- Opowiadanie: Matka Chrzestna - Lewa

Lewa

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Lewa

 

 

Anglia, 1934 rok

 

John Bennett niczego już nie rozumiał. Siedział na szpitalnym łóżku, ubrany w płócienną koszulę, spod której wystawały kościste kolana. Równo ułożone ręce spoczywały na udach. Czekał.

Siostra Mary była ładną, drobną brunetką. Zwracała uwagę mężczyzn, nawet tych z bloku C. Kiedy szła korytarzem, z cel rozlegały się lubieżne okrzyki, wycie i inne dźwięki, których John nie umiał przyrównać do niczego, co znał. Teraz patrzył, jak uważnie nalewała mu zupę na talerz. Otarła zabrudzony brzeg fartuchem i podała mu jedzenie.

Lewa ręka Johna dotknęła uda kobiety, szybko przesuwając się w górę. Brzęk upadającego na podłogę naczynia poprzedził głuchy odgłos plaśnięcia. Poczuł pieczenie na policzku.

– Chyba panią lubi – powiedział poważnie.

Siostra wyszła bez słowa, pchając przed sobą wózek z obiadem.

Położył się na łóżku, czując ciepłą plamę zupy na koszuli. Było mu wszystko jedno. Jego umysł nie potrafił pogodzić się z tym, co się działo, próbując ostatkiem sił utrzymać się na powierzchni normalności. Jeszcze miesiąc temu był zwykłym drukarzem, miał przyjaciół, narzeczoną i plany na przyszłość. Wszystko to nagle przepadło, jakby nigdy nie istniało.

Otóż jego lewa ręka postanowiła zacząć żyć na własny rachunek. Coś, co było częścią jego samego, stało się nagle obce, wrogie i nieprzewidywalne. Czuł, jakby jego kończyna ciągle go obserwowała, niczym przyczajone zwierzę. Zdarzało się, że biła go po twarzy, czasami dusiła, a bywało, że stawała się przymilna niczym kotka.

Ludzie myśleli, że John udaje albo stroi sobie z nich żarty. Potem było jeszcze gorzej, zaczęli się go bać. Odwracali wzrok, przechodzili na drugą stronę ulicy. Stał się lokalnym dziwolągiem. Odtąd wściekłość i żal towarzyszyły mu każdego dnia. Nie mógł się powstrzymać, aby nie wykrzyczeć im, jacy są podli.

Spojrzał na tę nie swoją część ciała z nienawiścią i obrzydzeniem. Lewa, jakby wyczuwając to, podniosła się i delikatnie pogładziła go po policzku. Chwycił ją prawą ręką i tłukł z całej siły o metalową ramę łóżka, aż ból stał się nie do zniesienia.

 

 *

 

Deszcz padał od kilku dni, zamieniając ogrodowe aleje w brunatne grzęzawiska. John siedział przy oknie w swoim pokoju, obserwując, jak stajenny wyprowadza dwie gniade klacze na pastwisko. Były niespokojne, strzygły uszami, podrzucając co chwila swoimi pięknymi łbami. John od dziecka uwielbiał konie, mógłby patrzeć na nie całymi dniami. Kiedy wczoraj tak siedział, lewa nagle przysłoniła mu oczy, jakby uznając tę odrobinę przyjemności za zbyteczną, ale dzisiaj nie. Dzisiaj mógł napawać się tym widokiem do woli.

Zbliżała się pora obiadu. Wszystko tutaj przebiegało według ustalonych zasad. Wiktoriańska posiadłość w Albury stała się tymczasowym miejscem pobytu Johna. Wyjątkowość jego zaburzenia sprawiła, że profesor Craven, znany i szanowany psychiatra, zaproponował mu gościnę w zamian za możliwość obserwacji i badania jego choroby.

Na biurku leżał, specjalnie dla niego uszyty, skórzany pas ze sprzączkami. Sprytna gwarancja normalności podczas posiłków. Zapiął uprząż wokół piersi, unieruchamiając lewą rękę. Narzucił marynarkę i wyszedł z pokoju.

Jadalnia była ciemna i surowo urządzona. Dwie komody i piękny dębowy stół, przy którym siedział teraz profesor i jego córka Emily.

W powietrzu unosił się intensywny aromat duszonej jagnięciny. Niemłoda już służąca powoli krzątała się wokół stołu. John natomiast z lubością obserwował Emily. Kiedy pierwszy raz ją zobaczył, wydało mu się, że ma niespotykanie okrągłą twarz, która sprawiała dziwne wrażenie. Im jednak dłużej z nią przebywał, tym bardziej dostrzegał w tej dziwności swoiste piękno. Jej fiołkowe oczy zawsze patrzyły na niego z uwagą, a uśmiech był szczery i niewymuszony.

– Moi drodzy, mam do napisania kilka ważnych listów, dlatego wypijcie herbatę beze mnie. Czekam o osiemnastej w gabinecie, John – powiedział profesor po skończonym posiłku.

Siedzieli w milczeniu, czekając, aż służąca napełni porcelanowe filiżanki parującym naparem.

– Wiesz, że mój ojciec cię wykorzystuje? – zagadnęła Emily, zapalając papierosa.

– Nie patrzę na to w ten sposób – odpowiedział.

– Czasami zastanawiam się, kto jest bardziej szalony – ty czy on? Ubzdurał sobie, że napisze wiekopomne dzieło i twoją przypadłość nazwą jego nazwiskiem.

– Być może tak się stanie.

– Boże, jak możesz się na to godzić! Gdzie tu godność?

– Godność? – roześmiał się. – Mam do wyboru przytułek dla obłąkanych albo pogruchotanie swojej ręki tak bardzo, że trzeba będzie ją amputować. Na godność mogą sobie pozwolić ludzie z twojej sfery, nie ktoś taki jak ja.

– Nieprawda! Pieniądze nie mają tu nic do rzeczy.

– Emily, codziennie toczę bój z samym sobą, żeby zachować resztki człowieczeństwa. Uratować chociaż odrobinę godności, której pozbawia mnie moja własna ręka. Nie starcza mi już siły na walkę o zupę i nową pracę. Wybacz, jeżeli cię rozczarowałem.

– Dobrze, nie rozmawiajmy już na ten temat – powiedziała. – W zasadzie chciałam się z tobą pożegnać. Jutro wyjeżdżam na rok do Włoch.

Zrobiło mu się przykro. To dziwne. Przecież prawie jej nie znał, a poczuł się tak, jakby stracił ostatnią szansę. Ułudę normalności i piękna.

– Mam nadzieję, że ojciec zdoła ci pomóc, John. – Podeszła do niego i pogładziła opiekuńczo po plecach.

Już za nią tęsknił.

 

*

 

Profesor Craven był chudym brodaczem o bystrym spojrzeniu i przenikliwym umyśle. Fascynował się psychoanalizą i nowymi metodami leczenia. Od kiedy John zamieszkał w Albury, spędzali na rozmowach większą część dnia. Szukali głęboko ukrytych traumatycznych przeżyć, które mogły być powodem choroby Johna. Jednak niczego takiego nie znaleźli. Pewnego dnia profesor zaprowadził go do dawnego domku ogrodnika, w którym miała swoją pracownię jego zmarła rok temu żona. Zaproponował malarstwo jako nowatorską formę terapii, sposób na wyrażenie ukrytych stanów podświadomości i odkrycie własnego ja.

Lekki zapach terpentyny i klimat artystycznego nieładu w domku były miłą odmianą po surowości głównych pomieszczeń mieszkalnych. Wszędzie wisiały pejzaże angielskiej wsi, a drobiazgi z różnych części świata zapełniały półki. Pod oknem stała sztaluga i kilka czystych płócien. John usiadł na drewnianym stołku.

Lewa spoczywała bez ruchu na kolanie, jakby zastanawiała się nad zaistniałą sytuacją. Dopiero kiedy profesor wyszedł, nieśmiało nabrała na pędzel farby i zaczęła zapełniać płótno. John z fascynacją patrzył, jak z kresek i plam wyłania się męska twarz. Nigdy jej nie widział. Była nienaturalnie wielka, hipnotyzowała spojrzeniem, wywołując jednocześnie trudny do określenia niepokój. W tle można było rozpoznać coś na kształt ruin miasta.

Lewa odłożyła pędzel i opadła jakby do cna wyczerpana. To było dla Johna niesamowicie silne doznanie. Po raz pierwszy inaczej spojrzał na swoją rękę. Zastanawiał się, czy to jego mózg jest źródłem tej twórczości, czy może jednak ktoś lub coś zupełnie innego. Zasłonił obraz i postanowił na razie nie pokazywać go profesorowi. Sam chciał się z tym zmierzyć.

Przez kilka następnych dni nie zaglądał do domku, czując irracjonalny lęk. Jednak chęć zgłębienia tajemnicy lewej w końcu zwyciężyła i znowu usiadł przed białym płótnem. Po paru godzinach pracy ujrzał twarz tego samego mężczyzny. Tym razem malutką, ukrytą pod ogromnymi nagimi ciałami. Obraz budził lęk i chorą fascynację jednocześnie. Nie można było przestać na niego patrzeć. Wszystko wydawało się rozmyte jak w sennym koszmarze.

John wpadł w obsesję. Zakradał się nocami do domku, aby malować. Jakaś niewytłumaczalna siła pchała go w to szaleństwo. Twarz mężczyzny spoglądała na niego z każdego obrazu. W końcu zdał sobie sprawę, że musi pokazać te prace profesorowi. To był przełom. Świat poznał Johna Bennetta.

Surrealiści okrzyknęli go swoim mistrzem. Oto człowiek, który odsłania przed nami prawdziwą naturę psyche. Jego sztuka to czysty strumień świadomości, cudowny dar odkrywania nadrzeczywistości. Inni widzieli w nim medium i chcieli umawiać się na seanse spirytystyczne. Grupy psychoanalityków, na czele z samym Freudem, debatowały nad ukrytymi znaczeniami jego twórczości. Jednakże wszyscy pragnęli jego obrazów, które kradły duszę, będąc jak morfina na lęki i ból życia.

 

 *

 

W eleganckim apartamencie hotelu Savoy w Londynie nie było niczego, co przypominałoby szpital. John czuł jednak ten sam lęk. Lewa ciągle pozostawała dla niego niezgłębioną tajemnicą. Twarz mężczyzny z obrazów prześladowała go w snach. Zaczął sobie w końcu wyobrażać, że lewa musi być tak naprawdę ręką tamtego nieznajomego. Tylko dlaczego żyje w nim? Co chce mu przekazać? Był coraz bardziej przekonany, że to nie choroba, tylko jakieś nieprawdopodobne nałożenie się różnych istnień. Jedynym sposobem odkrycia prawdy, było odnalezienie tego człowieka. Postanowił, że ufunduje nagrodę dla osoby, która rozpozna tę twarz. Wydrukuje jej podobiznę choćby we wszystkich gazetach świata.

Pukanie do drzwi przerwało jego rozmyślania. Nie spodziewał się gości i nie miał ochoty z nikim rozmawiać.

– Kto tam? – zapytał.

– John, to ja, Emily Craven.

Pospiesznie włożył marynarkę i przyczesał włosy przed dużym lustrem. Otworzył drzwi i oczom jego ukazała się cudownie okrągła twarz Emily.

– No proszę, ktoś tu mówił o przytułku dla obłąkanych – powiedziała, rozglądając się po pokoju.

– Wejdź.

– Muszę przyznać, że terapia ojca okazała się bezcenna. Mówiono o tobie nawet we Włoszech.

Usiedli w skórzanych fotelach przy małym stoliku z kości słoniowej i zapalili. Przyglądali się sobie nawzajem z ciekawością i rezerwą.

– Tak naprawdę to chciałam się dowiedzieć, jak sobie poradziłeś z innością lewej?

– Nie poradziłem sobie, Emily. Ciągle szukam przyczyny tego, co mnie spotkało. Czasami wydaje mi się wręcz, że moja ręka przejmuje kontrolę nad moim życiem – odrzekł.

– Powinnam się o ciebie martwić?

Nic nie odpowiedział. Podszedł do barku i nalał sobie brandy. Emily dołączyła do niego i delikatnie pogładziła po włosach.

– Nawet nie spytałem, czego się napijesz.

– Może być brandy – odpowiedziała.

Napełnił jej kieliszek i podał, mówiąc:

– Chodź, coś ci pokażę… Czy wiesz, że patrząc z tego okna, Monet malował swoją serię widoków na Tamizę?

– Niesamowite. Znam te obrazy – powiedziała, spoglądając na budynki parlamentu.

– To jest prawdziwa sztuka. Nie to, co maluje moja ręka.

– Nie mów tak! Dajesz ludziom coś ważnego. Coś, co ich porusza, przemawia do nich.

– Czuję się samotnym dziwadłem, tak samo, jak rok temu. Tylko teraz mam pieniądze – wyznał.

Po chwili podszedł do gramofonu, nałożył płytę i zapytał:

– Lubisz Duke’a Ellingtona? Ja nie mogę przestać go słuchać.

Po pokoju rozlały się ciepłe dźwięki It Don’t Mean a Thing. Emily stanęła obok niego i zaczęła przeglądać płyty leżące na stoliku. Chciała coś powiedzieć, ale lewa dotknęła jej ust, potem szyi i posuwała się niżej, kreśląc łagodne zakręty. Żadne z nich się nie poruszyło Lewa dotarła już do zagłębienia między małymi piersiami Emily. Nagle wszystko stało się takie proste. Usta się odnalazły, ciała do siebie przylgnęły. John miał wrażenie, jakby było ich troje, jednak po raz pierwszy mu to nie przeszkadzało. Lewa była teraz przewodnikiem, tym odważniejszym graczem, bez zahamowań i wstydu. Prowadziła ich w odmęty szaleństwa i pożądania.

 

 *

 

Obudziły go promienie słońca, więc musiało być już dobrze po jedenastej. W pokoju unosił się delikatny zapach perfum, alkoholu i tytoniu. Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak szczęśliwy. Chciał, żeby ta chwila trwała wiecznie. Zamknął oczy i pomyślał o mężczyźnie z obrazów. Czy kochali tę samą kobietę? Czy odczuwali tę samą rozkosz? Odgonił te myśli, do niczego dobrego nie prowadziły.

Otworzył oczy i spojrzał na śpiącą obok Emily. Długo trwało, zanim zdał sobie sprawę z tego, co widzi. Nieruchome, wpatrzone w niego fiołkowe oczy na sinej twarzy. Szyja otoczona krwawymi wybroczynami niczym kolią. Chwycił Emily w ramiona i tulił jak szmacianą lalkę. Przeraźliwe wycie rozległo się na korytarzu hotelu. Ten dźwięk na długo jeszcze miał zostać w pamięci jego gości.

John Bennett zmarł, zanim zdołano przewieźć go do szpitala, po tym, jak próbował odciąć sobie lewą rękę nożykiem do owoców. Sprawa jego śmierci i morderstwa Emily stała się tematem sporów prawników i lekarzy psychiatrów. Zwykli ludzie czytali o tym w prasie coraz to bardziej sensacyjne plotki. Natomiast wielbiciele twórczości Bennetta latami szukali wytłumaczenia, kim był tajemniczy mężczyzna z obrazów. Niestety sprawa nigdy nie doczekała się wyjaśnienia.

Koniec

Komentarze

Interesująca historia, mocny akcent na koniec.

Upiorny pomysł. Brrr.

Misie.

I jeszcze napisane całkiem przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Finklo, bardzo się cieszę, że Ci się spodobało. Niebetowane, więc tym bardziej pierwszy czytelnik jest ważny.

Interesujący miałaś pomysł, Matko Chrzestna. Historia wciągająca, przyzwoity styl pomógł wczuć się w fabułę. Zakończenie zaskakujące. Jedyne co, miałam wrażenie, że historia za bardzo pędzi. Myślę, że udałoby się ją spokojniej poprowadzić i rozwinąć na te chociażby 18k. 

Ale jak najbardziej opowiadanie zasługuje na klika, biegnę zgłosić.

 

Powodzenia w konkursie!

Używanie poprawnej polszczyzny jest bardzo seksowne

Przede wszystkim – świetny pomysł :) Też bym trochę znaków dodała. Tak czy inaczej, bardzo mi się podobało, no i wyszło nie tylko weird, ale jeszcze przerażające.

Oczywiście klikam bibliotekę :) 

Sy i katiu, dziękuję bardzo ☺. Muszę przyznać, że literacko narodziłam się w szortach ha ha i niestety taki skrótowy, minimalistyczny styl jest cechą mojego pisania. Nie potrafię na razie pisać inaczej. Chciałam tutaj rozbudować niektóre sceny, ale to opko wylało się z mojej głowy jak beton i szybko zastygło w takiej formie. Przepraszam, że tak zdawkowo, ale znikł mi internet i piszę z telefonu.

A ja lubię krótkie opowiadania ostatnimi czasy, więc długość tekstu mi odpowiadała. Nie miałam wrażenia, że za bardzo przeskakujesz, wszystko działo się stabilnym, choć dość wartkim tempem. Ale to dobrze, uniknęłaś dłużyzn, a atmosferę i tak udało Ci się zbudować. 

Pomysł niebanalny, a historia wciągająca, opowiedziana barwnym językiem. 

Tekst przypadł mi do gustu i również nominuję go do biblioteki!

Tomorrow, and tomorrow, and tomorrow, Creeps in this petty pace from day to day, To the last syllable of recorded time; And all our yesterdays have lighted fools The way to dusty death.

Pięknie dziękuję, Rosebelle. Miło mi, że lektura okazała się satysfakcjonująca. 

Smutna i mroczna historia. Dobrze napisane, chociaż po “Nocy, po której nie wstało słońce” oczekiwałem znacznie mocniejszego tekstu. Plus za to, że długość tekstu taka, jaka była potrzebna, bez przeciągania do końca limitu.

Wilku, dziękuję bardzo za odwiedziny. Chciałam w tym tekście osiągnąć taki podskórny niepokój. Być może wyszło za letnio ;)

Pozdrawiam

 

Ciekawa, intrygująca historia. Podobała mi się ta aura tajemniczości i grozy. Oryginalny pomysł.

Tradycyjne wykorzystanie motywu obcej ręki. Siłą konwencji podejrzewałem, że opowiadanie tak się skończy – natomiast po cichu liczyłem, że może jednak się okaże, że mamy do czynienia z mistrzowską dłonią nieziemskich palcówek :D

– a historia zakończy się jakąś gawędziarsko-erotomańską puentą związaną ze swoistym menage a trois, w którym znajdą się bohaterowie.

Ogólnie rzecz biorąc, finał zdaje mi się nie pasować do całości utworu. Przez większość historii ta ręka jest czymś dziwnym, ale niezbyt upiornym (macanie dupeczek, malowanie obrazków, niby mrocznych, ale dalej z gołymi babami), stąd też zjazd w finale do trupa i hitlerowców jest nie tyle zaskakujący, co raczej oderwany od reszty tekstu.

Poza tym opowiadanie jest okej :) 

 

I po co to było?

Texic, dziękuję za komentarz. Widziałam, że pisujesz horrory, więc tym bardziej doceniam, że dostrzegłeś u mnie aurę tajemniczości i grozy :)

 

Syf., mówisz, że “tradycyjne wykorzystanie motywu obcej ręki”. Hmm, a mnie się to wydawało takie oryginalne ;) Znam tylko jeden film z tym pomysłem, oczywiście S. Kubrica z ręką dr Strangelove’a Natomiast uważam, że wykorzystanie tego motywu w literaturze erotycznej, jest haniebnie zaniedbane i bardzo się pilnowałam, żeby nie pójść w tym kierunku :D

Cieszy mnie, że jest OK :)

 

 

 

Świetne opowiadanie, trzyma w napięciu. W zakończeniu najbardziej podobał mi się moment, w którym bohater próbował odrąbać sobie rękę nożykiem do owoców. To takie desperackie, dobrze oddaje jego stan. Podoba mi się bardzo pomysł i jest świetnie oddany na “papier”.

Fishandchips, dzięki za komentarz. Fajnie, że opko przypadło Ci do gustu. Każdy zadowolony czytelnik to zawsze satysfakcja :)

Klimatyczne opowiadanie :) Spokojne na swój sposób, ale ma też w sobie ukryte napięcie. Postać Johna w kojarzy mi się z postacią Edwarda Mordrake (z American Horror Story: Freak Show), który miał podobną… przypadłość. I też, przez jakiś czas nie była ona uciążliwa, a wprost przeciwnie – pomagała bohaterowi. Aż do momentu, gdy przestała.

O rany, aż sobie wyguglałam tego Edwarda Mordrake, bo nie znałam. Człowiek o dwóch twarzach – no to też cudny temat do wykorzystania :) Jak poszukać to tyle nieodkrytych motywów czeka na swój czas w jakimś horrorze. 

Dzięki bardzo za komentarz kasjopejatales. Cieszę się , że klimatycznie było :)

Pomysł bez wątpienia ciekawy. Ciekawe i opowiadanie. A ponieważ trudniej chwalić niż ganić to komentarz zbyt obszerny nie będzie. ;-)

Widzisz, z tym komentowaniem to jest tak. Jeśli masz jakieś “ale” do tekstu, wiesz to od razu. W trakcie czytania coś cię zirytuje, wytrąci z rytmu, może coś nie podejdzie i cała robota z grubsza polega na tym, żeby to wszystko później w komentarzu wyłożyć.

Z chwaleniem już ta prosto nie ma. Bo jeśli czyta się dobrze, jeśli nic nie przeszkadza, a tekst jest interesujący, to po jaką cholerę właściwie mi się zastanawiać: dlaczego się podoba? Podoba się to fajnie. Tak samo, jak nie rozważamy szczegółowo, dlaczego dana potrawa nam smakuje, itp.

Nie rozważamy zatem, ale tworząc komentarz jednak napisać coś trzeba.

Wyjściowy pomysł buduje tutaj pozytywny odbiór tekstu. Jest ciekawy, fajnie pasuje do gatunku. Przy tym nie zostawiasz zbyt wielu niedopowiedzeń, raczej prezentujesz obraz dziwny, ale taki, w którym się nie zgubimy. To w sumie oceniam na plus, bo zmniejszasz ryzyko, że czytelnik odejdzie z kwitkiem.

Czyta się dobrze. Przeszkadzało mi jedynie nadmiarowo pojawiające się (przynajmniej w mojej opinii) “jakby”. Opowiadanie trochę za bardzo też gna. Myślę, że przydałoby się kilka tysięcy znaków więcej, bo jednak dwa przeskoki w tym tekście są zbyt gwałtowne.

Pierwszy, kiedy bohater w tej swojej tragicznej w sumie sytuacji nagle staje się artystą (albo raczej odkrywa w sobie takie możliwości). I druga, kiedy ten bogaty artysta tak zwyczajnie zabija. Miałaś tu pewnie jakieś rezerwy, żeby lepiej sprzedaż tę “emocjonalną huśtawkę”, tyle że przez stosunkowo skąpą liczbę znaków i te szybkie przeskoki to nie miało szansy wybrzmieć tak, jak mogło.

Co nie znaczy, że nie wybrzmiało w ogóle.

Chodzi raczej o to, że jeśli trochę (ale tylko trochę) te przejścia rozwiniesz/rozciągniesz, to czytelnik ma więcej czasu i przestrzeni, żeby się odpowiednio w sytuację bohatera wczuć.

Więcej marudzeń brak, zadowolenie z lektury jest i chyba więcej pisać nie potrzeba.

Naprawdę fajne opowiadanie. :)

Tyle.

Pozdrowił i poszedł.

Samozwańczy Lotny Dyżurny-Partyzant; Nieoficjalny członek stowarzyszenia Malkontentów i Hipochondryków

Dziękuję CM za obszerny komentarz:) Raduje mnie wielce, że wyszło coś ciekawego z tego pomysłu. Jak to zwykle u mnie, dla części czytelników za krótko, ale tak lubię. Wiem, wiem, muszę znaleźć jakiś złoty środek:) A co do pisania komentarzy to przyznam , że jestem tu na forum od kilku miesięcy i ciągle jest to dla mnie trudne zadanie a i stresujące nawet ;) Pozdrowienia od Chrzestnej:)

Ciekawe opowiadanie, choć pomysł wydał mi się znajomy. Nie wiem czemu bo jakoś nie mogę sobie przypomnieć nic co by go wykorzystało więc to może jakieś urojone déjà vu :). Napisane moim zdaniem takim spokojnym tonem, dzięki czemu końcówka wybrzmiewa o wiele mocniej. To dobrze :)

Edwardzie Pitowski, dzięki za komentarz. Kiedyś przeczytałam w jakiejś książce dotyczącej zagadek mózgu o tym syndromie. Wiedziałam, że muszę o tym napisać. No i proszę, a tu konkurs na weird ogłosili ;)

Podobało mi się :)

Przynoszę radość :)

Anet, cieszy mnie Twoja wizyta, a jeszcze bardziej to, że się podobało :)

Świetny ten koncept wykorzystania “obcej” ręki do nieświadomej twórczości artystycznej – to bardzo nośne, tak w wymiarze neurobiologii, jak i w ujęciu metaforycznym. Posunę się nawet do stwierdzenia, że mając taki mocny motyw, można sobie pozwolić na oprawienie go w standardowe dekoracje, po to, żeby tym bardziej błyszczał na ich tle.

Bo reszta historii rzeczywiście dość przewidywalna, ale też podana w bardzo poprawny sposób na poziomie linii fabularnej, ogólnej konstrukcji, ale też poszczególnych zdań – w sumie co najmniej udane ćwiczenie stylistyczne. Czepiałbym się rozłożenia akcentów – ten fragment gdy bohater zyskuje uznanie w świecie artystycznym zasługuje na osobną scenę, a nie streszczenie w jednym akapicie.

Nie wykorzystałaś potencjału zagadki tajemniczego wizerunku, to można było rozegrać lepiej, właśnie w klimatach weirdowych, nawet zostawiając ją otwartą.

Przedostatnie zdanie wykreśliłbym, nie pasuje klimatem do całości opowiadania.

Coboldzie, dziękuję za komentarz. Usunęłam zdanie z zakończenia, o którym pisałeś. Nie byłam pewna tego wtrącenia od samego początku, teraz wiem, że to nie współgrało z całością

A co do niewykorzystanej zagadki, to pewnie masz rację. Ja zawsze mam obawy, że coś przegadam i stanie się to zbyt namacalne, oczywiste, straci swoją tajemniczość i ulotność. Często wychodzi potem, że można było jednak to rozbudować głębiej. No cóż, może następnym razem :)

 

 

Ciekawa historia, na dodatek dobrze napisana. Podobało mi się. Może na końcówce trochę za mocno dałaś gazu, ale poza tym żadnych czepów :)

Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!

Irka_Luz, fajnie, że historia okazała się ciekawa i ogólnie się podobało. Dzięki wielkie za wizytę :)

 

Wiktor Orłowski, miło poznać ;)

Pomysł był doskonały, naprawdę chylę czoła, jednak wykonanie nie zdołało mnie porwać. Byłem zaciekawiony, zaintrygowany i przez większość tekstu płynąłem wraz ze słowami, ale nie było dramatyczności. Opis miejscami był zbyt powolny, więc nie odczuwałem tego napięcia, tego ładunku. Historia sama w sobie jest przejmująca, ale opowiedziane raczej stosunkowo stałym stylem bez przyspieszeń i wybuchów. ;)

Z małym wyjątkiem.

John Bennett zmarł, zanim zdołano przewieźć go do szpitala, po tym, jak próbował odciąć sobie lewą rękę nożykiem do owoców.

To zdanie jest czystym złotem, tyle desperacji w jednym zdaniu. Rewelacja.

Przewidywalne może i trochę było, ale głównym czynnikiem przez który uznaję to opowiadanie ze porządne i dobre, a nie bardzo dobre i rewelacyjne, to właśnie ta stałość narracji, ten spokój.

Momentami mam wrażenie, że za dużo wyjaśniasz, poświęcasz słowa informacjom nie do końca potrzebnym, zaniedbują inne, które mają potencjał. Pokazujesz trochę mało emocji, nie widziałem zbyt dużo czystych reakcji bohatera na zachowanie lewej. Dam ci czysty przykład, a Ty sama zdecydujesz, co dla Ciebie brzmi lepiej i byłoby lepsze.

Nie pamiętał, czy kiedykolwiek czuł się tak szczęśliwy.

To jest opis, no daje nam dobre rozeznanie, ale przechodzimy bez większych emocji zarówno u siebie, jak i u bohatera, po prostu traktujemy to jak suchą informację. A gdybyś na przykład pokazała jego śmiech zaraz po przebudzeniu, ubrała te przemyślenie w jakąś reakcję ciała na przykład bezruch i wpatrywanie się w sufit. Ja tylko podaję przykłady, może i niezbyt dobrze, ale chcę przekazać ogólną myśl. Opisy może czasem bywają pomocne, ale tam, gdzie można to zrobić, warto zacząć pokazywać.

Ode mnie tyle. ;)

Teatrzyk marionetek dobiega końca, kiedy pętla owija się wokół szyi.

MaSkrolu, witaj. Cieszy mnie, że doceniasz pomysł. Mnie też się podoba ;D

Nie chciałm z tego zrobić horroru, właśnie taki spokojny ton opowieści sobie obrałam za cel. To mój pierwszy weid i chciałam w nim uchwycić coś ulotnego, podskórnego. Brak chwytajacych za gardło emocji, ale odczuwalne szaleństwo… Oczywiście mogło mi się to nie udać i jak widać nie wszystkim to się spodobało. Cóż takie ryzyko pisarza.

Co do pokazywania, a nie opisywania, to masz całkowitą rację. Ciągle tego za mało, za mało, za mało…u mnie ;)

Pozdrawiam :)

Łooo, jaka dziwaczna sprawa z tą symboliczną lewą ręką! A jakie jej zastosowania i okiełznania dzieje!

 

I tak ładnie zarysowany afekt z nieładnym końcem.

 

Podobało mi się. Jak dla mnie tempo jest akurat. Zamiast dwóch ostatnich zdań, zrobiłbym jedno, ale to ja (mnie się wydaje, że mocniej by zamykało). 

 

Weird, który jest zrozumiały w dużej części, jest weirdem, który jednak chyba preferuję. Taki jest twój.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFishu, miło, że historia o nieudanym okiełznaniu jednego wrednego łapska się podobała :)

Cieszy mnie, że taki weird, też znajduje swoich amatorów ;)

Krótko, na temat i wciągająco. Aż chyba poczytam o tym syndromie obcej ręki, żeby się dokształcić.

Dobra makabrogroteska nie jest zła na przedweekendowe popołudnie.

 

Dziękuję jurorce za cudną rączkę, a oidrin za wizytę i komentarz :)

Pomysł świetny, finał bardzo satysfakcjonujący. Przyznam, że chętnie dowiedziałabym się, czym w umyśle autorki była owa ręka, ale podoba mi się nutka tajemnicy pozostawiona w tekście.

Nieco gorzej niż sama koncepcja stoi wykonanie. Warsztatowo bardzo dobre, jednak momentami czytanie stawało się zbyt jednostajne, tekst niósł za mało emocji.

Mimo to lektura była przyjemna, a samo opowiadanie uważam za warte przeczytania. :D

Zostaw ten żyrandol.

Verus, dzięki bardzo za komentarz.

Nie zdradzę, co autor miał na myśli :) Sprawa jest otwarata i taka niech zostanie. Autor powiedział w opku tyle ile chciał, a dopowiadanie poza tekstem jest bez sensu ;)

Fajnie, że lektura przyjemna, mimo niedoboru emocji :D

Od razu pomyślałam o „Ręce mistrza” S. Kinga. ???? Opowiadanie niezłe, dobrze napisane i dobrze zaplanowane, z możliwą do przewidzenia, ale udaną (i odrobinę makabryczną) puentą. Mam jednak wrażenie, że poszłaś tutaj trochę na łatwiznę. Opowiadanie zajęło dwanaście tysięcy znaków – raptem połowę przysługującego limitu – a do przyjętej przez Ciebie narracji i struktury opowieści jak ulał pasowałoby głębsze ukazanie stanu psychicznego Johna, katuszy, jakie przechodził. Mówię tu o klasycznej regule: show not tell. W chwili, kiedy opowiadanie się zaczyna, dolegliwość Johna jest już rozpoznana – wydaje mi się, że z korzyścią dla tekstu byłoby, gdyby on dopiero ją odkrywał (a my razem z nim).

Dziękuję Wiktorze za komentarz. Pewnie rzeczywiście nie wykorzystałam potencjału pomysłu. Trudno, może pisanie wogóle nie jest mi pisane ;)

“Ręki mistrza” nie czytałam, ale z tego co wyguglałam chodzi tam o coś innego, chociaż obrazy też mają charakter tajemnicy. Na szczęście nie ma tam “syndromu obcej ręki” , który to mnie zafascynował. 

Konkurs bardzo mi się podobał i gdyby nie on, nigdy bym nie napisała czegoś w stylu weird :)

Pozdrawiam.

 

Przykładowo gotycki tekst. Jest fascynacja ludzką psychiką i jej mroczne odnogi. Jest nawet klasyczny Londyn. Tekst widzę jednak przede wszystkim jako interpretację literacką istniejącego problemu medycznego. Zespół dr. Strangelove'a idealnie pasuje do romantyzmu, w dodatku ręka malująca obrazy. Końcówka wydaje mi się napisana jakby do gazety. Kronikarski styl jak najbardziej pasuje do czasów wiktoriańskich, ale zakończenie historii było mało satysfakcjonujące.

Bardzo zacny pomysł i niezwykle interesująco opisana historia. Podoba mi się, że zagadki i niedopowiedzenia nie zostały wyjaśnione.

Bardzo satysfakcjonująca lektura. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dawno tu nie zaglądałam, a przybyły dwa nowe komentarze. 

Jaka szkoda, że zakończenie nie porwało Żonglera ;) cóż mnie wydawało się dobre ;)

Ucieszyło mnie niezmiernie, że Regulatorzy usatysfakcjonowani :)

Pozdrawiam 

A i owszem, usatysfakcjonowani. I pozostajemy z nadzieją, Matko Chrzestna, że to uczucie będzie nam towarzyszyć podczas lektury Twoich kolejnych opowiadań. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka