jednego miasta do drugiego musi się u was zatrzymać.

– Problem w tym, że się nie zatrzymują – właściciel usiadł na miękkim fotelu, hrabiemu zaproponował twarde krzesło przy okrągłym stoliku – Długa podróż? Zmęczenie aż bije od pana. Cholercia, sam jestem już nieźle zaspany, gdy na pana patrzę!

– Dwa dni w siodle, niech mi pan wierzy, nie ma w tym nic przyjemnego – gospodarz pokiwał głową, jakby doskonale wiedział, o czym tamten mówi. Choć najprawdopodobniej nigdy nawet nie dosiadał prawdziwego rumaka… – Jutro powinienem dotrzeć do Wittengeru i w końcu będę mógł trochę odpocząć. Ale nie przetrwałbym dzisiejszej nocy bez strawy i odpoczynku… wasz motel spadł mi jak cud z nieba!

– Służymy pomocą! – zaśmiał się gospodarz, hrabia lekko uniósł wargi. Nie miał siły na poważniejszy uśmiech. Usłyszał skrzypnięcie podłogi za sobą i szybko się odwrócił. Dosłownie za fotelem stała kobieta ze schodów… nawet nie słyszał, kiedy do niego podeszła!

– Witam pana – powiedziała i wyciągnęła rękę. Walters delikatnie ucałował grzbiet jej dłoni – Tym razem bardziej oficjalnie. Przepraszam za to, co stało się na schodach, ale byłam trochę zaskoczona. Jak mój mąż panu powiedział, gości u nas jak na lekarstwo. Obecnie motel jest pusty i nie spodziewałam się nikogo o tej porze.

– Nie musi się pani tłumaczyć – odparł wspaniałomyślnie hrabia, kobieta lekko skinęła mu głową. Jej mąż przyglądał się całej scenie ze szczerym zachwytem. Mimo wszystko hrabia wolałby już spocząć w łóżku… ale paczka i dokumenty. Miałyby być niestrzeżone całą noc? Musi je dobrze schować.

– Dobrze – powiedział gospodarz i wstał, hrabia podążył za jego przykładem – Widzę, że naprawdę nieźle pana poturbowało podczas tej jazdy. Obiecujemy panu wspaniałą kolację i potem spoczynek. U nas, jak w domu, nikt panu przez całą noc nie przeszkodzi.

– A gdzie to pan się tak spieszy, jeśli wolno mi spytać? – zapytała całkowicie już rozochocona rozmową właścicielka. Walters przeniósł na nią zmęczone oczy i uśmiechnął się lekko.

– Do Wittengeru. Mam… coś do załatwienia.

– Sprawy wagi państwowej? – zapytał mężczyzna i wymienili z żoną radosne spojrzenia. Hrabia poczuł, jak po plecach przebiegają mu ciarki. Skąd, do cholery, mogli wiedzieć, że w ogóle jest jakoś powiązany z polityką Karmilasu?!

– To zbyt duża nadinterpretacja – zażartował Walters, próbując wyjść cało z opresji – Powiedzmy… ktoś czeka na bardzo ważne informacje. Tyle, cała filozofia. Jeśli można… bardzo by mi zależało, żeby kolacja była podana za chwilę.

– Klient nasz pan! – wykrzyknęła radośnie właścicielka i pognała do kuchni. Hrabia w tym czasie wyciągnął z kieszeni sakiewkę, chcąc rozliczyć się od razu z gospodarzem. Mężczyzna delikatnie zamknął jego dłoń na mieszku.

– Płatnościami zajmiemy się później – rzekł pogodnie – Najpierw przyjemność, potem przykry obowiązek.

*

Hrabia skończył posiłek najszybciej jak potrafił i podziękował gospodarzom. Kobieta odprowadziła go pod sam pokój i przekazała uroczyste „dobranoc” od właścicieli motelu. Raz jeszcze zapewniła go też, że nocą jest całkowicie bezpieczny, oraz nic nie zakłóci jego spokoju. Walters podziękował jej uprzejmie, otworzył drzwi i wszedł do środka.

Pokój był skromnie urządzony… a właściwie oprócz ładnie nakrytego łóżka i dwóch małych komódek nie było tu nic. Może prócz wielkiego okna wychodzącego bezpośrednio na stajnię. Walters widział przez szyby, jak gospodarz wprowadził jego rumaka do stajni i zamknął wrota. Potem zasunął zasłony.

Wyciągnął spod płaszcza rulonik z dokumentów i paczkę. Rozejrzał się po pokoju, ale uznał, że nigdzie nie będzie bezpieczniej, niż przy nim. Wsunął więc wszystko pod poduszkę. Potem ściągnął płaszcz i powiesił na oparciu łóżka. Zdjął buty i wślizgnął się pod koc. Usnął niemal natychmiast, chociaż jego celem było jeszcze szybkie przemyślenie sytuacji.

Obudził się niecałą godzinę później z potwornym uczuciem w pęcherzu. Wstał i wyszedł na korytarz. Wcześniej cały motel skąpany był w świetle wielu lamp, teraz zaległy w nim ciemności i tylko mały promyczek świecy jarzył się na parterze, co oznaczało, że ktoś jeszcze nie śpi. Walters otworzył pierwsze drzwi naprzeciw swojego pokoju, ale był to tylko inny pokój. Sprawdził kilka kolejnych, zero śladu jakiegokolwiek wychodka. Powieki same mu się kleiły, ale czuł, że zaraz eksploduje, jeśli nie odda moczu. Przeszedł na drugą stronę korytarza i otworzył pierwsze z brzegu drzwi.

*

– Wyszedł – szepnęła kobieta czająca się pod schodami. Jej mąż siedział przy stoliku o jednej tylko świecy i czytał jaką małą nowelkę. Odłożył książkę i chyłkiem podbiegł do żony.

– Po co wychodził? Myślałem, że sukinsyn już śpi! – powiedział szeptem mężczyzna i próbował wypatrzeć, czy gość się nie zbliża. Ale musiał chyba pójść w głąb korytarza, póki co byli dla niego niewidoczni.

– Nie wiem, może… musiał się wyszczać! W każdym razie możemy spróbować przeszukać pokój. Resztą zajmiemy się, gdy będzie spał, ale teraz…

– Niepotrzebne ryzyko – zawyrokował właściciel i zaczął się wycofywać – Poczekamy, aż uśnie, zrobimy co mamy do zrobienia i wtedy dopiero przeszukamy pokój.

– To już jest nudne! Potrzeba małego urozmaicenia…

– Nawet nie wiesz, kim on jest! A co, jeśli to jakiś rycerz? Poderżnie nam gardła, nim zdążymy choćby pomachać mu ręką na do widzenia! Powiedziałem, zrobimy tak, jak zawsze. Nie interesuje mnie, czy ci się nudzi, czy nie. I tak jest świetna zabawa, czy nie?

– Chcę iść teraz!

Mąż spojrzał na żonę, przez chwilę miał wręcz ochotę ją uderzyć. Dlaczego musi być taka uparta, a przez to również nieodpowiedzialna?! W końcu jednak… poczuł, że rzeczywiście byłoby trochę więcej adrenaliny. Ryzyko wykrycia, ewentualne próby wytłumaczenia się, albo walka! Kiedyś był dobry w siłowaniu się na rękę, więc podejrzewał, że jeśli doszłoby do bójki…

– Niech ci będzie, ale tylko ten jeden raz! – kobieta klasnęła w dłonie, cicho i ostrożnie. Potem zaczęli się wspinać po schodach. Omijając skrzypiące deski, które znali tak dobrze… tyle razy musieli już je omijać…

*

Hrabia Walters rozejrzał się szybko po pokoju, znowu brak jakiegokolwiek wychodka! Już miał zamknąć drzwi, gdy jego uwagę przykuła mała plamka pod drzwiami szafy. Wyglądała, jakby pojawiła się tu już dobrych parę miesięcy temu, zdążyła bowiem całkowicie zaschnąć. Targany oczywistą ludzką ciekawością, przekroczył próg i podszedł do szafy. Przykucnął nad plamką.

Bez wątpienia była to krew. Hrabia brał udział w niejednej potyczce i bitwie, oraz widział skutki zamachów i rewolucji. Dobrze znał konsystencję i kolor krwi. Przejechał po niej lekko palcem, ale tak jak przypuszczał, była całkowicie zespolona z deskami w podłodze. Podniósł się i uważnie przypatrzył drzwiom szafy. Krwawe smugi ciągnęły się od klamki, aż po sam dół, ale były bardzo dobrze zmyte. Tylko uważniejsze przypatrzenie się pozwalało je dostrzec. Walters złapał za obrotową gałkę i przekręcił. Pstryknęło i drzwi zaczęły ustępować bez przeszkód.

*

Właściciele powoli weszli do pokoju Waltersa. Był pusty, nie zdążył jeszcze wrócić. Gospodarz od razu rzucił się w stronę płaszcza przewieszonego przez oparcie, a jego żona, wiedziona słynnym kobiecym instynktem, odgarnęła pościel i zaczęła przeszukiwać jego łóżko. Nie minęło dużo czasu, a wyciągnęła triumfalnie spod poduszki paczkę i rulon dokumentów.

– Otwórz paczkę – rzuciła do męża i podała mu zawiniątko – Ja sprawdzę, czy nie są to aby jakieś akty własności!

– Ciężko schodzi ten cholerny… papier! – mężczyzna z trudem zaczął rozrywać kolejne warstwy, przesyłka stawała się coraz mniejsza, a kobieta z wyraźnym zainteresowaniem zaczęła studiować listy. Po jakimś czasie jej mina zrzedła i przerażonym wzrokiem wpatrzyła się we właściciela zajazdu. Mąż zobaczył to spojrzenie i czekał w niepewności, co to jest.

– To jakiś pamiętnik – powiedziała po chwili kobieta i przekartkowała jeszcze parę stron. Atrament w niektórych miejscach był zamazany, trudno było rozszyfrować niektóre słowa – Chyba jakiejś baronowej, tak przynajmniej kilka razy jest wspomniane. Opisuje swoje małżeństwo i to, co się działo po nim… to straszne, co ten mężczyzna z nią wyrabiał!

– Ma jakąś wartość dla nas? – zainteresował się mężczyzna, próbując czytać nad ramieniem żony, ale słabe światło tylko jednej świecy uniemożliwiało mu zadanie. Kobieta po chwili kiwnęła głową.

– Kończy się dosyć… niespodziewanie. Podejrzewam, że baronowa chciałaby odzyskać te dokumenty czym prędzej.

– Może taką misję ma ten cały obdartus – zauważył mąż i powrócił do rozrywania przesyłki – Myślisz, że moglibyśmy tym kogoś szantażować? Tę baronową, albo jej męża?

– Baronowa wściekłaby się, gdyby jej tajemnica mogła ujrzeć światło dzienne, kochanie. Wykorzystanie tych listów do szantażu… uczyniłoby nas bogatymi! – uważnie spojrzała na odpakowaną przesyłkę, był to jakiś mały, zdobiony nożyk. Rękojeść wysadzana była dwoma diamentami, a ostrze nosiło na sobie zakrzepłą krew. Końcówka była całkowicie stępiona. – To sztylet? Spójrz na te diamenty… muszą być warte krocie.

– Dodaj jeszcze pieniądze od tej baronowej za pamiętnik… słonko, staliśmy się największymi bogaczami w naszej branży! Kompletnym przypadkiem.

– Trzeba jeszcze dokończyć to, co zaczęliśmy – powiedziała kobieta i spojrzała na uchylone drzwi – Chodź, zaczaimy się na dole, będziemy widzieli, kiedy ten kurier wróci do pokoju.

 

 

*

Walters padł na kolana i zwymiotował prosto na dywan. Gdy tylko uchylił szafę, wypadł z niej trup kobiety, całkowicie obdartej ze skóry i bez twarzy. Takich okropieństw nie doświadczył na żadnej wojnie. Ale kto mógłby…

– Cholerni psychopaci – szepnął do siebie i chyłkiem wymknął się z pokoju.

Gdy podszedł pod swoje drzwi, świeca na dole nadal się paliła. Wślizgnął się do swojego pokoju najciszej jak umiał i zamknął drzwi. W zamku nie było klucza, więc musiał działać szybko. Narzucił na siebie płaszcz i odsunął poduszkę. Dokumenty leżały tam, gdzie je zostawił, więc wepchnął je za płaszcz i miał już wychodzić, gdy…

– Gdzie sztylet? – zapytał pustą przestrzeń i jeszcze raz zajrzał pod poduszkę. Zapakowanej przesyłki nigdzie nie było. Spojrzał pod łóżko i zobaczył pełno podartego papieru i rozerwanego sznurka. Byli w jego pokoju i zabrali sztylet – Zatłukę ich!

Odwrócił się, w idealnym momencie uskoczył w bok, a ostrze świsnęło obok jego ucha. Napastniczką była właścicielka, widział jej twarz w blednącym świetle świecy stojącej na komodzie. Kobieta zaatakowała ponownie, ale tym razem hrabia złapał ją za rękę, wykręcił w nadgarstku, a sztylet upadł z łoskotem na deski.

Właściciel pojawił się nagle przed nim, nawet nie zwrócił uwagi, kiedy tamten wszedł do pokoju. Poczuł, jak dostaje pięścią w twarz i upadł na plecy. Potylicą uderzył w ścianę. Mężczyzna przepchnął się obok swojej żony i złapał hrabiego za kołnierz, po czym rzucił nim o okno. Szyba wybiła się, a Walters zdążył złapać się występu w murze.

Głowa napastnika pojawiła się w oknie, jego twarz przecinał zwariowany uśmiech.

– Pa, pa ptaszku! – wykrzyknął mężczyzna i zamachnął się toporkiem, ale Walters puścił się i spadł z piętra na piaszczystą drogę.

*

Nie potrafił powstrzymać krzyku, gdy coś trzasnęło, a jego lewa noga wygięła się nienaturalnie w tył. Gospodarz w oknie zaklął potężnie i krzyknął coś do żony, po czym trzasnął drzwiami. Hrabia próbował wstać, ale noga odmówiła mu posłuszeństwa. Spojrzał za siebie, wrota stajni nie były zamknięte na rygiel, zaczął pełznąć w ich stronę.

Z każdym ruchem okropny ból przeszywał całe jego ciało. Zdawało mu się też, że stajnia w ogóle się nie przybliża, jest tak samo daleko, jak była. Mimo wszystko podciągnął się znowu i trzeci i również czwarty raz.

Drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem i właściciel podbiegł do czołgającego się Waltersa. Stanął nad nim w rozkroku i podniósł toporek wysoko nad głowę. Hrabia zebrał całą siłę, jaką w sobie miał i uderzył pięścią w kolano napastnika. Mężczyzna wrzasnął i upadł, toporek wbił się obok stopy Waltersa. Hrabia poczuł przypływ nowej siły i zaczął pełznąc dwa razy szybciej, nie zważając na ból i otępienie, które powoli brało nad nim górę. Dotarł do stajni i pociągnął wrota.

Jego koń wyskoczył natychmiast, prawie tratując swojego pana i zaczął krążyć w galopie dookoła dziedzińca. Walters spojrzał na gospodarza, mężczyzna stał już na wyprostowanych nogach i schylał się po wbity w ziemię toporek.

– Argin, jazda do mnie! – krzyknął Walters, a jego rumak od razu znalazł się przy nim. Hrabia złapał za siodło i podciągnął się do góry. Ból był już nie do wytrzymania, ale hrabia wiedział, że albo teraz, albo nigdy.

Gdy tylko znalazł się na siodle, właściciel był już przy nim i pociągnął go za lewą nogę. Coś trzasnęło ponownie, Walters zdusił krzyk w gardle i obrócił konia. Gospodarz przewrócił się na tyłek i próbował zasłonić rękami. Argin nie dał się uspokoić nawet przez hrabiego i stratował właściciela. Mężczyzna kilka razy drgnął na ziemi, ale prawie wszystkie kości miał połamane. Zarzęził, splunął krwią na własną twarz i umarł.

*

– Złaź z konia! – krzyknęła żona właściciela stojąca w drzwiach. Jej wzrok błądził od martwego męża do hrabiego siedzącego w siodle, nie wiedziała, na czym się skupić. W jednej dłoni trzymała zwinięty w rulon pamiętnik baronowej, w drugiej palącą się świecę. Walters pomacał swój płaszcz i zorientował się, że musiała zabrać mu dokumenty, gdy leżał na ziemi w swoim pokoju – A spróbuj tylko jakichś sztuczek, to wszystko to pójdzie z dymem!

– To są ważne papiery, kobieto – ostrzegł hrabia, lekko popędzając konia. Zatrzymał się w połowie odległości od żony gospodarza – Jeśli je zniszczysz, znajdą się ludzie gotowi dokonać zemsty. Ludzie gorsi ode mnie.

– Zamordowałeś mi męża!

– Wy chcieliście zamordować mnie. Jesteśmy kwita, prawda? Chociaż inni lokatorzy, którzy zginęli pod waszym dachem… – właścicielka zrobiła przerażoną minę. Jak mógł to odkryć? Gdzie właściwie się pałętał po nocy? – Nie rób scen, oddaj dokumenty, a odjadę. Nie wspomnę o tym, co się tu wydarzyło i nikt nigdy nie będzie cię niepokoił. Pochowasz męża i zastanowisz się, co dalej. To chyba rozsądna propozycja, co?

– Zejdź z siodła!

Walters westchnął i powoli zszedł na ziemię. Musiał jednak oprzeć się o rumaka, bo lewa noga wciąż promieniowała niemożliwym bólem. Gdy tylko znalazł się na ziemi, kobieta przełknęła ślinę. Nie miała żadnego planu, nie wiedziała, co powinna mu teraz rozkazać.

– Co mam teraz zrobić? – zapytał Walters, próbując jak najmniej stawać na lewej nodze.

– Ja… ja oddam ci papiery, a ty zostawisz mi sztylet. I tak pękł, gdy wykręciłeś mi rękę, ostrze oderwało się od rączki. Ale te diamenty… zepsuty nóż na nic ci się nie zda, a ja będę miała od czego zacząć. Zgadzasz się, czy mam… – potrząsnęła ręką, w której trzymała dokumenty. Hrabia, mimo najszczerszych intencji, nie mógł przystać na jej propozycję.

– Przysiągłem, że oddam w odpowiednie ręce papiery i przesyłkę. Nie mogę oddać tylko jednego. Jesteś chyba zmuszona…

Właścicielka przesunęła świecę wyżej, a cały pamiętnik naraz stanął w płomieniach. Hrabia z pośpiechu rzucił się do przodu, stanął na lewej nodze i runął twarzą w piach. Podniósł głowę, ale nie mógł zrobić więcej, papiery były trawione przez bezlitosny ogień. Gdy prawie całe się dopaliły, kobieta rzuciła je razem ze świecą na drogę, gdzie dokonały swego żywota. Potem zza pazuchy wyciągnęła ostrze i rękojeść sztyletu.

– Druga propozycja – powiedziała, a Walters, z pomocą rumaka, powoli stanął znowu na nogi – Oddam ci zakrwawione ostrze, a rączkę z diamentami wezmę ja. Inaczej i to zniszczę, a ty nie zdążysz mnie powstrzymać.

– Niech… będzie – powiedział w końcu hrabia, przegrał – Nie będę się wykłócał. Ale te papiery… będzie miała problemy. I to niemałe. Daj mi ostrze!

Kobieta powoli podeszła do niego i przekazała mu ostrze. Wyjął je z jej dłoni, ale nie miał zamiaru atakować. Kobieta stanęła naprzeciw niego, tryumfująca. Hrabia dygotał, tracił coraz więcej energii, a ból w ogóle nie malał. Zdawał się wręcz… nasilać.

– Wiesz… szkoda tylko tych dokumentów – powiedziała z ironicznym uśmiechem – Na pewno baronowa bardzo chciałaby odzyskać… pamiętniki!

– Czy ty je czytałaś? – spytał Walters, w jego oczach czaił się ukryty cały czas obłęd. Nie mogła… nie powinna w ogóle zaglądać w te papiery! Co ona sobie myślała? Przecież… to nie może się tak… – Wiesz, że nie powinnaś, prawda?

– Czyżby? – kobieta otworzyła usta, bo chciała dodać coś jeszcze, ale ostrze oderwane od rękojeści zatopiło się w jej gardle. Chwyciła hrabiego za kołnierz, próbowała coś powiedzieć, poprosić go o litość… o pomoc… Walters chwiał się na nogach, w oczach coraz bardziej mu ciemniało. Zmęczenie… ból… zniszczone dokumenty… panika.

*

Nie pamiętał wjazdu do miasta. Musiał stracić przytomność w okolicach bram. Na szczęście Argin zachował przytomność umysłu i doprowadzić jeźdźca do celu. Gwardziści, widząc hrabiego Waltersa chwiejącego się w siodle, zanieśli go do medyka i wezwali baronową. Kobieta opuściła ojca, z którym akurat spożywała obiad i czym prędzej pobiegła do hrabiego.

Klęknęła obok jego łóżka w chwili, gdy zaczął otwierać oczy. Jego nieprzytomne spojrzenie utknęło na niej tylko na chwilę, ale poznał ją. Otworzył usta i powiedział coś, ale bardzo cicho.

– Powtórz, hrabio – poprosiła kobieta i przysunęła się bliżej.

– Stracone – powiedział leżący mężczyzna i znowu zemdlał.

Tego dnia baronowa dostała pierwszego w życiu zawału serca. Uratowano ją w ostatniej chwili.

 

Koniec

Komentarze

Po tytule byłam pewna, że mam do czynienia z horrorem, więc z zaskoczeniem zobaczyłam kategorię fantasy. Motel pasuje mi tu jak pięść do nosa, nie lepszy byłby zajazd, gospoda czy oberża?

Zachodzę w głowę, jak główny bohater w zupełnych ciemnościach – nie ma wzmianki o tym, by miał ze sobą jakieś źródło światła, za to jest wspomniane, że paliła się jedna świeca, ale na parterze – dostrzegł “małą plamkę pod szafą”. I dlaczego właściciele zajazdu nie zamknęli na klucz pokoi, w których trzymają swoje trupy?

Ogólnie – jest pomysł, jest akcja, choć niestety tekst mnie nie porwał. Być może dlatego, że nie zrozumiałam zupełnie, co było w tych ważnych papierach i czemu baronowa tak przeżywała ich utratę. Może jestem bardzo niedomyślna, nie wykluczam. Choć pierwsze wrażenie nie było w sumie takie mylne, był to taki horror w klimatach fantasy. ;)

“Nie dam ciała” – na to hasło z ust hrabiego troszkę się uśmiechnęłam – po prostu raczej tu nie pasuje, jest zbyt kolokwialne. 

“Tuszę, że rozumie pan to, hrabio” – bardzo zróżnicowany styl: od prawie potocznego do takiego stylizowanego na archaiczny. Przez to postaci straciły w moich oczach na autentyczności.

“Ma jakąś wartość dla nas?” – składniowo tak o, naturalniej byłoby “Ma dla nas jakąś wartość?”

 

No, nie jestem zachwycona. Przede wszystkim nie potrafię sobie wyobrazić, co takiego mogło być w dokumentach, które przeraziły wszystkich. Pamiętnik, nawet pikantny, jakiejś hrabiny raczej nie wywołałby takiego efektu. Chyba, że sprawa jest mocno polityczna, ale z opka to nie wynika.

Tytuł sugeruje, że opowieść toczy się w czasach współczesnych, motel to stosunkowo nowe słowo. Też nie wiem, jakim cudem bohater dojrzał plamkę krwi po ciemku. Obawiam się również, że w czasach grubo przed samochodami zawał skończyłby się zgonem.

Wykonanie mogłoby być lepsze.

Nie cierpię mówić NIE, ale nie mogę stale potakiwać. Czas zacząć ćwiczyć... ;)

Przede wszystkim, Jokerze246, skąd przyszło Ci do głowy, aby miejscem wydarzeń uczynić motel???

Wszak motele powstały z myślą o klientach zmotoryzowanych, podróżujących samochodami.

Co do Twojej opowieści, czytało się ją źle – pomysł wątły, historia mało wiarygodna i w dodatku nielogiczna, że o fatalnym wykonaniu nie wspomnę.

Zwroty: – Nie dam ciała…/ – Klient nasz pan…/ – Cholerni psychopaci…/ …tro­chę wię­cej ad­re­na­li­ny. – nie mają racji bytu w tym opowiadaniu.

Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i znacznie lepiej napisane.

 

– De­cy­zją na­sze­go szla­chet­ne­go króla, pana Kar­mi­la­su ogła­sza się, że do­ku­men­ty muszą tra­fić z po­wro­tem w ręce ba­ro­no­wej Port­trings – urzęd­ni­cy oku­pu­ją­cy cały pokój za­czę­li mię­dzy sobą szep­tać. ―>

– De­cy­zją na­sze­go szla­chet­ne­go króla, pana Kar­mi­la­su ogła­sza się, że do­ku­men­ty muszą tra­fić z po­wro­tem w ręce ba­ro­no­wej Port­trings.

Urzęd­ni­cy oku­pu­ją­cy cały pokój za­czę­li mię­dzy sobą szep­tać.

Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

do­star­czo­ne zo­sta­ną przez oso­bi­ście przez hra­bie­go Wal­ter­sa… ―> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Hra­bia po­ko­nał scho­dy co dwa stop­nie i sta­nął obok męż­czy­zny. ―> Czy to znaczy, że do drugi stopień nie został pokonany?

A może miało być: Hra­bia wszedł na scho­dy, pokonując po dwa stop­nie naraz i sta­nął obok męż­czy­zny.

 

małej pa­czusz­ki, oplą­ta­nej sie­cią sztyw­ne­go pa­pie­ru. ―> Jakoś nie widzę sztywnego papieru w charakterze sieci.

Może: …małej pa­czusz­ki, szczelnie zawiniętej w sztywny papier.

 

– Ufam, że wie pan, co pan mówi, hra­bio. ―> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: – Ufam, że pan wie, co mówi, hra­bio.

 

Do­pó­ki do­ku­men­ty nie tra­fia do ba­ro­no­wej… ―> Literówka.

 

W górę unio­sły się tu­ma­ny kurzu… ―> Masło maślane – czy coś może unieść się w dół?

Wystarczy: Unio­sły się tu­ma­ny kurzu

 

wiel­kie­go bu­dyn­ku, je­dy­ne­go w spo­rej od­le­gło­ści. ―> W sporej odległości od czego?

Proponuję: …wiel­kie­go bu­dyn­ku, je­dy­ne­go na sporej przestrzeni. Lub: …samotnie stojącego wielkiego budynku.

 

Koń pędem wpadł na plac, zro­bił trzy kółka i za­trzy­mał się przy wo­do­po­ju. ―> Czy to na pewno był wodopój?

Proponuję: Koń pędem wpadł na plac, zro­bił trzy kółka i za­trzy­mał się przy poidle.

 

Hra­bia za­trzy­mał się przed drzwia­mi i wy­trze­pał spodnie z kurzu. ―> Raczej: Hra­bia za­trzy­mał się przed drzwia­mi i otrze­pał spodnie z kurzu.

 

Na drogę za­ło­żył pro­sta tu­ni­kę spodnie… ―> Literówki.

 

Sta­nął u stóp wy­so­kich i stro­mych scho­dów, na samym ich szczy­cie ma­ja­czy­ły uchy­lo­ne drzwi, a za nimi wił się jakiś cień. ―> Skoro schody były strome i wysokie, a majaczące drzwi tylko uchylone, to jak hrabia mógł widzieć, co dzieje się za nimi?

 

jakby cos ukry­wa­ła. ―> Literówka.

 

Czym… mogę panu pomóc? ―> – Czym… mogę panu służyć? Lub: W czym… mogę panu pomóc?

 

hra­bia po­sta­no­wił za­pa­mię­tać re­ak­cję ―> …hra­bia po­sta­no­wił za­pa­mię­tać re­ak­cję.

Do czego było mu to potrzebne?

 

wszel­kie po­zy­tyw­ne za­pa­chy… ―> Nie powiedziałabym o zapachu, że jest pozytywny.

Proponuje: …wszel­kie miłe za­pa­chy

 

Inne już skwier­cza­ło miło w wiel­kim piecu. ―> Czy ciasto, piekąc się, skwierczy?

Za SJP PWN: skwierczeć «o smażących się skwarkach, tłuszczu itp., o palącej się świecy: wydawać trzeszczący odgłos»

 

do­sko­na­le wie­dział, o czym tamte mówi. ―> Literówka.

 

Mam… cos do za­ła­twie­nia. ―> Literówka.

 

Hra­bia skoń­czył swój po­si­łek… ―> Zbędny zaimek – czy hrabia jadłby cudzy posiłek?

 

Wcze­śniej cały motel ską­pa­ny był w świe­tle wielu lamp… ―> Po co ta iluminacja, skoro było tam tylko dwoje właścicieli?

 

że rze­czy­wi­ście by­ło­by tro­chę wię­cej ad­re­na­li­ny. ―> Skąd w tym świecie wiedziano, co to adrenalina?

 

przy­pa­trzył drzwiom szafy. Krwa­we smugi cią­gnę­ły się od klam­ki… ―> Szafy nie mają klamek.

 

Krwa­we smugi cią­gnę­ły się od klam­ki, aż po sam dół, ale były bar­dzo do­brze zmyte. ―> Jak może być widoczne coś, co zostało bardzo dobrze zmyte?

 

od razu rzu­cił się w stro­nę płasz­cza prze­rzu­co­ne­go przez opar­cie, a jego żona, wie­dzio­na słyn­nym ko­bie­cym in­stynk­tem, od­rzu­ci­ła po­ściel… ―> Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie mi­nę­ło dużo czasu, nim wy­cią­gnę­ła trium­fal­nie z pod po­dusz­ki pacz­kę i stos do­ku­men­tów. ―> Nie mi­nę­ło dużo czasu, a wy­cią­gnę­ła trium­fal­nie spod po­dusz­ki

Skąd stos dokumentów, skoro wcześniej były zwinięte w rulon?

 

za­czę­ła stu­dio­wać listy. Po ja­kimś cza­sie jej mina zrze­dła i prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­trzy­ła się we wła­ści­cie­la. ―> Czy dobrze rozumiem, że wpatrzyła się we właściciela listów?

 

za­uwa­żył mąż i po­wró­cił do roz­ry­wa­nia prze­sył­ki… ―> Jak ro możliwe, że w czasie kiedy żona przeczytała papiery, mąż nie zdołał odpakować zawiniątka?

 

ba­ro­no­wą, albo jej męża? ―> ba­ro­no­wą, albo jej męża?

 

Zo­bacz na te dia­men­ty… ―> Zo­bacz te dia­men­ty… Lub: Spójrz na te dia­men­ty

Można zobaczyć coś, ale nie można zobaczyć na coś

 

W amku nie było klu­cza… ―> Literówka.

 

zo­ba­czył pełno po­dar­te­go pa­pie­ru i ro­ze­rwa­nej taśmy. ―> Jakiej taśmy, bo chyba nie klejącej?

 

wi­dział jej twarz w bled­ną­cym świe­tle świe­cy le­żą­cej na ko­mo­dzie. ―> Świeca leżąca na komodzie grozi pożarem! Zdecydowanie bezpieczniej jest świecę postawić.

 

krzyk­nął cos do żony… ―> literówka.

 

Z każ­dym jego ru­chem okrop­ny ból prze­szy­wał całe jego ciało. ―> Czy oba zaimki są konieczne?

 

Cos trza­snę­ło po­now­nie… ―> Literówka.

 

Mu­siał jed­nak po­de­przeć się o ru­ma­ka… ―> Mu­siał jed­nak o­­przeć się o ru­ma­ka

Podpieramy się czymś, nie o coś.

 

pa­pie­ry były tra­wio­ne przez bez­li­to­sny ogień. Gdy pra­wie cały się do­pa­lił, ko­bie­ta rzu­ci­ła go razem ze świe­cą na drogę, gdzie do­ko­nał swego ży­wo­ta. ―> Piszesz o papierach, więc: Gdy pra­wie całe się do­pa­liły, ko­bie­ta rzu­ci­ła je razem ze świe­cą na drogę, gdzie do­ko­nały swego istnienia.

Papiery nie żyją.

 

chcia­ła dodać cos jesz­cze… ―> Literówka.

 

pró­bo­wa­ła cos po­wie­dzieć… ―> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka