- Opowiadanie: katia72 - Jęzory ognia wiecznie liżą moje ciało

Jęzory ognia wiecznie liżą moje ciało

Izanagi i Izanami, Chicago 1939

 

Poniżej linki do zdjęć wykorzystanych w tekście:

 

https://www.chicagoreader.com/chicago/1939-nazi-fascist-rally-chicago-history/Content?oid=21376284

 

http://chicagoareafire.com/blog/tag/grain-elevator-conflagration-of-1939/

 

https://news.uchicago.edu/videos/timuel-black-growing-chicagos-black-belt-1

 

https://windycityghosts.com/site-of-the-st-valentines-day-massacre/

 

https://www.thepilot.com/opinion/opinion-old-papers-a-reminder-of-issues-left-unresolved/article_2cd5e22e-69bc-11e8-9e43-5fae2bf85098.html

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Jęzory ognia wiecznie liżą moje ciało

Upalne, czerwcowe popołudnie. Spojrzałam na niebo, na rozognione słońce. W zbyt intensywnym blasku świat migotał i sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał wybuchnąć. Odchyliłam się, odgarnęłam włosy na plecy i przeniosłam wzrok w stronę areny. Nazistowska flaga, a na trybunie napis „Free America”. Do mojego zgniłego serca powoli skradała się iskierka radości. Uśmiechnęłam się bez otwierania ust.

― Przepraszam… ― Z zamyślenia wyrwał mnie głęboki, męski głos.

Odwróciłam się powoli i ujrzałam młodego, stojącego w cieniu olbrzymiego dębu mężczyznę w beżowej marynarce i w o ton ciemniejszych spodniach. Na jego twarzy gościł figlarny uśmieszek.

― Tak?

― Ma pani piękne włosy.

― Dziękuję ― odpowiedziałam.

― Co panią sprowadza do Chicago? ― Mężczyzna podszedł do ławki, wyciągnął dłoń. ― Ethel Gleason.

― Iza. Proszę mi mówić po imieniu.

― Iza?

― Po prostu, Iza. Przyjechałam tu, by popatrzeć na słońce.

Ethel wyjął z kieszeni marynarki pozłacany zegarek, uniósł go i powiedział:

― To już nie słońce, lecz złowrogi ogień.

Zacisnęłam wargi, przełknęłam ślinę i oznajmiłam:

― Muszę wracać.

― Rozumiem. I do zobaczenia.

Mężczyzna podszedł zbyt blisko. Zrobiłam krok do tyłu, a on dodał:

― Mam nadzieję.

― Do zobaczenia ― odparłam, po czym spojrzałam jeszcze raz na scenę.

German American Bund. Poważne, skupione twarze, oczy, w których dostrzegałam złość i smutek, ale przede wszystkim potrzebę walki. Spojrzałam na lewo ― chłopcy w nazistowskich uniformach sprzedający piwo i antysemicką literaturę.

Szybkim krokiem ruszyłam w kierunku dębowej alejki, minęłam namiot, w którym rekrutowano nowych członków Bundu, i wpatrzona w czuby własnych trzewików, opuściłam Merrimac Park.

 

German-American Bund leader Fritz Kuhn promises to make Germany and America great once more at a rally at Irving Park and Narragansett on June 18, 1939. – CHICAGO DAILY TIMES

 

***

 

Wynajmowałam apartament na szóstym piętrze w Zamku Al Capone, mieszczącym się na rogu S. Michigan Avenue i Cermak Road. Oferowali tu wygodne łóżko, ładną łazienkę i widok na zabłocone, czerwone tramwaje. Słodka czerwień przechodząca od cynobru do szkarłatu. Barwa krwi i ognia, i moich ust. Oblizałam wargi, zmrużyłam powieki. Czy mężczyzna w parku mnie pożądał?

Zdjęłam sukienkę, upięłam włosy w kok i poszłam pod prysznic. Letnia woda, olejek eukaliptusowy, nagie ciało i miękka skóra. Otrząsnęłam się, przecież nie przyjechałam do Chicago, by szukać kochanka. Miałam dużo ważniejsze cele do zrealizowania. Ponadczasowe i ogólnoświatowe. Okręciłam się ręcznikiem i ponownie wyjrzałam przez okno. Z tramwaju wysiadał mężczyzna w beżowym kaszkiecie i kamizelce w brązowo-białe pasy. Towarzyszyła mu kobieta w obcisłej sukience do połowy łydki. Obydwoje wyglądali na mocno czymś rozbawionych. Nie obchodziło mnie czym. Nie lubiłam ludzkiej radości. Słońce przesłoniła szara chmura. W pokoju pociemniało.

Tak czy inaczej, nie zapalałam światła. Byłam zmęczona i senna. To pewnie przez ten upał. Gorąc na zewnątrz i jeszcze większy żar atakujący od środka. Wyjęłam z walizki porcelanową wazę, pamiątkę z Wiednia. Przejechałam palcem po finezyjnie zakręconym uchu, zmrużyłam powieki i już miałam udać się do łóżka, kiedy rozległo się donośne pukanie. Podeszłam do drzwi i zapytałam:

― Kto tam?

― Obsługa. ― Do moich uszu dobiegł głęboki, męski głos.

― Chwileczkę! ― krzyknęłam, po czym pospiesznie narzuciłam na siebie podomkę, a gdy wreszcie otworzyłam drzwi, ujrzałam Ethela. Nie byłam zaskoczona. W prawej ręce trzymał bukiet żółtych róż, a w lewej butelkę szampana.

― Dobry wieczór, Iza. Mam nadzieję, że nie przychodzę zbyt późno. Do twarzy ci w koku.

― Dziękuję i zapraszam. ― Ruchem głowy wskazałam stojącą pod oknem kanapę.

Wyjęłam z barku kieliszki, a Ethel w tym czasie otworzył butelkę. W półmroku skóra jego twarzy wydała mi się lekko zielonkawa i chropowata. Nieprzyjemny widok. Wstałam, by zapalić światło, a Ethel rozlał szampana i wzniósł toast:

― Za pokój na świecie.

Wzdrygnęłam się, zacisnęłam wargi, by w końcu podnieść kieliszek i powiedzieć:

― Za szczęśliwą przyszłość naszej planety.

Szampan miał delikatny, owocowy smak. Wyczuwałam w nim pomarańczę i nuty kwiatowe.

― Cieszysz się, że znieśli prohibicję?

Wzruszyłam ramionami i odparłam:

― Nie wiem, jestem tu od jedenastego maja. W miejscach, w których wcześniej bywałam, zawsze można było pić alkohol.

― Od jedenastego maja?

― Tak, dobrze myślisz. Dokładnie wtedy wybuchnął ogromny pożar w elewatorach zbożowych. I… Nie, to nie był przypadek.

 

 

Zamknęłam oczy. Poczułam zapach spalenizny i ujrzałam roztańczone, żądne śmierci jęzory ognia. Ostatkiem silnej woli powstrzymałam się od krzyku, a Ethel objął mnie rękoma w pasie, pocałował w szyję i wyszeptał:

― Spokojnie, kochanie. To nie twoja wina.

― Oczywiście, że moja. ― Naprężyłam ciało i powoli zdjęłam ręce mężczyzny z brzucha.

Miał bardzo zimne dłonie. Mimo podomki czułam ich intensywny chłód. Czyżby dotykiem próbował ugasić mój żar?

Podeszłam do obrazu wiszącego na ścianie naprzeciwko kanapy, na którym mężczyzna z długimi, czarnymi włosami i równie czarną brodą celował dzidą w chmury. Obrazu, który wszędzie ze sobą zabierałam.

― Kto to jest?

― Mój mąż.

― On nie żyje, prawda?

Przytaknęłam.

― Tęsknisz za nim?

― Tylko czasami. To on przede mną uciekł.

Odwróciłam się twarzą do Ethela. Zaczęliśmy się całować. Pożar wzniecony w moim sercu wspomnieniem płonących elewatorów powoli gasł. Przenieśliśmy się do łóżka, a gdy nasze ciała przywarły do siebie w miłosnym uniesieniu i oddechy przyspieszyły, nie czułam w sobie nawet krzty agresji i nienawiści. Byłam po prostu zwyczajną dziewczyną, która chciała, by ktoś ją znowu pokochał.

 

***

 

Obudziłam się rano z okropnym bólem głowy, jakbym wypiła nie dwa kieliszki szampana, lecz co najmniej dwie butelki. Ethel stał przy oknie wpatrzony w moje rozczochrane włosy. Wysiliłam się na smętny uśmiech i zachrypniętym głosem powiedziałam:

― Myślę, że powinieneś już iść.

― Tak, zaraz wychodzę, tylko chciałem jeszcze o coś zapytać.

Uniosłam brwi.

― Iza, czy są jakiekolwiek szanse, że zmienisz zdanie?

Pokręciłam głową w lewo i w prawo, zacisnęłam palce na poduszce, ciężko westchnęłam.

― A na to, że spotkamy się ponowie dzisiaj wieczorem?

― Może.

 

***

 

Zmienić zdanie? Czy on nie widział, że teraz było już na to zdecydowanie za późno? Moje obcasy głośno stukały o chodnikowe płyty. Szłam zatopiona w ponurych myślach. Mijały mnie ludzkie cienie. Od czasu do czasu podnosiłam wzrok i spoglądałam na ich właścicieli. Na wychudzone jednostki o podłużnych twarzach, zapadniętych policzkach i sińcach pod załzawionymi oczami. Zmierzałam nad rzekę. Ciepły wiatr delikatnie rozwiewał moje włosy.

Ludzi było za dużo. Gdy tysiąc umrze, tysiąc pięćset się rodzi. Przypomniałam sobie zmarszczone brwi rozgniewanego męża. Głupiec. Podniosłam kamień i ze złością rzuciłam w szare fale.

Po wizycie nad rzeką, której człowiek odwrócił bieg, udałam się w okolice „Dunning”. Nie podchodziłam zbyt blisko. Z bardzo daleka patrzyłam na kompleks budynków, w których trzymano nieszczęśników o odwróconych umysłach. Ja też czułam się odwrócona. Moc tworzenia zamieniona na niepohamowaną potrzebę niesienia śmierci i zniszczenia.

Wróciłam do hotelu w zabłoconych trzewikach, spocona i głodna. Stanęłam na środku pokoju, zacisnęłam powieki i zobaczyłam uciekającego Izanagiego. Jego gęste czarne włosy podskakujące na umięśnionych plecach, jego broda falująca w rytm uderzających o piach bosych stóp.

On nigdy mnie nie kochał, pożądał jedynie mojego ciała. Podeszłam do biurka; na pożółkłej kartce narysowałam sylwetkę mężczyzny. Wyjęłam z szuflady pudełko zapałek. Podpaliłam. Ciało jest nic niewarte. Ginie równie łatwo jak papier. Wybuchnęłam histerycznym śmiechem. Zbliżyłam się do lustra, wbiłam paznokcie w czoło i zaczęłam ściągać z mięśni skórę. Kawałek po kawałku, krew kapała na podłogę, a ja widziałam w niej topiących się ludzi. Jeśli cierpią bogowie, dlaczego nie mieliby cierpieć zwykli śmiertelnicy?

 

***

 

Tym razem Ethel przyszedł z pudełkiem czekoladek i kawowym likierem. Słodkie ze słodkim. Tylko ja już więcej nie miałam ochoty być słodka. Gdy opróżniliśmy ponad połowę butelki, poszłam do łazienki, zdjęłam sukienkę i bieliznę, po czym bardzo powoli zaczęłam obdzierać się ze skóry. Spomiędzy mięśni wydobywały się kręte niczym węże smugi dymu, wewnętrzny ogień niszczył tkanki. Zamknęłam powieki i syknęłam z bólu. Minęła minuta, może dwie i ponownie otworzyłam oczy. Spojrzałam na odbicie w lustrze. Wyglądałam szkaradnie, obrzydliwie ― zwęglone ciało, głowa pozbawiona włosów. Włożyłam sukienkę i wróciłam do pokoju.

Ethel siedział na kanapie. Kiedy tylko mnie spostrzegł, gwałtownie się podniósł, zbladł i zatkał dłonią usta, jakby go zemdliło.

― Dolejesz mi likieru?

― Tak… ta… tak, pe… pewnie ― wybełkotał, po czym drżącą ręką sięgnął po butelkę.

― Wciąż ci się podobam? ― zapytałam, robiąc krok do przodu.

Kochanek odruchowo się odsunął, potrącając łokciem kieliszek, który najpierw przewrócił się na szklany stolik, a następnie stoczył na dywan. Lekko brązowa substancja powoli wnikała w popielate włoski. Patrzyłam to na powiększającą się z chwili na chwilę plamę, to na Ethela. Na jego policzkach i szyi pojawiły się różowe krostki. Skrzywiłam wargi, a raczej coś, co z nich zostało ― czarne, zgniłe paski.

Tolerowałam jedynie własną brzydotę, a tak poza tym kochałam piękno. Izanagi zawsze był piękny. To znaczy… aż do chwili, gdy przestał mnie kochać. Dotknęłam palcem dziury w brzuchu. Czyż miłość między dwojgiem istnień nie powinna opierać się na więzi między ich duszami? Ciało starzeje się, gnije, przemija. To duch trwa wiecznie.

― Iza?

Nawet nie zauważyłam, że Ethel podszedł tak blisko, że był w stanie położyć dłoń na moim ramieniu.

― Słucham?

Uśmiechnął się i pocałował w wystającą kość lewego obojczyka. Spojrzałam mu w oczy. Nie dostrzegłam w nich obrzydzenia, lecz strach. Wziął mnie ostrożnie na ręce i zaniósł do łóżka.

― Kocham cię ― wyszeptał.

― Dlaczego kłamiesz?

Nie odpowiedział. Przywarł wargami do miejsca, w których kiedyś znajdowała się pierś. Nieprzyjemny, zimny dreszcz przeszedł mnie od stóp do głów.

― Przestań! ― wrzasnęłam i odepchnęłam od siebie mężczyznę, by odrobinę spokojniejszym tonem dodać: ― Nie musisz całować rozkładających się zwłok.

Ethel wstał, stanął pośrodku pokoju i zesztywniał. Z chwili na chwilę strach znikał z jego oczu. Zastępowało go zwątpienie. Wzrok kochanka pływał w rozchybotaniu.

― Hiruko ― wyszeptałam, ale tak cicho, że nie mógł usłyszeć, po czym dużo głośniej powiedziałam:

― Wyduś to wreszcie z siebie. Po co przyszedłeś do parku?

Wytarł chusteczką krople potu ze zmarszczonego czoła i wymamrotał:

― Iza… Ja… ja naprawdę cię kocham. Niezależnie od tego, jak wyglądasz. Kocham twój umysł i serce.

Wzruszyłam ramionami, wstałam i gestem ręki wskazałam drzwi.

 

***

 

 

„Black belt”. Tańczące w kółku afroamerykańskie dzieci. Nie, nie byłam rasistką. Dla mnie śmierć każdej ludzkiej jednostki smakowała tak samo pysznie.

Jak przez mgłę dostrzegłam stojącego trzy kroki przede mną Izanagiego. Odwrócony plecami, z dzidą w ręce. Podeszłam do męża i sięgnęłam po włócznię. Nie stawiał żadnego oporu. Zaśmiałam się głośno, złapałam go za nadgarstek i powiedziałam:

― Co, Izanagi? Zgadzasz się, że za dużo ludzi pałęta się po świecie? Kryzys, ubóstwo, bezrobocie, dyskryminacja, piętnowanie słabszych. Ja tysiąc zabiję, a dzięki tobie na ich miejsce tysiąc pięćset się rodzi. Nawet ty od czasu do czasu pragniesz przesiewu, prawda, Izanagi? To ty pozwalasz mi na plagi, wojny i kataklizmy, gdy jest ich zbyt wielu, gdy cię drażnią swym niepoprawnym zachowaniem. Dlaczego milczysz? Dlaczego nawet na mnie nie spojrzysz? Boisz się, że zobaczysz trupa?

Izanagi jęknął, by po skenudzie rozpuścić się w powietrzu. Ja też stałam się niewidzialna i niewidzialną dzidą zaczęłam przebijać głowy czarnych dzieci. Niewidzialna krew chlapała na chodnik. Ludzie, gdy osiągną szczyt, muszą spaść. I dopiero, wtedy po upadku, isnieje szansa na ponowny rozkwit. To ja byłam tą, która wzburzała szlachetne łono.

 

***

 

Nie widziałam Ethela ponad tydzień. Myślałam, że zrezygnował, ale nie, byłam w błędzie. Przyszedł, kiedy akurat brałam gorącą kąpiel. Wpuściłam go do pokoju rozgrzana, owinięta jedynie ręcznikiem, z mokrymi włosami. Uśmiechnął się, po czym złapał w ramiona i mocno do siebie przytulił. Objęłam rękoma jego szyję, a on delikatnie mnie podniósł. Ręcznik zsunął się na podłogę.

Nagość, czułość i… Gdy nasze ciała przywarły do siebie, poczułam coś, jakby prąd wydostający się z pępka kochanka i wnikający w moje podbrzusze. Zrobiło mi się bardzo przyjemnie. Zamknęłam powieki i znalazłam się wśród chmur. Spacerowaliśmy z Ethelem, trzymając się za ręce i raz po raz spoglądając na moje pierworodne dzieci. Na Honsawake czeszącego ogromnym grzebieniem złote kłosy, na Sikoku pławiącego się w morzu ryżu, na skamieniałego Okiego, na sięgającą nieba Iki, na niedostępną Cuszimę, na złotą Sado. A gdzie były Kiusiu i Honsiu? Zmrużyłam oczy, a po chwili dwóch snów wynurzyło się z fal; bogactwo i władza, szczodra jesień ― ulubieńcy mamy. Uśmiechali się do mnie, a ja do nich.

― Iza?

Powoli uchyliłam powieki. Ethel leżał na boku. W prawej dłoni trzymał kosmyk moich wciąż ociekających wodą włosów.

― Tak? ― Podparłam głowę na łokciu, po czym delikatnie pogłaskałam kochanka po ramieniu.

― Zobaczysz, będziemy ze sobą szczęśliwi. Wrócimy do Japonii. Miłość zniszczy nienawiść i ugasi pożar.

― Mhm.

Rozmarzyłam się; przed moim oczami pojawił uroczy domek na kropli oceanu, w nim ja i Ethel. Kochający się i płodzący kolejne dzieci. Dzieci… dzieci trzeba urodzić. Przypomniałam sobie o swoim ostatnim potomku ― Homosubi, o potwornym bólu, który towarzyszył mi podczas porodu. On spalił moje łono. On zniszczył moje piękno. To przez niego trafiłam do krainy umarłych. To przez niego straciłam Izanagi.

Zdjęłam dłoń z ramienia Ethela. Zmarszczyłam brwi. Poród zmienia kobiece ciało, ale mąż powinien wielbić żonę, nawet gdy zbrzydnie. Spojrzałam groźnie na Ethela. Czego chciał ten chłopak? Czułam, że mnie mami. Kim on był? Podniosłam się, włożyłam podomkę i zapytałam:

― Kto cię wysłał? Amaterasu? Przyznaj się, nędzna gnido.

Wciągnęłam powietrze głęboko w płuca, po czym podeszłam do łóżka i zacisnęłam palce na szyi kochanka. Nawet nie próbował się bronić. Jego twarz zrobiła się sina. Zabrałam ręce i wrzasnęłam: ― Jeśli mi nie powiesz, to cię uduszę, a potem porąbię na kawałki, tak jak Izanagi porąbał Homosubi!

Ethel najpierw z trudem łapał powietrze, a potem bezwładnie opadł na poduszkę. Szturchnęłam go łokciem.

― Mów!

Wydał z siebie świszczącopiszczący dźwięk, by wreszcie wybełkotać:

― Ama… Amaterasu namówiła Kiu… Kiusiu i Honsiu.

Zacisnęłam pięści. Kiusiu i Honsiu? Moje dzieci? Jak ona śmiała w ogóle się do nich odzywać! Nieskalana bogini w słonecznej aureoli, wielka opiekunka gatunku ludzkiego, zdzira zrodzona z parszywego oka Izanagiego! Jak ja jej nienawidziłam!

― Ona chciała dla ciebie dobrze.

― Dobrze? Amaterasu? Moja największa przeciwniczka? O czym ty bredzisz?

Przyłożyłam dłonie do głowy. Ścisnęłam czaszkę i… to nie trwało dłużej niż sekunda, z pięknej kobiety przekształciłam się w gnijące zwłoki. Wyszczerzyłam zęby, wygięłam plecy w łuk, rozczapierzyłam palce.

― Iza. Izanami, proszę. Nie zabijaj. ― Ethel skulił się pod ścianą.

― Co ona ci obiecała?

― Że będę żył wiecznie, mieszkał pół roku na Kiusiu, pół roku na Honsiu. Że nigdy nie zabraknie mi jedzenia, że nigdy chłód nie wkradnie się do mojego domu, że będę szczęśliwy i… ― Nie dokończył, tylko spojrzał na mnie błagalnie.

― A co ta słoneczna wiedźma planowała zrobić ze mną?

Westchnął ciężko i drżącym głosem odpowiedział:

― Nic, Amaterasu chciała, byśmy zamieszkali tam razem. Mieliśmy stworzyć szczęśliwą rodzinę. Ty, ona, Kiusiu, Honsiu…

― Szczęśliwą rodzinę? Wynocha, wstrętny robalu! Wynocha!

 

***

 

Ethel z wymalowanym na twarzy przerażeniem wybiegł z pokoju. Zostałam sama ze swoją złością i wszechogarniającą potrzebą zemsty. Wróciłam do kobiecego ciała, przebrałam się w krwistoczerwoną sukienkę, narzuciłam popielaty płaszcz i ruszyłam do Lincoln Park. Zbliżała się północ. Jak na początek lipca było wyjątkowo zimno i wietrznie.

 

 

Do garażu przy North Clark Street dotarłam po pierwszej. Stanęłam naprzeciwko ceglanej ściany. Do moich uszu dobiegały ciche jęki, pohukiwania, skrobanie pazurów o podłogę. A może to nie były pazury, tylko zakrwawione lufy? Minęło już ponad dziesięć lat od walentynkowej masakry. Że też żaden z gangsterów nigdy nie próbował zostać moim kochankiem. Wzdrygnęłam się, przecież nie było szans, bym wpuściła ich do łóżka, nawet Al Capone. A poza tym… czyż oni nie pragnęli tego samego, co ja? Śmierć, władza i pieniądze. Nie musieli mnie zwodzić fałszywą miłością.

Popatrzyłam na ścianę. Cegły brudnobiałe, szare, żółtopomarańczowe, niektóre podziurawione kulami. Zacisnęłam zęby, wbiłam paznokcie w wewnętrzną cześć dłoni, skoncentrowałam myśli. Te dziury były tak głębokie, że sięgały aż do piekła. Policzyłam w głowie do dziesięciu i pod murem pojawił się Ethel. Blady, spanikowany, z poniesionymi rękoma.

― Odwróć się! ― krzyknęłam, by następnie sięgnąć po leżącego na podłodze Tommy guna.

Wycelowałam w plecy kochanka, nacisnęłam spust. Powtórzyłam czynność czternaście razy. Nie żył, a wciąż w niego strzelałam. Krew tryskała na boki, malując na ścianie i na moim płaszczu przepiękne obrazy kwitnących wiśni. Huk strzałów odbijał się głuchym echem po garażu.

To była jedynie wyobraźnia, a jak wyglądała rzeczywistość? Gdy patrzyłam na siedzącego na hotelowym łóżku nagiego, zabiedzonego Ethela, nie planowałam go zabijać, ale potem chęć zemsty wzięła górę. Ethel Gleason zginął o pierwszej dwadzieścia dwie, parę przecznic dalej, przypadkowo postrzelony przez jednego z członków gangu Al Capone.

 

***

 

Przez kolejne siedem tygodni, prawie że nie opuszczałam pokoju, większość czasu siedząc wpatrzona w okno. Tylko w moich oczach to nie było okno, lecz kinowy ekran, na którym obserwowałam, co dzieje się w Berlinie, w Warszawie, w Moskwie, w Rzymie, w Tokio… I cóż, z każdą sceną uśmiech na mojej twarzy robił się coraz szerszy i szerszy. Wszystkie sięgające z krainy umarłych nitki umiejętnie splatały się w krwawy dywan, który wkrótce miał przykryć cały świat.

 

 

Pierwszego września wybrałam się do kawiarni na Curtiss Street. Po drodze kupiłam Trybunę Codzienną. Zamówiłam kawę z mlekiem, po czym rozłożyłam na stoliku gazetę i wbiłam wzrok w nagłówek: „War! Bomb Warsaw!”. Zatarłam z zadowolenia ręce, wypiłam łyk latte. Nadchodziły dni mojej chwały, ale zanim wrócę do Europy, pozostała mi w Stanach do załatwienia jeszcze jedna sprawa.

Nazajutrz rano wsiadłam do pociągu jadącego do Waszyngtonu. Zajęłam miejsce w przedziale. Ruszyliśmy. Popatrzyłam przez okno na słońce. Zbyt jasne, zbyt ogniste, formujące się w wielkiego grzyba. Zmarszczyłam brwi i wyszeptałam:

― Kiusiu i Honsiu, dzięki waszej przyrodniej siostrze, srogo pożałujecie za knucie przeciw własnej matce…

Koniec

Komentarze

Katiu, cześć! Uwielbiam Twój styl, a w tym opowiadaniu podobał mi się szczególnie. Krótkie lecz obrazowe zdania pomalowane fajnymi ozdobnikami. Dla mnie największym atutem tekstu jest to, że i bez znajomości japońskich bóstw wszystko jest zrozumiałe lub wszystkiego można się domyślić. To tylko pokazuje, jak umiejętnie utkałaś tę historię. Oczywiście po wygooglowaniu paru postacii wrażenia były jeszcze lepsze. Fajne dodatki jak choćby grafiki starych zdjęć. Dodają klimatu. Lubię pływać przez Twoje opowiadania więc co tu więcej dodać, podobało się i powodzenia w konkursie! :) Jak tylko dorwę laptop zgłaszam do bib :)

Realuc – bardzo dziękuję za komentarz i miło mi, że tekst Ci spodobał :) Cieszę się również, że opowiadanie okazało się zrozumiałe, nawet bez znajomości japońskich bóstw :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Bardzo ciekawe jest to, jak wplotłaś tu te zdjęcia. Dodają opowiadaniu realizmu, który przenosi nas w nowy wymiar fantastyki, bo mimo że zdjęcia są faktyczne, to wydarzenia przecież są Twoją inwencją. Bardzo przyjemnie się czytało! Pozdrawiam serdecznie :) 

 

Charlise – dziękuję bardzo za odwiedziny. fajnie, że zdjęcia wyszły na plus. Pozdrawiam serdecznie :)

Ninedin – bardzo dziękuję za odwiedziny :)

Hmmm. Styl jak zawsze w porządku, ale czegoś mi zabrakło do szczęścia i sama nie wiem, czego.

No, opowiadanie przyzwoite, wiadomo, ale… Może to Chicago wydaje się tylko dekoracją? W końcu nie tylko tam wybuchł pożar. O, chyba tak – nie rozumiem, dlaczego akurat Chicago. No, nawiązanie do bomby pod koniec jest… Sama nie wiem.

Babska logika rządzi!

Finkla – dzięki za kliczka i hm, chyba masz rację, że za mało się ta historia wiąże z Chicago… i pełni tu ono rolę raczej tła niż czegoś kluczowego. Cóż, tak jakos wyszło :(

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

No, ale widzę, że wrzucałaś, co tylko się dało skojarzyć z Chicago A.D. 1939, łącznie z rocznicą masakry… Ciekawam, co jurorki miały na myśli.

Babska logika rządzi!

Dużo się o Chicago w 1939 roku naczytałam i cóz najwazniejszy wdyał mi się wybuch wojny… ale oczywiście Chicago nie płeniło tu kluczowej roli. Sama nie wiem, tka czy ianczej, pisząc ten teskt dużo się dowiedziałam :):):)

Ale ta wojna przecież nie w Chicago wybuchała…

Babska logika rządzi!

Oczywiście, że nie… ;) ale jakoś mi się tak to w głowie ułożyło :) Nic to, wyszło jak wyszło. Może nastęnym razem będzie lepiej :)

Tylko ja nie miałam być ochoty więcej słodka.

Coś nie zagrało z szykiem zdania. Może lepiej brzmiałoby coś w stylu: “Tylko ja już więcej nie miałam ochoty być słodka”?

Przyszedł, kiedy aurat brałam gorącą kąpiel.

Literówka – akurat.

Bardzo podoba mi się delikatny styl, jestem pod wrażeniem zgrabności i subtelności opisów. Pięknie ukazane uczucia. Nie jestem zbyt zaznajomiona z mitologią japońską, ale nie czułam zagubienia podczas lektury, zwłaszcza że w drugiej połowie wiele zaczęło się wyjaśniać. Sam pomysł również przypadł mi do gustu. Z przyjemnością nominuję do biblioteki.

Silva – bardzo dziękuję za odwiedzieny i oczywiście bardzo mi miło, że opowiadanie przypadło Ci do gustu :) Dzięki też za wyłapane błędy. Zaraz poprawiam.

Pozdrawiam serdecznie :)

Dla mnie to już wyższy styl pisania. Bardzo oszczędny, a wciąż obrazowy. Według mnie atmosfery Chicago masz w sam raz, nie przeszkadza w odbiorze, a jednocześnie daje odpowiedni nastrój (ten Black Belt świetny!). Bóstw nie znałem, ale nie przeszkadzało to w odbiorze. Aż kipi tu od emocji. Bardzo dobre opowiadanie. Pozdrawiam.

Zanais – bardzo dziękuję za miłe słowa :) Starałam się tak napisać opowiadanie, żeby bez znajomości japońskich bóstw, też było w miarę zrozumiałe :) 

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Hejka! 

Mogę podpisać się tylko pod ludziskami powyżej – stylu to można pozazdrościć. 

Ogólnie to z początku jakoś nie mogłem się wciągnąć w historię, ale do momentu “obdzierania się ze skóry” – zrobiło się znacznie ciekawiej i wreszcie wciągnęło ;D 

Ja również niezaznajomiony z mitologią japońską, nie miałem problemów ze zrozumieniem przedstawionej przez Ciebie historii. 

Opowiadanko niedługie to i krótki komentarz pozostawię. Ode mnie będzie ostatni klik, ale raczej stawiam na to, że ktoś mnie wyprzedzi :p No nic. 

Pozdrowionka!

Katiu, jak pięknie! Już chyba wspominałam, że potrafisz zagrać na emocjach, oddać klimat, wciągnąć czytelnika w świat. I tu się udało. Piękne zadnia, dobrze poprowadzona historia. 

Bardzo się podobało mi! 

NearDeath – bardzo się cieszę, że styl na plus, bo z pomysłami i historiami różnie bywa, ale nad warsztatem da się pracować i na tym przede wszystkim się koncentruję :) Fajnie, że historia okazała się zrozumiała :) I oczywiście bardzo dziękuję za kliczka – myślę, że się przyda :) Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

 

Sara – Tobie też bardzo dziękuję za miłe słowa :) Najbardziej cieszą mnie “piękne zdania” :):):) Pozdrawiam ciepło :)

Nie ma to jak silna kobieca bohaterka z krwi i kości, choć może czasem bardziej z kości w tym akurat przypadku smiley Ze względu na pobieżną znajomość mitologii japońskiej, powiem tylko, że motyw bardzo fajnie wpleciony w realia, stylizacja i kreacja świata w punkt. Czyta się lekko, prawie jednym tchem i nie sposób traktować tej bądź co bądź mitologicznej postaci z ludzką empatią. Brawo!

Oidrin – bardzo dziękuję :) Cieszę się, że bohaterka wyszła silna, przecież to w sumie bogini :) I bardzo mi miło, że opowiadanie się spodobało.

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu :)

Hej, Katiu.

Wiesz, to strasznie trudny komentarz do napisania, bo…

Z jednej strony trudno Ci cokolwiek zarzucić. Patrząc obiektywnie, w tym tekście jest naprawdę sporo. Prezetujesz bóstwa w taki sposób, że siłą rzeczy można trochę lepiej je poznać. Przynajmniej ja miałem wrażenie, że tekst jest napisany w taki sposób, by w miarę możliwości ułatwić czytelnikowi odbiór bóstw, których może nie znać, albo znać jedynie pobieżnie. Słowem, by czytelnik, który danych bóstw nie zna, mógł się w tym odnaleźć. By nieznajomość danej mitologii nie “dyskwalifikowała” niejako czytających.

Dalej. Wybierasz Chciago, rok 1939 i dbasz o to, by znalazły się w tekście odniesienia zarówno do miejsca, jak i daty, kojarzącej się, jak mniemam, z jednym głównie wydarzeniem. Jasne, można napisać, że to jedynie tło, że ani miejsce, ani czas tak naprawdę nie wskakują na dłużej na pierwszy plan, ale one są i łączą się, a przynajmniej próbują, w jakiś sposób z historią.

Jest to zatem opowiadanie dobre, tyle że zbudowane z takich elementów, którymi mnie akurat ciężko “ustrzelić”. Celowo zacząłem od wymienienia zalet tekstu, bo jest różnica między “tekst zły/źle napisany/nudny”, a “tekst nie do końca w moim guście”.

I dla mnie to jest taki właśnie rodzaj opowiadania, które może mieć wszystko, ale zwyczajnie nie będzie w stanie mnie porwać, bo jako czytelnik celuję w trochę inne elementy.

Będąc tu już dobrze ponad rok wiem, że poniżej pewnego poziomu nigdy nie zejdziesz, dlatego wpadam do Ciebie bez większych obaw. A że czasem jakiś tekst rozminie się z moim gustem to normalna rzecz. Każdy szuka w literaturze czegoś innego i nigdy nie trafisz tak, by zadowolić wszystkich. ;-)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł. ;-)

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

CM – dziękuję bardzo za odwiedziny i za rozbudowany komentarz, i za wypisanie zalet :) A że sam tekst nie do końca podszedł, oczywiście rozumiem, że mogło się tak zdarzyć. Tak jak napisałeś opowiadanie to zlepek złożony z historii bóstw i z wydarzeń z 1939… Na jakimś poziomie też czuję, że czegoś tu zabrakło :(

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego dnia :)

Fajne, podobało mi się :)

Przynoszę radość

Super :) Dziękuję za odwiedziny i spokojnej nocy życzę :):):)

Nie przeszkadzał mi brak znajomości japońskiej mitologii. Sporo i jak na razie wystarczająco dowiedziałem się z opowiadania.

Garść niezobowiązujących uwag.

i w o deseń ciemniejszych spodniach

 

Czy deseń to nie wzór? Może chodziło o ton? (Przy czym zastrzegam, że mam problem z odróżnieniem spódnicy od sukienki). wink

 

wyciągnął do mnie swoją dłoń

Wyciągnął dłoń. Nie wystarczy?

 

― Obsługa. ― Aksamitny, męski głos.

Tu mi coś chrupnęło. W domyśle usłyszała. Ja dodałbym czasownik.

 

Po wizycie nad rzeką, której człowiek odwrócił bieg, udałam się w okolice „Dunning”. Nie podchodziłam zbyt blisko. Z bardzo daleka patrzyłam na kompleks budynków, w których trzymano nieszczęśników o odwróconych umysłach. Ja też czułam się odwrócona.

Piękne.

 

Sumując. Deszczowe, niedzielne popołudnie i dobrze spędzony czas na lekturze.

ManeTekelFares – wszystkie zasugerowane poprawki wprowadziłam. Oczywiście masz rację z “deseniem”… Bardzo dziękuję :)

I bardzo mi miło, że opowiadanie się ogólnie spodobało :) i że nie wymagało znajomości japońskiej mitologii.

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

Dla mnie największym atutem tekstu jest to, że i bez znajomości japońskich bóstw wszystko jest zrozumiałe lub wszystkiego można się domyślić.

Podobnie jak Realuc, uważam to za duży atut tekstu.

Podobało mi się stopniowe odsłanianie tajemnicy, kim jest bohaterka, w tym – zabawę jej imieniem. Już na początku opowiadania doskonale został przedstawiony klimat tamtych czasów. Z łatwością wyobraziłam sobie sceny na ulicach i w hotelu. W tekście czuć atmosferę nadciągającej wojny.

Wisienką na torcie wydaje się warstwa horroru, Iza w jednej chwili wydaje się bardzo pociągająca, w kolejnej – zmienia się w rozkładające się zwłoki. Ciekawa postać kobieca, mocno zarysowana, budząca silne emocje.

Zwróciłam też uwagę na ładnie wplecione, szersze tło mitologiczne – zatargi między bóstwami.

 

 

ANDO – dziękuję bardzo za odwiedziny i cieszę się, że tekst się spodobał :) Fajnie, że w tekście czuć atmosferę wojny i że bohaterka wyszła na plus :)

Pozdrawiam ciepło i życzę udanego wieczoru :)

Jak zawsze trzymasz poziom.

Trochę mi nie gra strzelanie w plecy kochanka. W końcu to jest bóstwo, może go spopielić, rozerwać, czy co tam bóstwa robią w uniesieniu. No chociaż wpisuje się to w klimat Ameryki ‘39. W sumie naciskanie spustu też może sprawiać przyjemność w takiej chwili ;)))

Enderek – dzięki za wizytę i cieszę się, że trzymam poziom :) Jeśli chodzi o strzelanie w plecy kochanka, chciałam powtórzyć walentynkową masakrę z 1929…

Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)

mężczyznę w beżowej marynarce i w o ton ciemniejszych spodniach w kant

Trochę dużo tego "w". 

 

aksamitny, męski głos. 

Zawsze sobie aksamitny głos kojarzyłem z kobietami, może to moje uprzedzenia. :) 

 

Towarzyszyła mu niewiasta

Niewiasta jakoś nie pasuje mi do epoki. 

 

Podeszłam do wiszącego na ścianie naprzeciwko kanapy obrazu

Podeszłam do obrazu wiszącego na ścianie naprzeciwko kanapy

 

Skrzywiłam wargi, a raczej coś, co z nich zostało ― czarne, zgniłe wstążki

Te wstążki mi nie pasują. Nie wiem, czym je zastąpić, ale, tak jakoś… 

 

I dopiero wtedy[,] po upadku, isnieje szansa na ponowny rozkwit

 

Tyle z drobnostek, które rzuciły mi się w oczy. 

 

Ciekawy tekst, pomysłowo połączyłaś mitologię japońską z historią drugiej wojny. Z początku jeden temat gryzł mi się z drugim, ale ostatni fragment świetnie spiął całą historię. Wiernie oddałaś realia epoki, choć dla mnie ciut zbyt wiele błota jak na Chicago z końca lat trzydziestych. Dobra robota. 

Gekikara – przede wszystkim bardzo dziękuję za wyłapanie błędów; poprawione :) A poza tym bardzo mi miło, że tekst ogólnie się podobał :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Pomysłowe z tymi zdjęciami:) Dzięki temu można bardziej wczuć się w tamten klimat i w ogóle zobaczyć jak to było. Ciekawie też powiązałaś mitologię z rzeczywistością, jak na przykład imiona synów/wysp z karą na nich.

Monique – dzięki, cieszę się, że wyszło ciekawie :) Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo mi się podobało, dziękuję! :)

Jako fanka Japonii zdecydowanie bardziej ujęły mnie wszystkie nawiązania do ichniejszej mitologii i historii (końcówka z Honsiu i Kiusiu, na które idzie zemsta – miodna!), niż chicagowskie realia. Owszem, jak już było wspomniane, samo miasto i czasy są tłem wydającym się nie bardzo związanym z fabułą, ale mnie to nie przeszkadzało. 

( A tu jest literówka, czy Iza tak nie cierpi Amy, że celowo miesza jej imię? ;D ) 

― Ona chciała dla ciebie dobrze.

― Dobrze? Amatarsu?

Koimeoda – bardzo dziękuję za odwiedziny i cieszę się, że ogłnie się podobało :) Zaraz poprawiam Amy, pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Chicago jest miastem, które ogromnie lubię, w ogóle Hamerykę z tamtych lat. Miasta amerykańskie poznaje po kolorach: Detroit zawsze niebieskie, Chicago – białe, Waszyngton – żółty, Pittsburgh – czarny, naturalnie, Boston – zielony itd. Dlaczego lubię, przez szerokie bulwary i wrotki oraz pierwszy spektakl fajerwerków, oglądany przy okazji jakiejś konwencji, na szczęście nie było wtedy upałów, bo ochrzciłabym je pewnie „czerwonym”.

Bardzo byłam ciekawa, jak połączysz bóstwa z tym miejscem. 

Dobrze oddałaś klimat tego czasu i miasta. Zachowania dziewczyny na zewnątrz, w hotelu, bezpośredność zagadywania. Klimaty hamerykańskie. :-)

Połączenie bóstwa, miejsca i czasu bardzo dobre. Oj, Katiu, pisz! O ludzkich sprawach prawisz, namiętnościach, pomyłkach i historii, która  odtwarza się, jak zacinająca się płyta.

Podobało misię! Coś tam można byłoby wygładzić, ale nie dbam o to. Wchodzę w Twoje opowieści jak w masło.

W biblio już jesteś, nie zdążyłam, ale z niczym ostatnio nie docieram na czas. Spóźniony listosz ze mnie. Nominuję do piórka, każde Twoje opko jest tego warte! Muszę poczekać dwa dni.

Tu, dodatkowo, sprobowałaś napisać coś innego, współczesnego, nie w światach nieznanych, lecz znajomych. 

Przyjaznej nocy, dobrego dnia i srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum – bardzo dziękuję :) heart

heart

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Z początku miałem trochę złe podejście do tego tekstu, bo czekałem na coś w rodzaju centralnego wydarzenia, punktu kulminacyjnego. Tu tego nie ma, tu jest bardziej literackie “bycie” niż fabularna podróż z punktu do punktu, co swoją drogą wpasowuje się w styl narracji wschodnich obyczajówek i realizmów magicznych.

Głównym atutem jest bohaterka. Pierwsze o niej słyszę i nie doczytywałem niczego na jej temat, ale na podstawie tekstu mam dobre wyobrażenie, kim jest, więc ewidentnie sprzedałaś mi koncept. To raz. Dwa, że fantastyka jako gatunek przeważnie kuleje w kwestii kobiecych postaci. Są albo miałkie i przedmiotowe, albo nachalnie przewrotne i skupione na podważaniu powierzchownych stereotypów. Twoja Iza, chociaż jest z nami przez krótkie opowiadanko, jest swoją własną postacią i jest w tym autentyczna. Doceniam to bardzo bardzo. Miejscami kojarzyła mi się z Isserley z Pod Skórą.

Atmosfera czasu i miejsca jest w sam raz. Niby treść i tło są obok siebie, ale całe opowiadanie to bardziej luźno szyte migawki niż zwarta historia, więc też to kupuję.

W twoim podejściu jest pewna nieoczywistość, która mi leży, nawet w pewnym stopniu intryguje.

Jedno, co mi zazgrzytało, to ten moment, kiedy Iza orientuje się, że coś jest nie tak. Nie poczułem build-upu, a samo olśnienie wyszło płasko. Miałem wrażenie, że przeoczyłem punkt zwrotny i aż się cofnąłem, żeby go aktywnie poszukać, ale nadal tego nie poczułem.

 

O, co mi jeszcze wpadło w oko, to barwność, nie metaforyczna, a dosłowna. Lubisz wplatać kolory w opisy. Tym ciekawsze jest to w zestawieniu z czarno-białymi fotografiami.

Japkiewicz – bardzo dziękuję za wnikliwy komentarz. Postram się w przyszłości bardziej zadabć o punkty kulminacyjne. I tak rzeczywiście lubię wpltatac kolory, może czasem nawet z tym trochę przesadzam…

Pozdrawiam serdecznie i życzę spokojnej nocy :)

Ciekawy tekst. Dość gęsty klimat, niezła główna bohaterka. Językowo jak zawsze bardzo dobrze.

Dzięki, Zygfryd :)

Gratuluję nominacji do piórka, trzymam kciuki! Jakoś mi zapadł w pamięć ten Twój tekst, bardzo fajny ma klimat, może mnie tak też trzyma przez Japonię, może przez zdjęcia – powodzenia! 

(PS: zainspirowałaś mnie do dorzucenia ilustracji do mojego opka mitologicznego, mam nadzieje, że się nie pogniewasz ;))

 

 

Koimeoda – nie ma czego gratulować, bo do nominacji jeszcze trochę brakuje… :) ale to nie problem. Bardzo mnie cieszy, że tekst zapadł Ci w pamięć :)

A jeśli chodzi o dodawanie ilustracji do tekstów – zdecydowanie popieram :)

Pozdrawiam ciepło :)

Aha, czyli jak zwykle nie ogarniam zasad :D tak czy siak powodzenia, i dzięki za odpowiedź! 

Trzeba mieć 5 głosów, by być nominowanym, ale głosy dyżurnych liczą się inaczej… Zresztą pobędziesz trochę na portalu i wszystkiego się dowiesz :)

Dobrej nocy :)

Nowa Fantastyka